Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Salon   19.08.15 19:41

First topic message reminder :

Salon

Raczej niewielki, trudno nazwać go wykwintnym, bogato zdobionym czy nadmiernie wyszukanym; tonie w jasnych barwach, co sprawia, że nieduże pomieszczenie zdaje się nieco bardziej przestrzenne. Na tle białej ściany stoi kremowa, dwuosobowa kanapa otoczona kolumnadami hebanowych regałów (a jest ich mnóstwo, wszystkie uginają się pod ciężarem wielu tomiszczów opasłych książek); nieopodal, koło ciemnego stolika na kawę, stoi ogromny, wyjątkowo miękki fotel z ledwo widocznymi śladami zadrapań z tyłu po świętej pamięci kotce. Nad kanapą w grubej, drewnianej ramie wisi obraz namalowany przez Lyrę. Gdzieś w kącie, tuż przy oknie, stoi krzesło przeżywające drugą młodość i drewniany stolik, na którym często znajdują się świeże kwiaty odbijające się niepewnie w wiszącym lustrze, niewielki kandelabr i plik dokumentów, które Garrett kilogramami przynosi z pracy. Na środku jednej ze ścian umieszczony został kominek podłączony do sieci Fiuu.


[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Garrett Weasley dnia 30.03.17 23:10, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   21.01.17 3:17

Kuzyn Garry chyba zapomniał o mnie. Tak mi się zdawać zaczęło jak jeszcze w korytarzu będąc na wieszak wiosenną kurtkę odwieszałam. Ale właściwie to zła za to nie jestem – jeśli w ogóle oczywiście zapomniał – no bo czemu miałabym być? Przecież pamięć ludzka zawodna jest. Zresztą, kuzyn Garry tak jak Brendan był aurorem, a oni przecież sporo spraw na głowie mili. I to dużo ważniejszych niż uczenie zaklęć takich młodych czarodziejów jak ja.
Na powrót zawiniątko z pączkami w dłoń łapię i teraz już naprawdę idę do tego salonu z którego dobiegają dźwięki, które trochę ciężko mi jest jakoś zgrabnie dopasować. Ale to co jawi się moim oczom jak już staję w jego progu… cóż, wydaje mi się, że starczy jak powiem, że nawet moja dość rozszalała fantazja nie napisałaby lepszego scenariusza. Z biurka nadal kapie kawa, która w nieszczęśliwym zbiegu okoliczności zalała papiery. A w pobojowisku z karnisza, i zasłon siedzi kot. Przez chwilę mierzę go spojrzeniem, a słowa kuzyna dobiegają do mnie ale nie poświęcam im na razie uwagi zbyt wielkiej. Unoszę lekko brwi gdzieś w między czasie. A ten kot, normalnie aż sprawia, że mi się unosi kącik warg. No bo taki beztroski jest on w tym wszystkim. Siedzi sobie i łapę wylizuje jakby nic się nie stało – a stało się przecież wiele. No i trochę przeciwieństwem też kuzyna Garretta jest, który nie szczędzi słów by okazać to jak mocno we znaki dał mu się jego własny zwierz. Przekrzywiam lekko głowę w prawo kiedy to zwraca się wprost do mnie i przez chwilę patrzę tak na niego lustrując od góry do dołu.
Zmieniło się coś w nim. Ale pewna do końca nie jestem co. Więc nadal milczę mierząc go spojrzeniem. Trochę na zmęczonego wygląda – ale może to ten cały ambaras z kotem tak go zmęczył? Bandażem na dłoniach nie zawracam sobie głowy. Przecież wiem że i on i Bren pracę niebezpieczną mają, pewnie jakąś maść mu nałożyli jak się skaleczył(albo skaleczono jego) i teraz się wygoić musi. W końcu powracam głową na jej pierwotne miejsce, a potem posyłam mu szeroki uśmiech bo przecież przypominam sobie, że na zaklęcia tu przyszłam i zaraz – już dosłownie za chwilę – dowiem się czegoś, czego nie wiem jeszcze.
-To będzie nasza tajemnica. – zgadzam się z nim ochoczo, unoszę trochę nos do góry wydymając usta. – Słyszałam, że tajemnice zbliżają ludzi. Czujesz już się mnie bliższy? Czy to jednak powinno minąć trochę czasu? – pytam na głos wyrażając swoje wątpliwości. Bo ja to właściwie nie odczułam żadnej różnicy. Ale też znów z drugiej strony kuzyn Garry już i tak naprawdę bliski mi jest – może bardziej się już nie da po prostu? Zaraz jednak odkładam te myśli na bok. No bo zaklęcia przecież. Tylko ten kot jeszcze, i ten karnisz, i to biurkowe pobojowisko. – Posprzątamy to? – pytam podbródkiem wskazując w stronę tego wszystkiego. I zaraz sobie przypominam, że pakunek przecież dla niego w dłoni mam. –Zrobiłam pączki dla ciebie, kuzynie Garry. Wiedziałeś, że je się smaży a nie piecze? – teraz już całą głową wskazują na tą paczuszkę co w dłoni trzymam i powtarzam sobie, żeby w cierpliwość się uzbroić bo jak już to wszystko się do ładu doprowadzi. To zaraz chwilę potem weźmiemy się za różdżki i rzucanie zaklęć.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   23.01.17 21:04

Przez chwilę stał we względnym osłupieniu, próbując uporządkować myśli; z opóźnieniem uderzało go to, co właśnie zaszło, jakby katastrofizm szaleństwa kota był tylko złym snem. Ale firanki wciąż zalegały na ziemi, karnisz błagał o naprawę, a kot w zaparte udawał niewiniątko niemające nic wspólnego z zaistniałym armagedonem.
Nie reagował nawet wtedy, gdy Garrett obrzucił go zniecierpliwionym spojrzeniem.
Westchnął. Przetarł prawą skroń, a potem wysłał Neali najcieplejszy uśmiech, na jaki potrafił się zdobyć - zasługiwała na iluzję szczęścia, na białe kłamstwo, że wszystko było jak dawniej. Współczuł jej; nie zdawała sobie sprawy (i najprawdopodobniej w najbliższym czasie nie zda), że znalazła się w epicentrum śmierci i poświęceń, że jej rodzina lekkomyślnie wyrzekała się własnego bezpieczeństwa i, ostatecznie, życia, by zapewnić godny byt nieznajomym twarzom rozlewającym się na tle szarości anonimowych tłumów. Neala na to nie zasługiwała; nie zasługiwał na to nikt, kto został skrzywdzony w wyniku wyrzeczeń Gwardzistów. Ale taka była kolej rzeczy. Nie istniały inne rozwiązania, a czas na zawahania i ostrożne półśrodki minął już dawno.
Miała tylko piętnaście lat. Nic z tych rzeczy nie powinno jej spotkać.
- Rzeczywiście, coś czuję - mruknął w poważnej zadumie, teatralnie marszcząc brwi; stanął w miejscu i na ulotną sekundę zawiesił spojrzenie w przestrzeni, jakby usilnie starał się zinterpretować własne uczucia. - Z początku myślałem, że to tylko zalążek groszopryszczki... - nie wytrzymał; kącik ust drgnął w lekkim wyrazie rozbawienia, cała farsa przepadła, a jego drwina stała się oczywista, coś błysnęło mu w oku - ale może masz rację, może właśnie tak czują się ludzie, których jaźnie zostają połączone. - I puścił jej oko, po czym wyrwał się z bezruchu i podszedł bliżej piramidy stworzonej z zasłon i szarości kociego futra.
Czuł się okropnie, ale dla Neali gotów był zachować iluzję lekkości.
Wciąż zerkając karcąco na nieszczęsnego futrzaka, podniósł go; zaakompaniowało mu oburzone ni to miauknięcie, ni to parsknięcie i zaraz poczuł igiełki pazurów wbijające się w skórę przedramienia. Syknął zanim zdążył ugryźć się w język - przeklęty kocur, cholerny szkodnik; dlaczego wbił się akurat w najgłębsze, zasłanianie bandażem rany? - ale nie upuścił go, zamiast tego zdołał wyrzucić młodego kocura poza próg salonu. Kysz, niech czmychnie gdzieś, gdzie nie będzie przeszkadzał w porządkowaniu chaosu.
Odwracając się, odgarnął przydługie włosy z czoła i związał je w niedbałego kucyka.
- Posprzątamy - skinął głową, znów układając usta w ciepły, braterski uśmiech. Tak dawno nie miał okazji, aby go przywołać. - Wykorzystajmy to jako rozgrzewkę. Przypomnij mi, ćwiczyłaś już Reparo? - spytał, po czym machnął różdżką, niewerbalne zaklęcie zatańczyło mu w umyśle i karnisz wzniósł się, znów lokując się tuż nad oknem. Jasne zasłony niewzruszenie pozostały na ziemi. Garrett z pozoru przelotem zerknął na Nealę, zachęcając ją do działania.
- Pączki? - palnął nagle, z jakiegoś powodu kompletnie zbity z tropu; zatruła go myśl, że ktoś przygotował coś dla niego bezinteresownie. Nie, Neala o złotym sercu nie zasługiwała na pasmo cierpień i rozczarowań, które czekało ją w najbliższej przyszłości - była jak drobny płomyk, który z niespodziewaną siłą rozganiał ciemność. Jak płomyk, który tlił się coraz mocniej, choć ktoś próbował go zgasić. Ale była rezolutna; nie znał wielu dziewcząt w jej wieku, które przeszły przez tak wiele, a wciąż twardo stały na ziemi, nie pozwalając się zachwiać. Nie wahając się. Brnąc naprzód. Urodziła się w rodzinie wojowników, waleczność płynęła jej w żyłach, rozgrzewała krew; nie powinien się dziwić, że Neala była taka silna. Ta siła od najmłodszych lat stanowiła jej dziedzictwo.
A gdzie on zagubił swoje?
- Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia - przyznał, dopiero otrząsając się z irracjonalnego zaskoczenia. - Jesteś znacznie lepszą kucharką ode mnie, mógłbym wiele się od ciebie nauczyć - wysłał kolejny z uśmiechów, mając nadzieję, że jego gra pozorów jest wystarczająco szczelna, aby Neala nie potrafiła przez nią przejrzeć. - Będą nagrodą po zakończeniu ćwiczeń - zdecydował twardo, choć cichy podszept z tyłu głowy sugerował mu, aby skosztować słodkości już teraz; czy nie zasłużył na sekundy beztroski? - Chciałabyś potrenować dziś coś konkretnego? Czytałaś o jakimś zaklęciu, które pragniesz poznać?
[bylobrzydkobedzieladnie]




