Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Margaux Vance

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
http://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance http://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie http://www.morsmordre.net/t1791-margo http://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 http://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

19
0
0
28
0
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Margaux Vance   22.11.15 0:49


Margaux Vance

Data urodzenia: 15 września 1929 r.
Nazwisko matki: Beaulieu
Miejsce zamieszkania: Londyn, Wielka Brytania
Czystość krwi: mugolska
Status majątkowy: uboga
Zawód: ratowniczka w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym, Departament Kontroli Magicznej
Wzrost: 168 cm
Waga: 52 kg
Kolor włosów: bardzo jasny blond
Kolor oczu: szaroniebieskie
Znaki szczególne: ślady po ołówku na dłoniach, blada skóra, delikatny zapach gardenii, lekko obcy akcent


O rybaku, baletnicy i białym ogrodzie

Maleńki, kamienny domek stał zaledwie kilkadziesiąt metrów od oceanu. Przycupnięty przy końcu gruntowej drogi i otoczony zadbanym, pomalowanym na intensywnie niebieski kolor płotem, ostrożnie, jakby nieśmiało spoglądał na nielicznych przechodniów zza przejrzystej zasłony starych wierzb płaczących. Chociaż w niczym nie przypominał bogatej rezydencji, to nikt nigdy, nawet omyłkowo, nie wziąłby go za opuszczony; o toczącym się wewnątrz życiu świadczyły zarówno wiszące w oknach, wiecznie białe firanki, pokryta świeżą farbą skrzynka na listy, jak i kwitnące w ogródku gardenie, pielęgnowane kochającymi dłońmi właścicielki. Mimo że znajdował się raczej na krańcu wioski, niż w jej centrum, mieszkające w nim młode małżeństwo znali wszyscy. To im przypisywało się doprowadzenie posiadłości do ponownego stanu świetności, bo kiedy wprowadzali się do niej w 1929 roku, była tylko zapuszczonym, rozpadającym się budynkiem, od lat popadającym w ruinę.

Podobno to pani Vance zauważyła w zniszczonych czterech ścianach ukrytą duszę i namówiła męża, żeby odkupili je od poprzedniego właściciela niemal za bezcen. A przynajmniej taką wersję wydarzeń zgodnie opowiadali; bardziej złośliwi mówili, że do pochopnej decyzji przyczyniły się ponaglenia rozwijającego się pod sercem kobiety dziecka, nie potrafiąc znaleźć innego, logicznego powodu, dla którego ktoś chciałby dobrowolnie osiedlić się w Lorient – niewielkim, portowym miasteczku na zachodzie Francji, gdzie wiatr wiał przez trzysta sześćdziesiąt dni w roku, a wilgotne powietrze miało zapach soli. Jakakolwiek nie byłaby prawda, to właśnie wtedy mieścina zyskała dodatkowych dwóch i pół mieszkańca, którzy pokochali ją niemal od pierwszego wejrzenia. Z wzajemnością, chociaż obcy, brytyjski akcent pana Vance’a jeszcze przez długie lata zaskarbiał mu podejrzliwe (aczkolwiek wcale nie nieżyczliwe!) spojrzenia sąsiadów.

Nigdy nie mieli wiele, ale paradoksalnie – nie brakowało im niczego. Pan Vance, niewysoki, ale dobrze zbudowany mężczyzna ze zbyt wcześnie pomarszczoną od wiatru twarzą, zarabiał na utrzymanie jako rybak. Pachniał morzem, i ten zapach przynosił razem ze sobą do kamiennego domku, wprawiając żonę w stan ciążowego rozdrażnienia. Najprawdopodobniej dlatego zajęła się uprawą kwiatów; zaczęło się od jednego krzaczka z białymi pączkami, a skończyło na całym ogrodzie, który wkrótce wręcz tonął w powodzi jasnych płatków, roztaczających wokół delikatną woń gardenii. Kiedy i tam zabrakło miejsca, założyła maleńką kwiaciarnię, i już tylko jej smukła sylwetka i lekki chód zdradzały, że w przeszłości zachwycała publiczność, stawiając baletowe kroki na jasno oświetlonej scenie. A Margaux? Przyszła na świat wczesną jesienią, witając się ze światem przeciągłym krzykiem i wytrzeszczonym spojrzeniem błękitnych oczu, i na początku nic – może za wyjątkiem niecodziennie jasnych włosów – nie sugerowało, jak bardzo niezwykłą była istotą.


