Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Wejście

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Wejście   27.09.15 1:42

First topic message reminder :

Wejście

By dostać się na festiwal, należy przenieść się za pomocą przygotowanych na wydarzenia masowe świstoklików lub udać się pieszo z centrum najbliższego miasta na wybrzeże Dorset. Cały teren, gdzie będzie odbywać się wydarzenie, obłożono silnymi zaklęciami antymugolskimi oraz uniemożliwiającymi teleportację. Wzgórza w porastają maki i chabery, stanowiące ciekawe kolorystyczne połączenie dla gromadzących się gości. Kilkaset metrów na zachód wyznaczono niewielkie pole namiotowe dla gości z różnych stron świata, chcących spędzić więcej czasu w urokliwym Dorset.
W pobliżu wejścia na teren festiwalu ustawiono niewielkie podwyższenie z mównicą. To właśnie tutaj będzie miało miejsce uroczyste rozpoczęcie uroczystości, jak co roku głos zabiorą zarówno organizatorzy, jak i ważniejsi goście. Wieczorem kilka stóp nad głowami czarodziejów unoszą się lampiony w kolorze złamanej bieli i pomarańczu, odprowadzając gości do domów, czyniąc noc bardziej magiczną.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 9:25

Lovegoodówna miała coś takiego w sobie, że ludzie dla świętego spokoju woleli być z nią w neutralnych stosunkach. Jeżeli ktoś jej w którymś momencie swojego życia podpadł, potrafiła wspaniale wyprowadzać z równowagi. Była małą, irytującą osą, która mimo swoich rozmiarów i pozornej nieistotności (w końcu os na świecie były tysiące milionów, może miliardów), potrafiła niezwykle trafnie kąsać. I trudno było się od niej odpędzić. A zwłaszcza, gdy okazywało się, jaki upór wkładała w uprzykrzanie komuś życia. Ale takie zachowanie wymagało już naprawdę pewnych zasług te strony jej ofiary. Dlaczego miałaby ofiarę kusić i przedstawiać ciekawszy wachlarz cech, skoro mogłaby się narazić na kpinę? Nie. Balansowanie przy kilku emocjach, przy jednej masce było najwłaściwsze. W ten sposób zainteresowany nie mógł jej do końca zranić, prawda? A Daniel Krueger miał jedną wadę, która niejako podkładała go pod blondynkę. Był szczery (w sensie trochę prawdziwy). I gdy nacisnęło się na odpowiednie miejsce, automatycznie aktywował zbiór słów, które wiele mówiły o nim samym. Temat rodziny i jego zdrady, oszustwa, wydawał się nadto dobrym przykładem.
Prychnęła kpiąco na jego odpowiedź.
-Teraz chce mnie pan zabawiać salonową rozmową? Poważnie?-wstrzymała śmiech w podobnym geście jak on. I być może niewprawne oko nie zauważyłoby napięcia między tą dwójką i uznała, że wszystko wróciło do normy, nie słysząc ich słów.-Bez wątpienia dzień byłby lepszy bez pańskiej asysty. Mimo, że jest pan kompletnie niewysoki to i tak zasłania mi pan słońce.-powiedziała, mrużąc odrobinę oczy w nienawistnym wyrazie.
-Nie potrzebuję pańskich pieniędzy, o ile jakiekolwiek pan posiada.-uderzyła w jego męską dumę, niejako pokazując pewną przepaść między sobą a nim. Ile mógł zarabiać taki marny dziennikarz, phi! Mężczyzna bez zdolności utrzymania rodziny. Kpina w dzisiejszym społeczeństwie.-I widzę też, że różnice kulturowe nie pozwalają panu zrozumieć pewnych angielskich powiedzeń. Nie wiem więc czy pańskie ograniczenie robi z pana dobrego rozmówcę.-dodała, uśmiechając się drwiąco.
Jego śmiech starł jej uśmiech z twarzy, na której ukazało się zirytowanie. Uniosła brew.
-Może jednak powinnam zaangażować tłumacza? Bo chyba ciągle ma pan problemy ze zrozumieniem.-powstrzymała się przed warknięciem.-Takie typowe.-powiedziała jednak zaraz, już luźniej, komentując jego słowa.-Wyparcie. Oczywiście, to nie może pana dotyczyć, prawda? A może brakuje panu pewnych walorów, by nazwać się mężczyzną?-uderzyła w inny punkt, prowokując.
Absurd? Absurdem jest, Danielu, coś bez przyczyny. Słowa nie podszyte niczym, nie posiadające głębszego znaczenia, wypowiadające przypadkowo, zależnie od tego, co komu ślina na język przyniesie. Zawodniczka Quidditcha pozornie popisywała się podobną zdolnością, jednak była konsekwencja w tym, co mówiła. I chyba drogi pismak zapomina w jak konserwatywnych ramach żyją. Jak jedno i drugie, niczym lep, ciągnie do ramy, od której odeszli na kilka kroków. Jak wypowiadane słowa i ich sens przypomina to, co już gdzieś słyszeli. Z jednego kręgu lub drugiego. Innowacyjność działa się małymi krokami, gdy na chwilę ktoś opuścił swoją barierę. Pan Selwyn, na przykład, przedzierał szlaki. Czy naprawdę Niemiec nie był w stanie tego dostrzec jak niewiele jego rozmówczyni się myliła? Och, czyżby posiadał podobną wybiórczość i brak wnikliwości? I kto tu kogo szufladkuje?
-Och? I to panu wymazuje, przepraszam, jakie cechy?-zapytała dociekliwie, gdy przywołał imię Ernsta, kryjąc rozbawienie za kolejną teatralnością gestów.
Oboje nawet nie zdawali sobie podobieństwa na tym punkcie. Selina również już jako dziecko nie miała prawidłowej więzi z siostrą. Głównie z zazdrości, jako młodsze dziecko, czuła do niej niechęć. Musiała chodzić w jej ciuchach, nie posiadała własnego imienia, tylko zawsze była "siostrą Aurigi". Rywalizowały w każdym względzie. A rzecz, która je ostatecznie poróżniła, jednocześnie im obu dała niejakie wytchnienie od siebie. I mimo poczucia winy, które gdzieś kuło ją w podświadomość, tak było lepiej.
-Och, oczywiście!-parsknęła.-Pan jest niewinny. Zupełnie zapomniałam.-zaironizowała, kręcąc głową w niedowierzaniu.-Jaki niegodziwy?-wyśmiewała go dalej.-Przecież pan jest najbardziej prawym człowiekiem chodzącym po kuli ziemskiej, prawda? Nie ma w panu ni krzty winy. W końcu to widzę.-udawała niemalże szczęśliwą ze swojego odkrycia, mocno już zirytowana jego własnym zapatrzeniem.
Selina wykorzystała ten moment na uspokojenie się. Nie miało to znaczenia czy się myliła czy miała rację, tak długo, jak Daniel Krueger odchodził od zmysłów podobnie do niej. Tak długo, jak miał jej dosyć, a jednak nie potrafił odejść. Bo gdyby potrafił odejść, mogłaby stwierdzić z całym przekonaniem, że miała rację. A jednak trzymała go pewna cecha, o której istnieniu albo nie zdawał sobie sprawy albo udawał.
-Niech pan sobie wsadzi te rady głęboko do gardła, po czym sam je rozważy.-syknęła, nie zmieniając tego kompletnie niewzruszonego wyrazu twarzy. Nawet nie zwróciła uwagi na fakt, gdy ją puścił. Na jego kolejne słowa... uśmiechnęła się.-Znowu pan nie zrozumiał.-zauważyła tylko, dalej pozostawiając kąciki ust uniesione.-Proszę się o mnie nie martwić, panie Krueger. Potrafię o siebie zadbać.-powiedziała, jakby kończyła przyjemną, koktajlową rozmowę, a nie wojnę. Była gotowa mu nawet pomachać na pożegnanie. Dopiero gdy się odwrócił, skrzywiła się z obrzydzeniem, czując na sobie jego oddech i dotyk. A także jej myśli były brudne.
-Incendio.-wyszeptała cicho, dyskretnie wyciągając różdżkę, gdy już odszedł na kilka kroków i nie mógł jej usłyszeć, mając ogromne nadzieje, że zaklęcie się powiedzie. Celowała w jego notatnik, który nagle okazał się być ciekawszy od niej samej. Nie cierpiała takiej arogancji. Nie lubiła braku uwagi. Cóż, jeśli się nie uda, to tego nie zauważy, prawda? Ciężko mieć oczy dookoła głowy! A jeśli papier strawi ogień, zostanie jej tylko schować narzędzie zbrodni, odwrócić się na pięcie i czmychnąć w tłum, gdzie już będzie trudna do dopadnięcia. Schowała więc różdżkę momentalnie po inkantacji, odwracając się w stronę tłumu.
Selina Lovegood. Naczelna zołza i zły chochlik.

