Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Obserwatorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Obserwatorium   19.01.16 20:07

First topic message reminder :

Obserwatorium

Obserwatorium mieści się na kamiennym tarasie, z którego roztacza się doskonały widok na ogrody, w których buszują smoki. Grube zaczarowane szkło oddzielające taras od otwartej przestrzeni sprawia, że jest to całkowicie bezpieczne miejsce i doskonały punkt obserwacyjny dla gości oraz początkujących pracowników rezerwatu. Znajduje się tutaj wąski, kawiarniany stolik otoczony trzema eleganckimi krzesłami. Niektórzy pracownicy spożywają przy nim posiłki, inni spisują notatki z obserwacji. Bliskość klifów oraz smoki latające blisko nieszczelnych szyb sprawiają, że przez większość roku jest to miejsce zimne, przewiewne. Wyjątkowo wyraźny jest tutaj również zapach siarki.



Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   05.09.16 3:33

Nie lubił niedokończonych spraw - a taka właśnie była sprawa z Harriett. Kochał się w niej jako chłopiec, jako mężczyzna - posiadł ją - od początku pałając względem niej nieznośną fascynacją, uczuciem niezrozumiałym, a jednocześnie jasno ukierunkowanym - pragnął jej. I, co wciąż było dla niego nieznośne, niewiele się pod tym względem zmieniło. Miał już swój świat, świat zamknięty dla Harriett, od kiedy półwila stała się wdową po kolorowym człowieku, samotną matką z dzieckiem, które również powinno być kolorowe, a po którym coraz wyraźniej było widać dominujące geny jego pięknej półwilej matki. Rzeczywistość była jasna, lecz ułuda jawiła się piękniej, pozwalając Tristanowi śnić sny o kobietach, które nigdy nie powinny być traktowane w sposób, jakiego pragnął. Wiedział, że jego Harriett nie mogła połączyć już trwała i stabilna przyszłość, ale jednocześnie wiedział, czego pragnął. A pragnął jej słodkich jak miód ust, które wygięły się właśnie w subtelnym, pięknym uśmiechu. Rumienisz się, Harriett? Po tylu latach? Nie powstrzymał dłoni, która niemal bezwiednie sięgnęła jej twarzy, by odsunąć kosmyki złotych włosów, jakie wymknęły się z jej upięcia i zasłaniały przed nim jej zaczerwienione policzki. Nie dostrzegł nawet, że dłoń ta zsunęła się wzdłuż jej szyi, zatrzymując się dopiero wsparta o obojczyk, zaciśnięta w półpięści.
- Zawsze, Harriett - odparł wciąż cicho, nie chcąc, by którekolwiek z dzieci słyszało jego słowa. Ani Charlie nie powinien ich słyszeć ani Bella nie powinna powtarzać ich w domu. Bo zawsze byłaś moją muzą, bo zawsze potrafiłaś wyciągnąć ze mnie wszystkie gwałtowne emocje  - uwielbienie, zazdrość, pożądanie, nienawiść, w tej kolejności. Wili urok czy nie, Harriett była dla niego kimś więcej, niż powinna być. - A czy coś się zmieniło? Ty wciąż jesteś równie piękna, a ja wciąż jestem więźniem twych powiek. - Spójrz na mnie, Hattie, tęskniłem za tymi oczyma. Szukałem tego samego błękitu u tak wielu kobiet, chciałem usłyszeć ten głos, tak wiele razy, kiedy Zaim zazdrośnie strzegł cię w czterech ścianach domu; nie dziwił mu się. Dostał skarb, na który nigdy nie zasłużył. I którego nigdy nie był wart. Harriett była kobietą z rodzaju tych, za które mężczyźni wzniecali wojny, a Zaim - Zaim znalazł się w niewłaściwym czasie i miejscu, pośrodku tej pożogi. Niepotrzebnie. Nie był potrzebny.
Naturalnie, że się zmieniło - wtedy naiwnie sądził, że zostanie kiedyś jego lady.
Dopiero teraz odjął dłoń, podążając za wzrokiem Harriett, do Charliego i Belli. Naprawdę tego potrzebował? Wymówki, żeby ją tutaj zaprosić? Nie potrafił - tak po prostu? Winien uszanować żałobę, przekonywał sam siebie, choć ślamazarnie i niechętnie. Nie chciał jej szanować. Chciał przypomnieć sobie jej zapach i tembr jej głosu, chciał poczuć delikatną skórę jej drobnej dłoni. Chciał ją zobaczyć - bo uwielbiał jej widok, a widma ludzi, którzy te pragnienie odbieraliby za zdradę, blakły w myślach wypłowiałych światłem potężnej aury półwili. Spuścił wzrok na dłoń, po wierzchu której malowała pręgi, bez wyrazu, choć każdy czuły zakręt wywoływał ciepłe, niezatarte wspomnienia wspólnej przeszłości. Obrócił dłoń, chwytając jej palce, zakleszczając je w uścisku, silnym, przepełnionym rozpaczliwą wręcz tęsknotą.
- Nie chciał, żebyś tu przychodziła - bardziej stwierdził niż zapytał, bo przecież o tym wiedział. Był młodszy i bogatszy od Zaima, był też odpowiedniejszy barwą skóry. Miał tego araba w pogardzie - podobnie jak arab jego, a słowa były między nimi zbędne. Wystarczył wzrok - ten, którym patrzyli na siebie i ten, którym patrzyli na Harriett. Wszystko było jego winą, Naifeh powinien był po prostu znać swoje miejsce. Uścisnął jej dłoń mocniej, czując jej spłoszenie, przecież nie było w tym jej winy. To wszystko on, Hattie, to on to wszystko zniszczył. Przynajmniej w to w tym momencie wierzył Tristan. - Nie powinien był cię ograniczać. - Piękna, to chyba nie był wyrzut sumienia względem martwego męża? Wreszcie jest tam, gdzie powinien być od dawna. Pod ziemią, żarty przez robaki. Zwolnił miejsce, którego nigdy nie powinien zajmować. - Przypomnę ci, Hattie - zaproponował cicho, wstając z krzesła, ze zgrzytem odsuwając go od stolika, nie puszczając jej dłoni - a chyląc głowę w płytkim i niedbałym ukłonie, prosząc o ten spacer. - Przypomnę ci, jak tutaj jest pięknie. Macie szczęście, Eagon naprawdę rzadko podchodzi tak blisko szyb. - Mówił zapewne o smoku, w ślepiach którego utknął wzrok półwili. - Raz w tygodniu na godzinę, mam nadzieję, że mu się spodoba - dodał, wciąż cicho, poruszając ustami blisko ucha Harriett, powinna sobie to przemyśleć i porozmawiać z synem zanim ten się dowie, choć być może był to tylko pretekst, by znaleźć się bliżej niej. - Chodźmy, pokażę wam małe smoki - dodał już głośniej, odnajdując wzrokiem Bellę, wyprowadzając Harriett za stolika.
Chodźmy. Po prostu chodźmy.


