Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Wejście do rezerwatu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Wejście do rezerwatu   19.01.16 20:06

Wejście do rezerwatu

Rezerwat Albionów Czarnookich nieopodal Dover chroniony jest licznymi zaklęciami odstraszającymi nie tylko mugoli, ale i czarodziejów, a zwłaszcza kłusowników. Ukryty w lasach, tuż przy klifach, przeszklony budynek nad wejściem ozdobion jest herbem rodu Rosier - fundatorów tego miejsca - a zamknięte wrota, do których prowadzą strome kamienne, obrośnięte mchem schodki, otwierają się same jedynie przed upoważnionymi do przejścia czarodziejami. Ścieżki rozwidlające się od bram prowadzą ku ogrodom, gdzie bezpiecznie chowane są smoki o białych jak księżyc łuskach i czarnych jak noc ślepiach. 
Za wrotami znajduje się niewielki przedsionek wraz z kominkiem podłączonym do sieci Fiuu. Niewielkie przeszklone pomieszczenie odgrodzone jest od dalszych korytarzy magicznie zabezpieczonymi drzwiami.


Powrót do góry Go down
Persephone Valhakis
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2579-persephone-valhakis#40897 http://www.morsmordre.net/t2617-listy-do-persephone#41652 http://www.morsmordre.net/t2619-bogini-kwiatow#41656 http://www.morsmordre.net/f256-durham-posiadlosc-rodziny-valhakis http://www.morsmordre.net/t3004-persephone-valhakis
sprzątam klatki w rezerwacie Rosierów
21
Czysta
Panna
There are no limits to knowledge.
3
13
0
0
0
3
0
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   28.04.16 16:52

Krok pierwszy.
Wspomnienie włamania do smoczego rezerwatu zawładnęło głową Persefony w kilka chwil po tym jak zorientowała się, że nastała pora wybrania się do Dover na spotkanie z lordem Rosierem. Zawsze darzyła tamte wydarzenia dosyć wyjątkowym rodzajem sympatii, również teraz z uśmiechem przywołując kolejne etapy włóczenia się po jednym z najbardziej zakazanych miejsc w całym swoim życiu. Tego dnia miała postarać się o pracę w placówce niemal identycznej, starsza o kilka lat i mądrzejsza o niejeden obszerny tom, niekoniecznie traktujący o smokach. Zdawałoby się, że to logiczna kolej rzeczy - skoro jej myśli pozostawały pod panowaniem zamiaru ujarzmienia ognistych potworów, to musiała się do nich znacznie zbliżyć. Co dalej? No właśnie. Kradzież smoczego jaja niedługo po objęciu stanowiska byłaby tak kolosalnie idiotyczna, że nawet rzekoma "marnotrawna córka" szanowanego Valhakisa wzdrygnęła się na myśl o popełnieniu podobnego błędu. Rzecz jasna uśmiechnęła się do młodszej siebie, paradującej pod osłoną nocy w towarzystwie średnio znajomych osób w poszukiwaniu związanych ze smokami przeżyć, ale obiecała sobie raz na zawsze, że nigdy więcej nie powtórzy takich szaleństw. Kto wie, może nawet jakimś dziwnym trafem uda jej się spełnić to postanowienie.
Ciche pyknięcie, charakterystyczne dla teleportacji, rozległo się nieopodal wejścia do rezerwatu. "Proszę się stawić z samego rana". Gdy otulona boleśnie niegreckimi ubraniami sylwetka Valhakisówny w pewien sposób zderzyła się z mroźną atmosferą na zewnątrz, dziewczyna nabrała niespotykanej ochoty obrzucenia Rosiera przeróżnymi, zmyślnymi klątwami. Z jednej strony nic to dziwnego, bo przecież nadal była osobą nieskalaną przez jakąkolwiek pracę, to i nie zdążyła zaznajomić się z realiami wstawania o określonej godzinie aby zdążyć na określoną porę, z drugiej jednak o wiele bezpieczniej byłoby wstrzymać się od rzucania niemiłych zaklęć na prawo i lewo w obecności kogoś wyższego urodzeniem. Całe szczęście nie to zaprzątało jej głowę, gdy przyciskając do piersi plik z papierami kroczyła w stronę szklanych zabudowań. Bardziej przejmowała się właśnie tym, czy we wspomnianym pliku umieściła absolutnie wszystko, co mogła. Nie istniało bowiem zbyt wiele dowodów na to, że akurat ją powinno się przyjąć na stanowisko, które sobie upatrzyła. Świadectwo ukończenia Hogwartu było wśród nich najbardziej oficjalne, ale z pewnością posiadało najmniejszą moc. Największe nadzieje Persephone pokładała w ręcznie spisanej rekomendacji od jej byłego nauczyciela ONMS, o które poprosiła stosunkowo wcześniej. To z nim najwięcej rozmawiała o smokach, toteż on najwięcej wiedział o jej pasji i wiedzy. Z drugiej strony pewnie nie zdziwiłaby się ani trochę, gdyby udało jej się dzięki własnoręcznym notatkom, które też dodała do sterty papierów. Nie wszystkie była w stanie do końca spamiętać, ale jedno jest pewne - ściskała w ramionach znakomitą większość wszystkiego, czego kiedykolwiek dowiedziała się na temat przerośniętych, latających jaszczurek.
Gdy już dotarła na szczyt spowitych mchem schodków, poczyniła jeszcze kilka kroków naprzód i stanęła jak gdyby nigdy nic przed wrotami wejściowymi. Doskonale wiedziała, że się przed nią nie otworzą, bowiem tamten rezerwat miał prawie identyczne. Różnica polegała na tym, iż wtedy nikt nie kazał jej wchodzić frontowymi drzwiami, a teraz mogła spokojnie zaczekać, aż Rosier łaskawie wpuści ją do środka. Nie ma jednak co ukrywać, lepiej, jeśli nie kazałby jeszcze pełnej entuzjazmu Calliope bez sensu marznąć.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   06.05.16 18:47

