Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kamienice mieszkalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Kamienice mieszkalne   07.09.15 23:16

First topic message reminder :

Kamienice mieszkalne

Kamienice mieszkalne piętrzące się wzdłuż odłogi ulicy Pokątnej, niezwykle malownicze, posiadające swój magiczny urok. Dzięki doskonałej lokalizacji mieszkania do wynajęcia są niewielkie, ale przy tym stosunkowo drogie - każdy chce rezydować jak najbliżej najruchliwszej magicznej ulicy. O poranku i w godzinach powrotu z pracy widać tutaj większą ilość czarodziejów i czarownic powracających do domów; w pozostałe godziny jest tutaj spokojniej, tylko czasami można natknąć się na dzieci bawiące się różdżkami z patyków.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lionell Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3758-lionell-krueger http://www.morsmordre.net/t3805-szafir http://www.morsmordre.net/t3804-llio
Wytwórca myślodsiewni
27
Czysta
Kawaler
Dream as if you'll live forever, live as if you'll die today.
3
9
1
0
8
0
0
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   14.10.16 18:43

Na stwierdzenie o dziękowaniu wygiął usta w ironicznym, pełnym politowania uśmiechu, nie wierząc, że doszło do nauczania go ‘jak się powinno zachowywać wśród ludzi’ ze strony Tima. I być może czy się lubiło otrzymany prezent, czy też nie, dziękowało się, ale on teraz tego nie zrobi.
Był poirytowany, jak zwykle kiedy temu kretynowi zbierało się na dziwne zagrywki. Czasami nachodziły go myśli, że on może nawet nie jest świadom, że coś jest nie tak a wtedy wszelkie bicie traci swój sensu, zaraz jednak odrzucał podobne usprawiedliwienia. Nie zamierzał dawać mu żadnej taryfy ulgowej, tylko dlatego, że ten ma trudności z przystosowaniem się do ogólnie panujących zasad. Tym bardziej, że nie stwierdzono u niego żadnej choroby psychicznej ani opóźnienia w rozwoju.
- Szkoda, że ty mnie też.. - mruknął na wzmiankę o zaskakiwaniu, wiedząc, że powinien szybko się na coś zdecydować, bo kociakowi pewnie także ‘domek’ nie odpowiada. - Dobra, niech będzie, ale ognista.
Musnąwszy palcem rudy, wychylający się ciekawsko z pudełka łepek, delikatnie acz stanowczo nakłonił go do powrotu, tymczasowo na powrót zamykając. Nie wątpił, że gdyby dane było mu mówić, sam by zdecydował, że lepsze jest siedzenie w ciemnym, małym ale suchym pudełku niż moknięcie.
Rozejrzał się po tonącej w strugach deszczu ulicy, od czasu do czasu przecinanej przez zabłąkanego przechodnia, zastanawiając nad najbliższym lokalem. Nie przychodziło mu jednak do głowy nic innego jak..
- Dziurawy kocioł? Tam nie powinni mieć kłopotu z naszym małym przyjacielem- nieznacznie uniósł karton.- I tylko nie wciskaj mi teraz, że ty nie będziesz pił.
Zaznaczył jeszcze i nawet nie czekając na jego ewentualny protest, ruszył szybkim krokiem w stronę miejsca, z którego można było przejść także do mogolskiej części Londynu.
|ztx2


Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   13.11.16 15:57

| Jakiś 9 marca.

Wracał... Skąd? Pewnie z jakiegoś baru, bo na pewno nie w pracy. Tyle lat pracował w Mungu dnie i noce, nie wychodząc z pracy tygodniami. Nie raz bywało, że to nikt inny jak tylko dyrektor Szpitala wyganiał go widząc, że jest już zbyt zmęczony, aby pracować. Spędzał w pracy całe dnie, a jego konto w banku notowało coraz większe sumy. Nie wydawał ich przecież, bo i kiedy? I na co? Żywił się jakimiś kiepskimi posiłkami w Mungu, sam nie umiał gotować absolutnie nic. A teraz? Od jakichś dwóch miesięcy ambitnie wydawał pieniądze, które tak długo odkładał... Choć nawet nie wiedział na co odkłada. Podróże, na które sobie pozwolił na samym początku stycznia, by uciec przed wspomnieniami. Alkohol, który lał się litrami od tamtego czasu. Kluby, bary. To nie jego klimaty, ale w miejscu, gdzie tak głośno grała muzyka, nie słyszał własnych myśli. A to w tym momencie było według niego bardzo pożądanym efektem. Wystarczyło dodać do tego kilka kropel alkoholu (albo troszkę więcej) i voila. Efekt murowany!
W każdym razie... Wracał z jakiegoś baru nieco podchmielony, w wygniecionym, przypadkowo dobranym ubraniu. Jego niegdysiejsza elegancja znikła, a zastąpił ją chaos, który ostatnimi czasy zawładnął jego życiem. Teraz, kiedy jego myśli skutecznie wyciszył pobyt w barze: tamtejsza muzyka, ludzkie rozmowy i, przede wszystkim, alkohol, czuł się na siłach, aby wrócić do domu. Choć czasami, ale tylko czasami, zdarzyło mu się lekko zachwiać. Nie był to jednak najgorszy stan do jakiego doprowadził się w przeciągu tych kilku miesięcy. Idąc ulicą Pokątną (do diabła, dlaczego się nie teleportował do domu?), zboczył nieco z trasy i wylądował w miejscu, gdzie dookoła rozciągały się kamieniczki. Przyglądał się im w ciszy, jednocześnie przytykając do ust ostatniego papierosa z paczki. Ale spokojnie, miał przy sobie jeszcze kilka. Ostatnimi czasy palił jak smok. Szedł, palił, przyglądał się kamieniczkom i czerpał radość z faktu, że ulica ta była niemalże pusta. A gdzieniegdzie widać było nawet nieco śniegu. Ostatnimi czasy jakoś polubił śnieg.


Powrót do góry Go down
Florence Fortescue
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3964-florence-fortescue http://www.morsmordre.net/t3969-hiacynt#76587 http://www.morsmordre.net/t3968-florkowe-o-smaku-czekolady#76586 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3970-florence-fortescue#76622
Współwłaścicielka lodziarni
27
Półkrwi
Panna
I’m a phoenix in the water,
A fish that’s learnt to fly,
And I’ve always been a daughter,
But feathers are meant for the sky.
4
14
0
10
6
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   13.11.16 16:18

Był już późny wieczór. Florean prawdopodobnie zabiłby ją za szlajanie się o takiej godzinie, ale czy to jej wina, że potrzebowała odrobiny rozrywki? Siedzenie całymi dniami przy lodach było nawet fajne, ale każdy w końcu potrzebuje jakiejś odskoczni. Poza tym, no kurde, nie była już dzieckiem. Ba, dzieciństwo a nawet czasy nastoletnie zostawiła już dawno za sobą! Co z tego że Florek był starszy. Ledwo kilka minut, też coś.
Pomimo wizji rozgniewanego brata, dziewczyna zwolniła jednak kroku. Pokątna była wyludniona, tylko kilka osób kręciło się w tą czy w tamtą. Sklepy były już w większości przypadków pozamykane, tylko jeden czy dwa nadal oświetlały bruk światłem swoich witryn. Florence przystanęła na chwilę przed ich lodziarnią. Lokal wydał jej się niezwykle przytulny i urokliwy. Dzieło jej i jej brata. Zawsze będzie z tego dumna.
Westchnęła cicho, z delikatnym uśmiechem na ustach, a potem ruszyła dalej. Ich dom znajdował się już blisko, wystarczyło przejść jeszcze dosłownie kilkadziesiąt metrów. Stukając obcasami po bruku, Flo wyciągnęła z kieszeni gumę, którą wrzuciła sobie do ust. Jej uwagę po sekundzie odwrócił jednak brzdęk. Miała tak zapchane kieszenie, że gdy tylko wyciągnęła coś z jednej, zaraz posypały jej się z niej na ziemię inne przedmioty. W tym kilka srebrnych monet.
Marudząc cicho pod nosem Florence schyliła się by podnieść większość z nich. Dwie uciekły jednak nieco dalej, wgłąb jednej z odnóg od głównej ulicy. Dziewczyna poszła za nimi by odzyskać swoją własność. Kiedy zaś wyprostowała się, trzymając już swoje sykle w garści, zamrugała, spoglądając w dziwnie znajomą jej twarz. Skąd ona znała tego podchmielonego, śmierdzącego tytoniem faceta? Przecież nie miała wśród znajomych aż takich niechlujów!
Zmarszczyła wyraźnie brwi. Nie, poważnie?
- Alan?