/zt wszyscy




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   11.04.17 22:10

Właściwie czekał na ten list. Wierzył, że rezerwat przejdzie w jego ręce niezależnie od wszystkiego - że ród nie miał lepszego kandydata na to miejsce, lepszego od niego, najstarszego męskiego potomka już od dekady przyuczającego się do przejęcia rodzinnej schedy. Był smokologiem, nieskromnie rzecz ujmując, olbrzymiej wiedzy. Brakowało mu doświadczenia, które posiadał wuj - wiedział o tym - dlatego zawsze cenił jego dobrą radę i jasny umysł, czerpiąc wiedzę z jego niewyczerpanego źródła. Dla Tristana - był prawdziwym autorytetem, wobec którego żywił zresztą uniżony szacunek. Smoki należały do nich, przodkowie Tristana zdołali je okiełznać, wziąć pod bat i utrzymać w doskonałym stanie jako relikt dawnego świata, kiedy to magia, nie strach przed mugolami, rządziły nie tylko Europą - ale i pozostałymi kontynentami. Wierzyli, że zdołają zachować ich potęgę, a pewnego dnia być może wypuścić je znów na wolność, chrzaniąc pieprzony kodeks tajności: żeby spustoszyły mugolskie fabryki, mugolski brud i mugolski szlam. Dzień, w którym ów list w końcu nadszedł, był dla niego dniem z wszechmiar wyjątkowym. Nie chodziło nawet o poczucie władzy, o rozszerzenie swoich kompetencji, ale o prestiż, który się z tym wiązał. Piął się w górę w oczach rodu, sam nestor uznał go za wystarczająco godnego, by powierzyć jego dłoniom największe dziedzictwo Rosierów. Jego pozycja zaczyna ulegać znacznej zmianie, a on sam musiał zacząć uważać na każdy swój ruch, aby ją utrzymać. Dobrze wiedział, że wraz z gęstniejącymi przywilejami gęstniały również nowe obowiązki i rósł znacznie ich ciężar.
Gabinet wuja, niewielkie upchnięte papierami pomieszczenie, należał teraz do niego. Na masywnym biurku leżały listy uporządkowane przez jego nową asystentkę, Betty. Podszedł do nich od strony przeznaczonej dla petentów, niespiesznie przerzucając je jedną ręką - kaligrafowane litery w większości adresowane były już do niego, ale nie wszystkie. Korespondencja z Chin, niezręcznie kreślone anglosaskie litery wciąż zwracały się do Lancelota Rosiera. Odłożył wybraną kopertę na bok, powinien dostarczyć ją wujowi - lub odczekać, aż ten znów, mimo oddania stanowiska, pojawi się w rezerwacie; z pewnością nie miał zamiaru zaprzestać. Niech sam otworzy kopertę. Być może to kwestie związane z jego staraniami dyplomatycznymi, a być może korespondencja związana z personalną pracą naukową, w którą nieproszony nie powinien wścibiać nosa - nie omieszka zapytać przy stosownej okazji. Pośród pozostałych listów najwięcej znalazł grzecznościowych politycznych gratulacji, w tym z Ministerstwa i Biura Wyszukiwania Smoków - nie musiał ich otwierać, by być w stanie wyrecytować ich pełną treść, te listy zawsze brzmiały tak samo. Od rodziny, od przyjaciół... od polityków - te ostatnie zawsze najbardziej fałszywe. Kilka ofert handlowych związanych z wyżywieniem smoków zaopiniowanych przez osobę zajmująca się finansami. Lista pouczeń od wuja. Aplikacja na praktykę od nieznanego mu dotąd ambitnego młodego zoologa - imponujący życiorys, pięć lat w Rumunii, trzy w Australii i wybitne owutemy, krótka lista opracowań naukowych. Tą również odłożył na bok, Olaf Oastick. Będzie musiał się z nim zapoznać.
Przeszedł na właściwą stronę biurka, tą, zza której już właściwie występował, ale dotąd tylko w zastępstwie i pod nieobecność wuja Lancelota. Teraz powietrze po tej stronie pachniało inaczej - pachniało władzą. Przesunął dłonią po tylnym oparciu krzesła, sunąc palcem wzdłuż rzeźbień róż o ostrych sprężystych kolcach, wyczuwając ich szpice - umyślnie mocniej napierając na nie opuszkami palców. W końcu, zasiadł na nim, zawieszając wzrok na wiszącym przed jego oczyma portretem małej, dawno już martwej lady - pierwszej znaczącej ofiary czarnookich smoków spod Dover. Rozległo się pukanie, z zadowolonym uśmiechem rozparł się na krześle wygodniej, składając dłonie przed sobą w arogancki trójkąt, nie mając najmniejszego pojęcia, w jaki sposób objąć rozumem wszystko to, co objąć niewątpliwie musiał - i co nie mogło trwać wiecznie.
- Sir - Nie musiał unosić wzroku, wiele przeszedł z Jerrym. Był jednym z lepszych, doświadczony i wciąż żywy mimo ciała skąpanego w bliznach po potwornych poparzeniach. Był twardy, nie do zdarcia. Czasem wykazywał się ignorancją względem dobrych manier i niesubordynacją, czasem w pracy popijał, ale to wcale nie wystarczało, żeby pozbywanie się go było w jakikolwiek sposób opłacalne. - Devaughn…
- Wiem - przerwał mu właściwie od razu, chory smok już od dawna cierpiał zbyt wiele, ale dzisiaj zawodził od samego rana. Zawodził głośno i boleśnie, zawodził tragicznie. Odizolowany od innych smoków i pod ciągła opieką, a jednak wciąż pozostawiony samemu sobie - rykiem niosącym się aż ku niebiosom zdawał się żałośnie błagać o śmierć. Żałośnie - źle było widzieć żałosnego smoka. Jedną z tych majestatycznych bestii, władcy przestworzy - pełzającego po podłożu ciasnej klatki i boleśnie ocierającego się bokami o jej kanty. Patrzącego wzrokiem, który prosił: zabij mnie.
Pracował nad tym. Doglądał go osobiście od samego początku tej dziwnej choroby, mając jej rozwiązanie, z pewnością, tuż na wyciągnięcie dłoni. W zasięgu, choć wciąż niewidoczne. Wuj chciał wołać kata parę miesięcy temu, w październiku, Tristan przekonał go, by dał mu więcej czasu, wierząc, że w miejscu takim jak to, najlepszej placówce w Anglii, a może i całym świecie - przynajmniej w mniemaniu Tristana - zdołają przygotować dla niego lek. Czas jednak zaczynał się dłużyć, smok wyglądał jakby błagał o śmierć, a wuj nie mógł już o niej zadecydować. Tristan zaś nie miał takiego zamiaru. Wierzył, że byli zbyt blisko wynalezienia leku, żeby wycofać się z tego teraz. Skutek ich badań może bowiem nie tylko uratować Devaughna, jeśli tylko ich hipotezy prowadzą w odpowiednim kierunku, dolegliwość tego konkretnego gada może stać się niebawem poważnym problemem w obrębie właściwie całej aktualnej magizoologii. Nie był tylko pewien, czy w tym wszystkim wciąż chodziło o dobro Devuaghna - ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nikt nie mówił, że podejmowanie kluczowych decyzji będzie łatwe. Nikt nie powiedział - że ciężar odpowiedzialności nie zacznie ciążyć już z pierwszym dniem.
- Podaj mu coś na uspokojenie - rzucił bez przekonania. Świadomie narażał bestię na cierpienie, nie powinien. Nie powinien i musiał zarazem, kiedy to nie on decydował - to wszystko było jednak znacznie prostsze, rozmyta odpowiedzialność stawiała go w wygodnym położeniu. Jerry skinął głową - i już zaczął wychodzić, ale Tristan poderwał się z oparcia miękkiego krzesła.
- Czekaj - zawołał go, z zadziwiającą łatwością odnalazł w sobie władczy ton,  wysuwając spod sterty kopert dwie ostatnie: tym razem podpisane przez niego samego. Pierwsza decyzja jaką podjął będąc nowym zarządca tego miejsca to zwolnienie dwóch wyjątkowo irytujących czarodziejów, co zresztą sprawiło mu wiele radości i poprawiło humor na resztę dnia. Lekko wysunął z kopert papiery, wodząc wzrokiem wzdłuż nieokreślonych liter, może chcąc nacieszyć się tą decyzją i ponapawać triumfem, a może jedynie upewnić się, że listy trafia do odpowiednich adresatów. To było w końcu ważne, bardzo ważne.
Pierwszy z nich podpadł mu niespełna dekadę temu, kiedy Tristan stawiał swoje pierwsze kroki w rezerwacie. To nic, że był od niego starszy, co za tym idzie bardziej doświadczony, to nic, że był w istocie skarbnicą wiedzy, którą usiłował mu przekazać w sposób bardzo niegrzeczny - nigdy nie miał prawa pomijać jego lordowskiego tytułu, nawet jeżeli Tristan ledwie dorósł wówczas do dorosłości. Nie miał prawa go lekceważyć, co robił nagminnie. Nie miał prawa nie okazywać mu szacunku. Był dobrym pracownikiem, ale nie niezastąpionym. Jeśli sądził, że jego zachowanie nigdy nie zostanie dostrzeżone, był też głupi. A głupi ludzie z całą pewnością nie byli tutaj potrzebni.
Drugiego z pracowników dwa dni temu przyłapano na kradzieży smoczych szczątek z laboratorium. Kiedy tylko otrzymał donos, nakazał nałożyć na ów obszar odpowiednie zaklęcia ochronne, które doprowadziły prosto do złodzieja. Nie miał zamiaru pozwalać na podobna niesubordynacje niezależnie od jego pobudek - o które nigdy nie zapytał i pytać nie miał zamiaru - smocze łuski, smocze pazury, to wszystko pozostawało częścią jego dziedzictwa i ani nie chciał ani nie mógł pozwolić komukolwiek położyć na tym rękę - całkowicie pomijając oczywiście fakt, że kto dokonuje zbrodni mniejszej, może dokonać również większej. Na jego szczęście, nie próbował ani porwać ani, zgrozo, skrzywdzić żadnego smoka, wtedy z pewnością byłby już martwy. Na jego ustach błądził złośliwy uśmiech, kiedy ujął w dłoń laseczkę laku, która następnie podsunął pod płomień świecy nad obiema eleganckimi kopertami, strącając na ich zamknięcia pękate kleksy. Uchwycił rodowa pieczęć, nie bez dumy, odciskając w laku własny herb: była to dla niego ogromna nobilitacja, moc wreszcie występować w imieniu i z upoważnienia własnej rodziny.
- Zanieś im to - rzucił krótko, przesuwając koperty na kraniec biurka, na dłużej zatrzymując spojrzenie na symbolu róży. Uchwycił jego spojrzenie, kiedy Jerry natrafił na nazwiska adresatów - nie miał zadowolonej miny i z pewnością wiedział, czego powinien się spodziewać po zawartości.
Nikt nie jest niezastąpiony.
Dopiero, kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi - podniósł się z krzesła, wyglądając przez szybę na różane ogrody, w zaroślach których gnieździły się smoki. Kącik jego ust uniósł się lekko ku górze, jego własne smocze królestwo. Również wyszedł - powoli, nieśpiesznie kierując się do obserwatorium. Musiał się wyciszyć.

/zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   12.04.17 0:10

| druga połowa kwietnia?

Ostatni tego dnia eliksir został ukończony i ostrożnie przelany z kociołka do buteleczek, które następnie starannie schowała w jednej z szafek, uprzednio opisując flakoniki nazwą wywaru. Zawsze dbała o takie szczegóły, tak, by korzystający z zapasów smokolodzy nie mieli wątpliwości, z jakim wywarem mieli do czynienia, co było szczególnie ważne, gdy jakiś eliksir był pilnie potrzebny. Zamknęła szafkę, po czym zdjęła alchemiczny fartuszek i za pomocą kilku zaklęć doprowadziła do ładu stanowisko alchemiczne.
Jednak po zakończeniu swojej pracy na dziś Evelyn nie od razu wróciła do posiadłości. Korzystając z tego, że pora nadal była dość wczesna, po wyjściu z pracowni skierowała swoje kroki do obserwatorium. Lubiła tu zachodzić, miała do tego miejsca sentyment, odkąd pierwszy raz została zabrana do rezerwatu jako dziecko. To w tym pomieszczeniu po raz pierwszy mogła zobaczyć na własne oczy prawdziwe smoki – już nie tylko ilustracje w książkach, ale stworzenia z krwi i kości, przelatujące na błoniastych skrzydłach nad przeszklonym dachem. Już wtedy zrobiły na niej duże wrażenie i sprawiły, że zaczęła się interesować magicznymi stworzeniami, a smokami w szczególności, tym bardziej, że jak zawsze powtarzał ojciec, były niezwykle cenione w alchemii jako stworzenia o potężnej magii. Francis Slughorn w swoim czasie także wykonywał dużo zleceń dla rezerwatu i może to właśnie sprawiło, że przed laty oddano mu za żonę jedną z młodych róży Rosierów. Ich potomstwo także odczuło na sobie wpływ dziedzictwa rodu matki, która w duchu już zawsze pozostała Rosierem, co wpłynęło nawet na edukację jej potomstwa – cała czwórka młodych Slughornów uczyła się w murach francuskiej akademii. Po jej ukończeniu Evelyn udała się na kurs alchemiczny, a później swoje umiejętności zawodowe szlifowała właśnie tutaj, w miejscu, które przed laty pokazała jej matka.
Nie była już małą dziewczynką, ale smoki wciąż wywierały na niej duże wrażenie. Gdy tylko weszła do obserwatorium skierowała się w stronę jednego z rozległych okien, skąd roztaczał się wspaniały widok na ogrody, stanowiące dom dla mieszkających w rezerwacie smoków. Przez chwilę wpatrywała się w nie, próbując dostrzec choć jedną białą sylwetkę przemykającą ponad drzewami, ale po chwili skierowała się w stronę stolika i opadła na jedno z krzeseł. Chociaż połowa kwietnia już minęła, w obserwatorium, ze względu na nieszczelne okna, zawsze panował chłód. Można było też wychwycić lekką woń siarki, tak charakterystyczną dla miejsca, gdzie żyły smoki. Przez ponad dwa lata swojej pracy tu zdążyła już przywyknąć, nawet jeśli, jako alchemik i w dodatku kobieta, trzymała się bezpiecznych stref i nie zapuszczała się w miejsca, w które nie wolno było jej wchodzić.
Pogrążyła się w myślach; nie spodziewała się, że ktoś może tu teraz wejść. Siedziała w spokoju, obserwując okna i wypatrując smoków. Chciała znowu zobaczyć któregoś z nich, choćby z daleka i miała nadzieję, że będzie jej to dzisiaj dane.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   01.06.17 18:56

Wciąż próbował się wdrożyć w nowe obowiązki; minęły ledwie dwa tygodnie odkąd otrzymał nominację na starszego stopniem - stanowczo zbyt mało. Z trudem przychodziło mu łączenie dotychczasowych zadań z koniecznością podejmowania kluczowych decyzji, lecz nie przestawał robić dobrej miny do złej gry, wierząc, że jeśli przekona cały świat, że wcale nie traci rezonu, a grunt wcale nie ucieka mu spod nóg, to stanie się to prawdą. Trzymał w ręku pergamin i samopiszące pióro, kiedy wartkim krokiem zmierzał do obserwatorium w wiadomym celu - kontynuowania pracy badawczej. Większy prestiż wiązał z wyżej stawianymi celami, którym musiał sprostać; nosił nazwisko, od którego wymagano wiele. Nosił imię, które miało wryć się na długo w historię smokologii - długo nad tym pracował. Spędzał w rezerwacie jeszcze więcej czasu niż dotąd, starając się odnaleźć w chaosie własnych myśli, oczekiwań i wyzwań. W pierwszej chwili nie dostrzegł alchemiczki, pewnie podchodząc do jednej z rozstawionych przy oknie lunet, gdzie wypuścił z dłonie pióro, a różdżką zawiesił w powietrzu pusty pergamin. Wciąż szukał oznak chorób u pozostałych smoków, choć zyskał już więcej, niż było potrzebne, dowodów na to, że Devaughn nie zarażał; smok znajdował się w dramatycznym stanie - nie mógł podejmować lekkomyślnego ryzyka, które sprowadziłoby zagładę na całe dziedzictwo jego rodu. Dopiero upewniając się, czy pióro odnalazło pergamin i działa poprawnie, kątem oka dostrzegł Evelyn czającą się przy stolikach, skinął jej głową na powitanie.
- Nie wiedziałem, że jesteś dzisiaj w rezerwacie - przeciął milczenie, ustawiając lunetę naprzeciw zarośli, nie spojrzał jednak w zwierciadło - ponad nią przyglądając się krzewom i drzewom, wypatrując poruszenia; unosząc wzrok wyżej - ku zachmurzonemu niebu - wypatrując gadów, nie było ich tam, ale nie dostrzegł również ptaków - to był dobry omen, nie wzlatywały na niebo, kiedy w pobliżu czaiły się smoki. - Jeśli szukasz miejsca, żeby odpocząć od oparów z kociołków, to nie trafiłaś najlepiej. Dziś mocniej niż zwykle czuć siarkę - Jego słowa nie były podszyte emocją, obojętne, niezobowiązujące, grzecznościowe; nie miał pojęcia, czy Evelyn przyszła tutaj na spacer, czy zaszyć się w samotności - i nie chciał jej przeszkadzać, ale miał swoje obowiązki. Odruchowo przetarł nos dłonią otuloną skórzaną rękawiczką, dziś swąd rzeczywiście wydawał się bardziej dokuczliwy niż zwykle, choć nie potrafił wskazać przyczyny - być może to kwestia tego, gady zaczynały budzić się do życia po sennej zimie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   04.06.17 15:12