edit.: Nie ma to jak czytać posta po wysłaniu. Zmieniłam składnię :c




Ostatnio zmieniony przez Selina Lovegood dnia 15.10.15 9:31, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 9:25

The member 'Selina Lovegood' has done the following action : rzut kością

'k100' : 19


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 9:33

Nadzwyczajną spontaniczność okazywał rzadko - zazwyczaj zaś przejawiało się to w natychmiastowym podejmowaniu trudnych decyzji w niesprzyjających mu okolicznościach. Palenie za sobą cholewek z powodu infantylnego postępowania negował całą siłą, choć pozornie pozostawał - niemal jak zawsze - pobłażliwie wyrozumiały. Rozumiał system rządzący światem: nie tylko arystokratycznym (w tym mógł pozwolić sobie na nonszalancję), ale również zwykły, prosty, gdzie pasożytowały obmierzłe pomioty mugoli. Dlatego nie afiszował się nadmiernie, dokładnie ukrywając wszystkie swoje poglądy, jeszcze zbyt radykalne, aby zaprezentować je szerszej publiczności. Przedziwne, że to, do czego poniekąd dążył, zdarzało się już nie raz. Każda próba restauracji kończyła się wszakże sromotną klęską, a biedni ludzie nie potrafili wyciągnąć ze swych porażek właściwych wniosków. Avery nie wspominał o tym głośno (przez skromność, naturalnie), lecz dostrzegał błędy popełnione w zamierzchłych czasach. Szczycąc się mianem znawcy ludzkich dusz i umysłów (ile już zagarnął dla siebie?), zdołał wytłumaczyć sobie najprymitywniejsze i zarazem najgłupsze omyłki popełnione przez jednostki ponoć wybitne. Zdobywszy odpowiednie poparcie, należało bowiem najprościej - spuścić ujarzmiony lud ze smyczy, by po chwili napiąć ją znowu. Postępując tak w kółko, odgrywając piękną komedię liberalnych swobód, gdzie ludzie padali na kolana i czynili dziękczynienie za urojoną wolność.
Podobny manewr wykonywał teraz, na niczego nie podejrzewającej młodej panience. Słodko milczącej, dokładnie tak, jak lubił. I gdyby nie jedno durne pytanie, samoistnie wyrywające się z jej ust, Avery nawet byłby skłonny zapewnić jej rozkoszny dzień. Pełen wysublimowanej adoracji, bo przecież nie pilnował jej stuoki Argos - Persesus zaiste powinien bardziej dbać o swoją narzeczoną. Którą Samael obdarzał uważnym spojrzeniem ze śladami szczątkowego zainteresowania, wodząc wzrokiem od kuszącej, mlecznobiałej szyi po ciut za bardzo odsłonięte nogi. Podobnych szlachcianek było na pęczki, a przedziwnym trafem, żadna z napotkanych przez niego kobiet (prócz siostry) nie broniła mu swego wianka - czy to z pożądania, czy to ze strachu. Linette wszakże należała do Perseusa, co automatycznie czyniło ją potencjalną zdobyczą - wystarczyło skusić ją i z pełnyn politowania uśmiechem zwrócić kuzynowi, raniąc oboje.
- Nie widziałem go - zaprzeczył cicho i choć nie cierpiał za prowadzeniem dyskusji z niewiastami, przełamywał się dla niezmierzonej chęci obejrzenia wielkiego finału (krachu?) narzeczeństwa zakochanych.
- Dziwi mnie zaś niezmiernie, iż zostawił panienkę samą. Choć może raczej winnym mu jest za to podziękowania - rzekł gładko, przyzwyczajony do prawienia słodkich kłamstewek i komplementów, które w pustym pokoju przybierały dosadniejsze formy, zapewne bardziej zrozumiałe dla głupich samic.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 12:33

Z każdą chwilą coraz mniej wierzył, że musi znajdować się w takiej sytuacji. Otaczała go niezliczona ilość ludzi, a on musiał zadawać się z tą jedną, wredną i kąśliwą, której najwyższym celem zdawało się być burzenie jego spokoju życia. Teoretycznie mógł odejść i  ją zostawić, ale gdy przychodziło co do czego, nogi zwyczajnie odmawiały mu posłuszeństwa. Stawały się ciężkie, jakby zmieniając się w dwa grube, ołowiane pręty. Duma nie pozwalała mu zwyczajnie wywiesić białej flagi, z czym było równoznaczne odejście, powiedzenie, że ma się dość, że jest się przegranym. Bo wbrew pozorom był człowiekiem dumnym, choć nie zawsze sobie z tego zdawał sprawę.
- W takim razie jest mi niezmiernie przykro, że odczuwa pani wrażenie życia w moim cieniu. - Na wszystkie kręgi piekielne, Selina z beczki się znalazła. Na sam początek zamiast dóbr materialnych proponowałby jej wyzbyć się bezczelności, którą niewątpliwie została obdarowana w nadmiarze.
- Zapewniam panią, że na takie rzeczy byłbym w stanie sobie pozwolić. - Oj, teraz jej się udało. Widać było, jak podziałały na niego słowa kobiety. We wnętrzu powstał dosłowny wybuch złości, przypomnienie o tym, że musiał zaczynać od zera i jeszcze jakiś czas temu znajdował się na skraju bankructwa. A kiedyś był bogaty, lecz stracił wszystko ze względu na swoją głupotę. Z powodu własnego życzenia musiał obrać całkowicie inną drogę, kończąc jako dziennikarz. - Nie wiem, czy jest pani naprawdę taka upośledzona, czy tylko udaje. - Musiał dać upust swojemu zdenerwowaniu. - Tłumacz, brak tłumacza, jakie to ma znaczenie? Jeśli rzeczywiście wtedy zrozumiałaby pani, co mam do powiedzenia, jestem gotów nawet podwójnie jego opłacić.
Nienawidził, gdy ktoś przypominał mu o prostych rzeczach. Takich prozaicznych, o których mógł sam rozważać, lecz nie znosił w ich przypadku komentarzy ze strony innych. O tym, kim się stał. Przecież doskonale wiedział, że w porównaniu do poprzedniego majątku, był kompletnym bankrutem. Całe szczęście, że póki co temat się zmienił, bo miał chwilę, by wrócić do stanu względnego opanowania. Przynajmniej teraz.
- Musi pani albo mi uwierzyć albo zobaczyć, nie ma innego wyjścia. - Odpowiedział już spokojniej, lecz wciąż wyraźnie poirytowany. To akurat słyszał wiele razy, jeszcze jako dziecko - głównie ze strony własnego brata, który najwyraźniej odczuwał dużą radość z wyśmiewania jego osoby. A on nie umiał mu się sprzeciwić. Nigdy.
Owszem, miał tendencję do szufladkowania ludzi. Wystarczyło, że się do kogoś zraził, od razu powodowało to kaskadę reakcji, w wyniku których nie chciał nawet patrzeć na daną osobę w inny sposób. Od razu tworzył sobie w głowie jej obraz z podkreślonym rzędem negatywnych cech, które stanowiły wytłumaczenie, dlaczego nie powinien się z tym kimś zadawać. Koniec. Zdanie akurat zmieniał bardzo rzadko i trudno było na niego wpłynąć.
- W przeciwieństwie do pani nie odbiegam od tematu - wyjaśnił. - Dlatego powinna pani wiedzieć, o jakie chodziło mi cechy, chyba że, jak to zostało pięknie ujęte, ograniczenie nie pozwala pani na powiązanie faktów.
Merlinie, jaka ona była denerwująca. Nic do niej nie docierało, absolutnie nic. Cokolwiek mówił, było obracane przeciwko niemu. Gdyby choć okazała krztynę zrozumienia... Ale nie, ona nie mogła sobie na to pozwolić, nawet dla samego faktu.
- Problem polega na tym, że nic pani nie widzi - przyznał. - I znowu coś, zwanego właśnie ograniczeniem, nie pozwala pani zrozumieć, że odwoływałem się do konkretnego tematu a nie do ogółu. Nikt nie jest przecież idealny, gdzieżbym śmiał tak powiedzieć. No, poza pani osobą, oczywiście. - Starał się w to włożyć jak najwięcej sarkazmu, na ile tylko umiał.
Kolejne jej słowa były już tylko zwyczajną obelgą, która nie wywarła na nim żadnego wrażenia. Nie uderzała w żaden z tych punktów, powodując wyłącznie pełne pogardy rozbawienie. Uśmiechnął się lekko, a jego sposób wypowiedzi, w porównaniu do poprzednich, można było uznać za dość miły:
- A pani niech sobie wsadzi do gardła cokolwiek. Bo i tak będzie to dla niego lepszą opcją, niż wyrzucanie z siebie ton hipokryzji, która zakrawa już na żałosność. - Pokiwał głową. - To bardzo dobrze, że pani potrafi. Wierzę na słowo.
Gdy już się odwrócił, jego myśli skupiły się na czymś zupełnie innym. Na ludziach, na wykonywaniu dziennikarskiego obowiązku, jakby zupełnie zapominając o mającej miejsce zaledwie przed chwilą sytuacji. Ale owa sytuacja najwyraźniej nie chciała dać o sobie zapomnieć, kiedy nagle zobaczył, jak jego własny notatnik odrobinę się zwęglił - sam z siebie?. Nie musiał nawet na to odpowiadać, odwracając się niemal automatycznie. Zauważył podejrzaną sylwetkę, która najwyraźniej usiłowała się ukryć w tłumie. Niech ją cholera. Teraz się doigrała. Teraz się, kurna, doigrała. Korzystając z chwili, że zołza się odwróciła (bo jakżeby mógł być to ktoś inny?), ruszył od razu w jej kierunku. Kiedy znalazł się w odpowiedniej odległości za kobietą, jednym zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie, zakleszczając w pozornie delikatnym, lecz zarazem zdecydowanym uścisku. Sam nie wiedział dokładnie, co robi, zaślepiony przez pragnienie... odegrania się.
- I co ja mam z panią zrobić, skoro tak bardzo zabiega pani o moją uwagę? - niemal wyszeptał jej te słowa do ucha. - Nie jestem głupi i znam działanie zaklęcia, które szczęśliwym trafem nie wyszło. Chowanie różdżki teraz nic pani nie da, o ponownej próbie nawet nie wspominając. - Znajdowali się blisko siebie. Nieświadomie - zdawałoby się, że złamał kolejną barierę, która jeszcze przed chwilą istniała między nimi.
Dziwne są zachowania ciała, stwierdził, kiedy odczuł, że jego serce momentalnie zaczyna bić szybciej. A przecież mu nie kazał. Przecież jego podejście nie zmieniło się ani trochę.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 13:07

