Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salonik na piętrze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Salonik na piętrze   03.12.15 22:22

First topic message reminder :

Salonik na piętrze

Utrzymany w jasnej kolorystyce, przestronny pokój z ogromnymi oknami zapewniającymi dużą ilość promieni słonecznych wpadających do środka i miękko oświetlających wnętrze. Kanapa wyściełana jest przeróżnymi poduszkami, na stoliku kawowym zawsze znajduje się patera z przekąskami, czajnik z herbatą i szkicownik, na krzesłach bezustannie leżą skrawki materiałów lub ozdobne pudełka, w które pakuję gotowe suknie - salonik jest moją nieoficjalną domową pracownią, wypełnioną wonią wiecznie kwitnących storczyków.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Salonik na piętrze   21.08.17 21:52

Tym właśnie była miłość według Lovegood, wyraźnym widzeniem i rozumieniem. Lojalnością, która sprawia, że odpuszczenie sobie nie jest nawet rozpatrywane w kategoriach wyboru, gdy wszyscy inni odchodzą. Mylił się ten, kto w sieć utkaną z uczuć wpisywał bezkompromisowe zaślepienie i uległość zaprzeczającą zdrowemu rozsądkowi; to uczucia pozwalały patrzeć szerzej i dalej niż obejmowały to ramy skostniałych schematów - i pamiętać o tym, że ideał jest wyłącznie mrzonką. W swoim życiu Harriett miała niewypowiedziane szczęście cieszyć się przyjaźnią bezwarunkową, niezawodzącą nawet w najcięższych chwilach i niesłabnącą, gdy głupota jej działań sięgała zenitu; niczego mniej nie potrafiła życzyć Benjaminowi - nawet gdy on sam odwrócił się od niej, wyznaczając sztuczną granicę przebiegającą przez środek ich świata, w kręgu swoich bliskich, w kręgu, który przez pół dekady był bliski również jemu, wbrew wszystkiemu i wszystkim domagała się prawa akceptacji dla wyborów niepojętych, budowania mostów zamiast murów. Z jakim skutkiem, kwestia interpretacji. Najwyraźniej w kwestii beznadziejnego idealizmu byli sobie z Frederickiem bardzo podobni.
- Musisz mi wybaczyć, zbyt dużo czasu spędzam w towarzystwie Aarona, by nie wierzyć w mistyczną moc herbaty - wyznała niemalże konspiracyjnym szeptem, przełamując linię ust uśmiechem, zupełnie jakby czuła, że w niedalekiej przyszłości ten wyraz wesołości przestanie przychodzić jej z aż taką łatwością. Chciała się zapomnieć, choć na parę chwil. Przywołała do pomieszczenia skrzatkę - zbytek luksusu pozostałego po mężu - i wnętrze komnat niedługo później wypełnił aromat świeżo parzonej herbaty. Ujęła imbryk ostrożnie, by wypełnić nią porcelanowe filiżanki po brzegi.
- Wbrew pozorom, sądzę, że to właśnie ty zostałbyś przez nią najcieplej przyjęty - może nawet przymknęłaby oko na niewygodny szczegół twojego wydziedziczenia, mówiąc przewrotnie, że urodzenie definiuje w wystarczającym stopniu. A może wprost przeciwnie. - Nie dałaby mi żyć spokojnie, gdyby odkryła, że pomimo nie pozastawiającego zbyt wielu nadziei staropanieństwa Selina obraca się w lepszym towarzystwie - kpiła dalej stosunkowo neutralnym tonem; o ile łatwiej było rozmawiać o babci Lovegood bez zgrzytania zębami, gdy znajdowała się daleko! Towarzystwo - wybacz eufemistyczny dobór słownictwa, Fredericku, wciąż nie jestem pewna na ile ostrożnie powinnam nazywać obecny stan rzeczy, ostatnie wydarzenia pokazały wyraźnie, że miewam tendencje do nadinterpretacji i zbyt pochopnego sięgania po większy kaliber. - Obawiam się, że jeszcze jeden punkt więcej i babcia Lovegood wysłałaby nam wszystkim listy z gratulacjami za to, z jakim zacięciem kontynuujemy jej tradycję zagęszczania atmosfery przy stole - zaśmiała się krótko, odrobinę ponuro. - Zazwyczaj nieprzychylność wyczuwalna jest tylko z jednej strony stołu, pozbawionej w dodatku przewagi liczebnej - jak było tym razem, wiemy oboje. Skinąwszy głową w milczeniu, westchnęła z rezygnacją, po czym zatopiła usta w herbacie, po raz kolejny wracając myślami do groteskowej uroczystości.
