Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stadion Os z Wimbourne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Stadion Os z Wimbourne   17.01.16 23:34

Stadion Os z Wimbourne

Niezwykle zadbany stadion Os położony jest nieopodal Wimbourne, czarodziejskiej miejscowości na południu Anglii. Niemal zawsze można dostrzec tu mknące w powietrzu żółto-czarne postacie. Rozległe trybuny są w stanie pomieścić kilka tysięcy fanów tłumnie przybywających kibicować swojej ulubionej drużynie.
Możliwość gry w quidditcha


Powrót do góry Go down
Douglas Jones
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t2023-douglas-jones http://www.morsmordre.net/t2037-poczta-douga http://www.morsmordre.net/t2035-douglas http://www.morsmordre.net/f206-horizont-alley-18-5 http://www.morsmordre.net/t2187-douglas-jones#33292
szukający Os z Wimbourne
25
Półkrwi
Kawaler
sił mi brak i już nie chcę
nic wiedzieć, mam mętlik
w mojej małej głowie
0
0
0
0
10
5
26
25
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   17.01.16 23:46

Ubóstwiał brutalne uderzenia wiatru.
Już od momentu, kiedy pierwszy raz usiadł na miotle, nie myślał o niczym innym; nie przeszkadzały mu włosy szturmem wpadające do oczu, nie przeszkadzał chłód kąsający nos ani to, że czuł, jak na jego dłoniach kształtują się kolejne pęcherze, gdy odrobinę zbyt mocno zaciskał palce na drewnianej rączce.
Krążył w powietrzu jak po obwodzie okręgu o kilkumetrowej średnicy, tępo wpatrując się w rzucanego nieopodal kafla. Ktoś chyba coś mówił. To pewnie była Lovegood, przecież nigdy nie potrafiła zamknąć ust. Nie chciał słuchać, chwilowo nie wzruszała go jakże wspaniała i przemyślana technika ani plan na wygranie pobliskiego meczu, bo, wbrew pozorom, wcale go to nie dotyczyło - jego rola sprowadzała się przecież do jednego, prostego zadania.
Leniwie zatoczył kolejny krąg, ze znudzenia wykonując zwis leniwca.
- CZY KTOŚ MÓGŁBY WYPUŚCIĆ TEN CHOLERNY ZNICZ? - zakrzyknął względnie radośnie, bo podniesienie głosu uznał za lepszy pomysł niż zanurkowanie w powietrzu i zaryzykowanie zbliżeniem się do reszty drużyny, na którą aktualnie spoglądał z góry. Przez te wszystkie lata musieli przyzwyczaić się do tego, że nie był typem społecznika; od prowadzenia niekończących się, bezsensownych dysput wolał po raz milionowy przećwiczyć Zagranie Plumptona, w milczeniu wykonywać prędkie pętle, pokonywać zygzakiem kolejne metry i pospiesznie nurkować, tak, by podrywać miotłę do góry dopiero tuż przy powierzchni ziemi. I czuć, jak wstrząsa nim dreszcz błogiej adrenaliny.
Nic nie dawało mu tak wielkiej satysfakcji jak igranie z niebezpieczeństwem.
Teatralnie westchnął (choć, patrząc racjonalnie, z racji odległości nikt nie mógł tego dosłyszeć), aż w końcu spasował, niespiesznie kierując miotłę w dół. Wysłał Avery'emu uśmiech, który bardziej zasługiwał na miano radosnego grymasu skąpanego w czystym sarkazmie, a potem - wciąż utrzymując się w powietrzu - odjął dłonie od miotły, by związać włosy, które coraz dokuczliwiej wpadały mu do oczu. Jednocześnie zerknął na Selinę, uśmiechając się w jej kierunku równie paskudnie, co urokliwie - tak, jak potrafił to robić tylko on. - To co teraz, Lovegood? - rzucił zaczepnie, wręcz tęskniąc za kocim fukaniem, słodką irytacją i rozkoszną kpiną wylewającą się pianą z jej ładnych ust.
Cóż, był dobry w dwóch rzeczach - łapaniu złotych zniczy i doprowadzaniu kobiet do szaleństwa.


Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   18.01.16 23:51

Za każdym razem czuł się tak samo.
I nigdy mu się to nie nudziło. To niesamowite, wszechogarniające poczucie wolności było niczym najwyższej klasy, najczystszy narkotyk, który uzależniło go już dawno. Nie zmienił się, chociaż on zmienił się nie do poznania od momentu, gdy po raz pierwszy siedział na miotle. Bardzo niewiele pozostało z tego małego chłopca, który rozradowany mknął na dziecięcej miotełce po wypielęgnowanych ogrodach rezydencji Averych. Pęd powietrza i świst wiatru w uszach pozostawał mimo wszystko stałością, do której uciekał, gdy wszystko inne drżało w posadach. Dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem.
Nie myślał jednak o tym, od czego ucieka. Wszystkiego jego myśli skupiały się na tłuczkach, które dla odmiany od ostatniego meczu odbijał z morderczą precyzją. Kłykcie miał pobielałe od kurczowego zaciskania ich na pałce, a serce pobudzone adrenaliną biło szybko w jego piersi. Trening pozwalał mu stać się nikim więcej niż graczem, którego problem jest jedyni odbicie pędzącego ze świstem tłuczka. Nie mógł się jednak przetrenowywać, tym bardziej, że nie powinien przeforsowywać umęczonych ostatnimi czasy żeber. Pomógł więc na obecną chwilę zamknąć tłuczki w kufrze, aby ścigający i obrońcy mogli w spokoju wypróbować nowe taktyki. Dopiero momentu oddechu uświadomił go jak intensywnie ćwiczył. Zrobił więc kilka okrążeń wokół boiska, aby uspokoić oddech. Uśmiechnął się pod nosem słysząc krzyk Douglasa i skierował się w jego kierunku. Zatrzymał się obok niego w powietrzu, a idąc za jego przykład odgarnął w oczu przydługą blond grzywę powoli wpadającą mu do oczu. Niedługo będzie musiał się jej pozbyć, bo nie będzie nic widzieć, ale póki co nie myślał o przyziemnych rzeczach. W powietrzu wszystko było proste, więc tego się trzymał.
- Chcesz podrażnić bazyliszka? - mruknął do Douga tak, żeby nie usłyszała go Lovegood. Ich ścierający się charaktery był czymś efektownym i miał nadzieję, że od tych iskier nie zapali mu się miotła. Ale mimo wszystko zawsze ponad podziałami byli drużyną, potrafili się zjednoczyć, aby zwyciężyć. To sprawiało, że stawiał Osy wyżej ponad swoją rodzinę.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   19.01.16 20:36