Show me that you're human
You won't break.

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   13.11.16 16:31

Szum w uszach nie pozwalał mu na zidentyfikowanie dźwięku, który doszedł do niego, gdy właściwie już wychodził z ulicy okrążonej przez domki i kamienice. Coś tam rzeczywiście brzdękło, coś się poturlało, ale nijak się tym nie przejął, zajęty własnymi myślami i własnym światem w umyśle. Coś tam zamajaczyło mu przed oczami, ktoś się poruszył, ktoś się pojawił, ale miał to gdzieś. To nie będzie przecież pierwsza napotkana przez niego tego wieczoru osoba, prawda? No właśnie. Marzył tylko o tym, aby dostać się do własnego domu (który znajdował się dość daleko, a więc pójście tam na piechotę było mało mądrym rozwiązaniem), ale w którym czekało na niego wygodne łóżeczko. I kolejna butelka - tak, na dobre rozpoczęcie dnia jutro. Coś, o czym najmniej marzył, a czego wręcz chciał unikać to spotykanie znajomych. Ostatnio źle się to dla niego skończyło. Dobrze pamiętał wpadnięcie Lilki do jego mieszkania oraz awantura, którą mu urządziła. Co z tego, że zrobiła awanturę, skoro nie potrafiła go podnieść, by stanął na nogach? Wiedział, że by chciała, ale dla niej również ta cała sytuacja była trudna.
Planował minąć postać, która schylała się po coś na ziemi. Planował ją zignorować i bardzo szybko wyrzucić z umysłu. Jego plany jednak spełzły na niczym, kiedy do jego uszu doszło jego własne imię. No cóż... O ile znał całkiem sporo ludzi (w końcu był lekarzem), o tyle nie każdy zwracał się do niego bezpośrednio po imieniu. To tylko sprawiło, iż dobrze wiedział, że musi to być osoba, którą zna lepiej niż przypadkowego pacjenta, ale może gorzej niż przyjaciela. A to mu się nijak nie podobało. Cholernie nie podobało. Westchnął przeciągle i tylko cudem powstrzymał się przed wypowiedzeniem cichego, zgryźliwego i absolutnie nie pasującego do jego miłego charakteru ,,Nie, kuźwa, Matka Teresa".
Zamiast tego zatrzymał się po prostu i spojrzał w twarz nieznajomej przed nim. Jego procesy myślowe, nieco zwolnione przez działający ciągle alkohol, potrzebowały chwili, by zatrybić, skojarzyć i dopasować wspomnienia i dane do twarzy, którą widział przed sobą.
- Florka... - Wydukał tylko, zaraz odwracając wzrok. Spotkania ze znajomymi, rozmowy z nimi... To wszystko było tym, czego najmniej teraz chciał. Nie umiał powiedzieć nic więcej. Czuł wstyd i jednocześnie złość na siebie, że się wstydził samego siebie. Był rozdarty. - To... ja już będę spadał. - Mruknął jeszcze ciszej i ruszył się z miejsca. Zamierzał ją minąć i bez słowa iść do domu. Choć teraz zaświtała mu w głowie także myśl o teleportacji. Wreszcie!


Powrót do góry Go down
Florence Fortescue
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3964-florence-fortescue http://www.morsmordre.net/t3969-hiacynt#76587 http://www.morsmordre.net/t3968-florkowe-o-smaku-czekolady#76586 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3970-florence-fortescue#76622
Współwłaścicielka lodziarni
27
Półkrwi
Panna
I’m a phoenix in the water,
A fish that’s learnt to fly,
And I’ve always been a daughter,
But feathers are meant for the sky.
4
14
0
10
6
0
2
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   13.11.16 19:20

Ręka dziewczyny wystrzeliła do przodu, niczym wypuszczona z procy.
Nie miała pojęcia co się dzieje, ale wiedziała jedno - coś było bardzo nie w porządku.
Florence, z początku niepewna, kogo ma przed sobą, w momencie gdy wypowiedziała to imię, zyskała pewność. Tak, miała przed sobą Alana Bennetta, swojego dobrego znajomego, który jeszcze nie tak dawno zapadł się pod ziemie. Tego samego faceta, który zawsze miał dla niej miłe słowo, który z zapałem uczył ją i pomagał przyswajać wiedzę magimedyczną, kiedy jeszcze oboje uczyli się u Munga. Zwykle pełnego wdzięku, wesołego i wiecznie ze śmiechem na ustach. A co miała teraz przed sobą? Może jeszcze nie wrak, jeszcze nie cień, ale z całą pewnością nie tego samego człowieka. Znikł żar w oczach, a jego stan mówił sam za siebie. Cuchnący, pijany, nieogolony, źle ubrany. Florka stała przez kilka dłuższych chwil, patrząc na niego i serce jej się ścisnęło. Złapała go za rękaw mocno. Miał zamiar uciec? O nie, nie z panną Fortescue takie numery, drogi panie Bennett.
- Nawet nie będę pytać. Idziesz ze mną do domu. Tam mi wszystko opowiesz. - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
W myślach już układała plan działania. Kąpiel, jakiś napar wzmacniający, na kuchni powinno stać w garnku jeszcze trochę zupy. Mieszkanko mieli niewielkie, nie było w nim pokoju gościnnego, Alan będzie się musiał przespać na kanapie. Miała tylko nadzieję że Florean nie będzie robił problemów.
Złapała więc mocniej za rękaw mężczyzny i pociągnęła mocno - licząc że jest na tyle pijany, by nie stawiał zbyt dużego oporu. Bo podejrzewała, że Alan bardzo nie będzie chciał wylądować w jej mieszkaniu.




Show me that you're human
You won't break.

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   13.11.16 20:31

Nie spodziewał się, że wygląda AŻ tak źle. No dobra, jednak trochę się spodziewał, ale nijak się tym nie przejmował. Nie teraz, nie w tej chwili. Bardziej bał się spotkania. I osądu. I słów. Słów chyba bał się najbardziej. Czuł się poniekąd jak zbity, wychodzący prosto z błota pies, który zaraz miał dostać burę od właściciela. Choć dobrze wiedział, że to jego wina i z własnej woli wlazł do kałuży. Nie potrafił nic z tym zrobić, nie potrafił samodzielnie odciągnąć się od tego dołka, w który wpadł. Próbował przez dwa ostatnie miesiące i niewiele to dało. Wstydził się siebie, był na siebie zły, momentami wręcz się nienawidził. Ale nie potrafił nic z tym zrobić.
Bał się tego, co mu powie. Bał się, co było po nim bardzo dobrze widoczne. Odwracał wzrok, nie chciał na nią patrzeć. Chciał zniknąć z zasięgu jej wzroku, rozpłynąć się w powietrzu, a najlepiej nawet z jej umysłu, pamięci. Próbował ją wyminąć, uciec stąd jak najszybciej i uznać, że to nigdy nie miało miejsce. Ale coś go zatrzymało. Florence, jej dłonie, które ściskały jego rękaw. Spojrzał na nie i przez chwile zastanawiał się, czy jest jej w nie zimno. Dopiero po chwili uniósł wzrok i popatrzył na nią. Z jednej strony był zamroczony przez alkohol i nie był pewien czy wszystko dobrze rozumie, z drugiej jakiś głosik mówił mu, żeby dał nogę, sprzeciwił się i uciekł. Ale z jeszcze jednej - trzeciej strony, coś mu mówiło, żeby dał spokój i pozwolił jej robić co uważa. Tym razem posłuchał głosu numer trzy. Ale to również dlatego, iż po prostu uznał, że idą do jego domu. A w tym stanie chyba potrzebowałby przewodnika, by do niego trafić. Kiwnął więc nieznacznie głową i ruszył za nią. Przez cały czas nie odezwał się ani słowem, nawet jeżeli o coś pytała.

