Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Wejście

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Wejście   27.09.15 1:42

First topic message reminder :

Wejście

By dostać się na festiwal, należy przenieść się za pomocą przygotowanych na wydarzenia masowe świstoklików lub udać się pieszo z centrum najbliższego miasta na wybrzeże Dorset. Cały teren, gdzie będzie odbywać się wydarzenie, obłożono silnymi zaklęciami antymugolskimi oraz uniemożliwiającymi teleportację. Wzgórza w porastają maki i chabery, stanowiące ciekawe kolorystyczne połączenie dla gromadzących się gości. Kilkaset metrów na zachód wyznaczono niewielkie pole namiotowe dla gości z różnych stron świata, chcących spędzić więcej czasu w urokliwym Dorset.
W pobliżu wejścia na teren festiwalu ustawiono niewielkie podwyższenie z mównicą. To właśnie tutaj będzie miało miejsce uroczyste rozpoczęcie uroczystości, jak co roku głos zabiorą zarówno organizatorzy, jak i ważniejsi goście. Wieczorem kilka stóp nad głowami czarodziejów unoszą się lampiony w kolorze złamanej bieli i pomarańczu, odprowadzając gości do domów, czyniąc noc bardziej magiczną.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Cassiopeia Black
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1396-cassiopeia-black http://www.morsmordre.net/t1440-kora#12539 http://www.morsmordre.net/t1434-hello-is-it-me-you-are-looking-for http://www.morsmordre.net/t1441-cassiopeia-black#12542
wiedźmia straż
29
Szlachetna
Zaręczona
His eyes upon your face
His hand upon your hand
His lips caress your skin
It's more than I can stand
3
7
1
0
6
4
0
3
Metamorfomag
możesz pozostawić puste

PisanieTemat: Re: Wejście   13.10.15 15:23

Kojący dźwięk muzyki działał na Cassiopeię usypiająco, obraz przestał być wyostrzony, a kontury postaci i rzeczy, jakby dziwnie zmiękły; szczegóły zaczęły się rozmywać. Gdy przemawiać zaczął przedstawiciel rodu Prewettów - wrażenie tylko się nasiliło. Słuchała jego słów jak zaczarowana; mimowolnie pozwalając myślom dryfować wokół historii przez niego opowiadanej. Jej absurdalność przykryta została wizją pięknej i romantycznej miłości. I chociaż nie była sceptykiem, to nigdy też o takiej nie marzyła. Jako młoda dziewczyna w pewnym sensie wierzyła w przeznaczenie; ktoś pojawia się w naszym życiu nie bez powodu, dwie połówki jabłka, bratnie dusze... ale nagle przyziemna codzienność głośno zastukała, przypominając, iż rzeczywistość nie ma nic wspólnego z bajką. W ten sposób rozżarzone uczucie zamieniło się w szary pył, który w przypadku Cassio oznaczał obowiązek. Och, ile razy to słowo przewinęło się w wiekopomnych mowach jej ojca! I choć starała się wypełniać go godnie, to niejednokrotnie powinęła jej się noga. Pierwszy raz, gdy dopuściła, żeby Dorea obdarzyła uczuciami czarodzieja o nieodpowiedniej krwi. Śmiesznym jest, iż obwiniała się za taki występek; w końcu jakie mogła mieć szanse w starciu z potężnym przeciwnikiem, jakim jest miłość? Marne. Sądziła jednak, że mogła znaleźć sposób, aby ich rozdzielić, po prostu popełniła niewybaczalny błąd, myśląc o relacjach z Dor, a nie o idealnym rodowodzie.
Ani się obejrzała, a już było po przemówieniu. Wraz z jego końcem - przyszło przebudzenie. Muzyka zaczęła ją drażnić, czarodzieje wszelakiej maści irytować, a dobra pogoda przyprawiać o ból głowy. Na słowa Astorii skinęła głową.
- Jestem za  - rzuciła niedbałym tonem, poprawiając ciemną suknię. Gdy Cece dorzuciła swoje trzy grosze, kobieta jakby zesztywniała i mocno zacisnęła szczęki. Oczywiście, po chwili się opanowała, a przyjaciółkę obdarzyła niewinnym uśmiechem. - Rzeczywiście! Och, nie chcę mu przerywać, wydaje się być bardzo zajęty. Widzę, że miłość Twojego życia również się tutaj pojawiła - dodała pozornie uprzejmie, choć nutki przekory doskonale były słyszalne w jej głosie. Któż by powiedział, iż obie wejdą do tej samej rodziny! Choć może któraś z nich będzie miała tyle szczęścia, że narzeczony pilnie będzie musiał wyjechać bądź też przypadkiem przydarzy mu się coś złego. Zaśmiała się szczerze, a rysy jej twarzy się wygładziły, gdy porzucony został nieprzyjemny temat. - Nie przepadasz za jednorożcami? Przecież to takie rozkoszne zwierzęta - stwierdziła, kiwając głową na przywitanie kolejnej znajomej osobie. - To bardzo dobry po... - urwała, na widok zbliżającej się do nich persony. Jak na dobrze wychowaną damę przystało, uniosła kąciki ust w delikatnym uśmiechu, ba, może nawet dygnęła!  - Witaj, drogi Juliusie - najwyraźniej Cassio postanowiła nieco zabawić się kosztem Cece, która nie wyglądała na zbyt zadowoloną towarzystwem swojego najdroższego na świecie narzeczonego. Nie pozwoliła, aby na jej twarzy odmalowało się zbytnie zaskoczenie spowodowane słowami mężczyzny; co tu kryć, podzielała jego zdanie. - Ależ jak najbardziej! Będzie nam bardzo miło, jeśli uświetni nam Pan swoją obecnością festiwal, czyż nie? - spytała swoje towarzyski, szczególną uwagę skupiając przy tym na Cece. Zdecydowanie mogło się to potoczyć bardzo interesująco, zważywszy na temperament starszej Malfoy.




granice ciał to dla nich przeszłość, a "ty i ja" zamienia się w jedno,
zwinięci razem wokół o d d e c h u, tak święci w swoim grzechu
Powrót do góry Go down
Rosalie Yaxley
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley http://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 http://www.morsmordre.net/t695-rosalie http://www.morsmordre.net/f113-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
22
Szlachetna
Zaręczona
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
0
17
3
5
5
0
7
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Wejście   13.10.15 16:12

No i rozpoczęło się. Stojąc w tłumie, wsłuchałam się w historię o pięknej miłości i aż za serce mnie ona ścisnęła. W jednej chwili sama chciałam znaleźć się na jej miejscu, w środku tak cudownej opowieści, abym mogła nią raczyć swoje dzieci, a potem wnuków, potwierdzając, że jednak prawdziwa miłość istnieje. W tych czasach było to niezwykle trudne, znaleźć kogoś prawdziwie bliskiego swojemu sercu, wciąż jednak liczyłam, że mam szansę.
Podczas mojego przemierzania tłumu spotkałam wiele znanych mi osób, wszyscy jednak poustawiali się w jakieś grupki i niegrzecznym byłoby wejść w ich rozmowę, tak więc mijałam ich, ewentualnie przystając na chwilę, aby się przywitać. Liczyłam, że spotkam tutaj… sama nie wiedziałam kogo. Od jakiegoś czasu nie mogłam znaleźć sobie miejsca, krążyłam wśród ludzi, ale oni oglądali się za mną nie czyniąc więcej żadnego kroku. Czy takie miało być moje życie? W sumie, czemu się dziwić. Mało było rodzin, z którymi mieliśmy pozytywne relacje, to i mało było osób, z którymi właściwie mogliśmy porozmawiać i spędzić trochę czasu. Może dlatego, ciągle dla ludzi, przede wszystkim tych starszych, byliśmy zamkniętymi w sobie mieszkańcami bagien. Moje geny również mi nie pomagały. Dla mężczyzn byłam tylko i wyłącznie piękną kobietą, która nieczystymi czarami zawraca im w głowach, a dla kobiet zwykłą konkurencją.
Krążąc wśród tłumu, natrafiłam na wiele ciekawych, z mojego punktu widzenia, sytuacji. Jeden z mężczyzn, ubrał się kompletnie nie stosownie do zaistniałej sytuacji. Szorty, bez butów? Naprawdę? Patrząc na niego, starałam się, aby moja mimika nie wyrażała zażenowania, jednak nie do końca wiem, na ile mi to wyszło. Młodszy ode mnie Selwyn, którego kojarzyłam już z takich spotkań, zachowywał się co najmniej dziwnie. Z drugiej strony, słychać było krzyki kobiety, dyskretnie przesunęłam się w tamtą stronę, chciałam zarejestrować jak najwięcej szczegółów, aby móc potem opowiedzieć wszystko koleżankom. Stała i darła się na mężczyznę, patrzyłam na tą scenę zasłaniając usta. Nie ma co, Lovegood miała charakterek. I przez to wszystko prawie nie zauważyłabym swojego ojca.
Mój ojciec pojawił się na rozpoczęciu festiwalu, w dodatku w towarzystwie mojej cioci. Ruszyłam w ich stronę, aby się przywitać i zachęcić do zajrzenia do jednorożców. Miałam nadzieję, że nie będę im przeszkadzać.
Ciociu, ojcze, miło was widzieć. Nie spodziewałam się, że pojawicie się tak wcześnie. Już po oficjalnym rozpoczęciu i z tego co wiem, ludzie rozchodzą się już powoli w inne miejsca – zaczęłam z szerokim uśmiechem. – Niedaleko płonie wielkie ognisko, mają być tańce. Mam nadzieję, że jak nie będzie wielu zainteresowanych jednorożcami, to uda mi się choć na chwilę tam zajrzeć. Ciociu? Wiesz może, czy Darcy się pojawi? Nie dostałam od niej żadnej wiadomości…
Liczyłam na to, że ciocia będzie coś wiedzieć. Bardzo lubiłam tą kobietę, była tą, która w pewien sposób zastępowała mi matkę. Uwielbiam wracać wspomnieniami do dni, kiedy spędzałam tam wakacje jako dziecko, cudownie się bawiąc. Miałam do niej wiele szacunku i było mi bardzo miło, że zechciała z moim ojcem spędzić dzisiejszy wieczór.





