Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stadion Os z Wimbourne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Stadion Os z Wimbourne   17.01.16 23:34

First topic message reminder :

Stadion Os z Wimbourne

Niezwykle zadbany stadion Os położony jest nieopodal Wimbourne, czarodziejskiej miejscowości na południu Anglii. Niemal zawsze można dostrzec tu mknące w powietrzu żółto-czarne postacie. Rozległe trybuny są w stanie pomieścić kilka tysięcy fanów tłumnie przybywających kibicować swojej ulubionej drużynie.
Możliwość gry w quidditcha


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   16.06.17 22:11

To nie był szczęśliwy dzień dla Katherine Williams, jednej z rezerwowych Os z Wimbourne, czarownicy półkrwi, której matka szczyciła się wśród swoich mugolskich znajomych doskonałą sztuką krawiecką. Ci znajomi jednak nie wiedzieli, że kobieta nie przykłada do swojej twórczości nawet jednego palca, a wszystko robi za nią dębowa różdżka. Patrzyła na nią wywracając oczami, bo usta zawiązywał jej fakt, że dzięki tym chełpliwym kłamstwom cała rodzina miała co jeść. Chciała się wyrwać z domu pełnego bachorów, które każde różniło się od poprzedniego, czego jej ojciec niestety nie zauważał. Trochę miała dość, trochę męczyła się ciężkim powietrzem w domu, przesyconym jęczeniem, płaczem i kłótniami najmłodszych.
Swoją ostatnią nadzieję pokładała w drużynie, w której grała już od dwóch miesięcy – co prawda udało jej się dostać tylko na ławkę rezerwowych, ale i tak uważała to za swoje osobiste zwycięstwo! W czasie treningów rozgrzewała się tuż obok największych gwiazd, patrzyła na nie, uczyła się ich ruchów, modyfikacji, które wykonywali na boisku z gracją powietrznej primabaleriny.
Tylko dzisiaj, wyjątkowo dzisiaj, wszystko szło nie tak, jak trzeba. Seria niefortunnych zdarzeń, które zaczęły się już od poranku, uniemożliwiły jej bycie na dzisiejszym meczu, a kiedy już się pojawiła na stadionie – było pusto. W szatni nie było nikogo, nie było trenera, któremu wytłumaczyłaby, że to nie jej wina, że to wszystko wina wczorajszej wróżbiarki, którą matka spotkała na swojej drodze i powtórzyła potem Kate to, co usłyszała – niefortunnie pechowa przepowiednia dotyczyła właśnie jej najstarszej córki. Gdy wychodziła z boiska, jej wzrok natrafił na niewielkie pudełeczko – ot, skromne, pospolite pudełeczko, mały prezent, który ktoś mógł zostawić z powodu zwykłego zapomnienia. Gdy się po mnie pochylała, coś ją tknęło. Wspomnienia pogalopowały w kierunku ostatniego wydania Proroka Codziennego, w którym ze smutkiem informowano o kolejnych atakach na bezbronnych zawodników Os z Wimbourne. Nie opisywano dokładnie ich okoliczności, ale przebłyski plotek wśród rezerwowych, które wyłapywało jej gumowe ucho, uświadomiły jej, że w podobnym zawiniątku mogło kryć się coś otulone czarnomagiczną klątwą…
Owinęła więc pudełko w bawełnianą chusteczkę i zabrała je do domu. A tam dopadły ją natarczywe myśli – powinna zanieść to do Biura Aurorów, może zawiadomić inny dział ministerialny… ale co by się stało, gdyby w środku niczego nie było? Zbłaźniłaby się, ośmieszyła na forum całego czarodziejskiego świata i co byłoby potem z jej karierą?! Figa z makiem!
Długo nie czekając, zabrała z powrotem puzderko na stadion, żeby ostatecznie zatrzeć za sobą ślady i zostawić je w miejscu, z którego je zabrała. Gdy jednak odchodziła, po raz kolejny poczuła tajemnicze uszczypnięcie ciekawości. Jeśli zostawi je tak i nie zajrzy… ah, nie wybaczy sobie tego!
Podjęcie decyzji zajęło jej niecałą sekundę, a skutki były opłakane.
- Rat… ratunku! – wrzasnęła charcząco ze stadionowej szatni w pełnym desperacji odruchu. Nie wiedziała, czy ktoś tu był, ale ponoć nadzieja umiera zawsze ostatnia. – Ratunku, p-pomocy!
Łańcuszek owinął się wokół jej szyi niczym wąż, a ona, raniąc sobie na nim dłonie, próbowała za wszelką siłę oderwać go od skóry, uwolnić się, złapać powietrza. Do oczu napłynęły jej łzy – nie wiedziała tylko, czy bólu, czy jednak czystej paniki.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley http://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 http://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
Choć krwią zachłysnął się nasz czas, choć myśli toną w paranojach...
24
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   21.06.17 18:46