zt x 2


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   19.11.16 6:16

Rozkazy Czarnego Pana były jasne, ale trzy ofiary, których zażądał, to dużo: dość dużo, by mieć w sobie obawy, do czego mają one właściwie posłużyć. Dość dużo, by uwierzyć, że dzięki nim stanie o krok bliżej ich strasznego lorda, o krok bliżej pochwycenia celu, który przywiódł go do owego czarnoksiężnika niby ćmę do ognia. Zrobiły wszystko, czego Czarny Pan by zażądał; teraz Tristan nie był już pewien, dlaczego – bo w niego wierzył? Bo mu ufał? Bo jego charyzma pociągała tłumy mądrzejszych od niego? Bo dysponował potęgą, o jakiej Tristan mógł jedynie śnić, marząc, że jej kropla, dzięki okazanej mu wierności, łaskawie skapnie również na niego? Mówią, że kto zabije jednorożca, będzie przeklęty na zawsze; ile w tym prawdy? Nigdy nie lekceważył legend, wierząc, że każda z nich kryć może w sobie choćby kroplę rzeczywistości – bał się. Bał się klątwy, jej konsekwencji i bał się spojrzenia nestora, z którym niebawem miał się przecież spotkać, a którego źrenice zdawały się czasem tak przenikliwe, że nie sposób było przed nimi cokolwiek zataić – a to właśnie jednorożec widniał na ich rodowym herbie, symbol już zatarty, dzisiaj odpowiedniejszy byłby smok. Potężny, ognisty smok o wężowych źrenicach. Czy to wystarczało, żeby rozgrzeszyć samego siebie?
Nie znał Hogwartu, uczył się we Francji, ale dobrze wiedział, czego może się spodziewać w gęstwinie Zakazanego Lasu. Dzikie tereny wydawały mu się bezpieczniejsze od rezerwatów, gdzie mógł zostać zauważony – i co gorsza rozpoznany, choć nie miał bliższych stosunków z Parkinsonami, nie chciał ani nie mógł narazić dobrego imienia swojej rodziny, włamując się na ich tereny. O ile to włamanie byłoby w ogóle możliwe – zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno ów pradawny ród dbał o bezpieczeństwo swoich nieskazitelnych podopiecznych. Centaury – Merlinie, nie były nawet ludźmi – w tym zestawieniu zdecydowanie przegrywały i wolał skonfrontować się z nimi. A kiedy kroczył już pośród  rozłożystych drzew, nie mógł się zdecydować, co najmocniej napawało go lękiem: bliskość Grindelwalda, świadomość obecności centaurów z pewnością niechętnych intruzowi w ich zakazanym lesie, czy raczej możliwość istnienia stworów, o których nikt nie mówił, bo spotkania z którymi nikt nie przeżył. Wcale nie musiał uczyć się w Hogwarcie, żeby usłyszeć pogłoski o olbrzymiej akromantuli pełzającej korytarzami szkoły, tej samej, która zamordowała jedną z uczennic, w niejasnych okolicznościach, za sprawą przygłupiego półolbrzyma. Nie musiał.
Księżyc świecił wtedy w okręgu, jasno, ale gęste korony drzew i tak nie przepuszczały światła. Był jak w potrzasku, pośrodku niczego, na nieznanej ziemi, sam, znając jedynie kierunek – zachód – którym miał podążać, aby bezpiecznie opuścić to miejsce. Zewsząd mogły patrzeć na niego drapieżne ślepia bestii, o których nawet on nie słyszał i w tym momencie, nawet jako ich badacz, słuchać nie chciał. Nachylając się nad miękką ziemią, powiódł po niej dłonią, wyczuwając ślady kopyt. Centaur czy jednorożec? Centaury rzadko odłączają się od stad, podczas gdy te drugie często wędrują samotnie – musiał liczyć na łut szczęścia, nie potrafił dokładnie dookreślić pozostawionego śladu. Ruszył uchwyconym tropem, bez przekonania i niechętnie ostrożnym krokiem.
Polanka, na którą ów trop go doprowadził, była jak ze snu, pod otwartym niebem jaśniejsza niż mroczna gęstwina lasu, strumień wydobywający się spod kupki ciężkich głazów mienił się kryształowo, odbijając blask białego księżyca i nawadniając wczesnowiosenne kwiaty rozproszone wokół. Strumień szemrał cicho, ledwie słyszalnie – a nad nim nachylał się jednorożec. Tristan zamarł, wstrzymując oddech; nie mógł pozwolić sobie na błąd, spłoszyć magicznego stworzenia. Przypatrywał mu się wpierw w oddali – srebrzystej sierści, mieniącej się złotem grzywy i błyszczącemu rogowi, tak cennemu i tak pożądanemu przez alchemików wzdłuż i wszerz całego świata. Po raz pierwszy – i zapewne ostatni – w całym swoim życiu widział dzikiego, żyjącego na wolności jednorożca. Jego dłoń powoli zacisnęła się na rękojeści różdżki, kiedy, powoli zaczynając oddychać, nieśpiesznie wyjmował ją z kieszeni czarodziejskiego płaszcza. Zaklęcie unieruchamiające rzucił niewerbalnie, licząc na to, że minimalizując hałas, zmniejszy szanse na przedwczesne spłoszenie stworzenia. Tutaj jednorożec wystawił mu się idealnie – miał dobrą widoczność, łatwy strzał i duże pole widzenia do wypatrzenia ewentualnego… niepożądanego świadka. Jednorożec wierzgnął,  czując nadlatującą smugę magicznej mocy, rżnął cicho – lecz zabrakło mu refleksu. Nie zdołał umknąć przed nadlatującym urokiem, zastygł w dumnej pozie – jak posąg, przepiękna rzeźba, którą chętnie zachowałby do własnego ogrodu, gdyby tylko nie musiał go zabić. Naciągnąwszy kaptur swojej szaty mocniej na twarz, nie chciał, by ktokolwiek go rozpoznał w trakcie dokonywania tej potwornej zbrodni, wyszedł bliżej stworzenia, dokładnie przyglądając się jego wyjątkowej muskulaturze. Bez zawahania, choć z mocno bijącym w piersi sercem, jednym brutalnym zaklęciem poderżnął mu gardło. Od tamtej chwili, po kres świata, stał się przeklęty, cokolwiek miało to znaczyć. Krew trysnęła z rozciętej skóry, choć bardziej przypominała wodę, romantyczny wodospad, mieniący się błyszczącym srebrem. Więc mówili prawdę, krew jednorożca nie jest czerwona – ciekawe, dlaczego? Jego krew powinna być błękitna – a była czerwona. Rozproszył drętwotę, pozwalając rumakowi bezwładnie upaść na ziemię; nie miał już siły wydać z siebie głośniejszego dźwięku. Dłużej nie zwlekał, wyjął z kieszeni szklaną fiolkę zabraną ze smoczego laboratorium i przystawił ją do strumienia cieknącego z szyi jednorożca, aż ta nie napełniła się po brzeg – jego ręce po łokcie zbrukane były błyszczącą srebrną krwią, a jemu pozostawała nadzieja, że zmywa się ją ze skóry tak, jak każda inną. Zakorkował fiolkę z dziwnym namaszczeniem, przyjrzał się jej pod światło, raz jeszcze podziwiając barwę – tylko barwę – cała reszta wydawała się taka sama; ani gęstsza, ani rzadsza. Ostrożnie obszedł kałużę krwi, dźgając butem tułów konia, chcąc się upewnić, czy zwierzę na pewno było już martwe. Było.
Drgnął, słysząc tętent kopyt. Od strony lasu dostrzegł pierwszego centaura, samozwańczy strażnicy tego lasu musieli wyczuć, że działo się tutaj… coś nienaturalnego. Zacisnął zakrwawioną dłoń na fiolce, szepcząc pod nosem inkantację – ciśnięta włócznia centaura przebiła czarną chmurę, w którą zdążył się przeobrazić. Potęga – to właśnie otrzyma. Już otrzymał.

