Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pokój nr 3

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pokój nr 3   19.01.16 20:07

First topic message reminder :

Pokój nr 3

Mieści się tutaj nieduża szafa z czarodziejskimi szatami oraz odzieniem ochronnym wykonanym ze smoczej skóry, które chroni przed smoczym ogniem, kilka brzękadeł, peleryna przeciwogniowa. Na obitej zielonym materiałem kozetce leży poduszka i koc, którym można okryć się nocą, gdy zachodzi potrzeba odpoczynku w pracy, po pracy lub podczas nocnej warty w rezerwacie. Ściany pomalowane są w różane wzory przywodzące na myśl ogrody Rosierów.
Na gabinet nałożone jest zaklęcie Muffliato.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój nr 3   20.09.16 14:01

Przeglądał księgę rozrachunkową, usiłując zrozumieć, co jest w niej właściwie napisane. Odkąd oficjalnie stał się przyszłym zarządcą tego miejsca, starał się nadrobić rozumienie rzeczy, o których wcześniej nie miał pojęcia. Cyfry, liczby, przychody, rozchody, ceny, miał nadzieję, że w rezerwacie byli od tego naprawdę zaufani ludzie - gdyby tylko chcieli, oszukaliby go bez najmniejszego wysiłku. Wuj wciąż trwał na stanowisku, douczając bratanka - i Tristan naprawdę miał nadzieję, że zanim z niego odejdzie, przekażę mu wystarczająco rozległą wiedzę, by nie był w tym świecie całkowicie zagubiony. Rachunki, księgowości... referencje.
Wiadomość o tym, że Cornelia znalazła się na terenie rezerwatu, dotarła do niego nieco wcześniej. Sam ją tutaj zaprosił - choć nachodziły go teraz coraz silniejsze wątpliwości. Nie widział jej całe wieki za wyjątkiem wydarzenia, na którym Cornelia nie powinna była go widzieć, a w każdym razie - na którym powinna zapomnieć, że go widziała. Całkowicie i na zawsze, Weasley przecież mógł chcieć wyciągnąć z niej odpowiednie zeznania. Bo kim dzisiaj była Cornelia? Pamiętał, że miała silny charakter. Była impulsywna, męska, o czym świadczyło samo to, ze tutaj pracowała, aktywna, skora do działania. Czy to możliwe, by w toczącym się konflikcie o przyszłość, nie angażowała się po żadnej ze stron? Nie znał jej, nie widzieli się długie lata, nie wiedział o niej nic. Z natury był nieufny - ludzie, którym ufał dekadę temu, mogli się zmienić. Zwłaszcza, jeśli tak po prostu znikali - nic nikomu nie mówiąc. Ona nie ufała jemu, więc tym bardziej on nie ufał jej.
Oprócz tego incydentu, nie widział jej od dawna. Pamiętał ją, oczywiście, z czasów, kiedy pracowała tutaj razem z Grahamem, a jego pozycja była tutaj jeszcze o wiele niższa. Lubił ją. Była ładna. Krótką chwilę nie podniósł głowy znad księgi, kiedy usłyszał pukanie. Nie wezwał jej tutaj po te chrzanione referencje bez powodu, coś za coś - chciał wykorzystać tę okazję dla własnych celów. Powoli zamknął księgę, odkładając ją na bok, czas wyjść naprzeciw prawdzie.
- Panno Ignisson - odparł równie zachowawczo, acz bez cienia rozbawienia iskrzącego w oczach, znali się, rozmawiali ze sobą per ty, ale długie lata temu, a Tristan nigdy nie dał nikomu powodów, by sądził, że różnice klasowe nie mają dla niego znaczenia. Bo miały zawsze. I ona i Graham byli niżej urodzeni od niego, nigdy nikt nie udawał, że było inaczej. Tristan nigdy nie stroił sobie żartów ze swojego tytułu - bo był dla niego ważny, bo był jego spuścizną. Bo był sensem jego życia, jego tytuł, jego ród i róże znakujące pokoje większości ścian w rezerwacie należącym do Rosierów. Rezerwat też był jego spuścizną. - Pamiętam - dodał, wciąż na nią patrząc. Badawczo, nieufnie, z zastanowieniem, odnalazła się znikąd, spotkali się nigdzie, i nagle znikąd przyszła prosić go o przysługę.