Wrota otworzyły się przed Pershephone niemal od razu, nim dziewczę postawiło krok na ostatnim ze schodków - po chwili jednak sytuacja musiała stać się jaśniejsza; nic nie wskazywało bowiem, by ktokolwiek otworzył te wrota specjalnie dla niej. Tristan wypadł przez wrota zły jak osa, zawzięcie dyskutując o trudnym do wychwycenia temacie z towarzyszem idącym u jego boku; zażarta rozmowa, jak udało się wychwycić z zasłyszanych strzępów, dotyczyła jednego z chorych smoków trzymanych wewnątrz rezerwatu i tego, że wspomniany towarzysz zbliżył się do niego wbrew woli samego Tristana. To, że tak naprawdę nie miał prawa mu rozkazywać, nie miało żadnego znaczenia: był Rosierem i w rezerwacie Rosierów czuł się jak u siebie. To miejsce uważał za swoje dziedzictwo, a co za tym idzie rościł sobie również prawa, które nie do końca mu przysługiwały. Przynajmniej - jeszcze nie. Ubrany był w odzienie właściwe jego zawodowi, skórzany strój wykonany z niczego innego jak właśnie skóra smoków, dobrze odporny na poparzenia. Na głowę zarzucony miał kaptur mający zapewne chronić włosy, a zamaszyście gestykulujące w nerwach dłonie skryte pozostawały za eleganckimi skórzanymi rękawicami. W końcu, jego towarzysz odszedł wgłąb ogrodów, a Tristan przez krótki moment spoglądał za nim spojrzeniem, które, gdyby spojrzenie mogło ciskać gromy, spopieliłoby to miejsce natychmiast. Niedługo później obrócił się niemal na pięcie i ruszył znów przed siebie, drogą powrotną ku wrotom rezerwatu, bez słowa mijając Persephone. Może jej nie zauważył, nazbyt zajęty własnymi myślami, a może zbyt wysoko unosząc brodę; dopiero dostrzegłszy spojrzenie kogoś z zewnątrz rezerwatu, obejrzał się przez ramię.
Nie zapomniał o sowie panny Valhakis, po prostu w tym konkretnym momencie o niej nie pomyślał; wiedział, że dziewczę miało się dzisiaj pojawić, choć rzeczywiście może nie do końca pamiętał o tym, jaką porę jej zaproponował na to spotkanie. Persephone Valhakis - najlepiej przygotowana - przynajmniej w teorii - persona w Europie do smokologii.  Ta teoria była znacząca, Tristan w swojej arogancji wątpił, by miała wiedzę obszerniejszą od jego - cokolwiek miała na myśli, pisząc ten nieskromny list. Pewność siebie naturalnie była atutem - ale istnieli ludzie, do których nie przemawiały żadne atuty oprócz sławetnego tu i teraz. Młodziutkie dziewczę nie wydawało mu się znajome i może gdyby nie nerwy wywołane burzliwą rozmową, szybciej skojarzyłby jej lico z tajemniczą adresatką listu: ową panną Valhakis. Ale że był zdenerwowany, tak się nie stało, a jej młody wiek nakazywał mu uznać, że panienka nie była tutaj nikim szczególnie ważnym - zapewne dbała o kuchnię lub konserwację wnętrz.
- A ty - rzucił tonem wcale nie bardziej uprzejmym, niż w trakcie poprzedniej rozmowy. Nie dość, że pląta się pod nogami, to jeszcze spóźniona do pracy - przecież rezerwat otwarty był od świtu! - Przynieś mi kawę do gabinetu - zawyrokował, nie zatrzymując się i kierując się na powrót do wnętrza. To miał być długi dzień.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Persephone Valhakis
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2579-persephone-valhakis#40897 http://www.morsmordre.net/t2617-listy-do-persephone#41652 http://www.morsmordre.net/t2619-bogini-kwiatow#41656 http://www.morsmordre.net/f256-durham-posiadlosc-rodziny-valhakis http://www.morsmordre.net/t3004-persephone-valhakis
sprzątam klatki w rezerwacie Rosierów
21
Czysta
Panna
There are no limits to knowledge.
3
13
0
0
0
3
0
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   07.05.16 13:10

Prawdę powiedziawszy, Persefona nijak nie spodziewała się tak prędkiego otwarcia przed nią wrót, choć rzeczywiście, warto zauważyć, iż to nie dla niej jedna z pierwszych przeszkód chroniących wejście do cudownego świata smoków postanowiła się usunąć. Widząc dwie postaci wyraźnie sobą niezadowolone, postanowiła nieco mocniej wyprostować sylwetkę i w nagłym przypływie cierpliwości poczekać, aż udzieli się jej głosu. Och, ile razy Nemesis wpajała jej tę zasadę - "nie odzywaj się niepytana w towarzystwie ważnych ludzi, Perse" - i ileż razy młoda Valhakisówna łamała jej główne założenie, wyrywając się to z własną opinią, to z własnym spostrzeżeniem, wśród jakichś bardziej istotnych znajomych swojej siostry! Szczęście w nieszczęściu, dziewczę było z niej wystarczająco bystre, aby się przed nimi nie ośmieszać, to i z rzadka udało jej się zaskarbić sympatię niektórych, na ten przykład lady Rowle. Prawda, Nemo nadal pozostawała w jej postrzeganiu tą główną panną Valhakis (choć ojciec podjął starania, aby zaczęto nazywać ją panią Carrington), co nie zmienia wcale faktu, że Calliope również majaczy gdzieś tam w niewywołujących obrzydzenia znajomościach wszechwpływowej Medei.
Tak więc stała i czekała, uważnie wsłuchując się w rozmowę dwóch mężczyzn, starając się wyłapać nawet najdrobniejsze szczegóły, które mogłyby jej się w przyszłości przydać. Znamienne nazwisko Rosier, rzucone w pewnym momencie wobec zakapturzonego jegomościa, było z nich wszystkich najistotniejszym. Choć po charakterze pisma pół-Greczynka mogła go określić na miliony różnych sposobów, to nic nie potrafiło zastąpić spotkania twarzą w twarz, bądź też twarzą w plecy, ale na to jeszcze nieco za wcześnie. Pierwsze wrażenie? Zadufany w sobie, apodyktyczny bufon - nic nowego, jeśli chodzi o brytyjską arystokrację, w wielkim stopniu znienawidzoną przez Persephone. Ale wtem, czy ona nie nienawidziła absolutnie wszystkiego w Wielkiej Brytanii? Zapatrzona w Grecję jak w obrazek, codziennie na nowe sposoby idealizując swoją ojczyznę-nie-ojczyznę, najpewniej nie była w stanie trzeźwo spojrzeć na prawdziwy dom, którym - chcąc nie chcąc - musiała Królestwo nazywać. Andromeda przecież dawno się z tym pogodziła, a skoro ona potrafiła, to i jej mała naśladowczyni powinna się kiedyś nauczyć. Na razie jednak starała się usprawiedliwić zachowanie Tristana, dochodząc do wniosku, że sama też jest w pewnym stopniu zadufana w sobie, choć na pewno nawet w połowie nie tak samo apodyktyczna. Nie było wątpliwości, że się polubią.
- Przykro mi, lordzie Rosier - wcale nie było jej przykro, ale dobrze skryła to pod stosunkowo grzecznym tonem - ale to nie o taki staż przyszłam się u pana starać - zakończyła z nieco chłodnym, ale sprawiającym pozory uprzejmego uśmiechem. Niech któraś z miliona twoich służek robi ci kawę, pomyślała zawistnie, całe swoje siły dedykując obudzeniu w sobie wewnętrznej Nemesis, zawsze opanowanej i doskonale wiedzącej, jak się w danej sytuacji zachować. Trochę żałowała, że nie przygotowała się trochę lepiej do samej rozmowy z Rosierem - zachciało jej się testów wychowania i ogłady!