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych



Ostatnio zmieniony przez Garrett Weasley dnia 12.02.17 18:14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   02.02.17 21:47

Nie potrzebowałam nigdy żadnego i żyli długo i szczęśliwie. Zawsze, odkąd pamiętam doskonale wiedziałam, że nie liczy się długo, bowiem trwanie na tym świecie – życie, nie było pewno. Pewna była tylko śmierć, choć nikt nie wiedział kiedy zapuka do naszych drzwi. W sensie… chodzi mi o to, że nikt się jej nie spodziewał. Przecież… gdyby tato wiedział, że idzie do niego śmierć może wcale nie umarłby tego dnia oszukując ją jak jeden z braci z peleryną niewidką. A może losu nie dało się wcale oszukać? Nie wiedziałam, ale chłonęłam każde chwile – te dobra starałam się przyjąć mocniej, tym gorszym dawałam czas by się przetrawiły a potem odpuszczałam. Mama zawsze powtarzała że nie wolno uczepiać się przeszłości, nie wolno też marzyć o przyszłości, należało żyć teraźniejszością inaczej uciekał nam sens życia. Mówiła, że stajemy się wtedy duchami zawieszonymi w próżni czasu. Ludźmi, którzy nigdy nie będą w pełni szczęśliwi, bowiem ciągle łapią się tego co już było, albo co może nigdy nie nadejść.
Teraz byłam tutaj – w salonie kuzyna Garretta, oglądając istne pobojowisko którego królem niewątpliwie był futrzak. Obserwowałam go uważnie – w sensie kuzyna Garry’ego, nie kota – kiedy mi odpowiadał. Aż oczy mi się z wrażenia lekko uchyliły, gdy stwierdził, że coś czuje. Uniosłam się lekko na palcach oczekując aż coś więcej powie. Niecierpliwiąc się okropnie. Był mi bliski – ale jeśli dało się bardziej i mocniej, to z całego mojego serca chciałam tego.
Opadam jednak na pięty gdy widzę jak kącik ust unosi mu się do góry. A może bardziej drga? Nie to jest ważne, bo kpi sobie ze mnie tak otwarcie, gdy ja się przemyśleniami z nim dziele moimi – prawdziwymi i szczerymi i przez chwilę wyginam usta ku dołowi, kompletnie rozczarowana jego słowami. Nie bardzo mam jednak czas powiedzieć mu jak dotkliwie zraniły mnie jego słowa bo… zapominam o tym zaraz w momencie w którym kot wbija pazury w skórę przedramienia. Przez myśl przechodzi mi, że kuzyn musiał nieźle dzisiaj tego swojego zwierzaka rozzłościć że ten a to karnisze strąca, a to go pazurami drapie. Odprowadzam wzrokiem kota, a głowę i spojrzenie na nowo zwracam na mojego drugiego – to nic że z innej mamy i taty – starszego brata.
-Ćwiczyłam. – ożywiam się zaraz. Odpowiadam właściwie jeszcze w momencie, gdy jego słowa nadal brzmią gdzieś w między nami w ostatnich tchnięciach tonu. Głęboki wdech biorę. Raz i drugi. Trochę niepewnie patrzę jeszcze na te zasłony, a potem zaraz to przypominam sobie, że w rękach to mam tą paczkę z pączkami i różdżkę.
-Tak, znalazłam przepis ostatnio w jednej z tych książek co mi kuzyneczka Eileen podarowała. – oznajmiam spokojnie. Ruszając do biurka i to na nim kładąc pakunek który razem ze sobą przyniosłam. – Na pewno? – pytam kuzyna Garry’ego. Bo w sumie to wygląda tak, jakby mu się te kilka pączków przydało. Właściwie wygląda równie źle co i Bren, ale nie mówię tego, bo wiem, że nie chcą. Myślą chyba że nadal mam lat dziesięć i nie dostrzegam kiedy im krzywda się dzieje, kiedy ciężar na sercu tak duży się składa, że w oczach nawet ja dostrzec to umiem. Ale milczę, bo wydaje mi się, że to milczenie im pomaga. Że, tak jak mam mówiła, w byciu ze mną, mimo że wiem, że udają, na chwilę mogą odgonić mary, które czają się za ich plecami. – Coś, co by mi pomogło kuzynie. Obronić siebie, albo Brena, albo każdego co miejsce w sercu moim zajmuje, gdy – chociaż starszy i lepszy w to wszystko - nie będzie w stanie sam się bronić. Jak myślisz, które będzie najlepsze? – pytam spokojnie zawieszając na nim spojrzenie. Ale zanim zdąży odpowiedzieć łapię różdżkę i idę do tych zasłon. Muszę tę moją rozgrzewkę zrobić.
-Reparo. – wypowiadam starając się zainkantować odpowiednio zaklęcie i do niego ruch też dobry zrobić. Marszczę nos bo skupiam się tak mocno na tym. Chcę być dobra. W sensie w zaklęcia dobra, żeby… no głównie żeby wstydu na głowę swoją jak i rodziny nie ściągać. Ale to płytkie, tak naprawdę… mimo że kuzyneczka Eileen mówiła mi że odważna jestem, to boję się, że jak co do czego przyjdzie to strach żywcem mnie będzie. Dlatego ćwiczenia wydają się sensowne mocniej niż bardzo.