Odnaleziona w życiu, zrodzona w królestwie marzeń – kobieta jest
jak ów kwiat mistyczny
lilia przeczystej bieli
Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wejście   13.10.15 16:17

Ugryzłam się w język, nie oglądając się już za siebie. Powstrzymywałam wszelkie negatywne i zdecydowanie prześmiewcze słowa pod adresem Selwyna, których nie mogłam przecież tu wyrzucać. Jeszcze ludzie chętnie powiązaliby mnie z tym człowiekiem, a mi już aż zanadto było głupio z jego powodu przed Garrettem, którzy doskonale wiedział, że byliśmy spokrewnieni. Wielu wiedziało, więc wolałam umknąć i nie być już obiektem skandali na większych spotkaniach... Ten feralny pogrzeb Slughorna!
Wywróciłam oczy ku niebu i odetchnęłam. Skupiałam się na naszym otoczeniu... z bardziej naturalnego punktu widzenia, starając się za wszelką cenę zignorować wszelkie nieprawidłowości związane z przynoszeniem wstydu mojej rodzinie. Alexander... Ugh. Już się o to postaram, by matka, ciotka, babka, by wszyscy o tym usłyszeli i odpowiednio go zganili. Mogliśmy wyrwać Lyrę z jego towarzystwa. Tak byłoby bezpieczniej. Cóż, otoczenie, natura...
Ostatnimi czasy również nie miałam okazji bywać na tym festiwalu – przyznałam, rozglądając się delikatnie i niespiesznie na boki. Lepiej było przemilczeć, że kilka razy uniemożliwiła mi to pewna klątwa. Przemilczałam to również przed sobą. – Aż chciałoby się tu zostać na zawsze. Te niekończące się łąki pełne kwiatów... Niesamowite – stwierdziłam, przyglądając się mijanym twarzom i towarzyszącym im strojom. Niektóre osoby kojarzyłam, więc nie obyło się bez kilkunastu pozdrowień.
Niech te zabawne wydarzenia trzymają się z dala od mojej osoby. Po pogrzebie profesora Slughorna wspomniano o mnie niezbyt przychylnie w Czarownicy, a to wszystko przez jakiegoś paskudnego ducha, któremu zachciało się żartować ze mnie i z mych towarzyszek – poskarżyłam się i jednocześnie usprawiedliwiłam przed Garrettem. W gazecie zapomniano wspomnieć o towarzyszącym nam przez chwilę poltergeiście oraz o tym, że byłyśmy jego ofiarami.
Mimo jednak skutków tamtego wydarzenia, troszeczkę mile je wspominałam. Pogrzeb raczej wpłynął negatywnie na mój humor... Ale przynajmniej trochę się pośmiałam i przez chwilę biegałam między pomieszczeniami usatysfakcjonowana... No, w sumie nie do końca, gdyż miałyśmy problem z trafieniem do baru, a gdy do niego trafiłyśmy, zrobiło się źle. Bardzo źle.
W festiwalowym meczu? – powtórzyłam na moment zbita z tropu. – Ach, tak... Znaczy nie, nie zgłosiłam się. Nie miałam pojęcia, że takowy jest organizowany. Ponadto moja quidditchowa kariera ogranicza się do tego jednego jedynego spotkania, na którym dostałam tłuczkiem tuż po gwizdku rozpoczynającym. Na szczęście nie miałam okazji otrzymać drugiego ciosu i nie pozwolono mi się wykazać w roli obrońcy, gdyż mecz trwał kilka minut. Mój kuzyn Tristan w rekordowym czasie złapał znicza... – przyznałam się i nieco umniejszyłam przed nim swój blask, mimo że ten brylant brzmiał tak pięknie. Jak mogłam niszczyć takie spojrzenie na mą osobą? Mogłam zamilknąć w tym temacie, zamiast szerzyć szczere do bólu sprawozdania. Ależ owszem! Lśniłam! Byłam cała mokra. Od mżawki, oczywiście. Sama siebie chłostałam brutalną prawda. Niegodnie. Skromna przecież nie byłam...
A ty bierzesz w nim udział? – zapytałam zaraz, gdyż przyszło mi do głowy, że może Garrett próbuje szczęścia w rozgrywce. Ciekawe, czy niegdyś należał do szkolnej drużyny. I czy panny się za nim uganiały... Niestety, nie dzieliły nas jedynie różne szkoły, ale również dosyć spora różnica wiekowa... Właśnie dotarło do mnie, że nie czułam się zbyt młoda w porównaniu do Weasley’a. Może dodawałam sobie psychicznych lat przed pełnie i całe to wilkołactwo? To pewnie przez widoczne zmęczenie na mej twarzy. Ujmowało mi ono urody, postarzało.


Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 10:48

To był po prostu wstyd, inaczej się tego nie dało określić. Wstyd, że stał, wystawiony na spojrzenia ciekawskich osób (albo nawet przypadkowych przechodniów), do których dotarły nieustanne krzyki kobiety. Wstyd, że musiał zniżać się do tego poziomu, podczas gdy inni spędzali miło czas, wpatrując się w ukochaną osobę czy rozmawiając w towarzystwie bliskich przyjaciół. Wstyd, że pośród tego całego zgiełku - wydarzenia, jakie zostało zorganizowane dla rozrywki, on musiał użerać się z obrażoną panienką (jeszcze gdyby naprawdę w czymś zawinił). Jedna pomyłka w jej przypadku równała się rozgałęzionej sieci spisków, gdzie osoba Daniela Kruegera stanowiła ucieleśnienie zła w swojej najczystszej postaci. A ona była w tym wszystkim poszkodowaną księżniczką, na którą trzeba było odpowiednio patrzeć, jeszcze pewnie odpowiednio oddychać, a najlepiej nie robić żadnej z tych obu rzeczy. Nie dziwił się, że była starą panną. Naprawdę, nie dziwił.
- Wzruszające. - W jego tonie słychać było ironię, co zresztą nie odbiegało od poprzednich wypowiedzi. - Tyle, że to pani krzyczy jak opętana z nieznanego powodu - nie wiem, czy z chęci zwykłego popisania się, albo Merlin wie czego, jednak jeśli chce pani wywrzeć na mnie jakieś wrażenie, w ten sposób na pewno się pani nie uda. To pani się ośmiesza. - Zaakcentował wyraźnie ostatnie słowo.
Na dźwięk kolejnych wyrzuconych przez nią obelg (inaczej się tego nie dało nazwać), odruchowo zacisnął zęby. Wszystkie ślady pogodności zniknęły z jego twarzy, a w środku aż zagotowało się ze złości. Trafiła go tam, gdzie godzony być nie lubił, w miejsce nie do końca osłonięte, chwiejne, niepewne, przywołujące urywki niechcianych wspomnień. Wyjechał do Wielkiej Brytanii, aby stać się nikim, jednak ona wiedziała, jak na złość, musiała wiedzieć. Została nakarmiona stekiem bełkotliwych kłamstw z ówczesnych gazet i wypowiedzi ludzi. Mało rzeczy irytowało go do tego stopnia, jak wypowiadanie się na temat, o którym nie miało się pojęcia. Szlag.
- Nie w pani kwestii leży osądzanie mnie - odpowiedział powoli i spokojnie, jakby była to wyuczona na pamięć regułka. - I jeśli pani nie zauważyła - powstrzymywał się już ostatkiem sił - poddałem ocenie pani zachowanie a nie przeszłość. Nie mając odpowiedniego argumentu, próbuje pani mnie obrazić, naskakując na zupełnie niezwiązaną z tym sprawę. Ale to tym bardziej pokazuje, że nie potrafi pani zaprzeczyć. - Jego spojrzenie znowu się wyostrzyło. - Zaprzeczyć temu, że nie umie się pani nawet poprawnie zachować.
Wredne babsko - mało brakowało, a wypowiedziałby to na głos. Na szczęście chwilowo się wycofała, przynajmniej w sensie dosłownym. Wciąż nie spuszczając z niej wzroku, czuł potrzebę uporządkowania wszystkich myśli, jakie błąkały się po jego głowie. Nienawiści, która powoli zaczynała się w nim budzić, podnosić niczym dzikie zwierzę, usilnie szukając wyjścia na zewnątrz. Wciąż czuł na sobie wzrok idących ludzi, co jeszcze bardziej pogarszało sytuację.
- Nie mogę dać pani satysfakcji, przynajmniej w ten sposób - Chwilowa niepewność Lovegood była dla niego wybawieniem. Pluła jadem, więc postanowił pograć jej na nerwach. Zwyczajnie bawił się słowami, wiedząc, jakie wywoła to w niej uczucia. - Pierwszyzna, tak? Nie uważam wizyty u kogoś za jakieś niezwykłe zjawisko, choć zapewne dla pani byłoby to czymś wyjątkowym - może stąd owe zawahanie, pierwsza propozycja od tylu lat? Ciekawe, czemu mnie to nie dziwi. - Mogła wyciągać szyję, nawet ją wydłużać (wróży to świetlaną przyszłość wścibskiej, podstarzałej sąsiadki), lecz nie cofnął się przy tym ani o milimetr.
- Powtarzam. List był niczym innym jak pomyłką. Zresztą, od kiedy fotografie są czymś niepoprawnym? Za dużo pani sobie myśli. Stanowczo za dużo. Tworzy pani sytuacje na nowo, by pokazać mnie w złym świetle, a siebie oczyścić z zarzutów i możliwe, że też... wyobrażeń.
Czuł, że nie będzie miała zamiaru ustąpić, lecz on również nie chciał tak po prostu odpuścić. Przeklęty list! Chyba powinien zainwestować w inną sowę. Co odwaliło Krebsowi, że wysłał go AKURAT DO NIEJ? Głupia, zwierzęca złośliwość. Szlag po raz drugi.
- Już tłumaczę. Na przykład nauka dobrego wychowania. Zasada numer dwa - chwycił ją, zmuszając tym samym do odwrócenia głowy w jego kierunku. - Na twarz rozmówcy się patrzy. W przeciwnym razie wygląda to, jakby pani coś ukrywała. I bynajmniej nie jest to niewinność, tym bardziej złość albo zwykły upał. - Już ona powinna wiedzieć, o co dokładniej mu chodziło. - Ma pani rację, słowa wypowiedziane są niesamowicie ulotne i trudno im zaufać. Ale napisane to co innego.
Myśli, że wygra tak łatwo? Wbrew pozorom wcale nie pozostawał bezbronny.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Glaucus Travers
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t1231-glaucus-travers http://www.morsmordre.net/t1238-kapitan-morgan#9281 http://www.morsmordre.net/t1237-ahoj http://www.morsmordre.net/f15-norfolk-corbenic-castle http://www.morsmordre.net/t1258-glaucus-travers#9500
żeglarz
31
Szlachetna
Żonaty
Kiedy rum zaszumi w głowie cały świat nabiera treści, wtedy chętniej słucha człowiek morskich opowieści!
15
10
0
5
10
0
41
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 11:01