O włosach, magii i błękitnej wróżce

Pierwsze lata dziewczynki minęły spokojnie, odznaczając się głównie zmieniającym się wystrojem wewnątrz posiadłości; najpierw ręcznie wykonaną kołyskę zastąpiło drewniane, wysokie łóżeczko z bielonymi szczeblami, później – wąski tapczan z jasnoniebieskim obiciem. Przed domem stanęła niska huśtawka, o płot opierał się trójkołowy rowerek, a kuchenna ściana pokryła się kolorowymi rysunkami, przedstawiającymi bajkowe postacie, wyzierające też z niezliczonej ilości książek, zapełniających powoli każdą płaską przestrzeń w dziecinnym pokoiku. Nauczyła się czytać wyjątkowo szybko, napędzana, zdawałoby się, jakąś nieposkromioną ciekawością świata. Odkąd tylko zaczęła stawiać pierwsze, niepewne kroki, trudno było za nią nadążyć; energiczna i wiecznie roześmiana, przypominała żywe srebro, zadając tysiąc pytań na minutę, ale rzadko kiedy potrafiąc usiedzieć w miejscu na tyle długo, żeby otrzymać odpowiedź. Zresztą – im była starsza, tym trudniejsze zagwozdki rodziły się w jej głowie, przez jakiś czas pozostające tajemnicą również dla jej rodziców. Ani prosty rybak, ani wprawna kwiaciarka, nie byli bowiem w stanie wyjaśnić, jakim cudem kwiaty dosłownie rozkwitały w dziewczęcych rączkach, beztrosko ignorując fundamentalne prawa przyrody.

Nie od razu jej wyjątkowe umiejętności obudziły jednak rodzicielski niepokój, początkowo utrzymując się w tych subtelnych i niegroźnych ryzach, pozwalających na wygodne zignorowanie nienachalnej niezwykłości. Sytuacja odwróciła się niedługo po szóstych urodzinach Margie, kiedy dziewczynka, zaaferowana lekturą kolejnej baśni, mimowolnie podpaliła róg koronkowej poduszki. Do dzisiaj pamięta, jak desperacko próbowała ugasić miniaturowy pożar; na ratunek przybiegł ojciec, ale ognisty incydent okazał się jedynie początkiem, bo im bardziej się denerwowała, tym dziwniejsze rzeczy działy się już nie tylko z nią samą, ale również i jej najbliższym otoczeniem. Zupełnie jakby magia, wreszcie dostrzeżona, domagała się coraz większej uwagi, wylewając się na zewnątrz przez drobne pory w jasnej skórze. Uciszyła się dopiero wieczorem, czy to wyczerpując wreszcie drzemiące w sześcioletnim ciele pokłady, czy zasypiając razem z jej wykończoną posiadaczką.

Dzwonek do drzwi odezwał się następnego ranka, zapowiadając wizytę kobiety co najmniej tak samo niecodziennej, jak echo wydarzeń dnia poprzedniego. Wysoka i elegancka, ubrana długą do ziemi szatę w odcieniu mocnego granatu, przedstawiła się jako nauczycielka Akademii Magii Beauxbatons i w długiej, prawie abstrakcyjnej rozmowie, wyjaśniła wszystkie, spędzające sen z powiek kwestie. Czy może – próbowała wyjaśnić, bo zaakceptowanie istnienia całego, skomplikowanego, czarodziejskiego świata, nie należało do najłatwiejszych procesów, nawet dla tak tolerancyjnych i rozumiejących ludzi, jak Vance’owie. Słowa zaklęcia, kodeks tajności i mugole obijały im się o czaszki jeszcze na długo po tym, jak sylwetka tajemniczej kobiety (czarownicy?) rozpłynęła się w mglistym powietrzu, ale, wbrew pozorom, nie mieli powodów, żeby jej nie uwierzyć – w końcu najważniejszy, namacalny dowód znajdował się tuż przed ich oczami, nadal mając kłopoty z utrzymaniem własnego wyglądu zewnętrznego w nienaruszalnym stanie.