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   02.02.17 21:47

The member 'Neala Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 29


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   12.02.17 20:58

Zawiesił spojrzenie na twarzy Neali, nie mogąc nie dostrzec kącików jej ust miarowo opadających ku dołowi; powstrzymując się od lekkiego pokręcenia głową, westchnął tylko - dość lekko, znacząc rysy własnej twarzy ciepłem i łagodnością.
- Tylko się z tobą droczę - dodał zaraz, naprawdę mając nadzieję, że fala smutku (znacznie) młodszej kuzynki była wyłącznie pozorna, wyłącznie chwilowa; niemalże niczego nie chciał odgonić tak bardzo jak żalu odbarwiającego na odcienie szarości jej niebieskawe tęczówki. Przyłapywał się na tym, że coraz rzadziej pozwalał sobie na przyznanie się do najprostszych emocji; mimowolnie zaczynał definiować je jako słabość. Przepełniało go irracjonalne wrażenie, że mówienie na głos o uczuciach kusi los; że kiedy to zrobi, wichry wojny dostrzegą go i brutalnie zburzą wszystko, na czym kiedykolwiek mogło mu zależeć. Bronił się zasłoną dymną uparcie budowaną z nuty sarkazmu, żartu i zalążka kpiny; pozwalał im kwitnąć, starając się nie widzieć faktu, że zamykając się w ukryciu przed światem, jednocześnie odcina sobie wszelkie drogi ucieczki.
- To pokaż, co potrafisz - zachęcił ją krótko, po czym najpierw zacisnął, a potem rozprostował i jeszcze raz zgiął wszystkie palce oprócz kciuka dłoni dzierżącej różdżkę. A słysząc rewelacje na temat kucharskiej działalności kuzynki, lekko się uśmiechnął, dla odmiany pozwalając, żeby w jego spojrzeniu tańczyła radość. - Tylko uważaj, żeby za bardzo nie rozpieszczać Brena tymi słodkościami - zaczął, znów zasłaniając ulotnym żartem fakt, że poczuł się zbity z tropu. - Jeżeli urośnie mu brzuch, będę musiał go turlać na kolejnych aurorskich misjach. - A ta wizja z bliżej nieokreślonego wydała mu się całkiem zabawna; może przy odrobinie rozpędu tego typu ludzka beczka zdołałaby powalić i znokautować trzaskających morderczymi klątwami czarnoksiężników? - Nie kuś mnie, Neala, bo jeszcze zmienię zdanie - dodał zaraz, ostatecznie otrzepując się z wyobrażenia wgniecionych w kostkę brukową napastników; skup się, Garrett, to nie najlepszy moment na roztaczanie na wpół kasandrycznych, a na wpół makabrycznie pocieszających wizji dalszej działalności aurorskiej. - Na pewno - skwitował jeszcze, bardziej po to, by utwierdzić samego siebie w przekonaniu, że nie ma już odwrotu.
Brzmiało to dziwnie ostatecznie jak na fakt, że rozmyślał o pączkach.
Nawet nie wiedział, jak to się stało, że tłuste słodkości i turlające się beczki zdołały go odwieść od posępnych myśli naznaczonych piętnem dekadentyzmu - Neala, nawet nieświadomie, zdawała się mieć zbawienny wpływ na szczątki jego zdrowia psychicznego.
Zawahał się; spoglądał na kuzynkę przeciągle, gdy mówiła - mimowolnie ściągał lekko brwi w wyrazie głębszego zastanowienia. Obronić? Broniło wiele zaklęć, łatwiejszych i trudniejszych; zwykłe Protego mogło zapewnić jej niezbędną ochronę, Maxima zadbałoby również o osoby w pobliżu - ale to wszystko zdawało mu się zbyt błahe, zbyt proste. Przez całe życie widział zbyt wiele najczarniejszej magii; ostatnio dostrzegał jej jeszcze więcej, kotłowała się w powietrzu i paraliżowała zmysły. Żeby przetrwać i nieść prawdziwą pomoc w trakcie wojennej zawieruchy, trzeba było czegoś silniejszego od zwykłego zaklęcia tarczy; ratunkiem mogła okazać się wyłącznie najczystsza magia, skupisko najpiękniejszych emocji, pozytywna energia formująca się w kształt zwierzęcia.
- Brendan pokazywał ci kiedyś Patronusa? - spytał więc po chwili, znów bacznie przyglądając się Neali; jakoś dziwnie czuł się, spoglądając na nią i widząc niemalże dorosłą dziewczynę - jeszcze niedawno jej rude kosmyki włosów sterczały w każdą stronę, piegowate policzki były pucate, a malutkie paluszki zdawały się nadzwyczaj pulchne. To było tak dawno; znów poczuł się stary na myśl o tym, że jego kuzynka (rozpoczynająca teraz naukę jednego z najtrudniejszych zaklęć, jakie istniały) jest od niego dwukrotnie młodsza i wkrótce wyfrunie z rodzinnego gniazda, by podbić świat.
Zasługiwała na to. Zawsze była zdolna, rezolutna, odważna. Miała złote serce. Właśnie tacy ludzie byli potrzebni do rozganiania mroków.
Zaklęcie Neali z początku wydawało się rzucone dobrze - zasłony podskoczyły w miejscu i wyglądały, jakby miały się zasklepić, ale zaraz znowu się rozdarły. Garrett mimochodem pokręcił głową, choć wcale nie był to gest dezaprobaty; właściwie zdziwiłby się, gdyby Nealę od samego początku spotykały wyłącznie sukcesy. Bo przecież po to tu był - żeby jej pomóc.
- Nie tak - powiedział, zaraz podchodząc do kuzynki bliżej i lekko przytrzymując ją za nadgarstek. Uniósł ich dłonie nieco wyżej, na wysokość ramienia dziewczyny, po czym odsunął się o krok i przyjrzał się jej sylwetce. - Wciągnij brzuch - rzucił enigmatycznie, bo tego typu ruch momentalnie prostuje postawę. - I zepnij nieco łopatki.
Przechylił lekko głowę, znów w niewielkim stopniu marszcząc brwi.
- Reparo - wypowiedział sucho inkantację, bo nie towarzyszył temu ruch nadgarstkiem dłoni władającej różdżką. - Z akcentem na drugą zgłoskę. Obrót w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara musi być szybszy, o większym promieniu. Jest dobrze, Neala, ale może być znacznie lepiej - dokończył dziwnie konkretnie, więc szybko przywołał na twarz uśmiech; ostatnimi czasy zbyt często przeprowadzał zajęcia z kursantami i także w życiu prywatnym udzielał mu się ton, jakiego przy nich używał. - Spróbuj raz jeszcze.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   02.03.17 9:03

-Oh. – wypowiadam trochę zdziwiona jego wyznaniem. O ty droczeniu się – rzecz jasna. Ala zaraz przechodzę nad tym do porządku dziennego, bo w sumie to nie pierwszy raz i nie ostatni, kiedy Bren czy Garry droczyć się ze mną postanawiają. Trochę to nie fair z ich strony, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że więcej wiedzą – bo dłużej żyją, a co za tym idzie łatwiej jest im bo dłuższy staż życiowy im się trafił. Ale w sumie też znów, nie bardzo było po co prosić ich by tego nie robili, bo trochę obawiam się, że nawet nie umieli by przestać. Że to taki ich niekontrolowany odruch jest. I że uświadamiają sobie o nim dopiero, jak już słowa w świat puszczą.
-Mama zawsze mówiła, ze zmieniać zdanie należy tylko wtedy gdy się zrozumie, że się złe to zdanie podjęło. Ale nie inaczej. W sensie, że coś raz postanowione takie powinno być. W innym wypadku – mówiła – jest  się niestałym i nie godnym zaufania. – i choć w sumie niewiele to miało z pączkami wspólnego, to jakoś czułam, że chcę to powiedzieć. Więc to zrobiłam. Tak po prostu. Swobodnie czułam się przy kuzynie Garrym. Zdawał się nie traktować mnie całkowicie jak dziecko – którym przecież już nie byłam. Śmieję się też radośnie na wizję Brendana turlanego przez kuzyna. Z wizualizowałam sobie to wszystko w głowie i widzę jak normalnie padają jeden po drugim przez niego i nawet Jinx używać nie trzeba, bo Brendan im sam te nogi podcina.
-To… coś w rodzaju pozytywnej energii tworzącej tarczę, prawda? – pytam niepewnie. Właściwie to i Brendan mi o patornusie mówił i sama o nim czytałam. Ale w życiu jeszcze żadnego nie rzucałam. Niby odpowiadam poprawnie, ale ta niepewność powodowana jest kuzynem, bo w sumie czuję wobec niego wielki respekt i szacunek. No i wdzięczność przede wszystkim, za to że w ogóle chce mi  z tymi zaklęciami pomagać.
Więc w końcu rzucam pierwsze z zaklęć – to naprawiające. I myślę już, że dobrze mi ono wyszło, bo zasłony podskakują do góry. Ale zaraz uświadamiam sobie że jednak zrobiłam coś źle i nie tak, gdy te padają z łoskotem na posadzkę. Spoglądam a kuzyna, który już zmierza w moją stronę.
Wciągam brzuch. A jakże by inaczej. Przecież po to tu jestem, by robić co mówi. I uczyć się od niego ile się da. Spinam więc też łopatki. Choć spinanie łopatek mnie rozprasza na chwilę bo w mojej głowie pojawia się obraz dwóch łopatek – takich do piaskownicy, które ktoś próbuje spiąć klamrą do prania. Przymykam powieki i wdech biorę głębszy wyrzucając tą myśl z głosy. Bo już kuzyn dalej mówił – co akcentować i jak różdżką ruszać, a ja nawet słowa nie chciałam stracić z tego co mówił. Zmarszczyłam lekko brwi słuchając go. I ani trochę nie przeszkadzał mi sposób w jaki do mnie mówił – a wręcz przeciwnie wręcz, sprawiał, że jeszcze mniej czułam się jak jakiś niedoświadczony dzieciak, a bardziej jak - już za chwilę pełnoprawny – czarodziej, na jakimś kursie aurorskim.  U Brena też zawsze przebrzmiewała taka pewność w głosie. I jakby ciche polecenie, by nie próbować negować wypowiadanych przez nich słów.
-Reparo. – mówię wskazując różdżką zasłony. Obrót wykonując tak jak mówił – w ruchu odwrotnym do wskazówek zegara i zwiększam mu promień. I pozostaje mi tylko patrzeć na to, czy to moje zaklęcie łaskawie wyjdzie tym razem, czy też znów kompletnie sobie z nim nie poradzę.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   02.03.17 9:03

