Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Eileen Wilde

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna
you're the water to quench my throat
and if i never let you go
will you keep me young?
12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Eileen Wilde   03.10.15 22:20


Eileen Aithne Wilde

Data urodzenia: 15 sierpnia 1926r.
Nazwisko matki: Wilde
Miejsce zamieszkania: wynajmowany w Ruderze pokój
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: dawniej nauczycielka zielarstwa, obecnie gajowa w Hogwarcie
Wzrost: 169cm
Waga: 60kg
Kolor włosów: brąz z rudawym połyskiem
Kolor oczu: błękitno-szare
Znaki szczególne: najpiękniejszy uśmiech na świecie!


Jestem wiatrem w polu. Jaskółką kluczącą między chmurami. Pierwszym promieniem słońca w sierpniowy poranek. Przynoszę światło, wzniecam ogień.
I mam królicze uszy.

Urodziłam się w sierpniu, ostatnim miesiącu żniw. Pola wtedy pustoszeją, stają się matowe, wiatr nie potrząsa kłosami, koncert zbożowych życzeń kończy się na dobre. Nie byłam szczególnie małym dzieckiem, jak opowiadała mi mama. Nie byłam też pulchna. Nie płakałam zbyt głośno, nie wierzgałam wszystkimi swoimi małymi kończynami. Byłam małym człowieczkiem, który bardzo niepewnie zapukał do drzwi swojego nowego świata.



Pomożesz mi czy nie?

Historia moich rodziców jest o wiele ciekawsza od mojej. Wiesz, oni... są dziełem przypadku. Jednego spotkania na drodze, jednego spojrzenia, jednego uśmiechu, jednego zdania. Za każdym razem, gdy matka opowiadała mi do poduszki historię ich poznania, słuchałam jej z szeroko otwartymi ustami i oczami.
To był marzec. Wiosna dobijała się do drzwi, by oznajmić zimie, że powinna się stąd wynosić jak najprędzej. Kornwalijskie łąki wybuchały feerią barw i gatunków wszelakich roślin. Krokusów, tulipanów, wrzośców, fiołków, pierwiosnków... najróżniejszych! Wtedy zazwyczaj wychodziła, żeby zebrać te cudowne skarby natury i wsunąć je do niewielkiego, błękitnego wazonu. Mieszkała z rodzicami - schorowaną matką i wiecznie zapracowanym, palącym ojcem, piszącym płytkie kryminały w tamtejszym szmatławcu. Świeże powietrze było dla niej odpoczynkiem, oderwaniem od tej szarej rzeczywistości, zdmuchiwało jej ponure myśli hen daleko poza świadomość, pozwalało odnaleźć długo wyczekiwany spokój.
On pojawił się na polu znienacka, gonił za swoim szczekającym, szalonym chartem. Łatwo można było przewidzieć katastrofę - zaabsorbowany zabawą chart staranował drobną Roanę Wilde. Pech wziął, że poprzedniego dnia padał deszcz, więc ziemia absolutnie nie była sucha. Wiesz, co to znaczy, prawda? Ubrudzona spódnica i nadszarpnięty honor kornwalijskiej damy.
- Pomożesz mi czy nie?! - zapytała go tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Mężczyzna o jasnej twarzy pokrapianej milionami drobnych piegów i włosach koloru dojrzałych marchwi, bezzwłocznie podał dłoń kobiecie i, chociaż był wbity w ziemię z wrażenia, pomógł jej wstać.
Wiesz, jak to jest, kiedy ludzie się w sobie zakochują? Świat zwalnia, wiatr przestaje wiać, zegarki się psują, ptaki zatrzymują lot, wszystko dookoła mówi ci, że to jest właśnie ten moment w twoim życiu, którego nie miałeś prawa przegapić. To był właśnie ich moment. Długo oczekiwany, ale... obfitujący też w wielkie problemy.
Szanowny pan Renold Weasley był szlachcicem, zaś panna Roana Wilde była dzieckiem krwi mugolskiej.

Ich romans kwitł dosłownie w oczach! W ciągu dwóch lat ich dusze stały się jednością, przestali widzieć przyszłość jako dwie odrębne ścieżki; ona złączyła się w jedną, ich wspólną. Doskonale wiedzieli, co będą robić po ślubie, który planowali za plecami swoich rodzin. Ale, drogi panie Weasley, jak długo można ukrywać, że ma się na boku kobietę, skoro cała twoja rodzina oczekuje od ciebie ożenku z inną, taką z o wiele lepszym statusem i usytuowaniem społecznym? Niedługo, oj, niedługo.
Końcem końców pan Weasley został wydziedziczony. Jednak rodzina nie odwróciła się od niego tak całkowicie. To on odwrócił się od nich.



