Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Kuchnia   17.11.15 10:35

First topic message reminder :

Kuchnia

Kuchnia w całym mieszkaniu wydaje się po prostu...pusta. Może wynika to z faktu, że wszelkie posiłki właściciel jada w innych miejscach, a wszystkie konieczne przybory kurzą się w szafkach. To co można zawsze tutaj znaleźć to kawa, a jedyną sensową potrawą, jaką w ogóle potrafi tutaj przygotować - to jajecznica. Nie żeby mu się za często zdarzało.

Na to pomieszczenie nałożone jest zaklęcia Muffliato, Cave Inimicum.






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.



Ostatnio zmieniony przez Samuel Skamander dnia 02.09.17 18:29, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Cressida Morgan
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1571-cressida-morgan http://www.morsmordre.net/t1583-kocie-listy http://www.morsmordre.net/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://www.morsmordre.net/t1713-cressida-morgan
złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
23
Czysta
Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
10
1
0
0
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   12.12.15 19:46

Czasami brakowało jej tej unoszącej się w mieszkaniu atmosfery normalności. Nie to, żeby każdego dnia boleśnie do tej tęskniła, życie na Nokturnie wymagało w końcu pewnego zobojętnienia na niektóre kwestie, ale zdarzało się, że na widok ludzi żyjących w sposób względnie zwyczajny, czuła ciche ukłucie zazdrości. Dla niej nic nie było już oczywiste – posiadanie własnych czterech kątów zakrawało na nieosiągalny luksus i najczęściej uznawała dzień za udany, jeżeli udawało jej się znaleźć w miarę bezpieczne schronienie na noc. Przywykła do takiej tułaczki, do ciągłych zmian, w których – wbrew pozorom – również kryła się jakaś subtelna monotonia, ale wciąż uparcie traktowała swoją sytuację jako okres przejściowy. Nie była urodzoną wagabundą; gdyby nie zmusiły ją do tego okoliczności, nigdy dobrowolnie nie wybrałaby losu włóczęgi, głównie dlatego, że był to styl życia przytłaczająco wręcz samotny. Prawie wszystkie znajomości, jakie zawierała, miały charakter mocno powierzchowny, ostrożny; nieliczna garstka ludzi, których decydowała się wpuścić do swojego życia pozostawała natomiast pod jej stałym nadzorem, zupełnie jakby w każdej chwili spodziewała się dostrzeżenia noża, zmierzającego prosto w kierunku jej odwróconych pleców.
I nie chodziło tylko o to. Mimo że z oczywistych względów została zmuszona do szybszego wkroczenia w nieodgadnioną dorosłość, w duchu nadal pozostawała dzieckiem, młodą dziewczyną, oczekującą od świata jedynie najlepszego. Rzadko pozwalała sobie na myślenie o rzeczach prozaicznych, ale skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie oglądała się z zachwytem za ubranymi w piękne sukienki kobietami, że nie zaciskała ze smutkiem ust na widok spacerujących beztrosko, zakochanych par i że nie tęskniła za dźwiękami muzyki, rozchodzącymi się w pachnącym powietrzu na przyjęciach. Jej świat już tak nie wyglądał; jej świat pachniał wilgocią, ulicznym kurzem i ziołowymi naparami, które pomagały jej przetrwać każdy kolejny dzień. Jej świat był ciemniejszy, mniej kolorowy, i choć nie miała w zwyczaju się nad sobą użalać (i tak nie miała nikogo, kto by tych żali wysłuchał), to w głębi ducha szczerze go n i e n a w i d z i ł a.
Być może dlatego jej mizerne próby wydostania się z mieszkania Samuela miały charakter jedynie pozorny. Tak naprawdę wcale się o to nie starała, samolubnie (i nieco żałośnie) ciesząc się z okazywanego jej zainteresowania, nawet jeśli w rzeczywistości było ono skierowane do czarnego, wzbudzającego litość kotka. Milczące wyrzuty sumienia wirowały w jej krwioobiegu coraz wolniej, skutecznie zagłuszone przez suchą marynarkę i postawioną na blacie miskę z wodą, z której napiła się z wdzięcznością. Dopiero wypowiedziane cicho słowa wytrąciły ją na moment z równowagi; chociaż nie miała pojęcia, czego dotyczyły, ani kim była Gabrielle, odniosła nieodparte wrażenie, że przez przypadek postawiła stopę w obrębie intymnego obszaru, który powinien pozostawać dla niej niedostępny. Chciała żeby taki pozostał, bo już niejednokrotnie przekonała się, że nadmierna wiedza potrafiła we wzajemnych relacjach bardziej przeszkadzać, niż pomagać i od jakiegoś czasu odruchowo zamykała się na ludzi, woląc widzieć w nich anonimowe jednostki, niż postacie z krwi i kości. Tych drugich trudniej było jej zignorować, czy wyrzucić z krwioobiegu; połączenie ich sylwetek z konkretnymi emocjami sprawiało, że zakorzeniali się w jej sercu, za nic nie chcąc się stamtąd wyprowadzić.
A ona nie mogła pozwolić sobie na luksus posiadania przyjaciół.
Ponure myśli zostały tymczasowo wypędzone z jej głowy przez roznoszący się po kuchni zapach jajecznicy. Podniosła łebek w typowo kocim geście, poruszając wąsami z wyraźnym zainteresowaniem i tym razem nie potrzebowała dodatkowej zachęty, kiedy niewielka porcja potrawy wylądowała zaraz przed nią. Jeżeli czegokolwiek żałowała, to tego, że nie mogła zjeść jej po ludzku, ale ostatecznie zadowalała się tym, co miała, od czasu do czasu zerkając w stronę Samuela, jakby chciała niewerbalnie mu podziękować. I póki co nie zastanawiając się, jak uda jej się zachowywać normalnie, gdy następny raz spotkają się twarzą w twarz.




I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   19.12.15 23:29

Samuel nie przewidywał, że czarna, kocia kruszyna tak szybko zaskarbi sobie jego całą uwagę. Z cała pewnością wierzył, że samotne mieszkanie i uporczywe utrzymywanie takiego stanu, było dla niego najlepszym wyjściem. Z jednej strony wynikało to z nasilającej się w nim pewności, że nie licząc przelotnych znajomości, nie powinien, albo bardziej nie potrafił związać się z kimkolwiek na dłużej. Zapominał powoli, co znaczyło budzenie się przy tej samej kobiecie i..w tym samym miejscu. I bynajmniej - nigdy nie było to jego mieszkanie. tego trzymał się niemal jak żelaznej zasady, czując, że byłby kłamcą i zdrajcą, choć - nie wiedział, czy wobec dawnej ukochanej, czy samego siebie. Druga przenikająca go siła przekonywała - bardzo skutecznie - że przy trybie pracy i ciągłym narażaniu się na niebezpieczeństwo zemsty, byłby skończonym głupcem, gdyby wplątywałby w to kogokolwiek mu bliskiego. Za często szedł w zaparte, zbyt wielu wrogów się nabawił i - zapewne - zbierze się ich jeszcze trochę. O tym - był pewien. Może był to rozsądek, a może - lęk, że ktoś mógłby chcieć wykorzystać jego słabość. Skamander był zdolny poświęcić życie, ale - swoje i nikogo więcej. Może była w tym buta, może głupota, a może, dawno zapomniane postanowienia walki wbrew przeciwnościom. Ale teraz...teraz wpatrywał się w siedzącą na stole czarną Ślicznotę, czerpiąc z nieoczekiwanego towarzystwa niezwykłą przyjemność.
Nieoczekiwanie, wyciągnął dłoń, by jeszcze raz przejechać palcami po czarnej sierści kota, który akuratnie skończył, przygotowany posiłek. Zatrzymał dłoń, czując jak ciepło przenika go, zaczynając od opuszków, a kończąc na ramionach, by potem przeniknąć całe ciało. Kiedyś słyszał, że kocie mruczenie działa niezwykle kojąco na człowieka, a dla czarodzieja, mogło nawet uspokoić chwiejność płynącej w ich żyłach magii. W końcu - nawet mugole przypisywali tym niepozornym istotom, pełnym gracji i skrytej tajemnicy - magiczne zdolności.
Auror wykazywał się specyficzną delikatnością, starając, by dotyk sprawił czarnej gracji przyjemność. Nieco intuicyjnie sięgnął ku uszkom, by podrapać wciąż jeszcze wilgotną sierść. Oczywiście - jeśli mu na to wszystko pozwoliła. Kobiet - nigdy nie zmuszał do niczego, oczywiście w pewnych granicach, na które Samuel się godził. Nawet jeśli znajdowały się w animagicznej formie - choć ta świadomość, była raczej zwyczajną intuicją. Po prostu wyczuwał kobiecą aurę, zupełnie, jak łowca swoją...zdobycz? Nie. Przynajmniej chciał w to wierzyć.
Zdążył przełknąć swoją porcję, by w końcu odstawić puste naczynia. Nachylił się nad kurtką, by wyciągnąć z niej wciąż pomięta tytoniowa paczka. Wcisnął do ust papierosa i spojrzał spod czarnych brwi na kocią istotę na stole.
- Mam nadzieję, że Ślicznota nie będzie miała mi za złe, jeśli zapalę? - utkwił źrenice w kociej mordce, by - niemal jak w rozmowę z człowiekiem - próbować odczytać zgodę, bądź dezaprobatę. Wargi wygięły się, gdy potrząsnął głowę i zakładając za ucho czarne pasmo włosów, które wysunęło się z rzemyka. Podniósł się i powędrował do okno, by uchylając je, przysiąść na parapecie. Choć magiczne papierosy nie wymagały podpalania, robił to z przyzwyczajenia. Czasem nawet - kupował te mugolskie, dla samej przyjemności korzystania z zapalniczki, którą wysunął z tylnej kieszeni spodni. Prezent od Józka, na widok którego wciąż wkradał się na usta wesoły ognik. Odpalił w końcu trzymany w ustach papieros, przez chwilę przyglądając się pełgającemu płomykowi. W końcu poddaje się dymnej uldze, która zajęła jego płuca. I stał tak dłuższa chwilę, zapominając, że miał jakiekolwiek towarzystwo. Dopiero, gdy skończył, a pet został zduszony w stojącej przy oknie metalowej popielniczce, rozejrzał się szukając Ślicznoty.
Standardowy rytuał jego wolnego wieczoru, prowadził go powoli - do snu. I miał zamiar sprawdzić, czy rzeczywiście - przygarnięta kruszyna mogłaby koić mruczeniem i pozwolić na sen bez dręczących go tak często koszmarów?






