Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Percival Nott

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Percival Nott   04.10.15 13:09


Percival Lucien Nott

Data urodzenia: 17 sierpnia 1924 r.
Nazwisko matki: Ollivander
Miejsce zamieszkania: Nottinghamshire
Czystość krwi: czysta szlachetna
Status majątkowy: bogaty
Zawód: organizator wypraw w Biurze Wyszukiwania i Kontroli Smoków
Wzrost: 179 cm
Waga: 78 kg
Kolor włosów: bardzo ciemny brąz
Kolor oczu: przygaszona zieleń
Znaki szczególne: przybladłe, słabo już widoczne ślady po rozległych poparzeniach na dłoniach i przedramionach; podłużna, cienka blizna na plecach; lekko wyczuwalna woń papierosów; w chwilach zdenerwowania nieświadomie obraca tkwiącą na palcu, złotą obrączkę


Dzieciństwo miało zapach chłodu, dębowego drewna i jaśminu.

Chłodne było powietrze, wypełniające komnaty rodowej rezydencji w Nottinghamshire. Nie był pewien dlaczego, ale zapamiętał je właśnie tak; było ciche, spokojne, wyniosłe, jak twarze przodków zerkające na niego zza złoconych ram portretów albo blade spojrzenie wielkich oczu w kolorze rozwodnionego błękitu, osadzonych głęboko w pomarszczonej twarzy domowego skrzata. Być może wysokie pomieszczenia były zbyt duże i zbyt puste, żeby mógł ogrzać je trzaskający w kominkach ogień; może ciepło, onieśmielone przez drzemiącą w starych murach historię, samo umykało przez drobne szczeliny we framugach sięgających sufitu okien; a może przejmujące zimno przeniknęło jedynie do zachowanych w pamięci wspomnień, barwiąc je nieodwracalnie lodowatymi odcieniami nieprzekraczalnego dystansu i sprawiając, że tak naprawdę nigdy nie nazywał budynku, w którym się wychował, domem. Nie wiedział; był za to pewien, że to właśnie chłód drzemał w śledzącym go z końca jadalnego stołu wzroku ojca, kiedy jako trzylatek po raz pierwszy przypadkowo posłał porcelanową zastawę w kierunku sufitu. Pamiętał też, jak niezmiennie chłodne były szczupłe dłonie jego matki, gdy zdarzyło jej się opuszkami anemicznych palców dotknąć przelotnie dziecięcego policzka. Chłodno brzmiały również polecenia nauczycieli, karcących go za mylenie dat historycznych wydarzeń, za zbyt długie plątanie się w rodowodach i fałszywe nuty, rozbrzmiewające na jego rozkaz spomiędzy kredowobiałych klawiszy fortepianu. Wreszcie – chłodna była podskórna realizacja, że nigdy nie będzie wystarczająco dobrym Nottem; świadomość, która przyszła do niego wyjątkowo wcześnie i za nic nie chciała go opuścić, cementując się za każdym razem, gdy bezlitośnie przyrównywano go do starszego brata albo ostrymi słowami rozbijano w puch dziecięce marzenia o przygodach, ściągając rozpierzchnięte myśli brutalnie na przykrytą grudniowym śniegiem ziemię.