Ona ma z tyłu pomponik!

Zapomniałam wspomnieć, że byłam drugą córką owego państwa. Nie wiem, jak o nich mówić. Moja matka nigdy nie stała się panią Weasley, nie mogła się nią stać. Rodzice też jakoś odepchnęli ją od siebie, kiedy dowiedzieli się, że jest w ciąży z nieślubnym dzieckiem. To wszystko było tak strasznie poplątane, wyobrażasz sobie? Nie mogli zrobić praktycznie nic, żeby móc to naprawić. I chociaż byli ze sobą bardzo szczęśliwi, to wszelkie profity płynące z kontaktu z rodzinami, zupełnie zniknęły.
Ledwo zdążyli przenieść się do niewielkiej chatyny, a Roana Wilde urodziła swoją pierwszą córkę - Rossandrę. Dwa lata później przyszłam na świat ja. Nie, ja już nie byłam dziełem przypadku. Byłam zaplanowana od A do Z. Wcześniej trzeba kupić pieluszki, wyjąć ze schowka kołyskę po Rossie, przygotować kocyki i grzechotki.
Nie wysłali nas do szkoły dla mugoli, wymieniali się między sobą obowiązkiem uczenia nas wszystkich podstawowych rzeczy, które mogły zaliczyć nas do grupy "dzieci mniej więcej wyuczonych". Marudziłyśmy, że nie chcemy czytać, liczyć tych głupich wykałaczek i uczyć się wierszyków na pamięć. Ubóstwiałyśmy za to zabawę. Ojciec brał nas za dom i pozwalał się wyszaleć, wynajdując nam to coraz bardziej barwne gry. Każda z nich niosła jednak za sobą jakiś morał. Jedną z najbardziej banalnych gier, która najbardziej zapadła mi w pamięć, były króliki. Rossa kucała na ziemie, kuląc się tak mocno, jak tylko mogła, a ja kicałam sobie przez nią w najlepsze. Mogłyśmy się tak bawić godzinami. Szturchać się, śmiać się wniebogłosy, żartować do woli.
Mogłyśmy być wolne.
A jeśli o wolności mowa...
- Ona ma z tyłu pomponik! - zawołała Rossa któregoś razu, kiedy matka siedziała przy nas w ogrodzie.
To nie był pomponik, tylko króliczy omyk. Zabawne, co? Pierwszy odzew moich magicznych zdolności. Rodzice się przerazili, bo do tej pory (miałyśmy już jakieś sześć lat!) żadna z nas nie pokwapiła się pokazać im, że jednak jesteśmy córkami czarodzieja i czarownicy. Mój pisk był niesamowity, kiedy to zobaczyłam. Ganiali mnie po całym domu, żeby tyko złapać i uspokoić. Ogonek szybko zniknął, a zaraz po tym zdarzeniu ucichła moja magia.



Coś ty zrobiła, Eileen?