- Och nie, nic mi nie wiadomo o płonących stosach. Chociaż nie mogę wykluczyć, że nikt nie zaginął w tajemniczych okolicznościach - dołączyła do na wpół pogodnego żartu, nie czując się wystarczająco upoważniona do komentowania zamkniętych rozdziałów życia Seliny - rozdziałów, o których nie miałaby pojęcia, gdyby nie łącząca kuzynki zażyłość. Za nic na świecie nie chciała jej nadużywać. Może właśnie dlatego ponownie kupiła sobie trochę czasu na zebranie myśli, upijając parę łyków herbaty. - To nie gra - zaprzeczyła zdecydowanie, marszcząc jasne brwi; tego jednego była pewna. - Po prostu… - po prostu nie jest taka twarda, na jaką chciałaby wyglądać, po prostu otwarcie się na emocjonalną bliskość kosztuje ją więcej niż innych, po prostu cierpiała już wcześniej i nie wyobraża sobie dobrowolnie prosić o powtórkę, po prostu nie jest przyzwyczajona do zdzierania z siebie pancerza ochronnego, po prostu boi się, że złożysz obietnice, których nie będziesz potrafił dochować; wyjaśnień ilość niezliczona - daj jej więcej czasu, nie naciskaj - poprosiła zamiast tego nieco przyciszonym głosem, a na jej twarz wkroczył przepraszający wyraz. Odpowiednie słowa wciąż nie przychodziły.
Pokręciła głową przecząco - po raz kolejny. - Niestety, nic o niej nie wiem - a może po prostu niezbyt uważnie słuchała w tych nielicznych momentach, w których wspominana była dalsza część rodziny Lovegoodów, niezwiązanej z nią bezpośrednio? Kto wie. - To co mówiła nie brzmiało na dziecięcy żart - stwierdziła ostrożnie, niechętnie wspominając zasłyszane w trakcie tkwienia pośrodku korytarza wróżby nieszczęść. Pod tym względem nie żałowała przedwczesnego opuszczenia zebranego w jadalni grona, nie czuła się gotowa na robienie dobrej miny do podobnego przedstawienia.
Zastukała paznokciami w kruchą porcelanę obracaną w palcach, zastanawiając się czy nie powiedziała zbyt wiele - i czy Fox faktycznie nie usłyszał już podobnej historii opowiadanej z punktu widzenia Benjamina. Może nie na przestrzeni ostatnich dni, może nie po skażeniu wszystkiego goryczą, lecz znacznie wcześniej, po obfitym w zwroty akcji i niemniej owianym tajemnicą przełomie marca i kwietnia. - Mieliśmy porozmawiać na spokojnie, zobaczyć czy potrafimy w ogóle odciąć się grubą kreską od tego, co było - spróbować na nowo, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało? - Był w naprawdę kiepskiej formie, mówił, że musi wyjść na prostą… Mówił różne rzeczy, nie widziałam co było prawdą, a co narkotycznym delirium - czy to już dobra wymówka do wbicia noża w plecy i wyrachowanego przekręcania klingi? - Były sprawy, które musiałam uporządkować, rzeczy, o których nie mogłam mu wtedy powiedzieć - nie wtedy, gdy w pionie trzymała go jedynie nadzieja. Nazwij to zwodzeniem, Fredericku, naprawdę miałam jak najlepsze intencje. A nadzieja - udzieliła się i mnie, wbrew samej sobie. - Mieliśmy nie mieć przed sobą sekretów. Ale mojego sekretu nie potrafił znieść - upiła kolejny łyk herbaty, lecz gdy ta nie zdołała wypłukać z jej ust cierpkości przywołanej słowami, odstawiła w połowie osuszoną filiżankę na pobliski stolik i splotła palce ze sobą.