O smutkach, radości i podniebnym zamku

Kolejne cztery lata minęły na nerwowym oczekiwaniu i mozolnym doskonaleniu umiejętności panowania nad niekontrolowanymi wcześniej wybuchami magii. Dla Margaux prawdziwym wyzwaniem okazało się jednak nie tyle ukrywanie własnej niezwykłości, co oswojenie się z nią; chyba nigdy nie byłaby w stanie całkowicie zaakceptować swojej inności, gdyby nie stabilne, nienaruszalne wsparcie rodziców, którzy nie pozwolili, żeby wyraz nienormalna choć zakiełkował w jej głowie. Spędzała więc dzieciństwo dokładnie tak, jak reszta jej rówieśników, poznając uroki szkolnych ławek i placów zabaw, i starając się nie zauważać nadciągających nad Europę chmur, stopniowo poszarzających ulice i ściągających uśmiechy ze znajomych twarzy sąsiadów. Gdy niepokój mimo wszystko do niej docierał, ściskając drobną klatkę piersiową niewidzialną obręczą, uciekała do świata baśni, czytając na nowo wciąż te same historie i pokrywając kuchenne ściany kolejnymi rysunkami, z każdym rokiem – coraz bardziej realistycznymi.

A czas pędził nieubłagalnie, w niezrozumiały sposób zderzając wydarzenia i światy ze sobą. Trudno było nie docenić jego wyjątkowo wyszukanego poczucia humoru, mając świadomość, że dokładnie tego samego dnia, w którym życie Margaux obierało nowy tor, podniebną drogą prowadząc ją w stronę wyśnionego Beauxbatons, świat mugoli stawał w płomieniach, nadając ekscytującej podróży w nieznane gorzkiego posmaku od dawna wiszącej w powietrzu wojny. Co prawda stwierdzenie, że odległe, niemal abstrakcyjne wybuchy i pociski odbierały jej radość z odkrywania tajemnic czarodziejskiej rzeczywistości, byłoby sporym nadużyciem, ale fantomowe widmo zagrożenia istniało, przypominając o sobie w momentach, w których drżącymi palcami otwierała listy z domu, zawsze na samym początku szukając na pożółkłym pergaminie pomarszczonych śladów łez.

Poza tymi ulotnymi chwilami była zwyczajnie szczęśliwa. Uczucie przynależenia i normalności powitało ją całą swoją cudownością, na nowo rozbudzając w niej wrodzoną ciekawość i fascynację wszystkim, co widziała dookoła. Uczyła się więc dużo, przy każdej okazji wysyłając do domu barwne listy, pełne szczegółowych ilustracji i opisów magicznych roślin, obiecując matce, że jeśli tylko jej się uda, przywiezie jakieś ze sobą. Nie przestała rysować, a umiłowanie do papieru i kolorowych ołówków zaprowadziło ją w szeregi Harpii. Mimo że szybko zorientowała się, że czarodziejski świat nie był wolny od podziałów, nigdy nie pozwoliła dać sobie wmówić, że była gorsza; wciąż mając w pamięci obraz spracowanych rąk ojca, chyba umarłaby ze wstydu, uznając – choćby milcząco – wyższość czarodziejów nad mugolami. Słysząc za swoimi plecami docinki i obelgi, tylko wyżej podnosiła głowę, choć na te paskudniejsze i skierowane bezpośrednio w jej rodzinę, zdarzyło jej (w późniejszym okresie) odpowiedzieć zaklęciem. Na ogół otaczała się jednak wiernymi przyjaciółmi, których, o dziwo, nigdy jej nie brakowało, i to myśl o nich głównie podtrzymywała ją na duchu, gdy po niecałym roku wojny jej ukochana Francja wywiesiła białą flagę.