Wiedział, że z mugolem będzie miał problem nie mniejszy, niż z jednorożcem – nie wiedział, gdzie go szukać. Kiedy wyszedł w niemagiczną część Londynu, stojąc pośrodku ulicy w tę i z powrotem zajeżdżanej mechanicznymi pojazdami pomimo późnej pory, migoczącej tysiącem kolorowych światełek, z rękoma w kieszeni płaszcza i szyją mocno zaszytą pod miękkim fularem rozejrzał się wokół; zwracał na siebie uwagę, przyciągał spojrzenia – był inaczej ubrany. Zapewne bezpieczniej dla niego byłoby się mocniej zakamuflować w tłum – ale tego nie potrafił. Nie znał ich zwyczajów, ani tym bardziej nie wiedział, skąd wziąć aktualne dla nich ubrania. Jak dziecko we mgle – błądził, bez żadnego planu gubiąc się w miejskim hałasie i poszukując odpowiedniej ofiary, nie znając nawet sensu pojęcia odpowiednia. Bo odpowiednia – do czego? Na co? Po cholerę miała mu być ta chrzaniona czaszka?
Szedł za nią.
Odkrył, że dalej, na cichych przedmieściach, ruch jest dużo mniejszy, że blaszane smoki nie trąbią tak głośno, a masa szlamu ma o wiele mniejsze skupisko. To dobrze, nie chciał przecież zbyt wielu świadków – choć w mugolach nie upatrywał zagrożenia, wierząc, że miał w sobie siłę, która pozwoliłaby mu zmiażdżyć całe ich miasto w kilka chwil  - bo czym mieliby się bronić? Wciąż pamiętał strażników u wejścia do ruin, gdzie wysłał ich Czarny Pan, mieli w ręku kolejne blaszane ustrojstwo, one wszystkie wybuchały tak łatwo. A gdyby tylko mugole stanęli mu na drodze – nie zawahałby się ich z tej drogi zmieść. Bał się raczej sił reagowania, kiedy wśród mugoli rozpocznie się panika, czarodzieje natychmiast zostaną o tym poinformowani – a aurorzy działali szybko i starcie z nimi byłoby już pewnym wyzwaniem. Nie chciał komplikacji. Nie potrzebował ich. Musiał wykonać zadanie.
Miała wąską spódnicę i nagie łydki, od tyłu kusząco prężące się przy każdym kroku stawianym na podwyższanych obcasem butach, dobrze widoczne spod połów ciepłego płaszcza. Złote loki tańczyły z wiatrem, ciekaw był, jak mogła wyglądać jej twarz. Ulica była ciemna, co druga, może co trzecia latarnia nie dawała światła, a w jednym z pobliskich ogrodów szczekał wściekły pies. Im głębiej schodzili w uliczkę, tym mniej mijało ich ludzi, a Tristan był zbyt skupiony na celu, by zmartwić się faktem, że zupełnie nie miał pojęcia, gdzie się w tym momencie znajdował. Złowieszcza londyńska mgła spowijała ich jak popielaty całun tajemnicy, ich samych – rozejrzał się wokół – prócz kilku zapalonych świateł w domach wzdłuż ulicy, nie dostrzegł śladu żywej duszy. A dziewczyna zatrzymała się przy jednym z płotów, on nie zwolnił. Szukała czegoś w torebce – kluczy? Czy mugole korzystali z kluczy? – on nie zwolnił, obejrzała się za siebie, on nie zwolnił; Avada Kedavra, szepnął nad jej uchem. Nie zareagowała strachem, zdziwieniem, nie sięgała po różdżkę. Musiał się upewnić – że nie była czarownicą. Potrzebował mugolki, nie zeszlamionej wiedźmy. Położył dłoń na jej dłoniach zatopionych w torebce, nie odejmując wzroku od jej oczu; już nie zdziwionych, zachodzących strachem. Dopiero teraz mógł przyjrzeć się jej twarzy – bardzo ładnej twarzy, o wysokich kościach policzkowych owleczonych urokliwym rumieńcem, może naturalnym, może wywołanym chłodną temperaturą, o dużych oczach i pełnych, karminowych ustach.
- Avada Kedavra – powtórzył już wyjmując różdżkę, oślepiając dziewczynę szmaragdowym blaskiem, który odebrał jej ostatnie tchnienie, jej czoło bezwładnie opadło na jego wysunięte ku niej ramię, uchwycił ją w talii. Ostatnim, co ujrzała, był jego wilczy uśmiech. Czule podtrzymał jej bezwładne ciało, ktoś wynurzył się z mgły; nie zwrócił uwagę na parę wtulonych w siebie kochanków, podczas gdy źrenice Tristana uważnie go obserwowały. Jak lew wgryziony w ofiarę, czujnie wypatrywał nadchodzących hien. Lubił to uczucie – bliskość gasnącego życia, ponure i upiorne poczucie władzy nad trzymaną w rękach bezwładną powłoką. Jak potężnym być trzeba, żeby dać życie? Czy odbierając je – staje się u boku tego, kto je daje? To tylko mugolka, Tristan nie traktował jej jak człowieka; niewiele różniła się od niego od zarżniętego jednorożca – a może i znaczyła mniej, pozbawiona magii była przecież istotą z natury słabszą. Gorszą. Nic nie znaczącą, nawet jeśli piękną. W budynku za nimi skrzypnęły drzwi, za długo na nią czekali? A może dojrzeli światło? Ostrożnie wplótł dłoń w jej włosy, unosząc jej głowę.
- Vulnareiro. – Nawet się nie zająknął, czarnomagiczna klątwa przeszyła krtań dziewczyny, odcinając jej głowę – tylko głowy potrzebował. I nim usłyszał głos człowieka, który wyszedł z budynku, teleportował się do własnego domu.
Odcięta głowa dziewczyny przetoczyła się pod nogami fortepianu, kiedy Tristan odzyskiwał równowagę; w pierwszym odruchu zrzucił z ramion czarodziejską szatę, mokrą i cuchnącą od krwawych rozbryzgów. Może powinien zmienić nazwę tego pokoju na katownię, nie pierwszy raz rozrzuca tutaj ludzkie mięso; ale szybko uznał tę myśl za dość ponurą – przyszłej małżonce mogłaby nie do końca odpowiadać. Przeklął pod nosem i sięgnął po swoje trofeum, podnosząc je za włosy, piękne złote loki. Już o białej skórze, wybałuszonych oczach, bez żadnego wyrazu na jeszcze ślicznych ustach; upuścił ją i pchnął okno, wsparłszy się rękoma o kraniec parapetu, zachłystując się zimnym powietrzem, trzeźwiąco owiewającym jego nagie ramiona. Zemdliło go. Zapach ludzkiego mięsa, krwawe plamy wciąż oblepiające jego ciało, widok wyrwanej z ciała głowy – zemdliło go jak diabli – i splunął przez okno, zbierając myśli. Wplatając dłonie we włosy, chowając w nie głowę; nagle najtrudniejszym wyzwaniem, z którym przyszło mu się mierzyć, okazało się odwrócenie z powrotem w kierunku pokoju. Nie lubił babrać się w mięsie, nie był rzeźnikiem; najchętniej dałby tę gębę do opatrzenia komuś innemu – ale nie mógł. Potrzebował czaszki, prawdopodobnie całej i czystej. I musiał to zrobić sam, niezależnie od tego, jak bardzo obrzydliwe to było. Nie upiorne, Tristan nie bał się śmierci; przecież był jej panem – to on ją ofiarował. To było obrzydliwe, a on nie odczuwał głębszej potrzeby znęcania się nad tym ciałem, potrzebował tylko tej cholernej czaszki.
- Crepito – rzucał niemal na oślep, za którymś razem trafi; musiał pozbyć się wszystkiego, co oblepiało tę czaszkę. – Corio – pozbywał się skóry, płat po płacie, starał się patrzeć, ale nie widzieć. – Implosio – mruczał beznamiętnie, rozrywając kolejne mięśnie przylegające do kości czaszki; czaszki, która leżała już w kupie bezkształtnego mięsa i żółtawej mazi, wielobarwnych płynów, zwisających nerwów. Chwycił ją, wkładając palce w częściowo puste oczodoły, palcami wypychając z nich zawartość, po czym wraz z nią kierując się do łazienki. Po ciężarze czuł, że szczątki mózgu wciąż były w środku.
- Zajmij się tym – rzucił w przestrzeń, Prymulka była bystrą skrzatką. Gdziekolwiek znajdowała się w tym momencie, jej obowiązkiem było usłyszeć słowa Tristana. I rozumieć, czego od niej oczekiwał.
- Wynoś się, Enjolras – Nie spojrzał na psa, który z merdającym ogonem zbliżał się do swojego pana; wyczuł mięso, ale nie będzie przecież jadł szlamu. Ale pies, choć mądry, nie zrozumiał jego słów, wyminął go i wpadł do pokoju, a Tristan jedynie przeklął; ostatecznie pewnie się nie rozchoruje. A on – on miał na głowie inne rzeczy. Czaszka z brzdękiem uderzyła o kraniec balii kąpielowej, proste zaklęcie napełniło ją wodą; oplótł dłońmi umywalkę, nachylając się nad jej krańcem. Mdliło go. Mdliło go jak cholera. I sam nie wiedział, ile czasu tak spędził, nim jego rękę trącił zimny nos psa. Tristan przeniósł wzrok na jego pysk, zamoczony we krwi, na ponuro zwisający spomiędzy jego zębów nerw oczodołu.
Zwymiotował.
A następnym razem od razu po prostu zagotuje to pieprzone cholerstwo.
Smacznego, durny kundlu.