Na początku treningu robiła standardowe przemówienie. Było krótkie i zwięzłe. Potem rozgrzewali się robiąc próbne rzuty do bramek lub ćwicząc odbicia. Dopiero później przechodzili do ćwiczenia technik przechwycania kafla lub manewrów. Nikt nie miał na ćwiczeniach taryfy ulgowej. Nie było nie przemęczania się. Miała w nosie czy zerwie im się ścięgno. Ich magomedyk powinien ich poskładać do kolejnego meczu. Mają być wytrzymali.. Mają być gotowi. Choćby i następne starcie miałoby trwać trzy tygodnie, mają się przygotować na przeciążenia, na jakie będą obciążeni. Nie chodziło jednak o bycie długodystansowcem. Musieli działać precyzyjnie i szybko. Atakujący błyskawicznie i boleśnie. Jak osy. Nie dający wytchnienia. I o tym właśnie mówiła, gdy Jones postanowił sobie porozmyślać i ignorować jej przemówienie, w momencie, gdy jeden z nieszczęśliwców zagapił się i dostał tłuczkiem, a ona robiła dodatkowe zebranie, by im przypomnieć, że nie są dziećmi, by jojczeć nad takimi zdarzeniami.
-Wypuśćcie na tego idiotę tłuczka. Popamięta sobie.-mruknęła, obruszona.
Jej przygoda z Quidditchem zaczęła się tak dawno temu, że wygodnie stwierdzała, że sama już nie wiedziała kiedy dokładnie to było. Bo za każdym razem, gdy mówiła o swojej pasji, gdy wspominała lekkość, jaką czuło się w powietrzu, gdy wiatr wydzierał oddech z piersi wraz z pędem, każda frustracja lub zwycięstwo przejmowały priorytet w jej życiu, a ucieczką od wszystkiego zawsze było wsiadanie na miotłę, ZAWSZE wtedy na jej twarz wymykał się jeden z tych uśmiechów, który dawał podejrzenia, że może jednak Selina Lovegood wcale nie była taką zawziętą, złośliwą i bezlitosną zołzą, jaką wydawała się być. To wbrew pozorom działałoby na jej niekorzyść. Tworzenie dystansu. Legendy wokół siebie. To takie wygodne. Wystarczyło utrzymywać odpowiednią pozę przez jakiś czas, by potem zapewnić sobie pewien komfort w relacjach. Jak okazywało się, dla niektórych ten trudny charakter wcale nie był taki zniechęcający, a hardość budziła jedynie rozbawienie. Dobrze, że podobne lekceważenie odbywało się tylko szeptem, bo blondynka na określenie bazyliszek na pewno rozszarpałaby osobę odpowiedzialną za podobne przezwisko. W przypadku Avery'ego dodatkowo by go oskórowała, a z uzyskanych materiałów porobiła sobie biżuterię. Bo o ile gdzieś tam ten pałkarz miał u niej nieco bardziej ulgową taryfę, to z momentem, w którym chwycił ją za kolano, wydał na siebie wyrok. Bo to nigdy nie jest tak, że takie zbliżenia kompletnie nic nie znaczą. Nie, gdy ma się do czynienia z kobietą, dla której duma była wszystkim.
Co rusz, mimo szumu wiatru, przebijały się do niej głosy członków drużyny. Kątem oka obejrzała się na pierzchnących po boisku graczy, którzy wracali na pozycje. Śledziła wzrokiem Sorena, który podleciał do Douglasa, podczas gdy w ich kierunku szybował tłuczek zemsty. Ale z tego Jonesa był farciarz. Wyglądało na to, że nie dostanie nauczki!
-Nie martw się, złotko, nie zabraknie ci dziś atrakcji!-odkrzyknęła blondynowi, nawet nie udając, że szykuje dla niego coś specjalnego.
Gwizdnęła, by dać znać do wypuszczenia znicza.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Douglas Jones
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t2023-douglas-jones http://www.morsmordre.net/t2037-poczta-douga http://www.morsmordre.net/t2035-douglas http://www.morsmordre.net/f206-horizont-alley-18-5 http://www.morsmordre.net/t2187-douglas-jones#33292
szukający Os z Wimbourne
25
Półkrwi
Kawaler
sił mi brak i już nie chcę
nic wiedzieć, mam mętlik
w mojej małej głowie
0
0
0
0
10
5
26
25
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   20.01.16 11:24

- Przecież wiesz, że nic nie sprawia mi większej przyjemności. - Wysłał Sorenowi najpiękniejszy uśmiech niewiniątka, pod którym skrywało się oblicze wcielonego zła. Być może przypominał poltergeista uwielbiającego psoty. Chochlika kornwalijskiego ubóstwiającego ciągnięcie za włosy. Tę jedną skarpetkę, która zawsze ucieka od swojej pary, z pozoru nie robiąc nic niemiłego, a tak naprawdę irytując wszystkich wkoło.
Cóż, w jakiś sposób dawało mu to sporą dawkę chorej satysfakcji.
Po chwili rozbawienie zaczęło spełzać mu z twarzy, a w spojrzeniu pojawiło się coś na kształt zamyślenia. Przez krótkie sekundy patrzył w nieokreśloną przestrzeń, wciąż tkwiąc nieruchomo i coraz mocniej zaciskając palce na drewnianej rączce miotły.
- Ren, chciałem ci coś po... - ale przerwał mu charakterystyczny świst zapowiadający rychłe przybycie tłuczka. - Szlag - mruknął jeszcze, zanim instynktownie poderwał miotłę w górę, starając się uciec od potencjalnego spotkania zbyt bliskiego stopnia z nadpobudliwą i agresywną piłką. Fakt, że akurat nieopodal znajdował się Avery i jego pałka (która teraz zdawała mu się bardziej świetlistym orężem najwspanialszego bohatera), uznał za niemałe błogosławieństwo. W końcu od tego ma się przyjaciół, żeby ratowali cię od tłuczków wysłanych przez zawściekłe i mściwe sufrażystki pozbawione jakiegokolwiek dystansu do samych siebie, prawda?
- LOVEGOOD, prościej byłoby po prostu zaprosić mnie na randkę! - wrzasnął na tyle głośno, żeby mógł go usłyszeć każdy na boisku, ale już wkrótce coś odwróciło jego uwagę od zabawy w kompromitowanie swojej ulubionej ścigającej. Mignęło złotem i właśnie w tym momencie uruchomił mu się instynkt zwycięzcy - a może to potrzeba odczucia adrenaliny dudniącej w żyłach zmusiła go do natychmiastowego zerwania się do pogoni za zniczem? - Daj mi cztery minuty - rzucił jeszcze Avery'emu na odchodne (odlatujące?), choć nie był pewien, czy impet powietrza nie zagłuszył jego słów.
Och, czuł się wspaniale.