Obrzucanie niezbyt przyjemnymi słowami swojego przyjaciela wywoływało w Benjaminie zaskakujący dysonans. Zazwyczaj nie miał problemów z werbalizowaniem obelg silniejszego kalibru a zasób obraźliwego słownictwa posiadał naprawdę szeroki, jednakże nigdy nie wykorzystywał swoich umiejętności przeciwko Nottowi. Percy był przecież dla niego kimś najważniejszym na świecie, nawet jeśli brzmiało to raczej przerażająco niż romantycznie. Znali się od dziecka, razem po raz pierwszy przekraczali progi wypełnionego magią zamku, gubili się w gąszczu korytarzy, uciekali przed rozchichotanymi rówieśniczkami, wałęsali się po błoniach, otrzymywali szlabany, pojedynkowali się na trefne różdżki; razem obserwowali z najwyższych wież Hogwartu odległą wojnę i niebo w płomieniach; r a z e m dorastali, ucząc się - często boleśnie - rozumienia własnych uczuć oraz pragnień. Gdyby nie spotkał Percy'ego na swojej drodze, na pewno stałby się zupełnie innym człowiekiem. Kto wie, może nigdy nie zdecydowałby się spróbować swoich sił jako pałkarz w drużynie Gryffindoru i być może nigdy nie poznałby smaku prawdziwego szczęścia, kiedy w oczach Percivala widział odzwierciedlenie swoich wątpliwości. Przeradzających się później w najdoskonalsze przekonanie o tym, że jest normalny. Mieli swoje stuprocentowe wsparcie, potrafili zaufać sobie bezgranicznie a i tak cała ta ekstatycznie budowana bliskość zniknęła w ciągu sekundy, rozbijając się o tchórzostwo Notta.
Teraz już wiedział, że chodziło tylko o tą podłą cechę charakteru Percivala. Przed laty próbował jeszcze go usprawiedliwiać, szukając winnych praktycznie wszędzie. Wśród społeczeństwa, norm, a zwłaszcza w osobie głowy rodu szlacheckiej rodziny. Był czas, kiedy uznawał takie nieszczęście za wręcz budujące dla przyjacielskiej relacji - marna wersja Romea i Julii? - ale chwilowe otumanienie skończyło się równie gwałtownie co sielski okres Hogwartu. I późniejszej wolności w dzikich, smoczych ostępach, gdzie kradli krótkie chwile szczęścia, znów rozpadające się przy akompaniamencie ludzi palonych żywcem.
Benjamin był teraz bliski wydania z siebie takiego dźwięku, jakiegoś przeciągłego wrzasku, dzięki któremu mógłby pozbyć się nagromadzonych emocji. Milczał jednak zawzięcie, obserwując szczeniackie poczynania Percy'ego z mieszaniną politowania i jakiejś wewnętrznej satysfakcji, że jego obecność zmusza dorosłego wszak mężczyznę do tak idiotycznych zagrywek. Byleby okazać pulsującą pogardę, byleby znaleźć się na tyle blisko, by móc poczuć jego zapach, zmieszany z dymem, drażniącym jego nozdrza. Nott znajdywał się teraz na wyciągnięcie ręki - wystarczyłaby krótka myśl, zmieniająca się magicznie w elektryczny impuls, by mógł przesunąć dłonią po jego szyi, rozpinając powoli szatę i...I nie chciał, nie mógł tego zrobić: nie ze względu na publiczność. Bardziej obawiał się kolejnej porcji niespodziewanego bólu niż najbardziej wyrafinowanej chemicznej kastracji. Utrzymywał dystans dla swojego dobra, zaciskając usta w wąską linię. Gdyby ktokolwiek inny prowokował go w ten sposób, na pewno rozpętanie się wesołej bójki byłoby kwestią sekund. Obecnie największe katusze i boje toczył we własnej głowie, nawet nie słuchając głupiej prowokacji. Bardzo chciał odpowiedzieć w podobny sposób, obnażyć własną niedojrzałość, wrzasnąć, uderzyć go, wyciągnąć różdżkę i zaklęciem wypatroszyć jego arystokratyczne wnętrzności, jednak...za bardzo się bał tego, co mogłoby się stać, gdyby znów pozwolił sobie na ulegnięcie głęboko skrytym pragnieniom.
- Pamiętasz naszą rozmowę, wtedy, w Pokoju Życzeń? Nie zmieniłem zdania, ale to niczego nie ułatwia. Wręcz przeciwnie. Dlatego zrób mi tę przysługę i po prostu odejdź - powiedział zadziwiająco cicho, aczkolwiek delikatna treść w ogóle nie znajdywała odzwierciedlenia w tonie, mocnym, ostrym, wręcz ocierającym się o nienawistną naleciałość. Nie ruszał się z miejsca, nie podnosił rąk, po prostu patrzył na Percivala z obojętną miną i zarazem niebezpiecznie roziskrzonym spojrzeniem.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 13:34