Był to w zasadzie jej pierwszy dzień w pracy po niedawnych wydarzeniach, w których wzięła udział nie z własnej woli. Ale nie mogła w nieskończoność zamykać się w swych komnatach, czekały na nią obowiązki, jednocześnie stanowiące najlepsze ukojenie. Co lepiej pozwalało zapomnieć o troskach, jak nie skupienie potrzebne podczas warzenia eliksirów? Szybko więc wróciła do swoich zajęć, tym bardziej, że nie mogła pozwolić się zastraszyć ludziom, którzy podle zaatakowali ją i jej siostrę w salonie piękności, pozostawiając pudełko z zaklętymi zjawami i zamkniętymi we flakonach urokami, oraz anonimowymi liścikami, których treść świadczyła o antyszlacheckich pobudkach tego lub tych, którzy byli za to odpowiedzialni.
Jak gdyby nic się nie stało przyszła dziś do rezerwatu i wykonała swoje obowiązki przy eliksirach. Przez większość czasu była samotna ze swoimi myślami, skupiona na poszczególnych czynnościach. Nie spodziewała się też, że w obserwatorium to się zmieni; jeśli już, to prędzej spodziewała się ujrzeć przemykające nad drzewami smoki.
Ale niedługo później w pomieszczeniu pojawił się Tristan. Evelyn odwzajemniła powitanie, zadowolona z zobaczenia kuzyna, którego od pewnego czasu nie miała okazji zobaczyć; nie bywała w rezerwacie dzień w dzień, a ostatnio miała trochę przerwy. Zdawała sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na niego spadła w rezerwacie, ale, choć wciąż młody, posiadał naprawdę dużą wiedzę o smokach, która zawsze robiła na Evelyn wrażenie.
- Zdecydowałam się przyjść. Nie mogę zamykać się w posiadłości i ignorować swoich obowiązków nawet po... niedawnym zajściu – powiedziała, zastanawiając się, czy Tristan wiedział, co spotkało Evelyn i Estelle przed zaledwie kilkoma dniami. Było to całkiem możliwe, takie wieści rozchodziły się dość szybko, zwłaszcza w gronie rodzinnym. – Poza tym musiałam sprawdzić, co z eliksirami i trochę uzupełnić zapasy. Paru mikstur brakowało lub były na ukończeniu.
Spojrzała na niego uważnie, patrząc, jak ustawiał lunetę, by dokonać jakichś obserwacji. Rzeczywiście dzisiejszego dnia mocniej było czuć siarkę, ale to świadczyło, że w pobliżu musiały być jakieś smoki, nawet jeśli po przyjściu tu nie widziała ich. Ale też nie siedziała tu długo i prawdopodobnie po prostu nie trafiła na odpowiedni moment.
- Szukałam miejsca... gdzie mogłabym pomyśleć. Poza tym chciałam popatrzeć na smoki – powiedziała, wstając i podchodząc nieco bliżej. – Wypatrujesz czegoś konkretnego? – zapytała, zastanawiając się, czy chciał znaleźć jakiegoś konkretnego gada, czy może dziś zainteresowało go coś innego. Wiedziała co nieco o sprawie z zagadkową chorobą jednego z podopiecznych, która od dłuższego czasu nurtowała Tristana i nawet prowadził badania nad przyczynami jego stanu. – Jak mają się sprawy z Devaughnem? – zapytała więc, zastanawiając się, na jakim etapie były prace badawcze i czy było już wiadomo coś konkretnego odnośnie jego choroby i ewentualnych zagrożeń dla innych smoków. Na Tristanie ciążyła teraz ogromna presja i odpowiedzialność. – Jeszcze raz gratuluję awansu. To duża odpowiedzialność, ale myślę, że jesteś odpowiednią osobą na właściwym miejscu. – W końcu kto lepiej zająłby się rodowym dziedzictwem Rosierów niż jeden z nich, od dziecka przygotowywany do zajmowania się smokami?




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   11.06.17 3:20

Zmarszczył lekko brew, odchylając się od lunety; nie zrozumiał, o czym mówiła Evelyn. Nie słyszał wieści o problemach sióstr, nikt go o tym nie powiadomił - minęło zbyt mało czasu, a on sam z pewnością też zbyt mało ostatnio słuchał, mając zbyt wiele rzeczy na głowie, by dotarły do niego jakiekolwiek pogłoski.
- Brzmi tajemniczo - odparł, nie oglądając się jednak na kuzynkę, z wzrokiem utkwionym w bliżej niedookreślony punkt w ogrodzie, za grubą, wytrzymałą szybą. - I nieco niepokojąco - dodał, machnąwszy nad pergaminem dłonią, prawdopodobnie by sprawdzić, czy samopiszące pióro dobrze działa. Kilka nakreślonych w powietrzu liter wystarczyło, żeby rozwiać jego wątpliwości. - O jakim zajściu mówisz? - Przejął rezerwat, niedawno się ożenił, oddał duszę we władanie nieobliczalnego człowieka. Miał na głowie zbyt wiele, by pozostać na bieżąco z minionymi wydarzeniami, również tymi dziejącymi się w obrębie Slughornów - właściwie, ostatnimi czasy mógł się wydawać całkiem mało obecny w prozaicznej codzienności. Mniej niż zwykle, zajęty sprawami, przynajmniej w swoim mniemaniu, większej wagi. - Obowiązkowość i gospodarność to cechy godne podziwu, zwłaszcza u młodej lady - pochwalił ją lekko, bez zawahania, słysząc, że chciała poświęcić ten czas na uzupełnienie eliksirów; myślenie o czymś więcej, niż błyszczące sukienki, zawsze było pozytywnym objawem. Nachylił się raz jeszcze, ostatni, spoglądając w okular - ustawiwszy lunetę w sposób, który go zadowolił, obszedł ją, zbliżając się do szyby.
- Rutynowa kontrola - wyjaśnił, nie bywał w końcu w rezerwacie rekreacyjnie, opiekował się nim. Najlepiej, jak potrafił - bo właśnie tego od niego oczekiwano, że poświęci temu życie. Bez reszty i całkowicie. Niebo wciąż było puste, pozbawione przelatującego ptactwa, a korony drzew smagane wiosennym wiatrem nie zdradzały niczyjej obecności. Nie przestawał obserwować zarośli, gdzieś powinien wkrótce błysnąć srebrny ogon smoka. Wkrótce, póki co przestrzeń wydawała się pusta. - Lepiej - odparł, choć nie od razu, składając ręce na piersi. - Eliksir Evandry zaczyna odnosić skutek. - Był z niej dumny; krótko po ślubie błysnęła w rodzinie zaradnością, mądrością i oddaniem sprawie. Tristan był przekonany, że szybko stanie się ulubienicą nestora. - Wydaje mi się, że mamy lek -  I być może nawet po raz pierwszy wypowiedział te słowa na głos, wcześniej kornie zachowując ostrożność - preferując przyjemne zaskoczenie od gorzkiego zawodu, z dystansem podchodząc do kolejnych rewelacji. I teraz - nie był pewien, Devaughn stracił wiele sił i Tristan nie był pewien, czy odratowanie go było jeszcze w ogóle możliwe. Być może - smok musiał już umrzeć. Ale jego organizm pozytywnie reagował na medykament, zmiany zaczynały się wycofywać. - Ale Devaughn jest bardzo słaby. Być może minęło zbyt dużo czasu, trudno powiedzieć. - Czas pokaże, w tym momencie mógł tylko dywagować.
- Daj spokój - mruknął, wciąż nie odwracając głowy. - Jeszcze jedne gratulacje i pomyślę, że wątpisz, czy moja osoba była odpowiednim wyborem. - On sam nie wątpił. W tym celu się urodził - i na to stanowisko został wychowany. Był Rosierem. Był dziedzicem rodu. Był najlepszym pieprzonym smokologiem, jaki pracował w tym rezerwacie. Nie gratuluje się słońcu, że wyszło rano na wschodzie, a zaszło na zachodzie, naturalny porządek wszechrzeczy musiał trwać.
Nawet, jeśli czasem był trudny do utrzymania: słońce nigdy się nie żali, że musi robić to, czego nie zrobi za nie nikt inny.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   13.06.17 14:02

