Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Czytelnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Czytelnia   19.01.16 20:08

Czytelnia

Czytelnia zajmuje większą część najwyższego poziomu budynku, piętrzące się regały zajmują pozycje wyłącznie z zakresu smokologii, wiele z nich zostało spisanych przez pracowników tegoż rezerwatu. Część woluminów sprowadzona jest z bardzo daleka, z południowej Afryki lub Japonii i wiele z nich nie jest przetłumaczonych na język angielski. Stoliki z dostawionymi krzesłami, przy których unosi się zapach topionego wosku, obłożone są ostatnio używanymi księgami. Zwyczajowo utrzymuje się tutaj ciszę. Przez strzeliste okna da się obserwować latające smoki.
Na gabinet nałożone jest zaklęcie Muffliato.


Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   29.04.16 9:57

2 grudnia 1955

Pamiętaj, to tajemnica, szeptała do swojej służki przy każdej możliwej okazji, unikając od samego rana Evandry. Nie chciała wyjść na obrażoną, ale znała siebie na tyle dobrze, że doskonale wiedziała, iż zupełnie przypadkiem pochwaliłaby się jej swoimi planami na dziś. Chodziła podenerwowana. Nie wiedziała, czy robi dobrze i czy Evandra nie będzie zła, ale czyż jej rolą nie była protekcja szczęścia najdroższej kuzynki? Miała zaciśnięty żołądek. Wpatrywała się w jeden punkt w jadalni, układając  w głowie przemowę, którą powie Tristanowi. Miała zacząć od słodkiego "miło widzieć, lordzie Rosier", lecz i początek rozmowy brzmiał niezbyt obiecująco. Czy naprawdę cieszyłaby się na jego widok? Do narzeczonego najsłodszej kuzynki miała mieszane uczucia. Z jednej strony małżeństwo wiązało się z transakcją wiązaną, a przy niej nie powinni pojawiać się żadne wątpliwości. Wszak kto lepiej dbał o interesy rodziny niż sam nestor? Mimo wszystko, coś w samym Tristanie było niepokojącego. Czy Evandra naprawdę będzie przy nim bezpieczna? Ślub zbliżał się wielkimi krokami, a Constance ciągle szukała byle jakiego argumentu, aby wyrządzić awanturę. Dlaczego razem z Evandrą nie zasługiwały na prawdziwą miłość? Czy ceną szlachectwa była naprawdę wolność? Chociaż sama nie miała sformalizowanych żadnych zaręczyn, z całego swojego dobrego serca pragnęła, aby Evandra miała najpiękniejszy ślub. Któż miał o to lepiej zadbać niż sam lord Rosier?
Nie wątpiła w jego dobry gust, lecz nie byłaby sobą, gdyby nie stała na straży. Wszystko miało być idealne, a co się przez to rozumie, sama Constance musiała przekonać się, że oddaje Evandrę w dobre ręce. Wstała od śniadania, wymyślając wymówkę na poczekaniu. Ból głowy, ból brzucha, badania, wszystko było dobre, aby w mgnieniu oka zwrócić na siebie uwagę. Dotknęła jeszcze ramienia matki, przechodząc obok jej krzesła i blado się uśmiechała. Żołądek zawiązał się na wielki supeł, tak bardzo się denerwowała. Nie lubiła okłamywać rodziny, lecz nikt nie pochwaliłby jej zachowania. Kilka uspokajających oddechów podczas wpatrywania się w płomienie kominka nie pomogło Constance. Służka pojawiła się w drzwiach, a Lestrange wiedziała, że nadszedł czas. Czy to naprawdę będzie trudna rozmowa? Weszła w kominek, wypowiadając wyraźnie nazwę Rezerwatu Albionów Czarnookich. Zapewne wszyscy wokół byli zszokowani, gdy nagle pojawiła się szlachcianka, która kaszlała od popiołu, a służka otrzepywała jej białą sukienkę. Prędko poprawiła niesforny kosmyk włosów, wpatrując się w zebranych.