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   10.05.16 1:41

A jednak, śmiałe słowa dziewczyny zatrzymały go w jego energicznym marszu do wnętrza budynku. Obejrzał się przez ramię, wreszcie lokując wzrok na dziewczynie - więc nie bez powodu nie widział jej tutaj wcześniej? Patrzył, być może o moment zbyt długo, usiłując zapamiętać rysy tej twarzy, poszukując w głowie nazwiska panny, która przysłała list. Być może nieco mu zaimponowała tą butną postawą, Tristan nie spodziewałby się sprzeciwu nawet, gdyby wiedział, że wypowiedział te słowa do dziewczyny starającej się o staż. Właściwie, w ogóle nie był przyzwyczajony do sprzeciwu.
- Panna Valhakis - raczej stwierdził niż zapytał, odwracając się już w jej kierunku i zakładając ręce na piersi. Nie zawiódł się, w bezpośrednim starciu wydawała się równie butna, co w liście. - Teoretycznie najlepiej przygotowana osoba do tej pracy w całej Europie - wyrecytował, bo mimo wszystko pamięć, zwłaszcza do litery, miał dobrą, umyślnie zmieniając szyk zdania. Winien, co prawda, wrócić do Devaughna, sprawdzić jego rany, a przede wszystkim zorientować się, ile Wilkes zdążył napsuć wokół jego klatki, ale jednocześnie nie mógł tam iść z ogonem pod postaci dziewczyny. Co więcej, nie mógł jej też tutaj zostawić, a wewnątrz ciężko mu było w tym momencie odnaleźć ustronne miejsce, w którym mogliby porozmawiać. Listopadowy wiatr właściwie nie był bardzo chłodny, a jemu, jak uznał, przyda się orzeźwienie; zarówno po kłótni, jak i cieple bijącym z rozgrzanego smoczym płomieniem terrarium. - Tristan Rosier - słyszał, ze wołała go słusznym tytułem, domyślając się jego tożsamości - niezależnie od wszystkiego wypadało się jednak należycie przedstawić.
- Jak rozumiem, ma panna przy sobie cokolwiek, co potwierdzi te słowa? - Dokumenty? Listy? A może chociaż głowę pełną wiedzy, która i jego zadziwi? Ruszył w jej kierunku, ale nie zatrzymał się przy niej - wyminął ją, by oprzeć się o pobliski ceglany, obrośnięty gęstym mchem murek. Sceneria nie była codzienna, jak na standardową rozmowę o pracę, ale i miejsce trudno byłoby nazwać codziennym; gdzieś z oddali wydobył się potężny smoczy ryk. Przeszedł od razu do rzeczy, nie siląc się na zbędne grzeczności i zapoznania, cały czas pamiętając, że ich wspólna znajomość mogła się okazać... jałowa i niezbyt długa, paniątko mogło przecież szybko zrezygnować z marzenia o smokach - mniej więcej wtedy, kiedy zrozumie, że to mimo wszystko ciężka praca. Tristan nie zwykł poważnie traktować kobiet - ale lubił ludzi o silnych charakterach. Stojące przed nim dziewczę pozostawało dla niego tajemnicą, choć ze szczegółów rozczytywanych z detali w końcu niewątpliwie uda się ulepić spójny obraz - obraz, który dotąd rysował się interesująco.
- Ciekawi mnie, skąd ta pewność siebie - rzucił wprost, tonem, który można by określić jako wyzywający; karty na stół, panno Valhakis, jakie ma panna atuty?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Persephone Valhakis
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2579-persephone-valhakis#40897 http://www.morsmordre.net/t2617-listy-do-persephone#41652 http://www.morsmordre.net/t2619-bogini-kwiatow#41656 http://www.morsmordre.net/f256-durham-posiadlosc-rodziny-valhakis http://www.morsmordre.net/t3004-persephone-valhakis
sprzątam klatki w rezerwacie Rosierów
21
Czysta
Panna
There are no limits to knowledge.
3
13
0
0
0
3
0
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   13.05.16 16:27

Zadarła podbródek, jakby szykując się do bitwy na spojrzenia, prędko wymierzonej sobie przez szatyna. Choć wygodniej byłoby nie gapić się w brązowe tęczówki tak długo, to jednak chciała pokazać charakterystyczny dla siebie brak nieograniczonej uległości, której Rosier chyba zdawał się doszukiwać. A może, wbrew pozorom, po cichu marzył o napotkaniu w swoim życiu kogoś, kto jednak nie ograniczał się do przytakiwania i spełniania jego każdej zachcianki? Sprawy ciekawe, tym niemniej Persephone naprawdę zależało tylko i wyłącznie na pracy, na zbliżeniu do smoków, przekuciu wiedzy teoretycznej w wiedzę praktyczną. Dopóki nie dane jej wiedzieć o związkach Tristana z Rycerzami Walpurgii, nie należy się od niej spodziewać dążeń do bliższej - właściwie jakiejkolwiek - przyjaźni.
- W rzeczy samej - potwierdziła, czując pewne zobowiązanie do potwierdzenia jego słów, zauważając oczywiście transformację jej listownych oświadczeń. Tak na dobrą sprawę, nie miała się czemu dziwić - podobna niepewność była jak najbardziej uzasadniona, bo przecież dopuszczanie do najniebezpieczniejszych stworzeń świata "na ładne oczy", lub, w tym przypadku, "na butne zapewnienia" kwalifikowało się do najgłupszych czynności w historii ludzi. Na dźwięk personaliów Rosiera odpowiedziała swoimi własnymi, dopełniając obyczaju pomimo oczywistego braku potrzeby. Potem średnio uważnie obserwowała, jak mężczyzna znów wykonuje kilka przepełnionych pewnością siebie kroków, dostrzegając w nich też pewien pierwiastek zmęczenia. Gdy tylko ją wyminął, domyśliła się że nieprędko zawitają wewnątrz rezerwatu, a co za tym idzie, nie będzie miała okazji do ogrzania się i zrzucenia z siebie większości ubrań, nieco wcześniej określonych jako boleśnie niegreckie. Westchnęła więc cicho, podświadomie rozpaczając nad beznadziejnością swojego żywota, po czym obróciła się na pięcie i powędrowała za swoim miejmy nadzieję pracodawcą.
- Tak sądzę - oznajmiła, podając mu dotychczas przyciskany do ciała plik - Znajdzie tam pan rekomendację od howarckiego profesora, oczywiście świadectwo z Hogwartu, multum moich własnych notatek z setkami spostrzeżeń, tytuły przewertowanych ksiąg, długo by wymieniać. Sądzę, że brakuje mi tylko doświadczenia praktycznego, ale mam nadzieję zdobyć je właśnie tutaj - stwierdziła, przyjmując o wiele bardziej neutralny wyraz twarzy niż dotychczas. Gdzieś w głębi serca obudziło jej się drobne zmartwienie, bo przecież co zrobi, jeśli nie zostanie przyjęta? Drugi rezerwat z pewnością o wiele mniej przychylnie spojrzy na jej podanie, bowiem jego dziedzic powinien doskonale pamiętać, kto prawie okradł mu rodzinę. Trochę niefortunnie się składa, że Rosierowie są jej jedyną szansą.
Na zadane sobie pytanie, a właściwie na jego wyzywający wydźwięk, uniosła z pewnym zainteresowaniem brew. Następnie uśmiechnęła się, spoglądając przelotnie gdzieś w przestrzeń.
- Przez życie przewinęło mi się wielu pseudoambitnych ludzi. Tych szybko się poddających, kiedy okazywało się, że ich marzenia będą jakkolwiek trudne do osiągnięcia. Nienawidzę takich i wiem, że pracodawcy to z reguły podzielają. A siebie znam wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak wiele potrzeba aby mnie od czegoś odwieść. Zresztą, przez większość życia na swój sposób ganiałam za smokami. Popsułam sobie nawet nieco wzrok, poszukując o nich nowej wiedzy. Czuję, że najwyższy czas już oficjalnie zadedykować im swoje istnienie - zakończyła z uśmiechem nieskończenie bardziej szczerym od poprzedniego, bo w końcu opowiadała o czymś, co kochała prawie tak mocno, jak własne siostry. Skorzystała również z okazji do oparcia się o zamszony murek, idąc za przykładem Rosiera. Jeśli nie o taką odpowiedź mu chodziło w poszukiwaniu atutów potencjalnej pracownicy, cóż, musiał lepiej zadawać pytania. Persephone nigdy nie miała trudności z zachwalaniem własnej osoby na miliony różnych sposobów.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   20.05.16 0:15