Stałem tak na rozwidleniu dróg próbując oszacować, z której z atrakcji mógłbym skorzystać. Niestety, zagroda dla jednorożców odpadała na starcie. Może nie byłem żonaty, ale wciąż przecież byłem mężczyzną, nie chciałem płoszyć tych pięknych stworzeń. Nie orientowałem się jeszcze co takiego Prewettowie przygotowali oprócz jarmarku. Rozważałem pójście na plażę, lecz wtedy usłyszałem znajomy głos. Obróciłem się lekko nieprzytomny, by zaraz mój wzrok mógł spocząć na Lyrze. Uśmiechnąłem się lekko i skłoniłem płytko; najpewniej miałem takie same problemy jak ona: nigdzie nie widziałem szczególnie znanych mi twarzy. Spodziewałem się nawet, że Festiwal upłynie mi pod znakiem samotności, lecz kiedy podeszła do mnie Weasley, uznałem, że może nie wszystko stracone.
- Cześć Rudzielcu - powiedziałem nareszcie i poprawiłem poły swojej koszulki. - Zastanawiałem się właśnie nad kolejnym punktem mojej podróży tutaj. Nie widzę zbyt wielu znajomych, a szczególnie takich, którzy narzekają na brak towarzystwa - odpowiedziałem na zadane pytanie. Z pewnością wyglądałem lepiej, powiadają przecież, że czas leczy rany. Moje wciąż były otwarte, ale ja skrupulatnie chowałem je w odmętach duszy, starając się nie tracić pogody ducha. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak kruche jest życie, dlatego też starałem się patrzeć na wszystko przez różowe okulary. Nie zamartwiać się nad tym, na co nie mam wpływu.
- A ty? Nie przyszłaś z rodzeństwem? - spytałem, rozglądając się wokół za kolejnymi rudymi czuprynami. Wypatrzenie ich w tłumie było dosyć trudne, wszak Prewettowie również mieli płomienne włosy.
- Nie mam konkretnych planów, a ty? - zadałem kolejne pytanie, uśmiechając się przepraszająco. Chyba nie sprawiałem wrażenie pewnego siebie, zdeterminowanego mężczyzny. I raczej na nic się zda to, że gdyby Lyra do mnie nie podeszła, to wreszcie obrałbym jakiś kierunek.





i'm a storm with skin
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 11:41

Selina nigdy specjalnie nie przejmowała się opiniami innych. A zwłaszcza, gdy byli kompletnie obcymi jej ludźmi. Jako kobieta była niezwykle rozpieszczona w kwestii wolności jej własnego słowa oraz zachowań poprzez brak zamążpójścia i przywilej sławy, który zdawał się wiele wybaczać. Choć bez wątpienia przez to każdy jej czyn zdawał się być śledzony przez lupę. Lovegood zdawała się ułatwiać ludziom działanie i nie trudziła się dyskrecją. Mimo że na salonach chętnie wdawała się w tak lubianą przez wyższe sfery subtelną grę słów, często grając nie do końca czysto, Daniel Krueger obdzierał ją z jakichkolwiek chęci do wysiłku w kwestii doborze sentencji, którymi go raczyła. Kolejnym powodem, dla którego była tak obcesowa, było to, że zwyczajnie nie miała dla tego człowieka ani krzty cierpliwości. Nie miała zamiaru uśmiechać się do niego niemalże flirtewnie podczas wbijania kolejnej szpilki, by czuł rozkosz i ból zarazem, kontynuując nietypową konwersację, niemalże spairing na przedsionku kochanków. A jednak nigdy nie kończyła podobnej rozmowy na dalszym etapie. Była w końcu naczelną zołzą. Nie cierpiała dawać mężczyznom satysfakcji. A temu konkretnemu nie miała zamiaru nawet ofiarować przedsmaku. Nie zasługiwał na jej uważny wzrok, na starannie, niemalże z pieszczotliwą dbałością, dobrane określenia, które zachęcałyby do kontynuowania dyskursu poprzez pewną błyskotliwość. Nie. Jemu przysługiwała niechęć. I suchy, nieprzyjemnie brzmiący język. Ale pan redaktor sobie na to zasłużył. To, co wyewoluowało z tej relacji było wyłącznie jego zasługą. A ona się po prostu nie starała.
-A do czego PAN dąży?-zapytała momentalnie, ignorując ten stok obelg i kpiny, nawet nie poddając go pod rozważanie. Wybierała z tego, co mówi co chwytało jej uszy. Potrafiła być kąśliwa, gdy chciała.-I również nie w pana gestii należy ocenianie mnie.-zauważyła momentalnie.-Bo rzucone w moją stronę epitety chyba nie mogę inaczej interpretować, prawda?-zmrużyła oczy, trochę w dociekliwym geście.-Odpłacam się pięknym za nadobne, panie Krueger.-uznała, wkładając w ton nieco dumy, którą ciężko było jej schować do kieszeni.-Przypominam panu o tym, jakim jest pan człowiekiem, bo chyba zdaje się pan o tym zapominać. Ale nic dziwnego. Tacy są mężczyźni, przekonani o własnej wspaniałości.-prawie cedziła te słowa, z hipokryzją pomijając jej własne mankamenty. No właśnie. Choć jej egoizm był definitywnie mniejszy, skoro nie zaprzeczała!-Chyba, że próbuje mi pan powiedzieć, że pan się stara zmienić, skoro historia nagle staje się nieważna. Cóż, pozostaje mi poczekać na ten moment przemiany.-uśmiechnęła się nagle słodko i wyciągnęła nawet dłoń, jakby w geście pokrzepiającego poklepania go po piersi, ale cofnęła ruch w połowie, z wyuczoną teatralnością.
Nie kryła się z tym, że robiła mu na złość specjalnie. Że z premedytacją wyciągała najgorsze cechy charakteru, byleby tylko nagrać mu na nerwach. Karała go każdym słowem, za to, że kiedyś zapomniał się i powiedział jedno zdanie za dużo. Była pamiętliwa. Dumna. I nie miała zamiaru nikomu dać sobą pomiatać, z bojaźliwością i zajadliwością broniąc swojej godności. Bo to jedyne co miała. Więc moment, w którym mężczyzna zacisnął zęby i całą swoją postawą emanował napięciem, uznała za wygraną bitwę na tym polu. Nie miało znaczenia ile ona sama przegrała, bo była zbyt nieugięta, by to po sobie pokazać. Ale mężczyzna? Mężczyzna przeżywał porażkę. Jej smród był mu nieodłączny. Towarzyszył mu w każdym kroku. Więc choćby miała wygrać nawet jedną z dwudziestu potyczek, dla tej jednej było warto.
-Cóż, przy panu jest nadzwyczaj ciężko się zachować. A zwłaszcza, gdy tkwi pan we własnym samouwielbieniu, nie dostrzegając własnych ujm.-odparła spokojnie, nawet nie mrugając. Rozciągała ledwo zauważalnie słowa, jakby rozkoszowała się ich smakiem na języku.
-Szkoda.-rzuciła z lekkością, wzruszając ramionami, porzucając pozornie marzenie o pogrążeniu Daniela. Czy coś mogło lepiej zadziałać od arogancji na kogoś wypełnionego testosteronem?
Wróciła do siebie, przeskakując z emocji na emocję, zależnie od jej własnej chęci. Zmienna, ulotna, w ciągłym ruchu. Tak będzie ciężej ją dopaść, prawda?
Roześmiała się, gdy przewrócił jej słowa tak, by ją jak najbardziej zirytować. Och, udało się, jakże się udało. W tym momencie blondynka powstrzymywała się mocno przed wciśnięciem obcasa jej buta w stopę swojego rozmówcy, by następnie delektować się wyrazem na jego twarzy - zmieszania bólu, szoku i powoli wychodzącej wściekłości. Zostawiła to w sferze wyobrażeń, zostawiając niepokój nad własną agresywnością na kiedy indziej. Najwyraźniej nie tylko w niej budzą się złe demony, co zauważyłaby, gdyby się nieco rozejrzała na boki.
-Nie.-przerwała mu w pewnym momencie stanowczo.-To pan z taką umiejętnością odwraca własne słowa, ignorując sugestie, które za nimi stały, byleby zabawić się moim kosztem.-powiedziała, nagle obrana z jakichkolwiek emocji poza złością, nie zamierzając bawić się dalej w to przekomarzanie, w którym by nie wygrała. Zauważył jej słabość i w nią uderzył. Dlatego musiała zmienić zasadę gry. Obnażyła jego zagrywkę.
Spięła się cała, gdy nagle poczuła uścisk na ramieniu. Wszystkie mięśnie jak na komendę się napięły, by potem pozostawić w żołądku nieprzyjemne uczucie. Ponownie jej umysł z nią zagrał, bo tuż obok instynktownego przestrachu, podsunął jej nocne wspomnienie, które ją rozproszyło. Wydała z siebie westchnięcie,marszcząc nieco czoło, jakby próbując ten obraz od siebie odepchnąć i zacisnęła zaraz usta, by skupić swój wzrok i spojrzeć ostro na dziennikarza. Niejako tak, jak jej nakazał, zbyt rozkojarzona, by się w tym momencie sprzeciwić. Nie zauważyła w tym momencie, że osiągnęła cel. Kontakt fizyczny był przekroczeniem granicy, za którą jej przeciwnik wyszedł. A mimo to nie skorzystała ze swojej przewagi, pozwalając mu myśleć, że demonstracja siły faktycznie gra na jego korzyść.
-Próbuje uczyć mnie pan manier?-zapytała cicho, podszywając tylko delikatnie swój głos zdumieniem i lekkim rozbawieniem.-To prawda, napisane słowa mają inną wartość.-zgodziła się, zupełnie posłusznie utrzymując z nim kontakt wzrokowy i pozostając na poziomie szeptu przełamującym się z normalnym głosem.
Czyżby kolejna gra ze strony zawodniczki? A może poddanie się? Milczała, nie wyrywając się z obręczy, jaką stworzyła jego dłoń na jej ramieniu, poświęcając chwilę, jakże eteryczną, do wpatrywania się w jego tęczówki. Jakby skorzystała z lekcji. Jakby to ona była bezbronna w tej sytuacji. I prawie to wyrażała swoim wyrazem twarzy - lekki dystans, może spowodowany trwogą, nagła kruchość i delikatność. Brakowało, by wydęła jeszcze usta, okazując totalne poddanie. Prawdziwa łania. Cóż, oby nie podano jej do stołu, skoro już dała się złapać w sidła.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.