The member 'Neala Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 3


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   19.03.17 18:12

Powędrował spojrzeniem do Neali i jego rysy złagodniały jeszcze mocniej; oczy pomimo chłodnej barwy przypominały bardziej ciepłe mleko z miodem niż kryształy lodu, a po bladych ustach zaczął błąkać się uśmiech - uśmiech mimowolnej troski, rozwijającego skrzydła smutku, poczucia rodzinnej wspólnoty.
- Twoja mama była bardzo mądrą kobietą - odpowiedział cicho, spoglądając na Nealę z uwagą; pamiętał ją, jej jasne pukle włosów i ciepłe spojrzenie, gdy razem z Brendanem - jeszcze na długo przed narodzinami Neali - bawili się w okolicach domu położonego nieopodal kanału La Manche. Pamiętał też dzień, w którym dowiedział się o jej śmierci, pamiętał smutek czający się w oczach osieroconych dzieci i pogrążony w dogłębnym żalu cmentarz - kruki siadały na kamiennych nagrobkach i dobrze zapamiętał ich nieprzyjemny skrzek, zbyt dobrze; prawdopodobnie dlatego, że był to jeden z pierwszych pogrzebów, w których wziął udział. Później stały się codziennością. - Mijają lata, a ty stajesz się do niej coraz bardziej podobna. Masz równie dobre serce i równie wielką mądrość skrytą w spojrzeniu. Byłaby z ciebie dumna, Nealo. - Nie był pewien, dlaczego mówił to na głos - może dlatego, że gdy on sam niósł na barkach ciężar rodziny pod nieobecność ojca, nikt nie powiedział mu nic podobnego; nikt nie powtarzał mu, że czyni dobrze, że staje się prawym człowiekiem, że dorasta, że gdyby dostrzegł go ojciec (jego niedościgniony wzór, bohater, który dobro nieznajomych stawiał ponad własne szczęście), rozparłaby go duma.
Mimo wszystko lżej było mu prowadzić rozmowy dotyczące zaklęć, a nie bolączek rozrywających serce; ostatnio zbyt dosadnie nauczył się nie roztrząsać przeszłości, trwać bez zawahań w teraźniejszości i nie rozmyślać o czasach, które być może nigdy nie nadejdą.
Skinął głową - bezbrzeżne ciepło w spojrzeniu powoli zaczęła zastępować rzetelność.
- Masz rację - powiedział, mimowolnie nadając swoim słowom nauczycielski, mentorski nawet ton. - Przyjmuje formę srebrzystej mgły, która niekiedy - gdy zaklęcie jest wystarczająco mocne - przybiera kształt zwierzęcia, które odzwierciedla charakter rzucającego - ciągnął, zastanawiając się, jak dobierać słowa. - To niezwykle trudne zaklęcie - dodał szybko, tknięty nagłą myślą - sam zdołał wyczarować pełną postać Patronusa dopiero niedługo przed ukończeniem szkoły. Być może właśnie to zagwarantowało mu otrzymanie oceny wybitnej na egzaminie z obrony przed czarną magią. - Ma liczne zastosowania: odpędza śmierciotule, dementory, może także być posłannikiem i przenieść wiadomość prosto do innego czarodzieja. - Przerwał na chwilę wykład - wszystko przez to, że dostrzegł, jak Neala unosi różdżkę, by rzucić zaklęcie na wciąż tkwiące na podłodze karnisze i wymięte zasłony. Zdawało się, że nie popełniała błędu, że wszystko czyniła dobrze; skrzywił się jednak, gdy materiał znów drgnął tylko lekko, a potem z powrotem opadł. - Jeszcze raz - polecił: do upartego, Nealo, jesteśmy lisami, wojownikami, walczymy, nie znamy smaku porażki i kapitulacji - próbuj tak długo, aż osiągniesz sukces, niech nawet nie przemknie ci przez głowę myśl o poddaniu się, rezygnacji, nie możesz być słaba. - Ktoś powiedział mi kiedyś, że nie liczą się upadki na drodze do celu, a to, że zdołałaś go osiągnąć. Uważałem - nieprzerwanie uważam - to za koszmarną, pseudopoetycką i patetyczną głupotę. - Uśmiechnął się trochę koślawo, choć szczerze, ciepło; znów spoglądał na kuzynkę, mając nadzieję, że słowami doda jej sił. - Ale nawet ten patos kryje w sobie ziarno prawdy - opanujesz to zaklęcie, Neala, jesteś zdolna, potrzebujesz tylko ćwiczeń. Więc ćwicz. - Ćwicz tak długo, jak jesteś w stanie, tak długo, jak nie plątają ci się słowa, a zmęczona dłoń wciąż potrafi poprawnie trzymać różdżkę - on trenował właśnie w ten sposób, odzierał się z sił, sam skradał sobie oddech. Ale widział tego efekty; teraz zdawał sobie sprawę z własnych zdolności, wiedział o swojej potędze.
Uniósł jeszcze lekko dłonią brodę Neali, którą nieświadomie trzymała zbyt nisko (nie przeszkadzało to za bardzo w poprawnym rzuceniu zaklęcia, ale był przewrażliwiony na punkcie prawidłowej pojedynkowej postawy), a potem powrócił do urwanego tematu.
- Patronusa buduje pozytywna energia, więc żeby rzucić go poprawnie, trzeba przepełnić się najszczęśliwszym wspomnieniem. Poczuć je wszystkimi zmysłami, urzeczywistnić, wyobrazić sobie, że znów tam jesteś - że znów wypełnia cię ta radość, bezbrzeżne szczęście. - A czy ty, Garrett, czy ty czułeś to wszystko, przepełniając się myślą nie o mlecznych kosmykach, nie o burzowych oczach, nie o ciepłych ustach jak wiatr smagających twój policzek, a o głosach przodków i założeniu Zakonu Feniksa? - Dopiero wtedy jesteś w stanie osiągnąć wiele. - Czy tym mianem powinien nazwać wyczarowywanie potężnego Patronusa - Patronusa, który jest w stanie wchłonąć nawet najczarniejszą magię? - Dopiero wtedy jesteś w stanie osiągnąć wszystko.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   27.04.17 4:24