- Proszę usiąść - Wskazał na krzesło przy sekretarzyku, ten pokój nie był najlepszym miejscem do przyjmowania interesantów. Mało formalny, przypominał bardziej sypialnię niż gabinet. Ale smoczy rezerwat nie był przepełniony biurokracją, lepszego miejsca nie znajdzie. - Kto ma przeczytać te referencje? - Krótka piłka, Cornelio, nie idziesz do Greengrassów, bo dla nich referencje od nas znaczyłyby tyle co nic, czego najlepszym przykładem jest fakt przyjęcia przez nich Lorne'a. Musiał to być ktoś w Ministerstwie, a tam, w Biurze Kontroli Smoków, miał wszak szerokie koneksje.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój nr 3   11.08.17 2:00

2 maja

Właściwie wszystko zaczynało wracać do normy. Z wolna odnajdywał się na wyższym stanowisku, nie gubiąc już obowiązków; rozkład dnia dokładnie zakodował się w jego głowie, a długa lista zadań, którym co dzień musiał sprostać, przestawała przypominać pergamin spisany tajemniczymi runami, nazwy i nazwiska zaczynały budzić skojarzenia, obowiązki zaczynały mieć natomiast jasno określone ramy. Pewien, że był na to miejsce jedyną odpowiednią osobą, odnalazł się  w nowej roli stosunkowo szybko. Z łatwością dyrygował ludźmi, pozwalniał sztab niekompetentnych ludzi, na ich miejsce odnajdując nowych, we własnym mniemaniu lepszych, zrobił wreszcie porządek z Albionem od lat zbyt agresywnym, żeby trzymać go w rezerwacie – a jednak z jakichś powodów wciąż przechowywanym przez wuja – oddając go katowi, wprowadził większe kontrole pracowników. Na razie nie ruszał kwestii dyplomatycznych, pozostawiając je na spokojniejszy czas, skrupulatnie kolekcjonując zarówno listy z propozycjami współpracy, jak i własne przemyślenia na ten temat. Siedząc za burkiem czuł się władcą i choć w maju wszystko miało ustabilizować się do końca, zdestabilizowało się na dobre, grzebiąc ostatnie nadzieje na przyniesienie rodowi chluby.
Ogromne zniszczenia nie ominęły rezerwatu, a Tristan mógł jedynie załamać ręce - cóż bowiem mógł zrobić, aby go ochronić? Nie był w stanie poradzić sobie z tym sam – pozostawał w stałym kontakcie z wujem, którego słuszna rada okazała się bezcenna – kiedy przekładał kolejne pergaminy z bilansem strat po straszliwej tragedii. Stracili trzy dorosłe smoki. Trzy. Dwa zginęły na miejscu, prawdopodobnie pod wpływem wybuchu już od razu, Haglen był stary: jego serce pewnie nie wytrzymało. A może organizm ogólnie – bez różnicy, tak czy inaczej, znaleźli go nad ranem rozwleczonego wzdłuż klifów, głowa sto jardów od ogona. Paskudna śmierć, zupełnie nieadekwatna do smoczego majestatu prastarej bestii. Ile on miał właściwie lat? Poruszył dłonią, wysuwając kartotekę przeznaczoną do utylizacji – urodzony w 1743 roku. Miał ponad dwieście lat, był relikwią. Devaughn – żadna niespodzianka. Lek, nad którym pracowali przez ostatnie pół roku, przyniósł mu poprawę, ale nie ulgę. Smok wiele przeszedł, był osłabiony. Miał szansę wrócić do zdrowia, prawdopodobnie, ale po tym, jak ta tajemnicza moc przetoczyła się przez rezerwat, został po nim tylko pył, który mógł dzisiaj przesypać pomiędzy palcami. Prochy znajdowały się w glinianej misie, która również leżała na jego biurku – nieco depresyjnie – zakryte haftowaną, krwistą chustą ze złotym ornamentem. I Myssleine. Jego młoda pupilka, rosła na silną i dużą smoczycę, pewien był, że przyszłą chlubę. Była inteligentna, przebiegła, pełna sił  - ale miała nieszczęście znaleźć się w niewłaściwym miejscu  o niewłaściwej porze. Dokładnie tam, gdzie on sam, w samym epicentrum gwałtownej burzy. Ostrożnie wygiął rękę, wciąż obolałą od pokrywających ją oparzeń po zderzeniu się z najdziwniejszym wyładowaniem atmosferycznym, jakie kiedykolwiek widział.