- Myślałam, że… - w końcu wszystko się ułoży, zaczęła, lecz urwała momentalnie. - Byłam w błędzie - zacisnęła palce mocno. Mocniej niż powinna. - Jak mogłabym wydawać się szczęśliwa na widok kogoś, kto nawet nie potrafi na mnie spojrzeć? - zapytała w odpowiedzi i byle brzdęk porcelany był w stanie zagłuszyć jej zduszony szept. Mieć go tuż obok siebie i nie czuć nic oprócz chłodu, naiwnie szukać kontaktu i napotykać mur nie do pokonania, wiedzieć rzeczy, które wżerały się w myśli niczym kwas i nie móc mu tego powiedzieć - nie znała wyższego wymiaru kary.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Salonik na piętrze   02.09.17 20:49

- Tea time. Nigdy nie przywiązywałem do niego większej wagi. - Odparłem na dygresje dotyczącą herbat; nie czułem się szczególnie oddany rodzimej tradycji. Może przez wychowanie, które sprawiło, że w dorosłym życiu chciałem wyłącznie uciekać od wszystkiego, co powtarzało utarte schematy, a może przez podróże, które – choć nie uczyniły ze mnie kosmopolity – odcisnęły trwałe piętno w moich światopoglądach, zmieniając moje przyzwyczajenia na te, które zdawały się być faktycznie bliskie memu sercu. Poranna medytacja. Krótka seria asan dla wzmocnienia ciała i ducha. - Być może niesłusznie. - Dodałem po chwili, zanurzając usta w ciepłym naparze, który – podobnie jak podczas obiadu – zaskoczył mnie swoim bogactwem smaków.
- Mimo wszystko nie sądzę, by wasza babcia była gotowa na moją... jakby to ująć, ekstrawagancję. Choć z drugiej strony na przestrzeni lat musiała jakoś przywyknąć do standardów Seliny, więc może jednak jakoś by mnie zniosła. - Kto wie, może wbrew pozorom Osa miała wiele wspólnego z babcią Lovegood... - Lepszym? Kogo masz na myśli? - Benjamina? Zaima? Obaj zeszli ze sceny wystarczająco dawno temu, by raczej nie zaprzątać głowy babci Lovegood. - Może dlatego, że przy waszym stole nie zasiadają mordercy? - Rzuciłem ironicznie, gdy Harriett nakreślała charakter rodzinnych spotkań. Nie, nie mogłem wiedzieć, że Aaron miał krew na rękach, podobnie jak nie istniały wystarczające dowowy na zbrodnie Mulcibera; skoro jednak ten zdawał się krążyć niebezpiecznie blisko kuzynek Lovegood, czułem, że powinienem podzielić się tą wiedzą. Nawet, jeśli jej źródła nie były potwierdzone, jedno wiedziałem na pewno – należał do Rycerzy Walpurii, a ci udowodnili już, że nie mają czystych intencji.
Sam nie wiem, czego od ciebie oczekiwałem. Na pewno nie instrukcji obsługi Seliny, tą musiałem napisać sam; wiedziałem przecież, że lubi bawić się mężczyznami; że zgrywa niedostępną tylko po to, by odejśc, gdy straci zainteresowanie; że nikt nie ma prawa sforsować bram do jej serca. Część mnie chciała wierzyć, że nie miałem prawa się jej znudzić, druga podpowiadała jednak, że ten dzień w końcu nadejdzie. Że póki trwa pogoń za Białym Królikiem, póki Lovegood znajduje się w Krainie Czarów, sen będzie trwał. Aż przebudzi się pod drzewem, wypoczęta, gotowa na nowe przygody, zapominając o Szalonym Kapeluszniku.