Uważnie patrzyłam na kuzyna Garretta, a gdy wypowiedział zdanie wspominając mamę nie poradziłam nic na to, że lekko zmarszczyłam brwi próbując zrozumieć czemu ją wspomina. Na pewno nie miał nic złego na myśli świadczyły o tym jego oczy i lekki uśmiech, a już po chwili kolejne słowa padające z jego ust. Nie poradziłam nic na to, że moje oczy rozszerzyły się w szczerym zdumieniu a policzki przyjęły czerwony odcień. Nie wstydu, dumy, zawsze dumy, zwłaszcza że mama, tata i Brendan byli moimi bohaterami a sam fakt, że ktoś mógł mnie do któregokolwiek z nich porównać było najwyższym odznaczeniem na mojej skali. Nie zależało mi na orderach, czy workach galeonów, raczej starałam się po prostu nie przynosić zawodu Brendanowi, który i tak zawsze martwił się podwójnie – za mnie i za siebie – jeśli nie potrójnie, jeśli wliczać w to i cały świat.
-Tak myślisz, kuzynie? – naprawdę? Mam chęć dodać. I choć wierzę i ufam każdemu jego słowu to liczę jeszcze na ciche potwierdzenie, że się nie przesłyszałam. Och, takie piękne to słowa. Takie ładne. Mama rzeczywiście była mądra i jej mądrości – te które zdążyła mi powiedzieć, a ja zapamiętać zdążyłam – właśnie one kierują mną. A raczej ja staram się podążać wedle nich. Oczy pewnie szkliły mi się z podniecenia. A plecy samoistnie wyprostowały się znacząc młode ciało dumą. Byłam Weasley’em, od zawsze byłam z tego duma. Ale nic nie mogło napawać mnie dumą bardziej niż to, że ktoś rzeczywiście dostrzegał moje podobieństwo do matki. Uniosłam się kilka razy na piętach, jakby w tym geście ważąc to co chciałam zrobić, a zaraz potem już ściskałam kuzyna Garretta, nawet jeśli gdzieś po drodze wydostały się z jego ust słowa sprzeciwu. Nie długo – chwilę tylko, za mocno też nie – bo wyglądał na zmęczonego, choć ostatnio miałam wrażenie, że oni wszyscy są bezdennie zmęczeni.
-Dziękuję. – powiedziałam cicho odsuwając się. Nie wiedziałam, czy był świadom ile miodu rozlał na moje serce tymi kilkoma zdaniami. Ale miałam nadzieję, że wie. Musiał wiedzieć. Był mądry i dobry, a jego spojrzenie, mimo że często smutne i przygaszone posiadało – tak samo jak Brendana – nieskończone pokłady troski.
Lubiłam to. W sensie nie tylko naukę, ale to jak traktowali mnie ludzie. Byłam jeszcze młoda, ale rzadko kiedy – zwłaszcza gdy czegoś mnie uczyli – traktowali mnie jak dziecko – no chyba że się jak takie zachowałam – sprawiali, że czułam się dobrze w ich towarzystwie. Byli moimi nauczycielami, ale jednocześnie przyjaciółmi i mimo, że kiedyś słyszałam że te dwie rzeczy nie mogą iść z sobą w parze, co rusz się przekonywałam jak bardzo się mylił.
Słuchałam uważnie, jak zawsze zresztą. Czasem tylko zdarzało mi się lekko rozkojarzyć, gdy padło słowo bardzo melodyjne, które musiałam sobie w głowie zapisać żeby potem nad nim dłużej podumać. Ale dzisiaj nic mnie nie rozkojarzyło. A przynajmniej mocno starałam się, żeby tak było. Jak sam kuzyn mówił to trudne zaklęcie. Nie dziwiłam się, zwłaszcza gdy wymieniał jakie są jego zastosowania.
-Co przedstawia twój patronus? – zapytałam szczerze zaciekawiona. Widziałam kiedyś patronusa Brena, tylko przez chwilkę, ale byłam pewna że przypomina psa gońziczego. Byłam ciekawa czy kuzyna Garretta też przedstawia psa. W sumie dziwiłabym się i nie, czy by go przypominał czy przedstawiał coś całkiem innego. Brendan i Garrett mili wiele cech wspólnych, ale też jednocześnie wiele różnych i trudno mi się było zdecydować czy bardziej do siebie podobni są, czy znów bardziej się różnią.
Rzuciłam zaklęcie na karnisze, które jedynie lekko drgnęły. Zmarszczyłam brwi – nie ze złości, bardziej z niezrozumienia, bowiem wydawało mi się, że wszystko zrobiłam poprawnie. Przytaknęłam w odpowiedzi głową na polecenie. Nie zamierzałam tak szybko odpuścić tym karniszom. Wysłuchałam słów płynąc z ust kuzyna i przez chwilę mierzyłam go spojrzeniem.
-Wydaję mi się, kuzynie, że łatwiej się upada jeśli wiesz, że masz kogoś obok kto pomoże ci wstać. – odpowiadam mu ścieląc usta uśmiechem. Zaraz jednak wzrok przenoszę z niego na te wredne karnisze, co to trochę chcą a trochę nie chcą poddać się mojemu zaklęciu i za każdym razem jak sądzę że już na moją stronę je przeciągnęłam, to one rozmyślają się i znów na podłogę padają. Nim rzucam zaklęcie dłoń kuzyna unosi mi brodę. Przestępuję z nogi na nogę skupiając się. Wdech. Proste plecy. Wysoko broda.  Ale zanim rzucam zaklęcie słyszę o tym co buduje patronus, zastanawiam się więc znów. – Myślę, myślę że wiem jakiego wspomnienia bym użyła. Wydaje mi się, że byłam wtedy najszczęśliwsza, ale nie umiem powiedzieć, czy aby na pewno bezbrzeżnie. – stwierdzam jeszcze przed rzuceniem zaklęcia. Biorę wdech i kontroluję swoją postawę zwracając twarz i spojrzenie na karnisze.
-Reparo. – wypowiadam kolejny raz. Nie odpuszczę póki nie naprawię ich, choćby kuzyn miał wszystkie pączki z talerza zjeść a na dworze już ciemno by się zrobiło. Nawet noc bym całą została i z uporem próbowała je naprawić.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   27.04.17 4:24