and I don't give a damn
about my bad reputation

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   24.01.16 23:37

Jeśli sądził, że jego relacje z Lovegood są w pewnym stopniu oparte na dogryzaniu to teraz został z tego błędu wyprowadzony. Wszystko to wydawało się być zaledwie ułamkiem w porównaniu do relacji, jakie ułożyli sobie Doug i Selina. Zawsze podziwiał ludzi, że mogą opierać swoją znajomość na czymś takimi, a potem koniec końców mieć całkiem niezłe stosunki. Chociaż gdyby się głębiej zastanowić to na podobnych zasadach działała jego przyjaźń z Amodeusem. Była to jednak ostatnia osoba, o której chciał teraz myśleć.
- Każdy ma inne upodobania – parsknął w odpowiedzi na jego słowa. Za to właśnie go lubił. Za te pozbawione zbędnej analizy podejście do życia. Prosty, momentami przesadzony, ale zawsze dobre poczucie humoru. Próżno szukać kogoś takiego wśród wymuskanych warstw szlachty, która odkrywanie się uznawała za słabość, a żartobliwą osobowość za prostactwo. Irytowało go takie szablonowe podejście do wszystkiego i cieszył się, że sam wyzbył się tego.
W tej chwili komfortowej ciszy zaczął bezwiednie obracać w dłoniach pałkę przyglądając się niewidzącym wzrokiem, co dzieje się na boisku. To rozleniwione zamyślenie sprawiło, że otrząsnął się dopiero, gdy Douglas urwał w pół słowa. Przed niechybnym spotkaniem trzeciego stopnia z tłuczkiem uratował go wyćwiczony latami praktyki refleks oraz wyszkolony słuch, dzięki któremu umiał na oko ocenić położenie piłki. Szybkim ruchem ujął mocniej pałkę i uderzył. Zaraz potem rozejrzał się poirytowany po boisku.
- Kto uwolnił tego cholernego tłuczka? Przecież przed chwilą je schowano! – krzyknął gniewnie, spoglądając na pozostawiony na trawie kufer na wszystkie piłki. Zaraz potem usłyszał głos kumpla i wszystko stało się jasne. Nawet nie był specjalnie zdziwiony. – Lovegood, odpuść sobie te końskie zaloty i przestań dotykać nieswoje zabawki – zawołał, idąc za przykładem Jonesa na całe boisko. Może teraz było śmiesznie, ale gdyby ktoś znienacka oberwał morderczą piłką w głowę to nie byłoby już tak zabawne.
Nie zdołał się dowiedzieć, o co chodziło szukającemu, bo ten już najwidoczniej zwietrzył w powietrzu swoją zdobycz. Pokręcił tylko głową ciekaw, czy temu rzeczywiście się uda, po czym zawrócił miotłę, aby upewnić się, że wyzwolony tłuczek nie znajdzie sobie nowej ofiary.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   26.01.16 17:42

Przyglądała im się z daleka, śledząc uważnie wzrokiem koło, jakie robił tłuczek, przymierzając się do ataku od tyłu. Po cichu liczyła, że będą na tyle zagadani, iż jednak im się nie upiecze. Oczywiście, że była mściwą, bezlitosną zołzą. Miała nadzieję, że takie postępowanie ukróci żarty Jonesa i powstrzyma resztę drużyny przed podobnym lekceważeniem. Niestety, nie działało to na jej nieulubionego szukającego. I, cóż, nie myślała w tym momencie o tym, że jej próba odegrania się na swoim zawodniku może się zakończyć jego kontuzją. Bo o czym mówiła przed chwilą? ZERO taryfy ulgowej. Nikt na meczu nie będzie jojczeć, że patrzył się w drugą stronę i dlatego nie zauważył nadlatującego tłuczka! ZAWSZE należy być gotowym! Nikt nie zatrzyma meczu, bo komuś owinęła się wokół głowy szata treningowa. Poza tym... to tylko jeden tłuczek. A pałkarze jeszcze nie zeszli z murawy. Była fair. Zresztą. Jones ją prowokował do podobnych, nie do końca przemyślanych zagrywek. Jeżeli on był chochlikiem, to ona... stawała się jednym z tych dzieci, które nie pojmują porażki.
Gdy tylko usłyszała co też jej odkrzyknął blondyn, zacisnęła usta i ostatkiem sił powstrzymała się od posłania wszystkich tłuczków w jego stronę, morderczej klątwy i steku przekleństw. No dobra, tego ostatniego nie udało jej się uniknąć.
-KTO CHCIAŁBY ZAPROSIĆ CIĘ NA RANDKĘ, LUNATYKU?!-odkrzyknęła mu po chwili, próbując nie rozglądać się wkoło, by nie widzieć rozbawionych twarzy reszty drużyny.-Na co czekacie?! Chcecie dodatkową godzinę treningu?!-huknęła na otaczających ją zawodników, wyżywając się na każdej jednostce, która mogła ją w tym momencie usłyszeć.
Śledziła wzrokiem, jak szukający odwrócił głowę w jedną stronę, a potem wystrzelił w upatrzonym kierunku, nie kontrolując faktu, że ten widok ją nieco uspokoił. Jedyną rzecz, jaką lubiła i było to związane z Douglasem, to obserwowanie go w akcji. Gdy tylko robił cokolwiek innego, irytował ją do granic możliwości, sprawiając, że jednocześnie trzęsła się z nerwów jak i z zaciskania pięści, powstrzymując się, by mu nie przyłożyć. Doprawdy, testował jej niskie zasoby cierpliwości.
-Każda moja akcja to dla was akt miłosny? Może ściągnijcie z nosa te różowe okulary, co?!-odpowiedziała głośno Avery'emu, obrażona, że objął stronę innego gracza, a nie jej.
Obniżyła lot, by w końcu zeskoczyć z miotły, w celu odłożenia jej. Pokonała kilka schodów na widowni, by na niej usiąść, gdy obserwowała walkę o znicz. Otarła w międzyczasie pot z czoła. Cóż. Na dzisiaj koniec.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Douglas Jones
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t2023-douglas-jones http://www.morsmordre.net/t2037-poczta-douga http://www.morsmordre.net/t2035-douglas http://www.morsmordre.net/f206-horizont-alley-18-5 http://www.morsmordre.net/t2187-douglas-jones#33292
szukający Os z Wimbourne
25
Półkrwi
Kawaler
sił mi brak i już nie chcę
nic wiedzieć, mam mętlik
w mojej małej głowie
0
0
0
0
10
5
26
25
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   31.01.16 21:32

Zbliżający się świst tłuczka przerwał dźwięk głośnego uderzenia pałki; Douglas zawrócił miotłę, przez chwilę w milczeniu obserwując oddalające się zagrożenie. Pomimo zdenerwowania dudniącego w żyłach wykrzywił twarz w lekkim uśmiechu. Lovegood miała tupet i bawiło to go odrobinę bardziej, niż powinno.
Ale zaraz westchnął z protekcjonalnym pobłażaniem; prawdą było, że w momencie dołączenia do drużyny przestał potrzebować swojej rodziny. Każdy z zawodników zastępował mu innego jej członka, choć nie był pewien, czy Selina zasługiwała bardziej na miano niezwykle irytującej matki próbującej wychować dorosłe lub dzieci bądź (o ironio) sporo młodszej siostry wpychającej swoje pulchne paluszki dokładnie tam, gdzie nie powinna.
- Każdy - burknął w odpowiedzi na jej niepotrzebne wrzaski, stwierdzając najoczywistszą oczywistość. Gdyby było inaczej, otrzymywałby mniej naperfumowanych amortencją liścików od niezliczonych młodocianych fanek.
Żeby chociaż były, na gacie Merlina, pełnoletnie.