Nie chciałem tego. Byłem przykuty do rzeczywistości. I w tym prawdziwym świecie pożądałem jej. Nie dla zabawy. Nie na chwilę. Na zawsze.    
- Dziesięć lat, Hatsy. - Przypominam ci, od jak dawna trwała moja znajomość z Seliną, choć upłynęło sporo czasu, zanim zdałem sobie sprawę z tego, jak źle znoszę deficyt jej towarzystwa, jak u jej boku rosnę w siłę, jak mój żołądek wypełniają rozszalałe motyle. Czułem to wszystko – i jeszcze więcej. Miała ciężki charakter, to prawda. Ale czy nie podobnie było z Jamiem? Potrafił być rozkapryszony jak nastolatka, a jednak przyciągał do siebie ludzi jak magnes. Oboje posiadali tę estradową ikrę, oboje potrafili porwać serca tłumów, piąć się na szczyt – po trupach. Nie byli stworzeni do porażek. I często, zupełnie mimowolnie, posyłali kulę prosto w serce tym, którzy byli im najbliżsi. Dlaczego? Tego nie potrafiłem zrozumieć. Po prostu zaakceptowałem to jako cenę za ich przyjaźń. - I poczekam drugie tyle, jeśli będzie trzeba. - A ty, Harriett? Czy byłabyś gotowa czekać równie długo? Czy miałaś w sobie wystarczająco siły, by przyjąć wszystkie ciosy wymierzone w swoją stronę? Nie, nie oskarżam cię. Szukam tylko odpowiedzi. Bo jesteś mi równie bliska.
Byłem już stracony w oczach Seliny – bo śmiałem sięgnąć po coś, co do mnie nie należało. Wykreśliła mnie ze swojego życia, odprawiła z wilczym biletem. A jednak – nie odpuściłem. Pozwoliłem jej wylizać rany. Pozwoliłem jej zapomnieć. Pozwoliłem jej zatęsknić.
I być może w tym szaleństwie była metoda.
Kiwam głową, na znak, że rozumiem już dostatecznie. Nie wiesz więcej na temat Cassandry Vablatsky ani jej rodziny – i być może to kolejny powód, który sprawia, że moje zainteresowanie kobietą rośnie. A później już tylko słucham, z jakim trudem przychodzi ci mówienie o Jamiem.
- Dlaczego nie możesz założyć, że wszystko było prawdą? - Nie wiedziałem, co zdradził ci Jamie – ale biorąc pod uwagę czas, w którym się to działo, mogłem się domyśleć. Jego powrót. Odkupienie. I w końcu – próba. Mnie również nie przychodziły łatwo rozmowy z Seliną, która najpewniej wzięła mnie za pomyleńca, albo równie ponurego wieszcza, jak mała Lysa. - Odesłałaś go. - Zauważyłem. - Rozumiem, że nagły zryw uczuć do ciebie mógł wydać si się podejrzany... ale znasz Jamiego. Jest zbyt... - zbyt głupi, oboje to wiemy, ale ten epitet jakoś nie chciał mi przejść przez gardło. - nieskomplikowany na gry. - Tak, to ładne określenie na Wrighta. - O czym nie mogłaś mu powiedzieć? - Chodziło tylko o Rosiera, czy o coś jeszcze? - Dbał o ciebie, Hatsy. Przez cały ten czas było widać, jak nie potrafi o tobie zapomnieć. Być może nie umiał tego pokazać. Zupełnie tak, jak Selina. Ale prosił mnie, bym strzegł cię jak oka w głowie, gdyby coś mu się stało. Nie byłaś mu obojętna. Nie w tamtej chwili. I trudno było mi uwierzyć, że to się zmieniło. - Uniósł się dumą. Ale widziałem już raz, jak ją zgasił. Jak wrócił z podkulonym ogonem do Zakonu, błagając o przebaczenie. Pokonał własne demony. A ty, Hatsy? Potrafiłaś stawić czoło swoim? - Nie przyszedłem po to, by szukać winowajcy. - Byliście nimi oboje. - Po prostu... nie potrafię patrzeć na waszą dwójkę, która nieustannie wyniszcza się nawzajem w imię miłości.