Z czarodziejem miało pójść łatwiej, bo czarodziejski świat, w przeciwieństwie do mugolskiego, znał. Ale nie było łatwiej. Każdy, kto powinien, dobrze wiedział, że o przyszłą ofiarę najłatwiej było na uliczkach Nokturnu, zwłaszcza tych bliskich Pokątnej, gdzie zdarzało się błądzić tym, którzy po Nokturnie nie potrafili się poruszać. Ale, na kogo mógł tam trafić? Na starą wiedźmę, żebraka, ślepego starca? Na nic pięknego, a on piękno kochał. I nawet zadając śmierć – wolał ją widzieć piękną, styczność z brzydotą nie sprawiała mu radości. A brzydka była starość. Brzydka była bieda. Brzydkie były ciemności tej części miasta.
A piękne – piękne były kobiety, ich krągłości, modre oczy otulone złotym kłosem, o lekko rozchylonych ustach, skręcone w ekstatycznym uniesieniu, jak ta teraz, przed nim, zwisająca mu przez ramiona, zwinnie wygięta do tylu. Znała go, zaszedł ją, kiedy wychodziła z Wenus, modrooka piękność. Nawet nie musiał się starać, choć był nastawiony na przymus rzucenia imperiusa, sama go do siebie zaprosiła, zapewne zwabiona klejnotami; wiedziała przecież, ile majątku dotąd zostawił w burdelu, w którym pracowała. Będziesz moją nową ulubienicą, modrooka? Mógłbym cię nazywać chabrem albo frezją, choć oba te kwiaty więdną przy orchideach. Mógłbym obsypać cię szafirami, które tak pięknie podkreślą twoje oczy. Załóż to, piękna, srebrny naszyjnik z szafirem, od razu wyglądasz piękniej. Szafir mieni się, odbijając blask tlących się świec, zupełnie jak twoje źrenice.
Naszyjnik był wszystkim, co na sobie miała. Powiódł dłonią wzdłuż jej policzka, taka piękna. Nieszczególnie interesowało go, kim była. Interesowała go tylko jej krew – magiczna, rozgrzana, tak mocno tętniąca w jej żyłach, choć nawet nie znał jej statusu. Nie miał on dzisiaj żadnego znaczenia.
- Ciekawe, jak głośno potrafisz krzyczeć, modrooka. - Ale to nie miało żadnego znaczenia, już wcześniej nałożył na ten pokój zaklęcie wyciszające, pod niewinnym pretekstem miłosnego zrywu. Nie rozumiała, co do niej mówił, sądziła, że to zabawa, kolejna gra, miłosny wstęp zdziwaczałego poety. Piękno tak rzadko szło w parze z mądrością. - I tak nikt cię nie usłyszy.
- Corescident – szepnął do jej ucha, a wygięty kręgosłup chrupnął, dziewczyna wydała z siebie ostatni, przerażony wrzask. Bolało, tak krzyczą cierpiący. Wysunął dłoń spod jej dwóch oddzielnych już właściwie połówek, twarz wciąż miała piękną, ale pewnie nikt po niej nigdy nie zapłacze – była przecież tylko dziwką. Podeszwą buta szturchnął jej rozgrzane ciało, obracając je na plecy, piersią ku górze. Szturchnął nogi, układając je prosto, rozciągnął ramiona na boki – i włosy, ściągnął z delikatnej, ślicznej twarzy. Jego tętno jeszcze się nie uspokoiło, a jej – jej zasypiające serce – w jakim tempie teraz biło?
Uklęknął przy niej na jednym kolanie, za nią, od strony głowy; tym razem wolał się uchronić przed krwistymi bryzgami, na tyle, na ile było to możliwe. Wyjął z kieszeni szaty nóż, posrebrzany, o rękojeści kutej w różane wzory przeplecione smugą smoczego ognia, elegancki rodowy nożyk służący do otwierania listów. Przeciął jej krtań, jednym głębokim dźgnięciem, nie przejmując się zanadto posiadaniem tępego narzędzia, popuszczając krew. Nieśpiesznie obmacał własne kieszenie w poszukiwaniu szklanej fiolki, w którą mógłby zebrać jej krew – opieszale wręcz – miała wszak być martwa. Odczekał, aż kałuża krwi, w której leżało ciało, zdała się wystarczająco obfitą, a ostatnie jęki umilkły; dopiero wówczas przytknął fiolkę pod ranę i lekko nacisnął na jej ciało, chcąc przyśpieszyć jej napełnienie. Zabezpieczywszy próbkę, zacisnął ją w dłoni; miał już wszystko, czego było mu trzeba. Zniknął z miejsca zbrodni, teleportując się do siebie; rzucając brudną szatą, pośpiesznie zdjętą przez głowę, w małą Prymulkę.
Odłożył fiolkę na stojak ukryty w sypialni, tuż obok srebrzystej fiolki; czysta czaszka leżała w szmacianym worku, na dnie głębokiej szafy.

Był gotów.

/ zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Czara Ognia
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/u731contact http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153
n/d
0
n/d
n/d
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   08.01.17 13:59

Para nr IV

Tego wieczoru Daisy Mulpepper ze znanych tylko sobie przyczyn wracała z niemagicznej części Londynu z powrotem na Pokątną - aby to uczynić, musiała przejść przez Long Acre i przedostać się przez Dziurawy Kocioł. Przemykając wśród meandrów nieczęsto uczęszczanych uliczek, nie zauważyła idącego naprzeciwko mężczyzny. Wpadła prosto na niego i szybko straciła równowagę - upadła na bruk, a z jej kieszeni wysunęła się różdżka. Ubrany w sposób mugolski nieznajomy, zanim Daisy zdążyłaby zaprotestować, wylewnie ją przeprosił, pomógł kobiecie stanąć na nogi i... podał jej różdżkę. Bez słowa. Nie zadając pytań. Pospiesznie skłonił się jeszcze na pożegnanie i zaraz zniknął za kolejnym zakrętem, nie dając jej zbyt wiele czasu na reakcję.
Daisy ledwo zdążyła dotrzeć na jedną z wyjątkowo pustych odnóg Ulicy Pokątnej, gdy znikąd dopadło ją trzech funkcjonariuszy odzianych w służbowe szaty antymugolskiej policji.
- Jest pani oskarżona o kolaborację z mugolami - rzucił beznamiętnie jeden z mężczyzn, przykładając koniec różdżki do jej obojczyka. Spoglądał na nią groźnie, wyczekująco. Jednocześnie drugi z policjantów zachęcił pannę Mulpepper do oddania swojej różdżki.
- Twój wspólnik gnije już za kratami, jeden fałszywy ruch i dołączysz do tego szlamowatego ścierwa - burknął ich trzeci towarzysz, darując sobie uprzejmości.

Florean kończył pracę; wszyscy jego klienci zdążyli opuścić lokal, wreszcie zyskał więc czas, by powrócić do domu. Jednak gdy tylko wyszedł na skąpaną w mroku Ulicę Pokątną i skręcił, by wejść w pierwszą z jej odnóg, jego oczom ukazała się okrutna scena - drobna kobieta napastowana była przez trzech funkcjonariuszy antymugolskiej policji. Jeden przytykał koniec swojej różdżki do obojczyka ofiary i w widoczny sposób szykowali się do wysłania jej do Tower. Ale za co? Czy dokonała przestępstwa? A może była bezbronną mugolaczką, która zawiniła, przychodząc na świat?
- Ty, odejdź... albo potwierdzimy twój współudział - warknął najagresywniejszy z funkcjonariuszy, zauważywszy Floreana.

Daisy i Florean mogą:

a) przekonać policjantów, że Daisy nie jest winna

Spoiler:
 

b) zagrozić policjantom (opcja tylko dla Floreana)
Spoiler:
 

c) przekupić policjantów
Spoiler:
 

Jeżeli żadna z opcji nie zadziała, Daisy trafi do Tower. Jeżeli Florean postanowi zareagować i w dowolny sposób jej pomóc, lecz także poniesie klęskę, trafi tam razem z nią. Próba rzucenia jakiegokolwiek zaklęcia również zakończy się (zgodnie z dekretem) wycieczką do Tower.

Datę spotkania możecie założyć sami. Wszystko jest w Waszych rękach.
W związku z tym, że rozgrywka może zakończyć się trafieniem przez postać do Tower, nie można odgrywać wątków o dacie późniejszej niż w tym wątku.
Miłej zabawy!  




Powrót do góry Go down
Daisy Mulpepper
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3999-daisy-mulpepper http://www.morsmordre.net/t4033-listy-daisy#78528 http://www.morsmordre.net/t4035-daisy#78567 http://www.morsmordre.net/t4034-daisy-mulpepper#78535
koroner
26
Półkrwi
Panna
she has that grave look
in her eyes like she is
constantly killing and
burying people in her
h e a r t.
2
5
16
8
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   10.01.17 4:55

przed dwudziestym czwartym, wybierz datę <3


Drogi ciągnęły się lśniące i puste w padającej mżawce.
Opatuliłam się szczelniej sięgającym kostek płaszczem, po czym schowałam nos w fałdach ogromnego, szmaragdowego szala, który niedbale okręciłam wokół szyi oraz dygoczących z zimna ramion. To nie był najlepszy wieczór na przydługawy spacer po mugolskiej części Londynu - ale potrzebowałam choć chwili spokoju. A gdzie indziej miałam go znaleźć - w nawiedzanej przez oprychów aptece, nad którą mieszkałam? Na zbrukanych krwią ulicach Śmiertelnego, gdzie mieściła się kamienica dziadka? Czy może na znajdującej się nieopodal, acz tak gęsto upstrzonej czarodziejami Pokątnej, że lawirowanie w tłumie uniemożliwiało zdekoncentrowanie się i zupełne… podryfowanie myślami daleko od przyziemnych spraw? Każda z tych opcji odpadała - wymknęłam się więc przez przejście w Dziurawym, by przespacerować się po niemagicznej (lecz niepozbawionej magii uroku) części Londynu.
Z opuszczoną głową szłam uparcie przed siebie, kłapiąc czarnymi butami na mokrych kocich łbach. Na skutek sentymentalnej podróży do czasów dzieciństwa, które przypomniała mi ta sceneria, specjalnie podążałam przed siebie w linii prostej; przestrzegałam jednej zasady - tak jak w mocno już zakurzonej przeszłości nie wolno mi było obchodzić kałuży bokiem; za każdym razem musiałam ją przekroczyć lub przeskoczyć - jeśli, natomiast, okazywała się na tyle szeroka, że stawało się to fizycznie niemożliwe, nie było zmiłuj - wpadałam w sam środek miejskiej sadzawki, a zimna woda chlupotała w butach nieprzyjemnie.
Uśmiech skryłam za materiałem szala i kontynuowałam odprawianie swoje rytuału - w całym zaaferowaniu zapomniałam jednak o tym, że powinnam lustrować również to, co działo się przede mną - skupiłam się na malowniczo rozbryzgującej się pod ciężarem mojego ciała wodzie, przez co zupełnie nie zauważyłam starszego jegomościa. Niemalże się od niego odbiłam i wylądowałam na śliskim chodniku, przy okazji zdzierając sobie skórę z dłoni aż do krwi. Gdyby mężczyzna oferując mi pomoc nie podał mi różdżki, najprawdopodobniej w ogóle nie zauważyłabym, że wypadła mi z kieszeni mojego płaszcza. Spąsowiałam, rzucając krótkie dziękuję - przy okazji zdążyłam wymyślić na poczekaniu jakąś bajeczkę, żeby wytłumaczyć się, czemu noszę przy sobie kawałek drewna, ale staruszek zdążył już się rozpłynąć w londyńskiej mgle. Może wcale nie był mugolem? W końcu znajdowałam się na Long Acre, a stąd już blisko do Kotła.
Mniejsza z tym, chciałam jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju, bo byłam już cała przemoczona i desperacko potrzebowałam przebrać się w coś, co nie przesiąknęło deszczem. Kiedy tylko weszłam na Pokątną, rzuciłam zaklęcie przyspieszające gojenie się ran na dłoniach - w trakcie wypowiadania inkantacji, kiedy kierując się kobiecą intuicją i wyczuciem (bo nie mam za knuta orientacji w terenie) skręciłam w jakąś pustawą odnogę Pokątnej (dzięki czemu powinnam szybciej dotrzeć na Nokturn)…
I... zamarłam.
Trójka służbistów w strojach, które rozpoznałam z racji tego, że teraz sporo im podobnych pałętało się po wszystkich piętrach Ministerstwa, zatrzymała mnie z powodu…
Kolaboracji z mugolami.
W pierwszym odruchu chciałam po prostu parsknąć śmiechem, przypominając im, że przespali pierwszy kwietnia - trochę się spóźnili z tym Prima dies Aprilis. Naprawdę myślałam, że to żart - dopóki różdżka jednego z nich nie zaczęła mi się boleśnie wbijać w obojczyk.
- Słucham? - byłam chyba bledsza niż zwykle, aczkolwiek wyglądałam na osobę w pełni opanowaną. Tylko mój głos brzmiał dziwnie matowo, jakby pozbawiono go faktury. - Nie mam pojęcia, o co chodzi - dodałam po chwili, zaciskając palce na swojej różdżce; nie zamierzałam jej nikomu oddawać, dlatego też udałam, że nie zauważyłam wyczekującego spojrzenia mężczyzny, który po nią sięgnął. Grałam na czas, bo nie wiedziałam, co mam zrobić. - Na czym ta kolaboracja miałaby w ogóle polegać? - zdradzałam im tajniki magii? Podrzucałam traktujące o eliksirach książki, które później mugole wykorzystywali do konspiracyjnej walki z czarodziejami - z wysokich pięter zrzucali je na magów?
Czy podczas kursu przygotowującego do zostania członkiem policji antymugolskiej Ministerstwo usunęło tej trójce mózg?


