Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Dach nad kamienicą

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Dach nad kamienicą   05.09.15 22:48

First topic message reminder :

Dach nad kamienicą

Na jednym w wielu dachów, znajdują się miękkie poduchy w kolorów tysiące. Jest to miejsce magiczne, bo też magiczne rzeczy się tam dzieją, a czarownice je przygotowały. Nigdy nie spadnie deszcz, bo chroni je zaklęcie. W ukryciu przed rodzinami, młodzieży oddają się na dachu londyńskich kamienic, najbardziej szalonej czynności: paleniu opium i rozprawianiu na temat nie-przyszłości.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
32
20
1
0
0
1
9
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dach nad kamienicą   11.01.17 1:26

| 30 marca

Musiał pomyśleć. Tuż pod nim wciąż rozpościerała się sceneria iście z mugolskiego horroru. Względnie - większość chaosu została już ogarnięta, a najważniejsze dowody - znalezione i rozpisane. Ciało zostało zabrane i oddane pod dyktando koronera. Oczywiście zdążył otrzymać dostęp do akt, które wertował wielokrotnie, zanim pojawił się na miejscu zbrodni. Widział i ciało. I nawet jeśli wiele widział śmierci i wykręconych czarnomagicznymi klątwami grymasów, ale to wpisywało się na listę tych bardziej okrutnych.
Włamanie? Bzdura. Kto wpadłby na genialny pomysł włamywania do niedużej przychodni, szastając w takiej ilości plugawą magią? Panujący rozgardiasz, zdewastowane pomieszczenie, poprzewracane półki, rozbite w drobny mak okna. Tak, to wszystko mogło sugerować włamanie, ale prędzej należące do anarchistycznego wariata, artysty?, który w zniszczeniu widział większe "piękno.
Nie. Tu chodziło o kobietę. Ona była celem. Gdyby miała zginąć przypadkiem, sprawca, czy tez sprawcy - nie poświęcali by jej aż takiej uwagi. A było jej wiele - sądząc po licznych obrażeniach, jakie otrzymała. Tu, w rys mordercy wpisywało się okrucieństwo i...premedytacja. Nienawiść. Cały otaczający ciało obraz, miał być tylko dodatkiem, uzupełnieniem chaosu, który dzierżył plugawiec.
- Miria Diggory... - usłyszał głos towarzyszącej mu Sary - dosyć wysokiej, jasnowłosej aurorki o spojrzeniu wiecznie zdziwionych oczu Pracowała od kilku miesięcy, całkiem niedawno kończąc kurs. Skamander wstał z miejsca, raz jeszcze spoglądając przelotnie na widok z dachu, by wejść na powrót przez klapę na piętro, w którym znajdowała się przychodnia. Drewniane szczeble prowizorycznych schodków zaskrzypiały pod ciężarem mężczyzny, ale nie ugięły się. Samuel stanął pewnie na nogach, zamykając za sobą przejście, tym samym eliminując pomysł, jakby tędy włamał się zabójca. Nie znalazł żadnych śladów magii, które świadczyłyby o włamaniu tą ścieżką. I chociaż zniszczeniu uległo większość sprzętów w pomieszczeniu, mógł śmiało stwierdzić, że należały do ogółu zniszczeń, które nastąpiły po śmierci uzdrowicielki - Tak, to ona... - zawiesił głos, zatrzymując się przed wciąż nie usuniętą, szeroko rozlewająca się plamą rdzawo - brudnej czerwieni - To nie mogło być zwykłe włamanie, nie pasuje zbyt wiele rzeczy, czemu nic nie zginęło cennego? Tym bardziej...że najbardziej wartościowe, były tu leki...myślisz, że dopadł ją nokturnowy ćpun? - jasnowłosa kobieta przeszła pod ściana, zatrzymując się pod jednym z okien - oczywiście pozbawionym szyby, ale magia wystarczyła, by osłonić pozostałe po nich dziury przed widokiem z zewnątrz.