- Constance Lestrange, Ministerstwo Magii, proszę o przyprowadzenia lorda Tristana Rosiera. I koniecznie ciepłą herbatę - wolała, aby ktoś w podskokach przyprowadził rzeczonego narzeczonego Evandry, niż miałaby się komukolwiek tłumaczyć, dlaczego wciska nos w nie swoje sprawy. Twórcza prawda nadal była odnogą prawdy. Rozejrzała się po wnętrzu, a gdy za oknem zobaczyła smoka, prawie podskoczyła z przerażenia. I tu Evandra miała żyć? Przez chwilę myślała, że to tylko magia, ale smoki chwilę potem udowodniły jej, że nie są iluzją. Oddała służce swój płaszcz, poprawiając automatycznie przypinkę rodową w kształcie syreny.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   09.05.16 23:59

Był przy smokach, kiedy jeden z pracowników powiadomił go o przybyciu wysłanniczki Ministerstwa Magii; nic się nie stanie, jak poczeka, odparł w myślach, nie drgnąwszy ani o krok: rezerwat uważał, prawdopodobnie mylnie, za swoją prywatną rodową autonomię i nie uznawał nad nim zwierzchnictwa nikogo, kto nie był Rosierem: a już na pewno nie urzędniczek z Ministerstwa Magii. Po chwili jednak poznał tożsamość owej posłanniczki, Constance Lestrange, tutaj? Świat stawał na głowie, nie tak dawno podobnie zaskoczyła go sama Evandra. Tristan wątpił, by Constance w istocie pojawiła się w Dover wiedziona kwestią spraw zawodowych, Departament Przestrzegania Prawa raczej nie interesował się zbytnio magicznymi zwierzętami. Początkowo uderzyły go trudne do pojęcia wątpliwości; niedawno zamordowana Diana, on, smoki, które te zwłoki pochłonęły, obecność pracowników akurat tego Departamentu nie była tutaj mile widziana. Constance jednak nie była ani policjantką ani aurorką i prawdopodobnie nie miała nawet dostępu do akt tych jednostek. Przyszła w innej sprawie. Na pewno - a przynajmniej w to musiał uwierzyć, wychodząc jej naprzeciw - bez zwłoki, ale i bez zbędnego pośpiechu, uciszając myśli natrętnie kotłujące się w jego głowie.
- Lady Lestrange - powitał ją, pchnąwszy drzwi czytelni, gdzie poproszono ją o poczekanie, nie zwrócił większej uwagi na skrzata, który mignął, żeby postawić przed Constance filiżankę z herbatą. Skinął jej głową już od progu, elegancko, nie czyniąc jednak w jej kierunku więcej powitalnych gestów, by nie zmuszać jej do powstania z krzesła, które zajęła. - Przyznam, że nie często ktoś mnie tutaj wzywa - odparł lekko, zbliżając się do stolika, kątem oka spoglądając na szybę, w którą właśnie uderzył potężny ogon srebrzystego smoka; huk przedarł się do pomieszczenia - a Tristan ani drgnął, przez moment tylko przyglądając się zaczarowanej szybie. Nie zwrócił również żadnej uwagi na służkę Constance. Na twarz przybrał maskę obojętności, z której trudno było odczytać jakiekolwiek emocje. Przystanąwszy przy stole, z dłonią wspartą o oparcie wolnego krzesła, przyglądał się czarownicy - patrząc wprost w jej jasne, morskie oczy, wychwytując kątem oka skrzącą broszę o kształcie syreny, kształt tak znajomy, a jednocześnie - tak bolesny. Czy Marie nie nosiła podobnej? Skinięciem głowy oddalił pracownika, który stał odprowadził tutaj dziewczynę. Ponoć była dla Evandry jak siostra, a jeśli w tym ponoć tliła się choć krztyna prawdy, Tristan nie mógł sobie pozwolić na zignorowanie jej wizyty - nawet, gdyby sam nie był nią zaciekawiony.