Ale to wcale nie był koniec.
Stracili wszystkie zaklęcia ochronne, a nowe nie dawały się założyć. Smoki, rozdrażnione rozedrganą magią, zachowywały się jak oszalałe, były nieprzewidywalne i agresywniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Przez okno po jego lewej stronie - rozbite, niezabezpieczone - rozciągał się widok na tereny rezerwatu, który przypominał raczej pobojowisko po strasznej bitwie: wszędzie były rozrzucone szczątki smoków, ludzi, mugolskich przedmiotów, czarodziejskich ubrań. Całego jego dziedzictwo, wszystko, nad czym pracowali od wieków i o co od wieków dbali, wszystko, było zniszczone. Nie zamknęli tego miejsca. Nie przerwali prac naprawczych, choć przebywanie tutaj graniczyło z szaleństwem, choć nikt nie powinien tutaj być, choć mogli zostać spaleni, zamordowani, pożarci żywcem lub zginąć inną równie malowniczą śmiercią. Przywiązane do miejsca smoki nie uciekły, a w każdym razie nie wszystkie  - trzeba je było pozakuwać w ciężkie łańcuchy i ściągnąć na ziemię, zanim zrobią sobie krzywdę. Lub spopielą jego rodzinny dwór.
- Od wczesnych godzin porannych próbujemy wzmocnić magiczną kopułę nad rezerwatem... - Właściwie tylko jednym uchem słuchał wstrząsającego raportu; porażka za porażką, nikt nie panował nad katastrofą. Nie musiał, znał jego treść - i wiedział już, że nie mogli nic zrobić. Nic, póki dziwna anomalia nie poruszała magiczną osłoną. Nie zdążył jeszcze rozszyfrować pergaminu przesłanego przez Czarnego Pana, ale bez wątpienia w nim znajdowała się odpowiedź - i rozwiązanie - na przynajmniej część jego problemów - prawdopodobnie całkiem dużą część. Znał miejsce anomalii, wyczuwał je; nawet już je oglądał. Cała ta moc - musiała bić od niego.
- Valsharessa zagryzła Bane'a... - Nie słuchał, ofiar było zbyt wiele, by rozpatrywać je osobiście, zaczynały zamieniać się w pustą statystykę. Potrzebował nowych ludzi, badaczy, opiekunów, zdolnych smokologów, których nie przerazi wszystko, co się tutaj dzisiaj wydarzyło. Przysunął do siebie pergamin z wykazem zmarłych i zaginionych. A na terenie rezerwatu ciągle znajdywano nowe ciała. Napływający zewsząd czarodzieje i mugole nie przestrzegali żadnych zasad, sami byli sobie winni - że tutaj ginęli. Drażnili te stworzenia, więc umierali - gorzej, że ich zakrwawione szczątki rozdrażniały smoki jeszcze bardziej. Powinni zorganizować szkolenia. Zgromadzić wychowanków, którzy będą im oddani. Oswoić smoki, zatrzymać ten masowy mord: z troski o stworzenia. Pozbierać ciała. Zadbać o budynki. Od nowa wznieść dach nad administracją. Pokręcił głową, to potrwa całe wieki. Za długo. Nie mieli na to czasu.