A przecież szmaragdowozielone lasy Sherwood tak pięknie pachniały dębowym drewnem; kochał tę woń od dnia, w którym po raz pierwszy postawił stopy na skraju porośniętej drzewami doliny, a później wielokrotnie śnił o niej na jawie, jednocześnie pochylając się nad zakurzonymi stronnicami opasłych ksiąg z domowej biblioteki. Kojarzyła mu się z mglistym echem szczęścia i wolności, choć oba te słowa w czasie lat dziecięcych stanowiły jeszcze koncept zbyt odległy, żeby mógł marzyć o dosięgnięciu ich bladą dłonią. Wiedział jednak, że to właśnie pod gołym niebem czuł się najlepiej; tam nie przeszkadzał mu nawet chłód, bo kryjące się wśród zacienionych ścieżek powietrze studziło jedynie nieosłoniętą szalikiem skórę, w spokoju pozostawiając budzącą się do życia duszę. Wymykał się więc do tych przesiąkniętych zapachem kory przestrzeni tak często, jak tylko mógł, czasami za towarzyszy mając bliższe i dalsze kuzynostwo, częściej – jedynie samego siebie. Choć nie gardził ich obecnością, do większości żywiąc uczucia co najmniej ciepłe, nie przeszkadzała mu również samotność; zdarzało się, że fantomowych przyjaciół zastępowała mu nieskrępowana grubymi murami wyobraźnia, zamieniająca szemrzące strumienie w rwące potoki, a umykające spod stóp wiewiórki w groźne i niebezpieczne stworzenia. Mimo że zdawał sobie sprawę z dezaprobaty, z jaką spotykały się jego zainteresowania, szybko zrozumiał też, jak ją stłumić; drobne wybryki uchodziły mu na sucho tak długo, jak długo udawało mu się bez zafałszowania odgrywać rolę idealnego syna własnego ojca. Z biegiem czasu zaczął więc przykładać się do arystokratycznych obowiązków bardziej, mozolnie acz starannie rzeźbiąc w dębowym drewnie szlachetne rysy pięknej maski, którą płynnie nakładał tuż po przekroczeniu progu rezydencji. Opanowawszy kroki, tańczył posłusznie do narzuconej z góry melodii, uśmiechając się do ciotek w precyzyjnie wyważony sposób i recytując imiona przodków bez najmniejszego zająknięcia.

Subtelny zapach jaśminu był tym, co czyniło poruszanie się po sztywnych ramach korytarzy bardziej znośnym; woń była słaba, ledwo wyczuwalna i często mieszała się z aromatem rumiankowego naparu, ale to właśnie białymi płatkami niepozornych kwiatów pachniała porcelanowa skóra jego młodszej siostry, gdy jako siedmiolatek nachylał się nad wyłożoną jedwabiami kołyską. Ulla wdarła się do jego życia niepostrzeżenie, z charakterystyczną dla siebie gracją kradnąc mu resztki dzielonej na czworo uwagi rodziców i chorowitymi rączkami przywłaszczając sobie całą troskę, na jaką byli w stanie się zdobyć. O dziwo, nie potrafił mieć jej tego za złe; przejrzysta zieleń tęczówek, tak podobnych do tych, które wcześniej oglądał jedynie w lustrze, budziła w nim jedynie odruchową potrzebę otoczenia ich posiadaczki opieką, nie pozostawiając ani skrawka miejsca dla niedojrzałej zazdrości. Uczucie było nowe i odrobinę przerażające, ale jednocześnie wypełniało klatkę piersiową dziwnym ciepłem, i o ile Julius nieświadomie nauczył go pokory, a czujny wzrok Raphaela hamował butę i lekkomyślność, o tyle Ulla ufnym uśmiechem skruszyła wrodzone zalążki percivalowego egoizmu, sprawiając – kompletnie bez wysiłku – że po raz pierwszy zaczął stawać cudze dobro ponad własnym. Połączeni jakąś niewidzialną, nierozerwalną więzią, zdawali się rozumieć bez słów, w ciężkich od niewypowiedzianych zdań spojrzeniach chowając sekrety, skrywane nawet przed resztą domowników. W pewien sposób była jego słabością, choć była to słabość, którą wyraźnie dostrzegał, i na którą świadomie się godził, odsuwając swoje potrzeby i marzenia na dalszy plan za każdym razem, gdy tylko powietrze wypełniało się delikatnym zapachem jaśminu.


Dorastanie miało zapach pergaminu, deszczu i kremowego piwa.