- I nic nie zabrał? - Samuel pokręcił głową - Nie, to musiał być ktoś...bardziej precyzyjny. Mamy tu falę zniszczenia, ale jest w tym zachowany absurdalny porządek - auror kucnął, wciąż wpatrując się w brunatne ślady na podłodze. Krew zdążyła zeschnąć się, zaścielając drewno bolesnym dywanem. Za dużo. Tu nie było mowy o przypadku. Ktoś musiał wedrzeć się tu w konkretnym celu. Tylko...jaki on był? - Włamanie wykluczamy - dodał, wciąż nie podnosząc wzroku na swoją partnerkę - Pamiętasz ciało ofiary? W jakim było stanie? - zawiesił głos, samemu przymykając powieki. Musiał dopasować do siebie jak najwięcej elementów. Także tych, które zostały pominięte w pierwszym raporcie. Zbyt wiele fragmentów brakowało, jeszcze więcej nie pasowało - Sekcja zwłok kobiety wykazała dyslokację prawego stawu barkowego, przerwanie ciągłości kręgosłupa w odcinku szyjnym oraz martwy płód w ciele ofiary. Ciało naznaczone wieloma płytkimi ranami zadanymi ostrym narzędziem... - wertowanie kartek sugerowało, że aurorka miała ze sobą raporty, przeczytała fragment. Dobrze.
Skamander otworzył oczy i podniósł wzrok na kobietę - Co ci w tym opisie nie pasuje? Bo coś nie pasuje, prawda? - pytał retorycznie, bo myśl klarowała się z przyczynowo-skutkowych puzzli - Liczne płytkie rany, zostały zadane zaklęciem. I to przed zniszczeniem tego przybytku. Choćby te okna, tyle szkła? Ran byłoby więcej, nieregularnych i zdecydowanie gdzieś musiałaby się zapodziać drobina okienna, czy drzazga w ciele - mówił, wciąż kucając nad wielką (brzydko brudną) plamą i wyraźnym śladem, mniej więcej po środku, gdzie musiało znajdować się ciało. Tyle krwi...że ciało zostało pozbawione go  zastraszająco szybkim tempie, pozostawiając skórę bladą i szorstką, jak papier. Te rany, które zostały zadane już po śmierci - nie krwawiły. Przypadek? Nie mógł tego potwierdzić. Miria Diggory została najpierw zabita. Zniszczenia powstały potem, by pozbyć się możliwych dowodów. Tylko...ich brak, też o czymś świadczył. A przynajmniej próba ich "braku".
- Dobrze, jeśli więc to kobieta była celem...jaki był powód? - kolejne zerkniecie w dokumenty - Napisali, że była zaręczona...z mugolakiem. Była zdrajczynią krwi i... - Sara zawahała się, głośniej przełykając powietrze. Nawet jeśli aurorzy byli przyzwyczajani do spotykania się ze śmiercią, jego towarzyszka była kobietą i temat nie był łatwy do ujęcia - Martwy płód. Ono..zostało zabite plugawą klątwa... Może to byłby trop i wszystko działo się na tle czystości krwi i zdrady? - młodsza od Samuela towarzyszka znowu zmieniła miejsce. Tym razem zatrzymała się pod - wciąż przewróconą i rozbitą szafką. W okolicy znajdowały się drobne przedmioty - fiolki i szkatułki, które najprawdopodobniej zawierały medykamenty.