The member 'Neala Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 19


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   25.05.17 4:22

Przez chwilę po prostu patrzył na twarz Neali przybierającą barwę dorodnego buraka - nie mógł powstrzymać ciepłego uśmiechu błąkającego się ukradkiem po ustach i pokręcił lekko głową, jakby z niedowierzaniem, choć przecież doskonale rozumiał jej reakcję. Duma zdawała się przepełniać ją całą; błyskała w spojrzeniu i w tym rumieńcu czającym się w gąszczu złocistych piegów, w kącikach dziecięcych jeszcze ust ułożonych inaczej niż przed upływem paru sekund i w jej postawie - Neala zdawała się bowiem urosnąć w mgnieniu oka, jakby to zadowolenie wzniosło ją kilka cali nad ziemię.
Zasługiwała na każde słowo, które jej powiedział - była Weasleyem, wojowniczką, wspaniałą osobą, zdolną czarownicą, właścicielką serca z najszczerszego złota.
- Oczywiście - zapewnił, może kryjąc w głosie nutę lekkiego żartu, bo teraz, gdy na chwilę zapomniał o targających nim demonach, niczego nie umiał czynić już w pełni poważnie - tęsknił za beztroską i gdy ta wyciągnęła w jego kierunku dłonie, chwycił je, by móc przetrzymać poczucie lekkości tak długo, jak tylko będzie mu to dane. Zanim mógł się obejrzeć, Neala była już blisko; nawet jeżeli zdobyłby się na protest, nie zdążyłby dać temu ujścia, gdy dziewczęce ręce zamknęły go w uścisku. Zaśmiał się krótko - głównie z zakłopotania, przez moment szukając ratunku w widoku przeciwległej ściany; wbił spojrzenie w jasność kremowej farby, a gdy ta nie podpowiedziała mu, jak w takiej sytuacji zachowują się cywilizowani ludzie, objął jednym ramieniem Nealę, czując się jakby... w domu. Czasem zapominał, jak wiele znaczy dla niego rodzina - bo choć ostatnimi czasy jego perypetie z najbliższymi jej członkami przypominały bardziej jazdę na kolejce górskiej (i to ten moment, w którym zaczarowany wagonik pędzi pionowo w dół, a czarodzieje zdzierają gardła, drąc się wniebogłosy), robił wszystko dla nich: a przynajmniej takie były jego priorytety, zanim... zanim świat runął i zwykły ratunek przestał wystarczać.
- No już, bo się rozczulę - odparł żartobliwie na słowo podzięki, a nawet wtedy, gdy Neala odsuwała się już o krok, Garrett położył jej dłoń na ramieniu i schylił się nieco, by zniżyć się do jej wzrostu lekko wyrośniętego, domowego skrzata. - A jesteśmy wojownikami, pamiętasz? Takimi, którzy twardo stąpają po ziemi i za nic mają sentymenty - ciągnął, choć jego twarz i nawet tembr głosu mówiły coś zgoła innego: uśmiechał się ciepło, żartował. I nie poznawał siebie. Odkrywał kolejne maski - choć ta, prawdę mówiąc, dotychczas odpowiadała mu najbardziej.
Pozostawienie sfer emocjonalnych przyjął z niejaką ulgą; choć mówienie o uczuciach od zawsze traktował za rzecz potrzebną, która przychodziła mu bez problemu i naturalnie, ostatnio coraz częściej przyłapywał się na pozostawianiu emocji dla siebie: wojna rządziła się swoimi prawami i stawiała warunki, które musiał szanować; od dłuższego czasu zduszał w sobie wszystko to, czego nie mógł powiedzieć, bo ponad własny komfort cenił spokój i bezpieczeństwo najbliższych.
Kiedyś - tak dawno, że ledwo to już pamiętał; dziesięć lat z pozoru nie jest wiecznością, a jednak w tym czasie stało się wiele, zbyt wiele - zadane pytanie zbiłoby go z tropu. Wtedy nie lubił mówić o subtelnej formie patronusa i wstydził się jej, oglądając u nieco starszych kolegów rosłe niedźwiedzie, krwiożercze wilczury i drapieżne rysie. Za żałosne uznawał to, jak długo zajęła mu akceptacja własnej odmienności - ale przez całe życie grzmiał, gdy inni milczeli i stał prosto, gdy innym gięły się kolana; to była tylko kolejna próba charakteru.
- Jaskółkę - odpowiedział krótko, bez cienia wstydu, który zapewne towarzyszyłby mu przed laty. - Może nie jest to szarżujący garboróg ani sokół pędzący po niebie... ale przy odpowiednim rozpędzie mogłaby nawet wydłubać komuś oko. - Powędrował spojrzeniem w kierunku, który wskazywała wyciągnięta różdżka Neali; nawet nie drgnął, gdy - stety lub nie - nie drgnął też karnisz. Potem ten podskoczył jeszcze żałośnie, jak zwierzyna łowna wydająca ostatni oddech, aż w końcu zamarł. Garrett zerknął ukradkiem na kuzynkę, nie mówiąc nawet słowa.
- Mówisz o tym w kontekście karnisza czy mojego pseudofilozoficznego wywodu? - odparł z przekąsem, traktując młodą - czy tego chciała czy nie - jako równą sobie, wraz ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Wychował się z młodszym rodzeństwem i długo wierzył, że w roli starszego brata był całkiem dobry; nawet jeśli upływ czasu zweryfikował jego zdolności do porozumiewania się z najbliższymi. - Chcesz się podzielić tym wspomnieniem, czy wolisz zachować to dla siebie? I wiesz, Neala, trudno zdefiniować szczęście i znaleźć jego granice. Niektórzy długo szukają w pamięci wspomnień, które mają prawdziwą moc, inni muszą dopiero je przeżyć - więc łakną emocji, piękna, czegoś, co ma dla nich znaczenie. Życie płynie, nigdy nie stoi w miejscu, nasze definicje szczęścia też ulegają zmianie. To, co daje ci siłę, jest osobiste, intymne, wyjątkowe. Twoje wspomnienie należy tylko do ciebie i tylko ty jesteś w stanie wydobyć z niego moc, która pozwoli ci wyczarować obrońcę. - A przynajmniej tak zdarzało mu się mówić młodocianym aurorom, którzy w trakcie kursu zmagali się z wyczarowaniem tego zaklęcia. Wierzył, że miał rację. - Dlatego też każdy patronus jest niezwykły - uosabia ciepło, radość, miłość, jednocześnie nas obnażając: bo kształt, który przybiera, znaczy dla nas wiele. Opowiada naszą historię. Określa nas w sposób, którego my, zwykli czarodzieje, nie jesteśmy nawet w stanie pojąć i zrozumieć. - Ile znaczył dla niego - czy tyle co kiedyś?
Neala znów uniosła różdżkę i znów jej próba naprawienia karnisza zakończyła się klęską; przez chwilę Garrett nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać, po czym zderzył się z emporą własnych myśli i postanowił podejść do tego... po ludzku.
- Jak macie się z Brenem, wszystko w porządku? - zaczął spokojnie mówić, jakby nie zwracając uwagi na ciągłe klęski Neali - choć on by ich tak nie nazwał; póki nie zaprzestawała prób, wciąż walczyła. A to uznawał za najważniejsze. - Czasem magia jest kapryśna - wtrącił, opierając się o podpórkę na ramię kanapy i nie odwracając spojrzenia od kuzynki. - Może masz dużo na głowie. A może po prostu jest to zły dzień. - Powoli wyłamywał palce jednej z dłoni, jakby kontrolując stan swoich chrząstek. - Możesz dalej próbować. Mogę ci w tym pomóc. Albo możemy udowodnić, że jesteśmy więcej warci od naszej magii i spróbować to naprawić bez pomocy czarów. - Brzmiało to absurdalnie, był uzależniony od magii i nawet nie okłamywał się, że bez niej byłby coś wart; był pewien, że wszystkie umiejętności, które od zawsze w sobie pielęgnował, związał bezpośrednio z magiczną walką - niekiedy wierzył też, że jego wartość zamykała się w sile zaklęć, które rzucał. Ale dopóki mógł przysłużyć się sprawie, nie miało to znaczenia - chciał pomóc, nie łaknął potęgi. - To jak?




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   06.06.17 6:14

Podobno czerwień zalewała nas tak samo – w sensie mnie i Brena – najpierw wchodziła na szyję, by potem zajmować policzki. Czułam je. W sensie policzki, czerwień ciężko było czuć, ale w jakiś sposób nie przeszkadzało mi to w żadnym stopniu. Kuzyn Garrett miał w sobie coś znajomego, był znajomy. Właściwie znałam go od zawsze, czy to raczej od znał mnie od samego początku. A potwierdzenie padające z jego ust warte było więcej niż skrytki pełne złota w banku. Bo słowa przecież miały większą moc i wagę niż jakikolwiek inny skarb który można było znaleźć na tym świecie. I właściwie też dlatego czytałam, na razie trochę, bo nie liczę podręczników. Ale mnogość słów które stworzone zostały po to, by lepiej świat określić była zachwycająca. Tak samo jak fakt, że wszystkich ich jeszcze nie znałam i mogłam odkrywać każde nieznane mi i słyszeć je po raz pierwszy.
Bez skrępowania objęłam kuzyna, choć wyczułam pod dłońmi spięcie na plecach powodowane moim dotykiem. Brendan robił to samo. W sensie spinał się trochę, jakby zaskoczony tak zwyczajnym gestem. A potem – też tak samo – jakby sobie uświadamiał nagle, że to najzwyczajniejsza rzecz na świecie jest i obejmował lekko ramieniem; nie za mocno, jakby bojąc się coś mi dotykiem zrobić.
Ale to starczało, bo to było dużo. A nawet więcej – a oni nigdy nie dawali mi mniej, zresztą jak wszyscy których miałam wokół siebie. To znów rozpalało uczucie w środku, ciepłe takie i dobre, szczęśliwe, ale i do działania skłaniało, żeby tę dobroć którą dostaję jakoś zwrócić.
Odsunęłam się od Garretta gdy wypowiedział kolejne słowa śmiejąc się krótko. Na chwilę brwi mi się zmarszczyły gdy próbowałam sobie przypomnieć, czy widziałam go kiedyś rozczulonego, ale odrzuciłam rozważania, gdy pochylił się nad moją osobą.
- Wojownikami… - pokiwałam ochoczo głową zaraz marszcząc nos – Jednak… nie uważasz, żeśmy z samych sentymentów złożeni? – zmierzyłam spojrzeniem jego twarz. Lubiłam gdy się uśmiechał; zmarszczki tańczyły wokół jego oczu wygładzając rysy twarzy. A dziś nawet i oczy jego śmiały się razem z ustami, co cieszyło mnie niezmiernie.
Byli zdolnymi czarodziejami – zarówno Brendan jak i Garrett – i możliwość bycia ich siostrą ( kuzyna Garretta taką z innych rodziców) napawała mnie dumą. Ale też trochę budziła zwątpienie w niewielkim ciele. Chciałam im dorównać, nie zawieść ich – i oczywiście jak na złość przegrywałam w walce z karniszem. Ale to nic też bo przy okazji dowiedziałam się trochę o patronusie. Znaczy więcej niż wcześniej wiedziałam. A gdy kuzyn wyjawił mi jaki kształt ma jego obrońca aż sapnęłam cicho mówiąc oh.
- I ostrzega przed nadchodzącym deszczem. – czytałam kiedyś o tym. Że jaskółki latają nisko gdy na deszcz się zbiera. Ale też nie dlatego że po prostu tak. Czy dlatego że go czują – ten deszcz oczywiście. Tylko dlatego że powietrze się robi gęstsze jakby i małe owady do góry wzlecieć nie mogą. A jaskółki je lubią – owady oczywiście – więc i one niżej latają. Ale zmierzam do tego, że może i nie czują w skrzydłach że burza idzie, ale ich lot na niskich pułapach o tym innych informuje pozwalając, by w porę się przed deszczem skłonili. Zmierzyłam uważnie kuzyna. Tak, jaskółka idealnie do niego pasowała. – W kontekście obu, jak sądzę. – odpowiadam na kolejne z pytań unosząc lekko kącik ust ku górze. Słuchałam słów kuzyna uważnie, jak zawsze zresztą, przez chwilę zastanawiając się nad nimi w międzyczasie ponownie stając do walki z karniszem. Na próżno, wredny zawziął się po całości. Westchnęłam lekko na chwilę opuszczając różdżkę. Uniosłam dłoń drapiąc się za uchem. - Oh… Mam dużo szczęśliwych wspomnień, kuzynie. Chociaż czasem zdaje mi się, że inni myślą że nie mogę ich mieć bo straciłam wiele. Ale… myślałam kiedyś nad tym. Wydaje mi się, że mama z tatą byliby mocno zawiedzeni - zasmuceni nawet - faktem, że mając okazję do szczęścia i radości świadomie wybieram smutek. Dlatego postanowiłam radość odczuwać podwójnie, a w smutku poszukiwać nauki i siły. – uśmiecham się do niego wzruszając leciutko bezradnie ramionami, jakby taka była kolej rzeczy i nic więcej do zrobienia nie pozostawało. – To wspomnienie o którym myślę… Nie wszystko w nim jest dokładne i klarowane, ale też w jakiś sposób nie musi być. – przenoszę spojrzenie z lustrowanego przed chwilą sufitu na twarz Garretta – To chyba czas świąt. – mówię niepewnie, przymykam powieki. – cały dom pachnie jabłkami i cynamonem, ogień trzaska w kominku i ogrzewa komnatę, mama siedzi w fotelu a radio sobie spokojnie gra – nie wiem co to za utwór, ale melodie pamiętam do dziś. A ja i Bren próbujemy tańczyć, śmiejemy się co chwile, bo Bren nogi dwie lewe ma i depcze mnie co chwilę. Ale jakoś nie przeszkadza mi to, bo to wszystko – zapach, dźwięk każdy nierówny podryg wzbudza gdzieś pod żołądkiem takie ciepło trudne do określenia. – kończę otwierając oczy i natrafiając na spojrzenie mocno podobne do mojego brata.
Kolejne pytania sprawia że przekrzywiam lekko głowę w prawo jakby próbując zrozumieć sens pytania. Czy wszystko w porządku? To chyba zależało o co pyta, czy ogólnie, czy szczególnie. Bo ogólnie to powiedziałabym, że tak. Ale szczególnie to brakuje Brendanowi tych spodni ukochanych które przypadkiem do stanu nieużywalności doprowadziłam.
Dopiero kolejne słowa dają mi trochę jasności co do tego czemu o to pyta. Gdy milknie i ja milczę jeszcze chwilę a potem posyłam mu uśmiech.
-Garry, chodzisz codziennie do pracy, prawda? – wypowiadam pytanie spokojnie, pozwalam żeby zawisło między nami ale kontynuuje zanim zdąży mi odpowiedzieć. – Czy zły dzień, albo za dużo na głowie gwarantowało ci dzień wolny? A może zadania dostawałeś łatwiejsze? – wiedziałam że nie. Od obowiązków, czy nawet od życia nie dostawało się dnia wolnego – choć byłam pewna że nawet kuzyn Garrett czy Brendan raz na jakiś czas chętnie by taki wzięli. Nie chciałam taryfy ulgowej i nigdy jej nie dostawałam. Ceniłam troskę, ale wiedziałam też że Brendan miał rację gdy mówił mi, że trzeba być gotowym zawsze i na wszystko. Posłałam jeszcze jeden uśmiech, a potem zwróciłam się ponownie w kierunku karniszy. Skupiłam się na postawie; wciągnęłam powietrze, wyprostowałam plecy.
- Reparo. – zarządziłam raz jeszcze po raz kolejny wykonując ruch różdżką. Kiedyś musi mi się udać. A do tego czasu będę po prostu próbować raz za razem.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   06.06.17 6:14