O gruzach, muminkach i zaczynaniu od początku

Powroty do domu stały się smutniejsze. Wydawało jej się, że w Lorient z każdym kolejnym rokiem było ciemniej; po ulicach coraz częściej chodzili krzyczący w nieprzyjemnym, ostrym języku żołnierze, a niegdyś piękna, spokojna wioska rybacka, zamieniła się w bazę wojskową. Przejrzyste powietrze zasnuł gryzący dym, ryby w zatoce zdechły, bądź przeniosły się w inne miejsce, a rośliny w otaczającym kamienny domek ogródku zaczęły usychać. Strach towarzyszył im już niemal nieustannie, ale nie ten ostry i krótkotrwały, a nieprzerwany i dławiący, unoszący się nad ziemią niczym opar. Nawet te krótkie wizyty w czasie wakacji i świąt ją przygnębiały, chociaż rozłąka była chyba jeszcze gorsza; trudno było jej bowiem cieszyć się z cudownego życia w Beauxbatons ze świadomością, że jej rodzice w każdej chwili mogli znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i o nieodpowiednim czasie. W domu coraz częściej mówiło się zresztą o ucieczce do rodziny pana Vance’a w Wielkiej Brytanii, a ostateczna decyzja została podjęta, gdy pani Vance po raz drugi - zupełnie niespodziewanie – zaszła w ciążę. Wyjechali w ostatniej chwili; minął zaledwie miesiąc odkąd Margaux odebrała pierwszy list adresowany z Anglii, gdy na jej ukochane miasteczko zaczęły spadać bomby, niemal całkowicie zrównując je z ziemią, razem z kamiennym domkiem, niebieskim płotem i białymi gardeniami.

Miała czternaście lat, gdy po raz pierwszy zamiast do Francji, przyjechała na wakacje do Kornwalii, żeby zastać rodziców nieco szczuplejszych i ze zdecydowanie większą ilością siwych włosów, ale – co przywitała z widoczną ulgą – wyglądających na szczęśliwych. I nie tylko ich; w jej starej kołysce, jakimś cudem ocalałej z wojennej zawieruchy, spał jej maleńki braciszek, oddychając spokojnie i jakoś tak kojąco. Pełna wdzięczności za ocalenie jej rodziny w całości, nie od razu zauważyła, że mama patrzyła na chłopca z jakimś dziwnym, nieodgadnionym smutkiem; nie skojarzyła skośnych fałdek nad jego oczami z niczym nieodpowiednim, śmiejąc się tylko z jego nienaturalnie okrągłej twarzy i nazywając go Muminkiem. Pozbawiona uprzedzeń, pokochała go całą mocą swojego młodego serduszka, i dopiero po wielu miesiącach zrozumiała, że on również był na swój sposób niezwykły, choć tym razem nie należało liczyć na wizytę czarodziejskiej wróżki, która magicznie przeistoczyłaby chorobę w dar.

To właśnie w tamtym okresie w Margaux zaczęła kształtować się wizja jej własnej, czarodziejskiej przyszłości, do tej pory dosyć mglista i nieokreślona. Nadal jeszcze niezaślepiona podziałami i patrząca na świat w sposób idealistyczny, chciała go, najprościej mówiąc, uleczyć. Z wojen i cierpienia, z niesprawiedliwości i chorób; mimo że lekarze bezlitośnie nie dawali jej bratu więcej niż kilka lat życia, uparcie wierzyła, że nauczy się, jak go odczarować, i to mu niezłomnie obiecywała, niepewna, czy choć przez chwilę rozumiał, co do niego mówiła; sam nigdy nie nauczył się składać zdań, ale czasami wydawało jej się, że lubił oglądać jej bajkowe obrazki. Więc przysyłała mu je co tydzień, początkowo ilustrując doskonale znane sobie baśnie, później wymyślając własne. Słoneczne popołudnia w otaczających Beauxbatons ogrodach odeszły w niepamięć, w imię długich, mozolnych, spędzanych w bibliotece godzin, w czasie których starała się nauczyć na temat magicznej medycyny najwięcej, jak tylko była w stanie. Szkolne zbiory okazały się jednak rozczarowująco ubogie, dlatego stała się częstym gościem w skrzydle szpitalnym, najprawdopodobniej doprowadzając pielęgniarkę do białej gorączki ilością wypływających spomiędzy jej ust pytań. Czy starsza kobieta faktycznie chciała jej pomóc, czy w końcu udało jej się wyczerpać jej cierpliwość – pozostaje kwestią dyskusyjną, w każdym razie od tej pory weekendy Margaux wypełniły się jeszcze bardziej niż dotychczas, bo popołudnia i wieczory spędzała jako szpitalna pomoc, wykorzystując każdą okazję do podpytania swojej świeżo upieczonej mentorki o dodatkowe zaklęcie. Szkolne przedmioty co prawda nieco na tym cierpiały, nie jednak na tyle, żeby jej zaszkodzić – chociaż uroki czy transmutacja nie były jej konikiem, to dzięki umiłowaniu do ksiąg i roślin, z zielarstwa i historii magii nie miała sobie równych, a kiedy po otrzymaniu wyników egzaminów składała podanie o staż w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, plan na przyszłość rysował się przed jej oczami jasno i klarownie.