- Nie sądzę, żeby przeniosła się panna do Wydziału Zwierząt - kontynuował wyważonym tonem, odnosząc się wszak do informacji, jakie kazała mu przekazać pojawieniu się w rezerwacie. - A Departament Przestrzegania Prawa nie powinien interesować się tym miejscem. - Nigdy. Zdecydowanie nigdy. - Czemu więc zawdzięczam tę wyjątkową wizytę? - Dopiero teraz zsunął z dłoni rękawice, kładąc je na skraju stoliku, zsuwając tam również egzemplarz Dawnej Smokologii, który ktoś zostawił pośrodku - na jego miejscu niemal od razu pojawiła się druga filiżanka herbaty. Tristan był w pracy, wśród smoków, wciąż elegancko skrojone, lecz podszyte ochronną skórą szaty oraz płaszcz podszyty rodowym szkarłatem musiały sprawiać wrażenie niecodziennych - zdecydowanie inaczej nosił się na Sabatach i wystawnych balach.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   13.05.16 12:18

Być może – przesadziła. W głowie Constance wirowało miliony myśli, a wszystkie dotyczyły zamartwiania się  nad losem Evandry. Wierzyła, że zamykając ją w szklanym kloszu, da jej szczęście. Stworzy z Tristana idealnego kandydata do serca najdroższej kuzynki. Rodzina nie pozostawiła im wyboru. Małżeństwo miało być tylko transakcją wiązaną z jak największą korzyścią dla obydwu rodów. A one pod kołdrą, patrząc w sufit, wciąż marzyły o prawdziwej, romantycznej miłości; o trzymaniu się za dłonie, gdy nikt nie patrzy i stworzeniu ciepła rodzinnego ogniska. Constance ślepo wierzyła, że jak pokieruje Tristanem, jak odpowiednio przeszkoli, wszystko będzie dobrze. Tak nagle, tak oczywiście, tak naturalnie i tak magicznie. Denerwowała się. Miała nieprzyjemne wrażenie, że powinna zaakceptować stań rzeczy. Bała się Tristana i jego zdolności, zwłaszcza po tym, co przeszła Evandra, ale żadna z nich nie powinna postawić się rodzicom. Ta walka była wyjątkowo nierówna. Constance wykazywała się bezgranicznie głupotą odwagą, pojawiając się nagle na terytorium smoków, prosząc o wezwanie Rosiera. I stała wpatrzona w księgi, bo bała się tego, co za oknem. Opuszkami palców badała grzbiety książek. Naiwnie nawet pomyślała, że znajdzie jakąś pomocą w badaniach. Podskoczyła, słysząc głos swojej służki. A miała nie patrzeć za okno. Teraz służka równie przerażona stała jak najbliżej kominka. Constance złapana wręcz na gorącym uczynku przeszukiwania zbiorów Rosierów, wycofała się na fotel, przewracając oczami.
- Mówiłam, uważaj – powtórzyła raz jeszcze jakby była już w tym rezerwacie co najmniej tysiąc razy i wiedziała o nim dosłownie wszystko. Niemniej jednak prawda była zupełnie inna. I ile w tej naiwnej główce pojawiła się myśl, że poradziłaby sobie ze smokiem – może esposas zadziałałoby i na niego – tak bardziej bała się konfrontacji z Tristanem. W końcu się doczekała, już miała wstać, przygotowując się do formalnego powitania, ale tylko uśmiechnęła się uroczo. I prawie szczerze.
- Lordzie Rosier, proszę się nie obawiać – powiedziała ciepło, a następnie podziękowała za gorącą herbatę. Och, tak, tego jej brakowało. Na razie nie chciała chwycić filiżanki, bo bała się, że krawędzie będą uderzać o spodeczek w rytm drgań jej dłoni. Ułożyła je w miarę luźno na sukience od najlepszej projektantki na świecie.
- Och, chyba nie myślał pan, że pójdę tam. – Wykorzystała paskudnie znajomości i udawała wizytę z Ministerstwa Magii, nawet chciała zerknąć  za okno z udawaną pewnością siebie, a gdy jakieś bydle uderzyło w szybę, aż podskoczyła w swoim fotelu. Uniosła dłoń do klatki piersiowej, zbierając się w sobie.