Trzydzieści sekund.
Tyle czasu zajęło mu ruszenie pędem w nieokreślonym kierunku, zgubienie znicza z pola widzenia i ponowne go odnalezienie; zanurkował, niemal pociągając nogami po powierzchni murawy, ale tylko po to, by zaraz znów wystrzelić w górę, zerwać się w lewo, odbić w prawo, cały czas znajdując się niebezpiecznie blisko, ale wciąż zbyt daleko złotego znicza.
Minuta.
Zawrócił, zdawało mu się, że znicz nigdy dotąd nie latał tak chaotycznie; czy ta przeklęte Lovegood potraktowała złotą piłkę przykrym zaklęciem zwodzącym, aby tylko uprzykrzyć mu życie i oglądać spektakularne upokorzenie ukochanego szukającego? Po jego trupie.
Dwie minuty.
I stracił go, cholera, z oczu, w ułamku sekundy obracając się o sto osiemdziesiąt stopni. Psia mać, psia mać, psia mać. Zatrzymał się w powietrzu na środku boiska, ze skupieniem rozglądając się po najbliższej okolicy i próbując dostrzec charakterystyczny, dobrze znajomy błysk. I wtedy coś świsnęło mu tuż obok ucha; nie powstrzymał głośnego przekleństwa, które samo wypadło mu z ust, ale zerwał się do lotu, pochylając się jeszcze mocniej, jeszcze gwałtowniej nurkując w kierunku ziemi, jeszcze szybciej zrywając się, gdy znicz gwałtownie zmieniał kierunek lotu.
Trzy minuty.
Wyciągnął dłoń, pewien, że złapie znicza - znajdował się przecież tak blisko - ale ten umknął, przyspieszył, zniknął. Czuł, jak kurczą się zasoby czasu, które sam sobie ustalił, nie miał czasu planować: dlatego zaryzykował, stawiając wszystko na jedno kartę.
Nie minęły trzy i pół minuty, kiedy zagranie Plumptona zagwarantowało mu zwycięstwo.
Zwycięstwo, za które zapłacił wysoką cenę - przyspieszył tak mocno, że stracił panowanie nad miotłą; zakręcił się jak w korkociągu, zaciskając wolną dłoń na rączce miotły, niepewny już, gdzie jest góra, a gdzie dół. Próbował wyhamować, poderwać się w górę, uchronić przez spotkaniem bliskiego stopnia z trybunami, ale wiedział, że mu się nie uda. A w jego głowie zaświtał szatański plan.
Przekręcił więc miotłę, kierując ją tam, gdzie znajdowała się jego najdroższa przyjaciółka; z impetem uderzył w krzesła znajdujące się kilka rzędów od niej, wyłącznie cudem nie łamiąc miotły. Za to uderzając mocno głową o posadzkę. Przeklął raz jeszcze, przeturlał się na bok, sprawdzając, czy z jego miotłą na pewno wszystko w porządku, a potem względnie szybko podniósł się, pocierając obolałe kolano.
- To dla ciebie, Lovegood - palnął trochę słabo, ale z przepięknym uśmiechem, wyciągając dłoń ze zniczem w kierunku Seliny, a drugą tamując podejrzanie obfity krwotok z nosa.




and I don't give a damn
about my bad reputation

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   06.02.16 18:22

- Chciałbym takie mieć, Lovegood - mruknął pod nosem bardziej do siebie niż do niej. Zwłaszcza w obliczu ostatnich tygodni taka rzecz byłaby niezwykle przydatna. Wcale nie był pesymistą, ale do grona optymistów było mu jeszcze dalej. Poza tym dziwiło go, że pod wpływem Douglasa Selina traciła swoje poczucie humoru i każdą grę słów traktowała, jako atak na swoją osobę. Czuł się trochę w tej sytuacji między młotem a kowadłem, ale w ogóle nie dawał po sobie tego poznać. Zamiast tego skupił się na tym, w czym był najlepszy.
Trzy.
Tyle razy odbił panoszący się po boisku tłuczek. Kilka uderzeń więcej nie robiło mu żadnej różnicy, mięśnie wciąż miał rozgrzane i gotowe do wysiłku, chociaż wycisnął już z siebie siódme poty. Wzmocniło to jednak jego irytację tą nieodpowiedzialnością. A gdyby odłożył już pałkę? Albo nie odwrócił się w porę i tłuczek rozbiłby mu czaszkę? Bólem nawet by się nie przejęło. Chodziło o jego raczkującą karierę, kruchą i delikatną jak świeżo wyklute pisklę podatne na zranienia. Niby od czterech lat był już pełnoprawną Osą, ale ten staż nie wydawał się zbytnio imponujący w porównaniu do niektórych zawodników. Być może była to ze strony Sørena lekka paranoja, ale Quidditch był fundamentem jego życia, którego skruszenie mogłoby okazać się równią pochyłą. Los wydzierał mu z rąk tak wiele rzeczy, że teraz po prostu musiał być ostrożny.
Jednak o mało nie odbił tłuczka po raz czwarty, gdy doszło go donośne grzmotnięcie z trybun. Odbił złośliwą piłkę odrobinę za słabo, przez co powróciła do niego w mgnieniu oka. Nie zdążył się odwrócić, aby sprawdzić, co się stało. Tym razem złapał kij mocniej i precyzyjnie wycelował w piłkę, uderzając lekko z góry, aby móc posłać ją w dół, ku opiekunom sprzętu, którzy mogli z powrotem zamknąć tłuczek w skrzyni. Dopiero wtedy wylądował tuż koło trybun i szybkim krokiem pokonał odległość dzielącą go od wstającego z ziemi Douglasa. Cóż, mógł się tego spodziewać, zwłaszcza, że tamten trzymał już w dłoni znicz.
- Wybaczcie, że przerywam tę romantyczną chwilę, chciałem tylko sprawdzić, czy nie musimy już znaleźć nowego szukającego - parsknął kręcąc głową na widok tego obrazka. Udał, że zostawia im trochę intymności siadając na jednym z pierwszych krzesełek tego rzędu. Obok siebie oparł miotłę, a kij położył na drugim siedzeniu. Musi poczekać na Jonesa, bo jest ciekaw, co też ten chciał mu powiedzieć.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   08.02.16 19:41