Nie doczekawszy się odpowiedzi, na końcu języka Brendana zakręciło się zaklęcie Esposas, miał zamiar zakuć Selinę i zabrać na przesłuchanie - jeśli nie w charakterze podejrzanej - a wydawało się to mieć sens - to w charakterze niepozornego świadka, którego charakter procesowy mógł ulec zmianie w późniejszym etapie. Gwiazdy tak miały, był tego pewien, zapatrzone w swój sukces nieszczególnie przejmowały się deptanymi przez siebie prostymi ludźmi; jeżeli Lovegood była niewinna, miał nadzieję, że zdoła jej w ten sposób czegoś nauczyć - o niej samej, o świecie, o innych. Była zapatrzoną w siebie egoistyczną jędzą, a takie zdecydowanie rzadko płacą za to, kim są. Gdyby tylko wiedział, że jeden z jego przyjaciół umawia się z tą jędzą, zapewne włosy stanęłyby mu dęba - na szczęście, nie wiedział.
- Panno Lovegood - zaczął, bo milczenie zaczynało się przeciągać; czas na ostateczne rozwiązania siłowe. Nadgarstek instynktownie ściągnął mięśnie, zmuszając palce do objęcia rękojeści skrytej w kieszeni różdżki, podczas gdy - w tym samym momencie - usłyszał rozpaczliwy krzyk. Obrócił się w stronę szatni, instynktownie, bez namysłu, z napięciem plastycznie wyraźnie wymalowanym na bladej twarzy. - Wrócę tu - obiecał, choć nie sądził, że gwiazda Os za nim zatęskni; nie miał zamiaru jej tego odpuścić. Doprowadzi sprawę do końca, a do tego potrzebował jej pełnych zeznań, a może nawet jej samej - w roli bezdusznego sprawcy. Kobieta tak sławna jak ona nie miała jednak szansy zniknąć w tłumie, w kraju rozpozna ją każdy, a w swojej arogancji wydawała się tak zacietrzewiona, że z pewnością nie uwierzyłaby, że rzeczywiście nie jest osobą, której nie można ruszyć. Biegiem udał się w kierunku szatni, porzucając zawieszony w powietrzu pergamin, po którym nieprzerwanie sunęło samopiszące pióro zachowując dla potomnych wszystko, co słyszało, za źródłem przerażającego krzyku - ktoś potrzebował pomocy i to było w tym momencie ważniejsze. Nie musiał się wahać, obliczając rachunek zysków i strat; byłby kontrowersyjny, gdyby miał wątpliwości, czy jego podejrzana nie spróbuje się jednak ukryć.
- Nie ruszaj się! - polecił od progu, choć jeszcze dobrze nie dostrzegł ofiary klątwy, jej oczy wyrażały przerażenie, a ciało - bezradność. Cierniowa obroża zacisnęła się wokół jej szyi, nie dając szans na oswobodzenie się z tej ciasnej - dusznej - klatki. Dobył różdżki, którą miał pod ręką, ciskając zaklęcie Finite; działanie klątwy ustało - a może tylko zelżało? Potrzebowali pomocy łamacza, nie tylko, dziewczynie potrzebny był uzdrowiciel. Natychmiast. Dziewczyna upadła, a obok  - błyszczał tajemniczy naszyjnik. Brendan podniósł go przy pomocy zaklęcia Windgardium Leviosa i przemanewrował nim na bok, z zamiarem przełożenia go na widoczne miejsce, w którym nikt przypadkiem się na niego nie natknie. - Tutaj! - krzyknął, cofnąwszy się w progu kilka kroków, chcąc przywołać kierującego akcją aurora. Dalej - nie powinien działać samodzielnie. Podszedł bliżej dziewczyny, kucnąwszy przy jej bezwładnym ciele - sprawdzając oddech. Na szczęście, była tylko nieprzytomna. A oni - zyskali kolejną poszlakę.
- Zabierz ją do Munga - usłyszał polecenie, któremu nie miał zamiaru się sprzeciwiać; bez zawahania ujął dziewczynę w ramiona i odszedł, poszukując kominka podłączonego do sieci Fiuu.