- Na Merlina! – poczuła się ukarana za tę nagłą wizytę. Odliczyła od dziesięciu w dół, szukając uspokojenia. Ciężko wypuściła powietrze, zdradzając się ze swoją największą słabością. Smokami. Nigdy ich nie widziała z tak bliska i co gorsze nie wydawały jej się interesujące. Może gdyby poczuła się tu trochę bezpieczniej
- Przepraszam za ten kłopot, sądziłam, że jak zostanie przekazane moje nazwisko, to nie będzie pan się denerwował. – Nawet sama nie poznawała tego ciepłego głosu, który wydobywał się z jej drobnego ciałka. Była za potulna, za bardzo wycofana. Miała wrażenie, że tylko przytakuje głową i zaraz stchórzy, nie przedstawiając lordowi prawdziwego powodu swojej wizyty. Nawet nie wiedziała, czy narzeczony Evandry zdawał sobie sprawę, że jeśli kiedykolwiek zobaczyłaby dokumenty związane z jego nazwiskiem, wpływające na opinie, prędko by je zniszczyła. Czy chciała czy nie, Tristan wkradał się powoli do jej rodziny i musiała to zaakceptować.
- Chciałam zająć panu zaledwie chwilkęa nie wypada nam się spotkać w innych okolicznościachEvandra jest dla mnie jak siostra, chciałam się upewnić, że nasze święta będą perfekcyjne. Rozumiem, że jeszcze do nich kilka tygodni i zapewne ma pan ważniejszenie ma ważniejszych!rzeczy na głowie. Dlatego tylko nie śmiało pytam, lordzie Rosier, czy myślał pan już o prezentach na święta? Chciałabym, aby były naprawdę wyjątkowe! Czyż to nie będą ostatnie święta Evandry w domu?
Przyjacielski ton aż nie zdradzał postępu, na który wpadła Constance. Gdy wydusiła wszystko z siebie, z lekkim uśmiechem sięgnęła do filiżanki z lekko schłodzoną już herbatą. Ostrożnie zamoczyła usta, czekając na reakcje Tristana. Czy połknie haczyk? Chciała pokazać, że jest po jego stronie, ale jak tylko Evandra będzie niezadowolona to wstąpi w nią harpia, prawdziwa bestia, której nie można było porównać nawet z tymi za oknem.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   18.05.16 4:24

Wpatrywał się w nią spojrzeniem ciemnych oczu, bez żadnego wyrazu na twarzy, przejmując drugą z filiżanek; służkę wciąż traktował jak ducha: takaż była przecież jej rola, istnieć w cieniu, doglądać przyzwoitości lady Lestrange i nie odzywać się niepytaną. Widział cień nadlatującego smoka – toteż przytrzymał filiżankę, żeby nie rozlała się na spodku od uderzenia w szybę. Smoki często to robiły, przez nieuwagę; bywały zwabiane na dach budynku, a podczas wdrapywania się nań z rzadka cechowały się kocią gracją. Tristan wiedział jednak, że wnętrze pozostawało całkowicie bezpieczne, zaczarowane szyby może ugięłyby się przed celowym atakiem smoka, ale nie przed jego przypadkowym uderzeniem.
- Nie przemawia przeze mnie obawa, lady Lestrange – odparł nad wyraz spokojnie, choć proszę się nie obawiać brzmiało w jego uszach raczej jak pogróżka. Wciąż nie będąc pewnym jej motywacji, jak i wciąż nie mając czystego sumienia, Tristan czuł obawę. Długie wieczory spędzone w kasynie, nad pokerem, dawały jednak efekty, nie pokazał tego po sobie. - Jedynie lekkie zaniepokojenie faktem, że Ministerstwo mogłoby chcieć wtrącać się w sprawy, które go nie dotyczą. – Przynajmniej zdaniem Tristana urzędnicy nie mieli prawa położyć łapy na jego rodowej autonomii. Wypowiadane przez niego słowa nie były ciepłe, były zdecydowane i apodyktyczne, wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie życzył sobie tutaj wysłanników Ministerstwa Magii. Nieistotne w jakiej sprawie: tutaj rządy sprawował ktoś inny. Stało się, ogon uderzył, a wibrujące powietrze w istocie wprawiło w ruch porcelanę. Lekko uniósł kącik ust, kiedy Constance zdradziła oznaki strachu: właśnie dlatego, lady Lestrange, nie życzymy sobie tutaj obcych. Ona powoływała się jednak na nazwisko – czyniąc to, co więcej, w sposób przyjazny. Wyłapując te niuanse, Tristan, choć pozostawał czujny, zdać się mógł mniej niedostępny.