Doszła do głosu jakoś przed moimi jedenastymi urodzinami. Wybuchnęła mocą absolutnie niekontrolowaną, ale jakże użyteczną dla mnie! Zawsze kochałam wszelkiej maści rośliny. Były integralną częścią naszego domu - jabłoń, czereśnia i grusza w ogrodzie, różane krzewy, z których ojciec tworzył domowe olejki (zawsze miał rękę do eliksirów), grządki obsypane przeróżnymi ozdobnymi kwiatami, które potem lądowały w zgrabnym błękitnym wazoniku w kuchni. Matka dbała o to, by ich zapach zalewał cały dom.
W życiu takiego dziecka przychodzi w końcu czas na przygody, zdobywanie szczytów (albo chociaż pagórków), węszenie po nieznanych kątach i gonitwa za wiatrem.
Niedaleko naszego domu był las. Zawsze oskarżony przez rodziców o to, że jest niezbadany i niebezpieczny. Teoretycznie był poza naszym zasięgiem, bo rodzice zakazali nam się do niego zbliżać. Ale on... on mnie wołał. W nocy budził mnie kołysankami śpiewanymi przez wiatr tańczący między liśćmi, w dzień kusił drżącymi, ciężkimi gałęziami bzu i dzikiej róży. Kora skrzypiała, korzenie przedzierały się przez ziemię, jakby chciał złapać mnie za kostkę i poprowadzić.
W końcu nie wytrzymałam. Pewnej nocy, gdy księżyc wisiał na niebie w całej swojej okrągłej okazałości, najzwyczajniej w świecie wstałam z łóżka, założyłam swoje małe kaloszki w korytarzu i wyszłam, nikogo przy tym nie alarmując. Nie przerażała mnie noc, która nadawała drzewom kształt wielkich potworów z pokracznie wykręconymi kończynami. Rośliny otulały mnie całą swoją istotą, jakbym od początku była częścią ich świata. Chodziłam między nimi, dotykając drobnymi dłońmi chropowatych pni, miękko owłosionych liści, cienkich gałązek, kłujących igieł...
Moja dziecięca euforia została jednak brutalnie przez coś przerwana, bo - jak to się mówi - licho nie śpi. Owym lichem był wilkołak. Dzisiaj z ogromną pewnością mogę stwierdzić, że to przed nim próbowali ostrzec mnie rodzice.
W gruncie rzeczy niewiele pamiętam od momentu, w którym zobaczyłam jego owłosiony, przebrzydły pysk. Gonił za mną, a ja uciekałam, jakby po piętach kąsały mnie języki ognia. Pechowe potknięcie było tylko kwestią kilku krótkich chwil.
Obudziłam się następnego dnia, kiedy rodzice z całych sił próbowali rozerwać klosz gałęzi nade mną. To, co widziały moje oczy, przechodziło ludzkie wyobrażenie o florze. Drzewa ułożyły się w coś, co z powodzeniem można było nazwać "kopułą ochronną" - gałęzie oplotły moje ciało, zostawiając przy tym spory kawałek przestrzeni na oddech, korzenie stały pionowo, pełniły idealną rolę mechanizmu obronnym.
- Coś ty zrobiła, Eileen?! - krzyczał przerażony ojciec, za nim piszczała ze strachu matka.
Wybuchy mają to do siebie, że są krótkie i rzadkie, ale przy tym absolutnie spektakularne. Nigdy więcej rośliny nie stanęły w mojej obronie, nigdy więcej nie potrafiłam zmusić ich do uległości, ale... zostawiło to ślad, który wywęszył pewien czarodziej i postanowił wykorzystać na swoją korzyść.

Oh, jeszcze jedno. Po tym całym zdarzeniu przeprowadziliśmy się do Londynu. Nie wiem, dlaczego nie zrobiliśmy tego wcześniej. W każdym razie teraz ojcu było znacznie bliżej do Ministerstwa Magii i Departamentu Substancji Odurzających, w którym pracował. Wspominałam już, że patrzyli tam na niego jak na tego najgorszego? Odciętą, zatrutą gałąź krzewu Weasleyów? Tak a propos - ojciec nigdy nie powiedział mi, że był częścią tej rodziny. Od zawsze byłyśmy utrzymywane w przeświadczeniu, że matka przejęła nazwisko po tacie. Pomieszane z poplątanym.



Ravenclaw i zielarstwo - powinno się udać!