Chociaż woń pergaminu nie była mu obca, to ten, na którym wprawna dłoń nakreśliła informację o przyjęciu do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, zdawał się w niczym nie przypominać długich arkuszy zapisywanych w trakcie nużących ćwiczeń kaligraficznych. Otrzymany w jedenaste urodziny list niósł ze sobą zapach śniegu, wiatru i obietnicy, której uchwycił się niemal kurczowo, przez kolejne miesiące składając i rozkładając zachowany pergamin więcej razy, niż sam byłby gotów przyznać. Kojarząca się z książkami woń towarzyszyła mu zresztą jeszcze dłużej; to ona unosiła się wśród regałowych labiryntów hogwarckiej biblioteki oraz mieszała się z cierpkością atramentu, wysychającego szybko na długich wiadomościach, jakie słał do młodszego rodzeństwa. Uwielbiał ją i nienawidził niemalże w równym stopniu, przeklinając barwnie nad zadaniem domowym z transmutacji, ale za to z typową dla dziecka ciekawością rozczytując formuły zaklęć i uroków. Przez pewien czas to właśnie zaklęcia darzył największym szacunkiem i zainteresowaniem – przynajmniej dopóki w pewien świąteczny poranek nie znalazł w nogach łóżka niezdarnie zapakowanego egzemplarza Fantastycznych zwierząt, z żartobliwą dedykacją na pierwszej stronie, wysmarowaną trzynastoletnią dłonią Benjamina Wrighta. Wtedy jeszcze nie wiedział, że zarówno magiczne stworzenia, jak i ofiarodawca podręcznika, staną się jednymi z najważniejszych elementów jego jestestwa, bo wbite do głowy przekonania oraz chłodna logika podpowiadały mu zupełnie coś innego. Różniło ich przecież wszystko; wzajemna pogarda była wpisana w barwy, jakie nosili na szatach – Gryfoni i Ślizgoni raczej rzadko chodzili ze sobą ramię w ramię – a okrutnie przemieszana krew płynąca w żyłach Bena powinna była skreślić go już w chwili, w której jego pozbawiony górnej jedynki uśmiech pojawił się w rozsuniętych drzwiach pociągowego przedziału. Obdarzenie kogoś takiego przyjaźnią zakrawało o absurd, a jednak to dla niego przeznaczone były pergaminowe kulki z krótkimi notkami, którymi ciskał na korytarzach, przez cały czas utrzymując na twarzy staranną maskę pozorów.

Deszczem pachniało rozmoknięte boisko do Quidditcha, na którym lądował po wyczerpujących treningach, mocno ściskając w dłoni wysłużony kij pałkarza. Nie, nie był nigdy szkolną gwiazdą, w trakcie meczów radził sobie raczej przeciętnie, ale wysiłek fizyczny zdawał się przynosić ukojenie coraz mocniej nadwyrężonym nerwom. Miotane wściekle tłuczki idealnie nadawały się do wyładowania drzemiącego w nastoletnim ciele gniewu; nieukierunkowanego i nieokreślonego, zapalającego się tym intensywniej, im dłużej myślał o przyszłości. Wybieganie wyobraźnią zbyt daleko do przodu napawało go niewyjaśnionymi obawami, przed którymi odruchowo uciekał, przerażony nie tyle czekającymi na niego obowiązkami, co samym sobą. Nie rozumiał, co było z nim nie tak – nie wiedział, dlaczego zamiast trzymać się z resztą wychowanków Slytherinu, którzy przyjęliby go do swojego grona bez mrugnięcia okiem, wolał pozostawać na uboczu, samotnie studiując kolejne gatunki magicznych stworzeń albo wymykając się do przesiąkniętego zapachem deszczu Zakazanego Lasu. Garstka bliskich przyjaciół, których zdecydował się do siebie dopuścić, dodatkowo mieszała mu w głowie, sprawiając, że z biegiem czasu zaczął kwestionować wszystko, co od dziecka mu wpajano; co jeśli Ollivander miał rację, podważając oczywiste różnice między błękitem płynącej w ich żyłach krwi, a obrzydliwie rozwodnioną posoką, utrzymującą przy życiu mugolaków? Odsuwał od siebie te wątpliwości, wiedząc, że i tak nie miały żadnego znaczenia; jego historia została napisania już dawno, zaprojektowana jeszcze zanim się narodził. Przyswoił ją do wiadomości, bez słowa sprzeciwu zaakceptował; dlaczego więc perspektywa spędzenia długich lat za biurkiem w Ministerstwie Magii oraz u boku wybranej przez nestora żony sprawiała, że dusił się niewypowiedzianymi słowami, mnąc w rękach niewysłane listy i odpychając od siebie jedynych ludzi, którzy zdawali się przejmować jego losem?