A ja nie zamierzam przyglądać się bezczynnie jak umieracie. Oboje.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salonik na piętrze   26.12.17 18:08

-Harriett? Harriett? - zawołał Bruno Lovegood, niepewnie przekraczając próg ciepłego domostwa ulubionej chrześniaczki. Jedynej, ale to wcale nie było istotne, bo mężczyzna, jak przystało na wzorcowego przedstawiciela swojej rodziny, każdemu przynosił miłość i dobro w pakiecie razem z najlepszą, indyjską herbatą. I tym razem, po powrocie z dalekich, morskich wojaży wrócił do kraju i ledwie przywitał się z żoną i gromadką dzieci, już ruszył w trasę z niezapowiedzianymi wizytami do pozostałych członków familii, rozrzuconej po całej Anglii. Brunona ominęły dwuletnie perypetie Lovegoodów, a listy nie mówiły równie wiele, jak słowa, więc skrycie podróżnik oczekiwał na ploteczki z pierwszej ręki, właśnie w towarzystwie najlepszej herbaty. Stojąc pod progiem Harriett zdążył się jednak nieco zaniepokoić: pukał głośno kilka minut, lecz odpowiedzią pozostawała cisza... z cieniem przytłumionych głosów gdzieś w tle. Bruno miał niezwykle czujny słuch, wyostrzony podczas leśnych wędrówek, jakie urządzał sobie wraz z matką, gdy jeszcze był dzieckiem. Zadziwiające połączenie krwi Lovegoodów i Sproutów poczyniło z niego mężczyznę oddanego zasadom obydwu domów i łączącego skrajnie różne pasje. Obserwowanie rzadkich gatunków zwierząt i pielęgnowanie nieśmiałych roślinek zaowocowało wręcz zwierzęcym słuchem, stąd też w tej chwili wysnuł logiczny wniosek: w domu ktoś był.
Ostrożnie przekręcił gałkę, zaskoczony, że ustąpiła bez walki - oj, Hattie, czeka cię wykład na temat bezpieczeństwa w tych niespokojnych czasach - i nie czekając na zbawienie, ruszył po schodach, skąd już coraz głośniej słyszał toczącą się rozmowę.
-Harriett? - zawołał raz jeszcze, uchylając drzwi do znajomego saloniku - to ja, wujek Bruno - przedstawił się, jakby kobieta mogła go nie poznać. Dwuletnia absencja, ekscentryczne szaty, jakie sprawił sobie na indyjską modłę i zapuszczona broda mogła utrudnić jej to zadanie.
-A ten kawaler to... Przecież niemożliwe, że Charlie tak urósł! zdziwił się, zdejmując okulary z nosa i przecierając ich szkiełka połą barwnej szaty. Eksperymentalne rytuały, jakim poddawał się podczas swoich podróży, kosztowały Lovegooda nieco rozsądku - mam dla was prezenty, o, proszę, są tutaj - rzekł, klasnąwszy w dłonie, niezmiernie zadowolony z udanej niespodzianki - dla Charliego mam chińskiego smoka, który przynosi szczęście, jeśli tylko codziennie z rana obrócisz go trzy raz tak, by ogonem wskazywał na wschód - powiedział, wyjmując z przepastnej kieszeni jadeitowy posążek, który zdobył podczas krótkiego polowania właśnie na prezent dla małego urwisa - a dla ciebie Hatsy przywiozłem piękną suknię. Ręcznie szyta, ręcznie barwiona. Spójrz na te kolory! I pachnie h e r b a t ą - dodał, rozentuzjazmowany, zachwalając zalety podarunku.