We wrześniu rozpoczął się rok szkolny. Nadszedł czas na kupienie nowych szat, książek (Rossa oddała mi swoje stare), różdżki, sowy (Andromeda była świetną sową, ale któregoś razu nie przeżyła kolejnego spotkania z twardym murem szkoły), piór, pergaminów, kociołków... ogólnie rzecz mówiąc - wszystkiego, co było potrzebne takiemu małemu smarkowi, by z impetem rozpocząć przygodę w Hogwarcie.
Tiara zadecydowała - Ravenclaw. W ciągu całej mojej nauki w Hogwarcie zastanawiałam się, dlaczego akurat ten dom. Przecież nie byłam prymusem! Naprawdę musiałam ślęczeć nad książkami i czytać fragmenty po kilka razy, zanim coś weszło mi do głowy.
Ojciec od momentu, gdy ukończyłam trzeci rok nauki, słał do mnie listy z prośbami o nie zaniechanie rozwijania moich talentów. Umieszczał w nich tytuły książek, które miałam za zadanie studiować przez cały okres mojej edukacji w szkole. Widziałam, że bardzo zależało mu na tym, żebym osiągnęła więcej od niego. I chociaż nie miałam pojęcia, czym to było ukierunkowane, to odpowiadałam na (prawie) wszystkie jego zachcianki. W czasie każdego naszego powrotu do domu, rodzice czuwali nade mną i rozwojem mojej animagii. Ale, powiedz mi, ile wiedzy mogło dać mi takie suche czytanie i praktyczna nauka w ciągu tych kilku tygodni w roku? Dobrze się domyślasz – niewiele. Traktowałam to jako przyjemny dodatek do wachlarza moich umiejętności, dlatego przyłożyłam się dopiero po ukończeniu Hogwartu. Usamodzielniłam się. Rodzice wykupili mi niewielkie poddasze w jednej z kamienic w Londynie. Jego właścicielką była (i jest do teraz) przemiła, sędziwa czarownica, pani Kers. W końcu mogłam w ciszy i spokoju rozwijać ten praco, czaso i chęciochłonny talent. Wystarczyło mi kilka miesięcy upartych ćwiczeń, żebym po raz pierwszy mogła przybrać formę zwierzęcia, który miał ponoć odzwierciedlać mój charakter.
Królik. Długie, postawione prosto uszy, brązowe futerko i puszysty omyk.
Przemiana trwała tylko krótką chwilę, ale wyobraź sobie mój okrzyk radości, kiedy uświadomiłam sobie, że w końcu z tego całego mojego wysiłku coś wykiełkowało!

Zielarstwo było integralną częścią mnie. Wszystkie książki (te  o magicznej florze znałam niemal na pamięć. Czytałam je wszędzie – przy śniadaniu, na nudniejszych zajęciach (witajcie, szlabany!), przy obiedzie, kolacji, w czasie przerw, na błoniach, na schodach i w sowiarni. I o ile zaklęcia, transmutacja i eliksiry wchodziły mi do głowy jak siekierą przez drzewo, to zielarstwo było dla mnie bułką z masłem. Opieka nad roślinami w cieplarni, wykorzystywanie teoretycznej wiedzy z książek i przeobrażanie jej w praktykę, były dla mnie sprawą banalną. I to była jedyna rzecz, która wyszła mi od tak naprawdę. Na owutemach zaliczyłam je na Wybitny.
Ojciec to podłapał. Moja wiedza wybiegała poza granice standardowej wiedzy wynoszonej ze szkoły, co od razu w pewnym stopniu stawiało mnie wyżej w hierarchii ludzi znających się na swojej pasji. Zaproponował mi wspólne badania nad diabelskimi sidłami. Do tej pory były to rośliny najmniej poznane, a co za tym idzie - najbardziej tajemnicze i... siejące postrach wśród czarodziejów. Oboje stwierdziliśmy, że jeśli będziemy skrupulatnie studiować ich budowę, rozwój i zachowanie, a potem pokażemy to wszystko czarodziejom, dołożymy się do zredukowania strachu przed nieznanym.
Po wielu miesiącach starań i zmywania z palców plam po czarnym tuszu, wydaliśmy wspólnie swój pierwszy przewodnik "Świat łodygami diabelskiego ziela". Ojciec powiedział mi, że "Weasley" to jego pseudonim literacki. Ależ ja bym naiwna i głupia, że mu uwierzyłam...