The member 'Neala Weasley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 100


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   23.06.17 4:16

Na słowa Neali zmarszczył żartobliwie brwi - nieznacznie zmarszczył się też jego nos, co w inny niż zwykle sposób ułożyło nieodgadnione konstelacje złocistych piegów. Zazwyczaj na jego twarzy wielki wóz zaczynał się gdzieś pod lewym okiem i kończył na lekko garbatej chrząstce nie raz złamanego nosa - a teraz gdzieś przepadł, by znów powrócić, gdy w mimice Garretta zagościł teatralnie wyolbrzymiony wyraz kapitulacji.
- Może masz rację - odparł w końcu, jakby celowo zwlekając z tymi słowami i szukając sprytnej riposty. A gdy ta sama nie znalazła drogi na jego język, przez chwilę poczuł się dziwnie - nie miał w zwyczaju przegrywać słownych potyczek. - Sentymentalni wojownicy. Wojownicy sentymentów. Nie, jednak brzmi to jakoś... - zawahał się, na chwilę opierając się obiema dłońmi o oparcie fotela - mało heroicznie. Na dźwięk tych słów nasi wrogowie nie uciekliby w popłochu. Nie wolałabyś wzbudzać strachu i szacunku samym swoim imieniem? - Znów się droczył, jednocześnie badając ją lekkimi, życzliwymi słowami - oprócz lekcji zaklęć mimowolnie zmuszał ją do zrozumienia siebie, poruszania wartości, które mieli we krwi: płynęły w niej nie tylko duma i bezbrzeżna buta, którą tak często zarzucano Weasleyom.
Nigdy nie uznawał tego za złą cechę - zrównywał ją z odwagą, ze skłonnością do poświęceń, którą zawsze podpatrywał u swojego ojca; a on był mu wzorem tak długo, aż Garrett nauczył się, że jedyny autorytet, na którym powinien polegać, to on sam. Inni zaskakująco często wykazywali skłonności do rozsiewania rozczarowań, znikania z jego życia bądź ginięcia właśnie w tej chwili, gdy potrzebował ich najbardziej - wkrótce zrozumiał, że jedyne, czego mógł być w życiu pewien, to śmierć.
Ale to nie była lekcja na dziś - jakkolwiek silnie wierzył w rozsądek i dojrzałość Neali, wciąż była wyłącznie dzieckiem. Dzieckiem, któremu i tak odebrano czas błogiej beztroski; nie zamierzał odzierać jej z naiwności dzieciństwa jeszcze mocniej.
Na wspomnienie o deszczu parsknął cicho i skrzyżował na piersi ręce, nieznacznie odchylając się w tył. Na jego ustach błąkało się rozbawienie, a w oczach - niedowierzanie.
- Jasne - rzucił lekko; powoli i ledwo zauważalnie kręcił głową - wszystkie dylematy wojennego życia znów czmychały w cień, gdy oddychał w pełni, przypominając sobie, dla jakich chwil warto żyć. - Gdybym urodził się jasnowidzem, z pewnością zająłbym się meteorologią. Niestety, poskąpiono mi tego daru. Jestem tylko marnym aurorem, nie wykorzystuję pełnego potencjału mojego Patronusa - ciągnął, fabrykując w głosie dogłębną powagę - a choć ton rzeczywiście mógł wskazywać na to, że mówił serio, w jego oczach błyskały żart i beztroska.
Dziwnie było nie krztusić się każdym oddechem i niewypowiedzianym słowem.
Dopiero z czasem, gdy wsłuchał się uważnie w słowa Neali - i znów nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że skrywała w sobie taką mądrość - niespiesznie rozplótł ręce, by zaraz ułożyć dłonie na oparciu pobliskiego fotela. Spoglądał na nią uważnie, z początku z pełną powagą, ale w końcu pozwolił sobie na drgnięcie kącika ust; Neala zawsze kojarzyła mu się z iskierką, ciepłym płomykiem, lecz dziś zasłużyła na miano prawdziwego słońca.
- Tak, jestem pewien, że to odpowiednie wspomnienie - powiedział i mógłby stwierdzić to samo, nawet nie słuchając słów wypowiadanych przez kuzynkę - starczyła analiza jej gestów, spojrzenie na twarz jaśniejącą mocniej niż przed chwilą, na półuśmiech wykrzywiający wargi i luźno spuszczone dłonie; Neala, zatracając się we wspomnieniu, musiała czuć się silniejsza. W końcu to właśnie kolekcje myśli i obrazów z przeszłości czynią nas tym, kim jesteśmy naprawdę - teraz Neala była tym pięknym dniem, zapachem jabłek z cynamonem, rytmem muzyki i ciepłym śmiechem wypełniającym pomieszczenie.
Słysząc pytanie, poczuł się zbity z tropu - nie przygotował sobie wymówki, jego umysł zaczął błądzić w poszukiwaniu deski ratunku, ale wszystkie pomysły, na które wpadł, zasługiwały na miano idiotycznych. Chciał westchnąć.
- To konkurs pytań bez odpowiedzi? - odbił piłeczkę, pokątnie siadając na ramieniu fotela. Zanotował to, że Neala nie wspomniała nic o Brenie - i mimowolnie uznał to za zły znak. Jednocześnie wciąż szukał wymówek - a gdy nie wpadł na żadną, zdecydował się powiedzieć prawdę. Pokrętnie. - Uziemiła mnie kontuzja - podcięte żyły, tragiczny stan psychiczny, brak połowy palca, kompletne zmarnowanie, wycieńczenie i atak choroby - ale tego nie powiedział na głos - więc szef, kręcąc nosem, przełożył moje najbliższe patrole na przyszły tydzień. - Rogers trochę bardziej niż kręcił nosem. To też pominął. - Na parę dni zostałem typowym urzędnikiem. Tonę tylko w raportach i dokumentach przez osiem godzin dziennie. Straszne życie. Nigdy nie zostawaj urzędnikiem, Neala. Nigdy. - Niby żartował, ale ten tryb życia rzeczywiście uznawał za okropny - nienawidził tkwić w miejscu, egzystować bez celu, bez emocji, zdawać się na innych. Paradoksalnie czuł się wolny dopiero wtedy, gdy planował akcję, narażając swoje zdrowie i życie na co najmniej siedem różnych sposobów.
A obserwując efekt ostatecznego zaklęcia Neali, w oniemieniu uniósł brwi - nie spodziewał się, że po paśmie porażek dziewczyna zdoła ułożyć naprawiony karnisz i firanki lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej powiesił je w salonie.
- Nie wiedziałem, że moje przemowy motywacyjne mają taką moc - rzucił, przechylając lekko głowę - jakby krytycznym okiem oceniał dzieło sztuki. A potem szybko przerzucił spojrzenie na Nealę. - Nigdy nie myślałaś o tym, żeby zająć się tym profesjonalnie? - Wieszanie firanek wciąż było bezpieczniejsze od biegania za czarnoksiężnikami - Garrett bał się, że mała kuzynka, mając takie wzory wśród najbliższych, zdecyduje się podążyć śladami jego i Brena. Wcale nie sądził, że mogłaby się do tego nie nadawać; obawiał się jedynie, że goniłaby tym samym za marzeniem, które wcale nie należało do niej. Że chciałaby tylko spełnić oczekiwania innych. Mając za przykład swoją siostrę, wiedział, jak bardzo potrafi to zniszczyć człowieka.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   29.07.17 20:00