O rozczarowaniach, baśniach i rudowłosym chłopcu

Ministerstwo Magii wydało jej się chłodne i obce, w porównaniu do zalanych słońcem korytarzy Beauxbatons, ale to nie brak naturalnego światła spowodował, że pierwsze chwile stażu zapamiętała jako koszmarne. Młodzieńcze ideały, czyste i urocze w swojej naiwności, już pierwszego dnia zderzyły się z brutalną, naznaczoną podziałami rzeczywistością, ścierając ufny i życzliwy uśmiech z dziewczęcych ust i pokazując Margaux, gdzie było jej miejsce. W Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof nie było bowiem otwartych urzędników, gotowych wysłuchać jej postulatów; Czarodziejskie Pogotowie Ratunkowe, do którego trafiła, zamiast pracą u podstaw, zasypało ją papierkową robotą, której żaden uprawniony pracownik nie chciał ruszyć. Zamiast więc zmieniać świat, segregowała dokumentację, przez wiele miesięcy interwencje oglądając jedynie na kartach raportów i w niekończących się podręcznikach z zaklęciami. Spomiędzy jej ust nigdy jednak nie wypłynęło nawet słowo skargi; kiedy po pół roku przeniesiono ją na korytarze Świętego Munga, gdzie drepcząc za plecami doświadczonych uzdrowicieli, redefiniowała wszystkie swoje przekonania na temat estetyczności i wzniosłości pracy z ofiarami źle rzuconych zaklęć, tylko zaciskała zęby, starając się, żeby szeroki uśmiech na jej twarzy wypadał co najmniej naturalnie, odkrywając w sobie pokłady siły i współczucia, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewała. Za co była częściowo wdzięczna, bo gdy wreszcie wypuszczono ją w teren, tylko doświadczenia ze szpitalnych sal utrzymały jej żołądek na swoim miejscu, podrygujący niebezpiecznie na widok rozszczepionej ofiary kiepsko wykonanej teleportacji.

Chociaż wydawało się, że magiczne korytarze szlacheckich układów, godziny spędzane na składaniu rozczłonkowanych czarodziejów i udzielanie pierwszej pomocy amatorom spontanicznych pojedynków, wciągnęły ją do reszty, nigdy nie zapomniała, po co właściwie się tam pojawiła. Każdą wolną chwilę poświęcała rodzinie, niejako przejmując rolę starzejącej się matki w utrzymaniu domu. Mnóstwo czasu spędzała na zewnątrz, za punkt honoru przyjmując sobie odtworzenie ich francuskiego, kwiatowego ogrodu. Gardenie nie chciały co prawda rosnąć w angielskim klimacie, chłodnym i wilgotnym, ale nawet one nie potrafiły oprzeć się odrobinie magii. Nie przestała też rysować, długie wieczory spędzając w dziecinnym pokoju brata i opowiadając mu o czarodziejskim świecie, którego jego umysł i tak nie był w stanie pojąć. Wkrótce z jej prac powstały całe zeszyty opowiadań, składających się głównie z ruchomych obrazków, które muminkowe rączki potrafiły przeglądać godzinami, podczas gdy chłopięce usta rozciągały się w ufnym uśmiechu.