Ostatni rok, spędzony w murach Hogwartu, miał zapach kremowego piwa; słodko-gorzka woń unosiła się w zatłoczonych Trzech Miotłach, do których zabrał . Miała oczy w kolorze lasu, szlachetne nazwisko, piękny uśmiech i w żadnym przypadku nie zasługiwała, żeby paść ofiarą niedojrzałego zakładu. Miał wyrzuty sumienia od chwili, w której porozmawiał z nią po raz pierwszy, jednak w tamtym okresie był już zbyt doświadczony w uciszaniu podszeptów wewnętrznych głosów, żeby móc ich posłuchać. Potraktował ją jak zabawkę, ładny dodatek do utkanej z kłamstw iluzji; zrobił z niej aktorkę w swoim własnym przedstawieniu, kompletnie nieświadomą, że zamiast tworzyć część czegoś prawdziwego, odgrywała jedynie chwilową rolę w spontanicznie stworzonym scenariuszu. Nie miał pojęcia, co w nim widziała, ale zanim się obejrzał, zaczęła malować słowami absurdalne obrazki przyszłości, kryształowe wizje wydarzeń, które nigdy nie miały prawa się ziścić. Chciałby powiedzieć, że nie złamał jej serca specjalnie, że coś, co miało być niegroźną zabawą, wymknęło mu się spod kontroli, docierając do punktu, w którym nie potrafił już niczego zatrzymać, ale tylko fałszywie łagodziłby wtedy fakty. Prawda rzucała na niego znacznie mniej przychylne światło; nikt jednak mógł się dowiedzieć, że to jego wargi smakowały kremowym piwem, ani że podczas gdy ze słabo skrywanym znudzeniem kiwał głową, słuchając jej słów, tak naprawdę marzył o wyjazdach w nieznane w jego towarzystwie. Zabawne, że koniec końców sam padł ofiarą swojego okrutnego żartu, bo gdy wreszcie odsunął od siebie ich oboje – jego z poczucia obowiązku, ją dzięki resztkom przyzwoitości – został sam jak palec, nienawiścią i pogardą rzucając jedynie w lustrzane odbicie, podczas gdy na języku czuł już tylko krew, wypływającą ze zbyt mocno zagryzanych warg.


Młodość miała zapach powietrza po burzy, drogiego wina i kurzu.

Ciężkie, ołowiane chmury wisiały nad Nottinghamshire, gdy po otrzymaniu owutemów informował ojca, że planuje zostać łowcą smoków. Z niewiadomych przyczyn, zapamiętał to dokładnie: uchylone okno eleganckiego gabinetu, grube, ciężkie krople deszczu, zmywające z szyb drobinki pozostałego po suchym i upalnym lecie kurzu oraz surowy, doskonale znajomy głos, mieszający się z pierwszymi, dobiegającymi z oddali odgłosami grzmotów. Kłócili się długo i zaciekle, tak, jak kłócić mogło się jedynie dwóch Nottów, choć właściwie nie było o co; wyniki egzaminów raczej wykluczały rozpoczęcie kwitnącej kariery politycznej, a Percival, zdeterminowany do utrzymania w całości chociaż jednego z rozsypujących mu się w dłoniach marzeń, nie miał zamiaru ustąpić. Kompromis, do jakiego finalnie dotarli, zgrzytając zębami i łypiąc na siebie wrogo zza przeciwnych stron dębowego biurka, w rzeczywistości nie zadowalał nikogo; decyzja jednak zapadła, a podanie o przyjęcie na pięcioletni staż powędrowało do Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Burzowe chmury zniknęły, wędrując gdzieś dalej, choć mylne było wrażenie, że rozwiały się na dobre; naelektryzowane wyładowaniami powietrze zdążyło już przedostać się przez niedomknięte okiennice i wypełnić rodzinną rezydencję na tyle skutecznie, by podniesione głosy i zażarte dyskusje, niosące się echem po przestronnych korytarzach, przeszły do porządku dziennego.