-Nie mogę uwierzyć, że w końcu się z wami spotkałem. Po dwóch latach! Miałem tyle przygód, sztormy, syreny, harpie, połowa mojej załogi uparła się, że chcą zostać na jakiejś wyspie i pewnie narkotyzują się tam halucynogennymi kwiatami, ale mi udało się dotrzeć! - wypiął dumnie pierś, zadowolony ze swego dokonania - a jak tam tobie się wiedzie, kochanie? Charlie wyrósł na dzielnego mężczyznę - pochwalił, sam sięgał mu ledwie do ucha, ale skoro siedział, miał szansę poczochrać jego miodową czuprynę i nie dopatrywać się w tym niczego dziwnego.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Salonik na piętrze   27.12.17 11:51

Rozmowa nagle przycichła, a mój wzrok spoczął na Harriett, jakby oczekując wyjaśnienia niepokojących szmerów, które nagle rozległy się na parterze. Dźwięk kroków sprawił, że mimowolnie chwyciłem za różdżkę, z wolna obracając ją w palcach i kierując ją w stronę wejścia do salonu. Nie byłem przyzwyczajony do nieproszonych gości; mój dom stanowił fortecę nie do sforsowania, ale najwyraźniej kuzynki Lovegood miały to do siebie, że ich drzwi stały otworem dla w s z y s t k i c h, co jakkolwiek brzmiało chlubnie, nie wydawało mi się wcale rozsądne. Gość jednak, kimkolwiek nie był, zdecydowanie nie brzmiał, jakby próbował utajnić swoją obecność. Donośne dudnienie niosące się po schodach musiały wskazywać na przyjaciela, niemniej nie opuściłem różdzki, do czasu, aż w salonie nie zmaterializował się... wujek Bruno?
Z tym, że czarodziej, który się za niego podawał, zupełnie nie przypominał mężczyzny, którego poznałem przed laty podczas... no właśnie, co to była za okazja? Czy świętowaliśmy kolejne zwycięstwo Bena? A może było to już podczas ślubu Harriett i Zaima?
Niemniej, gdy mężczyzna prezentował kolejne podarunki, wylewając z siebie potok słów, powoli zacząłem opuszczać różdżkę. Harriett zresztą wydawała się równie zaskoczona jego obecnością, co ja.
- Panie Lovegood, miło pana widzieć. - Podniosłem się, by uścisnąć mężczyźnie dłoń i odnajdując w sobie wystarczająco dużo kurtuazji, by darować zakręconemu czarodziejowi pomyłkę. Ostatecznie... właśnie poczułem się o kilkanaście lat młodszy. - Musi być pan jeszcze zmęczony po podróży. Charlie, na szczęście, nie wyrósł jeszcze tak bardzo. Frederick Fox, spotkaliśmy się już kilka lat temu. - Wyjaśniłem, choć miałem pewne wątpliwości co do tego, czy do czarodzieja w ogóle dotarł sens moich słów. Nie wyglądał na kogoś spełna rozumu, z pewnością nie był jednak groźny. Jego nagłe najście zmusiło mnie jednak do przerwania dyskusji z Hatsy – a wszystko wskazywało na to, że wujek Bruno zamierzał się zasiedzieć. Nie miałem najmniejszych szans na to, by z nim konkurować. Wybrałem pokojową kapitulację. - Wygląda na to, że Indie się panu przysłużyły i z pewnością przywiózł pan ze sobą wiele ciekawych historii. Nie będę psuł wam rodzinnego zjazdu, zresztą i tak miałem się już zbierać. - Wyjaśniłem krótko, rzucając Harriett przepraszające spojrzenie. Nie lubiłem rozgrzebywać i porzucać ważnych spraw, ale istniały siły, których nie dało się przewidzieć – i których zwalczać nie należało. Skinąłem lekko głową w geście pożegnania, po czym wyszedłem z salonu, by z głuchym trzaskiem i sercem pełnym wątpliwości teleportować się do Londynu.

zt





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

Salonik na piętrze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Serce zakazanego lasu
» Korytarz na II piętrze
» Apartament na piątym piętrze
» Apartament na dziewiątym piętrze
» Apartament na ósmym piętrze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Canterbury, Honey Hill-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18