Trafił swój na swego. Zawodniczka Os potrafiła to poznać. I może dlatego jej słowa wcale nie były absurdem. To, że ktoś czegoś nie dostrzega, nie oznacza, że to nie istnieje, prawda? To powinna być dewiza rodowa Lovegoodów. Ich koncepcja rzeczy i materii, pozornie niezrozumiała, zawiła i pozbawiona sensu, jednak... miała w sobie to coś.
-Mógłby mi pan zrobić przyjemność i odejść.-zwróciła się do niego, jakby z uprzejmą prośbą, mimo że wcale nie tak miało to brzmieć. To była ona. Chciała za wszelką cenę zyskać kontrolę nad sytuacją, jednocześnie go denerwując. Mimo jego chęci odejścia, nie zrobi tego ze zwykłej przekorności. Co ona w tym zyska? Cóż, teraz to on jej się naprzykrza, a nie ona jemu, prawda?
-Na pewno? Może potrzebuje pan wsparcia?-udawała dobroduszność, sięgając z premedytacją do plecionej torebki, by wyciągnąć z niej sakiewkę. Okrutna. Bezczelna. Nie mogła lepiej uderzyć, prawda? Zignorowała jego obelgę. Nie ma sensu się przekomarzać o to, kto jest bardziej upośledzony lub nieograniczony. To była niekończąca się pętla. Musiała się chwycić tego, co nie pozwoliłoby mu tak łatwo odbić piłeczki.-Takie poświęcenie.-wydała z siebie westchnięcie.-Wzrusza mnie pańskie poświęcenie dla naszej cudownej relacji.-stwierdziła, by nie zostawić jego słowa bez komentarza. Nie chciała się znowu bawić w przeciąganie liny, nie miało to sensu. Było to zupełnie nieciekawe. Czy naprawdę nie jest w stanie zrozumieć jej wybiórczości? Co to za zabawa, jeśli powtarza się te same, trudne frazesy? Należało szukać luk. Słabych punktów. Atakować z zaskoczenia.
Zmrużyła nieco oczy, gry uraczył ją kolejną sugestią, trochę się nienawidząc za fakt, że dała mu okazję do ponownego wrócenia na te tory. Nie skomentowała jego słów, wywracając oczami, by na chwilę spojrzeć w inny, przypadkowy punkt. Okazanie zniecierpliwienia i braku szacunku. Nie miała słów, które mogłyby to lepiej wyrazić.
-Stale każe mi się pan obracać w temacie zgadywania. Tak wstydzi się pan bezpośredniości? Taki z pana skromny i prosty człowiek?-zakpiła zamiast tego, pokazując mu dosadnie swoje podejście. Uwielbiała aluzje i niedopowiedzenia. We flircie. I tylko w tym.
-W końcu pan to zauważył, dziękuję.-drwiła dalej na jego wykład, spotykając się z brakiem zrozumienia, który on sam też jej zarzucał. Nie miała zamiaru tłumaczyć. Po co?
I rozmowa miała się zakończyć. Ale nie mogła sobie odpuścić przecież takiej akcji. Nieudanej, co prawda, bo nie doszedł do jej nozdrzy tak charakterystyczny zapach spalenizny. Nie spodziewała się więc, że wywoła to jakikolwiek efekt. A tym bardziej reakcję samego zainteresowanego.
Selina Lovegood, jakakolwiek by nie była, jest nieustraszoną kobietą - ukazuje to swoją bezczelnością, brawurą na boisku, nierzadko lekkomyślnością i duszą odkrywcy. Selina Lovegood się nie ugina, bo przy jej uporze i dumie jest to niemożliwe. Selina Lovegood nie da się nigdy stłamsić mężczyźnie, nigdy nie wywrze na nią wpływ demonstracja siły, a tym bardziej nie przerażą ją groźby i nie dotkną obelgi. Selina Lovegood była zbitkiem ciężkich cech charakteru, ale jednocześnie... była kobietą. Mimo swojej siły, nie tylko fizycznej, a także psychicznej, mimo sprzeciwiania się konwenansom, mimo teatralności i frywolności, miała kilka boleśnie prawdziwych przymiotów. Jakkolwiek obojętną i arogancką by nie była, posiadała w sobie wrażliwość. Mimo mocnego stanowiska, była krucha. Choć tak mocno opierała się własnej naturze, była tylko kobietą.
Selina Lovegood często sama siebie okłamywała. Selina Lovegood czasem była tylko legendą we własnych ustach. Kłamstwem, które powtarzane odpowiednią ilość razu, nabierała rzeczywistego kształtu.
Selina Lovegood właśnie się zlękła. Przyspieszyło jej tętno i każdy mięsień spiął się pod wpływem lekkiego szarpnięcia, które zatrzymało ją w pół kroku. Kłopoty dopadały ją często. Nie raz nie dwa upadała boleśnie na swoje cztery litery. Znała konsekwencje i je przyjmowała. A jednak w tym momencie nie miała pojęcia czego się spodziewać. Próbowała uspokoić oddech i zaciskała mocno zęby, nie mając zamiaru dać po sobie znać co przeżywa w środku.
Samozachowawczość. Pierwszy instynkt. Poprawny. Ten, który miał nad nim priorytet - ucieczka, został uniemożliwiony. Jego palce obejmowały jej ramiona, skutecznie ją unieruchamiając. Czy czuł jak włosy na rękach stanęły jej dęba, gdy zaczął szeptać jej na ucho? Poruszyła się niespokojnie, informując go niejako o swoim dyskomforcie. Podświadomie. Bo sama doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że szczerze go nie obchodzą jej odczucia.
Miała wrażenie, jakby wraz z jego cieniem, który owładnął jej ciało, nagle okolica wypustoszała i ograniczyła się do istoty, która stała tuż za nią. Złowieszczo. Nie zastanawiała się czy tłum weźmie ich za parę kochanków, którzy nagle się pogodzili i dzielili publicznie czułość. Czy tak mogliby to odebrać? Czy również widzieli zagrożenie, które sprawiało, że żołądek blondynki zaciskał się boleśnie? Czy w ogóle zwracali uwagę na dziwną dwójkę stojącą gdzieś z boku tego wszystkiego?
Zaciskała mocno palce na różdżce, od której nie zdążyła się oderwać po wypowiedzeniu zaklęcia. Jego ostrzeżenie nieco ją wstrzymało przed inkantacją kolejnego czaru. Nie miała pojęcia dlaczego. Co mógł jej zrobić? Zdążyłby jej przerwać przed zakończeniem wypowiadania formuły? A może zdawał sobie sprawę, że w takich warunkach nie uda jej się z powodzeniem użyć magii? Czy uważał, że wywiera na niej aż taką presję? A może... faktycznie tak było?
Zapomniała na chwilę o tym, że jego reakcja dosłownie przyklasnęła jej słowom. Był typowym mężczyzną. Każdy był, jeżeli potrafiło się trafnie uderzyć. Powinna cieszyć się z miana wybitnej prowokatorki i manipulantki. Doprowadziła go do skraju. Do przekroczenia kolejnej granicy. Ale ile należy tych barier przekroczyć by się zatracić? Pojawił się w niej niepokój. Czy nie przesadziła? Może w końcu doprowadziła tego mężczyznę do obłędu?
-Chyba nie myśli pan, że ma pan nade mną jakąkolwiek kontrolę?-odezwała się, skupiając się nad tym, by jej głos brzmiał zdecydowanie i twardo, może nawet nieprzyjemnie, gdy zapytał się jej co ma z nią zrobić. Nie była marionetką w jego rękach. Szarpnęła się, próbując się oswobodzić. Ostrzegawczo.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Linette Greengrass
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t671-linette-greengrass http://www.morsmordre.net/t890-moka http://www.morsmordre.net/t734-unknown-pleasures#2559 http://www.morsmordre.net/f125-wollongong-7-9 http://www.morsmordre.net/t1596-linette-greengrass
kelnerka w imbryku
21
Szlachetna
Zaręczona
then love, love will tear us apart again
2
1
12
5
1
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 14:09