Ostatnio zmieniony przez Selina Lovegood dnia 14.10.15 12:51, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Cedrina Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1281-cedrina-rosier#10063 http://www.morsmordre.net/t1329-kandalos http://www.morsmordre.net/t1331-cedrina-rosier http://www.morsmordre.net/f116-rosier-park-dover-kent http://www.morsmordre.net/t1697-cedrina-rosier#18197
dama
45
Szlachetna
Zamężna
Niech fałsz lic: uśmiech piękny i godziwy,
w fałszywym sercu skryje czyn straszliwy.
3
8
2
0
0
2
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 12:48

Jako mała dziewczynka uwielbiała ten festiwal. Jako dorastająca panna jeszcze mocniej czuła jego tajemniczą magię... która wcale nie rozmyła się, kiedy wyszła za mąż. Corentin starał się zabierać ją tutaj co roku, w miarę możliwości, oczywiście - doskonale rozumiała powagę jego zobowiązań zawodowych. Tych, które uniemożliwiły mu wizytę tego roku. Żałowała, że zapewne nie wróci ze swojej przedłużającej się delegacji do końca tego pięknego święta. Poprosiła więc o towarzystwo Fortinbrasa, który nie pierwszy raz zgodził się ją uratować z opresji; damie nie wypadało objawić się w tak wytwornym towarzystwie samej. Wytwornym - bo Cedrina zdawała się nie dostrzegać postaci o niższym urodzeniu, w tym Alexandra, którego najwyraźniej w myślach spisała już na straty - jeszcze ktoś gotów byłby rozpoznać ich powinowactwo. Miała na sobie suknię w kolorze ciemnej czerwieni, haftowaną złotem - z daleka krzyczącą, że jest Rosierem. W ręku trzymała koronkową parasolkę chroniącą ją przed słońcem.
Wspierając się na ramieniu mężczyzny spacerowała wraz z nim wolnym, wyniosłym krokiem, cały czas zachowując się zachowawczo. Jego niezbyt grzeczną - cały lord Yaxley - uwagę skwitowała oszczędnym uśmiechem, pozostawiając komentarze płynące w jej głowie niewypowiedziane. Szkoda, że wśród tej ciżby, jak czasem miano to w zwyczaju, nie wyodrębniono przestrzeni przeznaczonej wyłącznie dla osób o wyższym stanie. Nawet gdyby to uczyniono zapewne panna Lovegood, jako gwiazda szlachetnego sportu, miałaby tam wstęp, Cedrina jej jednak nie rozpoznała - nie bywała na meczach, ani nie interesowała się szczególnie ich wynikami, pozostawiając podobne rozmowy mężczyznom.
- Jesteś wielkim malkontentem, Fortinbrasie - odparła, wyżej (to było możliwe?) unosząc drobny podbródek. W duchu uśmiechnęła się na tę subtelną ironię, ale tylko w duchu. - Miłość nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, a ty masz zwyczaj dostrzegać tylko to, co najgłośniejsze. Czasem, mój drogi, aby widzieć, trzeba patrzyć dłużej. - Uśmiechnęła się czarująco do Juliusa Notta, gdy mijali go w towarzystwie grupki panien oraz starej wdówki. - Jeszcze pożałujesz tych słów, kiedy Rosalie opuści ten festiwal z pierścionkiem na palcu -dodała z przekorą, w ślad za Fortinbrasem kierując spojrzenie na Dianę. Jej bratanica przebywała w towarzystwie narzeczonego, jak dało się poznać po płomiennych włosach, którego Cedrina nie miała jeszcze okazji poznać w tej roli oficjalnie. Doprawdy, nie mogła pojąć, co kierowało jej rozsądnym dotąd bratem, gdy zadecydował wydać córkę Weasleyom - szlachetność tegoż rodu nie budziła naturalnie niczyjej wątpliwości, lecz brak pieniędzy był już dość przykry. Zwłaszcza dla Diany, u boku Garretta nie czekało jej wystawne życia, na jakie zasługiwała.
- Diano, jak pięknie dziś wyglądasz - powitała bratanicę, ignorując wszystkich wokół, po czym zbliżyła się ku niej, by obcałować powietrze przy uszach. Nie wyglądała pięknie, była zmęczona - ale i tak wyglądała lepiej, niż w ostatnim artykule Czarownicy poświęconym swojej osobie. - Cieszę się, że mogłam was tutaj spotkać, ciekawa byłam młodzieńca, z którym się  pojawisz - czysta kurtuazja, wolałaby nie mieć z Weasleyem zbyt wiele wspólnego. Jej bystre oko podążyło ku dłoni Diany, znacząco wyciągając rękę, by ją uchwycić - grzecznością było wszak wykazać zainteresowanie pierścionkiem, nawet, jeśli miał być żałośnie skromny. Kto wie, a może Wasleyowie zachowali swoje największe rodowe precjoza i przeznaczyli je dla młodych. - Gratuluję wam, moi drodzy. - Oszczędnie skinęła głową Garrettowi. Naprawdę, musiałaby upaść na głowę, by skazać którąś z córek na życie w biedzie u boku nawet najszlachetniejszego człowieka. Zdawała sobie sprawę z tego, że młodzieniec ciężko pracował - lecz to, co zarobił i to, co zarobi kiedykolwiek, nie mogło równać się z rodowymi skarbcami pozostałych rodów, które aż pękały pod naporem złota. Wyraźnie chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili rozpoznała głos Rosalie i obróciła się ku młodziutkiej półwili, witając się również z nią.
- O wilku mowa, Fortinbrasie - zwróciła się do swojego towarzysza. - Dobrze cię widzieć, Rosalie, jak twoje zdrowie? - Klątwa Ondyny była przekleństwem jej rodziny. - Udało mi się wyciągnąć twojego ojca na rozpoczęcie. Ten człowiek z bagien naprawdę powinien częściej ruszać się z domu, Rose, zabierz kiedyś ojca do opery. Z przyjemnością sprezentuję wam bilety w najlepszej loży - nawet nie obejrzała się na Fortinbrasa. - Jestem przekonana, że moje dzieci zjawią się w komplecie, Darcy powinna przyjść z Parysem. Jeszcze jej nie ma? - W głosie zabrzmiało zdumienie, miała nadzieję, że Tristan zachował się właściwiej, lub chociaż Druella, która nie znajdowała się już pod jej władzą. - Z przyjemnością odwiedziłabym zagrodę, Rosalie, oprowadzisz nas... za moment?




and then you may learn that some roses have
S T E E L   T H O R N S


Ostatnio zmieniony przez Cedrina Rosier dnia 06.11.15 12:18, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 http://www.morsmordre.net/t999-fumea http://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 http://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu http://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 15:37

(segmentacja posta, bo szorty)