Selina absolutnie nie miała pulchnych paluszków. Jedyne, co było puszyste w jej osobie, to jej duma i poczucie wartości, które wypychało wszystko inne na drugi plan. Jej ego zajmowało całe pomieszczenie, gdy do takowego wchodziła. Niewiele miało to do czynienia z subtelnym ruchem palców, które mogły przemknąć niepostrzeżenie. Pewnie obraziłaby się za te porównania, jeszcze bardziej się pusząc i strosząc pióra, w które obrosła. Czy faktycznie w towarzystwie Jonesa przypominała sztywnością trzonek miotły, który obejmowała w dłoni? Cóż, najwyraźniej któreś z tej dwójki musiało pochwalić się czymś twardym. Bo Douglas definitywnie jej nie imponował w momencie, gdy schodził z miotły. Absolutnie. Nie było takiej możliwości. On i jego oblane amortencją sowy były dla niej kompletną, niezrozumiałą abstrakcją. Ile razy nawoływała jego fanki do oprzytomnienia? Rozsądek jednak nie był przywarą, którą chętnie do siebie przytulały. Niestety.
Nie usłyszała co jej odpowiedział, znajdując się sporo stóp od niego. Może to i dobrze. Słowa Sorena również nie doszły do jej uszu. Nie zdawała sobie też sprawy, jak widział ją kolega z boiska, gdy przy jej boku był szukający. A to, że wprawiało go to w brak asekuracji i dyskomfort? Pewnie uśmiechnęłaby się pod nosem, gdyby została uświadomiona.
Jej gałki oczne przeskakiwały z jednego ruszającego się obiektu na drugi. Mocne uderzenie, przy zaangażowaniu całego tułowia, którym Avery posłał tłuczek na przeciwną stronę boiska, pozwolił jej uwierzyć, że mecz nad morzem był tylko wypadkiem przy pracy, a nie stałym spadkiem formy. Może częściej powinna irytować blondyna, skoro włączało to w nim dodatkową rezerwę energii i dzięki temu jego odbicia cechowała większa precyzja i siła? Nie pamiętała w tym momencie o swojej obawie, ani o tej, która dręczyła jednorazowego kochanka, na temat utracenia swej kariery. Skupiała się w tym momencie na obserwacji, wyłączając jakiekolwiek inne myśli poza analizą ruchów tej dwójki.
Douglas zaś miotał się na początku po omacku, jakby związali mu oczy szmatą, a on podążał za zapachem. Po chwili mierzonej w sekundach, złapał jednak trop i pognał za nim. Lovegood mrużyła oczy, gdy jego plątanina nie przynosiła efektów, a on sam zdawał się zagubić. Wstrzymała na moment oddech, gdy wykonał gwałtowny zwrot, nawet nie kontrolując własnej reakcji. Nie potrafiła określić momentu, w którym skupiła wzrok wyłącznie na jego sylwetce, zapominając o pałkarzu walczącym z tłuczkiem. Przygryzła wargę, gdy wyciągał rękę po swoją zdobycz, ale ta umknęła, ulotna, nie mogąc nic poradzić na poczucie zawodu. Nie poczuła, jak mięśnie jej się spięły, gdy podnosiła się do pozycji stojącej, gdy zaczął okręcać się wokół własnej osi, a jej własna postawa wyrażała napięcie. Gdy jednak zdała sobie sprawę, że jego postać zbliża się w jej kierunku z niewiarygodną prędkością, nie skupiała się już na tym, czy udało mu się chwycić znicza czy też nie. Zamarła, nie potrafiąc uciec od niechybnego niebezpieczeństwa i ryzyka wypadku. Dopiero, gdy z hukiem ciało Jonesa przetoczyło się po drewnie, poruszyła się, kierując się w jego stronę. Kiedy zauważyła, jak w pierwszym odruchu łapie miotłę i obrzuca ją kontrolnym, nieco nerwowym spojrzeniem, starła z twarzy zmartwiony wyraz, przymykając usta, które bezwiednie jej się rozchyliły. Zmarszczyła mocno brwi i założyła ręce na biodrach, stając nad wypadkowiczem. Prychnęła, wywracając oczami, gdy wyciągnął w jej stronę dłoń. Oczywiście, że zauważyła blask, który skrzył się w jego garści. Wzięła kolejny oddech, chcąc uspokoić serce, które biło nieco zbyt szybko. Wolno wypuściła powietrze.
-Mam nadzieję, że zdobywanie ich dla mnie będzie dla ciebie zwyczajem, Jones, a nie tylko wypadkiem przy pracy.-odpowiedziała mu, papugując jego uśmiech. Osy potrzebowały zwycięstw w tym sezonie. Jak i każdym następnym. A skoro Douglas stał na nogach, to nic mu nie było. Nie musiała koło niego latać z okrzykami pełnymi grozy.
Nie słyszała lądowania drugiego blondyna. Nieco zaskoczona zwróciła wzrok w kierunku, w którego pochodził głos, rozpoznając go momentalnie.
-Co to za strata jeśli już na treningu nie wytrzymałby presji?-rzuciła obojętnie, wzruszając ramionami, zapewne doprowadzając do szału swojego ulubionego pałkarza tą lekkomyślnością. Sama obróciła się, by chwycić swoją miotłę i poczęła wolno schodzić po schodach, jakby stwierdzając, że nic tu dla niej już nie ma.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Douglas Jones
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t2023-douglas-jones http://www.morsmordre.net/t2037-poczta-douga http://www.morsmordre.net/t2035-douglas http://www.morsmordre.net/f206-horizont-alley-18-5 http://www.morsmordre.net/t2187-douglas-jones#33292
szukający Os z Wimbourne
25
Półkrwi
Kawaler
sił mi brak i już nie chcę
nic wiedzieć, mam mętlik
w mojej małej głowie
0
0
0
0
10
5
26
25
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   10.02.16 0:01

Chyba złamał nos.
Znowu.
To już zakrawało o tradycję - ostatnimi czasy rok bez co najmniej dwukrotnego złamania stawał się anomalią godną uwiecznienia na fotografiach, we wszystkich spisywanych ręcznie kronikach i różowych, wyperfumowanych wodą toaletową mamy pamiętniczkach. Lekko odchylił głowę do tyłu, z racji ignorancji medycznopodobnej nie zdając sobie sprawy, że przez przypadek może doprowadzić do zalania mózgu (czego?) potokami krwistej posoki. Wierzch dłoni przyłożonej do nozdrzy chyba już permanentnie odbarwił się na rubin, a wodospadom juchy nie była końca; lała się, przelewała, zalewała, oblewała, polewała i nalewała, a Douglas rozkosznie nie robił sobie z tego nic.
Bądź tylko przyjmował taką pozę, w duchu na zapas konając z wykrwawienia.
- Zawsze zdobywam je tylko dla ciebie, najdroższa - to może właśnie dlatego nie złapał znicza dwa mecze wstecz; miło było zrzucić winę (chociaż w duchu) na upierdliwą Lovegood, a nie wypominać sobie w kółko, jaką bezmyślnością i tępotą wykazał się, dając się ubiec.
Ale nie powinien rozpamiętywać tego w nieskończoność, bo jeszcze zwariuje. I tak balansował na granicy zdrowia psychicznego z tym przeklętym, niewychowanym bachorem przez pół dnia krzątającym się między nogami i wpadającym na wyjątkowo idiotyczne pomysły. Głupsze nawet od jego własnych - a to było godne podziwu.
- Ren, czuję się urażony, już chcesz mnie - i przerwa w tym i tak nosowym wywodzie, bo krew zalała mu chyba wszystkie jamy twarzy, na chwilę uniemożliwiając mówienie - zmienić? - dokończył po chwili zdławionym tonem, a beznadzieję swojej sytuacji podkreślił nachyleniem się w kierunku nieco oddalonym od swojego pierwszorzędnego towarzystwa, by wreszcie odjąć rękę od nosa i splunąć krwią. Miał tyle przyzwoitości, aby nie zmuszać najdroższych przyjaciół do oglądania jego niemalże gruźliczego ataku.
Po chwili znowu nieudolnie tamował krwotok, a w jego głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Może rzeczywiście powinien coś z tym zrobić?
- Ty już dbasz o to, żebyśmy byli odporni na presję - wysłał Lovegood szeroki, przesympatyczny i zakrwawiony uśmiech; trudno było stwierdzić, czy prawi jej wymyślny komplement, czy bezlitośnie krytykuje ją z góry na dół.
Ta wyborna moc niejasnych dwuznaczności.