Drogim winem pachniały sabaty, w których zaczął regularnie uczestniczyć, płynnie powracając do swojej (dalekiej od prawdy) roli idealnego syna. Wśród arystokratycznej śmietanki, gromadzącej się na organizowanych często przyjęciach, czuł się równie źle, co swobodnie, bardzo szybko przypominając sobie skomplikowane kroki naszpikowanego półsłówkami oraz półgestami tańca. Brakowało mu wciąż tkwiącego w Hogwarcie, młodszego rodzeństwa, niemal boleśnie odczuwał też pustkę, którą pozostawił po sobie zajęty zdobywaniem sportowych sukcesów Ben; tęsknotę tę tłamsił jednak w sobie, przekuwając cierpienie na egoizm, a ciepłe uczucia zastępując chłodną nonszalancją. Odcięcie się od emocji przynosiło obiecujące efekty, nie zawsze jednak udawało mu się zachować stoicki, zakropiony obojętnością spokój. Gorzkie doświadczenia nie przeprowadziły swojej lekcji wystarczająco uważnie, bo wciąż istniały osoby, które do siebie dopuszczał; piętę achillesową stanowiła zazwyczaj jego rodzina, nadal zajmując w jego systemie wartości najwyższą lokatę i potrafiąc bez problemu zepchnąć go na ruchome piaski irracjonalnych zachowań. Ale nie tylko ona; z niewiadomych przyczyn, przez wypolerowaną, gładką fasadę, przedarła się także Inara, choć zrobiła to w sposób tak cichy i subtelny, że początkowo nawet nie zauważał jej eterycznej, nienachalnej obecności. Po raz pierwszy zobaczył ją na jednym z wystawnych, szlacheckich balów, gdy – zupełnie jak on sam – szukała samotności na otaczających salę balkonach. Miała jasną sukienkę, białą różę wplecioną w kruczoczarne kosmyki i kremową serwetkę w bladych palcach, kreślących zgrabne linie na cienkim materiale. Pamiętał, że otaczała ją przejrzysta aura tajemnicy i nieuchwytności, choć nie był pewien, co właściwie ją tworzyło: nieobecne, utkwione w rysunku spojrzenie? Pogłoski o spędzonej we Francji młodości? Nieodgadniony uśmiech, który posłała w jego kierunku, gdy zmięta tkanina wylądowała pod jego stopami? Mógł jedynie zgadywać; prawda przemykała mu między palcami, nieodzownie kojarząc się z wiatrem – wolnym i pachnącym niezależnością, ale jednocześnie ulotnym, jak przemijająca szybko cierpkość, którą drogie wino pozostawiało na jego języku.

Zapach kurzu unosił się wśród wąskich korytarzy Ministerstwa Magii, gdy kursował od jednego biura do drugiego, starając się na czas wykonać wszystkie zrzucone na niego obowiązki. Chociaż pracował w departamencie skupiającym swoją uwagę tylko i wyłącznie na magicznych stworzeniach, była to praca daleka od upragnionego spełnienia marzeń; nikt przy zdrowych zmysłach nie postawiłby świeżo upieczonego stażysty oko w oko z żywym smokiem, pierwsze lata spędził więc głównie na nauce i przerzucaniu nudnych, naskrobanych urzędowym językiem raportów. Nie narzekał jednak, choć z niemałym trudem godził się na zgięcie dumnego karku i pokorne przyjęcie oferowanej mu rzeczywistości. Zdawał sobie sprawę, że sortowanie pergaminów z listami dostaw do rezerwatów i uczenie się na pamięć nazw gatunków zwierząt w pięciu językach, stanowiło jedynie okres przejściowy, więc bez skarg znosił do rezydencji kolejne przesycone zapachem kurzu tomiszcza. Kurzem pachniały też książki, które studiował razem z Juliusem; zdecydowanie stare, oprawione w ciemne, skórzane okładki, traktowały o magii równie czarnej, co potężnej, i przez jakiś czas budziły w Percivalu (nie?)zdrową fascynację, choć trudno powiedzieć, czy powodem ku temu była wiedza sama w sobie, czy raczej pełne obietnic historie, snute przez starszego brata. W utkaną z przywiezionych z podróży opowieści pułapkę wpaść było niezwykle łatwo i być może mroczne formuły oraz podejrzane artefakty stałyby się również i jego pasją, gdyby pewnego dnia nie zaoferowano mu udziału w pierwszej zagranicznej wyprawie. Perspektywa zobaczenia szerokiego świata na własne oczy bez wysiłku wyrwała go z chwilowego marazmu i sprawiła, że lekką ręką porzucił zakurzone pergaminy, rozpoczynając jeden z najszczęśliwszych i najmocniej wyrytych we wspomnieniach okresów w życiu.


Dorosłość miała zapach bzu, dymu i ognistej whisky.