W miarę jak Lex znajdował się coraz bliżej Lyry to zauważał rosnące zainteresowanie swoją osobą. Zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno założenie szortów było dobrym pomysłem. Rodzina pewnie go zje za taki nietakt. Chodź dla niego właśnie nie było to nietaktem. Festiwal Lata u Prewettów miał być wydarzeniem radosnym i w jego mniemaniu noszenie niewygodnych szat bardzo wpływało na obniżenie poziomu szczęścia danego osobnika, który to na takie katusze miał być wystawiany w upale i słoneczne sierpniowe dni. Dotarł wreszcie do rudowłosej dziewczyny, nie zwracając uwagi na zabójcze spojrzenia słane mu przez niektóre osobistości obecne na makowych polach. Kij w oko wszystkim nie znającym się na żartach arystokratom, pomyślał i dalej naturalnie się uśmiechał.
- Ciebie również! - wyszczerzył się szerzej i objął Lyrę w krótkim, przyjacielskim uścisku. - Nie mógłbym opuścić festiwalu, primo Prewettowie to moja bardzo bliska rodzina, secundo to każdy powód latem jest dobry, żeby wyrwać się z pracy - powiedział, w myślach już ciesząc się z tygodnia bez sapiącej mu na karku obecności Samaela. Podrapał się ręką w kark, nie wiedząc ile z tego co się u niego obecnie działo może powiedzieć Lyrze. - U mnie chyba wszystko w porządku, nie narzekam. Dużo ostatnio czytam na praktyki... A, właśnie! Zgłosiłem się jako ścigający na mecz festiwalowy. Wpadniecie z Garrettem i Dianą? I co u ciebie tak w ogóle? - zapytał niezobowiązująco.
Alex wyłapał uśmiech jej brata posłany w jego kierunku i odwzajemnił gest. Zauważył też stojącą obok rudzielca pannę Crouch, która po kiwnięciu w jego kierunku głową (które zresztą również odwzajemnił) ewidentnie omijała go wzrokiem i nie chcąc przysparzać kuzynce kłopotów swoją osobą zaczął rozglądać się dookoła. Bardzo szybko jednak jego uwaga została przekierowana z obecnego ogółu na jedną szczególną jednostkę, a mianowicie jego najdroższą kuzynkę, która stojąc ładny szmat ludzi od niego krzyczała jego imię, jak na jego gust, odrobinę zbyt głośno.
- Dzięki, Elka! - odkrzyknął, puszczając Fawleyównie oczko. Będzie musiał skierować swe kroki właśnie w jej stronę, zwłaszcza, że ona i panna Carrow wydały mu się w tym momencie idealnym towarzystwem. Nie zauważył jednak nieopodal Lizzie dwóch jasnych głów należących do rodzeństwa Avery, co automatycznie obniżyło jego szanse w nieuchronnej potyczce ze swoją narzeczoną. Miała nad nim przewagę w postaci elementu zaskoczenia. Ogólnie Lex tkwił w swojej małej bańce zadowolenia, z której wychodzić na razie nie miał zamiaru. Miał dobry humor i obiecał sobie, że naprawdę nic nie będzie w stanie znów wrzucić go w otchłań wiecznego umartwiania się i smęcenia. Nawet konsekwencje jego ubiorowego manifestu wolności i miłości.
Ponad wszechobecnym gwarem rozmów splecionym z odległymi nutami jakichś krzyków w jakiś sposób dobiegł go głos Sørena i gdy lekko zaskoczony w miarę pozytywnym nastawieniem Avery'ego Selwyn odwrócił się w jego stronę, by się odciąć w jakiś neutralnie-przyjazny sposób, zauważył ją.
Allison.
Jedno spojrzenie na jej marsowe oblicze sprawiło, że uśmiech Alexandra zmalał gwałtownie. Jego bańka szczęścia prysnęła, choć nadal starał się utrzymać w miarę radosną minę, lekko unosząc kąciki ust. W jego głowie natomiast zapanował chaos. Pozory lubią mylić, tak samo jego nie zmącony grymasem wyraz twarzy nie ujawniał bólu, jaki sam widok kobiety mu sprawił. Był pewien, że zaraz coś mu zrobi. Powie coś z jakąś dyskretną aluzyjką, niezrozumiałą dla otaczających ich ludzi, nawiązującą do ich spotkania w parku lub co gorsza, do obiadu w jej rodzinnej posiadłości, gdzie został rzucony na pożarcie rodowi Avery. To wszystko co Allison mu robiła, jak go raniła za każdym razem, nie pozwalało mu przestać o niej myśleć. Właśnie dlatego dziś rano nie potrafił określić swojego nastroju - był neutralny, niezwykle neutralny, ponieważ myśli o kobiecie spadły na dalszy plan, pojawiając się tylko jako przebłyski w obliczu zaprzątniętego festiwalem umysłu Alexa. Teraz jednak zapomniał na chwilę o całym wydarzeniu uzmysławiając sobie, jak piękną kobietę rozzłościł. Patrzył się więc na nią, śledząc uważnie każdy ruch jej ciała, gdy schyliła się, podnosząc niewielki kamyk i skryła go w swojej dłoni. Dłoni delikatnej, o jasnej skórze, miękkiej i ciepłej w dotyku. Spojrzał na jej twarz, prosto w niebieskie oczy i dostrzegł w nich ogień, niebezpieczny i kuszący, podsycany tymi ustami... Cudownie idealnymi, wygiętymi w uśmiechu. Albo raczej uśmieszku, złośliwym jak u chochlika. Co by nawet pasowało, patrząc jak drobniutka i nierealna Allie się wydawała. I mimo, że już czuł obecność demoklesowego miecza nad swoją głową, uśmiechnął się szczerze, ponieważ wiedział i był już pogodzony z faktem, że to właśnie ta, a nie inna kobieta będzie powodem jego zguby. Zguby, która będzie trwała do końca jego dni. Jej uwaga nawet go nie ukuła, co najwyżej rozbawiła. Nie mógł przestać się uśmiechać, choć najprawdopodobniej to tylko jeszcze bardziej rozsierdzi jego narzeczoną.
Wypowiedziane przez nią zaklęcie jednak trochę go zaskoczyło. I gdy wciśnięty w jego rękę zaczął zmieniać się w koc, powinien jeszcze bardziej zaszokować Alexandra, jednak dotyk Allison na jego skórze go zelektryzował.
- Panno Avery, nie trzeba było - powiedział i chciał się uśmiechnąć, jednak jej uwaga o ubiorze i tym, na co mogą sobie pozwolić Weasleyowie odebrała mu zdolność jakiejkolwiek akcji. Nie spodziewał się, że Allison może być aż tak pozbawiona taktu. Założyć szorty było rzeczą jedną, obrazić kogoś słownie było czymś, czego Alexander nigdy by nie zrobił w towarzystwie. Ba, nawet prywatnie. Wolną ręką złapał blondynkę za dłoń.
- Chyba znajdujesz się zbyt wysoko jak na nasz poziom, Allison. Głowę masz tak ponad ziemią, że zapominasz o rzeczach, które to święto ma reprezentować - odparł, patrząc się w jej oczy.
Czy dostrzeże w nich to, że tak naprawdę nie zraniła jego bezpośrednio, a właśnie Lyrę i Garretta? Choć... Nagle w jego głowie zaświtała myśl, na którą uśmiechnął się szeroko. Czy było to możliwe, że Allison... była zazdrosna o Lyrę?
- Allison, przeproś. Twoje zachowanie zaraz będzie można uznać na mój zły wpływ na ciebie, a chyba nie chciałabyś żeby ludzie sądzili, że mam na ciebie jakikolwiek wpływ, prawda? - kontynuował tak cicho, żeby tylko jego narzeczona mogła usłyszeć te słowa. Były one przecież przeznaczone tylko i wyłącznie do jej uszu, czego ona przed chwilą nie zastosowała w czasie rozmowy z nim. Nie uśmiechał się już, czekając na to, co zrobi blondynka. Było mu za nią wstyd, było mu głupio...
Po czym uderzyła go pewna myśl. Co, jeżeli Allison było równie głupio z powodu jego ubioru? To niewinne postanowienie Selwyna miało także wpływ na nią, czego nie przemyślał gruntownie. Zaczął niecierpliwie oczekiwać, aż Allison coś zrobi, by mógł się wymknąć do namiotu i ubrać stosowniej, po czym odnaleźć w tłumie Elizabeth wraz z jej towarzyszką i zanurzyć się w festiwalowych atrakcjach, nie smucąc się i nie przejmując. Teraz jednak tylko patrzył się w jej duże, jasne oczy, szukając w nich odrobiny choć wstydu za jej działania. Takiego wstydu, jaki mogła wyczytać z jego własnych. I powiedział coś, co zakiełkowało w jego głowie już wtedy, gdy zobaczył jak zmierza w jego kierunku.
- Spotkajmy się później w bardziej ustronnym miejscu - szepnął, zmiękczając rysy twarzy, a w jego zawstydzonym wzroku znalazła się w tym momencie również mała i cicha, bardzo płocha nadzieja.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 16:30