and I don't give a damn
about my bad reputation

Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   16.02.16 23:39

Miotła od zawsze wiązała się dla niego z dużą dawką adrenaliny. Najpierw mniej lub bardziej legalne korzystanie z miotły bez nadzoru dorosłych. Dla małego dzieciak eskapady pośród chmur, gdy porzucił już swój dziecięcy egzemplarz były czymś niezwykłym. Unoszenie się w przestworzach i oglądanie rodzinnego domu śmiesznie małego w porównaniu z rzeczywistością było niezwykłym przeżyciem. Tak samo jak powroty do domu, zakradanie się ukradkiem, aby żaden skrzat na niego nie doniósł albo, co gorsza, nie przyłapali go rodzice. Później, gdy dołączył do szkolnej drużyny wszystko okazało się jeszcze bardziej szalone. Latanie było już dla niego tak naturalne, że wymachiwanie przy okazji pałką nie sprawiało mu problemu. Zawsze jednak, zwłaszcza na początku, gdzieś w kącie głowy huczała mu myśl, że może spaść z miotły na sam dół. Czasem oczyma wyobraźni widział ten obraz, a krew zaczynała wtedy krążyć szybciej. Adrenalina uderzała do głowy, kazała mu przeciwstawić się temu, dać z siebie wszystko. Element niebezpieczeństwa go uskrzydlał.
Kontuzje były jednak nieuniknione. Nikt nie był niezniszczalny, a szalejące hormony szybko cichną i ustępują miejsca pulsującemu bólowi. Nie raz oberwał tłuczkiem, przecież jeszcze niedawno złośliwe piłki wesoło go poobijały. Wydawało się to jednak niczym, gdy przyglądał się Dougowi zalewającemu się krwią. Idiota zrobił to sobie na własne życzenie, powinien się cieszyć, że nie rozbił sobie czaszki.
- Nie zauważyłem, żeby to obowiązków szukającego należało rzucanie się w trybuny ze zniczem - odparł Lovegood nie odrywając wzroku od kumpla, bo prawdę mówiąc kierował te słowa jednocześnie do niego. Czasem miał wrażenie, że pracuje z dużymi dziećmi, które lubią robić zadymę dla samego zamieszania albo tylko po to, żeby ich wyszło na wierzchu. Gdyby chciał się użerać z tego typu zachowaniami to zostałby guwernantką.
- No właśnie nie chciałbym. Dlatego przepełnia mnie niewysłowiona radość, że tylko twój nos nadaje się do wymiany - mówi ze swojego miejsca, ale niedane jest mu posiedzieć za długo. Widocznie Jones zna się jedynie na szerokim wachlarzu technik łapania tłuczków, ale o pierwszej pomocy nie wie zbyt wiele. Søren natomiast chcąc nie chcąc otoczony był przez osoby zaznajomione z magią leczniczą, a zwłaszcza z tą w wykonaniu urazowym. Poderwał się więc ze swojego miejsca i ponownie przerwał uroczą pogawędkę równie uroczej pary. Złapał Douga za głową, aby mało delikatnym ruchem pochylić ją w dół, omal nie zginając go przy tym w pół.
- Pochyl się idioto zanim zalejesz sobie resztki mózgu juchą - burczy, spoglądając przelotnie na Lovegood, która starym zwyczajem skupiała swoją uwagę na najważniejszej według niej osobie, czyli na sobie.




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Soren Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t796-sren-avery http://www.morsmordre.net/t859-stella http://www.morsmordre.net/t850-sren http://www.morsmordre.net/f121-whitcomb-st-43-7 http://www.morsmordre.net/t1180-sren-avery
pałkarz Os z Wimbourne
26
Szlachetna
Zaręczony
jest szósta mojego serca
a po kątach trudno pozbierać wczorajszy dzień
0
7
7
0
0
2
0
10
Czarodziej
sny są dla ludzi bez wyobraźni