Na jego twarzy pojawił się trudny do zinterpretowania, nieco kpiący uśmiech, kiedy Persephone tak odważnie spojrzała mu wprost w oczy, podejmując rzucone jej wyzwanie; pokazała charakter - a charakter był ważny, kiedy chodziło o smoki. Trzeba je było szanować - ale nie bać się ich, czy to młode dziewczę potrafiło wyczuć tę subtelną różnicę? To się okaże - jak sądził.
- Panny nazwisko brzmi... obco - rzucił mimochodem, choć w istocie była to dla niego kwestia istotna; lubił wiedzieć, z kim pracuje i nie lubił, kiedy pod jego nogami szwędał się motłoch. Rodzina Valhakisów pozostawała dla niego obca, Persephone była pierwszą z sióstr, którą miał przyjemność poznać - i chciał usłyszeć od dziewczyny historię tej osobliwości. Rodzina, choć ważna, nie  mogła wysunąć się na pierwszy plan; wbrew pozorom jej kwalifikacje naprawdę interesowały Tristana. Potrafił docenić wartościowych ludzi oddających się opiece i badaniom nad ich podopiecznymi - dbałość o dziedzictwo pozostawała wszak najistotniejsza, a sam Tristan odczuwał z tego względu na swoich barkach olbrzymią odpowiedzialność. Tak jak i teraz, kiedy wuj powierzył mu rekrutację dziewczęcia; rezerwat jeszcze nie należał całkiem do niego. Jeszcze, jak wierzył, pozostawało kwestią krótkiego czasu.
Odebrał dokumenty od Persephone, kładąc teczkę na kamiennym murku; słuchając dziewczyny nie patrzył na nią, a sięgał do kieszeni płaszcza, z którego wyjął czarodziejskiego papierosa. Nie proponował poczęstunku, nie tylko z uwagi na różnice pomiędzy ich pozycjami, ale z pewnością nade wszystko głównie dlatego, że młodemu dziewczęciu palić nie wypadało. Odpalił go w krótkim czasie, zaciągając się nikotynowym dymem; tyle pożytku ze sterczenia na zewnątrz. Otworzył teczkę, leniwie i w milczeniu przewracając kolejne dokumenty, porównując jedynie nagłówki z wygłoszoną przez nią zapowiedzią. Bez większego zainteresowania.
- Moja rodzina nie ceni sobie zbyt wysoko nauk Hogwartu, panno Valhakis - zauważył bez cienia emocji, wyjmując z teczki wspomniane przez dziewczynę jej własne notatki. Rzeczywiście, cała jego rodzina odebrała nauki w Beuxbatons. Wsparł zapiski o kolano, wodząc wzrokiem za pismem, wychwytując pojedyncze słowa, pragnąc zorientować się w stopniu szczegółowości, jak i tematyce prowadzonych przez nią nauk własnych. Samodzielność była pożądaną cechą w każdej pracy, ale przy zwierzętach, zdawało mu się, wartościowa była szczególnie - tak długo, jak długo nie łączyła się z głupotą. Tak naprawdę dokumenty, kwalifikacje, listy polecające, nie miały dla Tristana większego znaczenia; jej własne notatki świadczyły jednak o tej dziewczynie dużo - choć nie tak dużo, jak dużo świadczyć mogła wiedza, jaką posiadała w głowie. Wciąż nie odrywał od jej zapisków spojrzenia, kiedy odpowiadała na jego kolejne pytanie - a mówiła z pasją, zacięciem i ambicją, jakich na próżno szukać było o niejednego młodego człowieka. Wydawała się podchodzić do tematu poważnie, wydawała się... zwyczajnie wiedzieć, czego chciała. Wydawała się: Tristan doskonale wiedział, że nie pozna jej na wskroś w tak krótkiej rozmowie. Nie dał tego po sobie poznać, ale był usatysfakcjonowany jej odpowiedzią.
- Co panna wie o tym miejscu? - kontynuował, najwyraźniej nie zadając sobie trudu koniecznego, by ta rozmowa przypominała rozmowę, nie przesłuchanie. Z premedytacją nie reagował na jej słowa, oczekując kolejnych, pomagając sobie papierosem zachować obojętny wyraz twarzy. Strzepał popiół poza mur, na trawnik pod rezerwatem, dopiero teraz przenosząc pytający wzrok na dziewczynę. - I jego mieszkańcach?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Persephone Valhakis
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2579-persephone-valhakis#40897 http://www.morsmordre.net/t2617-listy-do-persephone#41652 http://www.morsmordre.net/t2619-bogini-kwiatow#41656 http://www.morsmordre.net/f256-durham-posiadlosc-rodziny-valhakis http://www.morsmordre.net/t3004-persephone-valhakis
sprzątam klatki w rezerwacie Rosierów
21
Czysta
Panna
There are no limits to knowledge.
3
13
0
0
0
3
0
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   29.05.16 11:44