- Proszę się nie obawiać – sparafrazował jej własne słowa. - Są za szybą, która jest bezpieczna. – Co było oczywiste, ale nie mógł sobie odebrać przyjemności wypowiedzenia tego na głos. Tristan nie lubił, kiedy ktokolwiek, kto nie był nim – lub jego wujem – próbował rządzić się w rezerwacie, a swoją własną – wymyśloną co prawda, ale zawsze – koronę lubił akcentować. Tym bardziej nie podobało mu się, kiedy usiłowała robić to kobieta pochodząca z rodziny jego narzeczonej. W tej materii również to on posiadał władzę – a władzę sobie cenił i szanował. Constance przejmowała jednak wycofaną postawę, a ciepło w jej głosie niemal wydało mu się szczere – tym większe miał trudności ze zrozumieniem celu jej wizyty. Prosić o odstąpienie od zaręczyn? Wykluczone. Podpisał z jej ojcem umowę, przesądzając o jej losie – nie uzyskawszy jej zgody, wziął ją rodzinie gwałtem. Czyste intencje wydawały mu się nieprawdopodobne, ale nie byłby to pierwszy raz, kiedy zawiodłaby go jego własna intuicja.
Wysłuchał jej słów w milczeniu, ale i z zastanowieniem, trzymając ręce wsparte o oparcia drewnianego krzesła, postawą akcentując niezachwianą pewność siebie. Po chwili zmarszczył brew, jakby nie dosłyszał: prezenty? Naprawdę chodziło tutaj o prezenty?
- Doskonały czas i miejsce, żeby porozmawiać o świątecznych prezentach – odparł po dłuższej chwili zastanowienia - może faktycznie nie powinien wymagać od kobiety zrozumienia sensu i istoty zatrudnienia. Jednakowo, po tym, co sobą pokazał, zbyt trudno byłoby mu przyznać, że tak naprawdę nie do końca wolno mu było tutaj wszystko. Na przykład, nie bardzo wolno mu było zostawiać Valsharessę głodną, robiła się wtedy potwornie agresywna. W zamyśleniu przetarł brodę, pomimo absurdu sytuacji, temat poruszony przez Constance pozostawał dość istotny. Tristan nie szczędził na Evandrę złota, równie mocno, jak mocno Evandra tym złotem gardziła.
- Sądziłem, że przyjęła zaproszenie mojej matki – Nie on organizował święta w Dover, nie znał szczegółów ich przebiegu i nie miał jeszcze okazji pomówić ze swoją matką, wiedział jednak, że zaprosiła również Evandrę. Święta spędzane w domu zbiły go z tropu. Nie dało się jednak rozpoznać w jego głosie współczucia ani zrozumienia dla kobiety zabranej z rodzinnego domu, przeciwnie, oczekiwanie dłużyło mu się niezmiernie. Pragnął słyszeć swoje nazwisko obok jej imienia, nawet, jeśli wciąż nieśpieszno mu było do porzucenia kawalerskiego trybu życia. - Evandrze do twarzy w złocie i rubinach – barwach Rosierów, zdecydowanie najpiękniej. - Ale jak rozumiem ma panna pewną... wizję? – Poniekąd go zaciekawiła. Była Evandrze jak siostra, nie potrzebował potwierdzenia tych słów, wiedział o tym – a kiedy były tak blisko, Constance z pewnością potrafiła trafnie określić jej potrzeby. Czy miał to być swojego rodzaju niepisany sojusz? Nie był w stanie tego określić – jeszcze nie. - Skąd ta troska, panno Lestrange? - Aż tak zależy pannie na jej uśmiechu? Oboje wiemy, że kilka błyskotek go nie wywoła.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   20.05.16 7:12

Spojrzenie przeszywało ją na wskroś. Nie wiedziała, czy przypadkiem nie skończy tuż pod oknem, potraktowana jako drugie śniadanie dla krwiożerczych bestii. Aż musiała sprawdzić potem, jakie mięso jedzą te smoki. Może człowiek nie jest dla nich smaczny? Koniecznie musi porozmawiać o tym z Evandrą – ale jak wytłumaczy swoje przemyślenia, skoro nie miała prawa ich widzieć? Przypadkowo nie mogłaby zastanawiać się, co robi Rosier.