Dzięki tobie ojciec znów wstał na nogi

Zakończenie nauki w Hogwarcie przyniosło wiele niespodzianek. Pierwszą z nich było przyjęcie mnie na staż do Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Myślałam też o tym, by złożyć swoją kandydaturę do Departamentu Substancji Odurzających, ale ten pomysł szybko wyparował mi z głowy, kiedy przypomniałam sobie, że pracuje w nim mój ojciec. Ostatnią rzeczą, którą chciałabym zrobić, było skazanie go na wieczne oskarżenia, pt. "Załatwiłeś staż swojej córce przez znajomości".
Spędziłam tam okrągły rok, a kiedy już mogłam odważnie powiedzieć, że coś umiem, wysłali mnie na krótką "wycieczkę" do Francji. Nie, nie, to nie był urlop. Beauxbatons potrzebowało pomocy kogoś, kto świetnie znał się na magicznej florze. Owszem, uważałam się za kogoś, kto dobrze zna się na tym, co robi, ale w życiu nie powiedziałabym, że mogę zaliczać się do grona osób, które dostaną zadanie TEGO pokroju! Byłam młoda, miałam zaledwie osiemnaście lat, a oni już posyłali mnie do miejsc, które były dla mnie zupełnie obce, a co za tym idzie – skrywały w sobie rzeczy, które od początku stażu były poza zasięgiem mojego wzroku!
To wszystko zawdzięczam przewodnikowi, który, jak się okazało, spełnił rolę magnesu na nowe doświadczenia. Jak tylko przyjechałam do Francji, moja dłoń od razu została uduszona przez potężne palce tamtejszego zielarza. "Świetne badania, panno Wilde!", usłyszałam od niego. Zaproponował mi, żeby przychodziła czasami na jego zajęcia i podglądała pracę, jakie wykonywali jego uczniowie. Zamiast prowadzić zajęcia, rozmawiał ze mną na temat zielarstwa. Wreszcie miałam się komu wygadać!
Nie byłam tam jednak sama. Wysłali mnie z mężczyzną z o wiele większym doświadczeniem w branży ministerialnej (na roślinach nie znał się ani trochę, przysięgam, ale był świetnym biurokratą), którego ani imienia, ani nazwiska niestety nie pamiętam. On chyba też, bo nieważne, ile razy mu się przedstawiałam, nazywał mnie zawsze rudą bździągwą. No ale jakoś musieliśmy ze sobą współpracować. Cały problem Beauxbatons leżał w trzech truchłach koni wyglądających, jakby właśnie przeszły przez maszynkę do mielenia mięsa. Ciała abraksanów były zgniecione i rozerwane przez coś, co musiało mieć ogrom siły w mięśniach… albo raczej korzeniach. Nie było śladów po pazurach, które mogłyby wskazywać na wilkołaka; nie było też śladów kłów ani siniaków po uderzeniach trolla czy innego olbrzyma. Były za to głębokie "wyżłobienia" z fragmentami czarnej, gładkiej powłoki, która była charakterystyczna tylko dla jednej rośliny. Diabelskich sideł. Wiedziałam, że taka roślina daleko skryć się nie może, co najwyżej w gęstej puszczy rosnącej kawałek drogi stąd. Razem z kilkoma profesorami i tamtejszym gajowym, przetrząsnęliśmy ją całą, ale pech wziął, że nie znaleźliśmy ani jednego śladu, który naprowadziłby nas na jej trop. Wszyscy czuli tę gęstniejącą atmosferę wywołaną niepotwierdzonymi plotkami, że to wcale nie jest roślina, a jakiś żądny krwi czarodziej, który niedługo dobierze się do samych uczniów. Musieliśmy się pospieszyć.
Rozwiązanie tej sprawy nadeszło szybciej, niż się spodziewaliśmy.
Wyszłam na wieczorny, orzeźwiający spacer. Miałam za sobą ciężki dzień (od świtu do południa siedziałam w cieplarni, konfrontując swoją wiedzę z wiedzą profesora i jego uczniów). Wolałabym ominąć stajnie szerokim łukiem, ale stały mi akurat na drodze wiodącej na błonia, więc chcąc nie chcąc, musiałam tamtędy przejść. Aż mnie wryło w ziemię, kiedy to zobaczyłam. Wyobraź sobie grube łodygi, okrutnie grube, jak balerony, albo dziesięć takich baleronów! No i te korzenie wyskakują z ziemi, po czym po cichu owijają się wokół konstrukcji stajni, nie niszcząc jej, ale za to tworząc coś w rodzaju mocnej klatki. Było ciemno, koszmarnie ciemno. Pochodnie dające mdłe światło nie odstraszały diabelskich sideł. Najwyraźniej musiały się do niego przyzwyczajać przez dłuższy czas… albo zwyczajnie być magicznie chronione przed jego działaniem. Usłyszałam krzyk. Męski, młody tembr odbił się echem od drzew. Puściłam się pędem przed siebie i od razu z różdżki wystrzeliły zaklęcia.
To działo się szybko. Chłopak, jak tylko udało mi się go wyswobodzić, wrócił przerażony do zamku. Dobrze, że chociaż jemu udało się uciec. Zaalarmowana kadra zjawiła się parę długich chwil później, ale… większość problemu była już załatwiona przeze mnie. Kilka grubych korzeni leżało bezwładnie na ziemi, reszta próbowała walczyć dalej. Problem jeszcze tej samej nocy został rozwiązany. Ja, pan Biurokrata (nawet różdżką wtedy nie machnął, ciekawe) i cała kadra Beauxbatons wylądowaliśmy na pierwszej stronie tamtejszego brukowca. To była chwila, która pozwoliła mi pokonać kolejny stopień mojej rozwijającej się kariery.
Nie mogłam tam zostać dłużej, staż w Ministerstwie zobowiązywał. Ale to, co wyniosłam z tego krótkiego tygodnia we Francji, zostało ze mną. Mój przełożony zdradził mi, że ja i pan Biurokrata (nadal nie wiem, jak miał na nazwisko!) byliśmy "ofiarami" wymiany ministerialnej, która odbywa się cyklicznie co kilka lat. W czasie, gdy my przebywaliśmy w Beauxbatons, para francuskich czarodziejów z filii Ministerstwa w Paryżu usuwała groźnego magicznego pojedynku w starej londyńskiej fabryce.