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   21.02.16 22:14

|połowa października, pracuję to wcinam się

Wesołe jest życie pałkarza.
Dziś zerwał się skoro świt. Sen był krótki i relaksujący, ale gdy krawędzie idyllicznego sennego marzenia zaczęły zachodzić mgłą udało mu się wyrwać z objęć Morfeusza. Niebo było jeszcze całkiem ciemne jak zwykle o szóstej nad ranem w połowie października. Nie przeszkadzało mu to jednak, przyzwyczaił się do wszędobylskiej ciemności, która zaczynała być jego drogą przyjaciółką. Po wypiciu kawy o kolorze nieba za oknem zebrał do torby swoje wyprane, ale pogniecione ubrania do sportowej torby, obok nich umieścił pałkę i był gotowy do wyjścia. Prawie. Nie zdążył zamknąć na klucz drzwi, gdy przypomniał sobie o najważniejszej rzeczy. Blade czoło zderzyło się z drewnem. Miotła. Ofuknął się w myślach, cofnąć po swój niezbędny do pracy przedmiot i dopiero wtedy udał się na stadion.
Szósta trzydzieści. Szatnia była utrzymana bez zarzutów, ale zbyt wielu zawodników się przez nią przewinęło, żeby eliksiry czyszczące były w stanie usunąć permanentnie woń spoconych ciał. Avery rzucił swoją torbę na jedną z ławeczek umieszczonych przy szafkach. Było jeszcze wcześnie, zbyt wcześnie nawet jak na graczy będących rannymi ptaszkami. Nie przeszkadzało mu to. Samotny trening miał swoje plusy. Na przykład nikt nie mógł mu zarzucić, że się przetrenowuje i powinien dać sobie spokój albo pewne irytujące kobiety nie stwarzają zagrożenia w miejscu pracy. Uśmiechnął się więc do swojej szafki z wytartym numerem siedemdziesiąt siedem, do której kluczyk zawsze miał obok siebie. Metodycznie, wyćwiczonymi przez lata praktyki ruchami pozbył się kolejnych części garderoby zamieniając je na luźne, niekrępujące ruchów treningowe szaty. Na szczęście nie były ono jaskrawożółte w czarne paski jak oficjalne stroje, w których rozgrywał mecz. Chociaż miało to swoje plusy, podobno rozpraszało przeciwników. Kończył wiązać sznurówki butów, gdy do szatni zawędrował pierwszy z pozostałych członków drużyny. Rezerwowy, który liczył, że wkrótce uda mu się wejść do pełnego składu. Największy śpioch Os zjawi się grubo po dziewiątej.
Za piętnaście siódma wyszedł na murawę. W prawej ręce trzymał pałkę, a w lewej miotłę. Oba te przedmioty były dla niego wręcz naturalnymi przedłużeniami ciała. Wszystko miało jednak swoją kolej rzeczy, dlatego najpierw odłożył te rzeczy na bok, tuż koło wyjścia z szatni. Czas na pierwszą część treningu. Siedzenie długi czas na miotle mogło mieć pewne niekorzystne skutki. Poza tym pałkarz, który miałby umięśnione ramiona, a nogi grubości zapałek wyglądałby całkiem dziwnie. Dlatego bieganie, jako forma rozgrzewki było idealnie. Oprócz pobudzenia do życia ospałych mięsni pomagało też oczyszczać myśli. Zaczął więc od spokojnego truchtu dookoła boiska. Stopy równomiernie uderzały o zielony, zroszony poranną rosą grunt, a niebo nad nimi jaśniało odrobinę z każdym krokiem. Skupiał się na kontrolowaniu swojego oddechu, aby nie dostać zadyszki, chociaż po tylu latach identycznie wyglądającego treningu może się to wydawać niemożliwe. Mimo to powtarzał w myślach swoją mantrę. Wdech. Przez usta. Wydech. Przez nos. Nauczył się tego jeszcze w czasach Hogwartu i stało się to dla niego modlitwą, której używał także poza boiskiem. Po dwóch okrążeniach przyspieszył i przeszedł do pełnego biegu. Kątem oka zaobserwował dwóch innych członków drużyny, którzy wynurzyli się z odmętów szatni, ale żaden z nich nie był pałkarzem, więc nie obdarzył ich większą uwagą. Nawet, gdy wkrótce podążyli jego śladem. Zgubił rachubę okrążeń, które pokonał, ale wkrótce zadziałał czynniki o wiele bardziej istotny od liczb. Mięśnie nóg zaczynały przechodzić ze stanu przyjemnego rozgrzania do piekącego przeciążenia. Zaczął więc stopniowo zwalniać aż zatrzymał się idealnie obok swojego sprzętu. Czas na kolejną część treningu.
Siódma trzydzieści wybiła, gdy przeniósł się na środek boiska. Co raz więcej graczy, z którymi wymieniał drobne uprzejmości, pojawiało się w gotowości na ćwiczenia. On tymczasem przeszedł do najistotniejsze rozgrzewki. Ramiona to część ciała, o którą musiał dbać nad wyraz dobrze. W pewnym sensie ich szerokość zawdzięczał samej naturze, ale predyspozycje, jakimi obdarzyła go genetyka były tylko wspomagaczem tego, co sam wypracował. Zaczynał więc od typowych ćwiczeń, które mogły się wydawać wręcz dziecinne, ale pozwalały mu uniknąć kontuzji i prawidłowo się rozgrzać. Krążenia ramion w przód, krążenia ramiom w tył, krążenia ramion na przemian stronne. Każda seria powtórzona pięćdziesiąt razy i ani razu się nie nudziła. Wykonywał je w pełnym skupieniu, bo to, co teraz robił było podobne do strojenia skrzypiec przez zawodowego skrzypka, tylko instrument był zupełnie inny. Potem skrętoskłony, które zawsze były zabawnym ćwiczeniem, bo towarzyszyły mu w Hogwarcie chichoty siedzących na trybunach dziewczyn. To wspomnienie sprawiło, że kąciki ust uniosły mu się lekko ku górze. W końcu wyprostował się całkowicie i rozciągnął aż coś przyjemnie chrupnęło w kręgosłupie. Zaraz potem wykonał kolejne dwie serie tych samych ćwiczeń, z tym samym skupieniem graniczącym lekko z obsesją. Być może to zaangażowanie wynikało z nadmiernej chęci przestania myślenia albo po prostu tak bardzo lubił to robić. Sportowiec z powołania?
Ósma. W końcu zakończył podstawowe ćwiczenia i mógł wbić się w powietrze. Odepchnął się od ziemi z pełną przyjemnością. Trening na ziemi, a właściwie rozgrzewka tylko zwiększała jego apetyt. Na początku wykonał kilka leniwych kółek dookoła boiska, jak gdyby badał dopiero co poznany teren, chociaż stadion Os znał już jak własną kieszeń. Obie dłonie zaciskał na pałce i balansował jedynie ciałem. Kierowanie miotłą bez użycia rąk wcale nie było najłatwiejszą czynnością, o czym miał okazję przekonać się już kilka razy. Metoda prób i błędów była niezawodna w większości przypadków. Stopniowo zwiększył prędkość okrążeń pochylając się do przodu, aby zmniejszyć opór powietrza. Potem przyszedł czas na raptowne zwroty, zatrzymania i zamachy. Prędkość reakcji była niezwykle istotna. Każda sekunda była na wagę złota, gdy tłuczek mknął z zabójczą prędkością w kierunku zawodnika. Jeśli nie byłby wystarczająco wytrenowany to każdy taki manewr wywoływałyby gwałtowne poruszenia w jego żołądku. Zresztą do tej pory zdarzało się, że po meczu miał rewolucje gastryczne. Dlatego regularny trening był niezwykle ważny. Powietrze świszczało mu w uszach, gdy nagle zawracał miotłę wymijając innych latających zawodników. Zaciskał mocno dłonie na pałace, aby nagły pęd nie wyrwał mu jego broni z ręki. Póki nie odbijał tłuczków było to bardziej prawdopodobne. Mijał innych zawodników, których zaczynało już przybywać. Czasem ścigał się nawet z ścigającymi, bo prawdą było, że musiał dorównywać im prędkością. Inaczej pozostali gracze częściej spadaliby z mioteł.
O dziewiątej wypuścili tłuczki i zaczęła się główna, fundamentalna część. Oprócz niezależności skupionego pałkarza liczyło się zgranie z drugim pałkarzem. Musieli stanowić idealną symbiozę, myśleć i pracować jak jeden organizm, perfekcyjny twór. Dziś Melvin nie mógł się stawić na trening, więc Søren tym razem trenował z rezerwowym. Zresztą takie wymiany nie były niczym nowym. W razie wypadków losowych powinni być w stanie współpracować w każdej kombinacji. Dziś wypróbowali nową technikę, która polegała na obstawianiu poszczególnych gracz na boisku, a nie tłuczków. Śmigali po wybranym przez siebie polu boiska, między wybranymi zawodnikami patrolując sytuację. Raz po raz zatrzymywał się i wybijał tłuczek w odległe miejsce. Podczas meczy zwykle celowało się w graczy wrogiej drużyny, aby utrudnić życie przeciwnym pałkarzom, ale tym razem nie było możliwości zrealizowania tego. Często więc wybierali na ten cel dolne części bramek, żeby wyćwiczył celność.
To był dobry trening. Zdecydowanie lepszy niż sierpniowy mecz towarzyski, który był przecież formą ćwiczeń. Wymazał jednak to wydarzenie z pamięci, wyciągając jedynie istotne wnioski. Teraz trafiał w tłuczki o wiele część, a przyjemnie obolałe mięśnie przypominały mu, że dał z siebie wszystko. Uścisnął dłoń drugiego pałkarza i wylądował na murawie. Nogi miał lekko zdrętwiałe od utrzymywania w jednej pozycji, bo tylko raz o mało nie spadł z miotły. Dlatego zafundował sobie pożegnalną przebieżkę wokół boiska, chociaż mięśnie wyraźnie protestowały. W końcu jednak opuścił boisko i zszedł do szatni.
Koło czternaste strumień ciepłej wody oblał jego spocone ciało i przyniósł ukojenie zmęczonym mięśniom. Chętnie zostałby dłużej, ale nie było sensu w przeforsowywaniu się. Liczył, że przyjemnie wykończony po powrocie do domu w końcu zdoła się wyspać.

|zt




okay, i hated you but even when you left, there was never a day that i’ve forgotten about you and even though i actually miss you, i’m gonna erase you now cause that’ll hurt way less
than blaming you