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Cressida Morgan
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1571-cressida-morgan http://www.morsmordre.net/t1583-kocie-listy http://www.morsmordre.net/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://www.morsmordre.net/t1713-cressida-morgan
złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
23
Czysta
Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
10
1
0
0
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   24.12.15 2:00

Suche powietrze, ciepła jajecznica i odgłos uderzających o szyby kropel deszczu, nadawały panującej w mieszkaniu atmosferze swoistej senności i (pozornego?) poczucia bezpieczeństwa. Chociaż instynkt samozachowawczy wciąż nakazywał jej zachowywać stałą czujność, oglądać się za siebie i obserwować każdy gest Samuela z nabytą podejrzliwością, to błoga, lekko otumaniająca mgiełka otaczała ją coraz szczelniej, namawiając do chwilowego opuszczenia barier ochronnych. Podstępnie; nie powinna była mu ufać, jeszcze nie. Co prawda oboje znajdowali się teraz po tej samej stronie wyrastającej w czarodziejskim świecie barykady, ale odkąd na spotkaniu zakonu zobaczyła twarz Perseusza, nie wierzyła, że sama przynależność do organizacji oznaczała dobre intencje. Z drugiej strony, od brodatego mężczyzny biła jakaś nieuchwytna szczerość i pozytywna energia, którą była w stanie wyczuć pomimo (a może dzięki?) kociej postaci; z doświadczenia wiedziała, że sposób, w jaki ludzie traktowali zwierzęta, mówił zazwyczaj bardzo dużo o ich charakterze, a mało było osób, które bez namysłu zabrałyby z ulicy przemoczoną kupkę sierści.
Powoli wracającą do stanu suchego, co przywitała z niejakim zadowoleniem; wystarczającym, by cierpliwie i bez protestów znieść kolejną porcję głaskania i drapania za uszami, które to czynności, co z niechęcią musiała przyznać, nie zostawiły po sobie bynajmniej złego wrażenia. Zamruczała cicho, przeciągając się leniwie i obdarzając mężczyznę uważnym spojrzeniem orzechowych oczu, choć oczywiście nie odpowiadając na rzucone w przestrzeń pytanie. Obserwowała go jedynie nieco tęsknie, gdy wyciągał z kieszeni opakowanie papierosów i kierował się do okna, przez moment całkiem poważnie rozważając przemianę do ludzkiej postaci. Wizja ewentualnego wyrazu twarzy Samuela rozbawiła ją tak bardzo, że nie udało jej się powstrzymać śmiechu, który wydostał się z drobnego ciałka w postaci cichego parsknięcia, przypominającego bardziej kocie kichnięcie, niż cokolwiek innego.
Na merlina, Morgan, zachowuj się bardziej jak kot.
Podniosła się, zgrabnie przeskakując ze stołu na krzesło i z krzesła na podłogę. Czujność czujnością, ale zwierzęcy instynkt coraz głośniej namawiał ją do skorzystania z okazji i ucięcia drzemki pod samuelowym dachem, a rozsądek wyjątkowo miał niewiele do dodania w tej kwestii. Koniec końców i tak na chwilę obecną pozostawała uwięziona, chociaż, szczerze mówiąc, przebywanie w mieszkaniu przestało już kojarzyć jej się z tym słowem.
Zostawiła mężczyznę w kuchni, po raz pierwszy od przybycia decydując się na zwiedzenie innych pomieszczeń. Czy może – pomieszczenia, bo jedyne otwarte drzwi, które zauważyła, prowadziły do przestronnego pokoju, pełniącego chyba funkcję zarówno sypialni, jak i salonu. W założeniu; w praktyce nie mogła oprzeć się wrażeniu, że właściciel mieszkania albo niepokojąco lubił utrzymywać porządek, albo tak naprawdę wcale tu nie mieszkał. Rozejrzała się, z zadowoleniem przemykając wzrokiem po dużych, wpuszczających przymglone światło oknach, tylko odruchowo sprawdzając, czy żadne z nich nie było otwarte. Nie była pewna, czy zdecydowałaby się na ucieczkę nawet jeżeli miałaby taką okazję, na tym etapie już zbyt mocno kuszona wizją snu w suchym i ciepłym miejscu.
Przed wskoczeniem na łóżko zawahała się na moment, powstrzymywana przez to samo poczucie naruszania prywatności, które dopadało ją za każdym razem, ale po kilku sekundach wylądowała miękko na pościeli, zostawiając na niej niewielkie, wilgotne ślady kocich łap. Mogła co prawda pozostać na dywanie, ale osobiście nie znała kota, który zrezygnowałby z poduszek na rzecz spania na podłodze, a już i tak wyczerpała chyba limity podejrzanego zachowania. A przynajmniej tak sobie to tłumaczyła, nie chcąc otwarcie przyznać się do prawdziwych, mniej rozsądnych pobudek.
Zakręciła się dookoła własnej osi, by po chwili zwinąć się w kłębek na złożonym kocu. Nie zasypiała jeszcze, mimowolnie nasłuchując odgłosów z kuchni i zastanawiając się, co zrobi teraz Samuel, ale miękka jak puch senność powoli na nią opadała, ciągnąc kocie powieki ku dołowi.




I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   27.12.15 18:50

Ciepło panującej w mieszkaniu aury, przenikało czujnego zazwyczaj aurora. Ulegał podszeptom zmęczonego organizmu, by pozwolił sobie na luksus snu, tak często urywanego podczas nagłych wezwań, czy niespokojnych nocy, gdy przewrażliwiony, budził się przy głośniejszym krzyku, płaczu czy szumie za oknem. I był pewien, że większość aurorów nabawiła się podobnych "zdolności", często towarzyszącej bezsenności i nieodpartej chęci wyrwania się za każdym razem, gdy słyszał wołanie. Nawet jeśli logika podpowiadała, że to fałszywy alarm. A Samuel był na to szczególnie wyczulony. I choć jego mieszkanie nie tak często gościło go w swoich progach, zdobył się na zrzucenie choć części nawyków przekonujących go, że nigdzie nie powinien opuszczać gardy. A jednak - kocia aura senności udzieliła się i jemu.
Przez chwilę stał przy oknie, zatrzymując w płucach dym, gdy dosłyszał dziwny dźwięk wydobywający się z z kociego gardła. Uniósł jedną brew i wypuścił wstrzymywane, przepełnione nikotynową smugą, powietrze.
- Szkoda, że nie jestem zwierzosuty, bo wydajesz się być przynajmniej..zainteresowana moim paleniem - spojrzał na dogasający pet, potem na czarną sylwetkę jego tajemniczej towarzyszki, by zaraz odpłynąć myślami i spojrzeniem, gdzieś za okno, przebijając się przez szum deszczu, który ani na chwilę nie przestał snuć swoich opowieści, przeganiając wszystkich z ulic, a przyciągając zamglone spojrzenia w ślizgające się po szybach krople. Zupełnie, jak czarne tęczówki mężczyzny, opartego o szklaną powierzchnię, na której odbijał się gorący ślad jego nagiego ramienia, zupełnie nie zrażonego chłodem, które pełzło od okna, próbując bezskutecznie zawładnąć jego ciałem.
Kiedy znowu spojrzał na stół, a papieros smętnie zduszony, tkwił w popielniczce, (którą trzeba by w końcu opróżnić i pozbyć się czarnych, opalonych od ognia smug, pozostałości po "płomiennych" zabawach, niekoniecznie pochodzącym z różdżki), nie znalazł małej czarnej kulki, która zajmowała oferowaną marynarkę. Przymknął okno, pozostawiając odrobinę rozszczelnione, pozwalając wywietrzyć się szarej mgiełce unoszącej się pod sufitem.
Ruszył z miejsca, zgarniając po drodze kubek, do której wlał wody i zatrzymał się w wejściu do swego pokoju, gdy dostrzegł zwinięty na jego pościeli kłębek czarnej sierści. Zamigotała  w nim niezrozumiała tkliwość, wywołującą przy okazji drgnienie kącików ust. Przesunął wolną dłonią po brodzie, zatrzymując palce na wargach, jakby chciał uciszyć sam siebie, przed wypowiedzeniem niepotrzebnych słów. Zamiast tego, przytknął brzeg naczynia, zwilżając spierzchnięte usta, ale niemal nie upijając nic z zawartości. Zdecydowanie wolał kawę, która - jak za chwilę można było się przekonać - w pojedynczej dawce nie działała zgodnie z zastosowaniem..
Dawno nie starał się zachowywać cicho u siebie, a jednak kolejne kroki stawiał zadziwiająco bezgłośnie, niby ucząc się chodu o śpiącej istoty na jego łóżku. Kubek odstawił tuż przy wezgłowiu, a sam, delikatnie, zostawiając nieco przestrzeni, ułożył się tuż obok stworzenia, które - miał nadzieję nie umknęło zaalarmowane, gdy sięgnął ją dłońmi, by zaraz przenieść po ramię, którym otoczył zagarniętą znajdkę, przesuwając jednocześnie wyżej, na wysokość głowy. Przytknął czoło do jej czarnego futerka, raz jeszcze mając nadzieję, że Ślicznota nie wyrwie się z uchwytu, który rozluźniał się w miarę , gdy sen opadał na jego powieki, zamykając obraz mruczącej? istotki, rysujący się w Samuelowych źrenicach.