To było niepokojące. To, że ktoś poważył się na napaść dwóch szlachcianek, które tak naprawdę nie zrobiły niczego złego poza tym, że żyły tak, jak je wychowano. Evelyn nie wiedziała, kto za tym stał i czy było to skierowane bezpośrednio w ród Slughornów, czy może ofiarą miały paść jakiekolwiek szlachetnie urodzone klientki salonu piękności, które miały pecha znaleźć się tam w złym czasie. Okazało się jednak, że Tristan o tym nie wiedział; możliwe, że w nawale obowiązków nie miał czasu przejmować się tego typu pogłoskami, miał na głowie cały rezerwat i młodą żonę, którą niedawno poślubił.
Opowiedziała mu pokrótce o napaści w salonie piękności, pakunku z zaklętymi zjawami i zamkniętymi we flakonach zaklęciami, a także o tajemniczym anonimowym liście, z którego wynikało, że zostały zaatakowane ze względu na swoje pochodzenie. Nie lubiła o tym opowiadać, nie chciała też, żeby uznał, że się żaliła czy bała, ale postanowiła opowiedzieć mu tę historię choćby po to, by mógł ostrzec swoją żonę i siostry, że takie wydarzenia miały miejsce i należało zachować ostrożność. W społeczeństwie szerzyły się uprzedzenia i najwyraźniej nie dotykały tylko osób niższego urodzenia; oni także okazywali niezadowolenie z nowego porządku, przynajmniej takie podejrzenia wysuwała Evelyn. Bo niby dlaczego coś takiego spotkało je właśnie teraz, dlaczego teraz ktoś pragnął przypomnieć im, że też potrafiły się bać?
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że ktoś naprawdę mógł być zdolny do czegoś takiego, ale na szczęście obie czujemy się już dobrze, to było coś w rodzaju... ostrzeżenia. Chociaż nie wiemy, kto mógł to zrobić i czy byłyśmy przypadkowymi ofiarami, czy może... nie – powiedziała na koniec, już po streszczeniu mu tej historii, a przynajmniej tych szczegółów, którymi postanowiła się podzielić. – Nasz ojciec był głęboko zaniepokojony całym zajściem, ale dziś pozwolił mi wrócić do pracy, więc... przyszłam. Nie chciałam, żeby moja przedłużająca się nieobecność odbiła się negatywnie na alchemicznych zapasach.
Mogła poczuć się dumna, słysząc pochwałę; jej podejście zapewne nie było czymś częstym, ale Evelyn traktowała swoją alchemiczną pasję i związane z nią obowiązki bardzo poważnie i z należytą sumiennością. Była przecież przykładną członkinią swojego rodu, której nie obojętna była troska o jego dziedzictwo i kultywowanie alchemicznych tradycji, a kwestie mody i urody nigdy nie stały na szczycie listy jej priorytetów. Przygoda w salonie piękności była zresztą pewną nauczką, że próżność nie popłaca, a chęć zadbania o siebie, by przykuć uwagę potencjalnych kandydatów na narzeczonego, obróciła się przeciwko niej.
- To dobrze. Miejmy nadzieję, że uda się go uleczyć. I że podobne przypadki nie będą mieć miejsca w przyszłości – powiedziała, naprawdę ciesząc się z wiadomości, że chory smok zaczął reagować na leczenie i istniała szansa, że przeżyje. Niepokoiło ją jednak, że skoro jeden smok został dotknięty chorobą, pewnego dnia mogły zacząć chorować i inne, a i bez tego nie pozostało ich bardzo wiele. Gdyby nie rezerwat i starania Rosierów, którzy od pokoleń zajmowali się tymi stworzeniami, być może nie dotrwałyby do obecnych czasów, skoro mugole zajmowali coraz więcej ich siedlisk.
- Nie mogłabym wątpić w to, że jesteś najodpowiedniejszą osobą na to stanowisko – powiedziała. – Kto inny potrafiłby równie dobrze zająć się rezerwatem i jego podopiecznymi, jak nie ktoś, kto poświęcił im całe swoje życie i wie o nich tyle, ile ja pewnie nigdy się nie dowiem? – Smoki należały do pasji Evelyn, ale nie ulegało wątpliwości, że jej wiedza o nich nie była wybitna, choć dzięki pracy dla rezerwatu poszerzała ją. Ale jako alchemik musiała na bieżąco doszkalać się z zakresu astronomii, zielarstwa, opieki nad magicznymi stworzeniami i paru innych pokrewnych dziedzin, niezbędnych jej do dobrego wykonywania mikstur. – Zawsze robiło to na mnie duże wrażenie, zanim jeszcze zaczęłam tu pracować. To, jak bardzo się temu oddajesz. – A Evelyn rozumiała to podejście i imponowało jej ono, zwłaszcza w czasach, gdy wielu członków szlacheckich rodów zdawało się lekceważąco traktować spuściznę rodów i niepokojąco zapatrywać się w postęp. – Szkoda, że w dzisiejszych czasach to coraz rzadsze podejście. – A tak nie powinno być. Przynajmniej Evelyn mimo młodego wieku była dość staroświecka, bo wciąż wierzyła w czystą krew oraz ważność tradycji.
Westchnęła i ponownie zwróciła wzrok w stronę okien, tak jak Tristan wpatrując się w drzewa, czekając na to, aż spomiędzy nich wychynie biały smoczy kształt.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   17.06.17 21:31

Słuchając opowieści, Tristan nie odchodził od lunety skierowanej na krzaki - słuchał jej, oczywiście, ale jednocześnie nie przerywał wykonywanej pracy. Okular skierował między drzewa, w których wyraźnie coś się poruszyło, młoda smoczyca wypełzła na otwarty teren, leniwie sunąc nisko i blisko ziemi, z szyją wygiętą w dół, ostrożnie stawiając łapy. Rozdrażniona, jej ogon wił się jak żmija, a z nozdrzy buchały iskry, ale całkowicie zdrowa. Żwawa, jej łuski z daleka błyszczały śnieżną bielą, a czarne oczy wypatrywały ofiary. Chciała się zabawić - przeciwnik nadchodził z naprzeciwka, drugi smok, nieco większy, ale samiec - smoczyce były bardziej charakterne, walka i tak miała być równa. Rozległ się ryk, który aż zatrząsł szkłem otaczającym bezpieczne obserwatorium, kącik ust Tristana uniósł się lekko w górę, gdy podyktował samopiszącemu pióru - w przerwie, kiedy Evelyn brała oddech - dwa imiona, Valsheressy i Kjeruhna. Obie bestie wyglądały zdrowo, choć właśnie zamierzały skoczyć sobie do gardeł. Smocze walki były w rezerwacie codziennością, te terytorialne bestie nie lubiły konkurencji, a tutaj musiały odnaleźć wspólną przestrzeń na stosunkowo niewielkiej ziemi. Rzadko interweniowano, te potężne jaszczury nie były przecież delikatne - ale ich walki pozostawały w prosty sposób okrutnie piękne i przerażająco krwawe. Dobrze, że tu był - będzie miał okazję kontrolować sytuację.
Na koniec historii Evelyn jedynie prychnął lekceważąco.
- Kiedyś za atak na lady ludziom ucinano ręce i nogi - stwierdził ostro, unosząc się znad lunety; pole walki zbliżało się bliżej nich - nie będzie potrzebował zbliżenia. - Żyjemy w potwornych czasach - Nie okazywano należnego im szacunku. Ministerstwo o to nie dbało, a przecież powinno. - Na miejscu twojego ojca, zająłbym się tym osobiście - stwierdził wprost i wcale nie rzucał słów na wiatr, ostatni antymugolscy, którzy próbowali zaczepić jego siostrę, leżeli dzisiaj martwi. Lekceważył ostrzeżenia, wierząc, że nikt o zdrowych zmysłach nie odważy się podnieść ręki na jego rodzinę. Rosierowie potrafili się mścić, nieco dziwiło go, że nikt z otoczenia Evelyn nie zatroszczył się o jej lepsze samopoczucie. - Motłoch zawsze będzie niezadowolony z naszej pozycji - dodał lekko, wspierając się lewą dłonią o pobliską szybę, obserwując płomień, jakim Valsharessa zaatakowała właśnie samca - potężny żywioł otulił go od stóp po sam łeb, ale smokom ogień nie był groźny. Mógł być najwyżej - nieco nieprzyjemny. - Trudno jest im zaakceptować gorsze urodzenie - wypowiadał frazesy, ale czasem i one były potrzebne; młodziutka, niedoświadczona Evelyn najwyraźniej nie była z nimi zaznajomiona. - Dlatego to my - zaakcentował słowo ostrożnie, oglądając się na kuzynkę przez ramię - powinniśmy ich nauczyć szanować lepszych od siebie - najlepiej przemocą, na motłoch wszak sensowna argumentacja nigdy nie byłaby w stanie zadziałać, ale tego nie dodawał już na głos; niewieście serce nie musiało tego słuchać. - Wyrażenie głębokiego zaniepokojenia to raczej... niewiele - pozwolił sobie zauważyć, brzmiało to jak polityczna obietnica, z którą nikt nie wie, co zrobić. Nie, tutaj potrzeba działania, ostrego, silnego i zdecydowanego. Być może ojciec Evelyn po prostu nie miał jeszcze na to czasu? Szanował go przecież - jako zdolnego alchemika i doświadczonego czarodzieja, był pewien, że nie zlekceważyłby kwestii bezpieczeństwa swojej córki. A może, po prostu nie mówił jej wszystkiego, wcale nie musiał.
- Jeśli tylko czujesz taką potrzebę, powinnaś odpocząć, Evelyn. Poradzimy sobie. - Jej zdrowie było przecież najważniejsze. - Evandra ostatnio spędza w laboratorium nieprzyzwoite godziny i z pewnością mogłaby cię wyręczyć jeszcze przez jakiś czas - obrócił się ku niej znów, przez ramię, dla otuchy, bynajmniej nie miał małżonce za złe zaangażowania; cieszyło go, że jako alchemiczka oddała swoje umiejętności rodzinnej schedzie Rosierów.
Skinął głową, powracając wzrokiem ku smokom, ogień opadł, a wypalona wokół trawa kopciła się gęstym dymem; samiec szarżował na Valsharessę, by w ostatniej chwili uderzyć na nią ciężkim, kolczastym ogonem. Po uderzeniu, spod białych łusek wypłynęła widoczna krew.
- Możemy tylko czekać - Zrobił, co w jego mocy - tego jednego był pewien, dalsze poszukiwania mogły być już tylko bezcelowe. Jeśli ten eliksir nie zadziała - nie zadziała już nic, co byli w stanie stworzyć, miesiące ciężkiej pracy - wszystko na marne. Narastała w nim frustracja. - Smoki są pod ciągłą obserwacją, ale wszystko wskazuje na to, że choroba Devaughna nie jest zaraźliwa. Naszą tezą jest, że złapał tę chorobę od mugoli. - Szlam zawsze przenosił wszystko to, co najobrzydliwsze. - W każdym razie, te tutaj wyglądają na okazy zdrowia - dodał z zadowoleniem, kiedy w jego źrenicach narastała fascynacja - smoczyca trzepnęła skrzydłami, wzniecając wiatr, który powstrzymał drugą szarżę Kjerughna.
- Otóż to - mruknął bez fałszywej skromności, był Rosierem. Został do tego urodzony i nie widział w tym nic niezwykłego. Jak cała jego rodzina. - Zawsze wydawało mi się, że Slughornowie poważnie podchodzą do sztuki eliksirowarstwa, skąd w tobie tyle defetyzmu? - Czyżby mieli problemy? Nie dostrzegał kwestii, o której wspominała Evelyn; w jego pokoleniu, ani nawet w pokoleniu swoich dziadków, Tristan nie odnajdywał pamięcią żadnego zdrajcy - być może wypalono nazwisko ostatniego jeszcze przed jego narodzinami. Był dumny ze swojej rodziny - co odnajdywało odzwierciedlenie nawet w niezobowiązujących pogawędkach. Nigdy nie naraziłby dobrego imienia rodu - dobrze wiedział, że jego kuzynostwo nie mniej poważnie podchodzi do kwestii utrzymania rezerwatu.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   19.06.17 12:11