/zt




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Perseus Avery
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery http://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 http://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 http://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
wiedźmia straż
25
Szlachetna
Kawaler
vicious
vengeful
victorious
6
19
0
0
10
32
3
8
Czarodziej
nothing good ever stays with me

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   02.08.17 11:23

| 28 kwietnia, 13:13

Trzynaście minut spóźnienia kosztowała go niesubordynacja Serafina, który zapomniał już o swoich niezwykle taktownych działaniach z początku kwietnia oraz, najwyraźniej, dalekim od wybitnego samopoczuciu Perseusa, zmuszając go tym samym do reprymendy, gdy książki w bibliotece wylądowały na regałach w porządku odwrotnych do alfabetycznego, a tym samym zaburzyły szlachcicowi porządek wczesnego popołudnia, gdy na półce, do której skierował się automatycznie jego dłoń natrafiła na zabytkową księgę o teorii magi, zamiast na poszukiwane przez niego wydanie traktujące o ostatnich trzech wiekach historii najbardziej konserwatywnych rodów szlacheckich. Jego czas był cenny - jak bardzo, miał się o tym dowiedzieć niefrasobliwy skrzat domowy. Trzynaście minut - trzynaście kar, odnotował to, zatrzaskując srebrny, kieszonkowy zegarek, gdy w końcu aportował się w pobliżu stadionu Os z Wimbourne, a jego usta wygięły się w grymasie niezadowolenia. W okolicy nikt nie czekał, przygotowania do treningu zapewne już się rozpoczęły, a jego spotkanie z kuzynem, który musiał powrócić na właściwe tory najpóźniej w przeciągu kilku następujących tygodni, najprawdopodobniej zawisło pod znakiem zapytania. Nie mógł się na to zgodzić - wszak ostatecznie odnalazł poszukiwany, opasły tom, który dzierżył w dłoni o zbielałych knykciach z zamiarem gorącego polecenia lektury kuzynowi, który w poszczególnych opisach ich wspólnych przodków, pośród biogramów dumnych polityków, hodowców monopolizujących rynek handlu trollami czy śmiertelnie precyzyjnych łowców wilkołaków nie uraczy ani jednej godnej wzmianki o szlachcicach parających się zawodowym miotlarstwem - ci bez wyjątku kończyli nieodwracalnym kalectwem, przedwczesnym zgonem lub zostawali całkowicie wypchnięci poza margines i w konsekwencji, nierzadko, wydziedziczeni, o ile kontynuowali straceńczą karierę, zamiast opamiętać się i oddać w pełni hołd wielowiekowej tradycji. Nie takiego losu życzył Sorenowi.