Kwiatem bzu pachniały jej włosy, gdy pochylała się nad ustawionym na samym środku podróżnego namiotu kociołkiem, a na ściągniętej w skupieniu twarzy pojawiała się charakterystyczna, pionowa zmarszczka, śmiało lokująca się dokładnie pomiędzy ciemnymi brwiami. Ta sama woń trzymała się jej ubrań, fiolek z ingrediencjami i kawałków pergaminu, które podawała mu z szerokim uśmiechem; pamiętał go doskonale, choć wśród dzikich bezdroży i pokrytych pyłem pustkowi, trudno było przywołać wspomnienia o jasnej sukience i białej, wplecionej w czarne kosmyki róży. Nazywała go Łowcą, siebie określając jako Alchemiczkę i sprawiając, że niezwykle łatwo było zapomnieć o istnieniu drugiej, pozostawionej w Londynie rzeczywistości. Paradoksalnie, biorąc pod uwagę, że w jakiś sposób – choć zrozumiał to dopiero wiele lat później – stanowiła idealny łącznik pomiędzy pozornie ścierającymi się ze sobą światami. Mimo że początkowo sprzeciwiał się jej udziałowi w wyprawach, przyzwyczaił się do jej obecności błyskawicznie, orientując się, że po prostu czuł się przy niej dobrze – bez względu na to, czy akurat leczyła jego oparzenia gdzieś na zapomnianych krańcach Europy, czy posyłała mu porozumiewawcze spojrzenia na szlacheckich przyjęciach. Nie wyłapał momentu, w którym zaczął traktować ją jako stały element swojego jestestwa, chociaż gdy akurat rozdzielały ich podróże, łapał się na tym, że mu jej brakowało; nie na tyle, żeby pisać tęskne listy, ale wystarczająco, by nasłuchiwać beztroskiego śmiechu w przerywanej trzaskającym ogniem, nocnej ciszy oraz wyłapywać z powietrza subtelny, fantomowy zapach kwiatów bzu, wracający do niego w miejscach, w których nie miał prawa tego robić.

Dymem pachniały smocze wyprawy, na które, ukończywszy wreszcie kilkuletni staż w Ministerstwie Magii, zaczął wyjeżdżać coraz częściej, bez zawahania wykorzystując kolejne wymówki do odciągnięcia w czasie majaczącego na horyzoncie małżeństwa. Trącający siarką zapach zdawał się przenikać wszystko; woń pozostawała na ubraniach, listach oraz skórze, unosiła się wśród otwartych przestrzeni, do których tak bardzo go ciągnęło. Jeżeli kiedykolwiek w życiu czuł się sobą, to miało to miejsce właśnie wtedy: w otoczeniu członków ekipy badawczej i dzikiej fauny nie musiał niczego udawać, sztywną maskę pozostawiając głęboko na dnie podróżnego kufra. Zapach dymu nieodzownie zaczął kojarzyć mu się z niczym nieskrępowaną wolnością – to właśnie tak pachniały przecież mugolskie papierosy, które wypalał z na nowo goszczącym w jego życiu Benem, zaśmiewając się z utraconych lat i ciesząc z tych na nowo odzyskanych. Przez jakiś czas miał wszystko: robił to, co kochał, stopniowo zyskując szacunek współpracowników i przełożonych, a młodzieńcze marzenia, pogrzebane wraz z ukończeniem Hogwartu, wydawały się znowu żywe, migocząc kusząco tuż na wyciągnięcie ręki. Być może to właśnie go zgubiło; może poczuł się zbyt pewnie, może sprzyjające szczęście nakłoniło go do opuszczenia czujnych barier oraz dopuszczenia do głosu wrodzonej buty, a może uczyniła to zabójcza mieszanina brawury i głupoty. Nie wiedział; nie wie tego do tej pory, coś jednak skłoniło go do odrzucenia zdrowego rozsądku oraz zignorowania ostrzeżeń przyjaciół. Słabość trwała tylko chwilę, ale wystarczyła, by gorące, peruwiańskie powietrze wypełniło się smrodem dymu, unoszącego się ku absurdalnie błękitnemu niebu w akompaniamencie przerażonych, przepełnionych bólem krzyków mugoli, obserwujących, jak płonie ich wioska – i płonących razem z nią. Chociaż dzisiaj szczegóły zdążyły już zatrzeć się w jego pamięci – zapomniał, jak wściekle furkotały potężne skrzydła przysłaniającej słońce sylwetki Żmijozęba, oraz jak przeraźliwie piekła odchodząca od ciała skóra – wszechobecna woń spalenizny nie opuściła go nigdy. Zapach dymu towarzyszył mu na białych, sterylnych, szpitalnych korytarzach, przy przekazywaniu przełożonym starannie skonstruowanych kłamstw i na cichym pogrzebie jednego z członków wyprawy, w czasie którego prawie udusił się niewypowiedzianymi słowami przeprosin.