Evelyn także to zauważyła. Mimo snutej opowieści, jej oczy w pewnym momencie spoczęły na białej sylwetce smoczycy wysuwającej się z zarośli. Na taki widok czekała, chciała zobaczyć choć jednego ze smoków i w końcu się doczekała. Chwilę później jej oczom ukazał się też drugi, nieco większy. Oba sprawiały wrażenie okazów zdrowia, niczym nie przypominały schorowanego Devaughna. Mimo że z opowieści smokologów wynikało, że walki smoków były czymś częstym, Evelyn rzadko miała okazję je widywać, więc z tym większą ciekawością przysunęła się bliżej, żeby móc w całej okazałości podziwiać majestatyczne stworzenia. Łatwiej było nie myśleć o nieprzyjemnościach sprzed kilku dni, kiedy na jej oczach miał rozegrać się tak groźny i niesamowity spektakl.
Niestety nie wszyscy okazywali im należny szacunek. Jak się przekonała w ostatnich tygodniach już dwa razy, niektórzy przedstawiciele motłochu byli na tyle bezczelni i pozbawieni honoru, że decydowali się na atakowanie dam, i to tak podstępnie, nie mieli nawet odwagi ujawnić się przed nimi. I co gorsza nie ponosili należytych konsekwencji, we współczesnych, dążących do równości czasów czysta krew coraz mniej się liczyła i nie chroniła ich, choć jeszcze jakiś czas temu Evelyn łudziła się, że tak jest w istocie. Ale wiedziała, że Tristan miał rację, w dawnych czasach wszystko wyglądało zupełnie inaczej, a takich ludzi spotkałyby poważne konsekwencje. Teraz, nawet gdyby zostali złapani, co mogłoby zrobić im ministerstwo? Zamknąć na kilka dni w Tower? Westchnęła cicho pod nosem.
- Zastanawiam się, co będzie dalej. Czy niedługo nie będziemy mogli nawet udać się spokojnie na Pokątną, bo zaraz znajdą się miłośnicy równości, którzy zapragną udowodnić nam, że jesteśmy tacy sami jak oni? – zastanowiła się. Jak do tego doszło, że dawne porządki odeszły w zapomnienie? Odpowiedź nasuwała się sama, czarodzieje niższego urodzenia przewyższali ich liczebnie, a mugoli było jeszcze więcej. – Do czego zmierza ten świat, Tristanie?
Nie wykluczone, że jej ojciec robił więcej niż mówił. Siostry Slughorn po napaści spędziły dwa dni w murach Munga, gdzie zatrzymano je na obserwacji. Francis Slughorn złożył im krótką wizytę, ale zapewne nie chciał martwić ich poważnymi sprawami. Całkiem możliwe, że wolał sam się wszystkim zająć. Może za jakiś czas w herbacie sprawców znajdzie się kilka kropel trudnej do wykrycia trucizny. Slughornowie nie działali impulsywnie, preferując pozostawanie w cieniu i metodyczne, przemyślane posunięcia. A Evelyn ufała swojemu ojcu, w końcu nigdy dotąd nie okazał, że nie leży mu na sercu dobro jego dzieci.
- Wierzę, że tego tak nie zostawi. Nie można w pełni ufać ministerstwu, zresztą wątpię, by zechcieli poświęcić tej sprawie należyty czas – Nawet Evelyn, mimo trzymania się z daleka od polityki i obserwowania wydarzeń z pewnym dystansem, zdawała sobie z tego sprawę. – Możemy liczyć tylko na siebie – dodała, po czym skinęła kuzynowi głową, przyznając mu rację, po czym znowu utkwiła spojrzenie w smokach, które rozpoczęły walkę. Były na tyle blisko zabudowań rezerwatu, że widziała wyraźnie ich potężne cielska, buchający ogień, który z łatwością palił roślinność wokół nich, ale im samym nie czynił poważniejszej krzywdy. Mimo pokaźnych rozmiarów poruszały się z pewną gracją, budziły respekt. Trudno było uwierzyć, że chociaż nie krzywdził ich nawet smoczy ogień, mogły zachorować przez bliższy kontakt z mugolskimi brudami.
- Dziękuję za propozycję, ale myślę, że praca pomoże mi szybciej wrócić do codzienności. Dziwnie się czuję, gdy przez dłuższy czas nie mam kontaktu z eliksirami – wyznała. – To straszne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przez mugoli te smoki i tak mają bardzo ograniczoną przestrzeń do życia – dodała po chwili, nie odrywając wzroku od walki dwóch białych stworów. – Są naprawdę niesamowite, ale jak się okazuje, nawet one nie są całkowicie bezpieczne mimo swojej magii, grubej skóry i smoczego ognia...
Zamyśliła się. Chociaż zdecydowana większość Slughornów prowadziła się dobrze i pamiętała o zobowiązaniach wobec rodu, Evelyn nie spędzała całego życia zamknięta w piwnicy, słyszała i widziała, co działo się wśród jej rówieśników. Jakiś czas temu jej dawna znajoma, którą niegdyś uważała za interesującą towarzyszkę rozmów, uciekła z czarodziejem nieczystej krwi, kilka jej rówieśniczek było aurorkami i zamiast zająć się czymś godnym pałętały się po brudnych zaułkach, ścigając czarną magię. To niepokoiło Evelyn, martwiło ją, że zaraza postępu i pogoni za niezależnością dotrze i do jej bliższego otoczenia. Zapewne spory wpływ na to miały też ostatnie wydarzenia, które uświadomiły jej, że coś zaczyna się psuć. Przywykła do ustalonego porządku rzeczy czuła niepokój.
- Bo tak jest – powiedziała, także odczuwając dumę z własnego rodu. Slughornowie może nie mieli najdłuższego rodowodu, ale zawsze dbali o odpowiednie wartości. – Ale trudno udawać, że nie widzę, co się dzieje dookoła. – Nawet będąc osobą skupioną na swoich zajęciach, niezbyt zainteresowaną plotkami, nie mogła być całkowicie obojętna, nie chciała, żeby jej przyszłe dzieci dorastały w świecie pozbawionym odpowiednich wartości.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   24.06.17 18:48