- Terraria są porozbijane... - A najgorsze było to, że utracili wszystkie zasoby. Wszystko, co pozwalało im zaprowadzić porządek - już nie istniało. Rezerwat legł w gruzach, wszystko trzeba było postawić od nowa. Na początek prowizorycznie, ale cały czas z godnością - w końcu powiewał nad nimi dumny sztandar Rosierów. Od ilu setek lat sprawowali nad tym miejscem pieczę? Wystarczyło, żeby przejął władzę - i już po miesiącu wszystko obróciło się w pył. To niemożliwe.
- Wystarczy - przerwał w końcu niekończący się potok zdawcy relacji, mężczyzna spojrzał na niego z niepokojem, ale posłusznie umilkł. Napotkawszy spojrzenie Tristana cofnął się pół kroku. On sam - wysunął się zza biurka i podszedł bliżej okna, czas zacząć działać - musiał wydać polecenia, określić priorytety. Stworzyć plan działania, obrać strategię, która pozwoli temu wszystkiemu przetrwać. We względnie dobrym stanie - świetny początek, z pewnością zapisze się w historii rodu jako najszybciej wsławiony zarządca rezerwatu kiedykolwiek.  Zniszczył - pozwolił zniszczyć - wszystko. Wszystko, co należało do jego rodziny od zawsze. Jeśli nestor nie odrąbie mu głowy w przeciągu najbliższych dni  - zdziwi się.
- Wyślij listy, potrzebujemy budowniczych. Nie mamy czasu robić tego sami, nad laboratorium i biblioteką musimy naprawić dachy. Burze zniszczą wszystko, czego jeszcze zniszczyć nie zdążyły. - Wsparł brodę na łokciu; czy on się w ogóle słyszał? Burze zniszczą każdą konstrukcje - najpierw trzeba było uspokoić anomalie. - Znieście najważniejsze rzeczy do piwnic, trzeba je przechować w dobrym stanie. Wszystkie manuskrypty ze skrzydła C. - Te najstarsze. Najcenniejsze. - Biblioteka jest ważniejsza - doprecyzował, suszone zioła zniszczą się na deszczu, stracą wszystkie zapasy w laboratorium. Trudno - odkupią. Czas się kurczył. - Trzeba ocalić tyle ksiąg, ile to możliwe. - Nie mogli utracić zgromadzonej tutaj wiedzy; Rosierowie dbali o nią zbyt długo.
- Smoki - kontynuował, na moment się zamyślając; najrozsądniej byłoby skontaktować się z rezerwatem Greengrassów i zaproponować współpracę - ale dłuższy czas temu zaczął ich obrażać, domyślał się, że nie będą chętni na współpracę. Świetnie. Doskonale. - Trzeba je wszystkie sprowadzić na ziemię. Nie mamy terrariów ani klatek, trzeba wziąć łańcuchy i przykuć je do ziemi. Daleko od siebie. W jaskiniach przy klifach. - Wydawało się do zrobienia. Będą nieszczęśliwe, kilka z nich może ucierpieć, a przechowywane ich razem w ciasnym miejscu nie wpłynie dobrze na ich zdrowie - w ten sposób mieli jednak szanse zachować ich jak najwięcej. Wokół roiło się od kłusowników i żądnych wrażeń mugoli, jeśli trafią na śpiącego gada lub - co gorsza - osłabionego i na domiar złego uśmiechnie się do nich fortuna, będzie po nich.  Pokręcił głową - to wszystko brzmiało beznadziejnie, bez szans na powodzenie. Smoki były zbyt silne, zbyt duże, zbyt stare. Zbyt rozdrażnione, przepłoszone dziwną magią.  