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   23.02.16 21:48

Każdy sport wiązał się z dużą ilością potu, jeszcze większą liczbą łez, a do tego niewymiernym do tego wszystkiego bólem. Quidditch nie należał do wyjątku. Rozpoczynając do rozgrzewki na ziemi, aż do tej na powietrzu, właściwej części treningu, by potem skończyć na kilkudniowych lub kilkudniowych meczach, które nie dawały wytchnienia, poprzez wyrzeczenia, a także dodatkowe zawody miłosne, które wcale nie powinny być liczone do pakietu, a weszły w jego ramy oraz - w końcu - związanym z tym cierpieniem. Nie tylko fizycznym. Ale mówienie o Selinie Lovegood jako cierpiącej osobie wydawało się mocno abstrakcyjnym podejściem. To inni zawsze odczuwali ból. Dosyć często przez nią. Dlatego teraz prawie bezlitośnie i zupełnie niekoniecznie bez wzruszenia patrzyła jak Douglas zalewa się krwią, udając, że nie mogłoby jej to mniej obchodzić, że jej szukający okazuje taką niedyspozycję poprzez swoje głupie akcje, które raz, że były wygłupem, a dwa, że były sprowokowane przez nią. Czy miała wyrzuty sumienia? Nigdy. Nawet teraz, gdy Soren patrzył na nią tak znacząco, dając jej bardzo dobrze do zrozumienia co o tym wszystkim myślał.
-Jestem w stanie dostrzec co najmniej kilka wyjątków, Jones, i nic bardziej mnie nie zasmuca niż to, jak teraz kłamiesz mi w twarz.-oświadczyła, perfekcyjnie pozorując dotknięcie spowodowane tym łgarstwem.-Szukający i znicz w jednym zdaniu brzmi jak idealne połączenie, Avery.-odparła zaraz, uśmiechając się słodko, dalej nie mając zamiaru uznać, że cokolwiek leży tu po jej winie.
I gdy tak schodziła, chłopcy wymieniali wzruszające dowody wzajemnej miłości. I pewnie by ich dalej ignorowała, gdyby nie niepokojący dźwięk, który kazał jej się obrócić i zatrzymać na moment. Zacisnęła usta, czując niewyobrażalną irytację.
-Tak jak o wiele innych rzeczy, idioto.-warknęła, pokonując na powrót te kilka schodów, dzięki którym mogła na powrót zmniejszyć dystans między nimi. Wyciągnęła chusteczkę z kieszeni, podając mu.-Wytrzyj się, twoje fanki będą zawiedzione takim widokiem.-mruknęła nieco przyjemniej.-I usiądź, Jones, czy ty posiadasz jakikolwiek instynkt samozachowawczy?-westchnęła, wywracając oczami. Musiała zachować twarz, co nie?!
Spojrzała na pałkarza, robiąc nieco zmęczoną minę - wcale nie okazała pokory. W-C-A-L-E! Przetarła palcami nos, zastanawiając się.
-Nie myśl tylko, że to cię zwolni z treningów w tym tygodniu.-zastrzegła zaraz, wzdychając. Usiadła ponownie, odchylając głowę do tyłu. Patrzyła, jak chmury wolno przesuwają się po niebie, uznając to za lepszy widok niż wykrwawiający się Doug i pełen pretensji Avery.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Douglas Jones
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t2023-douglas-jones http://www.morsmordre.net/t2037-poczta-douga http://www.morsmordre.net/t2035-douglas http://www.morsmordre.net/f206-horizont-alley-18-5 http://www.morsmordre.net/t2187-douglas-jones#33292
szukający Os z Wimbourne
25
Półkrwi
Kawaler
sił mi brak i już nie chcę
nic wiedzieć, mam mętlik
w mojej małej głowie
0
0
0
0
10
5
26
25
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   09.03.16 21:34

Choć z początku zdawał mu się całkiem zabawny, wkrótce dramatyzm tej sytuacji zaczął działać mu na nerwy. No już, już - niech ta jucha przestanie fontannami wydobywać się z nosa, zalewać dłoń, ściekać po nadgarstku, haniebnie brudzić rękaw stroju Osy. Znudził się tym przedstawieniem, dlaczego nie może go tak po prostu przerwać? Znicz złapany, oklaski zdobyte (cóż, być może jeszcze niezdobyte, ale wierzył, że Ren i Lovegood klaskali w myślach, zbyt przejęci jego aktualnym stanem, by układać dłonie w geście wiwatu i podziwu) - niech już opadnie ta przeklęta kurtyna.
Ale kurtyna nie opadała, nabierała tylko barwy coraz mocniej zakrawającą o krwisty rubin, tak jak zresztą jego palce, które, jak miał wrażenie, na stałe przesiąkły już posoką.
Będzie to szorował przez pięć lat. P i ę ć l a t.
- Och, Lovegood - rzucił wylewnie; można było nabrać wrażenia, że rzeczywiście nie miał pojęcia, jakie imię nosiła jego najdroższa przyjaciółka. - Jak śmiesz oskarżać mnie o kłamstwo?
Przecież mówił prawdę. Zawsze - bolesną, brutalną, osnutą grubą warstwą sarkazmu i czystej, szczerej złośliwości, ale nigdy jej nie naginał, uznając, że dokładne ważenie słów zatrułoby mu tylko krew, zabrało mnóstwo czasu i nie przyniosło przy tym żadnej, ale to żadnej satysfakcji.
- Dramatyzujesz, Avery - zresztą, nic nowego; czasem nabierał wrażenia, że przyczyna wiecznego podirytowania Sørena (które niechybnie ukrywał, ale Doug i tak wiedział lepiej) była prozaiczna. Za mało alkoholu, za mało nagich kobiet i za mało obrzydliwych, szlamowatych gnojków pobitych w ciemnych uliczkach. Właściwie chciał powiedzieć to na głos, ale zaraz o tym zapomniał, zbyt zajęty bezczelnym, szerokim i przeurokliwym uśmiechaniem się do Lovegood. Która również cierpiała na niedobór beztroski - skąd w tych ludziach brało się tyle kwasów, zbędnych, patetycznych przemyśleń? W duszy musieli mieć szalone perpetuum mobile napędzające problemy, ale Doug - notabene bardzo sprytnie - chronicznie je zagłuszał, carpe diem parafrazując w chwytaj znicz.
No i chwytał. Nie myśląc o wczoraj, nie myśląc o jutrze, tak naprawdę nie myśląc nawet o dniu dzisiejszym. Kto wie, może wyłącznie tylko dlatego jeszcze nie zwariował.
- Paniczu Renie, gdzie się podziały twoje szlacheckie maniee-... - ale nigdy nie dokończył, bo w tym momencie wyżej wspomniany lord Avery zgiął go wpół, co właściwie wiele nie zmieniło. Oprócz tego, że z ust Jonesa wyrwało się wyjątkowo niekulturalne przekleństwo, które w wyższych sferach najpewniej spędzało sen z powiek, demoralizowało i gorszyło co wrażliwsze damulki.
- Gdybym miał jakikolwiek instynkt samozachowawczy, zmieniłbym drużynę - wzruszył ramionami po chwili, wyjątkowo wyzbywając się z głosu przekąsu. I posłusznie usiadł na jednym z krzeseł, wciąż patrząc z wyrzutem na Sørena. - Daj spokój, Lovegood; klamerka na nos na noc i rano będę zdrów - wysilił się na żart, na nowo zaczynając się uśmiechać.




and I don't give a damn
about my bad reputation

Powrót do góry Go down
 

Stadion Os z Wimbourne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17