Postanowił odnaleźć kuzyna przy wyjściu z szatni, w których zapewne drużyna przywdziewała szaty treningowe, szybkim krokiem przemierzył więc tereny przyległe do boiska, by znaleźć się przy budynkach gospodarczych, a z każdym krokiem słyszał wyraźniej echo odległych rozmów. Bez sentymentu przesuwał spojrzeniem chłodnych tęczówek po wyłożonym na murawie sprzęcie do quidditcha, nie wracając już wspomnieniami do czasów, w których sam marzył o całodziennych lotach w przestworzach. Wyminął serię lśniących w promieniach słonecznych kafli oraz wypolerowanych na wysoki błysk mioteł, będących zapewne jednymi z nowszych modeli dostępnych na rynku; nie odróżniał ich, dawno przestał już śledzić nowinki technologiczne w tej dziedzinie i braku wiedzy nie odczuwał. Odczuł natomiast nieskrywane zdziwienie, gdy jedna z mioteł uniosła się gwałtownie i zamiatając sztywnymi witkami okoliczną trawę i wszystko, co na niej się znajdowało, ruszyła jego śladem. Odwrócił się, zerkając przez ramię na sprzątającą nieistniejące zabrudzenia miotłę, która w gruncie rzeczy nie była stworzona do sprzątania, po czym przemierzając kolejne parę kroków, sprawdził czy przedmiot faktycznie podąża za nim. Zwolnił, przyspieszył, odszedł kawałek w bok i drugi i jego obawy zostały potwierdzone, mało tego - miotła tylko się rozochociła, coraz szybciej szurając witkami o murawę, by ostatecznie znaleźć się tuż przy Averym i zacząć omiatać jego buty. Grymas niezadowolenia wstąpił na jego twarz, nie był pewny, czy to zawodnicy robią sobie podobne kawały, zaklinając miotły, by zajmowały się wszystkim oprócz wypełniania swojego sportowego przeznaczenia, lecz nie poświęcał temu zbyt wiele myśli, zamiast tego skupiając się na tym, że traci kolejne cenne minuty, podczas gdy do załatwienia ma sprawę niezwykle ważką. Śledząc ruchy szalejącej miotły, wyciągnął różdżkę, by rzucić krótkie finite, jednak ogarnięta manią sprzątania miała plan inny od udania się w stan spoczynku - gdy tylko uniósł cisowe drewno i wypowiedział pierwszą sylabę, miotła uniosła się w kontrze, by uderzyć go po głowie kilkakrotnie. Zagotował się nie na żarty, tracąc resztki szacunku do braci quidditchowskiej, zupełnie nie było mu do śmiechu, gdy cofał się parę kroków, próbując uzyskać wystarczający dystans do rzucenia zaklęcia, ale za każdym razem miotła jakimś cudem uprzedzała jego ruchy, a każdy jej średnio dotkliwy, lecz wystarczająco rozpraszający cios uniemożliwiał wypowiedzenie nawet tak krótkiej inkantacji. Opuścił różdżkę, by spróbować chwycić trzonek miotły i okiełznać ją w sposób fizyczny przynajmniej do czasu odczarowania, jednak gdy tylko zacisnął palce dookoła chłodnego drewna, miotła wyrwała się z niespotykaną siłą, szarpiąc również jego ciałem i sprawiając, że nieomal utraciłby równowagę - i już po chwili omiatała ponownie jego obuwie i odzienie, nic sobie nie robiąc z narastającej w nim złości czy prób powstrzymania tego procederu.




stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   10.08.17 20:53

Szyderczy uśmiech. To wszystko co mógł dostać za tą pyszną odpowiedź, która z takim lekceważeniem podchodziła do wagi jej słów, kwestionując czy faktycznie okażą się przydatne. Z drugiej strony poczuła nagłe zniechęcenie, bo jej kompan do rozmowy definitywnie nie doceniał werbalnych zabiegów ani samej gry, jaką była konwersacja, zapewne należąc do typów, które nie posunęłyby się dalej w ewolucji i zrezygnowałyby z narządu mowy, gdyby tylko mogły się bez tego obyć.
Nie zwalniała mówić, gdy jej słowa były uwieczniane na papierze, unosząc jedynie kącik ust i prawą brew. Czuła adrenalinę krążącą w żyłach. Owszem, była zirytowana - jak osa, która została trzepnięta i w wściekłym otępieniu szukała sprawcy tej przykrości. Nie widziała zagrożenia. W porównaniu do owada w chitynowym, tkliwym pancerzyku, czuła się jak b o g i n i, gdy jej stopy stały pewnie na jej murawie, trwając w lekkim rozkroku, który nie przystoił większości kobiet. Miała mocną, pewną siebie postawę. Była nietykalna, była wszak rybą we własnym stawie, nikt nie poruszał się tu tak sprawnie i sprytnie jak ona, nikt nie zwykł spędzać tu tyle czasu, przywiązać się na tyle, by podczas tylu lat zapamiętać najmniejsze zadrapanie na ścianie, z irytacją fukać na miotły pozostawione w złym miejscu, by z czasem wpaść w manię pozostawiania wszystkiego tak, jak było kiedyś - czyli tak, jak sobie sama to wyobrażała. I żadna najmniejsza zmiana jej nie umknęła. Z ogromną przyjemnością węszyła, szukając winnych psucia porządku, do którego się przyzwyczaiła, by potem winnego postawić w nieprzyjemnym świetle jej oszczerstw i niechęci.
Brendan Weasley nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki zasób wiedzy posiadał przed sobą. Nic nie umykało jej uwadze. Uwielbiała poza treningami mrużyć oczy, zaciskać usta w cienką linię, by oddawać się krytykowaniu otaczających ją ludzi i stanu rzeczy. Wtykała swój nos do wszystkiego, bo czuła się jak pani na włościach. Panoszyła się namiętnie, wścibsko, choć absolutnie zasadnie. Nie było wszak lepszego źródła informacji niż odpowiednik zrzędliwej sąsiadki - Lovegood jednak zamiast dbać o swoją klatkę schodową, to przejmowała się drużyną i miejscem treningów.
-Tak myślałam.-zrobiła pauzę, z lubością napawając się tym momentem.-Miotły robią się mniej czułe-starannie wypowiedziała to słowo, na chwilę przerywając, by zmierzyć go wzrokiem-...o ile to pojęcie nie jest ci obce.-zakończyła z kompletnie niewinnym uśmiechem, oceniając stojącego przed nią mężczyznę z kamienia, który zdawał się być absolutnym służbistą i beznadziejnym przypadkiem.
Na resztę pytań Osa bardzo taktownie wyminęła się sarnim uśmiechem i wzruszaniem ramion, najwyraźniej stwierdzając, że dość się nagadała i nie ma zamiaru już więcej sycić jego uszu swoim jakże melodyjnym głosem.
Prawie się zakrztusiła, gdy oznajmił, że ją aresztuje. Parsknęła śmiechem początkowo, ale poważna mina pana funkcjonariusza kazała jej to momentalnie uciąć. Uniosła więc brwi w niedowierzaniu, by potem znowu wrócić do nerwowego rozbawienia. On sobie żartował, tak? Ż a r t o w a ł. Chce zakuć w kajdanki JĄ, Selinę Lovegood, gwiazdę Os, NA JEJ WŁASNYM BOISKU? No chyba oszalał!
Zacisnęła palce w pięści, zaciskając usta i mrużąc nieprzyjemnie oczy, jakby miała zamiar go zdyscyplinować jak jakiegoś gnojka, który nieco za mocno się rozjuszył i przekracza granicę, na którą nie powinien nawet spojrzeć. Nie zdążyła wybuchnąć. Nie powiedziała, że gdyby to ona była odpowiedzialna za podobne wydarzenie, to z największą przyjemnością chlubiłaby się wykonaniem takiego poświęcenia dla społeczeństwa - idioci powinni być poddani eksterminacji. Zwłaszcza tacy, którzy grają nie do końca uczciwie, wykorzystując naiwność innych - ale tego już nie miała zamiaru dopowiadać. Nigdy. Nie musiała się tłumaczyć.
Jej głowa drgnęła jednak instynktownie, tracąc gniew, gdy rozległ się krzyk, a oczy wypatrzyły kierunek, z którego dochodziło wołanie o pomoc. Znany głos, choć tonacja absolutnie obca. Ruszyła się, choć została zatrzymana przez obietnicę powrotu - rozproszona, zdołała zapomnieć o obecności aurora. Powstrzymała się przed ruszeniem za nim. Stała, zjadana przez złość, niewiedzę i niepokój, co znowu się stało.
W końcu wszyscy zostali zmuszeni do opuszczenia terenu boiska, by umożliwić pracę aurorom. Blondynka nie wahała się ich ostrzec, że jeśli jej miotła będzie nosić jakiekolwiek ślady naruszenia, to złoży oficjalną skargę i nie będzie obawiać się ich wszystkich pociągnąć do odpowiedzialności!

/zt


(sorki, kończę ._.)






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Stadion Os z Wimbourne   13.08.17 22:09