Wbrew pozorom, wciąż była na swój sposób szczęśliwa. Chociaż kolejne lata w ministerstwie uczyniły jej skórę twardszą, a głos stał się bardziej stanowczy, to nic nie było w stanie zdusić jasnego spojrzenia na świat, doszukującego się dobra w zwyczajnej codzienności. Każdy kolejny dzień, mimo że niósł ze sobą niekończące się przeszkody, okazywał się odrobinę łatwiejszy od poprzedniego. No i był jeszcze Garrett; przyszły auror, zdający się podzielać jej przekonania i ideały, który w jakiś tajemniczy sposób zmienił się z przypadkowo mijanego na korytarzach nieznajomego, w osobę pretendującą do zajęcia najważniejszego miejsca w jej osobistym układzie słonecznym. Nie wiedziała, kiedy dokładnie pojawił się w jej życiu, ani dlaczego zwrócił uwagę właśnie na nią – niepozorną mugolaczkę, wciąż zmagającą się z barierą językową, odpowiadającą mu z zabawnym, francuskim akcentem i mylącą akty z aktami.


O ucieczkach, powrotach i złamanych sercach

Miała dwadzieścia trzy lata, kiedy stwierdziła, że jej życie obrało w końcu kierunek, który od samego początku próbowała mu nadać. Staż dobiegł końca i chociaż wciąż niewiele miała do powiedzenia w kwestiach dla niej istotnych, to udało jej się odnaleźć niezastąpioną satysfakcję w wykonywanej pracy. Nie uważała jej już za nieznośną, a przez większość dni dostrzegała w niej nawet głębszy sens, tymczasowo zapominając o szeroko zakrojonych planach uleczenia całego świata. Pomagała stopniowo, po kawałeczku, pozostały czas dzieląc między stary dom, a ten zupełnie nowy, który postanowiła spróbować stworzyć z Garrettem. Ich wspólne mieszkanie nie było być może duże ani wystawne, ale na tym przecież nigdy jej nie zależało; każde z nich włożyło w nie cząstkę siebie i to w zupełności jej wystarczało, kiedy z uśmiechem na ustach ustawiała w oknach doniczki z kwiatami i wieszała śnieżnobiałe zasłony, z jakąś nieposkromioną pewnością, że wszystko będzie dobrze.

Przegapiła gdzieś moment, w którym ta starannie pielęgnowana rzeczywistość, zaczęła się rozwarstwiać, początkowo jedynie łuszcząc się brzydko, jak odłażąca od ścian farba, a później już bezpowrotnie uciekając jej spomiędzy palców. Nie wiedziała, co dokładnie spowodowało, że zaczęła się wycofywać do wewnątrz; czy atakujące ją podstępnie poczucie bezcelowości, gdy dostrzegła w końcu, że wcielała się każdego dnia w beznadziejną rolę toczącego kamień Syzyfa; czy fakt, że coraz rzadziej zdarzało jej się patrzeć na narzeczonego z podziwem, a coraz częściej z niepokojem; czy niespecjalnie kolorowe wieści, napływające od rodziny, które sprawiały, że miała ochotę rzucić wszystko w niepamięć i bez słowa pognać z powrotem do Kornwalii. W każdym razie – dusiła się, milcząco i długo, początkowo licząc na to, że narastająca paranoja minie jej samoistnie, a jej życie dobrowolnie wskoczy na właściwe tory. Nie brakowało jej przecież niczego, dlaczego więc czuła się, jak zamknięty w klatce ptak?

Odeszła bez ostrzeżenia i bez wyjaśnień, prawie z dnia na dzień decydując się na spakowanie walizek i tylko cudem powstrzymując łzy na tyle długo, żeby zdążyć zamknąć za sobą drzwi. Nie udało jej się jednak zignorować cichego trzaśnięcia, które odbiło się echem w jej klatce piersiowej, gdy nienaruszone do tej pory serce pękło na pół. Szlochała długo i żałośnie, chyba po raz pierwszy w życiu pozwalając sobie na tak oczywiste okazanie bezsilności i dopiero gdy zabrakło jej sił, wyszła z cienia chłodnej klatki schodowej. Wróciła do rodzinnego domu, również nie tłumacząc zaskoczonym rodzicom niczego, z obezwładniającym poczuciem powrotu do punktu wyjścia i brakiem planu na cokolwiek. Poddawała się, owszem, na jakiś czas rezygnując zarówno z rozwijającej się kariery, jak i podniosłych idei zmieniania świata. Nie spodziewała się, że to właśnie jego cichy koniec nakłoni ją finalnie do ponownego podjęcia walki.