- Jestem pod wrażeniem waszych zaklęć zabezpieczających, któż za nie odpowiada? Chętnie bym z nim porozmawiała – dodała po tuż po tym jak znowu podskoczyła przestraszona przez smoka. Czy Evandra powinna naprawdę mieć do czynienia z człowiekiem, który zna tajemniczy język bestii? Nie chciała, aby jej wypowiedź brzmiała jak czepianie się. Naprawdę była zainteresowana, jak to zrobił. Zaklęcia to pasja, bez której nie potrafi oddychać. Szybko się więc zreflektowała – Och, oczywiście, jeśli to nie jest rodowa tajemnica. To naprawdę potężna magia.
Odważyła się w końcu spojrzeć w tym kierunku. Odwróciła się za siebie, spuszczając z oczu Tristana. Chociaż ojciec powtarzał, że nigdy nie wolno tak robić w stosunku do przeciwnika, nagle zrozumiała, iż nie może dłużej tak traktować Tristana. Konkurowali o czas wolny Evandry, o jej uśmiech i zainteresowanie, ale byli w zupełnie innych kategoriach. Pomyślała nawet, że potrzebuje tej koalicji z lordem Rosierem. Dla zabezpieczenia przyszłych kontaktów z Evandrą. Nie wyobrażała sobie bez niej życia, a mężczyzna mógł wszystko zepsuć. Pragnęła tylko jej szczęścia i chociaż nie uważała Tristana za kiepski wybór, miała w stosunku jego oczywiste obawy. Zaśmiała się cichutko.
- Lordzie Rosier, dopilnowałabym, aby nikt z mojego departamentu, a już na pewno bez pańskiej wiedzy, nie interesował się rezerwatem. Rodzina przede wszystkim, czyż nie? – Nie potrafiła bardzie pokazać swojej lojalności do przyszłego męża najdroższej kuzynki. Mógł uważać, że jako kobieta nie mogła pociągać za sznurki, ale jeśli jej prośby by nic nie dały, wysłałaby mu stosowne zawiadomienie, aby przygotował się na kontrole czy rozmowę z wysłannikiem Ministerstwa. Chciała mu pokazać, że mimo różnic i towarzystwa krwiożerczych bestii, wciąż jest po jego stronie. Mimo wszystko, przerażała ją apodyktyczność Rosiera. Czy naprawdę uwierzył, że byłaby skłonna na niego donieść? Och, pierwsze co by zrobiła to otoczyła rezydencje solidnymi zaklęciami, od których odbijałby się smoki, aby ją nie straszyły. Jednak nie znała natury tych zwierząt, może i to byłoby dla nich krzywdzące? Nie rządziła się w rezerwacie. W każdej sekundzie pokazywała mu, że jest tylko gościem. Jej głos był ciepły, chociaż słowa były bardzo przemyślane. Nie zdradzała swojego strachu. Starała się pokazać naturalność. Łamała miliony zasad w tym momencie, a mimo wszystko wciąż trwała przy nim, sącząc jeszcze ciepłą herbatę. Musiała mu udowodnić, że nie jest przeciwnikiem, a osobą, znajdującą się po jego stronie. Tylko to zagwarantuje jej dobre kontakty z Evandrą po ślubie. A bała się, okropnie bała się, że ją straci. Wyczytała w głosie Tristana sarkazm. Swoją złośliwą odpowiedź zdusiła, próbując po raz kolejny herbaty.
- Och, oczywiście, że przyjęła, nie chcę kwestionować miejsca, w którym spędzacie wspólne święta, zupełnie nie o to mi chodzi – dodała pospiesznie. Jednak w jej głowie zrodziło się tysiące myśli. Na ile dni, ile czasu będzie musiała przeżyć bez Evandry w wypełnionym po brzegi dworze? Zaborczość oraz samotność wstrząsnęła jej ciałem. Chciała dawać Tristanowi rady dotyczące związku, a sama nie miała ani męża ani pierścionka zaręczynowego. W jego oczach mogła wyglądać jak stara panna, która o zgrozo, pragnie się rządzić we wszystkich kwestiach.