Powrót do góry Go down
Florean Fortescue
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue http://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 http://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
współwłaściciel lodziarni
27
Półkrwi
Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
15
10
0
0
11
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   11.01.17 20:26

|23 kwietnia
To był tydzień obfitujący w rutynę. Przez ostatnie dni Florean wstawał wcześnie rano i powłóczystym krokiem szedł do łazienki. Mył się z pół zamkniętymi oczami i trochę rozbudzony (dzięki letniej wodzie) maszerował do kuchni zjeść śniadanie. Od tygodnia to było to samo: jajecznica. Dzisiaj zrobił ją tak machinalnie, że kiedy usiadł ją skonsumować, nie był pewien czy to on ją przygotował czy może jednak Florence. Wyszedł z mieszkania i przeszedł spokojnym krokiem do lodziarni, na szczęście znajdującej się blisko, więc nie zdążył zmarznąć. Klientów nie było dużo, ale sezon na lody dopiero miał się zacząć. Dlatego też usiadł przy ladzie i wyjął z szuflady książkę poświęconą tematyce średniowiecza - już nie liczył ile takich przeczytał. Historia to jego konik od najmłodszych lat, a właściwie od zawsze. Kiedyś objawiało się to zabawą w rycerzy okrągłego stołu (w końcu jego imię to Galahad!), teraz połykaniem grubych książek. Choć... W zasadzie mógłby poudawać rycerza, gdyby tylko nie miał prawie trzydziestu lat na karku. Nie, żeby Florean jakoś specjalnie się tym przejmował, no ale... W zbroi na ulicę nie wyskoczy. Tak więc obsłużył tych kilku klientów, ale za to każdego z szerokim uśmiechem oraz dobrym słowem, po czym zaczął zbierać się do wyjścia. Ta rutyna nawet mu nie przeszkadzała. Od marca jego życie zaczęło przechodzić przemianę i wchodziło w nią przede wszystkim niebezpieczeństwo i zdecydowany brak rutyny, więc ta chwilowa odmiana była mu na rękę. Posprzątał, nałożył na siebie płaszcz i kolorowy szal, po czym zamknął lodziarnię i wyszedł na chłodną ulicę. Niby był koniec kwietnia, ale wciąż nie można było mówić o upałach! Niemniej czapki i rękawiczek nie brał, bo mieszkał rzut beretem, więc wsadził ręce do kieszeni i ruszył przed siebie. Skręcił w boczną uliczkę i stanął jak wryty, widząc przed sobą bardzo niepokojący obrazek. Trzech mężczyzn stało przy młodej kobiecie - to już było niepokojące, jednak kiedy tylko zauważył różdżkę przyłożoną do jej szyi, wiedział, że naprawdę jest poważnie. Spojrzał z lekka spłoszony na funkcjonariusza, jednak nie odszedł i nie miał zamiaru tego robić. Przecież nie mógł zostawić jej w potrzebie. Dlatego zamiast się oddalić, podszedł bliżej. - Przepraszam, co tu się dzieje? - Zapytał, zerknąwszy na dziewczynę. Nie znał jej, ale i tak wierzył, że jest niewinna. Zdążył zauważyć, że ta cała policja antymugolska sprawiała same problemy.


Powrót do góry Go down
Daisy Mulpepper
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3999-daisy-mulpepper http://www.morsmordre.net/t4033-listy-daisy#78528 http://www.morsmordre.net/t4035-daisy#78567 http://www.morsmordre.net/t4034-daisy-mulpepper#78535
koroner
26
Półkrwi
Panna
she has that grave look
in her eyes like she is
constantly killing and
burying people in her
h e a r t.
2
5
16
8
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   11.01.17 21:30

Początkowe zdezorientowanie i niepokój stopniowo ustępowały miejsca złości. To, co ostatnimi czasy wyczyniali pracownicy Ministerstwa Magii, zaczynało zakrawać o absurd. Z racji tego, że sama spędzałam w gmachu ministerialnego budynku przynajmniej jedną trzecią dnia niemalże codziennie, doskonale zdawałam sobie z tego sprawę - nie sądziłam jednak, iż restrykcyjna polityka policji antymugolskiej może mieć jakikolwiek wpływ na moje życie. Na mnie - osobę widującą mugoli jedynie w takich okolicznościach, jak dzisiaj - podczas spaceru. Ewentualnie wtedy, kiedy na skutek działania czarnoksiążnika zostawali zamordowani i trafiali do mojego prosektorium. Wtedy faktycznie poznawałam ich... cóż, dogłębnie.
Nim funkcjonariusze zdążyli mi odpowiedzieć, podszedł do nas młody mężczyzna, którego chyba skądś kojarzyłam, jednak za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie go widziałam. Mijaliśmy się na korytarzach Hogwartu? W pracy...? W tym momencie nie miało to jednak większego znaczenia - aczkolwiek sama jego obecność oraz zainteresowanie, które wykazał, podchodząc do nas, podsunęło mi pewien pomysł.
Miałam nadzieję, że zrozumie zasady tej gry.
- Cześć, zaczęłam się martwić, że coś ci wypadło - zwróciłam się bezpośrednio do niego, odwracając głowę w stronę (chyba nie tak do końca) nieznajomego bruneta. Kurtyna moich poplątanych włosów odgrodziła mnie od funkcjonariuszy, którzy z pewnością nie mogli dostrzec, jak wymownie znaczącym (i... proszącym?) spojrzeniem obrzuciłam dopiero co przybyłego mężczyznę. - Właśnie zamierzałam wytłumaczyć tym panom, że jedyne przestępstwo, jakie dzisiaj popełniłam, to to, iż znowu zapomniałam, że miałam ci oddać Dzieje Hogwartu - fantastycznie, czy to naprawdę pierwszy tytuł, który musiał przyjść mi do głowy? Moje słowa nie zabrzmiały chyba zbyt wiarygodnie, bo kto w ogóle sięga po tę usypiającą knigę? - To jakieś nieporozumienie. Zostałam oskarżona o kolaborację z mugolami na podstawie... - zamilkłam raptownie, tym razem wbijając wzrok w osobnika, który nieprzerwanie wpijał mi różdżkę gdzieś nad moim obojczykiem. - Wciąż jeszcze nieprzedstawionych mi dowodów - dodałam, zastanawiając się, czy w ogóle jakichkolwiek potrzebowali. Zapewne nie. - Byłam na spacerze i chciałam spotkać się z przyjacielem, tylko tyle miałam dzisiaj w planach. Żadnej kolaboracji, przyrzekam - naiwnie wierzyłam w to, że ten absurdalny kryzys uda się jeszcze rozwiązać polubownie.