- Było już bardzo późno, jak zawiadomiono o zajściu. Musiała już kończyć pracę....Co robisz, gdy masz zamiar już wychodzić? Zbierać swoje rzeczy, a ofiara nie miała na sobie odzieży wierzchniej, jak płaszcz, czy szal. Wciąż miała na sobie pracowniczy kilt - kontynuowała - Ktokolwiek to zrobił, musiał tu wejść...nie włamać się...może go znała? - spojrzała na mężczyznę, który w końcu podniósł się z miejsca, gdzie uparcie obserwował pobojowisko - Do przychodni, czy apteki może wejść właściwie każdy. Wystarczy sensowny powód...a przynajmniej sugestia, że potrzebował pomocy uzdrowiciela lub medykamentów - odetchnął ciężko. Słodko - metaliczny zapach krwi, chociaż ulotny i ledwie wyczuwalny, nadal atakował nozdrza, nie pozwalając choćby na chwilę zapomnieć, gdzie się znajdowali.
- Zastanawia mnie jeszcze jedna kwestia - zaczął, odsuwając się w stronę drzwi - Ktokolwiek tutaj był, musiał się w jakiś sposób wydostać. Teleportacja, to pierwsze, co przychodzi na myśl, ale...albo musiał być to ktoś niezwykle w tym wykwalifikowany, albo...działo się tu jeszcze coś innego, czego nie rozumiem, albo..nie znam - zakończył i oparł się barkiem o jedną ze ścian, bliżej drzwi i mniej zniszczonych - Dobrze, czyli nie włamanie i nie przepadek. Celem była kobieta, więc mowa o morderstwie. Ślady wskazują na pozorowane zniszczenia - ofiara zginęła zanim ich dokonano... - aurorka notowała kolejne uwagi i tylko ciche skrzypienie pisaka o papier przebijała tężejącą ciszę. Skąd ona wzięła pióro? Przerwała w końcu, przymykając notatnik, który wsunęła pod pachę. Pisak wciąż trzymała w palcach, zupełnie jakby miała tam różdżkę. Wskazała końcówką stalówki na plamę, która bezsprzecznie przyciągała uwagę za każdym razem, gdy wzrok przemieszczał się po całym pobojowisku - Czemu nie ma ich, czy jego..śladów? - i rzeczywiście. To była kolejna zagwozdka, ukryty fałsz, nie pozwalający dojrzeć prawdy - Przy takiej ilości krwi, przy tak małej krzepliwości...No..morderca musiał być gdzieś obok. Nie każde zaklęcie mógł użyć na odległość. Niektóre przecież wymagają...kontaktu. A przecież...nic nie ma[/b] - nie poruszyła pióra, nadal wskazując nieokreślony punkt na krwawej, zeschniętej plamie - Może jednak są ślady, tylko ich nie widzimy? - zasugerował, kucając i nachylając się do podłogi. Oparł się dłońmi o drewnianą powierzchnię i niemal szorując twarzą o ziemię, spojrzał na wskazywaną część - Krew musiała przysłonić ewentualne ślady, ale to znaczy...że w niektórych miejscach powinna być płytsza - wyciągnął przed siebie rękę, ale z osiągniętej perspektywy, wciąż nie potrafił nic konkretnego stwierdzić. Pomysł jednak był ważny, zbyt ważny, bo o nim zapomnieć. Trwał w dziwnej pozycji tylko kilka sekund dłużej, ale w końcu wstał, wycierając dłonie o siebie - Zapisz, żeby spróbować...to jakoś odmierzyć, albo może oczyścić warstwami? - zamyślił się, czekając jak towarzyszka skrzętnie odnotuje wskazówkę. Gdy skończyła, pokonała dzielącą ich odległość i zatrzymała się obok Skamandera. Podała mu zapisaną kartkę z notatnika
- Czeka nas jeszcze przy tym sporo pracy, prawda? - kiwnął głową. To co zrobili, stanowiło zaledwie zalążek śledztwa. I każde było tego świadome.