Wzbijając się w powietrze wyglądały pięknie, a Tristan zmuszony był podejść bliżej szyby, by z ukosa dostrzec je tańczące na tle chmurzącego się nieba. Splotły się tylnymi pazurami i wgryzły pyskami, przepychając się zawzięcie w locie jeden o drugiego; przez moment, kiedy smoczyca szarpnęła samca tuż obok oka, wyglądało to nawet groźnie - tylko przez moment, jej oponent szybko zareagował, odpychając ją z ogromną mocą. Krwiste brygi opadły na niską trawę, a wiatr, który wzniecili, uderzył o szyby. Te dwa smoki -  z całą pewnością nie były zainfekowane. Z lekkim wilczym uśmiechem przyjrzał się ich walce, obserwując ruchy ich kończyn - odnotowując w pamięci rany, które odniosły gady. Będzie trzeba. później, rzucić na nie okiem, krótko podyktował notatkę dla samopiszącego pióra, to było lewe udo Kjeruhna.
Myśli Evelyn były mu bardziej niż dalekie, nie bał się mugoli - nie musiał, wierzył, że potrafił zmieść ich kilku przy pomocy zaledwie jednego zaklęcia. Miał ich w pogardzie i lekceważeniu, dobrze wiedział, że nie stanowili zagrożenia. - Nie są całkiem głupi, nawet psa da się nauczyć sztuczek - mugole oraz ich zwolennicy prawdopodobnie plasowali się na podobnym poziomie intelektualnym co niewielkie, średnio inteligentne zwierzę. - Należy ich uświadomić, że jesteśmy lepsi nie bez powodu - Karą, nagrody działały tylko na nieagresywne gatunki. Z reguły również na te mądrzejsze. - Jestem pewien, że twój ojciec... nie ograniczy się do wyrażenia zaniepokojenia, a kara, jaką otrzymają, zniechęci do podobnych... wybryków ewentualnych naśladowców, jeśli w Londynie jest więcej szaleńców. - Motłoch należało trzymać krótko, najlepiej za pyski. Albo na smyczy. - Nie żartuj, Ministerstwo stanie na głowie, żeby to wyjaśnić, inna sprawa, że jest zwyczajnie niedołężne - stwierdził z przekonaniem, nieco lekceważąco, nie winił jednak Evelyn za tę niedorzeczność, była kobietą, młodym dziewczątkiem, które zgodnie z wolą rodziny trzymało się z dala od wielkiej polityki. Powtarzała zapewne frazesy usłyszane w tłumie lub w rodzinie, bez znaczenia, damie nie wypadało myśleć samodzielnie - a Evelyn była damą w każdym calu. - Nie powinnaś zaprzątać sobie tym głowy - stwierdził w końcu, przechodząc pod pergamin, na którym samopiszące pióro przestało właśnie smarować notatkę - ujął go we własną rękę i zapisał dzisiejszą datę wraz z godziną, zaznaczając kolejną zaobserwowaną ranę - kły smoczycy wgryzły się w prawą łopatkę samca. Choć mniejsza, walczyła znacznie zacieklej - Tristan zaczął mieć obawy, czy nie będzie jednak konieczna szybka interwencja. Smocze przepychanki zdarzały się często i rzadko prowadziły do poważniejszych uszkodzeń pomijając problemy z powierzchownymi ranami, tym razem Valsharessa wydawała się zdeterminowana. I wściekła, jak to kobiety.
- na siebie, Evelyn. . Pamiętaj, że nikt nie zajmie się twoimi sprawami równie skutecznie, co ty sama. - Złapał spojrzenie jej tęczówek, nie był pewien, czy zrozumie - czy do tego dorosła, kobiety miały wiele broni, z których mogły korzystać, nie wychodząc ze swej roli. Był pewien, że pewnego dnia jego kuzynka to pojmie - choć być może jeszcze nie teraz i jeszcze nie dzisiaj. - Musisz pamiętać, że jesteś warta więcej niż stu czarodziejów gorszego urodzenia. I więcej od nich możesz zrobić. - Poruszyć niebo i ziemię, jeśli będzie trzeba. Prosić o pomoc ojca, wuja, lorda nestora; oni wszyscy dzierżyli władzę, o jakiej ministerialnym urzędnikom nigdy się nawet nie śniło. Sieć powiązań, wpływów, wzajemnych zależności - liczyć na ród było najrozsądniej, bo nie mieli za sobą nikogo potężniejszego. Oprócz Czarnego Pana - przed którym już wkrótce uklęknie cała szlachta. Być może chowana na korną Evelyn nie dostrzegała w sobie tej siły, ale przecież wciąż była jeszcze bardzo młoda.
Skinął głową, wspierając się o parapet dłońmi - poruszyła ważną i bardzo gorzką kwestię; smoki żyły dzisiaj w ukryciu zupełnie jak czarodzieje, z dala od mugolskich siedlisk; podlejszy los nie mógł ich spotkać.
- To dziedzictwo nie tylko mojej rodziny, to dziedzictwo najczystszej magii. Stare dziedzictwo. Gdyby miały otwartą przestrzeń, z pewnością byłyby silniejsze, ale ten szlam, który je zalał... nie do końca rozumiem, czym on jest. - Zamyślił się, snując opowieść wpatrywał się w smoki, które splecione w walce szybowały własnie prosto na ziemię. Kjeruhn był pod spodem - to uderzenie zaboli. - Widziałem czarne kłęby dymu, Evelyn - mówił dalej, wciąż w zamyśleniu; takie same kłęby był w stanie przywołać swoimi najczarniejszymi, najstraszliwszymi mocami. Czy to możliwe, że mugole dysponowali potężniejszą bronią, niż komukolwiek się wydawało? Urwał, samemu nie wiedząc, co o tym myśleć. Kjerughn uderzył w ziemię, pchnięty przez Valsharessę; ziemia zadrżała, a on sam zawył boleśnie, przeszywająco. Głośno i potwornie. Tristan nie drgnął, wpatrywał się w bestie z niegasnącą uwagą, czujny, by zareagować w odpowiedniej chwili. Być może powinien zawołać ludzi już - wiedział, że w razie potrzeby sam sobie z tym nie poradzi.
Wzruszył lekko ramieniem, nie dostrzegał problemu. Nie interesował się plotkami, a w jego rodzinie nie było zdrajców ani niegodnie prowadzących się arystokratek - wyglądało jednak na to, że Evelyn miała na te temat obszerniejszą wiedzę.
- Chcesz mi coś opowiedzieć? - wolał się upewnić, choć nie sądził, by te tematy były jej aż tak bliskie. Estelle była dobrze ułożoną młodą damą.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evelyn Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2975-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/t3222-poczta-evelyn http://www.morsmordre.net/t3220-evelyn-slughorn http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t3224-evelyn-slughorn
Alchemik
23
Szlachetna
Panna
...
10
10
20
0
2
1
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   27.06.17 12:12

Evelyn zdawała sobie sprawę, że jej kuzyn wyznawał bardzo konserwatywne poglądy. Nawet jeśli nie miała wiedzy o pewnych szczegółach z jego życia, czuła, że był osobą, która zaiste posunęłaby się do czegoś więcej niż do „wyrażenia zaniepokojenia”, gdyby w grę wchodzili jego najbliżsi. Sama Evelyn, mimo wyższości i poczucia dumy, które czerpała ze swojego urodzenia i czystej krwi, nie posuwała się dalej, przynajmniej jak dotąd nie zdarzyło jej się wyjść poza sferę słów czy nieprzychylnych myśli. Ale zajście w salonie piękności budziło w niej niepokój i poirytowanie, a odpowiedzialnego za ten czyn chętnie poczęstowałaby jakimś mało przyjemnym eliksirem. To jednak także musiało pozostać w sferze wyobrażeń, bo nawet nie wiedziała, kto poważył się na ten tchórzliwy atak na nią i jej siostrę. Jeśli zaś chodzi o ministerstwo, Evelyn w rzeczy samej nie miała dużego rozeznania w polityce, od której ojciec trzymał ją z daleka, a ona sama egoistycznie interesowała się raczej tymi aspektami, które mogły dotyczyć jej rodu. Sam ojciec wypowiadał się o ministerstwie dość lekceważąco, przynajmniej w murach dworu, z dala od niepowołanych uszu, stąd też ta obawa Evelyn co do odnalezienia sprawcy ataku przez ministerialnych pachołków.
- Żywię nadzieję, że cała sprawa wkrótce znajdzie swoje rozwiązanie i że podobna sytuacja się nie powtórzy – powiedziała tylko, ale kto wie, co przyniesie przyszłość dla niej i dla innych dziewcząt z jej rodziny, które przecież mogły tak jak ona znaleźć się w złym miejscu i czasie, i paść ofiarą czyjejś frustracji. – Może masz rację, że nie powinnam tak wiele o tym myśleć, zamartwianie się nie jest zbyt zdrowe.
Bystre, jasnoniebieskie oczy dziewczyny znowu spojrzały na smoki. Wciąż była pod ogromnym wrażeniem ich zmagań, i nawet jeśli widok ran na białych łuskach nie był zbyt miły, jako alchemiczka musiała mieć w sobie pewną odporność na niemiłe widoki. Gdyby tak nie było, trudno byłoby jej się obchodzić z nieprzyjemnymi w dotyku lub wyglądzie składnikami.
W odpowiedzi na jego kolejne słowa przytaknęła. Oczywiście, że znaczyła więcej niż byle mugolaki. Miała szlachetną krew, dobry rodowód i była pod pieczą ojca i nestora, do których mogła się zwrócić. To ich obowiązkiem było opiekować się członkami rodziny i reagować, kiedy któreś z nich spotykało coś złego. Dlatego też siłą rzeczy Evelyn najbardziej ufała rodowi, nie ministerstwu. Obcym nigdy nie można było ufać tak, jak swoim bliskim.
- Oczywiście, że jestem, Tristanie – przyznała, splatając dłonie i unosząc lekko podbródek. Jego słowa przypadły jej do gustu, zdawała sobie sprawę, że i tym razem miał rację. Była wyjątkowa i miała to, o czym nie śniło się osobom niższego urodzenia.
Evelyn nie wiedziała właściwie nic o świecie mugoli. Nigdy ją do niego nie ciągnęło, w rodzinnym domu starannie wpojono jej, że tego typu zainteresowania są bardzo niestosowne i dobre szlachcianki unikają świata mugoli jak i osób mugolskiego pochodzenia. Dlatego też, mimo jej zamiłowania do poszerzania wiedzy o magicznym świecie, od tego niemagicznego trzymała się z daleka. Wiedza o nim nie była jej potrzebna, skoro żyła bezpiecznie w izolacji, z dala od mugolskich skupisk. Ale kiedyś niechcący trafiła w mugolskie miejsce za sprawą błędu podczas podróży siecią Fiuu i miała okazję poczuć okropne wyziewy i zobaczyć pokraczne twory będące czymś w rodzaju zdeformowanych, metalowych smoków, bez wątpienia zdolnych do tego, by zmiażdżyć swą masą nieuważnego czarodzieja. Dlatego też tym bardziej utwierdziła się w przekonaniu, że czarodzieje powinni trzymać się od tego z daleka i żyć w swoim bezpiecznym i spokojnym świecie.
- Ja też nie rozumiem. Ich świat jest... dziwny i niepokojący. Po omyłkowym wylądowaniu w złej części Londynu widziałam dziwaczne twory. Całe z metalu, z jaskrawymi ślepiami, zionące dymem jak smoki i poruszające się bez magii. Całe powietrze było przesycone tymi wyziewami, jakich nigdy nie czułam w naszym rodzinnym Westmorland. Zrozumiałam, przed czym zawsze mnie przestrzegano – opowiedziała, wzdrygając się na tamto wspomnienie. Na szczęście szybko naprawiła swój błąd i bezpiecznie teleportowała się w miejsce sobie znane. Czy kłęby, o których mówił Tristan, też były wydzielane przez te pokraczne machiny lub jeszcze inne o których nie miała pojęcia? Tego nie wiedziała, tak samo jak tego, czy to właśnie takie kłęby szkodziły smokom i innym magicznym stworzeniom i roślinom. Coś jednak było na rzeczy.
Pokręciła głową, gdy usłyszała kolejne pytanie. Ostatecznie jej rodziny to nie dotyczyło, a o obserwacjach na temat jej rówieśnic coraz częściej poszukujących niezależności nie musiał słuchać, miał ważniejsze sprawy na głowie, jak smoki, które właśnie walczyły na ich oczach. Evelyn po prostu niepokoiła się o zmiany w ich świecie i w obyczajowości, bała się, że kiedyś może przyjść moment, gdy ich wspaniałe tradycje coraz bardziej popadną w zapomnienie. Ale to był bardzo czarny scenariusz zakrawający o absurdalne rojenia i miała nadzieję, że w rzeczywistości nic takiego się nie stanie, i wszelkie dziwactwa pozostaną tylko marginalnymi przypadkami nie mającymi wpływu na ogół.