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   11.01.17 21:30

The member 'Daisy Mulpepper' has done the following action : rzut kością


'k100' : 23


Powrót do góry Go down
Florean Fortescue
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue http://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 http://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
współwłaściciel lodziarni
27
Półkrwi
Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
15
10
0
0
11
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   14.01.17 12:46

Słowa nieznajomej nieco go zaskoczyły, jednak jedno spojrzenie wystarczyło, by zrozumieć o co jej chodzi. - Przepraszam, nie mogłem znaleźć czapki - odparł, szybko się tłumacząc, jakby faktycznie było mu z tego powodu smutno. Następnie przeniósł pełnie niezrozumienia spojrzenie na funkcjonariuszy, chcąc w końcu się dowiedzieć, co się tutaj dzieje. Nieznajoma zaczęła szybciej. Wysłuchał uważnie jej słów i zaśmiał się cicho, kręcąc przy tym głową. - Już nie wiem ile razy jej tłumaczyłem jak zaczarowany jest sufit w Wielkiej Sali - powiedział, spoglądając na nią z politowaniem. Starał się być spokojny, lecz wewnątrz jego serce było bliskie stanowi przedzawałowemu. Policja antymugolska nie spodobała mu się już w pierwszej chwili, kiedy ją zobaczył. Nie! Nie spodobała mu się już wtedy, kiedy ujrzał jej nazwę na referendum. Wiedział, że będą z nią same kłopoty. Szczególnie, że sam był czarodziejem półkrwi i miewał (rzadki bo rzadki) kontakt z osobami niemagicznymi. Stanął bliżej swojej nowej przyjaciółki. - Kolaborację z...? - Zaczął z niedowierzaniem, spoglądając na funkcjonariuszy. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął. Westchnął cicho. - Czy mógłby pan opuścić różdżkę? - Poprosił spokojniej, gdyż to agresywne trzymanie jej przy szyi nowej znajomej, było niezwykle stresujące. - To jest jedno wielkie nieporozumienie. Umówiliśmy się ze sobą na spotkanie. Mieliśmy w planach bardzo miło spędzić wieczór, a nie kolaborować z mugolami. Proszę nam uwierzyć, mamy o wiele ciekawsze rzeczy do roboty - wytłumaczył, mając nadzieję, że to odgrywanie przyjaciół-a-może-kogoś-więcej przyniesie skutek i funkcjonariusze dadzą jej spokój. A raczej im, bo Florean wiedział, że przez ten dobry uczynek również znalazł się na celowniku. Zaczął intensywnie myśleć nad planem B, lecz z każdą sekundą uświadamiał sobie tylko, jak niewiele mogą zrobić. Wyjęcie różdżki tylko pogorszy i tak beznadziejną sytuację. Funkcjonariusze szybko zmienią oskarżenie na użycie magii w miejscu publicznym, tak czy inaczej dopinając swego. Nie spuszczał wzroku z mężczyzn, czekając na ich reakcję.

+10 retoryka


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   14.01.17 12:46

The member 'Florean Fortescue' has done the following action : rzut kością


'k100' : 54


Powrót do góry Go down
Daisy Mulpepper
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3999-daisy-mulpepper http://www.morsmordre.net/t4033-listy-daisy#78528 http://www.morsmordre.net/t4035-daisy#78567 http://www.morsmordre.net/t4034-daisy-mulpepper#78535
koroner
26
Półkrwi
Panna
she has that grave look
in her eyes like she is
constantly killing and
burying people in her
h e a r t.
2
5
16
8
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kamienice mieszkalne   20.01.17 5:59

Odetchnęłam z ulgą.
Wystarczyło jedno słowo mężczyzny, by zupełnie mnie pogrążyć - on jednak wszedł w swoją rolę z taką naturalnością, że na miejscu strażników nie miałabym najmniejszych wątpliwości co do prawdziwości przedstawionej wersji zdarzeń - a już przynajmniej nie sądzę, by powątpiewali, iż naprawdę się przyjaźniliśmy i mieliśmy się tutaj spotkać. - Raz w zupełności by wystarczył, i tak nie jestem w stanie zapamiętać nic ponad to, że pokazuje aktualną pogodę panującą na zewnątrz - podchwyciłam temat, starając się nadać tej wymianie zdań wiarygodności - chyba tak mogłaby się zachować dwójka niewinnych ludzi, przeświadczonych o tym, że to jedynie nieporozumienie - ciągnęliby błahą rozmowę, chwilowo niemalże zapominając o otaczających ich funkcjonariuszach?
Nie miałam pojęcia, czy spokój, z jakim nieznajomy przemówił chwilę później, był kolejnym elementem gry, czy może naprawdę w ogóle nie stresował się zaistniałą sytuacją - ale każde kolejne słowo koiło moje nerwy. Wciąż jeszcze istniała szansa, że z jego pomocą ten wieczór nie skończy się tak fatalnie, jak myślałam. Czułam, iż siła, z jaką jeden z policjantów wbijał różdżkę w mój obojczyk, zelżała, co bez wątpienia świadczyło o tym, że przynajmniej on uwierzył, a skoro jednego z nich dało się przekonać, to może da się to zrobić też z pozostałą dwójką?
Wydawali się wyraźnie rozdarci - tak jakby zrobili krok w tył, ale coś jeszcze nie pozwalało im odejść. - Proszę nam uwierzyć - wtrąciłam, ponownie zwracając ich uwagę na siebie - pracuję w Ministerstwie Magii - argument koronny; chciałam zaakcentować, że jestem jedną z nich, choć przecież wcale się tak nie czułam - żadne z nas nigdy nie miało problemów z prawem - cóż, nawet jeśli mijało się to z prawdą, to niewinne spojrzenie, którym obdarzyłam funkcjonariuszy, zdawało się jedynie potwierdzać, iż nie jestem zdolna do kłamstwa - i nie zrobiliśmy nic złego - to z kolei zabrzmiało pewnie nieco infantylnie - jak tłumaczenie się pięcioletniej dziewczynki, ale dokładnie o ten efekt mi chodziło. Niech pomyślą, że ktoś taki, jak ja, nie byłby w stanie kolaborować z kimkolwiek.
Czyżby...?
Udało się - byłam tego pewna od momentu, w którym funkcjonariusz opuścił różdżkę. A zabarwione pewnością przypuszczenia potwierdziły chwilę później słowa drugiego policjanta. Jego wypowiedź można podsumować w sumie jednym zdaniem - niech się państwo już tutaj nie szwendają.
Z początku tkwiłam w miejscu, niepewna, czy mogę się już poruszyć. Zrobiłam to dopiero, gdy policjanci odwrócili się od nas i zaczęli iść w stronę Pokątnej, mówiąc coś o lodziarni i... wtedy też zrozumiałam, kim jest stojący tuż obok mnie mężczyzna. - Ja... dziękuję - powiedziałam więc na wstępie - tak cicho, że z pewnością moje słowa nie mogły dotrzeć do uszu oddalających się od nas mężczyzn. - Odwdzięczę się, wydając ostatnie knuty na wizyty w pańskiej lodziarni - dodałam, uśmiechając się niepewnie - nie miałam pojęcia, jak mogłam się mu odwdzięczyć, więc pozostało mi tylko silenie się na dowcip. - Daisy... - zreflektowałam się, wyciągając w jego stronę dłoń. - Daisy... Mulpepper - zawahałam się odrobinę, podając swoje nazwisko. Wprawdzie Fortescue nie wyglądał na kogoś, kto zapuszcza się na Nokturn, ale mógł przecież słyszeć o działalności mojego dziadka. A to wystarczyło, by przykleić mi odpowiednią etykietę.


Powrót do góry Go down
 

Kamienice mieszkalne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Kamienice mieszkalne
» Cennik łódek mieszkalnych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17