- Nic dziwnego - mruknęła od pewnego niechcenia, typowego dla stwierdzania oczywistej oczywistości - Jestem bardziej Greczynką, niż Brytyjką, choć oficjalnie rzecz ujmując, płynie we mnie taki sam odsetek i tej, i tamtej krwi - dodała zgrabnie, przyznając się niebezpośrednio do swych śródziemnomorskich sentymentów - Proszę się nie martwić o wpuszczanie do rezerwatu jakiejś przybłędy bez wychowania czy urodzenia. Gdybyśmy byli teraz na Krecie, cóż... nasze role znacząco by się odwróciły - zabrzmiało to nad wyraz prowokująco, ale niespecjalnie miało takim być. Persephone kochała wywyższać się, gdy przychodziło do manifestowania swej kreteńskiej pozycji. Miała przy tym pełną świadomość, że greckie tytuły znaczą na Wyspach tyle, co piasek z którejkolwiek plaży, acz nie mogła sobie odmówić podobnej przyjemności. Posłała jeszcze w stronę Rosiera uprzejmy uśmiech, aby upewnić go, iż wcale nie zamierzała mu tymi słowami czynić afrontu, ba, wręcz przeciwnie - miała na myśli uspokojenie swego ewentualnego pracodawcy, bo przecież potrafiła sobie wyobrazić, jak wielkim utrapieniem musiałoby dla niego być przyjęcie pracownicy półkrwi, a już tym bardziej mugolaczki.
Nie zdziwiła się ani trochę, że teczka pełna papierów została ot tak sobie rzucona na murek; od samego początku wyczuwała w tej rozmowie o pracę dosyć przyjemną niekonwencjonalność. Poirytował ją tylko widok wyciąganego przez Tristana papierosa, bowiem tych małych trucicieli nie była w stanie znieść odkąd tylko pamiętała. Wzięła więc głębszy haust jeszcze świeżego powietrza, w myślach powtarzając sobie parę razy śmiertelnie ważną mantrę, nakazującą niezwracanie mężczyźnie uwagi, że właśnie demoluje jej biedne, delikatne płuca.
- Nie wątpię jednak, że pracownica ze świadectwem z Hogwartu jest dla pańskiej rodziny warta o wiele więcej, niż taka, która przyszłaby tu bez jakiegokolwiek świadectwa - zauważyła, posyłając szatynowi krótkie, acz znaczące spojrzenie. Gdy ujrzała, jak z wielką łaską i lenistwem wertuje podane mu dokumenty wraz zapiskami, uniosła w rozbawieniu kącik ust, z powrotem odwracając wzrok gdzieś w dal, aby nie pokazać mu jak wielką przyjemność czerpie z torturowania go w ten sposób. Wielu złośliwców powiedziałoby o niej, że tortury same w sobie były jednym z jej ulubionych zajęć - wszak dręczyła najpierw matkę, zachowując się jak chłopaczyna, podczas gdy oczekiwano od niej dziewczęcości; potem dręczyła ojca, niemal przynosząc mu wstyd na cały kraj; dalej zaś dręczyła biednego Barthelemy'ego Lestrange, mającego ambicje zostania jej narzeczonym, pokazując mu się od strony ujarzmionej, zupełnie go nieinteresującej - czy więc rzeczeni złośliwcy nie mieliby absolutnej racji? Ależ z pewnością.
Znów uraczyła Rosiera swym spojrzeniem, tym razem zaciekawiona zadanym sobie pytaniem, a potem również jego dopełnieniem. Był to bodaj pierwszy raz, gdy nie udzieliła odpowiedzi od razu, dając sobie kilka chwil na namysł. Warto jednak zauważyć, iż nie czyniła tych głupawych gestów, mruknięć czy zająknięć, jakich spodziewano się po przesłuchiwanych kandydatach na pracowników - po prostu milczała, w spokoju zbierając swoje spostrzeżenia i formułując je w zgodne ze swoją osobowością oświadczenie.
- Wiem tyle, ile wychodzi poza jego granice - stwierdziła wreszcie - Zaś jego mieszkańcy podobno słyną z niebywałego temperamentu, zwłaszcza wobec nazbyt pewnych siebie opiekunów - znów wpuściła na twarz nikły uśmiech, świadomie zagrywając karty przeciw samej sobie, spodziewając się jednak pozytywnego dla siebie efektu - Moje siostry z pewnością powiedziałyby, że jestem do nich pod tym względem nad wyraz podobna - dodała jeszcze, z rozbawieniem wyobrażając sobie Nemesis i Danae stające obok niej ze śmiertelnie poważnymi twarzami, kiwające w idealnie równym tempie głowami, a także małą Febe wychylającą się zza spódnicy Nemo, potrząsającą główką w równie potwierdzającym geście, acz o wiele szybszym.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   01.06.16 2:40

Patrzył prosto w jej oczy wyjątkowej oliwkowej barwy, przenikliwie, bystrze, ale i złowrogo; Tristan rzeczywiście wyczytał z jej słów prowokację. Nie sądził, by jego tytuł gdziekolwiek nie byłby respektowany, niezależnie od tego - byli w Anglii, która pozostawała krainą o wiele potężniejsza od Krety. A jego pozycja w Anglii pozostawała pewna i niezachwiana.
- Stąpa panna po kruchym lodzie, panno Valhakis - ostrzegł ją więc, choć rzeczywiście udzieliła mu odpowiedzi, która była wyczekiwana. Tristan nie chciał żeby po jego rezerwacie włóczyli się czarodzieje brudnej krwi, nie chciał też, żeby takowi mieli okazję zyskać jakiekolwiek prawa do ich rodowego dziedzictwa, jakim pozostawały smoki. Nienaganny - nawet grecki - rodowód nieco go uspokoił, choć dobrze wiedział, że nie powinien dawać temu wiary jedynie na słowo. Być może sprawdzi to w wolnej chwili. Jej uprzejmy uśmiech napotkał jedynie chłodną obojętność; może nie dostrzegł, a może dostrzec nie chciał jej grymasu, kiedy otoczył go kłąb dymu podpalonego papierosa. Wciąż trzymając go nonszalancko w dłoni, przewracał kolejne papiery - aż doszedł do końca, dłuższą chwilę przyglądając się świadectwu ukończenia Hogwartu.
- Taka, która nie ukończyła żadnej szkoły, mam nadzieję, że się rozumiemy, nie zostałaby tutaj w ogóle zaproszona. A ja mógłbym się zająć pożyteczniejszym zajęciem - zapewnił ją, ponownie chcąc niejako przywrócić ją do porządku; być może cenił sobie w ludziach silny charakter, ale nie w sposób graniczący z bezczelnością - a w każdym razie nie wtedy, kiedy tą bezczelność wykazywano względem niego. Przepytywał dziewczę nie bez powodu, chciał ją poznać - przeszyć na wskroś i dojść do jej wnętrza w sposób, w jaki nie mogły przedstawić tego żadne dokumenty. Bo charakter mówił więcej, niż oceny, liczby i rekomendacje od nauczycieli, których biegłości nie był w stanie ani nie potrafił zweryfikować.
Kolejną odpowiedź zaczęła rozsądnie, zdawanie sobie sprawy z istnienia sekretów wydawało się podstawą logicznego myślenia, a inteligencja niewątpliwie pozostawała cechą pożądaną u ludzi, którzy starali się tutaj o zatrudnienie. Polubił tę dziewczynę, pomimo jej... zdecydowanie zbyt śmiałych manier, nieco kontrastujących z zapewnieniami o wysokim pochodzeniu - które winno jej zapewnić wystarczające wykształcenie, by znalazła swoją pozycję jako niższą od każdego z dwudziestu ośmiu uświęconych rodzin. Była pewna siebie, wydawała się mądra, w miarę dobrze urodzona, a na dodatek wydawała się mówić o smokach z pasją i żarem porównywalnym do smoczego ognia, Tristan nie chciał widzieć w rezerwacie ludzi, którym nie zależało. Ci, którzy opiekowali się smokami, od wieków pozostającymi pod pieczą jego rodziny, musieli podchodzić do nich z odpowiednim szacunkiem. I odpowiednią fascynacją, którą niewątpliwie wykazywała Persephone. Przez moment badawczo wodził spojrzeniem po jej twarzy, zastanawiając się nad jej słowy, dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, jak wiele z jego samego, w momencie, w którym po raz pierwszy pojawił się w rezerwacie już jako smokolog nie dziecko, było dziś w samej Persephone. Nadmierna pewność siebie przysporzyła mu wiele trudności przez pierwsze miesiące pracy.
- Panny siostry muszą być więc wyjątkowo rozsądnymi kobietami - stwierdził w końcu, zaciągając się papierosem. Siostry zwykle miały to do siebie, przeszło mu przez myśl, kiedy zamykał otrzymaną teczkę, zdecydowanym ruchem oddając ją Persephone. - Ale wiedza niepodparta praktyką wciąż pozostaje warta tyle, co nic - stwierdził, wymijając ją, by ruszyć schodkami w dół, prowadzącymi zarówno do wyjścia, jak i do ogrodów smoczego rezerwatu. Po drodze wyrzucił dogasający ogarek, po drodze przydeptując go obcasem buta. - Za mną - rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu, nie odwróciwszy się nawet za siebie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Persephone Valhakis
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2579-persephone-valhakis#40897 http://www.morsmordre.net/t2617-listy-do-persephone#41652 http://www.morsmordre.net/t2619-bogini-kwiatow#41656 http://www.morsmordre.net/f256-durham-posiadlosc-rodziny-valhakis http://www.morsmordre.net/t3004-persephone-valhakis
sprzątam klatki w rezerwacie Rosierów
21
Czysta
Panna
There are no limits to knowledge.
3
13
0
0
0
3
0
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   05.06.16 13:22