Garrett, w przeciwieństwie do swojej narzeczonej, wcale nie miał zamiaru odciągać od nikogo Lyry; uczył się dawać jej swobodę (oczywiście - w związku z cieniem niebezpieczeństwa, który niedawno padł na jego siostrę - w granicach rozsądku). Cieszył się z każdej sekundy, gdy na jej ustach wykwitał uśmiech, w głosie rozbrzmiewała radość i słodka beztroska. Gdy wreszcie jej rude włosy odbijające złociste promienie słońca mignęły mu w tłumie, wykrzywił wargi w lekkim półuśmiechu i odwrócił wzrok, oddając jej resztki prywatności. Jest już dorosła, powtarzał sobie w myślach, błądząc wzrokiem po polanie, która aż do horyzontu tonęła w kwiatach, nie mnie decydować, jak - i (przede wszystkim) z kim - spędza swoje wolne chwile.
- Wydaje mi się, że wszyscy ci, którzy rzeczywiście pojawili się na stypie, są w stanie w pełni to zrozumieć - powiedział wreszcie głosem, który z pozoru nie znaczył zbyt wiele, lecz dla niego samego opływał w alegorii. Data pogrzebu Slughorna stała się nierozerwalna z powstaniem Zakonu, a wspomnienie pociesznej twarzy profesora będzie kojarzyć się Garrettowi wyłącznie z przerażającym obrazem obślizgłego węża swymi kłami bezczeszczącego świętość jaj feniksa. - Już sam fakt, że odbyła się ona w Le Revenant tłumaczy wszystko, a to, że Czarownica z każdej drobnostki robi sensację... to norma - zauważył po chwili z cieniem (pocieszającego?) uśmiechu.
Garrett nigdy nie wczytywał się w gazety inne od Proroka, który stał się codziennym rytuałem akompaniującym goryczy porannej kawy - o wszelakich nowinkach i plotkach czasem opowiadał mu, o ironio, sam Barty, które te wątpliwie istotne informacje wyciągał ze znanych tylko sobie źródeł.
Na horyzoncie zamajaczył mu Fortinbras i idąca tuż obok niego Cedrina. Skinął lekko głową im obojgu, pod powściągliwym - i jakże zgodnym ze szlacheckim savoir-vivre! - wyrazem twarzy kryjąc pragnienie przyjaznego uśmiechu; mimo jego konserwatywnych przekonań, darzył Yaxley'a szczerą sympatią i dużym szacunkiem.
- Jestem pewien, że nieco wyolbrzymiasz - rzucił w końcu w stronę narzeczonej, rzeczywiście tak sądząc; z jakiegoś powodu nie mógł wyobrazić sobie Diany zabierającej się publicznie za coś, w czym nie była rzeczywiście dobra. Jej obraz w głowie Weasley'a przedstawiał panienkę z dobrego domu uwięzioną w klatce konwenansów, której na nieskazitelnym wizerunku zależało bardziej niż na dobrej zabawie. - Nie, nie biorę, mam pewną awersję do gry jeszcze z czasów szkolnych. - Ledwo powstrzymał parsknięcie śmiechem, gdy przypomniał sobie własne tendencje do obrywania tłuczkiem, nawet wtedy, gdy nie brał udziału w meczu; jego przygoda ze szkolną drużyną była wyjątkowo krótka i mało efektowna, przypieczętowana nieszczęśnie szybką kontuzją i utratą chęci do rozwijania sportowej kariery. - Ale, jeśli będziesz miała ochotę wybrać się na boisko jako widz, chętnie ci potowarzyszę.
Kątem oka tuż obok drzew dostrzegł Benjamina stojącego w towarzystwie mężczyzny, którego rozpoznać nie umiał, i przypomniało mu się, że musiał pilnie z nim pomówić; odłożył to jednak w czasie, na odległość kiwając tylko Wrightowi głową. Choć sprawa należała do priorytetowych, obecność Diany u boku uniemożliwiała mu dysputy z tymi, z którymi naprawdę chciał rozmawiać - czuł się zobligowany do spełniania wszystkich jej towarzyskich zachcianek. Zresztą polana tonąca w zgromadzonych czarodziejach nie stanowiła najlepszego otoczenia do załatwiania tak ważnych spraw.
Dlatego też nie mógł protestować, gdy ledwie chwilę później podeszła do nich para o niezwykle wysokim stężeniu błękitu (i uprzedzeń) we krwi; skłonił głowę w niemym, uprzejmym geście powitania.
- Pani Rosier, pan Yaxley - przywitał się krótko, nie mając większego zamiaru wdrążać się głębiej w tę rozmowę. Nie dostrzegł dłoni damy strzelającej mimochodem w powietrze, więc nie ujął jej, by złożyć na ręce delikatny pocałunek; ten zwyczaj nigdy nie sprawiał mu jednak wielkiej przyjemności, więc w duchu ucieszył się, że tym razem udało mu się go uniknąć. Spojrzał z ukosa na Dianę, starając się nie dostrzegać jej podkrążonych lekko oczu, w których nie kryła się tak wielka radość, jak można by się tego spodziewać.
Młodzieńca?, przeszło mu przez myśl i najchętniej roześmiałby się w głos - wiedział jednak, że nie mógł, przywołał więc na twarz wyłącznie uprzejmą i stonowaną obojętność. W duszy jednak śpiewało mu rozbawienie; z dnia na dzień czuł się tak staro, jak wyprany z sił witalnych strzęp człowieka przytłoczony własnymi problemami. Słowa Cedriny zdawały mu się zatem śmieszne, niedorzeczne i kompletnie nieadekwatne. Nie dał jednak tego po sobie poznać - a przynajmniej starał się - wciąż zachowując milczenie.
- Dziękujemy - odpowiedział tylko na gratulacje, pozostawiając pole do towarzyskiego popisu Dianie; mimowolnie stanowiło to preludium ich przyszłego związku, które, jak śmiał mieć nadzieję Garrett, opierać się będzie właśnie na brylowaniu panny Crouch (a wkrótce pani Weasley, co brzmiało absurdalnie) wśród arystokracji i dostojnym milczeniu aurora. Czyż to nie idealny układ?
Garrett wyraźnie rozluźnił się, kiedy ich rozmówcy całą uwagę przykuli do Rosalie Yaxley, która - pomimo niezwykłej urody typowej dla wili - i tak znikała gdzieś w tłumie uradowanych festiwalem czarodziejów.
- Jak się czujesz? - spytał Dianę, zupełnie przez przypadek insynuując narzeczonej - bo zasugerowanie tego nawet nie przeszło mu przez myśl - że zmęczenie odbiło na jej twarzy przykre piękno. - Jeśli tylko będziesz miała chęć z kimś porozmawiać, powiedz mi.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 17:57

Wszystko, co dobre szybko się kończy.
Ktoś tak kiedyś powiedział i miał cholerną rację. Radość czy szczęście to niezwykle ulotne materie. Mogą ulecieć z człowieka w ciągu jednej sekundy. Wystarczy często jedno słowo, jeden gest, jedna obecność bądź jej brak. W tym przypadku wina leżała po stronie pewnego jegomościa, którego pojawienie się zadziałało jak efekt domina. Widok Selwyna jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienił nastrój Allison, a to w adekwatny sposób wpłynęło na Sørena. Nawet nie musiał widzieć jej twarzy, aby wiedzieć, jaki ma wyraz. To samo zobaczyłby teraz w podetkniętym pod nos lustrze. Automatycznie spiął się i poczuł się nieswojo. Pogodny wyraz twarzy zastąpiła idealna maska chłodnego opanowania.
- Allie – mruknął cicho, gdy odsunęła się od niego niezadowolona. Jej odsunięcie boli niemal fizycznie, gdy może tylko przyglądać się biernie temu, co zaraz nastąpi. Znał bowiem bliźniaczkę tak dobrze jak siebie, żeby wiedzieć, że nie będzie stać biernie. Jeśli obrała sobie cel to nie spocznie, dopóki go nie wypełni. Dokładnie tak jak on sam. Bezcelowym było więc odciąganie jej od Selwyna w jakąkolwiek stronę. Stał tylko z rękoma wciśniętymi w kieszeni, prawą zaciskając na różdżce, tak na wszelki wypadek. Obserwując pilnie zarówno ją jak i otoczenie jego uwagę przykuło spojrzenie posłane w jego kierunku przez Wesleya. Nie było to zwyczajowe powitanie przelotnie znających się arystokratów. Nie miał jednak teraz czasu na analizowanie, bo skupia się ponownie na siostrze. Powietrze ucieka mu z płuc, gdy słyszy jej uwagę. To cios poniżej pasa, a ona na pewno o tym wie. Nie będzie jednak jej tego wypominać. Życie już dawno nauczyło ich obojga, że leżącego się kopie, aby nie mógł wstać i oddać. Ich ukochany brat zadbał już o edukację w tej dziedzinie.
Mimo wytężania uszu nie udało mu się usłyszeć odpowiedzi Selwyna. Zapewne to punkt dla niego, bo inaczej nie poszedłby za siostrą. Podszedłby do niego i na oczach wszystkich złamałby mu szczękę oraz przetrącił jeszcze kilka kości. Nikt nie mógłby mieć o to do niego pretensji, bo przecież broniłby honoru Allison. Jednak wszystkie słowa, które padły między narzeczeństwem pozostały dla niego niedostępne. Od razu rusza więc za nią, nie zajmując się nawet pożegnaniem z pozostałymi. Przecież nawet się nie witał. W kilku susach zrównuje się z nią i splata swoje palce z jej w uspakajającym geście. Chociaż sam nie jest do końca pewien, kogo chce uspokoić.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 19:32