Po powrocie do Londynu, gdzie czekał już na mnie kordon powitalny w postaci moich rodziców i Rossy, poczułam, że coś w końcu zaczynam osiągać. Streściłam im o tym, co działo się we Francji.
Rossa opowiedziała mi trochę o tym, jak ojciec poradził sobie z informacjami, które do niego dotały.
- Pomogłaś mu wstać z kolan, Eileen – powiedziała do mnie z najpiękniejszym uśmiechem, jaki do tej pory gościł na jej ustach.
Renold zyskał nieco uznania w oczach swoich współpracowników. Przestał być już tylko wydziedziczonym Weasleyem, któremu nic w życiu nie wychodzi, a zaczął być ojcem utalentowanej córki, która już pokazała światu swoje umiejętności. Z jednej strony brzmi to banalnie, a z drugiej heroicznie, co? Tylko nie nazywaj mnie bohaterką, bo nią nie jestem!



Będziesz tłumaczyła dzieciakom, jak się sadzi kwiatki!

Staż w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof trwał cztery lata. Po zakończeniu go, zaproponowano mi skromną posadę urzędniczki na jednym ze stołków, które akurat się zwolniły. Biurko, które dostałam, musiałam porządnie uprzątnąć, bo nosiło jeszcze ślady użytkowania jakiejś starszej pani. Zdjęcia kotów, malutkie serwetki, dwie zapasowe filiżanki ze spodeczkami w szufladzie, pięknie poukładane w wazoniku długopisy i różowa papeteria leżąca w rogu. Na początku czułam ekscytację. No wiesz, taką, jaką czuje jedenastoletnie dziecko, które słyszało tyle cudnych opowieści o Hogwarcie i właśnie do niego jedzie. Jednak to szybko ze mnie uleciało. Wymarzona praca w Ministerstwie stała się robotą, obowiązki, dotąd lekkie jak piórko, zaczynały ciążyć na barkach w postaci tony dokumentów i przejrzanych akt. Jedyną swobodę odnajdywałam w zajmowaniu się roślinami w małej szklarence pani Kers, którą użyczyła mi w 48’. Od razu osłoniłyśmy ją przed mugolami zaklęciem, więc teraz wygląda dla nich jak zwykły schowek na narzędzia i inne mugolskie bzdety. Nie hoduję tam niczego nielegalnego, ot, kilka małych mandragor, Mimbulus mimbletonię… mam też doniczkę z walerianą, rdestem ptasim i kilkoma innymi gatunkami, którymi jednak nie będę cię zanudzać, bo wiem, że stronisz od wszelkiej maści roślin!
Lata płynęły sobie swoim własnym tempem, wolnym i odrobinę nudzącym. Coś zaczęło się dziać dopiero w 50’, kiedy to w sierpniu dostałam list z Hogwartu, w którym proponowano mi posadę nauczycielki zielarstwa.
- Będziesz tłumaczyła dzieciakom, jak się sadzi kwiatki! – śmiała się ze mnie Rossa, kiedy go jej przeczytałam.
Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym odmówić! Chociaż… rodzice mnie ostrzegali. Czasy były niespokojne, niepewne… i chociaż Hogwart wydawał się być najbezpieczniejszym miejscem w świecie czarodziejów, to jednak coś im mówiło, że nie będzie nim wiecznie.
Jednak te ich podejrzenia zostawiłam za sobą. Pojechałam do Hogwartu, by móc zajmować się tym, co stanowiło lwią część mnie samej. Zielarstwem.