Nie odezwała się już, bijąc się tylko z własną pokusą do niewerbalnego pokazania, że doskonale wie o grubości lodu, na który się wybrała. Jeśli wierzyć obserwacjom Nemezys, od dawien dawna trwającym przy jednym wniosku - "jesteś ogniem, Persefono" - to pewnie nie powinna z taką gracją przechodzić przez rozmowę z Tristanem. Kto wie, może nauczyła się czegoś, niemal z płaczem uciekając od siostry kilka dni wcześniej? Może pogodziła się z niemożliwym do ominięcia wymogiem utraty człowieczeństwa, otwierającym drogę do boskości? A może posłuchała innej rady, mianowicie tej dotyczącej zostania wodą, zamiast najbardziej destrukcyjnym z żywiołów? Teoretyzować można godzinami, a odpowiedź i tak pozostanie daleko poza zasięgiem, zwłaszcza dlatego, że sama zainteresowana również jej nie znała. Pędziła przez kolejne słowa jak natchniona, mówiąc prawie wszystko, co ślina jej na język przyniosła, nad wyraz uradowana coraz to kolejnymi sukcesami odnoszonymi w interakcji z Rosierem. Na tym etapie już nie czuła tej irytującej, siedzącej gdzieś z tyłu głowy niepewności, ciągle trzymającej niektóre sznurki, mające ją ograniczać. Czuła, że może być sobą i to właśnie jako ona sama chciała zgarnąć wymarzoną pracę - nie udając, tak jak uczyła ją Nemo.
- Bez wątpienia - przytaknęła mężczyźnie, acz nie precyzowała, czy zgadza się z teorią o zaproszeniu, czy o pożyteczności. Akurat ona sama uważała ich pogawędkę za nadzwyczaj pożyteczną, zwłaszcza że dotyczyła spełnienia jej największych marzeń. Poza tym, w jego słowach wyczuwała dosyć wyraźną, kłamliwą nutę. Gdyby rzeczywiście uznawał to wszystko za kolosalną stratę czasu, niechybnie zbyłby Persefonę już przy pierwszych wymienionych słowach. To właśnie idąc tym tropem uważała, że jest w bardzo dobrej pozycji do uzyskania zatrudnienia, nawet jeśli nie była w stanie przejrzeć na wylot przez chłód bijący nie tylko od wszechobecnego powietrza, ale również od samego bruneta, ciągle manifestującego niechęć do okazania jej jakiejkolwiek sympatii. Nie dziwiła się, doskonale wiedząc, jak wiele nieprzyjemnych cech rządziło zachowaniami brytyjskich arystokratów - choć gdzieś w głębi duszy liczyła, że jej greckie jestestwo w pewien sposób go odblokuje i chociażby w najdrobniejszym stopniu ograniczy te wszystkie nieprzyjemne docinki.
Po raz kolejny poczuła spojrzenie na swojej twarzy, zwracając wzrok na Tristana i starając się podjąć następny pojedynek. Zdziwiła się nieco, zauważając, iż żadna rękawica nie została rzucona, a zamiast tego następowała tylko inspekcja jednego z wielu fizycznych atutów, którymi Valhakisówna mogła sobie torować drogę przez życie. Nie chciała w ten sposób zdobywać nowej pozycji, oj nie. Choć w wielu innych wypadkach z wybitną chęcią zabrałaby się za oczarowywanie drugiej strony, aby wyciągnąć z tego wymierne korzyści dla samej siebie, o tyle teraz ponad wszystko pragnęła naprawdę na rzeczone korzyści zapracować. Obróciła się więc nieco, udając potrzebę zmiany pozycji, a gdy Rosier praktycznie w tej samej chwili oddał jej teczkę, odetchnęła niezauważalnie i odebrała ją.
- Jak najbardziej - przyznała, choć nie chciała teraz odpływać myślami do sióstr bardziej, niż to było potrzebne. Zamiast tego bez słowa ruszyła za Tristanem, czując, jak serce zaczyna jej bić nieco szybciej. Rzecz jasna, nie była absolutnie przygotowana do spotkania ze smokiem, zwłaszcza że strój dobierała raczej do reprezentatywności, a nie do pracy. Tym niemniej, prędko doszła do wniosku iż lepiej będzie pokazać smykałkę z biegu, niż uprzednio godzinami się do tego szykując. Dlatego też na twarz przywdziała delikatny, pełen pewności uśmiech, a teczkę na nowo przycisnęła do piersi, jak gdyby była amuletem mającym przynieść powodzenie.
W pewnym sensie przecież była.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   15.06.16 15:21