Och, to smutne, że nie wykazujesz spontaniczności. W moim życiu jest ich wiele, choć większość z nich jest po prosto potępianych. Lubię na przykład spakować się w plecak i iść przed siebie aż wyląduję w pięknych krajach, w których nigdy nie byłam. Śpię wtedy pod gwiazdami i nie boję się, że coś mi się stanie. Zwiedzam tak często świat, choć niekiedy chcę spędzić czas ze znanymi mi facjatami, wtedy podłączam się pod grupę podróżną Evelyn. Marzy mi się jednak podróż we dwójkę i spanie pod tymi gwiazdami we dwójkę – ja i mój ukochany. Może kiedyś Persa zabiorę na taki romantyczny wypad? Choć wydaje mi się, że on będzie wiecznie zajęty swoją pracą i nawet kolację będę jeść samotnie. Będę budzić się w łóżku sama i zasypiać sama, a kiedy przyjdzie weekend to będzie też siedział w tym swoim Ministerstwie i robił wielką karierę. To smutne, prawda? Nikt nie powinien być samotny. Czy ty jesteś samotny? Czasem wyglądasz mi na takiego, ale może po prostu taki masz wyraz twarzy.
Widocznie mój drogi narzeczony nawet nie chce mnie pilnować, bo go nie widziałam od kilku dni. Powinien gdzieś tu być, ale to bliżej nieokreślone gdzieś ma wiele kilometrów i nawet nie wiem, czy odnajdę go w tym tłumie. Nie będę jednak narzekać, mając ciebie u boku. Jakoś mi to pasuje, choć odrobinę mnie przerażasz. Nie wiem czy to dlatego, że jesteś psychiatrą czy może przez coś, czego jeszcze nie pojmuję, ale instynktownie wyczuwam.
- Och – wyrywa mi się. W moim głosie z pewnością możesz usłyszeć rozczarowanie. Spuszczam głowę w dół i patrzę się w ziemię. Później słyszę, co mówisz i wydaje mi się, że moje policzki lekko zaróżowiały. - Podziękowania? – zdziwiłam się, nieśmiało na ciebie patrząc. Szybko jednak mój wzrok powędrował na widok przed nami. Czuję się niekomfortowo i speszona, patrząc ci w oczy. - Nie sądzę, aby było za co dziękować, panie Avery – nerwowo przeczesuję wolną ręką swoje włosy. Mam tak wiele wolnego czasu, że powątpiewam, aby był on w jakikolwiek sposób cenny. Można mnie zabrać gdziekolwiek o dowolnej porze. Nie mam też osoby, która by mi zabraniała późnych powrotów do domu, bo mieszkam zupełnie sama. Jedynym moim towarzyszem jest butelka wina.


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
24
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 15:15

Zapomniałam o sukience! *bosa Inara*

Mogłaby narzekać na ilość ludzi na festynie, ale zrezygnowała. Zazwyczaj, przy tak dużych imprezach, najbardziej irytował ją...jej wzrost. Większość osób zwyczajnie zasłaniała jej widok, a przechodzący obok, wciąż gdzieś ja trącali. Dziś, wybawieniem dla niej była Lizka. Na imprezach to ona prowodyrowała, Inara uwielbiała jej pomysły i zdanie, które często trafiały mocniej, niż się komuś zdawało. I była jej najbliższą przyjaciółką - tego nie umiałaby zaprzeczyć. Miała wielu znajomych, ale to z Falwey łączyła ją więź, która pozwalała im porozumieć się, nawet gdy jedna miała podły humor.
- Lubię prekursorów! - zaśmiała się, przechylając głowę i wpatrując się w Elizkowego kuzyna - ciekawe czy da się namówić, żeby coś nam zagrał? I nie wiedziałam, że Janksei chodzą z gitarami, ale to może sam coś opowie później? Albo Ty opowiesz? - jej dłoń popłynęła do góry, machając Alexowi. To nic, że go jeszcze nie znała! Jeszcze.
Wbrew pozorom, Inara nie była pijana. jak na alchemika przystało - miała całkiem mocną głowę. Choć nie nadużywała tej "zdolności" zbyt często. Jeśli już jednak raczyła się trunkami, jej i tak niepokorny charakter, skłaniał ją do wykonywania większości pomysłów, jakie przychodziły jej do głowy. Tak było i z butami.
- Buty są niezwykle przydatne, ale wiesz jaka ta trawa jest miękka? Będziemy musiały pójść na plażę! I chcę wziąć udział w gonitwie konnej! I będę jechała na oklep! - tyle zdążyła wyrzucić z siebie słów, zanim but nie trafił...znajomego Elizabeth. Jak widziała, chyba nie do końca lubianego, ale później będzie musiała jej zaklaskać, bo jej maniery były iście..poprawne. Odsunęła się od ramienia przyjaciółki, przyjmując swój trzewik do ręki.
- Dziękuję, zdaje się że nie muszę przymierzać, żeby potwierdzić - z uroczym uśmiechem wykonała delikatny ukłon w stronę nieznajomego. Tak, nadal była boso i z jednym butem w ręku..białe ząbki Inary odsłoniły się, gdy usta rozciągnęły się w uśmiechu, kiwnęła potakująco głową.
- Pan Falwey, Colin Falwey, tak? - w myślach przejrzała rozmowy z Elką na temat owego kuzyna i zdaje się, że chyba nie były to pochlebne słowa - miło Pana poznać - Pamiętała to nazwisko z jeszcze jednej strony. Raven wspominała o nim. Inara nie dała po sobie poznać, że cokolwiek chodzi jej po głowie.
Lekko wydymając usta, przysłuchiwała się wymianie zdań przyjaciółki i Colina. Choć każde wykazywało się istną nonszalancją w doborze słów, można było dostrzec, że coś w ich mowie ciała nie gra. Nie lubili się.





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real



Ostatnio zmieniony przez Inara Carrow dnia 15.10.15 16:44, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 16:13

Grymas niezadowolenia ukrył pod uroczym uśmiechem, który pojawił się automatycznie na jego twarzy, by zagościć tam na kolejne minuty, podczas których prowadziłby prostą, niezobowiązującą rozmowę, poznając kolejną osobę na swojej nowej drodze życia, stawiając niepewne kroki w czarodziejskim świecie. Poddał się jednak przeznaczeniu, które w swojej łaskawości zesłało mu na drogę (zrzuciło z nieba) możliwość spędzenia przynajmniej krótkich chwil w czyimś towarzystwie, wybawiając od smutnego tkwienia jak kołek w jednym miejscu i udawania dobrej zabawy.
Zmierzył nieznaną sobie - jeszcze - dziewczynę uważnym spojrzeniem, dbając o to, aby nie było to spojrzenie wścibskie i oceniające, jakby sprawdzał właśnie nową partię na matrymonialnym rynku. Przyglądał się jej z niekrytą ciekawością, jednak wciąż z zachowaniem dobrego smaku; przez chwilę jego wzrok spoczął na trzymanym w dłoni bucie i Colin uśmiechnął się jeszcze szerzej, gotów zaproponować wspólne poszukiwania drugiej zguby. Jego rozmyślania przerwało jednak urocze dygnięcie panienki i jej szlacheckie nazwisko brzmiące mu przez chwilę w uszach. Cóż, czegóż innego mógł się spodziewać po swojej kuzynce? Że będzie się otaczać ludźmi, którzy nie należą do arystokracji?
- Cała przyjemność po mojej stronie, proszę mi wierzyć - położył sobie prawą dłoń na piersi i sam lekko się skłonił, nie spuszczając wzroku ze stojącej naprzeciwko młodej damy. Nie był w stanie dokładnie ocenić jej wieku; fakt, była od niego zdecydowanie młodsza, a jej zachowanie mogło sugerować, że nie do końca wyrosła jeszcze z dziecięcych igraszek, ale byłby skłonny raczej zaryzykować stwierdzenie, że bliżej jej było do Elizabeth, niż do zapachu pergaminów w Hogwarcie. Jeden z podwiniętych rękawów jego białek koszuli osunął się nieco i Colin zaczął go poprawiać, przenosząc swoje spojrzenie na kuzynkę.
- Jestem pewien, że przedstawiłaś mnie w jak najlepszym świetle - rzucił z lekką ironią w głosie, gdy koszula była już idealnie podwinięta, a prawy rękaw nawet o centymetr nie różnił się od lewego. - Niestety moje obowiązki nie pozwalają mi utrzymywać dobrego kontaktu ze swoją rodziną, tym bardziej się więc cieszę z tego spotkania - wyjaśnił zaraz, znów kierując uwagę na pannę Carrow, nie mogąc sobie odmówić przyjemności spojrzenia na nią jeszcze raz. Było w niej coś, co kazało mu wyostrzyć umysł, jakby jej rysy twarzy były dziwnie znajome; mógł założyć, że mignęła mu gdzieś przelotnie na wystawnych szlacheckich balach, może nawet brał udział w jej debiucie na Sabacie, ale z drugiej strony miał przeczucie, że skojarzenie z podobieństwem bierze się z czegoś innego.
Być może gdyby skupił się bardziej na swoich wspomnieniach, a nie na chochlikowym uśmiechu tej młodej damy, od razu skojarzyłby jej nazwisko z nazwiskiem pewnego uzdrowiciela, który nie tak dawno temu raczył służyć Colinowi i Nev swoją pomocą, wybawiając ich od przykrych skutków zabawy z bahankami.
- Niestety nie miałem okazji wysłuchać jego przemowy, jednakże jeśli wypowiada się równie doskonale jak wygląda, musiała być niezmiernie... fascynująca - rozbawione spojrzenie powędrowało na Elizabeth, jakby Colin jeszcze nie do końca był pewien, której z kobiet poświęcić więcej uwagi. Dobre wychowanie nakazywało obdarzać każdą z nich po równo, jednak któryż mężczyzna cenił sobie zasady etykiety ponad własną przyjemność?


Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 16:32

Był czas, kiedy zazdrościł Benjaminowi niemal wszystkiego. Oszałamiającej kariery gracza Quidditcha, nieskrępowanej rodzinnymi konwenansami wolności w kierowaniu własnym życiem i tej trudnej do zdefiniowania, naturalnej wręcz szczerości, która czyniła z niego tak doskonały materiał na przyjaciela i powiernika. Mimo że z krwią rozrzedzoną o połowę, miał w sobie o wiele więcej szlachetności niż sam Percival, który zresztą niejednokrotnie dziwił się istnieniu tej znajomości, pozornie i zgodnie ze wszystkimi Regułami Wszechświata, nie mającej prawa bytu. Dziwił się i był wdzięczny, absolutnie pewien, że bez Wrighta nie przetrwałby hogwardzkich czasów, a już na pewno nie wyrwałby się spod ojcowskiej ręki, nawet na tych kilka lat. Których nie żałował ani przez moment, nawet jeśli do tej pory nie potrafił zdecydować, czy były właściwe; przyzwyczajony do dzielenia świata na idealnie ze sobą kontrastującą czerń i biel, czuł odruchową potrzebę szufladkowania każdego człowieka, emocji czy relacji pod odpowiednią etykietką, ale system ten w towarzystwie jego starego druha kończył gwałtownie pracę błędem krytycznym. Przy nim był jednocześnie najlepszą, jak i najgorszą wersją samego siebie, całkowitym zaprzeczeniem wkładanych mu od dziecka do głowy morałów, i być może właśnie na tym polegało jego tchórzostwo; może dlatego napotykający go na swojej drodze bogin zamieniał się w jego własnego sobowtóra; bo nic nie napawało go takim przerażeniem, jak wizja tego, co stałoby się z tym idealnie poukładanym (ale czy na pewno?) światem, gdyby tylko pozwolił sobie na bycie sobą.
Milczał długo, bo słowa Benjamina w końcu zdołały zamknąć mu usta, podczas gdy myśli uciekły mimowolnie, daleko od festiwalu, od celtyckiej muzyki i od rzeczywistości, a powietrze zapachniało nagle topniejącym śniegiem i silną wonią przemoczonych ubrań. Pamiętał tę rozmowę doskonale; miliony razy odgrywał ją we własnej głowie, przewijał w tył jak kasetę wideo, która mimo upływu lat wciąż wyświetlała obrazy tak samo żywo i realnie. Pamiętał, bo wtedy po raz pierwszy uwierzył, że życie może wyglądać inaczej, niż to odgrywane według starego i wysłużonego scenariusza przez kolejne pokolenia czarodziejów w jego rodzinie. I jednocześnie zrozumiał (i starał się wyjaśnić przyjacielowi, używając argumentów, w które sam do końca nie wierzył, i w efekcie nie przekonując ani siebie, ani jego), że ta lepsza i prawdziwsza przyszłość nigdy nie miała należeć do niego.
Gdyby tylko w swoim młodzieńczym zaślepieniu zdał sobie sprawę, że jedyną osobą, jedynym wrogiem, który tak naprawdę stał na jego drodze, był on sam!
Nie pojmował tego jednak, ani wtedy, ani teraz; ślady arystokratycznego zepsucia i egocentryzmu wciąż zaciemniały mu pole widzenia, przez co uważał samego siebie za tragicznego bohatera, któremu los bez przerwy rzucał kłody pod nogi.
Zrobił krok do tyłu, oddając Benjaminowi z powrotem przestrzeń osobistą.
- Oczywiście, że pamiętam, nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że teraz obaj już wiemy, co się dzieje, kiedy dla odmiany podejmuję własne decyzje – odpowiedział gorzko. I cicho, zupełnie jakby wcale nie chciał być usłyszany, nagle żałując wyrzucenia papierosa, bo w tamtej chwili zapłaciłby wiele za coś, czym mógłby zająć ręce. Przyzwoitość mówiła mu, że powinien teraz odwrócić się i posłusznie odejść; egoizm zatrzymywał go jednak w miejscu, przypominając mu boleśnie, jak bardzo brakowało mu tak prostych bodźców, jak barwa głosu czy charakterystyczna zmarszczka między brwiami. Z jakąś dziecinną upartością pozostawał więc głuchy na ostatnie zasłyszane zdanie, samolubnie i naiwnie licząc na jakikolwiek rodzaj zapewnienia, że jeszcze nie wszystko było stracone.




love, I have wounds
only you can mend


Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 17:23

Cały problem tkwił w tym, że Selina była kobietą. Mógł jej nie znosić z całego serca, mógł twierdzić, że jest beznadziejną, wredną i złośliwą istotą, ale nie umiał odebrać jej jednego atrybutu w tym całym chaosie związanych z nią cech - właśnie faktu, że była przedstawicielką płci przeciwnej. Płci pięknej, zgubienia, zatracenia; działającej na wyobraźnię, wywołującej szereg emocji. Uczuć tłumionych, skrytych gdzieś w głębi umysłu, szczelnie przykrytych warstwą niechęci, w której wciąż utwierdzały go wypowiadane przez nią słowa. To nie były zwyczajne, kąśliwe uwagi, to były słowa wyprowadzone niczym atak, mające przeszyć na wzór sztyletu, jaki wbijał się między żebra z perspektywą zadania ostatecznego ciosu. Ale ona, właśnie, ona, była kobietą. Tym, co mógł bez skrupułów nazwać jedną z największych swoich słabości. Choć usiłował zaprzeczać, w pewnym sensie bardzo komplikowało to sprawę. Łamanie barier nie było wyłącznie samym faktem, z którego nic nie wynikało - przekraczało również granice w jego własnym umyśle, zmuszało do zastanowienia, dlaczego mimo wszystko nie patrzy w inny sposób. Jak to wyglądało? Co on właściwie robił? Jego myśli błąkały się gdzieś pod sklepieniem czaszki, lecz mimo wszystko nie potrafiły dojść do głosu. Zdrowy rozsądek podpowiadał jedno - usiłował ją zatrzymać. Odegrać się w zamian za niecną próbę użycia na jego osobie (albo raczej jego notatniku) zaklęcia. I przy tym należało pozostać.
Selina Lovegood nie mogła doprowadzić go do obłędu. Nie mogła, bo sam nigdy nie był normalny; była w stanie jedynie obudzić jego drugą naturę... Ale czy to nie byłoby właśnie równoznaczne z typowym szaleństwem? Nienawiść stanowi wyłącznie cienką linię, skazę pośród pozytywnego uczucia, jaką nietrudno zauważyć i na jaką nietrudno się dostać, odmiennie do odwrotnego procesu. Tak, sprowokowała go. Wiedział o tym doskonale i świadomie podjął decyzję, by za nią ruszyć. Nie miał zamiaru zostawić owej sprawy samej sobie. Nie umiał jedynie wyjaśnić konkretnego powodu, jak i tego, co konkretnie chciał kobiecie udowodnić. Ale wiedział, że nie pozostanie obojętny na całe wydarzenie. Nie i koniec.
- W takim razie proszę - powiedział, nadal nie luzując uścisku. Jej szarpnięcie potraktował z zupełnym niewzruszeniem, jakby chcąc pokazać, że nic nie wskóra w ten sposób. Mimo wszystko czuł się pewnie, a cała sytuacja sprawiała mu na swój sposób przyjemność. Czy to było normalne? - Proszę udowodnić to, co usiłuje pani przekazać. W przeciwnym wypadku wrócimy do punktu wyjścia, a ja ponowię pytanie.
Zastygł w bezruchu, tracąc niemal całkowicie poczucie czasu. Wszystko wokół nich płynęło, sylwetki ludzi były jedynie rozmytą mozaiką, która zmieniała kolory na wzór szkiełek w kalejdoskopie. Nic innego się nie liczyło, nawet cała rozmowa nie miała narzuconej przez niego konstrukcji. Jedynie czekał na jej odpowiedź, starając się utrzymać taki sam spokój, jaki cechował go jeszcze przed chwilą.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 18:33