W ojcu coś pękło. Opowiedział mi i Rossie o wszystkich tajemnicach skrywanych przez niego w obawie o odrzucenie. Nie miałam pojęcia, że był szlachcicem, Weasleyem z krwi i kości. Byłyśmy na niego złe tylko przez chwilę... a teraz pragniemy odnaleźć tych, których nam odebrano.



Patronus: Owca, dawny patronus Eileen, odszedł w niepamięć razem z ciepłym wspomnieniem świąt, które nierozerwalnie kojarzyły jej się ze starszą, teraz martwą siostrą, Rossą. Świetlista wola przybiera teraz kształt rosłego, potężnego niedźwiedzia.
Wspomnieniem, które towarzyszy wtedy Eileen, jest wizja jednego, zimowego wieczoru przed kwaterą Zakonu Feniksa, kiedy ona i Hereward zachowują się niezwykle dziecinnie, tracą swoją dorosłość na rzecz... bitwy na śnieżki. To jedyne najcieplejsze, najszczęśliwsze i najmocniejsze wspomnienie, jakie do tej pory zdobyła. Myśląc o nim czuje się po prostu bezpieczna.




Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 12 +3 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 4 brak
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 3 +3 (czerwony kryształ)
Transmutacja: 16 +2 (różdżka)
Eliksiry: 8 +2 (kociołek)
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuski I1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
AstronomiaI2
Historia MagiiI2
NumerologiaI2
ONMSII10
RetorykaII10
SpostrzegawczośćI2
Ukrywanie sięI2
ZielarstwoIII25
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznastwoI5
SzczęścieI5
Silna WolaI2
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon FeniksaI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie)I½
Malarstwo (tworzenie)I½
GotowanieI½
AktywnośćWartośćWydane punkty
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 6,5


Wyposażenie

Animagia, różdżka, 1 punkt statystyk

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Eileen Wilde dnia 02.11.17 15:16, w całości zmieniany 21 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Eileen Wilde   09.09.17 15:35

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Zdolna, czarująca, do tego posiada królicze uszy! Zielarstwo po objęciu posady przez Eileen na pewno stało się bardziej lubianym przedmiotem. Jednak droga na posadę nauczycielską była długa i wyboista. Kto wie, gdyby nie głębokie zainteresowanie Diabelskimi Sidłami po interwencji we francuskiej szkole magii, być może do dziś pasje Eileen pozostawałyby tylko w szklarni za domem. Mam nadzieję, że panna Wile również w tym roku z zapałem będzie poświęcać się edukowaniu kolejnych pokoleń magicznego świata, a także da sobie radę - już po raz czwarty, w szkolę pod twardą ręką Grindelwalda. Powodzenia i nie daj się zwariować, gdy jakiś uczeń po raz kolejny skaleczy rośliny!

OSIĄGNIĘCIA
Królicze uszy - czyli opanowana umiejętność animagii
Księżniczka na wieży, Do wyboru, do koloru, Mały pędzibimber
Weteran, Genealog, Światło w ciemnościach I, Syn marnotrawny, Ślepy los
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Umiejętności
Animagia - kania ruda
Kartę sprawdzał: Allison Avery


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Eileen Wilde   09.09.17 15:36

WYPOSAŻENIE
różdżka, czerwony kryształ, sowa, biały kryształ [z Alan Bennett], pies, rękawice ze smoczej skóry, księga "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", pierścień Zakonu Feniksa, lelek wróżebnik, wozak (od Bertiego Botta), kociołek miedziany (+2 do eliksirów)

ELIKSIRY- Auxilik (3 porcje, stat. 7)
- Pasta na oparzenia (1 porcja, stat. 7)
- Rosno-włos (1 porcja, stat. 7)
- Eliksir Wiggenowy (1 porcja, stat. 8 )
- Eliksir słodkiego snu (2 porcje, stat. 8 )
- Eliksir wspomagający kiełkowanie (2 porcje, stat. 8 )

INGREDIENCJEposiadane: czułki szczuroszczeta, kora drzewa Wiggen, ogniste nasiona x1, popiół feniksa