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Cressida Morgan
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1571-cressida-morgan http://www.morsmordre.net/t1583-kocie-listy http://www.morsmordre.net/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://www.morsmordre.net/t1713-cressida-morgan
złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
23
Czysta
Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
10
1
0
0
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   27.12.15 22:45

Nie wiedziała, ile dokładnie czasu minęło między momentem opuszczenia kuchni, a chwilą, w której na drewnianej podłodze rozległy się ciche kroki. Nie byłaby w stanie określić tego nawet w przybliżeniu, bo zanim jej nienaturalnie wyostrzony, koci słuch wyłapał niewyraźne stąpanie, ciężki półsen zdążył już namieszać w jej osobistej czasoprzestrzeni, sprawiając, że pojęcie mijających minut straciło na znaczeniu. Tak naprawdę nie była pewna, czy którykolwiek z odbieranych przez nią bodźców rzeczywiście istniał; granice między jawą, a sennymi marzeniami zatarły się niemal zupełnie i najprawdopodobniej tylko dlatego nie zareagowała na bezceremonialne naruszenie przestrzeni osobistej, w typowo kocim odruchu odnajdując najwygodniejszy fragment samuelowego ramienia i zasypiając już na dobre. Snem nadspodziewanie spokojnym i pozbawionym nie tylko snów, ale też tak charakterystyczniej dla niej czujności, zmuszającej ją – zazwyczaj – do zrywania się na równe nogi (bądź łapy) przy każdym, najcichszym dźwięku.
Trudno powiedzieć, co właściwie wybudziło ją z tej mocnej drzemki; pierwszą rzeczą, którą zarejestrowała, wynurzając się powoli z miękkiej, otulającej ją niczym ciepły koc ciemności, był równomierny oddech, rozlegający się w rytm miarowego kołysania w górę i w dół. Nie otwierała jeszcze oczu, przez dłuższą chwilę próbując sobie przypomnieć, gdzie w ogóle się znajdowała, bo charakterystyczna dla momentu przebudzenia dezorientacja ustępowała wyjątkowo opornie. Wzięła głębszy oddech, wdychając otaczający ją zapach – niby obcy, ale nie do końca, a jednocześnie trudny do przypasowania do czegokolwiek, co znała bądź kojarzyła. Zmarszczyła brwi, usiłując zmusić wciąż przyjemnie ociężały i irytująco rozluźniony umysł do pracy, wychwytując jeszcze ulotny, jakby odległy aromat jajecznicy. Coś w jej myślach kliknęło, część wspomnień wróciła na swoje miejsce i zarówno nieznajome odgłosy ulicy, dobiegające zza okna, jak i obecność u jej boku kogoś żywego i oddychającego, nabrały głębszego sensu.
Uśmiechnęła się sama do siebie, jeszcze bezwiednie, uchylając powoli powieki. W pokoju panowała charakterystyczna dla świtu szarość, ale pierwsze promienie słońca musiały co najmniej częściowo przebijać się przez zasnuwające niebo chmury, bo kilka pojedynczych plamek światła tańczyło radośnie na nagiej skórze, pokrywającej męską klatkę piersiową. Zamrugała; pole widzenia wyostrzyło się znacznie, oprócz stonowanej mozaiki barw i kształtów, racząc ją również widokiem długiego rzędu okien, ciemnych włosów, które wysunęły się z kucyka oraz szczupłych palców jej własnej dłoni, spoczywających swobodnie gdzieś w okolicy unoszącego się i opadającego spokojnie mostka. Poruszyła się lekko, mając zamiar bezszelestnie podnieść się z łóżka i tym razem naprawdę poszukać już ewentualnej drogi na zewnątrz, kiedy to, co przed sekundą zobaczyła, dotarło do jej otępiałych, szarych komórek z całą mocą przerażającej prawdy.
Miała p a l c e.
Nie łapę. Nie pięć, zakrzywionych artystycznie pazurów, nie miękkie podbicie. Palce, nieco zbyt chude, poznaczone jaśniejszymi pozostałościami po kilku bliznach, ale z całą pewnością jej. A skoro one były na swoim miejscu, to oznaczało, że cała reszta także była jak najbardziej ludzka.
Zamarła w bezruchu, w jednym momencie przytłoczona pełnym ciężarem własnego odkrycia. Senna atmosfera zniknęła, pozostawiając Cressidę w stanie pełnego rozbudzenia, stopniowo zbierającą nieliczne, brakujące informacje na temat swojego obecnego położenia. Uniosła lekko głowę, obejmując wzrokiem ich oboje; leżała na boku, połowicznie przytulona do wciąż (całe szczęście) śpiącego Samuela, którego lewa ręka biegła pod jej ramieniem i za plecami, obejmując ją w pasie i czyniąc cały proces niezauważonej ewakuacji jeszcze bardziej problematycznym. Rozwikłanie zagadki tego, jakim cudem pozbyła się swojej animagicznej formy, choć z całą pewnością zajmujące, odeszło tymczasowo na dalszy plan, zepchnięte z piedestału przez stopniowo narastającą panikę.
Kochany Merlinie, najsłodsza Roweno, łaskawa Helgo, dzielny Godryku, cholerny, chory na groszopryszczkę Slytherinie, ratunku.
Wstrzymała oddech (gdyby mogła, zatrzymałaby też głośno bijące serce), niezwykle powoli i ostrożnie zabierając dłoń z klatki piersiowej mężczyzny i oplatając palcami jego nadgarstek. Uniosła jego rękę powoli, starając się jak najdelikatniej wyswobodzić z unieruchamiających ją objęć i już – już prawie jej się to udało… dopóki Samuel nie mruknął czegoś niewyraźnie (przez sen?), a ona, wystraszona, nie wypuściła jego dłoni, pozwalając by ta opadła swobodnie z jakichś trzydziestu centymetrów.
Uh, oh.