Selina nie miała pojęcia czy pasuje jej rola femme fatale. Czasem ją bawiło uwodzenie. Lubiła pociągać za sznurki. Ale jednocześnie ona sama była zbyt temperamentna, by stale tkwić w ramach uwodzicielki - rozkosznej, nieco zagubionej, a jednak niedostępnej i prowokującej do najgorszych czynów. Wolała działać pod wpływem chwili, instynktownie, nieco bardziej po swojemu. Poza tym sam fakt przylepienia jej jakiejkolwiek metki wydawał się jej uwłaczający. Nie była też demoną, kobietą nikczemną, której królestwem był Nokturn. Jej narzędziem były tylko słowa. Używała ich wprawnie i dosyć celnie, ucząc się fachu. Nie stanowiła jednak żadnego poważnego zagrożenia. Śmierć nie była dla niej codziennością. Być może na tle arystokratek się wyróżniała, jednak w szarym, ponurym i mrocznym świecie nie istniała.
Choć może miała w sobie coś z kobiety fatalnej. Czy właśnie nie obudziła w nim czegoś? Tak brzydzący się jej osobą, odepchnięty przez jej wady, które nie pozwalały mu ani dojrzeć ani jej powierzchowności ani żadnej innej cechy, która choć odrobinę zmieniłaby jej wizerunek w jego oczach. A mimo to nagle jego punkt widzenia zaczął się wykręcać, prawda? Mimo niechęci, nęcił się jej bliskością, nie odsuwając się ani na krok. Odczuwał przyjemność z tego, że miał nad nią przewagę. Manifestował ją swoją siłą, niemalże napawając się jej własną słabością. Wyobrażała sobie, że ta przyjemność mogła mu nawet zasłonić widok. Czy nie dostrzegał w jak czerwonym świetle postawił ich obojga? Równie dobrze mogliby stanąć na podeście. I nagle przestało jej się to podobać. Nie chciała takiej uwagi. Nie chciała, by ktokolwiek widział ją słabą i bezsilną. Była zbyt dumna na to, by zacząć się szarpać i krzyczeć, chcąc wzbudzić czyjąś reakcję. Mogłaby skompromitować przy tym Daniela, ale... nie była księżniczką, którą należało ratować z wieży.
Prawie czuła, jak do oczu cisną jej się łzy. Bezsilność. Szarpnęła się ponownie, już w złości. Zignorowała ciepło, które wylewało jej się na twarz. Nie zwracała uwagi na piekące gałki. Nie miała zamiaru okazać słabości, jakkolwiek nie uczyniłoby to jej ulgi. I chyba najgorsze w tym było, że nie mogła spojrzeć na jego twarz, by się upewnić, że nie ma w niej szaleństwa. Że nie może spojrzeć w te same tęczówki, które patrzyły na nią jeszcze chwil temu i rozpoznać z ulgą te same emocje. Nie czuła się komfortowo w sytuacji, gdy to ktoś jej rozdawał karty. Była jak ryba bez wody. Obnażona.
-Żebyś poszedł do diabła, Krueger.-wycedziła gniewnie, nie chcąc pozwolić głosu drżeć. Spróbowała wykręcić szyję na tyle, by utkwić w nim wzrok. By przekazać mu, że jego przewaga jest złudna. Nie miała zamiaru grać jak jej zagra. Bo być może to tylko jej umysł podpowiadał jej zgubne scenariusze. Jak daleko mógł się posunąć? Rozsądek nakazywał jej spokój, mimo że całe ciało napinało się, miało ochotę się wyrwać, byleby tylko nie czuć miarowego oddechu za sobą i tego cienia na barkach. Niepewność. Czy istniał gorszy doradca?
-W co ty pogrywasz, co?-zapytała cicho, rzucając głos jakby w eter, omijając zwroty grzecznościowe. Rozproszyć go. Zmienić tory na coś, na co bardziej mogłaby mieć wpływ.
Zaciskała mocno palce w pięści, napinając mocno mięśnie ramion i przedramienia, byleby tylko zatuszować drżenie, którym jej ciało zdawało się zanosić. A może tylko jej się wydawało? Może to tylko adrenalina, która buzowała w jej żyłach? Tak dobrze znana i lubiana, a jednak w tym momencie nie pomagała. Otępiała ją tylko.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 20:16

- Grunt, że w ogóle znałaś zasady - zaśmiał się powściągliwie, znów pozwalając myślom ulecieć wgłąb wspomnień; melancholia szybko zwyciężyła w szaleńczej bitwie z próbą zachowania maski względnej obojętności. Z utęsknieniem spoglądał w dawne - te mające miejsce wcześniej niż rok temu? czuł się, jakby była to wieczność - czasy, mimowolnie porównując z nimi życie, które wiódł teraz. Beztroska, jaką karmił się niegdyś, żałośnie wyglądała w zestawieniu z piętrzącymi się uparcie problemami, które aktualnie nadgryzały jego cierpliwość (raz po razie, szept po szepcie, kawałek po kawałku), utrudniając czerpanie swobodnych oddechów.  
Uradował się w duszy, gdy niekonwencjonalny oprawca w postaci zapatrzonych w obyczaje arystokratów w średnim wieku odnalazł nowe ofiary; nie spodziewał się tej samej, ledwo widocznej ulgi w oczach Diany, jaką dostrzegł krótkie sekundy po odzyskaniu względnej prywatności. Czy jego narzeczona (obiecał sobie powtarzać to słowo tak długo, aż wreszcie zacznie brzmieć realnie) przywdziewała sztuczną twarz niezaaferowanej konwenansami panienki? Czy udawała, że ujawnianie uczuć w miejscu publicznym nie sprawia jej bólu podobnego setkom igiełek brutalnie wbijających się w kark? A może rzeczywiście pozwoliła sobie na chwilę szczerości w miejscu tak nieszczęsnym, gdzie każdy emocjonalny ekshibicjonizm uznawany był za nietakt?
Kryjąc zdziwienie, kiwnął lekko głową.
- Dobrze - powiedział tylko, omiatając tłum wzrokiem, starając się jednocześnie wypatrzeć w nim znajome twarze i uciec przed ich analizującym (pełnym karykaturalnej dostojności i niepowstrzymanej radości serca skondensowanej w wątłym półuśmiechu) spojrzeniem, które zdawało się przeszywać na wylot. Nie łudził się nawet, że na tak wielkim wydarzeniu uda im się uniknąć ludzi; zresztą - nie po to tu przybyli, prawda? Powinni kroczyć wśród przychylnych im (i tych mniej przychylnych również) znajomych z uniesionymi głowami, słowami opływającymi w patos głosić słodką wieść o niepowstrzymanej miłości, uwielbieniu i niedawnych zaręczynach. Przyjęcia szlacheckie - bo choć podczas festiwalu udawano, że na łonie natury krew błękitna zjednoczy się z tą rzadszą, to i tak wiadomo było, że to arystokrację spotkają większe przywileje - cechowały się tą przykrą zależnością, że im większy uśmiech radości gościł na nieskażonych słońcem twarzach, tym więcej goryczy i sztuczności się za nimi kryło.  
Ruszył więc, co chwilę kontrolnie spoglądając na Dianę, lawirując wśród zgromadzeń dostojników oraz uszczęśliwionych oblicz i mozolnie szukając miejsca nieskażonego jeszcze ludzką obecnością.

| chyba zt, tylko dokąd? :c




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger http://www.morsmordre.net/t1243-krebs http://www.morsmordre.net/t1216-pan-k http://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 http://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście   15.10.15 20:46