- Mugoli - poruszył ostatnią newralgiczną kwestię, ale nie sądził, by jego decyzja zadziwiła kogokolwiek; Rosierowie nie byli powszechnie znani ze swojej miłości do mugoli. Kiedyś nie obchodzili ich wcale, dziś - wyrażają przeciwko nim otwarty, jasny i stanowczy sprzeciw. - Na mugoli nie zwracać uwagi. Nie mamy na nich czasu. - I tak mieli braki w pożywieniu, jeśli są tak głupi, że koniecznie chcą się tutaj przedrzeć i tak durni, że nie uciekają na widok ogromnej pokrytej łuskami bestii, sami są sobie winni.  - Do roboty. Już. - Zwłoka była ich wrogiem, z każdą kolejną chwilą napierało do nich coraz więcej gapiów, rozdrażnione smoki dziczały, szalały, zagryzały się nawzajem; nie mieli czasu na nic. A on sam - był zbyt ranny, żeby móc wspomóc swoich ludzi własną różdżką, oparzenia goiły się szybko, ale te -  wciąż znaczyły jego skórę, raz za czas wywołując paraliż. Odprowadził spojrzeniem Tobbsa, nim podszedł z powrotem do biurka, stając po jego przeciwnej stronie i przesuwając dłoń wzdłuż rozstawionych przed nim papierów. Część zapasów im została, ale to tylko kwestia czasu - magazyny zostały kompletnie zniszczone. Rozrzucone mięso dla smoków zaczynało gnić. Straty powinien liczyć w tysiącach galeonów. Rodzina go zabije, o ile wcześniej nie zrobi tego anomalia.
Świetnie. Po prostu świetnie. Jest wszystko w porządku.
Zasiadł za biurkiem, biorąc się za list - miał go wysłać do Yaxleyów i Averych. Zanurzył gęsie pióro w czarnym atramencie, nim zaczął kaligrafować zamaszyste litery. Rozpoczął - pozdrowieniami i słowem grzecznościowym, dopiero później wyrażając uprzejme, grzecznościowe zainteresowanie ich trollami. Grzecznościowe - miał na głowie zbyt wiele, żeby naprawdę przejmować się magicznymi stworzeniami innych. Interesowało go to jednak z jednej, jasnej przyczyny - potrzebował zapasów świeżego mięsa. Potrzebował dużo zapasów świeżego mięsa. I wiedział, że od nikogo innego tego nie dostanie. Nie miał pojęcia, na ile jego prośba zostanie odczytana za arogancką, a na ile rody wykażą dobrą wolę i zechcą ich wspomóc. Za wszystko mogli zapłacić - problematyką były wyłącznie zapasy, które musieli odnaleźć. Które nie były już powszechnie dostępne. Na samą myśl o głodujących smokach poczuł w żołądku dziwny uścisk, to byłoby dla nich bardzo okrutne.
Jest wszystko w porządku, choć nagle poczuł, że zaczyna boleć go głowa.



/zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój nr 3   05.09.17 0:49

Drzwi pokoju otworzyły się z cichym skrzypnięciem, skrzat tego dnia nie zadbał o ich naoliwienie, wszedł do środka krótko po Evandrze, odprowadzając ją na szezlong, i pomagając jej na nim usiąść - spędzała nad medykamentem zbyt dużo czasu, potrzebowała odpoczynku. Ciszy, spokoju, dystansu; czas gonił nieubłaganie, jeśli mieli - cóż: jeśli miała - wyleczyć Devaughna, nie mogła sobie na to pozwolić. Wszystkie dotychczasowe próby spełzły wszakże na niczym, a gad wydawał się coraz bardziej osłabiony, nie zostało zbyt wiele czasu, ani jemu, ani im. Trzymał jej rękę dopóty, dopóty nie ułożyła nóg na leżance, potrzebowała tego, snu, chwili komfortu, relaksu, potrzebowała czasu dla siebie, była delikatną kobietą, która nie przywykła przecież do podobnej presji.