I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   29.12.15 21:52

Otulająca Samuela cisza, zgarnęła go w ramiona szybciej, niż zazdrosna kochanka.  Ledwie zarejestrował moment, gdy ciepłe ciałko kociej istotki, zwiniętej w urocza kulkę – pod jego nagim ramieniem, rozgrzało miejsce zetknięcia. Przyjemne, mruczące mrowienie przemknęło przez całe jego ciało, powodując nienaturalne wręcz rozluźnienie, tym mocniej ułatwiające zatonięcie w kojącej (jak dawno nie pamiętał) ciemności. Zazwyczaj ta, kojarzyła mu się z działaniem, z krzykiem, niespokojną wartą, pełną szarpnięć i niewyraźnych głosów, zmuszających samuelowy umysł do wzmożonej pracy.
To co działo się z nim teraz, mgliście, bo dawno zatarte, przypominało ukryte wspomnienie, gdy on sam, nie przysłonięty cieniem, beztroski Skamander, zasypiał u boku kobiety, której zapach do dziś dzień, kojarzył mu się ze spokojem. Nie byłby w stanie wskazać, co składało się na ten stan, choć wstrzymywał się zawsze, poruszony zapomnianą struną, gdy przechodząc  obok wolnostojącego domku, wyczuł zapach korzennych przypraw, zapewne dodawany do ciasta. I choć przez sen, nic takiego nie objęło jego zmysłów, to znajome ciepło, wciąż oplatało jego ciało, przenikając nawet umysł, blokując wszelkim koszmarom, choć niespokojne poruszenie jego powiekami. Śnił snem spokojnym pozbawionym dręczącymi go zazwyczaj marami przeszłości i niespokojnej teraźniejszości. Przynajmniej do czasu, gdy owo ciepło nie poruszyło się, przywołując poranki, gdy budził się obok kobiety.
W pierwszym porywie świadomości, po prostu założył, że standardowy scenariusz tak wielu jego nocy i – poranków. Spotkanie, kobieta, upojna noc i poranek, w którym powinien za chwilę się podnieść i zniknąć. Zawsze tak przecież robił, budząc się w obcym mieszkaniu. Do siebie nie zapraszał na noc nigdy. „Za chwilę” – myślał, czując na ramieniu słodki ciężar śpiącej obok niego istoty, który niedługo musiał opuścić.
Pierwsze, co dostrzegł, gdy na chwilę, jedna powieka ociężale uniosła się do góry, jakby przytrzymywana w dole czarnymi rzęsami, były okna. Szerokie, niezasłonięte, wpuszczające blade światło poranka. „Czyli było zbyt wcześnie” – i już, już, niewyraźny uśmiech miał zakraść się na nieco spierzchnięte wargi, kiedy dotarło do niego, że widoczny mgliście obraz za oknem jest „zbyt” znajomy.
Nie otworzył oczu, gdy delikatna dłoń najpierw umknęła z jego piersi, odbierając mu wrażenie ciepłej delikatności, omiatająca okolice mostka. Nie przyspieszył miarowego oddechu, gdy na jego nadgarstku pojawiły się smukłe, zdecydowanie kobiece palce, unoszące jego rękę ku górze. W końcu jednak otworzył oczy, w których ciężko było odnaleźć wcześniejszą senność, płynnie zastąpioną, czują analizą sytuacji. Miękka powłoka pościeli odrobinę przysłaniała mu widok, tak jak czarne pasmo włosów, opadających mu na policzek, ale pierwsze wrażenie, absolutnie go nie oszukało. Kobieta, I to jaka! Skupiona na niezwykle delikatnym przemieszczaniem jego ręki z...jej pleców? Nie dostrzegała obserwujących ją czarnych źrenic. Ledwie wstrzymał rozbawione parsknięcie, ale wstrzymało go, wiercące wspomnienie znajomych, ciemnych płomieni włosów, opadających luźno na smukłe ramiona i znajomy profil, uroczego lica, nie dawało mu spokoju.
- Cressi – wyrwało się z jego ust niewyraźnie wymówione imię, które w końcu skojarzył z dziewczyną poznaną tak niedawno w niepozornej chatce. Niefortunnie jego głos, choć wciąż stłumiony przez poduszkę pod jego głową, wyrwał dziewczynę z…czego? Jego dłoń opadła i natychmiastowo wróciła na talię ciemnowłosej. Nie, żeby zrobił to nieświadomie.
Kolejne trybiki w rozbudzonym umyślnie zaskoczyły, kiedy o szybę uderzyło kilka pierwszych kropel deszczu, który rozpoczynał swój taniec na szkle. Czarna, kuląca się istota pod jego kurtką, przygarnięta do mieszkania, która…była nią?
- Dałbym sobie rękę uciąć, że nie pamiętam nocy spędzonej z tobą – poruszył całkiem smukłymi palcami, jak na mężczyznę, palcami, może nieco bezczelnie układając wygodniej dłoń we wcięciu talii, ale w końcu, skoro była w jego łóżku, nie mógł się powstrzymać, przed naturalnym odruchem - ..a jestem pewien, że nie mógłbym cię zapomnieć – dopowiedział, unosząc się na łokciu, odsłaniając swoją twarz i zawadiacki uśmiech, którego nie potrafił zmyć z twarzy, nawet jeśli bardzo chciał. Nie miał zamiaru jej wystraszyć, choć peszenie, wychodziło mu jak do tej pory całkiem nieźle. Chciał...no własnie. Czego on teraz właściwe chciał?






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Cressida Morgan
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1571-cressida-morgan http://www.morsmordre.net/t1583-kocie-listy http://www.morsmordre.net/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://www.morsmordre.net/t1713-cressida-morgan
złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
23
Czysta
Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
10
1
0
0
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   31.12.15 13:09

Wydawało się, że czas zwolnił; zakrzywił się, nabrał konsystencji gęstej zupy, wypełniając szczelnie każdy centymetr sześcienny otaczającej ich przestrzeni. Przez kilka sekund – niesamowicie długich i nieznośnych, mijających w rytm głośnego łomotu drobnego serca – wpatrywała się w męską dłoń, opadającą z powrotem na miejsce, uderzona nagle nieodpartym wrażeniem, że nie był to ruch całkowicie bezwładny. Przygryzła dolną wargę, żeby nie zakląć, na moment nieruchomiejąc zupełnie i wstrzymując oddech, zupełnie, jakby spodziewała się wybuchu. Który nie nastąpił; prawie odetchnęła z ulgą, kontrolnie odwracając głowę i zerkając jeszcze na pogrążoną we śnie twarz Samuela, tylko po to, żeby zauważyć… że wcale nie spał. Patrzył na nią, koncentrując całą uwagę ciemnych tęczówek na jej oczach, orzechowych i otwartych nienaturalnie szeroko, w niemym wyrazie kompletnego przerażenia.
Stwierdzenie, że była speszona byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej w czasie swojego krótkiego życia, czuła się tak niezręcznie, a każde słowo, wypowiadane przez mężczyznę, zdawało się ten stan pogarszać. Otworzyła usta, ale niemal natychmiast zamknęła je z powrotem, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Spoczywająca we wgłębieniu talii dłoń, mimo że oddzielona od skóry cienką warstwą materiału, parzyła ją żywym ogniem, podobnie zresztą jak każde inne miejsce, w którym ich ciała się stykały. Fala gorąca napłynęła jej do twarzy, pełznąc powoli w górę i barwiąc na czerwono szyję, policzki i czoło, aż po nasadę ciemnych włosów. Zacisnęła powieki, licząc w myślach do pięciu, w jakiejś naiwnej, szalonej nadziei, że kiedy otworzy oczy, będzie sama – gdzieś na nokturnie, śmiejąc się ze swojego wariackiego snu. Nie podziałało; twarz Samuela wciąż znajdowała się niebezpiecznie blisko jej własnej, a on sam wciąż przyglądał jej się z mieszanką emocji, których nie potrafiła jednoznacznie sklasyfikować. Czy był zły? Zirytowany? Rozbawiony? Czy miał zamiar wezwać czarodziejską policję, aresztować ją, oskarżyć o… o merlin-wie-co?
Powinna była się poruszyć, wstać, zwiększyć dystans, a co najważniejsze – przerwać ten petryfikujący kontakt wzrokowy, ale w jej umyśle trwało aktualnie myślowe zwarcie, paraliżujące resztę układu nerwowego i podsuwające coraz to głupsze pomysły rozwiązania sytuacji. Przez kilka sekund autentycznie rozważała sięgnięcie po różdżkę i rzucenie na mężczyznę obliviate, i gdyby tylko czuła się pewniej co do swoich magicznych umiejętności, i gdyby nie miała do czynienia z aurorem, który na pewno miał lepszy refleks od niej, być może nawet wcieliłaby ten scenariusz w życie. Zamiast tego po prostu na niego patrzyła, całkiem poważnie analizując możliwość transmutacji samej siebie w drobinkę kurzu, po raz pierwszy w życiu w pełni rozumiejąc sens powiedzenia zapaść się pod ziemię.
Odchrząknęła w końcu, po dłuższej chwili odzyskawszy zdolność do wydawania z siebie artykułowanych dźwięków, choć znalezienie odpowiednich słów okazało się o wiele trudniejsze, niż myślała. – Wiem, że zabrzmi to nieprawdopodobnie – zaczęła, przez sekundę nie rozpoznając własnego głosu, który oscylował gdzieś na wątłej granicy między szeptem, a piskiem – ale istnieje logiczne wytłumaczenie tego, jak znalazłam się w twoim łóżku. – Zamilkła na moment, podziwiając w ciszy, jak bardzo źle zabrzmiało to zdanie. – Uhm – mruknęła, mając nadzieję, że niekontrolowana histeria, namawiająca ją, żeby jednocześnie się roześmiać i rozpłakać, była słyszalna tylko dla niej. Prawdę mówiąc, nie miała jeszcze pojęcia, jak wybrnąć z tej k a t a s t r o f y bez żadnych ofiar; zdradzenie się ze swoimi animagicznymi zdolnościami wydawało się nieuniknione, ale jednocześnie budziło w niej odruchowy opór. – To znaczy, nie masz żadnych zaników pamięci, ani nic z tych rzeczy. Po prostu nie wiesz, że ja, to ja. To-to znaczy, nie dosłownie, bo oczywiście, że jestem sobą, tylko… To sko-komplikowane, ale w każdym razie, nic ci nie zrobiłam. W ogóle nic nie zrobiliśmy. Więc jeśli czegoś nie pamiętasz, to dlatego, że to nie miało miejsca. – Przymknęła oczy. – Morgan, zamilknij już – dodała cicho, kompletnie nie zdając sobie sprawy, że wypowiada własne myśli na głos. Poruszyła się wreszcie, w jakimś geście bezsilności przecierając dłonią twarz i odgarniając włosy do tyłu. Założyła luźne kosmyki za uszy, odsłaniając oba – jedno całe i drugie, w którym brakowało sporego kawałka.