| zt






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Magnus Rowle
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t4426-magnus-phelan-rowle http://www.morsmordre.net/t4650-korespondencja-m-p-rowle-a http://www.morsmordre.net/t4655-careless-whisper http://www.morsmordre.net/f310-cheshire-farndon-posiadlosc-rowle-ow http://www.morsmordre.net/t4786-magnus-rowle
reporter Walczącego Maga
35
Szlachetna
Żonaty
Beteween the idea
And the reality
Between the motion
And the act
Falls the Shadow
5
5
0
0
0
30
2
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Dach nad kamienicą   18.05.17 14:00

| 28 kwietnia

Wiedział, czemu właśnie poświęcał swoje myśli, że każdy promień świadomości wędrował w kierunku czynów, podobno haniebnych, podobno niechlubnych, podobno - skazujących na ciężkie przekleństwo. Magnus formułował jednak własne sądy, diametralnie różne od powszechnych opinii, oceniającej powierzchownie, stereotypowo, pobieżnie. Miał w sobie dość siły, by podjąć decyzję oraz dość mocy, by wykonać wyrok i być go pewnym. Postępował właściwie, zgodnie ze swoim sumieniem, z prawdziwą werwą, krystalizującą się w czystym, chłodnym jak ostrze noża wzroku. Wybuchowa mieszanina ekscytacji, dumy, że doświadcza czegoś tak wielkiego, gotowości do ostatecznego uklęknięcia przed Czarnym Panem i faktycznego udowodnienia mu swej wierności. Słowa mimo wszystko pozostawały wyłącznie odbiciem głosek, zawieszonym w przestrzeni i krążącym w powietrzu, nie mogły poświadczyć o lojalności. Magnus ochotnie przekuwał obietnice w czyny, święcie wierząc, iż tylko dobrowolna ofiara, oddanie się w Jego ręce z własnej woli, z pobudek ideowych, niezmąconych strachem (nie potrzebował wśród swych sług tchórzy, pierwszych do zdrady) ni wyczekiwanymi korzyściami, stanie się pełnym przypieczętowaniem jego obecności w szeregach Czarnego Pana. Wcześniej ledwie przemykał jak cień, niedostrzegalny, służący za tło, wypełnienie; pożerał świat wraz z innymi, podobnymi do siebie w smętnej zawiesinie nierozbitej na osobne jednostki, na głosy brzmiące donośnie i grzmiąco. Rowle miał jednak ogromne ambicję, którymi się sycił, pęczniał i uwidaczniał, jakby przelana krew napełniała jego sylwetkę kolorem. Z nijakiej szarości stawał się lśniącą czernią, sukcesywnie ciemniejąc, zanurzając się w mrokach - arkanach plugawej magii, złych inkantacji, niegodziwych księgach, nikczemnych klątwach, wraz z tajemną wiedzą studiując i swą własną ciekawość, naturę każącą mu sięgać po więcej. Teoria kumulowała w sobie bladość, którą zmyć mogła wyłącznie krew: przygotował się na to, nie lękając się jej przelać. Trzy życia, niewielka cena za wielkość, która miała stać się jego udziałem, niewielka cena za przynależność do Jego najwierniejszych, niewielka cena za zaszczyt służenia Lordowi Voldemortowi. Krew nie po raz pierwszy spłynęła po rękach Rowle'a, barwiąc smukłe palce stróżkami brunatnych zacieków, lecz te morderstwa były inne. Rytualne, wartościowe, nie odznaczyły się dziełem przypadku, kryły w sobie uniżoność i arogancję, uległość, przed człowiekiem, który mógł poprowadzić ich do walki oraz butę, wyższość nad wybrańcami, prześmiewczo lżonymi przez Magnusa. Zasłużyli chociaż na to honorowe odznaczenie, mieli stać się trofeami, przy czym spotykał ich tym samym większy zaszczyt, niż ten, jakiego