- Nie obawiam się skuteczności medykamentu - objaśnił, dopiero teraz wracając do jej słów, czując oczywistą potrzebę sprostowania tego wyznania. Lady Rosier dawała z siebie wszystko, pracowała nad lekiem z zaangażowaniem godnym nazwiska, które dziś nosiła. Jeśli medykament okaże się nieskuteczny - będzie wiedział, że nie istniało nic więcej, co mogłaby uczynić. Ale Tristan w nią wierzył  - w nią i w jej umiejętności. Drogę przeszedł w milczeniu, zbierając tak myśli, jak słowa. Nie był pewien, czego się spodziewać po tej rozmowie - nie potrafił przewidzieć reakcji Evandry ani jej faktycznych pragnień. Nie zamierzał narażać się na śmieszność dla jej kaprysu, ale jednocześnie nie chciał jej unieszczęśliwiać. Odszedł od jej siedziska, zbliżając się do okna, które pchnął, wpuszczając do środka nieco świeżego powietrza, zatruta oparami kociołka musiała odpocząć również od zanieczyszczonego powietrza. - Właściwie, w tym rzecz - dodał, wspierając dłonie o framugę otwartego okna, przez krótki moment przyglądając się krajobrazowi roztaczającemu się na zewnątrz. Na niebie tuż przed nim błysnęły srebrne łuski Valsharessy, jej córka Myssleine powinna być niedaleko. - Nie będę się powtarzał - dodał w zamyśleniu, odwracając się w jej stronę - splótłszy obie dłonie za plecami wolnym krokiem zbliżył się w jej kierunku, by, znalazłszy się już tuż obok, przykucnąć tuż przy niej, wyrównując różnicę wysokości - zrobiłaś tutaj na wszystkich piorunujące wrażenie. - Wysunął rękę, odnajdując jej chłodną bladą dłoń, drobną i szlachetnie alabastrową, uścisnął ją lekko, ale stanowczo. - A moi podopieczni zdołali zdobyć twoje niedostępne serce - nie musiał pytać, czy to prawda, widział to. Evandrze zależało na Devaughnie, chciała go ocalić. Nie dla zaszczytów, nie z poczucia obowiązku - z własnej potrzeby, dla siebie. Dla niego. - Odnoszę wrażenie, że mogłabyś polubić to miejsce, Evandro, gdybyś tylko miała okazję zjawiać się tutaj częściej. Chciałabyś tego? - Utkwił na jej twarzy spojrzenie ciemnych oczu, odnajdując delikatnie rysy półwili. - Mogłabyś przejąć zwierzchnictwo nad pracownią alchemiczną. - Nie pogodzisz tego z pracą w Mungu, ale obydwoje wiemy, że i tak nie pozwolę ci tam wrócić. Twoje miejsce jest tutaj, na ziemiach Rosierów - nie przy urzędach, w których nikt nie będzie honorował należnego ci tytułu. Wplótł palce dłoni pomiędzy jej, zginając je, by zakleszczyć jej dłoń w uścisku. - Rezerwat bardzo by na tym zyskał. I ty również. - Przecież wiem, że lękasz się złotej klatki. Ta propozycja wciąż nią była, w rezerwacie Evandra znajdowała się wszak pod całkowitą kontrolą Tristana - lecz czy każde pręty były złe? Klatka mogła stać się przestronna wolierą, nadchodzi wojna, Evandro. Musisz być bezpieczna.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Pokój nr 3   17.09.17 18:52

Choć sama mówiła mu, że i on potrzebuje tego odpoczynku, że i on powinien pozwolić sobie na chociażby chwilę drzemki, bez oporu opadła na wskazaną przez niego leżankę. Nie potrafiła ukryć zmęczenia, które teraz, po podaniu leku, dopadło ją ze zdwojoną mocą. Jej małżonek miał również rację - nie powinna dalej pracować w takim stanie, jeśli nie chciała popełnić jakiegoś głupiego błędu. Nie wiedziała jednak, co zaproponować Tristanowi - może w rezerwacie znajdowało się również inne miejsce, w którym mógłby odpocząć, a o którym istnieniu nie miała pojęcia? Wszak teleportowanie się w tym stanie byłoby ryzykowne, nawet jeśli nie chciałby tego przyznać.
Ułożyła się wygodnie, poprawiła fałdy sukni i spojrzała na niego pogrążona w ciszy; zbyt zmęczona, by silić się na kurtuazyjną wymianę zdań. Wszak zapowiedział już, że chciałby z nią porozmawiać o czymś ważnym, czekała więc na jego ruch, w międzyczasie delektując się zaoferowaną jej odrobiną luksusu.