Ładna buzia to nie wszystko, a przynajmniej przestawała być wszystkim, kiedy mijało się próg dworskich salonów. Persephone niewątpliwie posiadała w sobie coś więcej, charakter, ogień, tak idealnie wpasowujący się w smoczą scenerią, tak podobny do niego samego. W tej krótkiej rozmowie panna Valhakis pokazała mu swój charakter, ostry i cięty jak brzytwa, gorzki jak greckie oliwki; wbrew pozorom Tristan cenił kobiety, które prócz urody miały coś do powiedzenia. I wiedział, że przed Persephoną mogła rozpościerać się długa, choć zapewne kręta i wyboista, ale tryumfalna ścieżka kariery. Smokologia była dziedziną dla odważnych, jej rozmówczyni trudno byłoby zarzucić strach lub niepewność. Smoki wyczuwają strach i nie lubią jego smrodu; strach był w każdym, to oczywiste - sztuką nie było go tłamsić, sztuką było nad nim panować. Tristan nie mógł już dostrzec subtelnego uśmiechu, który pojawił się na twarzy dziewczyny, kiedy mijał kolejne schodki, zatapiając podeszwy skórzanych butów w miękkim mchu, wystarczyło mu, że słyszał jej kroki: podążyła za nim - i bardzo dobrze. Zdawał sobie sprawę z jej stroju, powinna otrzymać swój pokój i miejsce, w której będzie mogła się przebrać, powinna móc skorzystać ze strojów strzegących przed smoczym ogniem, w posiadaniu których był rezerwat. Powinna, ale była tu pierwszy dzień i jeszcze o tym nie wiedziała. I musiała się jeszcze dużo nauczyć.
Opuściwszy schodki, Tristan skierował się wgłąb ogrodów, skręcając gdzieś w prawą stronę, mijając chaszcze i wysokie drzewa, wciąż nie oglądając się za siebie, ale nasłuchując, czy dziewczyna wciąż podąża za nim. Szedł wydeptaną ścieżką, świeżą, prawdopodobnie często użytkowaną, a mdlący zapach siarki nasilał się z każdym kolejnym krokiem. Szedł szybko, pewnie, choć wcale pewny nie był - musiał szybko wymyślić dla niej zajęcie. Nie była gotowa, żeby wyjść do smoków, o tym wiedział na pewno; w pobliżu wejścia smoków nie było, pozostawali tutaj bezpieczni - ale poinformować jej o tym nie miał najwidoczniej najmniejszego zamiaru. Skręcił wgłąb chaszczy na rozwidleniu onej dróżki.
Trzy solidne klatki stały w tym zagajniku od, nie, Tristan nie pamiętał od jak dawna. Pręty wydawały się podrdzewiałe, ale magia utrzymywała je w sile, wnętrze klatek było zwyczajnie brudne; czarne plamy mogły być słomą lub rozwleczonym popiołem, gdzieś z przerzedzonej ściółki zmieszanej z rozmytym deszczem siąpiącym przez lata błotem wystawał szczurzy ogon. W gruncie rzeczy te klatki były jeszcze całkiem dobre. Wystarczyłoby je tylko trochę... odświeżyć, żeby były zdatne do użytku. Dopiero przy nich Tristan się zatrzymał, na dłuższą chwilę utkwiwszy wzrok w gołębim gnieździe uwitym na szczycie jednej z nich. Po czym chwycił grabie znajdujące się  nieopodal wiadra wypełnionego deszczówką, pod którym leżało kilka starych szmat. Wręczył je Persephone.
- Powinnaś skończyć przed zmierzchem - stwierdził, raz jeszcze obrzucając klatki oceniającym spojrzeniem. Nie był pewien, czy to możliwe. - To bardzo ważne, żeby doprowadzić je od ponownego użytku. Uważaj na zaklęcia, klatki są przeznaczone dla smoków, więc cechują się... pewną odpornością na magię. - Gdyby wystarczyło chłoszczyść, już dawno zrobiły to ktoś inny.
- Widzimy się jutro - skinął jej głową - i wyminął ją już bez słowa, znikając w głębi wydeptanej ścieżki.
Jeszcze o tobie usłyszymy, Persephone Valhakis. Będziesz cennym nabytkiem dla naszego rezerwatu.

zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Czara Ognia
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/u731contact http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153
n/d
0
n/d
n/d
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   22.08.16 7:24

Para nr II

Długo pracowała nad tym eliksirem. W swojej pracowni spędziła wiele godzin, wierząc, że uda jej się go wreszcie skończyć, a rezultaty okażą się tymi oczekiwanymi. Żołądek bezlitośnie przyklejał jej się do kręgosłupa, jedynie przypominając, że od dawna nie miała niczego pożywnego w ustach, ale przecież warzenie porcji tego eliksiru było dla niej całkowitym priorytetem. Nie po to studiowała ostatnimi dniami sposób jego przyrządzania, żeby teraz po prostu ulec tak prostym potrzebom jak głód. I w końcu się udało. Wszystko wydawało się pójść idealnie, mikstura miała książkowy kolor, zapach i konsystencję. Nie pozostało nic innego jak wypróbować i przetestować własne umiejętności.
Evelyn przelała odpowiednią ilość do małej fiolki i ruszyła z tym w kierunku rezerwatu, aby spotkać się z jednym z opiekunów. Chciała zademonstrować mu swoje odkrycie, udowodnić, że to, co stworzyła będzie pomocne w opiece nad tak pięknymi stworzeniami. I wtedy, przy wejściu ujrzała jakąś sylwetkę. To musiał być jeden z opiekunów!

Morgoth tego dnia chciał udać się do Peak District, lecz coś poszło nie tak, bo znalazł się w zupełnie innym miejscu niż zamierzał. Jego nagłe pojawienie się tuż przed jakąś czarownicą, było początkiem jego końca. Co za niefart - jedyna porcja eliksiru zawartego w szklanej buteleczce roztrzaskała się tuż pod jego nogami, a zielonkawy dym uniósł w górę, tworząc "atomowego" grzyba. Już po kilkunastu sekundach materiał butów, który został przypadkiem obryzgany, pokrył się jakąś dziwną kleistą mazią, wnikającą do środka. Szybko poczuł nieprzyjemne pieczenie na palcach...

Datę spotkania możecie założyć sami. O skończonym wątku z rozwiązaną sytuacją możecie poinformować w doświadczeniu. Czara Ognia nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Wszystko jest w Waszych rękach.
Miłej zabawy!  




Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   01.09.16 12:40

| początek lutego?

Była zmęczona. Od wielu godzin nie spała, jednak zmuszała się do jeszcze odrobiny koncentracji, żeby dokończyć eliksir. Jako alchemik musiała umieć się skupić, odgrodzić od zmęczenia, które mogłoby przyczynić się do popełnienia błędu, a tych nie chciała robić. Na pewno nie teraz, nie tutaj. Była w rezerwacie Rosierów, którzy zaufali jej umiejętnościom i dopuścili ją do pracy w tym niezwykłym miejscu. Nadal musiała udowadniać, że w pełni na to zasługuje, bo nie zniosłaby myśli, że jakiś inny młokos mógłby ją stąd wygryźć. Bycie gorszym od przedstawicieli innych rodów, lub, o zgrozo, mieszańców i szlam, byłoby ujmą dla każdego Slughorna, którzy szczycili się talentem do alchemii przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Eliksir, który warzyła i który miał zostać przeznaczony dla jednego z podopiecznych rezerwatu, wymagał długiej i uważnej pracy, więc nie tylko nie spała, ale i praktycznie nie jadła, nie chcąc przegapić momentów dodawania kolejnych składników i mieszania wywaru. Stała nad kociołkiem, uważnie obserwując powierzchnię eliksiru i porównując jego wygląd z tym zawartym w starej księdze o pożółkłych stronicach. Nadal wydawał się dobry. Pilnowała się przez cały czas, bo tę miksturę warzyła po raz pierwszy i nie czuła się tak pewnie, jak przy tych, które już znała.
Kiedy w końcu przestał bulgotać i zaczął wydzielać opisywaną w książce przejrzystą parę, wiedziała, że był gotowy. Mogła wygasić ogień pod kociołkiem i przelać wywar do fiolki. Zrobiła to z największą ostrożnością, by nie uronić ani kropli, po czym zamknęła naczynie korkiem. Był gotowy, mogła pokazać go Tristanowi lub innemu z opiekunów, jeśli nie znajdzie swojego kuzyna. Nie wiedziała, czy był teraz w rezerwacie.
Kiedy jednak szła przez korytarz z eliksirem w dłoni, zmęczona, blada i wymięta, ale bardzo z siebie zadowolona, nagle usłyszała głośny trzask, a tuż przed nią zmaterializowała się męska sylwetka. Stało się to tak nagle i niespodziewanie, że odruchowo odskoczyła, a jej palce rozluźniły się, wypuszczając śliską, ciepłą fiolkę. Nie zdążyła jej złapać, zanim ta rozbiła się o posadzkę tuż obok butów przybysza, a jedyna porcja eliksiru, nad którym tyle pracowała, rozlała się.
- Co pan wyprawia! – krzyknęła we wzburzeniu, gdy dotarło do niej, że tyle pracy oraz składników na marne. Miała ochotę potraktować go jakimś zaklęciem, może nawet by to zrobiła, gdyby był jakimś podrzędnym szlamą (pomijając fakt, że tacy tutaj nie pracowali), ale podniesienie wzroku w górę upewniło ją w przekonaniu, że ma do czynienia z członkiem szlacheckiego rodu. Co prawda wrogiego i Slughornom, i Rosierom, ale jednak zasługującego na szacunek... Chociaż w tej chwili była tak wzburzona, że najchętniej by się na niego rzuciła. – Yaxley. Co to niby miało znaczyć? – zapytała wciąż szorstkim tonem, chociaż starała się brzmieć spokojnie. Było to trudne. – Zobacz, co narobiłeś. Zmarnowałeś mój eliksir.
I jak ja teraz wytłumaczę się opiekunom smoków, którzy czekali na wyniki mojej pracy?, zabrzmiało w jej głowie, kiedy przewiercała go zimnym spojrzeniem zwykle ciepłych, jasnoniebieskich oczu, dużo bardziej przejęta eliksirem niż to, że mógł w jakiś sposób zaszkodzić Yaxleyowi, w końcu był przeznaczony dla smoków.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
14
18
11 (11)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   02.09.16 10:39