finalnie doświadczyliby za życia. Trzy istnienia, trzy dusze, trzy przedmioty do zagarnięcia. Łupy, poświadczające brak skrupułów, pamiątki po wyważonym, przemyślanym bestialstwie, perły, lśniące matową czernią w ciężkich, lśniących kajdanach. Przynoszących paradoksalnie wyzwolenie z jednych okowów oraz niewolę w innych. Znacznie bardziej doniosłych, chwalebnych; wiedział, że nie będzie czuł się napiętnowany a wybrany, wskazany spośród wielu, przygotowany odpowiednio do głoszenia jedynej słusznej prawdy, do służenia Mu ciałem i duszą, aż do upadku z sił, aż do wyparowania z niego ostatniego tchnienia, aż do wydania oddechu, który przypomni Rowle'owi o słuszności i wartości tego poświęcenia. Robił to dla siebie, robił dla świata, nie oczekując żadnej wdzięczności, wybudowania pomnika głoszącego wielkość samotnego bohatera. Wypełniał obowiązek, obowiązek każdego szanującego się szlachcica o zdrowych poglądach, chociaż większość zamykała te powinności w obrębie bezpiecznych słów, miałkich gestów oraz obcesowej pewności, podbitej dźwiękiem nazwiska, niewiele znaczącego bez czynów. Pamięć przetrwała tylko o wielkich; Magnus w siedemnastym wieku czuł się najlepiej, pośród palącej dominacji czarodziejów nad mugolami oraz mianami, do dziś wyrytymi krwią na stronicach historycznych manuskryptów, a rózgą w głowach dzieci. Aldebaran Black, Brutus Malfoy - nieco później, także i Damocles Rowle, wzory i przykłady dla pogubionych w rozlicznych zobowiązaniach arystokratów. Żałował, że tak niewielu czerpało od nich nauki, więc sam odganiał niemoc, przełamywał bierność i przystępował do faktycznego działania.
Teleportował się późnym wieczorem na skraju Hogsmeade, okutany ciemną, szeroką peleryną i z kapturem, rzucającym na twarz głęboki cień. Ręce w rękawiczkach odliczyły dokładną ilość sykli za kufel Ognistej podanej w brudnym szkle w Gospodzie pod Świńskim Łbem: nie wyróżniał się spośród przybysz, dogadzających sobie trunkiem trudy dnia codziennego, a zacierał ślady po przyszłym występku. Gości takich jak on bawiło w tawernie bez liku, jednakowo mało rozmowni i ordynarnie napruci. Magnus ledwie tknął zamówiony alkohol, niepostrzeżenie wylewając go na kamienną podłogę, gdzie przed momentem wylądowała treść żołądka nieokrzesanego pijaka. Nie mógł być zamroczony, nie mógł być chwiejny. Takim krokiem - doskonale granym, kołyszącym, niepewnym - wyszedł jednak z gospody, nucąc cicho pod nosem. Udawanie wesołego nastroju okazało się trudne, lecz równie satysfakcjonujące, skupiał się na każdym aspekcie, swojego chodu, modulacji głosu, pracy nóg, które - w końcu, zawiodły go na obrzeża Zakazanego Lasu. Tam mieszkały jednorożce, słyszał o tym z opowieści zniesmaczonych młodych krewnych, oczekujących na mierzenie się z prawdziwymi bestiami, a nie na poskramianie łagodnych, magicznych koni. Dopiero teraz, w otchłani dzikiego, pachnącego wilgocią i niebezpieczeństwem boru, Magnus uśmiechnął się niewyraźnie. Przybył po jedyne, rzeczywiście niewinne istnienie - w pozostałych przypadkach, niemal bawił się w świętego - i nie odczuwał odrazy, a wibrujące w klatce piersiowej podniecenie. Żar, lejący się z niego napełniał go energią, niezależną od ohydy morderstwa, jakim miał się skalać, przekleństwem, które wkrótce stanie się piętnem, jakie będzie nosić już przez całe życie. Z