Felix, qui potuit rerum cognoscere causas
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
35
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Obserwatorium   05.07.17 0:41

- Nie powinnaś mieć co do tego najmniejszych wątpliwości, droga Evelyn - odparł spokojnie, cierpliwie, rozumiał jej słabości, typowo kobiecy lęk przed powtórką z nieprzyjemnej sytuacji, rozumiał, że po prostu się bała - i bynajmniej nie chciał w niej tego strachu podsycać. Znajdowała się w miejscu, które jej strzegło, oprócz rezerwatu z pewnością nieczęsto poruszała się bez żadnego towarzystwa - damom nie przystawało. Damy się chroniło, jak oko w głowie, jak klejnot w koronie - którym wszakże były. Zgadzał się z nią, to absolutnie niedopuszczalne, że do tej karygodnej sytuacji w ogóle doszło - ale skoro już się dokonało, nie można było cofnąć czasu. Można było jedynie zapobiec podobnym przypadkom na przyszłość: i był pewien, że lord Slughorn dopełni wszelkich starań. Konserwatywne wartości i błękitna krew bez wątpienia pozostawały zbyt cenne, by przelewać je w ogóle, a co dopiero tak głupio. Wierzył jednak, że prowodyrów tego zdarzenia spotka zasłużona kara - dość sroga, by zniechęciła w przyszłości śmiałków, którzy zdecydowaliby się naśladować tych napastników. Skinął głową z subtelnym uśmiechem; nie, zamartwianie się zdecydowanie nie wychodziło jej na zdrowie. W milczeniu więc powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem, na walczące smoki, których zmagania wydawały się coraz bardziej niepokojące. W szybie dostrzegał jej odbicie - dumnie uniesiony podbródek powinien sprawić, by Tristan dostrzegł w niej faktycznie - i należne jej całkowicie - poczucie wartości siebie, tymczasem wydawało mu się, że jeszcze nie do końca rozumiała, czym ta duma powinna być. W końcu - nieustannie się martwiła. Jak pisklę, którego pióra dopiero zaczynały obrastać, by pewnego dnia zamienić się w pięknego ptaka.
To mogłoby być nawet wyzwaniem: zbudzić w niej instynkty przynależne jej rodzinie, wzniecić dumę z własnego nazwiska i herbu, który nosiła. Sprawić, że troski staną się nierealne, a wątpliwości odnośnie utrzymania błękitnej krwi bezzasadne - tak jak sam tych zagrożeń nie dostrzegał, tak jak sam nie wątpił, tak jak nie poddawał wątpliwościom prawd niezmiennych i stałych. A jednak: coś podpowiadało mu, że Evelyn nie była na to gotowa.
- Uważaj na siebie - odparł krótko, nie powinno jej się to zdarzać: błądzić w sieci Fiuu, choć oczywiście wypadki chodziły po ludziach. Jej relacja brzmiała jednak całkiem serio: o ile lekceważył jakiekolwiek zagrożenia z zewnątrz w obrębie magicznej społeczności, o tyle nie wiedział, co właściwie powinien sądzić o mugolach. Nie znał ich wcale, byli słabsi, mniej wytrzymali i gorsi; pozbawienie życia jednego z nich nie było żadnym wyzwaniem - podobnie zresztą jak atak na czarodzieja. Niepokojem napawały go jednak bestie, o której i teraz wspomniała Evelyn - czy mugole potrafili je kontrolować? Czym one właściwie były? Nie tak dawno sam jedną spotkał - w zamyśleniu jednak się do tego nie przyznał, nie chcąc zdradzać własnych słabości. Był silny - wiedział, że tak czy siak podoła. Wiedział, że nadchodziła wojna, że wojna już się toczyła: na ich oczach - i że on w tej wojnie zagra jedne z pierwszych skrzypiec. A tę melodię - świat zapamięta na bardzo długo.
Zwycięska smoczyca wzbiła się w powietrze, samiec został sam - pokiereszowany i poobijany; na moment pochylił się nad lunetą, by przyjrzeć mu się dokładniej - z rozcięcia na szyi sączyła się krew, a błona lewego skrzydła była przedarta na tyle mocno, że Kjerguhn z pewnością nie wzbije się w powietrze o własnych siłach w najbliższym czasie. Wysunął łeb w górę, raz jeszcze zawodząc - rozdziawił paszczę i wrzasnął, z bólu lub złorzecząc Valsharessie. Nieistotne.
- Muszę iść - stwierdził sucho, samemu nie wiedząc, czy bardziej do niej, czy jednak bardziej do samego siebie. Zastanawiał się nad tym od dłuższego czasu; teraz nie miał już większych wątpliwości - trzeba było go stamtąd zabrać i przynajmniej zerknąć na te rany. Być może je opatrzyć - a potem zastanowić się, dlaczego Valsharessa była dzisiaj aż tak agresywna - ostatnie uderzenie wyglądało naprawdę groźnie. Zbyt groźnie. - Rzucę na niego okiem, potem cię odprowadzę - dodał, nie chcąc, by potraktowała jego zachowanie ofensywnie; Tristan wszak dochowywał wszelkich szlacheckich formalności wobec młodszej kuzynki. - Poczekaj na mnie. - Nie prosił, stwierdzał; zwłaszcza po tym nieprzyjemnym incydencie jej ojciec bez wątpienia byłby wściekły, gdyby Tristan pozwolił jej oddalić się samodzielnie. Teraz jednak - priorytetem był smok. Zawołał smokologa, który w tym samym momencie zjawił się w obserwatorium i właśnie z nim, otulony przeciwogoniowym płaszczem, wyszedł do ogrodów. Solidna tarcza wystarczyła, by ochronić się przed pierwszym ciśniętym ogniem - zapewne z pozycji obronnej - a podwójny Conjunctivitis wystarczył, żeby ogłuszyć osłabionego gada. W tym czasie dołączył do nich jeszcze jeden pracownik, Tristan jedynie zostawił im wytyczne - sprawdzić rany, a potem, w razie potrzeby, przetransportować go do terrarium, gdzie zostanie poddany obserwacji. Wtedy osobiście sprawdzi rany, których zadania był świadkiem, nie powinno się ich lekceważyć. Odnotował w pamięci zachowanie Valsharessy - na nie tez winien w przyszłości zwrócić uwagę; nawet, jeśli smoczyca zawsze wydawała się agresywna - nie zaszkodzi zachować ostrożność. To było jego dziedzictwo - i musiał o nie dbać. Najlepiej, jak potrafił.
Powróciwszy do Evelyn, skinął jej głową i odprowadził do kominka podłączonego do sieci Fiuu.

/zt x2




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Obserwatorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Obserwatorium

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17