I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   06.01.16 14:22

Musiał przyznać, że dawno nie znalazł się w tak...interesującym położeniu. Nie mógł absolutnie zaprzeczyć, że mu się to bardzo podobało, ale byłby rad, gdyby więcej kawałków układanki wróciło na miejsce, podpowiadając nieco oszołomionemu (i zachwyconemu) umysłowi, czego był właściwie świadkiem.
Ta racjonalna część sugerowała, że Samuel wczorajszego wieczoru poddał się ramionom alkoholowej kochanki - stąd zaniki pamięci. I byłby nawet przystał na takie rozwiązanie, gdyby nie fakt, że zbyt często nie zdarzało mu się upijać, szczególnie, gdy...miał przyjemność upatrzyć sobie dziewczynę...na noc? Przecież czasem tak robił...a mimo to, nie potrafił sobie wyobrazić, ani tym bardziej przekonać siebie samego, by mógłby tak niecniepotraktować Cressidę. Oczywiście...nie przeszedłby obok obojętnie, o czym przekonał się podczas spotkania zakonu, kiedy to mimowolnie kierował swój wzrok ciemnym źrenicom, które kryły kusząca go tajemnicą, spod wolaki czarnych rzęs. Zupełnie tak jak teraz.
Nie potrafił powstrzymać nagłego zrywu kącików ust, kiedy na gładkie lica wpełzł zdradziecki szkarłat, pochłaniający powoli całe dziewczęce oblicze. Nie rozumiał czemu, ale tak naturalna relacja wywoływała w nim niegasnące ciepło...i przekorny uśmiech, oczywiście łechcąc jego ego. Choć nie próbował zawyżać swojej atrakcyjności, to wiedział, że kobiety zwracały na niego uwagę. Stawiał jednak, że uroczy efekt zdobiący policzki nokturnowej znajdki spowodowane były nieoczekiwaną sytuacją i bliską obecnością mężczyzny, który nie odrywał wzroku od jej twarzy, co jakiś czas pozwalając, by intensywna czerń źrenic zagarnęła obraz odsłoniętej szyi i gładkiej skóry...
Podparł się w końcu jedna dłonią pod brodę, przechylając nieco kąt widzenia, niebezpiecznie zmniejszając odległość do jej twarzy. Absolutnie nie miał złych zamiarów, ale niepokorna iskra i zakłopotanie panienki Morgan, działała na niego niezwykle magnetycznie, rozlewając po ciele adrenalinę, rozbawienie i nagłym wspomnieniem jedynej kobiety, która dawno temu, budziła się obok niego, w jego własnym mieszkaniu. I ciepło tej myśli na jedną krótką sekundę zabłysło w jego oczach, przysłaniając pewną siebie prowokację, wymalowana do tej pory.
Poruszył nieznacznie palcami, wciąż ułożonymi na talii swego uroczego gościa. I bynajmniej - nie miał zamiaru ich zabierać. Przynajmniej nie teraz..a może nie dziś?. Choć przecież przyzwyczajony był do dotyku kobiecej skóry, zetknięcia ze sobą dwóch ciał, to delikatnie mrowienie drażniło jego zmysły, niby psotny kociak. Kociak.
- Ja nie widzę tutaj niczego nieprawdopodobnego - odezwał się niemal od razu, gdy przyciszony głos Cressidy w końcu wypłynął z jej drgających niemiarowo warg - i zdecydowanie znam to logiczne wytłumaczenie, tylko...- zmrużył jedno oko - chyba muszę sobie przypomnieć szczegóły tej argumentacji - zakończył, poprawiając opartą o poduszkę dłoń - zawsze możesz mi odświeżyć pamięć - kontynuował swój wywód, wciąż nie potrafiąc się powstrzymać od kolejnych wartkich słów, utrzymujących stan dziewczęcych policzków w tym samym odcieniu czerwieni.
Widok, jaki miał przed sobą i niewielka odległość od ich twarzy sprawiała, że wyłapywał niekontrowane, mikroskopijne zmiany targające mimiką panny Morgan. Przez moment zastanawiał się, czy nie otrzyma zaraz siarczystego policzka, albo...zadrapania, podobnego do tego, które znaczyło samuelowe przedramię, po wczorajszym spotkaniu z ostrymi pazurkami czarnej, kociej istoty...właśnie. Gdzie była jego wczorajsza znajdka? Ta myśl zadomowiła się w jego umyśle, nie pozwalając odbiec zbyt daleko, wręcz nakazując odnaleźć połączenie układanki w całość, trzymanej wciąż na granicy zrozumienia.
- Nie milknij panno Morgan - powtórzył za dziewczyną, gdy skończyła dosyć chaotyczną, chociaż uroczą wypowiedź niejasności - co prawda za dużo nie zrozumiałem o czym mówisz...ale możesz kontynuować, a...skoro nic się nie wydarzyło, może trzeba to naprawić? - nie wykonał żadnego ruchu w jej stronę, prawie czekając, aż ta odskoczy od niego. Zamiast tego powędrował spojrzeniem za dłonią, nerwowo poprawiająca włosy, zakładając niesforne pasma za uszy. Zatrzymał się na tym jednym elemencie, który momentalnie poskładał wszystko w całość. Nierówne brzegi naderwanej części ucha, przywołały mu obraz mokrej kulki sierści, którą wczorajszego wieczora doprowadzał do suchszej postaci i dostrzeżonego ubytku. Uniósł się na łokciu, by powtórzyć gest, który przed chwilą wykonała animagini. I tak, jak wczorajszego wieczoru, musnął palcami drobnego defektu, który ani trochę nie ujmował jej z urody.
- Ślicznota - usta ułożyły się w uśmiech, który zakradł się niepostrzeżenie i poszerzał się z każdą chwilą - a jednak, znowu to kobieta mnie podrapała - mówiąc to wyciągnął (z żalem) rękę, do tej pory obejmującą talię Cressidy.






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Cressida Morgan
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1571-cressida-morgan http://www.morsmordre.net/t1583-kocie-listy http://www.morsmordre.net/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://www.morsmordre.net/t1713-cressida-morgan
złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
23
Czysta
Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
10
1
0
0
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   10.01.16 0:53

Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej czuła się tak niezręcznie. Wyglądało na to, że zmierzenie się z tą kompletnie oderwaną od rzeczywistości sytuacją, przepaliło w jej mózgu kilka połączeń, bo aktualnie znajdowała się tam tylko pustka, poprzetykana gdzieniegdzie bezładnymi strzępkami myśli i całkowicie wykluczająca jakąkolwiek sensowną reakcję. Być może gdyby nie obezwładniająca, ogarniająca ją panika, byłaby w stanie podsumować to wszystko rozbawieniem, ale na obrócenie zbiegu okoliczności w żart było jeszcze za wcześnie; aktualnie Cressida pozostawała w stałym konflikcie sprzecznych emocji, oscylujących między kompletnym przerażeniem, a śmiertelnym zawstydzeniem, doprawionych jeszcze tymi niezidentyfikowanymi, spowodowanymi nieco innym zestawem bodźców. Których, na swoje nieszczęście, była brutalnie świadoma, wyczuwając zarówno każde drgnięcie spoczywających na jej boku palców, jak i łaskoczące fale ciepłego oddechu, zatrzymującego się na jej policzkach.
Nie wiedziała, kiedy dokładnie przestała oddychać, zaciskając usta w cienką kreskę i wsłuchując się z zażenowaniem w nienaturalnie głośno bijące serce, wygrywające niepokojąco nieregularną melodię, która – na pewno! – była doskonale słyszalna w całym pomieszczeniu. Miała ochotę się ukryć, schować głowę pod poduszkę, albo po prostu deportować się gdzieś daleko, i może nawet skorzystałaby z tej opcji, gdyby emocjonalne rozedrganie nie powodowało całkiem realnej groźby paskudnego rozszczepienia. Nie chciałaby przecież zostawić na samuelowej pościeli drugiego ucha; nie tylko dlatego, że było jej potrzebne, ale głównie ze względu na późniejszą konieczność powrotu w celu odzyskania utraconej zguby. Drgnęła odruchowo, gdy jeszcze bardziej zmniejszył dystans między nimi, pozornie po prostu opierając się na ręce, chociaż miała nieodparte wrażenie, że się z nią droczył, celowo wytrącając ją z wątłej równowagi.
Za blisko. Był stanowczo za blisko.
Zaśmiała się cicho i nieco histerycznie, wypuszczając wreszcie z płuc powietrze i milknąc prawie od razu, przerażona wnioskami, do których najwidoczniej dochodził. – Nie, ja... – zaczęła niezwykle elokwentnie, bezskutecznie próbując złożyć w całość rozsypane chaotycznie sylaby. – To nie jest tak, jak myślisz.A jak jest, Morgan?My nie… Ja nie… – Brnęła dalej, z każdą chwilą pogrążając się coraz bardziej we własnych tłumaczeniach, a finalnie milknąc całkowicie i pozwalając, by Samuel sam dopasował do siebie resztę elementów układanki.
Co rzeczywiście mu się udało; nie wiedziała, czy na widok odmalowującego się na jego twarzy zrozumienia poczuła ulgę, czy przerażenie – być może i jedno, i drugie – ale na kilka długich sekund ponownie znieruchomiała, śledząc wzrokiem jego dłoń, dopóki nie uciekła jej z pola widzenia, żeby musnąć delikatnie jej lewe ucho. Lekki dotyk palców posłał wzdłuż jej kręgosłupa falę dreszczy; wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc, czując, że zbliża się powoli do krawędzi własnej wytrzymałości psychicznej i czekając na nadchodzący ostrzał oskarżeń.
Który nie nadszedł; westchnęła bezgłośnie, gdy z jej talii zniknął wprawiający ją w zakłopotanie ciężar, oddając jej w końcu namiastkę pola manewru. – Przepraszam – mruknęła ledwie słyszalnie, zamykając w tym słowie całą gamę powodów, które uwidaczniały się na jej policzkach w formie szkarłatnego rumieńca. Przepraszam, że cię oszukałam. Przepraszam, że naruszyłam twoją prywatność. Przepraszam, że złamałam prawo, że zachowywałam się jak niedorozwinięta umysłowo, że cię podrapałam, i że nawet teraz nie jestem w stanie udzielić ci satysfakcjonujących odpowiedzi.Przepraszam – powtórzyła jak własne echo, odzyskując częściową władzę nad ciałem i w pierwszym, nieprzemyślanym odruchu, cofając się do tyłu.
Prosto na brzeg łóżka.
Poczuła, że traci grunt pod nogami (czy może – pod plecami) o ułamek sekundy za późno. Gdzieś w okolicach mostka coś szarpnęło ją nieprzyjemnie, przywodząc na myśl uczucie, gdy schodząc ze schodów, zamiast na stopień, natrafia się na pustkę. Jej ciało obróciło się dookoła własnej osi, przetaczając się przez miękką krawędź i w tamtym momencie wiedziała już, że za moment poleci prosto na podłogę, dokładając kolejną cegiełkę do całkiem pokaźnej już konstrukcji kompromitacji. Ogarnięta irytującym uczuciem bezsilności, zdążyła jeszcze tylko mruknąć niewyraźne ojej, zanim złapana w ostatecznej, desperackiej próbie ratunku poduszka, wysunęła się spomiędzy jej palców, pozbawiając jej ostatniego punktu zaczepienia.




I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   27.01.16 0:21

Nigdy nie zgłębiał istoty relacji, jakie łączyły go z otaczającymi go kobietami. Spotykał ich wiele, z kilkoma się przyjaźnił, traktując - podobnie, jak młodszą siostrę - opiekuńczo. Zdecydowana większość jednak (szczególnie ta ładniejsza), przyciągała go w zupełnie innych celach, czemu - ciężko było się oprzeć. Oczywiście czasami świtała mu myśl, że jego zachowanie było..nieodpowiednie, że wracał do schematów postępowania zza czasów szkoły, jeszcze przed poznaniem Gabrielle. Wracał do uczuciowej zapaści, która gięła jego sumienie w kształt, którego do końca nie potrafił ująć. A może rozpoznawał, chociaż nie przyjmował treści, którą ze sobą niósł?
Sytuacja, w jakiej się znajdował, nie wydawała mu się w żaden sposób obca, nawet jeśli doda się do tego fakt, że budził się obok kobiety w swoim mieszkaniu, co rodziło pewien zgrzyt w jego doświadczeniu.
Jego królestwo. Puste królestwo...
Bez problemu rejestrował każde poruszenie dziewczyny, nawet delikatne drgnięcia za każdym razem, gdy gwałtownie wciągała powietrze, albo je wypuszczała. Miał nawet wrażenie, że szkarłat oblewający jej lica, płynie niżej, pokonując kolejne połacie skóry, gdyż sam wyczuwał pulsujące ciepło, bijące od jej ciała, w miejscach, gdzie dzieliła ich tylko cienka warstwa ubrań. Zdecydowanie niepotrzebnych...tak przynajmniej podpowiadała mu ta bardziej instynktowna, drapieżna natura, kusząca, by dopomógł tej nieścisłości, na poprawę. Przecież, to było tak proste. Czyż umknęłaby z jego ramion, gdy...już się w nich znajdowała? I chociaż perspektywa, która kiełkowała w jego wyobraźni, była niezwykle pociągająca, byłby totalnym idiotą i ślepcem, gdyby nie dostrzegł, że sytuacja zdecydowanie różni się od innych, w których uczestniczył, w podobnych warunkach. Za dużo niejasności, zbyt wiele nerwowych bodźców, których był świadkiem, wyraźnie dawały do myślenia i w późniejszej fazie - zrozumienia. Nie mógł jednak zrezygnować choć z drobnych przyjemnostek, które niezmiennie wywoływały na jego ustach uśmiech, a na policzkach Cressidy - rumieńce.
Zlepek słów, które z siebie wydała, gdy podjął swoje fantazyjne dochodzenie, tylko prowokowały go do dalszych pomysłów, przynajmniej do czasu, gdy całość układanki znalazła swoje właściwe miejsce w jego głowie. I świadomość ta nie pozwalała na kolejne podchody, gryząc samuelową moralność, nakazującą przerwanie prowadzonej prowokacji i usadzenie swojego zachowania na mniej intensywne tory.
Dłoń, która powędrowała do twarzy panny Morgan, była niekontrolowanym odruchem, który był ostateczną tarczą, która blokowała mu właściwą ocenę sytuacji. Dopiero gdy gest nastąpił, dotarło do niego, jak bardzo naruszył jej osobista przestrzeń. Nie wliczając faktu, w jakim położeniu się znajdowali, doskonale wiedział, że każde blizny naznaczone były historią, której treść, nie była otwarta dla każdego. Słowa, które popłynęły z ust ciemnowłosej czarownicy, gdy tylko i druga ręka uwolniła ją z jego dotyku, wywołała coś na kształt niepokoju, przeganiając dotychczasowe rozbawienie.
- Za dużo przepraszasz.. - odpowiedział łagodnie, wpatrując się w oblicze, z którego wciąż nie schodził urokliwy szkarłat. Nie, żeby nie był zaskoczony całością sytuacji, ale nie upatrywał w tym większej szkody, której...(musiał przyznać sam przed sobą) rekompensatę otrzymał tuż po przebudzeniu, obserwując tak przyjemny dla jego oczu widok.
Nieco zbyt gwałtowny gest dziewczyny, wywołał na jego twarzy najpierw konsternację, jednak w ułamku sekundy, kiedy jej ciało niebezpiecznie przechyliło się za brzeg łózka, zmusił aurora, by i on szarpnął się do przodu, by złapać umykające mu przed nosem, kobiece palce. Może był to wrodzony refleks, a może odrobinę szczęścia, ale jego dłoń złapała nadgarstek Cressidy. Jednak, ciężko było się ucieszyć, gdy z impetem uniesiony na kolanach, sam zakołysał się nad krawędzią, a przeważony upadającym ciałem Ślicznoty i on musiał pogodzić się z porażką. Jedyne, co mógł uczynić, to odrobinę przekręcić ciało, by zamortyzować upadek czarownicy, przyjmując uderzenie na swój bark i plecy. A panna Morgan...cóż, musiała się pogodzić z faktem, że właśnie stoczyła się na podłogę, a właściwie - na Samuela.
- Wcale nie bolało... - wygiął usta w krzywym uśmiechu - mam nadzieję, że nie zrobiłaś sobie większej krzywdy - i tu spojrzał na twarz animagini - zapewne - znajdującej się jeszcze bliżej niż poprzednio, zapewne kolejny raz zalane falą czerwieni. Przynajmniej, przez chwilę, zakładając szybką ewakuację, jego wciąż niespodziewanego gościa, który kolejny raz, nieświadomie, wywoływał bardzo wymowną (a może niewymowną?) sytuację. Oczywiście, z współudziałem Samuela.