Kiwnęła krótko głową, kiedy podkreślił, że nie obawiał się skuteczności przyrządzonej przez nią mikstury. Szkoda, że ona sama nie była tak pewna swych umiejętności... Lub nie umiała tak dobrze udawać. Wciąż jednak nie powiedziała ani słowa, śledząc wzrokiem jego wędrówkę ku oknu.
Odetchnęła głębiej, kiedy do pokoju wpadł pierwszy powiew świeżego, rześkiego powietrza - prawie zakręciło jej się w głowie, jak gdyby długie godziny pracy w zakopconej pracowni odzwyczaiły ją od oddychania czymś tak czystym. Chciała zasnąć, chciała spać wiele godzin, dzień, dwa - lecz wiedziała, że nie mogła sobie na to pozwolić, jeszcze nie. Smok wciąż wymagał ich uwagi, częstych wizyt i obserwacji...
- Powiedziałabym, że mnie zawstydzasz, Tristanie, jednak oboje dobrze wiemy, że byłoby to kłamstwo - zaczęła cicho, z lekkim uśmiechem zdobiącym pobladłe wargi. - Z pewnością schlebiasz mi, za co dziękuję.
Jej uśmiech znikł tak szybko, jak się pojawił, kiedy mężczyzna przykucnął i ścisnął jej drobną, zziębniętą rękę; był śmiertelnie i zaraźliwie poważny. Zaś ona powoli zaczynała obawiać się tematu tej rozmowy. Słuchała go w napięciu, z bijącym głucho sercem oczekując każdego kolejnego słowa, które miało spłynąć z jego ust.
- Tak, Twoi podopieczni są dla mnie wyjątkowi - przyznała cicho, choć wcale nie musiała tego robić. Widziała, że był całkowicie pewny tego, co mówił, że było to stwierdzenie faktu, nie zaś hipoteza oczekująca na obalenie lub potwierdzenie. Na krótką chwilę przestała oddychać, kiedy dotarło do niej z pełną mocą, co jej małżonek miał na myśli. No tak, jak mogła choć na chwilę zapomnieć, że Tristan nigdy, przenigdy, nie pogodzi się z jej pracą w Mungu. Owszem, ostatnio nie bywała w nim zbyt często, również z powodu słabości swego małżonka, jednak nie o to chodziło - a o kontrolę, którą chciał sprawować nad jej życiem. O swoją wolę, którą próbował jej narzucać.
- A co z Twoją kuzynką, Tristanie? - zapytała cicho, próbując stłamsić rosnącą w piersi złość. Nawet jeśli trafił w punkt z odczytaniem jej pragnień, to uraził jej dumę, musiał o tym wiedzieć. Zaś ona chciała wiedzieć, czy proponowane przez niego stanowisko zaiste było osiągalne - wszak mógłby chcieć osadzić ją w pracowni rezerwatu bez porozumienia z kimkolwiek innym. - Tą, która jest tu alchemiczką - uściśliła, chociaż i bez tej uwagi musiał wiedzieć, o której mówiła, którą mogła mieć na myśli. - Nie będę ukrywać, że rezerwat stał się bliski memu sercu, bo z pewnością już to dostrzegłeś - dodała po chwili. - Jednak czyż nie ona miałaby pierwszeństwo, jako pracująca tu dłużej, znająca smoki lepiej? - Była ciekawa, co odpowie. Jak odbije piłeczkę.