Przyjęłam z wdzięcznością wyrozumiałe słowa Garretta. Mogłam je nawet zinterpretować jako swego rodzaju wsparcie, którym mnie obdarzał w tej podłej dla mnie sytuacji. Przeklęta Czarownica faktycznie pisała bzdury i robiła tak zwane widły z igły – to prawda. Jednakże wiele koleżanek z, o ironio, suczą satysfakcją z pewnością nie zapomni o tym wspomnieć za moimi plecami i też się przy tym nieco pośmiać. Och, ile bym dała za to, by móc kontrolować swą wilkołaczą stronę i pokazać niektórym pannom, że powinny trzymać jęzorki za zębami, jeśli chodziło o pannę Crouch.
Ludzie bywają różni. – Miałam ochotę wymruczeć to pod nosem niezadowolona niczym pięciolatka, jednakże w ostatniej chwili przywołałam się do porządku, przypominając sobie o tym, że nie byłam we własnym pokoju, a wokół odbywał się Festiwal Lata. Powiedziałam więc to z klasą, w żaden sposób nie dając po sobie poznać faktu, iż mam jakiekolwiek emocjonalne ale. Choć sens słów już na to wskazywał, oczywiście... Na szczęście zmieniliśmy temat.
Naprawdę nie mam doświadczenia w grze. Na tamten mecz namówiła mnie dawna znajoma, ja zaś ostatecznie stwierdziłam, że mogłoby być mile, i takim oto sposobem znalazłam się na boisku, wiedząc jedynie jak się lata i znając zasady gry – przyznałam. Garrett chyba nie podejrzewał mnie o jakiekolwiek sportowe umiejętności? Chyba że po tej rozmowie o pojedynkach czarodziejów...
Merlinie, ciotka Cedrina Rosier szła w mym kierunku. Nie można było jej zignorować. Za późno.
Ciocia również wygląda olśniewająco – odparłam udawanie uradowana spotkaniem, witając się z nią. Choć po pełni czułam się już lepiej, nadal nie potrafiłam się odnaleźć wśród tych wszystkich ludzi i najchętniej zniknęłabym stąd. Zwłaszcza, że widziałam czujne oczy krewnej. – Panie Yaxley – skłoniłam się, by zaraz stanąć grzecznie tuż obok Garretta. Czułam przeszywające mnie spojrzenie Cedriny, która już chwileczkę później trzymała mą dłoń, by spojrzeć przelotnie na mój pierścionek zaręczynowy. Powtórzyłam tuż za Garrettem ciche podziękowania.
Witaj, Rosalie – przywitałam się również z panną Yaxley. Z prawdziwą radością, gdyż wzrok ciotki Rosier zszedł z nas i padł na blondynkę.
Nie przepadałam za Cedriną Rosier, gdyż zbyt bardzo przypominała mi o Darcy. Córka zdecydowanie odziedziczyła po rodzicielce urodę. I Darcy powinna przyjść z Parysem...
Powstrzymałam chęć ironicznego wywrócenia oczami. Miałam ochotę wydłubać im wszystkim oczy i poucinać języki. Powyżej uszu miałam te gierki. Może kiedyś sprawiały mi przyjemność, ale teraz? Im starsza się stawałam, tym większą miałam chęć się ulotnić. Cierpliwość mi chyba powoli uciekała i niedługo miałam zostać narzekającą wiecznie nieszczęśnicą.
Byłabym nawet wdzięczna Garrettowi, że postanowił mnie wyrwać z tych macek, gdyby nie fakt, że wspomniał o moim stanie. Musiałam wyglądać tragicznie, skoro dostrzegł jakieś skazy w moim wyglądzie. Ale jak niby miałabym się równać urodą choćby z taką Rose?! Kwestia pochodzenia i kwestia nieposiadania klątwy. Czemu nie mogłam być chociażby normalna? Bez kłów, sierści i pragnienia rozrywania?
Wszystko już jest w porządku – wycedziłam. – Chodźmy gdzieś... Daleko. Z dala od nich wszystkich – rzuciłam prośbę, której raczej nie dało się spełnić tu, na Festiwalu Prewettów, który przyciągnął chyba wszystkich w to miejsce. Miałam nadzieję, że nie spotkam Leonarda, albo kogoś innego ze swojej rodziny, bądź z grona znajomych.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 20:33

Zbiorowiska ludzi zwykle przyprawiały go o dokuczliwe migreny. Zwłaszcza latem, kiedy ciżba stłoczona w jednym miejscu zaczynała napierać, naciskać i dookoła tworzyła się lepka siatka nieprzyjemnych, odstręczających zapachów oraz urywanych, nierzadko wulgarnych rozmów. Wprost nie cierpiał być w centrum wydarzeń dostępnych dla ogółu – plebs niestety nie potrafił bawić się z klasą – jednakowoż pozycja szlachcica oraz dziedzica rodu wraz z aspektami przyjemnymi, niosła również za sobą konsekwencje oraz obowiązki. Kiedyś od ich natłoku włos jeżył się na głowie, obecnie zaś Avery całkiem przywykł do zawiłych ceremoniałów i oddawał się im z niegasnącą (sztuczną) pasją i uprzejmym uśmiechem. Częstował nim wszystkich, doskonale znając potrzeby ludu, spragnionego chleba i igrzysk. Właściwie trudnił się takim rozdawnictwem, gdyż obdarzenie uwagi marnego robaczka, wijącego się gdzieś u jego stóp było prawdziwą i niezwykle hojną jałmużną.
Pojawienie się na dorocznym festynie Prewettów na szczęście nie nastręczało równie ogromnych kłopotów, jak nadęte zabawy organizowane przez Nottów. Samael szanował Naturę i przebywanie na jej łonie ograniczało konieczność witania się z kolejnymi miernotami, napraszającymi się atencji, tańcowania z pannami na wydaniu i mamieniu słowem poważnych mężczyzn, pragnących, o ironio, zasięgnąć rady młodszego, lecz dużo bardziej inteligentnego i potrafiącego odnaleźć się we współczesnym świecie Avery’ego. Tutaj nie musiał brylować, uwodzić, zwodzić, kręcić młynków i igrać słowami, aby stworzyć najdoskonalsza iluzję. Pozostawał cudownie wręcz anonimowy – naturalnie rozpoznawany, ale rozkosznie wolny i nieskrępowany towarzyskimi wymogami. Bal odbywał się w środowisku neutralnie naturalnym, gdzie nie stanowiło konieczności bliskiego bratania się ze wszystkimi, którzy tylko mogli okazać się potrzebni w niedalekiej przyszłości. Festiwal Prewettów wyjątkowo służył rozrywce – i choć Avery preferował raczej te rozwijające inteligencję – nie odczuwał szczególnej przykrości z powodu stawienia się w hrabstwie Dorest.
Razem z uroczą towarzyszką, której wyłapał w tłumie i jak przystało na dżentelmena zaoferował ramię – ponoć była narzeczoną Perseusa; wstyd, iż jeszcze ich oficjalnie nie przedstawiono. Spacerując po łące, wsłuchany w celtycką muzykę, prowadził dziewczę w miejsce stosunkowo ustronne, gdzie nie narażał ich na wyjątkowo przykre widoki. Avery zachował szczególną powściągliwość, omijając szerokim łukiem zarówno swoje rodzeństwo (nieodpowiednia pora na zgoła niezbyt kulturalne splunięcie Sorenowi w twarz), jak i dziecinnego narzeczonego Allison. Zamiast przejmować się owymi uchybieniami, odgradzał się od niemiłych mu przeszkód słodkim dziewczątkiem. Młodziutkim, kwitnącym, jakie z chęcią by znieważył w ten okrutny dla niewinnej osóbki sposób.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 20:55

Czuł się jak na kacu, mimo że nie wypił ani kropli alkoholu. A przynajmniej – nie dnia poprzedniego, co przyszło mu z trudem, bo zmierzenie się z tym arystokratycznym teatrem kukiełek na trzeźwo było zadaniem co najmniej karkołomnym. Miał rację, trzeba było wprowadzić się w stan upojenia zapobiegawczo, jakieś dwanaście godzin wcześniej i utrzymywać go konsekwentnie aż do momentu, gdy poczucie przyzwoitości pozwoliłoby mu opuścić gościnne progi Prewettów. Tymczasem zmuszony był udawać stoicki spokój, podczas gdy uczucie irytacji rosło z każdą sekundą, potęgowane jedynie wypełniającą powietrze, celtycką muzyką (zbyt głośną), coraz wyraźniejszym szmerem rozmów (zdecydowanie zbyt głośnym) i wybijającymi się ponad tłum krzykami, które nie interesowały go w najmniejszym stopniu, gdyż już od dawna utrzymywał poziom względnej orientacji w wydarzeniach towarzyskich jedynie dla zachowania pozorów.
Gdzieś między anonimowymi twarzami mignęły mu znajome rysy; a może tylko sobie je wyobraził? Może wywołały je z pamięci długotrwałej wyplute obojętnie słowa Benjamina? Zamrugał, kobieta zniknęła; tak, musiało tak być.
Wyprostował się powoli, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć. Na usta cisnęło mu się co prawda aż za dużo żałosnych zdań, ale dusił je wszystkie konsekwentnie, zatrzymując gdzieś na wysokości strun głosowych. Był zły, głównie na siebie, a to irytowało go jeszcze bardziej, nakręcając jakąś emocjonalną bombę, lada chwila gotową, by wybuchnąć. Musiał zdeptać lont, nie miał zamiaru znaleźć się w epicentrum towarzyskiego skandalu, nawet jeżeli jakaś jego część odczuwała trudną do odparcia pokusę, żeby taki właśnie skandal wywołać.
Wciągnął do płuc ostatnią porcję dymu, przytrzymał niedopałek w palcach, jakby się nad czymś zastanawiając, a wreszcie rzucił go na trawę, niebezpiecznie blisko butów mężczyzny. To kazało mu zmienić pozycję; odwrócił się w jego stronę, robiąc krok do przodu i wgniatając papierosa w ziemię.
- Jak chcesz – powiedział, z tą samą (czy może łamiącą się odrobinę?) obojętnością, wydmuchując szarą smugę prosto w twarz Wrighta. Niższy o kilkanaście centrymetrów, musiał podnieść głowę do góry, ale już dawno przestał przejmować się takimi błahostkami.
Zaskakujące było to, że niezależnie od paskudnej atmosfery, wciąż czuł się w jego towarzystwie niepokojąco dobrze; odsunąwszy na bok zwietrzałą już złość, prawie żałował, że nie mogli po prostu usiąść z boku i jak za dawnych lat naśmiewać się z okolicznych dramatów. Benjamin stawiał jednak sprawę jasno, a Percy nie miał zamiaru kajać się u jego stóp; za dumny był na to. I za głupi.
- Miłej zabawy. Nie zapomnij zajrzeć na mecz Quidditcha. Jestem pewien, że wciąż znajdzie się kilka fanek, które oddałyby wszystko za twój autograf – rzucił, wkładając obie ręce do kieszeni, ale nie odchodząc jeszcze. Czekał na odpowiedź? Możliwe; bardziej prawdopodobne, że zwyczajnie nie wiedział, w którą stronę miałby się udać.




love, I have wounds
only you can mend


Powrót do góry Go down
Linette Greengrass
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t671-linette-greengrass http://www.morsmordre.net/t890-moka http://www.morsmordre.net/t734-unknown-pleasures#2559 http://www.morsmordre.net/f125-wollongong-7-9 http://www.morsmordre.net/t1596-linette-greengrass
kelnerka w imbryku
21
Szlachetna
Zaręczona
then love, love will tear us apart again
2
1
12
5
1
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 21:37