Koniec miesiąca nie przyniósł wraz ze sobą żadnych zmian. Umysł uspokoił się na chwilę odrobinę na nowo odnajdując się w uargumentowanej logice – potrzebowała spotkania z Deirdre, prawdopodobnie tylko dzięki niemu zdawała się nie popaść w całkowity obłęd, który zostałby uwarunkowany bzdurnymi domysłami.
Nadchodzący mecz Os odgrywany na własnym podwórku jasno świadczył o obecności Avery’ego w mieście. A zbliżający się termin rozgrywki( nie to, żeby interesowało ją to jakoś nadmiernie – zleciła skrzatowi znalezienie informacji, pragnąć skonfrontować się z Sorenem) sprawiał, że przeczuwała iż najłatwiej znaleźć go będzie na stadionie.
Długa, czarna, spódnica, zawieszona na biodrach sięgała aż do ziemi, lekko znacząc jej nogi gdy poruszała się w stronę szatni. Rozejrzała się po boisku na chwilę powracając wspomnieniem do lat szkolnych – do drużynowych rozgrywek domów w których brała udział. Tam też musiała u d o w o d n i ć wszystkim niedowiarkom, że jest w stanie stać obok mężczyzn, współpracować z nimi, a nawet im dorównywać.
Westchnęła lekko korzystając z chwili samotności – znała swoje miejsce, wiedziała do jakiego momentu zmierza jej życie, czuła ostatnie podrygi wolnego serca, które cichymi podszeptami namawiały by wskoczyć na miotłę, okrążyć kilka razy stadion Os, poczuć wolność, którą czuła zawsze gdy wiatr rozwiewał jej włosy. Te czasy minęły już bezpowrotnie, czuła to w kościach. Teraz każdą drobiną wolności zastąpią obowiązki – rodzenie dzieci, godne prezentowanie się u boku miejsca, ciche wsparcie, zamiast własnego zdania. Jedyną wolnością, jaka jej pozostanie miała być niewidoczna dla innych, powierzchownie zabita, żyjąca jedynie w środku, wśród jej własnych myśli.
Odwróciła spojrzenie zła, nerwowo podejmując wędrówkę. Z daleka widziała już lśniące kafle i miotły ułożone jedna przy drugiej, początkowo nie rozpoznawała sylwetki mężczyzny. Dopiero podchodząc bliżej zdołała rozpoznać jednostkę, jak i pojąć co tak właściwie obserwuje. Stał do niej plecami i na razie nie zamierzała zdradzać swojej obecność. Ruszyła ponownie a po kilku krokach przystanęła by z dziwacznego rodzaju rozbawieniem i satysfakcją obserwować następujące po sobie zdarzenia.
Finite zdawało się logiczne, jednak nie zdziałało zbyt wiele, miotła ogarnięta naglą manią sprzątania nie poddała się urokowi. Wynonna zaplotła dłonie na piersi ani myśląc by pomagać Perseusowi, chciała dalej oglądać jego zmagania mając nadzieję, że nie zakończą się one szybko. Jego różdżka znów powędrowała ku górze, ale zanim jakiekolwiek słowa padły z ust miotła uniosła się i pacnęła go kilka razy pogłowie. Widok iście absurdalny, całkiem odrealniony sprawił, że z ust Nonny wydostało się coś na podobieństwo krótkiego śmiechu. Ruszyła znów, chcąc podejść bliżej, rozbawionym spojrzeniem wodząc za miotłą i jej ofiarom – za każdym razem gdy Avery oddalał się kawałek chcąc rzucić zaklęcie, miotła uderzała go w głowę niczym niesfornego ucznia. Widziała napięcie w jego mięśniach i irytacje na tyle dużą by pchnąć go do próby okiełznania miotły przy pomocy własnych dłoni. Ale i to zawiodło, ledwie zacisnął palce na drewnie, buntownicze miotła wyrwała się szarpiąc go i pozbawiając na chwilę równowagi.
- Widzę, że ktoś, - coś, nieważne - w końcu postanowił doprowadzić cię do porządku – rzuciła gdy znalazła się już dostatecznie, by nie musieć krzyczeć, omijając tytuły, wierząc, że nie uzna tego za ujmę. Brew w zagadkowym rozbawieniu uniosła się ku górze, we włosach pobłyskiwała wielka srebrna spinka w kształcie węża, szyję zdobiła kolia wysadzana czarnymi kamieniami. A słowa? Słowa aż same cisnęły się na usta, widocznie – mimo wewnętrznego oporu – nawet Wynonna Burke, pod ciągłym wpływem Deirdre i Perseusa, w końcu nauczyła się jak zażartować. Być może od zawsze wiedziała. Być może użyła tych słów wiedząc, że jedynie wyprowadzi go z równowagi jeszcze bardziej. Nie, tego ostatniego nie wiedziała, ale miała ogromną nadzieję, że tak się stało.
Bo oto stał przed nią, on, szlachcic nad szlachciców, zdobywca nad zdobywcami, cholerny farciarz we wszystkim, czego się dotknie, nie mogąc poradzić sobie z jedną, magicznie ożywioną miotłą. Przekręciła lekko głowę w lewą stronę w – niby to – zaciekawieniu, ani myśląc o tym, by mu pomóc. Jeśli chciał jej pomocy, musiał o nią poprosić – i Nonna była pewna, że zdawał sobie z tego sprawę.




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
 

Stadion Os z Wimbourne

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17