Nie zmieniało to faktu, że te wizyty w rezerwacie, te próby pomocy Devaughnowi i obcowanie z innymi smokami zmieniły jej nastawienie do Munga. Jednak Tristan nie musiał o tym wiedzieć, a przynajmniej jeszcze nie teraz.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pokój nr 3   30.09.17 1:19

Na jego ustach drgał trudny do odgadnięcia uśmiech, skinął głową, przekazując, że podziękowania były zbędne. Podobała mu się jej wrażliwość i imponowała mu oddaniem - wobec smoków - jej intencje i powody, dla których czuła się z nimi równie mocno związana, pozostawały nieistotne, najważniejsze wydawało mu się, że Evandrze rzeczywiście na nich zależało. Nie potrzebował słów potwierdzenia, żeby w istocie dojść do tego wniosku, wystarczały mu jej czyny, zmęczenie odbijające się cieniem na jej twarzy po tym, kiedy poświęciła wszystko, oddając się pracy nad niezbędnym lekiem. Chciała tego. Pragnęła tego. Kochała je - jak kochał je on - podziwiała je, widział to, porwało ją ich dzikie piękno. Obserwował ją przecież w trakcie każdej z tych sytuacji, stającą naprzeciw pradawnych gadzich bestii. Była ich królową - i jak ich królowa winna się zachowywać.
- Evelyn - podjął imię, początkowo wcale nie będąc tego pewnym, do rezerwatu ostatnimi czasy zaglądało zadziwiająco dużo arystokratek, a pośród nich najważniejsza była jednak Marjorie, małżonka wuja, która usunęła się jednak w cień razem z nim. Musiała mieć na myśli Evelyn, poznały się w trakcie świątecznego spotkania. - Jest bardzo zdolną alchemiczką - przyznał, bo nigdy nie umniejszał zdolności lady Slughorn; była mądra, dobrze wykształcona i zdolna. Brakowało jej tylko jednego. - Nie nosi jednak mojego nazwiska - służba w tym miejscu była zaszczytem, częścią rodzinnej schedy, obowiązkiem i przywilejem zarazem. Nigdy nie dopuszczali do tego miejsca ludzi z zewnątrz, nie na wyższych szczeblach, naturalnie. - Nigdy nie będzie miała pierwszeństwa. - Dyskusja była bezprzedmiotowa. Nie zastanawiał się nad tym, czy młoda czarownica w ogóle by tego pragnęła, tak jak Evandry Slughornowie nie przyjęliby do siebie, by sprawowała zwierzchnictwo nad ich alchemikami, tak Tristan nie miał zamiaru robić tego samego. Wychowali się wszak w strukturach, w których to nie tylko umiejętności decydowały o ich przyszłości; tutaj, na terenie smoczego rezerwatu, każdy uszanuje jej tytuł lady, tutaj nikt nie odważy się jej rozkazywać, tutaj będzie traktowana z należnym jej szacunkiem - dziwił się, że podejmowała temat jego kuzynki. To ich dzieci przejmą pewnego dnia to miejsce: i to do nich należało dziś dziedzictwo Rosierów, którego nie zamierzał rozdawać postronnym, nie tylko dlatego, że nestor nigdy nie wyraziłby na to zgody. Patrzył na nią wciąż - wyczekująco - sądząc, że odpowiedź mogła być tylko jedna; z powagą podchodził do rodowych obowiązków i nie sądził, by Evandry uczono czegokolwiek innego. Powinna służyć jego rodzinie i jemu, nie obcym ludziom, w tym brudnym czarodziejom niewiadomego pochodzenia. Winna być przy nim - gdzie mógł zatroszczyć się o jej bezpieczeństwo. I, wreszcie, winna mu była posłuszeństwo. Nie wypuścił z ręki jej bladej, chudej dłoni, wyginając jej palce tak, by móc dostrzec pajęczynę błękitnych żył przecinających jej alabastrową, delikatną skórę. Zbyt delikatną, by parać się ciężką pracą. Tak naprawdę nie dawał jej wyboru, podjął już decyzję - oddał jej jednak tę przyjemność, zachowując pozory zgodności i wyrozumiałości, licząc na to, że je doceni. Nie chciał jej skrzywdzić - lecz jeśli nie pojmowała, co było dla niej dobre, mógł jej pomóc tę decyzję podjąć.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Pokój nr 3

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń
» Pokój Czterech Pór Roku
» Pokój Śmiechu
» Pokój Zakochanych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17