6 lutego

Ten dzień był wyjątkowo męczący. Nie dość że nie był wyspany przez spędzoną noc w Świętym Mungu u boku Rosalie to jeszcze jego podopieczni ubzdurali, żeby wyjątkowo zachowywać się jak małe, nieporadne smoki. Jeden z najstarszych okazów zablokował się w ciasnej jaskini, inny jakimś dziwnym zrządzeniem losu przetarł sobie niezniszczalną (?) skórę i musieli mu ją odkazić, by zapobiec infekcji, a następny przestał ziać ogniem, co nie było najlepszym objawem. Zaglądanie do ogromnej paszczy zwierzęcia było pełne adrenaliny, ale nawet uśpiony smok był niebezpieczny. Okazało się, że ogromne pokłady śluzu zablokowały kanały wyjściowe. Morgoth był umazany po łokcie w tym obrzydlistwie i nie dość, że był brudny to jeszcze potwornie cuchnął. Oczyścił się dość sprawnie, ale nieprzyjemne uczucie dziwnej substancji na dłoniach pozostało. Okazało się, że opuszczał rezerwat Peak District jako ostatni ze wszystkich pracowników. Zmęczony i głodny jak nigdy dotąd pomyślał o domu, chcąc się znaleźć w swoim pokoju, ale zamiast tego zaraz przed nim ukazała się młoda kobieta, która odskoczyła na jego widok, a odgłos tłuczonego szkła wywołał w nim dziwne zaskoczenie. Przecież to nie był jego dom! Ba! Nawet nie wyglądało na pałac! A kim była ta kobieta? I co robiła o tej godzinie z tymi fiolkami?
- Nie wiem, co to ma znaczyć, ale jestem w równym… - nie dokończył, gdy dziewczyna zaczęła mówić dalej, nie dopuszczając go do głosu. Zaraz jednak poczuł na nogach dziwne żrące uczucie i nie patrząc na dziewczynę, zwyczajnie zdjął buty, nie mogąc wytrzymać paskudnego swędzenia. Dobrze że był ubrany w strój do pracy, chociaż i tak wyróżniał go pośród ludzi pracujących w rezerwacie. – Co to było? – spytał ze złością pomieszaną ze zdziwieniem. W porę pozbył się zagrożenia – czubki jego butów dosłownie się stopiły. Dopiero po chwili przypomniał sobie o lady Evelyn Slughorn. Bo właśnie nią była ta tajemnicza dziewczyna. Spojrzał na nią i zaczął:
- Najmocniej przepraszam, ale... Mam nadzieję, że nic ci nie jest.




Thus he came alone to Angband’s gates, and he sounded his horn, and smote once more upon the brazen doors, and challenged Morgoth to come forth to single combat.
And Morgoth came

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wejście do rezerwatu   03.09.16 19:08

Nie co dzień ktoś pojawiał się przed nią tak nagle, zupełnie ją zaskakując. Niezbyt lubiła być zaskakiwana, a już na pewno nie w taki sposób, zwłaszcza kiedy niosła w ręce fiolki z eliksirami. W tym zmęczeniu i pośpiechu, żeby jak najszybciej pokazać komuś efekty pracy zapomniała rzucić zaklęcie nietłukące na szkło, i jak się okazało, był to wielki błąd, bo upuszczona fiolka natychmiast rozbiła się o posadzkę i eliksiru już nie dało się uratować.
Na jej bladej twarzy oprócz złości było widać także ogromne rozczarowanie, bo nie lubiła, gdy jej praca szła na marne. Teraz w dodatku była to praca dla rezerwatu, gdzie była tylko podrzędnym alchemikiem, młódką na przyuczeniu, i chciała pokazać, że nadaje się do odpowiedzialnych zajęć. Yaxley zniweczył nie tylko jej plan, ale i utrudnił pracę opiekunów smoków, którzy potrzebowali tego wywaru, a teraz go nie dostaną, póki nie przyrządzi go od nowa.
- Mnie nic się nie stało. Ale efekt wielu godzin mojej pracy właśnie poszedł na marne – odpowiedziała, już spokojniej, bo pierwsza złość zaczęła opadać, ale wciąż chłodno, patrząc, jak Yaxley ściąga swoje buty zniszczone przez wywar, którego resztka wciąż mieniła się zielono na podłodze. Evelyn skrzywiła się, ale usunęła małą kałużę jednym zaklęciem. Nie było już po nim śladu ani na posadzce, ani na butach młodego mężczyzny. – Wydaje mi się, że rezerwat Rosierów nie jest pańskim miejscem pracy, chyba, że o czymś nie wiem. Co zatem pan tutaj robi, i to o takiej porze?
Bo co jak co, ale tego było pewna, zdążyła już przynajmniej zobaczyć innych pracowników, a jego wśród nich nie widziała. Z tego, co było jej wiadomo, również był opiekunem smoków, ale w Peak District, gdzie zapewne chciał się znaleźć (jak myślała), a wylądował tutaj. Pomyłka przy teleportacji? Cóż, najwyraźniej Yaxleyowie, mimo swojego wywyższania się ponad członków rodów o krótszych dziejach, wcale nie byli tak idealni... Chociaż sama Evelyn, gdyby próbowała się teleportować w tak zmęczonym stanie, też miałaby sporą szansę wylądować nie tam, gdzie chciała. Teraz najchętniej położyłaby się gdzieś i zasnęła, chyba tylko wciąż obecne lekkie wzburzenie trzymało ją w stanie względnej przytomności.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
 

Wejście do rezerwatu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Sala Wejściowa
» Wejście do podziemi
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)
» Brama wejściowa
» Główne wejście do parku

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17