niekłamaną radością, błyskiem satysfakcji w tak ciepłych oczach, zupełnie niepasujących do brutalnego zabójcy. Nadal tlił się przecież w nim esteta i artysta: tak samo jak dbał o swe pismo i staranną kaligrafię, tak i od martwego ciała oczekiwał zachowania idealnej formy. Dlatego krył się między drzewami i cierpliwie czatował, dlatego na godziny zamierał przed najlżejszym poruszeniem, obserwując przyciśnięty do ziemi maszerujące w oddali stado centaurów. Bliski kontakt z tego rodzaju naturą ośmielił Rowle'a, w końcu już pewnie kroczącego leśnymi ostępami, na wskroś, przedzierając się przez wysokie, gęste chaszcze, schodząc z wydeptanych i bezpiecznych ścieżek gajowych i uczniów. Strumień błyszczał w nocy jak srebrna wstęga, wijąca się wzdłuż bogatej zieleni sosnowych igieł oraz brunatnej, rozmokłej gleby, rozchlapywanej podeszwami butów. Tuż przy nim - głowę ku wodzie chylił majestatyczny jednorożec, dorosły, biały jak mleko, o zaróżowionych chrapach, ze wspaniałą grzywą, którą dumnie potrząsał, rżąc ostrzegawczo. Nie miał się zbliżać. Instynktownie zrozumiał przekaz zwierzęcia, nerwowo grzebiącego kopytami, lecz nie ruszającemu się nawet o cal. Obaj znieruchomieli, Magnus i ogier, najwyraźniej oceniając przeciwnika, mierząc siły nad zamiary. Rowle był szybszy. Wyciągnął różdżkę, gdy jednorożec stanął dęba, najwyraźniej chcąc go przestraszyć, zmusić do ucieczki grożąc potężnymi kopytami. Zaklęcie uśmiercające spłynęło miękko z wąskich warg, zadrgało zielony światłem, rozproszonym w szmaragdowym blasku na poszyciu lasu i skrząc się drobinami ognia w białej sierści zwierzęcia. Trafiło wprost w pierś, jednorożec upadł na ziemię martwy, bez ostatniego odgłosu, bez tchnienia, bez życia, umykającego z niego prędko, bezboleśnie. Nieśpiesznie zbliżył się do potężnego ciała, podziwiając zastygłe już piękno, puste, lecz i po śmierci zachowujące swą wspaniałą godność. Magnus potrzebował tego pietyzmu: prostym ruchem różdżki otworzył bok zwierzęcia, szeroko, zbierając srebrzystą, gęstą krew do wyczarowanej fiolki, którą schował za pazuchą, w bezpiecznej kieszeni. Ściął grzywę jednorożca, spinając włosie w ciasny supeł i także zabierając ze sobą: stwarzał pozory rabunku, dokonania mordu dla zysku. Jakże zdesperowany musiałby jednak być człowiek, polujący na jednorożca w pragnieniu złota, ku dojściu do bogactwa. Oderwanie rogu - ostatnia czynność, nie obejrzał się za siebie, chociaż niezmiernie kusił go ten widok, najpewniej żałosny, wręcz smutny. Chciał jednak napawać się ostatnim zapamiętaniem jednorożca walczącego - pokonany był już tylko ingrediencją.
Wytropienie mugola i wyrwanie jego czaszki nie stanowiło tak ogromnego wyzwania - biedne, niemagiczne istoty nie miały absolutnie żadnych szans przy konfrontacji z czarodziejem, tym bardziej, z magiem posiadającym wiedzę potężną, zakazaną - ale Rowle nie pozostawił w tyle swych ambicji, żywiących nadzieję na zabawę. Z odbierania życia także zamierzał czerpać radość - pierwsze morderstwo było dlań katorgą, pozostałe - zapewniały spokój ducha - więc nie wahał się przed odłożeniem próby w czasie, dla osiągnięcia pożądanego efektu. Eksperymentował z zaklęciami, trudząc się nieco, lecz finalnie był zadowolony. Pozbył się brody - wyglądał dziesięć lat młodziej, jak chłopaczek, niedorostek, zmienił barwę włosów na