Mam tendencję do gubienia się. Ogólnie sprawy często miały się tak, że jeśli przy dużym zbiorowisku nie zgubię się mimowolnie to po prostu musiałam zrobić to sama. Kiedy miałam pięć lat zgubiłam się na Pokątnej i dostałam w Miodowym Królestwie zupełnie za darmochę kilkanaście pysznych cuksów. Co prawda później przez całą noc bolał mnie brzuch, ale łakomstwo było warte późniejszych cierpień. Później jakoś tak zrozumiałam, że jak się zgubię i zacznę płakać to ludzie będą dawać mi różne rzeczy i nade mną naskakiwać, abym tylko przestała płakać. Od tamtej pory zgubiłam się jeszcze kilkadziesiąt dobrych razów i zgubię się pewnie jeszcze pięć razy tyle. Jak wyjdę za Persa to mu się pewnie zgubię na trzy lata, a on będzie mnie szukał i wołał za mną Lineto, Lineto jak ten Romeo za Julią. Nie pamiętam, czy on za nią tak wołał, ale byłoby bardzo romantycznie gdyby tak było. Wracając jednak do mojej tendencji do umyślnego, czy też nie, gubienia się. Przyszłam tu wraz ze swoją familią, która powodowała u mnie silną senność, więc zaczęłam udawać, że zobaczyłam kogoś znajomego, oddając się wbrew protestom matki. Jestem taka krnąbrna! Wydaje mi się, że Pers ma trochę przechlapane ze mną. W końcu mam całe dwadzieścia jeden lat i już trudno mu będzie mnie sobie wychować.
- Widziałeś dziś może Perseusza? – zagaduję. Nie widziałam go kilka dni i mieliśmy spotkać się na festiwalu lata. Słaba ze mnie narzeczona, że nawet nie wiem, gdzie podziewa się ten, któremu serca wcale nie oddałam. To strasznie smutne, prawda? Wychodzić za kogoś, kogo nawet nie wie, czy się kocha. Na pewno mi serce przyspiesza rytmu, kiedy go widzę lub uśmiecha się do mnie w ten sposób przez który mam mu ochotę dać milion buziaków i nie tylko. Ale nie wiem, czy to miłość. Może czegoś takiego wcale nie ma? Miłości nie ma są eliksiry.
Masz wygodne ramię. Nie wiem, czemu często mnie tak nie pilnowałeś przed złem tego świata. Nie lubię strasznie tłumów i dobrze, że mam ciebie, choć nie wiem, co mam mówić i jak się zachować. Zawsze bałam się psychiatrów. Jeszcze powiem coś niestosownego i mnie zamkniesz w izolatce za mentalność pięciolatka.


Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   14.10.15 23:04

Daniel Krueger był człowiekiem, który nade wszystko cenił sobie spokój. Nienaruszalność własnej osoby stanowiła dla niego największą wartość - nie znosił być do czegoś zmuszany, pozostawiany bez żadnej alternatywy, zawsze lubił przebierać w wyborach. Być może przez to pragnienie swobody był człowiekiem niezwykle niestabilnym, o tendencjach do zamykania się na rzeczywistość. Żył własnym życiem i nie tolerował, kiedy ktoś próbował na niego wpłynąć. A Selina Lovegood z pewnością pozwalała sobie na zbyt dużo, atakując go ze wszystkich możliwych stron i kradnąc tym samym spokój. Nie była ani specjalnie interesująca (wrażenie odczuwane przez nabytą niechęć), ani tym bardziej nie pożądał jej, ujmując najkrócej - nic. Być może, gdyby nie ten pamiętny wywiad i znajomość przeszłości Kruegera, całość potoczyłaby się całkiem inaczej, być może, ale nawet nie poddawał tego rozważaniom. Jakby nie patrzeć, Selina Lovegood była potworną zołzą i to przekreślało jej szanse na każdym polu w oczach mężczyzny. Nie umiał się zmusić, by odczuć do niej cokolwiek poza garścią negatywnych, nadwyrężających jego nerwy emocji.
- Do czego dążę? - Uniósł jedną brew. Jej balansowanie między zdaniami i wybiórczość, niezmiernie go irytowały. Ale musiał coś zrobić, w przeciwnym wypadku będzie mogła jego wyśmiać... I co najgorsze, w takiej chwili zgodziłby się z tą oceną w zupełności. - A po co się pani pyta, skoro i tak mnie pani nie słucha? Równie dobrze możemy rozmawiać o pogodzie. Dopisuje nam, słońce świeci, podoba się pani tutaj? - Starał się, by jego ton brzmiał jak najbardziej naturalnie.
- Odpłaca się pani, tak - powtórzył. - Ciekawe za co. Nie dałbym pani nawet złamanego knuta.
Gdy dalsza część wypowiedzi dotarła do jego uszu, nie umiał się nie zaśmiać. Co za kobieta! Nie ogarniał jej zupełnie, nie wiedział, na jakich zasadach działają jej procesy myślowe... o ile w ogóle była do takowych zdolna, jeśli chodziło o racjonalny wymiar. Dosłownie wybuchnął śmiechem, głębokim i utrzymującym się przez jakiś czas, choć właściwie rozważał, czy nie powinien się raczej załamać.
- Dobre! - nie omieszkał się nie wytknąć. - Naprawdę, doskonałe. - Zdecydował się na ochłonięcie. Przywrócił twarzy dawny wyraz. - Szufladkuje mnie pani, dlatego że jestem mężczyzną? Jak niewiele pani wie... Jak niewiele. Ale niech będzie, to nawet lepiej. Dziękuję za ów pokaz, tym bardziej nie będę traktować pani poważnie. - Stłumił śmiech, który przeszedł w ciche prychnięcie.
Rzadko kiedy ktoś mógł w nim wywołać tyle sprzecznych emocji. Złość, nienawiść, z drugiej strony zwyczajne rozbawienie. Absurd, zwyczajny absurd. Nie umiał tego inaczej określić - wszystko wyglądało jak wyjęte z jakiejś nierealnej rzeczywistości, w której na każdym kroku łamano podstawy logiki.
- Chyba pomyliła mnie pani z inną osobą. Jestem zobowiązany o uświadomienie. Mam na imię Daniel a nie Ernst. - Wymawiając imię własnego brata, poczuł wewnętrzny niesmak, jakby przed chwilą z jego ust wyszła jakaś podła obelga.
Ernst i Daniel niesamowicie się różnili, stanowili dwie przeciwne do siebie siły, które nigdy nie były w stanie stworzyć zdrowych, braterskich relacji. Z góry spisani na porażkę, skażeni jeszcze od samego dzieciństwa. Gdyby ktoś powiedział, że Daniel jest zakompleksiony, dużo by się nie pomylił. Do całości  związanych z sobą aspektów podchodził bardzo krytycznie, z tendencją do widzenia wszystkiego w czarnych barwach. Więcej miał pretensji, niż był szczęśliwy. Tak, Daniel Krueger byłby jedną z ostatnich osób, które powiedziałaby o sobie, że są przystojne, mądre i mają duże szanse na osiągnięcie sukcesu.
- Ależ oczywiście - odpowiedział, nie rezygnując z ironicznego podejścia. - Tyle, że ja nie doszukuję się podtekstów, nic nie wytykam, a pani usiłuje znaleźć wszędzie drugie dno, którego niestety nie ma. - Co ja muszę przechodzić z tą kobietą... Odczekał chwilę, a następnie kontynuował: - Ja? Bawić się pani kosztem? Ale jestem niegodziwy. Proszę mówić dalej, dowiaduję się bardzo ciekawych rzeczy.
Co ona od niego chciała, do cholery? Normalnie pewnie już dawno by się na nią zdenerwował, kierując bezpośrednie obelgi, ale póki co nie znajdywał ku temu motywu. Na to jeszcze mógł jej odpowiedzieć. Jeszcze.
Selina Lovegood popełniła jeden błąd. Jeden i do tego bardzo zasadniczy. Oceniła go przedwcześnie, wyciągając od razu wnioski. Sądziła, że ma go podanego jak na talerzu, ze wszystkimi cechami i całym zarysem charakteru. Ze zwyczajnym, męskim pragnieniem dominacji i wrodzonego przekonania o wyższości.  Ale Krueger był człowiekiem o wiele bardziej zawiłym, trudnym do określenia, poniekąd nierozumiejącym nawet samego siebie. Nie zależało mu na udowadnianiu racji w takich przypadkach, zdruzgotaniu kogoś wyłącznie dla samego faktu. On po prostu chciał wrócić do poprzedniego stanu, jaki został zaburzony przez pojawienie się słynnej zawodniczki.
- Powiedzmy, że sugeruję ich rozważenie. - Tym razem był już zupełnie spokojny. Zabrał dłoń z jej ramienia, jakby unikając zbędnego kontaktu. - Cieszy mnie fakt, że się ze mną pani zgadza. Oby tylko pociągało to za sobą wyciągnięcie wniosków.
Wpatrywała się w jego oczy - które były murem przeplatających się zamyślenia, chłodu i hamującego się zdenerwowania. Poświęcił jeszcze chwilę kobiecie, nie odzywając się ani słowem. Niedługo potem jednak odwrócił się, przestał zwracać na nią najmniejszą uwagę - szykował się do ruszenia we własnym kierunku. Nie miała nic, co mogło go przyciągnąć w każdym tego słowa znaczeniu. Zresztą, zawsze miał to do siebie, że przychodził i odchodził, błąkając się gdzieś między ludźmi. Wyciągnął notatnik (piekielne posklejane kartki!), usiłując doprowadzić go do stanu użytku. Jeśli Selina będzie chciała dalej prowadzić tę wojnę... Powinna dobrze rozważyć jego poprzednie słowa.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
 

Wejście

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Sala Wejściowa
» Wejście do podziemi
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)
» Brama wejściowa
» Główne wejście do parku

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Weymouth-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18