[26.04.17] Zakupienie ingrediencji: 2x czułki szczuroszczeta
[08.08.17] Ingrediencje (maj)
[10.09.17] Wykorzystanie: kora drzewa Wiggen
[11.09.17] Wykorzystanie: mandragora
[24.09.17] Otrzymano (od Justine Tonks): jaja popiełka, żądło mantykory
[30.09.17] Zużyto: jaja popiełka
[30.09.17] Zakup: jaja popiełka
[30.09.17] Zużyto: jaja popiełka
[13.10.17] Zakup ingrediencji: strączki wnykopieńki, ślaz
[14.10.17] Wykorzystano: ślaz, żądło mantykory, strączki wnykopieńki

BIEGŁOŚCI[08.12.16] Wsiąkiewka +1PB
[23.03.17] Wsiąkiewka +2PB
[03.06.17] Wsiąkiewka +2PB
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +1PB do biegłość Literatura (tworzenie) (I)
[22.06.17] Wsiąkiewka +2 PB
[02.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[10.10.15] Zakupy 860 pkt
[20.10.15] Teleportacja -50 pkt
[20.11.15] Wsiąkiewka +30 pkt
[23.11.15] Sowa -100 pkt
[29.11.15] Konkurs +30 pkt
[29.11.15] Udział w Festiwalu Lata +40 pkt
[12.03.16] Więzienie +60 pkt
[13.08.16] Zwrot PD +50 pkt
[26.08.16] Pies; -75 pkt
[15.09.16] Zakupy -200 pkt
[08.10.16] Klub Pojedynków - marzec: +10 pkt
[17.11.16] Osiągnięcie: Księżniczka na wieży +30 pkt
[08.12.16] Wsiąkiewka styczeń/luty +30 PD, +1 pkt biegłości
[09.12.16] Wykonywanie zawodu (marzec) +50 PD
[11.12.16] pierścień Zakonu Feniksa (+3 do OPCM)
[17.12.16] Lelek wróżebnik -10 PD
[25.12.16] Spotkanie Zakonu Feniksa +15PD
[09.01.17] Klub pojedynków (kwiecień) +20PD
[10.01.17] Osiągnięcie: Do wyboru, do koloru +30 PD
[16.01.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień): +50 PD
[17.01.17] Zmiana postaci animagicznej -350 PD
[27.01.17] Zwrot PD: -40PD, 2 pkt Zaklęć
[25.02.17] Badania naukowe +50 PD
[23.03.17] Wsiąkiewka (marzec) +90 PD, +2 punkty biegłości
[23.03.17] Zakup kociołka miedzianego (+2 do eliksirów) -150 PD
[02.04.17] zwrot pd (teleportacja + kociołek miedziany) +100 PD
[26.04.17] Zakupienie ingrediencji: 2x czułki szczuroszczeta -30 PD
[27.04.17] Zdobycie osiągnięcia (Mały pędzibimber), +30 PD
[27.05.17] +5 pkt do statystyk
[03.06.17] Wsiąkiewka (kwiecień), +60 PD, +2 PB
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +4 do transmutacji, +3 do eliksirów, +4 OPCM, biegłość Literatura (tworzenie) I poziom (1 PB), -700 PD
[22.06.17] Wsiąkiewka (kwiecień #2), +60 PD, +2 PB
[26.07.17] Odsiecz, +150 PD, +3 punkty biegłości zakonu
[28.07.17] Zwrot za czułki szczuroszczeta (x1), psa i lelka wróżebnika (Gringotta), +115 PD
[09.08.17] Osiągnięcia: Weteran, Genealog, Światło w ciemnościach I, Syn marnotrawny, Ślepy los, +225 PD
[13.08.17] Lusterko, +6 PD
[24.08.17] Zakup nowej różdżki: czeremcha zwyczajna (+2O), łuska hipokampusa (+2T, +1O), -20 PD
[26.08.17] Wykonywanie zawodu (majoczerwiec): +50 PD
[27.08.17] Zakup 1 pkt eliksirów, -100 PD
[30.09.17] Zakup: jaja popiełka, -20 PD
[13.10.17] Zakup ingrediencji: strączki wnykopieńki, ślaz, -20 PD
[19.10.17] Spotkanie Zakonu Feniksa, +10 PD
[11.11.17] Zwrot za statystyki i animagię, +120 PD


Powrót do góry Go down
 

Eileen Wilde

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Elizabeth "Effy" Wilde

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17