jasną, miodową, zmarszczył czoło, sprawiając wrażenie hardo strapionego. Aparycja tyleż ponura, co frapująca, przez co nie spotkał najmniejszego problemu, by zbałamucić młodą pannę, rzucającą zaciekawione spojrzenia na jego maskę w zadymionej sali maleńkiej kawiarni. Odmówił postawienia kolejnego drinka, bezpardonowo chwytając ją za rękę i wyciągając za drzwi; rozchichotała się jeszcze bardziej (mugolskie kobiety - nawet nie podludzie, a zwierzęta) i dała porwać się nieznajomemu. Wlókł ją przez coraz bardziej kręte uliczki miasta, trochę na oślep, kierując się instynktem, tam, gdzie światło latarni raziło najmniej. Prawie romantyczny spacer, ale w końcu odwrócił się do niej twarzą, uśmiechając się. Już nie kołtuńsko, a triumfalnie, rad, że ją zdobył, chociaż dziewczę nie zdawało sobie z tego sprawy, z zainteresowaniem wodząc dłonią po jego szyi. Patrzył na nią czule, gdy łamał jej rękę i tamował krzyk, dobywając różdżki i rzucając niewerbalne silencio. Skołowana, nie rozumiała co się dzieje, a Magnus miał nieprzeciętną przyjemność z obserwacji, jak porusza wargami i patrzy bezradnie na swe gardło, to znowu przerażona zerka na niego. Nie pozwolił jej uciec. Polowanie byłoby z pewnością słodkim aspektem tej gry, lecz nie mógł pozwolić sobie na błędy, a w tym przypadku czasu pozostawało mu niewiele. Ciemny zaułek prowincjonalnego, całkowicie mugolskiego, robotniczego miasteczka nie wydawał się być uczęszczany, ale nie zamierzał przesadnie ryzykować. Była dzielna, chociaż łzy ciekły jej po policzkach i wiedział, że się go boi, nie pozostało już nic z tej wesołej, frywolnej dziewczyny, z łatwością zaczepiającą przystojnego nieznajomego. Cruciatus - wyszeptał cicho, miękko, jak pieszczotę, szeptaną do ucha ulubionej kochance. Wiła się pod nim w istocie pięknie, padając od razu na kolana, ot nie musiał nawet wskazywać jej miejsca u swych stóp. Tęsknił wprawdzie za głosem - wyobrażał sobie, jak cienko popiskuje i błaga o litość, lecz rozsądnie pohamował swoje żądze, sycąc się na razie samym widokiem. Który prędko mu się znudził, skracając męki, cierpiane przez dziewczynę. Avada Kedavra, zielony promień uderzył wprost w klatkę piersiową, a martwa blondyneczka osunęła się na ziemię. Dziwnie skurczona, jakby wcześniejsze klątwy zwiotczyły jej mięśnie, nawet po śmierci niezdolne do wyprostu. Vulnerio, inkantacja równie precyzyjna, jak i cięcie niewidzialnego miecza, katowskiego topora, równo oddzielającego głowę od tułowia. Należało ją obgotować, oczyścić z mięsa, tkanek i chrząstek, by wydobyć spod pasma skóry i włosów biel pożądanej czaszki. reszta ciała była zbędna, spalił je, teleportując się, nim swąd zaalarmował pobliskich mieszkańców.
Zdobycie ostatniego, uświęconego składnika pozostawił sobie na deser, ustanawiając jednocześnie wyzwanie. Czarny Pan nie potrzebował sług nieudolnych i słabych, uciekających, gdy tylko zwietrzą niebezpieczeństwo. Ostatnia próba, ostatni test umiejętności, rzeczywisty sprawdzian, czy podoła, czy da radę, czy - w przyszłości - nie zawiedzie Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Nie myślał o śmierci, lecz był na nią przygotowany. Nie myślał o rodzinie, obecnie drugoplanowej. Myślał o sobie, o tym, czego już dokonał, o tym, jak blisko był, by dostąpić do potęgi Czarnego Pana.