O końcu i początku

Jej brat odszedł w lutym tego roku, po krótkiej i bezgłośnej walce z zapaleniem płuc, z którym jego nieporadny, jedenastoletni organizm, nie był w stanie sobie poradzić. Ona również nie potrafiła mu pomóc, zmuszona do bezsilnego obserwowania ulatującego z niego życia, zbyt młodego i zdecydowanie niesprawiedliwego. Nie płakała, uśmiechając się do niego do samego końca, i do samego końca czytając mu w nieskończoność napisane przez siebie bajki, których później już chyba nawet nie słyszał. Pochowali go na niewielkim cmentarzu w Kornwalii, w trumnie o rozmiarze, którego nie powinno się w ogóle produkować. Pogrzeb był cichy i skromny, złożony z ich trójki i nielicznej garstki przyjaciół. Nie powiadamiała znajomych z Londynu, sama do końca nie wiedząc, dlaczego; być może uznała, że to była jej własna walka i kończącą ją porażkę wolała zachować dla siebie.

Przeprowadziła się z powrotem do stolicy niedługo później, stwierdzając, że w domu nikomu nie była już potrzebna. Czarodziejskie Pogotowie Ratunkowe, po początkowym kręceniu nosem, przyjęło ją z powrotem; za niewielką pensję wynajęła maleńkie mieszkanko w mugolskiej części Londynu, do którego wprowadziła się samotnie, ale obecnie żyje w nim razem z przygarniętym z ulicy, białym kotem. Wmawia sobie, że nadal nie porzuciła idealistycznych planów; marzy jej się rzeczywistość, w której czarodzieje i mugole pomagaliby sobie wzajemnie, całkowicie świadomi swojego istnienia. W wolnym czasie nadal rysuje, a dziwną pustkę w sercu wypełnia udzielając się jako wolontariuszka na dziecięcym oddziale w Świętym Mungu.

W marcu, pod wpływem spontanicznej chwili, wysłała swoje prace do czarodziejskiego wydawnictwa. W lipcu ilustrowany zbiór baśni jej autorstwa ukazał się na półkach księgarni, nie odnosząc co prawda spektakularnego sukcesu, ale sprzedając się całkiem nieźle; część honorarium wysłała rodzicom, resztę wsypała do Fontanny Magicznego Braterstwa. Chociaż przekonuje samą siebie, że pogodziła się z przeszłością, kilka razy zdarzyło jej się pozornie przypadkowo zabłądzić pod drzwi Garretta. Nie przyznaje się do tego sama przed sobą, skupiając się na mozolnym odbudowywaniu własnego życia kawałek po kawałku i na nowo szukając sensu w tym wszystkim, co kiedyś stanowiło sens samo w sobie.



Patronus: Nigdy nie zastanawiała się nad tym, dlaczego jej świetlisty obrońca okazał się być akurat kolibrem. Być może miało to coś wspólnego ze spędzonym wśród kwiatów dzieciństwem; podobnie jak w przypadku najmniejszego ptaka świata, i jej siła nie tkwi w końcu w rozmiarach.

Przywołując patronusa, Margaux wybiera z szerokiego wachlarza wspomnień, czasami cofając się pamięcią jedynie o kilka lat wstecz, innym razem sięgając aż do odległej Francji. Najmocniejszym jest chyba obraz jej braciszka, wyglądającego z dziecięcej kołyski, dokładnie w momencie, w którym zobaczyła go po raz pierwszy.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 19 +3 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 0 Brak
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 28 +2 (różdżka)
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 0 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: francuski II0
Język obcy: angielskiII2
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AnatomiaIV40
AstronomiaI2
Historia MagiiI2
ONMSI2
RetorykaI2
SpostrzegawczośćI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznastwoII0
Silna wolaII5
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon FeniksaI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (tworzenie prozy)II3
Literatura (wiedza)I0,5
Malarstwo (wiedza)I0,5
Malarstwo (tworzenie)II3
GotowanieI0,5
KrawiectwoI0,5
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec współczesnyI1
ŁyżwiarstwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Brak-0
Reszta: 6