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Cressida Morgan
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1571-cressida-morgan http://www.morsmordre.net/t1583-kocie-listy http://www.morsmordre.net/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://www.morsmordre.net/t1713-cressida-morgan
złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
23
Czysta
Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
10
1
0
0
5
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   25.02.16 19:05

Wiedziała, że zachowywała się niedorzecznie. Ktoś mógłby pomyśleć, że dwa lata balansowania na cienkiej granicy między przestępczym, czarodziejskim półświatkiem, a szeroko pojętą normalnością, powinny ukształtować w niej coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, ale cóż – nadal istniały sytuacje, w których całkowicie traciła głowę i niespodziewaną pobudkę w łóżku nieznajomego aurora (krótkie spotkanie w chacie trudno było uznać za poznanie), z pewnością można było do takowych wyjątków zaliczyć. Nie mówiąc już o niewygodnym dodatku w postaci obezwładniającego onieśmielenia, spowodowanego niemalże zerowym doświadczeniem w kontaktach damsko-męskich, które w znacznym stopniu przyczyniło się do całkowitej awarii ośrodka logicznego myślenia, objętego aktualnie czymś w rodzaju szatańskiej pożogi.
Na szczęście początkowe przerażenie stopniowo wybrzmiewało, zanikając razem z ostatnimi sylabami chaotycznych przeprosin. Mimo wszystko wyglądało na to, że Samuel nie był w bojowym nastroju, a jej niespodziewane najście nie tyle go rozzłościło, co rozbawiło – co prawda samej Cressidy nadal nie stawiało to w specjalnie komfortowym położeniu, ale wstyd była w stanie znieść, nawet jeżeli aktualnie miała ochotę dokonać widowiskowej autodestrukcji. Tłumaczyła sobie jednak, że musi po prostu jakoś przeczekać zaistniałą sytuację, bo przecież gorzej już i tak być nie mogło – prawda?
Jak się okazało – nie do końca, gdyż w następnej sekundzie kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
Najpierw poczuła, że spada; zbyt gwałtowny ruch zaowocował niekontrolowanym przetoczeniem się przez krawędź łóżka i rozpoczęciem krótkiego lotu w kierunku podłogi. Niestety – przerwanego w połowie przez niespodziewane szarpnięcie, nieokreśloną szamotaninę, w czasie której w polu widzenia mignął jej jedynie strzępek ciemnych włosów i dotyk palców, zaciskających się na jej nadgarstku. Dopiero potem nastąpił ostateczny upadek, o wiele mniej bolesny, niż się spodziewała, bo zamortyzowany przez ciało Samuela, który jakimś cudem – zaprzeczając wszelkim prawom wszechświata, fizyki i magii samej w sobie – znalazł się pod nią, witając się z podłogą wraz z nieprzyjemnym łupnięciem.
Znieruchomiała automatycznie, przywrócona do rzeczywistości dopiero przez jego głos, dobiegający ze stanowczo zbyt bliskiego dystansu. Rozchyliła powieki, z zaskoczeniem orientując się, że w ogóle je zacisnęła, ale oszczędziła sobie wątpliwej przyjemności przeanalizowania swojego aktualnego położenia, zamiast tego skupiając się na upewnieniu, że nie zabiła przez przypadek pracownika ministerstwa i świeżo upieczonego członka zakonu feniksa w jednym. Chyba żył, bo uśmiechał się krzywo, ale fakt, że jej twarz była zawieszona zaledwie o centymetry od jego (nie mówiąc już o pozostałych częściach ciała, których stopnia poplątania nie chciała póki co znać), wcale nie przyniósł jej oczekiwanej ulgi. – Prze – przepraszam – powtórzyła po raz kolejny, choć tym razem nie tylko ona była odpowiedzialna za zaistniałą sytuację. – I… chyba nie – dodała, ale tak naprawdę niczego nie była już pewna. – Nic ci się nie stało? – zapytała, bo wbrew temu, co przed chwilą jej powiedział, nie wierzyła, żeby głośne łupnięcie nie wiązało się z jakimiś stłuczeniami. Nie mówiąc już o dodatkowym balaście w postaci dwudziestotrzyletniego intruza.
Przez chwilę jeszcze milczała, nie potrafiąc uwierzyć we własnego pecha, a później – zdawałoby się, w ciągu ułamka sekundy – całe to napięcie i frustracja, które budowała w sobie od ostatnich kilku minut, zwyczajnie odpuściły, odsłaniając jej cały tragikomizm załączonego obrazka, którego główną bohaterką przypadkowo się stała. Przyjrzała mu się raz jeszcze, zatrzymując spojrzenie na potarganych włosach, rozbawionym wyrazie twarzy i jej własnych dłoniach, opartych o nagą klatkę piersiową, i po prostu parsknęła śmiechem.
Nie nerwowym, nie pełnym zażenowania i wstydu, a zwyczajnym i szczerym, trącącym trochę bezsilnością, ale sprawiającym, że automatycznie poczuła się lepiej.
Podniosła się ostrożnie, uważając, żeby przez przypadek nie narobić jeszcze więcej szkód i delikatnie przetoczyła się na podłogę, uwalniając mężczyznę spod swojego ciężaru. Dopiero wtedy zmieniła pozycję na nieco mniej pozbawioną godności, siadając po turecku i odruchowo rozmasowując nadgarstek. – I to by było na tyle, jeśli chodzi o koty, które podobno zawsze spadają na cztery łapy – mruknęła, na wpół z przekąsem, na wpół z rozbawieniem, nie pozbywając się co prawda jeszcze resztek wstydliwych rumieńców, ale odzyskując częściowo zdolność do logicznego myślenia.




I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander http://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 http://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 http://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
27
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
30
20
1
0
0
1
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   04.03.16 23:37

Zachowanie Samuela zdecydowanie oscylowało gdzieś pomiędzy nietaktem a..rozbawieniem. Jak długo żył, tak nigdy nie przydarzyło mu się coś podobnego. Oczywiście, często miał styczność z sytuacjami dziwnymi, czasem nieprawdopodobnymi, które przeczyły nawet magicznej ingerencji. A jednak - nie wpadłby na to, że przygarnięta, zmoczona deszczem, czarna kulka - okaże się..jak najbardziej istotą..człowieczą. A w dodatku przyobleczoną w tak śliczne (nie, żeby nie zauważył), kobiece ciało.
Śmiało mógłby powiedzieć, że nie bał się nieznanego, ba! wychodził mu naprzeciw, by stawić mu czoła. Nawet, jeśli owo nieznane wiązało się z pojawieniem się praktycznie nieznanej kobiety w łóżku, a żadne wspomnienia nie potwierdzały spójności wydarzenia (nigdy tyle nie pił), które sugerowałyby pewną oczywistość. Ale i w tym względzie rodziły się niejasności, których początkowo - nie umiał poskładać. Wciąż brakowało mu ważnego elementu układani, który pozwoliłby mu na zrozumienie.
A miał co składać w całość. jego myśli galopowały w bardzo konkretne rejony świadomości, a jednak płonące szkarłatem lica Cressidy wyraźnie sugerowały, że się myli. W miarę postępu kolejnych chaotycznych słów i przeprosin, trwał w swoim przekonaniu wyłącznie z przekory i nieokreślonej chęci utrwalenia w pamięci uroczo zakłopotanego spojrzenia, czy ułożenia ust, co chwilę artykułujące kolejne tłumaczenia. Podobała mu się i nie mógł ominąć reakcji organizmu, przy każdym, nawet przypadkowym (chociaż w zaistniałej sytuacji owa przypadkowość była raczej niefortunnym sformowaniem) zetknięci ich ciał.
Upadek - szumnie nazywany - stanowił kolejną dawkę wrażeń, nie tylko dla samej Ślicznoty. Nawet, jeśli podobne zabawy zdarzały mu się umyślnie w innych sytuacjach, aktualnie był pod wrażeniem tak swojego prawie-refleksu, który - chociaż zapobiegł twardemu lądowaniu, doprawił jego bark o stłuczenie, do którego - nie miał zamiaru się przyznać. Ostatecznie więc, z pulsującym i promieniującym miejscem po zderzeniu z twardą powierzchnią podłogi, wpatrywał się w oblicze dziewczęcia, którego ciepło (może bardziej ciała opierającego się o jego tors) - przeganiało nieprzyjemne wrażenie bólu, doskwierającego przy plecach. Miał dosłownie chwilę - tuż po tym jak sam wykrzywił usta - przyjrzeć się jeszcze dokładniej gładkim licom i czarnym rzęsom, woalką przysłaniającym zamknięte oczy. Kolejną chwile podziwiał intensywność orzechowych źrenic, nienaturalnie mocno rozszerzonych (prawdopodobnie) z każdą coraz jaśniej świtająca myślą - gdzie się znajdowała, a właściwie w jakiej pozycji.
- Znowu przepraszasz...jeszcze zapomnę, że potrafisz mówić coś poza tym - odpowiedział, dziarsko ignorując falę ciepła, gdy dziewczyna poruszyła drobnymi palcami, opierającymi się o jego klatkę piersiową. Zdecydowanie zbyt przyjemne, żeby zignorować - To zależy o jakie efekty naszego upadku ci chodzi - kąciki ust pomknęły do góry, odsłaniając Samuelowe zęby w uśmiechu. Powstrzymał odruch, by opleść dłońmi smukłą talię dziewczyny (i wcale nie wynikało to z pulsującego bólem siniaka, który powoli wykwitał na barku), przyglądając się zachodzącym na jej twarzy zmianom, a perspektywę - miał zdecydowanie bardzo przyjemną. Zanim jednak przerwał milczenie i nieregularne ciągi spojrzeń, Cressida przełamała ciszę dźwięcznym śmiechem, który docierał do uszu Skamandera z tak bliskiej odległości. Chwilami miał nawet wrażenie, że ich usta są na tyle blisko, że..mógłby ich sięgnąć. A jednak, zamiast tego - zawtórował znajdce, dołączając do głosu swój śmiech.
Nie protestował, gdy przetoczyła się na bok, pozbawiając go jednak przyjemnie rozgrzewającego wrażenia bliskości. Powoli podniósł się na łokciu, dzielnie nie wykrzywiając warg, gdy poczuł nagłe kłucie. Usiadł ostatecznie na podłodze, czując jak potargane włosy, rozsypują mu się na ramiona. Większość już dawno umknęła rzemieniowi, którymi wczoraj je spiął.
- To zależy, czy od dziś będziesz nazywać mnie "cztery łapy", ale..nie gwarantuję zawsze stabilnego efektu...mam nadzieję, że nie planujesz upadków z większych wysokości? - cicho żałował, że policzki Cressidy powoli wracały do naturalnego odcienia, ale nie bez cienia uśmiechu, miał do dyspozycji widok jej sylwetki - rozluźniony, bez napięcia, które do tej pory wyczuwał.
W końcu miała słuszne powody.
Podniósł się z ziemi, by zaraz nachylić się, wyciągając dłoń ku siedzącej pannie Morgan - A teraz, pozwolisz mi się ubrać, czy chcesz jeszcze chwilę popatrzeć? - zagaił, nie pozbawiając tonu łobuzerskiej prowokacji. Znajdował w sobie jej pokłady zdecydowanie dużo..jak na jeden poranek, dlatego mimo pytania, sięgnął po koszulę, zarzucając ja na ramiona - Może tym jednak razem, skusisz się na kawę? - odwrócił głowę, kierując swoje kroki do kuchni, zakładając, że czarownica podąży za nim. Zupełnie jak kot.