Mieszkanie kuzyna w ciągu tego czasu, który przebywałam w Londynie, zdołałam poznać już dość dokładnie. A i samego kuzyna Garretta lepiej mi przyszło poznać – głównie właśnie przez te lekcje, na które to do niego chodziłam. I lubiłam je, choć czasem nie było łatwo, a zaklęcia nie szły tak dobrze jak powinny. Znaczy, niby mówili mi, że na początku nie wszystko idzie, że później też może nie pójść, ale ja wiedziałam, że trzeba się uczyć i ćwiczyć żeby dobrze umieć. Nie miałam jednego wzoru, autorytetu do naśladowania, a całą grupę ludzi którzy byli warci worki galeonów. Słuchałam jego odpowiedzi, w podobnym geście marszcząc brwi i zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Wolałabym, żeby ludzie darzyli mnie szacunkiem nie dlatego, że się mnie boją, a dlatego że moje czyny na owy szacunek zasługują. – powiedziałam, odganiając zmarszczenie z twarzy, spojrzenie zawieszając na kuzynie. Głos posiadał znamiona lekkiego zamyślenia, jakby nadal zastanawiania się nad odpowiedzią. - Strachu nie chciałabym budzić wcale… - zadecydowałam w końcu, tylko na chwilę zatrzymując słowa, które zaraz popłynęły dalej - …a jeśli już bym miała, to tylko i włącznie po to by moje imię wlewało niepokój w serca tych, którzy starają się, bądź staraliby się skrzywdzić tych, którzy bliscy mi są i tych, którzy sami nie są w stanie o siebie zadbać. – zakończyłam, a przynajmniej na początku tak mi się zdawało, bo zaraz jedna kwestia wzięła i mnie naszła i chciałam ją na głos wypowiedzieć. – Trochę tego nie rozumiem, kuzynie. Słabszym należy pomagać, a inność kogoś doceniać i akceptować – a nawet czerpać z niej, bo można się wiele dowiedzieć i nauczyć. – zmarszczyłam znów brwi zastanawiając się nad tym, jakby najlepiej w słowa ująć myśli. – Dlaczego więc to właśnie ci najmniejsi są atakowani przez tych którzy uważają się za silniejszych i lepszych. – zmarszczki znow zniknęły, gdy oczy rozszerzyły się, gdy sama sobie odpowiedziałam na to pytanie. – Właśnie dlatego. – dodałam jeszcze, ale temat nurtował mnie odrobinę bardziej. – Szlachta, powinna być szlachetna, czyż nie? A samo szlachectwo właśnie ze schlachetności i szlacheckiego zachowania się brać winno. A przez ten rok, który byłam w Hogwarcie zobaczyłam dużo nieszlachetnych zachowań u osób, które za szlachetne właśnie się uważają widziałam. – westchnęłam lekko. Nie rozumiałam wszystkiego, ale rozmowy z kuzynem i Brenem i właściwie każdym dorosłym pomagały mi zrozumieć wiele spraw. I pokazać coś, jeśli się myliłam. Bo robiłam to czasem, bo nie wszystko jeszcze wiedzieć mi przyszło.
- Nie wierzę w to co mówisz, Garry. Pewnie ten niepozorny ptaszek zdołał ocalić już wiele osób. – odpowiedziałam mu wskazując nań palcem. Byłam tego pewna. Tak samo jak tego, ze i Brendan już pomógł ludziom. Bo, tak właśnie mi się zdawało, że my właśnie do tego się rodziliśmy – by pomagać, na każdy z możliwych sposób. Żaden nie był zły o ile niósł tą pomoc, o ile skupiał się na słabszych, a nie tylko na czubku własnego nosa i nie wzgardzał ludźmi którzy pomocy potrzebowali. Trochę nie mogłam pojąć czemu kuzyneczka Lyra tak szybko się ożeniła(przecież chłopcy byli nierozważni i głupi), ale Brendan mówił, że prawo do obrania własnej ścieżki miała. Ale jej imię rzadko padało, a ja też nie pytałam, bo temat niewygodny się zdawał.
Klasnęłam uradowana kilka razy w dłonie, gdy kuzyn przyznał, ze dobre wspomnienie zostało przeze mnie wybrane. Miałam nadzieję, że takie uda mi się wybrać. Ale też na początku się przestraszyłam, że nie uda mi się zdecydować na jedno – bo przecież tyle dobrych miałam we wspomnieniach. A potem wysłuchałam tego co mówił, o papierach i zaśmiałam się serdecznie na ostatnie zdanie, choć wiedziałam, że mówił też na poważnie trochę.
- Miejsce za biurkiem nie jest dla mnie. – zapewniam go spokojnie, przecierając oczy. – I wieszanie karniszy, też dla mnie raczej nie jest. – tłumaczę mu dalej, choć pewnie i sam on wie to już. Byliśmy z jednej krwi, monotonia miała realne szanse pozbawienia nas życia( jestem prawie pewna, że to naprawdę mogłoby się stać) – Chcę pomagać, Garry. – mówię w końcu spoglądając na niego poważnie. – Jeszcze nie wiem, jakie zajęcie będzie dla mnie odpowiednie najmocniej, ale wiem, że by moja dusza spokojnie mogła kłaść się do snu muszę wyciągać rękę do innych, zwłaszcza tych słabszych. Choć na razie sama jeszcze słaba jestem. To trochę upierdliwe jest. – przyznaję na koniec lekko wzdychając. Trochę wiem, co się dzieje, bo Brendan nie raz Proroka zostawi to przeczytać mogę. Zresztą on sam mi mówi i nie tylko on. Wiem, ze nie dzieje się dobrze. Nie wiem jak bardzo, ale wiedzę po oczach moich bliskich, że bardziej niż powinno.
- To mogę spróbować patornusa rzucić? – pytam, bo nie wiem, czy już nie zmęczył się moją obecnością i przez te karnisze to czasu już trochę zleciało i może na inny dzień to przełożymy. Nie gniewałabym się za to wcale, ale chętnie bym spróbowała tego patronusa choć raz rzucić.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: St. Martin's Lane 45/3-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17