Karkarov panoszył się tutaj stanowczo zbyt długo, stanowił przeciwnika na tyle godnego, by Magnus zapragnął zapolować właśnie na niego. Z zyskiem dla wszystkich, półkrwi Rosjanin pojawił się w Durmstrangu dwa lata wcześniej od Rowle'a, z ogromnym hukiem został też wydalony z uczelni. Za niezadowalające wyniki w nauce oraz ponadprzeciętne i niestarannie ukrywane zainteresowanie czarną magią. Magnus go nie żałował, a przypadkowe spotkanie po latach, już w Londynie, pokazało mu, że Dimitrij nie zmienił się w ogóle. Zbyt butny, zbyt arogancki, noszący głowę tak wysoko, jakby to on był lordem, a brytyjska arystokracja nie była godna czyszczenia jego butów.
Zrobił wywiad, na Nokturnie było o nim głośno, miał tyluż wrogów, co zauszników, lecz złoto rozwiązywało w końcu każdy język - podobnie jak tortury. Narkotyzował się. Jedna informacja wystarczyła, by go znaleźć, Magnus słyszał o intymnym miejscu spotkań ćpunów, a przy tym wiedział, że Karkarov mimo grona znajomych pozostawał samotnym wilkiem. Kolorowe poduchy nie pasowały zupełnie do agresywnego, rozdygotanego (zażywał już, czy był jednak czysty?) postawnego Rosjanina, mierzącego go wściekłym, acz pełnym zrozumienia wzrokiem. Kiwnął głową, potwierdzając niewypowiedziane pytania, tak, też pamiętał scysje z czasów młodości, wszystkie awantury, z których to Magnus wychodził niesiony na tarczy. Tym razem miało stać się inaczej. On pierwszy uniósł różdżkę, choć wystrzelili zaklęciami równocześnie, najwyraźniej nie zamierzając zagonić się do ofensywy. Ad medusa, urok Rowle'a sięgnął celu, a gęste kędziory Dimitrija natychmiastowo przemieniły się w giętkie węże, syczące wściekle i kąsające ciało, odsłonięty kark. On sam zachwiał się na nogach, oberwawszy potężnym ciosem w szczękę. Poczuł metaliczny zapach i ciepłą wydzielinę wypełniającą usta, lecz walka nie trwała przecież do pierwszej krwi. Gorzała coraz większą adrenaliną i skupieniem, klątwy padały coraz silniejsze - czyżby Karkarov zorientował się, że to nie osobiste porachunki i że nie może liczyć na łaskę? - i obaj byli coraz bardziej wycieńczeni. Magnus skupiony na zajadłej ofensywnie nie zdołał zasłonić się przed każdym zaklęciem, kulał; Dimitrij zmiażdżył mu lewą nogę, z jego przedramion ciekła krew, z boku ziała straszliwa rana. Rosjanin nie prezentował się dużo lepiej: Rowle oszpecił go okrutnie, zdzierając z twarzy szeroki płat skóry i plugawą klątwą odcinając nos. Należało to kończyć. Następne dwa błyski, Magnus wytężył pozostałe mu siły i rzucił zaklęcie uśmiercające, trafiając ponad rozpostartymi ramionami Karkarova w jego tors. Mężczyzna padł w tył, rozkrzyżował ręce, jego oczy stały się szklane, puste, nieme. Rowle słaniał się na nogach ze zmęczenia, przyciskając desperacko krwawiące ręce do siebie i drżącymi dłońmi zbierając wydzielinę Dimitrija do szklanej fiolki. Jedna się zbiła - nie mógł utrzymać jej w ręku, więc musiał ponowić czynność, po wszystkim już starannie oczyszczając dach z resztek szkła, ze swojej krwi. Ostatkiem przytomności teleportował się do jedynego miejsca, jakie przyszło mu na myśl. Nie musiał nic tłumaczyć, pogruchotana noga, krew zasychająca na twarzy, z tego nie spowiadano się Cassandrze.

zt


Powrót do góry Go down
 

Dach nad kamienicą

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Dach

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17