Ognistą whisky pachniało jego mieszkanie, do którego finalnie wrócił, składając wcześniej na ministerialnym biurku prośbę o przeniesienie do jednostki administracyjnej. Szum w uszach powoli cichł, a rany fizyczne się goiły, ale zaufanie do samego siebie spłonęło doszczętnie razem ze skromnymi zniczami na granitowym nagrobku, pozostawiając w gardle gorzki posmak cierpienia, który bezskutecznie starał się spłukać alkoholem. Od tej pory towarzyszyła mu głównie cisza, choć była to cisza bardzo pozorna; odsunąwszy się od większości osób, na których mu zależało, pozostał sam na sam z odzywającymi się jedynie w jego własnej głowie echami pogrzebanej przeszłości, rozlegającymi się niespodziewanie i ostro, jak nieprzyjemny zgrzyt paznokci po suchej tablicy albo histeryczny płacz dziecka w przestronnej, pustej sali. Teoretycznie funkcjonował normalnie; w świeżo otrzymanym gabinecie pojawiał się punktualnie, posyłał suche uśmiechy interesantom, odwiedzał regularnie rodzinną rezydencję i uczestniczył we wszystkich wydarzeniach, w których udziału od niego oczekiwano, ale wewnątrz czuł się abstrakcyjnie wręcz martwy. Zmarnowawszy raz otrzymaną od losu szansę, nie oczekiwał już na nic, przyjmując obojętnie to, co mu podsuwano i nawet nie starając się protestować, gdy nestor po raz kolejny zaczął naciskać na ożenek. Kończąc trzydzieści lat, miał narzeczoną, której nie kochał, pracę, której nie znosił i znajdował się jedynie o krok od urzeczywistnienia wizji przeszłości, która koszmarami nękała go od dziecka. Kto by się spodziewał, że to właśnie przemieszane zapachy ognistej whisky, dymu z ogniska i kwiatów bzu, wywołają rozbłysk nowej nadziei, w której istnienie już dawno przestał wierzyć?


Patronus: Patronus Percivala formuje się ze wspomnień stosunkowo świeżych, nie tyle tworzących konkretną scenę, co stanowiących mieszaninę jasnych strzępków minionych wydarzeń. Myśląc o rzeczach najszczęśliwszych, najczęściej widzi Inarę; uśmiechającą się radośnie, z białym wiankiem wplecionym w ciemne włosy, z dłońmi przykrytymi materiałem koronkowej sukienki. Czasami ciągnie go za rękę wgłąb zielonego ogrodu, innym razem jej twarz przesłania para z dymiącego kociołka, zdarza się też, że zwyczajnie stoi w drzwiach ich domu albo odwraca się przez ramię, mknąc przed siebie na grzbiecie skrzydlatego aetonana. Wszystkie te skrawki przyoblekają świetlistą formę wilka kaspijskiego - stworzenia stanowiącego uosobienie wolności, radzącego sobie świetnie w prowadzeniu samotniczego trybu życia, ale mimo wszystko najlepiej funkcjonującego w otoczeniu zaufanego, złączonego więzami krwi stada.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 +5 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 25 Brak
Czarna magia: 10 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 10 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuskiI1
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaI2
AstronomiaI2
Historia magiiI2
KłamstwoI2
Opieka nad magicznymi stworzeniamiIV40
RetorykaII10
SpostrzegawczośćI2
Ukrywanie sięI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Jasny umysłI2
Silna wolaII5
Szlachecka etykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Rycerze Walpurgii00
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0,5
Malarstwo (wiedza)I0,5
Muzyka (wiedza)I0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Latanie na miotleI1
Taniec balowyI1
JeździectwoI1
ŁyżwiarstwoI1
PływanieI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 1,5

Wyposażenie

Różdżka, sowa, teleportacja


[bylobrzydkobedzieladnie]




where does the time go?




Ostatnio zmieniony przez Percival Nott dnia 05.09.17 15:46, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Percival Nott   04.09.17 19:28

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Percival, z początku dostrzegając korzyści płynące z arystokratycznego urodzenia, finalnie rezygnował z przywilejów, które oferowała mu rodzina. Od kraju, w którym przypięto mu tytuł, uciekał w wyprawy, jakie nie znajdowały poklasku u rodziny, ta jednak znosiła wybryki młodego szlachcica mając nadzieję, że w swej niedalekiej przyszłości wywiąże się z rodowych obowiązków. Na jego nieszczęście ów moment nadszedł i nałożył się z innym nieszczęściem - śmiercią jednego z uczestników wypraw, za którą winę ponosi właśnie Percival. Jak zniesie wyrzuty sumienia i czy tym razem znów nie ucieknie od odpowiedzialności?