Władza zawsze wydawała się czymś pięknym. Chęć i żądza dominacji, tak bardzo wpisane w naturę człowieka, który pragnął z góry o wszystkim decydować. Rozgraniczać między złymi a dobrymi rzeczami, jakie często zlewały się w jeden twór niemożliwy do wyodrębnienia na pojedyncze składniki. Lubił to. Rozkoszował się ową chwilą, której smak kojarzył mu się ze zwycięstwem - mimo, że nigdzie jawnie nie zostało stwierdzone, kto był wygraną a kto przegraną stroną. Jednak - nie potrafił przy tym również uwierzyć, nie widział Seliny w roli tej, jaka byłaby w stanie tak po prostu ponieść klęskę, ze swoją dumą i ciętym językiem, który z łatwością wypowiadał mające kogoś zranić obelgi. Ale mimo to, dokonała się w nim jakaś zmiana. Nie zdawał sobie z tego sprawy, lecz właśnie, jeśli udało mu się coś przełamać, to przede wszystkim we własnej osobie. Coś zwracało się przeciwko niemu w dzikiej przewrotności, jakby chciało pożreć go od środka. Pozostawało tylko jedno pytanie - co? Czy byłby na tyle zuchwały, aby zagarnąć całą sytuację dla siebie, pragnąc wykrzesać z niej możliwie jak najwięcej? Czuł się nieswojo, wciąż próbując doszukać się pętli, która mogła zaciskać się powoli wokół jego gardła. Która sprawiała, że choćby chciał, nie potrafił jej puścić i pozwolić tak po prostu odejść. Bo ta sytuacja nie mogła się zakończyć zwyczajnym rozejściem, ze świadomością spotkania się po raz następny. Bo oni nawet nie chcieli się widzieć, znać, mieć ze sobą cokolwiek wspólnego. A jednak stali obok siebie, ona - niema, której duma przekreślała szanse na zwrócenie uwagi innych swoim krzykiem i on - za nią, zacisnąwszy dłonie w żelaznym uścisku.
Nie zamierzała jednak pozostawić tego w całkowitej ciszy. Słowa, pozornie proste w całej swojej nienawiści, poraziły niemal każdą komórkę jego ciała. Słowa jak słowa, ale najgorsze było widziane kątem oka spojrzenie. Selina Lovegood, niemal zupełnie podświadomie, zadała mu cios w najwrażliwsze miejsce. Nie w rodzinę, nie w brak majątku, nie we wszystkie wady... Ale w kwintesencję samego siebie. Bo w tym wzroku, w tym wyrazie twarzy, tak usilnie próbującym stłumić bezsilność i pokazać, że ktoś wcale nie ma racji, zobaczył nikogo innego jak własną osobę. Zobaczył i w tym momencie wdarła się do niego mieszanina kolejnych emocji - wzrok mężczyzny złagodniał, usilnie powstrzymywał się, by nie został utkwiony w podłożu. Ile razy. Ile cholernych razy. Nie potrafił określić, co właściwie teraz czuł, ale miał wrażenie, jakby staczał się ku samej przepaści. Uświadomił sobie, że znalazł się na pozycji, której szczerze nienawidził i którą zawsze potępiał. Ale... czemu? Czy zrobił coś niewłaściwego? Nie on zaczął, skąd więc owa niepewność? No właśnie.
- Może i bym poszedł. - Głos mu się załamał. Własna krtań odmawiała posłuszeństwa, całość zdania niknęła, jak wchłaniana przez jakąś pustkę, ściszając się powoli i przechodząc w bezdźwięczne chrypnięcie. - Ale diabeł nie istnieje. Nie ma czegoś takiego, Lovegood.
Skaza niestabilności i niechęci w stosunku do całego wydarzenia, została w nim zaszczepiona, wdzierając się powoli ku samemu wnętrzu. Nie chciał tej władzy, pragnął ją odrzucić, lecz równocześnie nie mógł pozwolić jej odejść. Wciąż napawał się tą chwilą, brzydząc się nią nawzajem i fascynując, biorąc pod uwagę całość sytuacji, w jakiej się aktualnie znaleźli. Pewność siebie powoli zaczęła powracać, zburzone mury domagały się odbudowania, bo wbrew pozorom - on również zatracił swoją niezależność, na której mu tak zawsze zależało i o jaką nieustannie zabiegał. Uśmiechnął się nieco, lecz nie był to szczęśliwy uśmiech. Ani złośliwy. Najzwyczajniej uniesione kąciki warg ku górze, jakie nie miałby w sobie większego znaczenia.
- To nie jest moja gra, tylko twoja. Teraz już nasza - zwrócił się do niej podobnie, nie zastanawiając się nawet, tylko pozwalając krążącym po głowie słowom płynąć. - Wiesz o tym, prawda? - Czuł, jak jej ciało się napina, a mięśnie naprężają do gotowości. Jednak jej nie puści. Nie może. - Mógłbym pozwolić ci odejść - rzucił, lecz ani na moment nie zwolnił uścisku. - Ale skąd mam mieć pewność, że nie spróbujesz dalej tego kontynuować?




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście   16.10.15 10:14

Stał tak blisko, że z powodzeniem mógł położyć podbródek na czubku jej głowy. Tak blisko, że dokładnie słyszała jego miarowy, jakby nieco przyspieszony oddech, zupełnie jakby cała okolica nagle wyciszyła się ze zgiełku i właśnie jego wdech i wydech był miarodajnikiem czasu. Tak blisko, że jego ciało powinno emanować ciepłem i sprawiać, że z gorąca będzie przyklejać jej się sukienka do pleców, a jednak ona sama była przejęta zimnem.
Strach walczył z umysłem, który starał się błyskawicznie przeanalizować sytuację, by dojść do konkluzji w jakim właściwie położeniu się znalazł. Spojrzenie w tył było jakąś furtką. Musiała się naprawdę postarać, by dostrzec choć skrawek jego twarzy. Może akurat przechylił ciężar ciała na tą stronę i ułatwił jej zadanie? I jego emocja, pozornie wyrażająca spokój, jakby znalazł w końcu pokój niejako pacyfikując w pewien sposób kobietę, zaniepokoiła ją. Ale w jego twarzy było coś jeszcze, coś, co tak dobrze znała, a jednak nie potrafiła nazwać.
Oprawca patrzył na swoją ofiarę jak na dzieło - zafascynowany, przerażony wynikiem, a jednak zrelaksowany jego zwieńczeniem. Czy to nie był wzrok socjopaty? Ale Selina Lovegood nie mogła być ofiarą. Sprzeciwiała się temu i burzyła obraz. I nawet nie dostrzegła, że właśnie to go w pewien sposób ujęło. Ich relacja była w pewien sposób brutalna, okraszona ze współczucia i zrozumienia, zajadła, ale także magnetyczna, aż iskrząca i w pewien sposób... pełen pasji, wręcz obsesyjny.
Zastygła w bezruchu, gdy się odezwał tym innym tonem, przyjmując kompletnie inną strategię. Jej mózg taksował zebrane informacje, ale był równie zagubiony co ona sama. Ale wtedy... wystarczyło się tylko rzucić na głęboką wodę, prawda?
-Tym lepiej, Krueger.-odezwała się, nie rozpoznając w pierwszej chwili swojego głosu. Był niski. I zadziwiająco spokojny, jakby nagle wymieniali spostrzeżenia na temat pogody. A mimo to wciąż czuła to przejmujące napięcie.
Mógł obrócić się w nicość i nie istnienie, zarówno jak ten wytwór mugoli. Dobro i zło. Czy w ogóle istniało coś takiego w ich świecie? Kto o tym decydował? Czy naprawdę byli czarno-biali, tak, jak nie zdający sobie sprawy z niczego ludzie pod nimi?
Zmarszczyła lekko brwi. Nasza gra? Powinna poczuć się pewnie. Jeżeli to on postanowił dołączyć do czegoś, co sama stworzyła, powinna czuć przewagę. A mimo to nowy czynnik wprowadzał chaos. Abstrakcyjny nieład. A grunt pod jej własnymi nogami nagle nie wydał jej się tak stały.
Mogłaby zainscenizować kolejne szarpnięcie się, by wyciągnąć różdżkę i machnąć nią, by wypowiedzieć szybko zaklęcie i tym samym się uwolnić. Jednak rozpoczęcie otwartego pojedynku na tak zatłoczonym terenie... oznaczałoby tylko kłopoty. I to monumentalne.
-Masz więc zamiar mnie tak trzymać? Na zawsze? Dlaczego kiedykolwiek miałabym przestać? Jak chcesz to na mnie wymusić?-zadawała kolejne pytania, trochę pewniej, zauważając, że niejako... Daniel zdawał się sam nie wiedzieć co miałby w tej sytuacji zrobić. Ani tym bardziej czego chciał. Uderzała w punkty, które wydawały jej się niepewne, by zburzyć jego przewagę.-Co zrobisz, Krueger?-ostatnie zapytanie zawisło w powietrzu, niejako zaznaczając mu z satysfakcją, że nie ma już żadnych ruchów.
Rozluźniła mięśnie, pozwalając tej pozornej chwili pewności przejąć prym. I wiedziała, że ta pochopność, niemalże ta desperacja w stanięciu na nogach wiązała się ze wcześniejszym rozchwianiem co nie było naturalnym stanem dla Lovegood.


Powrót do góry Go down
 

Wejście

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Sala Wejściowa
» Wejście do podziemi
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)
» Brama wejściowa
» Główne wejście do parku

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Weymouth-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18