Wyposażenie

różdżka, kot, 12 punktów statystyk

[bylobrzydkobedzieladnie]




I've polished this anger
and now it's a knife




Ostatnio zmieniony przez Margaux Vance dnia 29.01.16 22:13, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Margaux Vance   04.09.17 17:07

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Panna Vance to ratowniczka o gołębim sercu, umiejętnościach leczniczych, jakich pozazdrościłby jej niejeden uzdrowiciel, a jej zdolności artystyczne zapewniają niezwykłe dzieciństwo niejednemu małemu czarodziejowi. Gdziekolwiek się pojawi, można być pewnym, że trafiło się w odpowiednie ręce. Jednak pod płaszczem dobroci, niesienia pomocy, kryją się stare blizny, które determinowały życie kobiety. Czy tym razem Margi zawalczy na powrót o szczęśliwą przyszłość u boku rudowłosego Weasleya?

OSIĄGNIĘCIA
Gołębie Serce
Weteran, Partia nigdy cię nie zdradzi, Światło w Ciemnościach I
Bez oczka w rajstopach (Odsiecz)
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
teleportacja łączna
Kartę sprawdzał: Allison Avery


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Margaux Vance   04.09.17 17:08

WYPOSAŻENIE
Różdżka, kot, pierścień Zakonu Feniksa

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: kora drzewa Wiggen

BIEGŁOŚCI[31.01.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[12.08.17] Wsiąkiewka +2 PB do reszty
[02.11.17] +1 PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[21.11.15]
[08.01.16] Teleportacja -50 pkt
[04.03.16] Mung +10 pkt
[10.03.16] Podziemny Labirynt +60 pkt
[20.04.16] Spotkanie zakonu feniksa +40pkt
[15.07.16] Sylwester w Dolinie Godryka: +40 pkt
[16.07.16] Zwrot punktów doświadczenia +5 pkt
[22.07.16] Wykonywanie zawodu (sty/lut) +50 pkt
[23.08.16] Rozgrywka z konta Ain Eingarp +10 pkt
[01.10.16] Wsiąkiewka (lis-gru) +60 pkt
[13.12.16] Osiągnięcie: Weteran +100 pkt
[15.12.16] Misja Zakonu Feniksa, +150 pkt, +3 punkty biegłości Zakonu Feniksa
[15.12.16] Nabycie umiejętności: teleportacja łączna -500 PD
[25.12.16] Spotkanie Zakonu Feniksa +15PD
[30.12.16] Osiągnięcia: Partia nigdy cię nie zdradzi, Światło w Ciemnościach I, +90 pkt
[01.01.17] Klub pojedynków (kwiecień) +20PD
[03.01.17] +2 pkt OPCM, -240 PD
[09.01.17] Wykonywanie zawodu (marzec) +50 PD
[28.01.17] Zwrot PD; +20PD, 1pkt OPCM
[29.01.17] Zakup Różdżki; -20PD
[31.01.17] Wsiąkiewka - marzec: +60 PD, +2 PB
[05.03.17] Zakupy: +1 pkt opcm, -120 PD
[02.04.17] zwrot pd (teleportacja + 3x statystyki) +110 PD
[28.05.17] Rozdanie dodatkowych punktów statystyk (+5 OPCM)
[13.06.17] Aktualizacja postaci: +1 punkt magii leczniczej, -40 PD
[26.07.17] Odsiecz, +175 PD, +3 punkty biegłości zakonu
[01.08.17] Zwrot (Gringott) - kot, +10PD;
[05.08.17] Zakupy: +4 pkt opcm, -400 PD
[12.08.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień), +50 pkt
[12.08.17] Wsiąkiewka (kwiecień, I), +60 PD, +2 PB
[01.10.17] Zakupy: +1 pkt magii leczniczej, -100 PD
[11.11.17] Zwrot za statystyki i teleportację łączną, +260 PD
[11.11.17] Jednostka badawcza, poziom I, +1 pkt magia lecznicza, obniżenie ST zaklęcia (Curatio Vulnera Horribilis)


Powrót do góry Go down
 

Margaux Vance

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17