OSIĄGNIĘCIA
lekkoduch - wyłamuje się z rodzinnych ram;
Weteran II, Obieżyświat, Zaobrączkowany, Ślepy los
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Garrett Weasley

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 04.09.17 19:48, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Percival Nott   04.09.17 19:29

WYPOSAŻENIE
różdżka, sowa, sproszkowane pazury smoka, propeller żądlibąkowy, pies, lusterko dwukierunkowe [z Katya Ollivander], rękawice ze smoczej skóry (od Inary Carrow), wygaszacz, koń, aetonan (od teścia), łzy nimfy (1 uncja, od Samaela Avery'ego)

ELIKSIRY- Maść z wodnej gwiazdy (3 porcje, stat. 21, moc +5)
- Antidotum na niepowszechne trucizny (3 porcje, stat. 21)
- Eliksir byka (3 porcje, stat. 21)
- Eliksir kociej zwinności (3 porcje, stat. 21, moc +5)
- Eliksir Wiggenowy (3 porcje stat.21, moc +5)

INGREDIENCJEposiadane: -

[09.09.17] Ingrediencje (maj)
[20.09.17] Przekazane (dla Yvette): jaja widłowęża, żądło mantykory

BIEGŁOŚCI[03.01.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[16.02.17] Zakup: +2 PB
[12.08.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[23.10.17] Zakup: +3 PB
[02.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[06.10.15] - KP
[29.11.15] Udział w Festiwalu Lata +40 pkt
[25.12.15] Opuszczona Portiernia +100 pkt
[21.02.16] Wsiąkiewka sierpień +60 pkt
[09.04.16] Pies i lusterko dwukierunkowe - prezent
[19.04.16] Wsiąkiewka listopad +30
[19.04.16] Zawód listopad +50 pkt
[25.04.16] Wygaszacz -450 pkt
[16.07.16] Zwrot PD +340 pkt
[22.07.16] Sabat +55 pkt
[22.07.16] +3 pkt do zaklęć; -360 pkt
[16.08.16] Spotkanie Rycerzy +15PD
[19.08.16] udział w gonitwie; +30 PD; zdobyto konia
[24.08.16] Klub Pojedynków (luty) +20 pkt
[01.10.16] Wsiąkiewka (gru) +60 pkt
[23.10.16] Osiągnięcie: weteran +100 pkt
[06.11.16] +15pkt ; mecz Quidditcha
[03.01.17] Wsiąkiewka styczeń/luty +60 PD, +2PB
[03.01.17] Klub pojedynków (kwiecień) +20PD
[11.01.17] Zawód (marzec) +50PD
[28.01.17] Zwrot PD; -40PD, 2pkt Zaklęć
[16.02.17] Zakupy: +2 PB; -100 PD
[16.02.17] Prezent (łzy nimfy, 3 uncje) od Samaela Avery'ego
[24.02.17] Organizacja wydarzenia +80PD
[25.02.17] Osiągnięcia: Obieżyświat, Zaobrączkowany +60 PD
[26.03.17] Za zasłoną cienia - udział w evencie; +120 PD
[02.04.17] zwrot pd (teleportacja) +1 CM; (statystyki x3) +60 PD
[28.05.17] Rozdanie dodatkowych punktów statystyk (+4 CM, +1 sprawność)
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +1 punkt CM, -40 PD
[01.08.17] Rozwój Postaci: +3 CM, +5 Zaklęcia; -800 PD
[12.08.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień), +50 PD
[12.08.17] Wsiąkiewka (kwiecień, I), +60 PD, +2 PB
[20.08.17] Zdobycie osiągnięcia (Ślepy los), +30 PD
[05.10.17] Zdobycie osiągnięcia (Weteran II) +100PD
[23.10.17] Zakupy: +3 PB, -150 PD
[11.11.17] Zwrot za statystyki, +220 PD


Powrót do góry Go down
 

Percival Nott

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Mieszkanie 33 - Percival Follett
» Bastian J. Nott
» Julius Nott
» Inara Nott
» Gonitwa koni w Sherwood

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17