Kończymy, czy jeszcze serwujemy Cressi kilka rumieńców?  <3






There is beauty in the madness

I just can’t see it
yet.

Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Kuchnia   05.07.16 0:04

| 17 grudnia

Grudzień. Cezar. Skamander. Narkotyki. Tyle rzeczy miał na głowie, tyle do powstrzymania. W dodatku musiał uważać, bo czuł zbliżający się głód narkotyczny, a nie mógł wziąć za dużej dawki. Jeszcze by się zorientował, a było mowa, że tutaj ma nie ćpać. A jeśli tu nie wróci na noc, to Samuel zaraz zrozumie i będzie lipa. Pozostało mu tylko czekać na zmianę lokalizacji, w której będzie mógł zaspokoić swój głód. To było dobrym rozwiązaniem, szczególnie przed świętami, które mogą być dosyć ... stresujące.
Rudzielec wrócił z pracy jak i po ciekawym pojedynku z lordem Bulstrode i wchodząc do środka, przetarł sobie twarz dłonią. Chyba powinien sobie ogarnąć prysznic i coś do jedzenia. Wiedział, że do powrotu Skamandera jeszcze trochę czasu pozostało, więc wpierw wyskoczył z ciuchów i wziął ciepły prysznic. Potrzebował tego, totalnie. Po tym, jak na dworze zimno było, tak jak wyszedł z kabiny prysznicowej czuł się jak w saunie. Przepasał się ręcznikiem wokół bioder zakrywając dzieło adama i wyszedł z łazienki kierując się w stronę kuchni. Nalał sobie do szklanki sok pomarańczowy i sprawdził, co jest w lodówce. Niezbyt wiele rzeczy, więc rudzielec postanowił jej zbyt szybko nie opróżniać i zjadł sobie jednego, skromnego kabanosa. Zaraz po tym zamknął lodówkę wiedząc, że do najedzenia wiele brakuje, ale już się przyzwyczaił do takiej głodówki. Nie chciał pasać się jedzeniem przy swoich zarobkach. Zaczął pić sok pomarańczowy myśląc nad tym, co by tu jutro zrobić na obiadokolację.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Judith Skamander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3112-judith-skamander#51169 http://www.morsmordre.net/t3164-maya#52396 http://www.morsmordre.net/t3155p15-maly-szalony-wilk#52539 http://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3
zielarka
21
Czysta
n/d
Why do you have such big ears?
4
7
6
0
4
0
0
4
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Kuchnia   05.07.16 13:57

Judith stała nad swoim podróżnym kufrem zastanawiając się czy w ogóle jest sens męczyć się z rozpakowaniem. Wmawiała sobie, że pomieszka tu kilka dni i wyprowadzi się na drugi koniec Londynu. To nie tak, że nie tęskniła za bratem…po prostu za dobrze go znała. Wiedziała, że szybko zacznie wciskać nos w nie swoje sprawy a sytuacja pomiędzy nimi i tak była wyjątkowo napięta. Juditch wzięła głęboki wdech i uchyliła wieko kufra. Chyba jednak wciągnięcie choćby najpotrzebniejszych rzeczy było dużo ciekawszym zajęciem niż ciągłe roztrząsanie tych samych przykrych spraw. - Accio papierosy - mruknęła cicho celując różdżką w stertę ubrań. Gdzieś w jakiejś kieszeni przecież musiała się ukrywać jeszcze jedna paczka. Po kilku sekundach upragniony/najpotrzebniejszy przedmiot w końcu znalazł się w jej dłoni. Otwarła okno, oparła się o parapet i dopiero wówczas odpaliła papierosa. Zaciągnęła się kilka razy pozwalając by obłączki dymu zabrał lekki grudniowy wiatr. Zdążyła wypalić do połowy gdy usłyszała, że ktoś chodzi po mieszkaniu. Była zupełnie pewna, że to jej brat wrócił wcześniej z pracy. Zapomniała, że Sam posiadał dzikiego lokatora o nazwisku Weasley. Już chciała wyjść z pokoju chcąc zamienić z bratem dwa słowa ale wtedy usłyszała szum puszczanej wody. Poczekała chwilę czy dwie kończąc papierosa i żaląc się na fatalny stan nielicznych roślin, które znajdowały się w mieszkaniu. Jak można ususzyć kaktus?! Grzmiała w duchu. Nareszcie wyszedł z łazienki. Judith zgasiła niedopałek na parapecie a resztę wyrzuciła przez okno. Po cichu przekradła się do kuchni. Stanęła w progu skupiając całą swoją uwagę na…ręczniku. Już chciała podnieść raban o to jak Samuel się zachowuje gdy w mieszkaniu są kobiety tyle, że to przecież nie był Sam! Zganiła są w duchu za swoją głupotę i słabą pamięć a następnie korzystając z okazji usiadła na jednym z krzeseł starając się robić przy tym jak najmniej hałasu. Ne byłaby sobą gdyby nie pomyślała o zabraniu tego biednego skrawka materiału. Była ciekawa czy twarz Barrego przybrałaby wówczas podobny odcień co osławione włosy Weasleyów. Kaszlnęła cicho mając nadzieję, że t wystarczy był chłopak zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Zresztą ten ręcznik i tak się zaraz zsunie.


Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Kuchnia   05.07.16 14:32

Nie zarejestrował wtedy odgłosy innej osoby będącej w mieszkaniu, gdyż był pochłonięty własnymi myślami, jak i prysznicem, który skutecznie wszystko tłumił. Nawet nie pomyślał, ze to może być ten dzień, w którym Judith wprowadza się tutaj. Dobrze, że zaraz się wyprowadza, co nie będzie tłumu w mieszkaniu, które w sumie jest niewielkie. I o owej wyprowadzce pomyślał wtedy, kiedy usłyszał kaszlnięcie. Zdziwiony spojrzał na źródło owego hałasu, którą okazała się być kobieta. Młoda brunetka - Judith. Pamiętał ją bardzo dobrze i posłał jej uśmiech, gdy zaraz sobie przypomniał, że jest w samym ręczniku. Na galopujące gragulki! Zaraz się zawstydził czując, jak pieklą jemu policzki na kolor piegów i poprawił ręcznik, który chciał na przekór wszystkiemu odkryć wszystkie karty.
- Ughm... przepraszam. Zapomniałem, że dziś miałaś się zjawić. Jeśli pozwolisz, to pójde się ubrać.- wydukał na początek śląc przepraszające spojrzenie, po czym zaraz udał się do salonu, aby się ubrać. Jaka wpadka, jaka wtopa. Nadal czuł rumieńce na swojej twarzy, które powoli znikały, a gdy już się ubrał, kolor twarzy już prawie wrócił do normalności.
- Może lepiej nie wspominajmy o tej wpadce twojemu bratu, zgoda?- zaproponował jej, by to zachować w tajemnicy. Jeszcze by miał osuszoną głowę przez aurora, że sobie tak paraduje po jego mieszkaniu. - I ... chcesz coś do picia?- dopytał się zaraz podchodząc do lady, by wziąć swoją szklankę z sokiem pomarańczowym i zaczął sączyć sok.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
 

Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Harley Street 5/3-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17