- To będą ostatnie święta jako lady Lestrange, chciałabym, aby je bardzo miło zapamiętała, w dodatku zdaję sobie sprawę, że jest pan niesamowicie zajętym człowiekiem. Smoki są bardzo zajmujące. – Tyle to wiedział każdy. A potwierdzenie miała tuż za oknem. Aż chciała spytać, czy jadły już, bo dla niej wydawały się wyjątkowo niespokojne. Czy to przez jej wizytę? – Przepraszam, że tak się wtrącę, ile waży taki smok? Och, wciąż jestem pod wrażeniem zaklęć, jaką niesamowitą siłę wytrzymują! – W jej głosie można było wyczuć pasję. Rozproszona fenomenem całego dworu, najchętniej znalazłaby człowieka, który odpowiada za chronienie rezerwatu i wypiła z nim niejedną herbatę. To byłoby bardzo interesujące spotkanie! I z przykrością podejrzewała, że to mężczyzna.
- Złoto i rubiny również wzięłam pod uwagę. Czyż nie pięknie podkreślają jej urodę? – Miała wrażenie, że udławi się z własnego potoku słów, a i tak ukryła wszystkie emocje. Wrodzona złośliwość i fałszywość idealnie ułatwiała jej zarzucanie sieci manipulacji.
- To żadna wizja! Byłam ostatnio na dużych zakupach, bardzo indywidualnie patrzę na każdy prezent, więc odwiedziłam każdy możliwy sklep. Sporządziłam listę, tego co mogłoby się spodobać Evandrze. Sama znalazłam już dla niej prezent, ale pomyślałam, że może mieć pan mało czasu na szukanie. Oczywiście, nie skreślam pana intencji, uznałam, że to będzie miły gest. Szepnęłam słówko sprzedawcy, aby nie pozbywał się tych rzeczy za szybko. – Machnęła na służkę, prosząc o pergamin, który przygotowała w domu. Rozłożyła go przed Tristanem na stole – Jak widzi pan, lista jest dość długa, starałam się połączyć kolory obydwu rodów, lecz stawiałam przede wszystkim na czerwień. Może pan uznać mnie za lekkomyślną i trwoniącą swój cenny czas, ale prezenty to moja specjalność. Niektóre z nich podkreśliłam, o, na przykład ten naszyjnik był przepiękny. Moja służka zrobiła odpowiednie rysunki oraz dodała adresy, aby nie musiał pan długo szukać. Jestem pewna, że każdy z nich trafi w gust Evandry, a panu to zaoszczędzi stresu i nerwów. Proszę też nie zrozumieć mnie źle, nie narzucam panu propozycji, lecz jak już spędziłam cały dzień na szukaniu czegoś odpowiedniego, robiłam od razu listę. – mógł być zaskoczony jej monologiem, ale w jej oczach pojawił się błysk. Błysk, który pokazywał, że dba o rodzinę jak o nikogo innego, a święta są dla niej jedną z okazji, gdzie może naprawdę się wykazać. Czy odczyta to jako sojusz czy rządzenie się? Constance obracała przed nim pergamin, opisując kolejne to prezenty, a jej głos wciąż był ciepły i radosny.
- To nie troska, lordzie Rosier, a może trochę tak. Prezenty to rzecz miła i niezastąpiona, a święta to przecudowny rodzinny okres. Chciałam, aby były naprawdę wyjątkowe, niezapomniane. Może to też moja obawa? Och, sama nie wiem. Jestem sentymentalna, lubię mieć przy sobie coś, co wiążę się ze wspaniałymi wspomnieniami. – udawała zagubioną, a jednocześnie tak nakręconą na grudniowy czas. Dotknęła brożki w kształcie syreny. To też był prezent. – Zapomniałabym spytać, czy jest coś, co chciałby pan dostać na święta, lordzie Rosier? Jeszcze się nie znamy dobrze, a nie chciałabym, aby podarek był nietrafiony – dodała szybko, trochę speszona. Okropnie się rozgadała, okazując przed Tristanem część siebie, dobrego serca, część rodzinną, o którą będzie walczyła. O jej dobre imię, o uśmiech, o wspólny czas, o melodię.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   26.05.16 17:32

W pierwszej chwili Tristan zmarszczył brew, doszukując się w jej słowach podstępu - nie wierzyła ich zabezpieczeniom? Młody Rosier pozostawał w przekonaniu, że jego rodzina zadba o nie o wiele lepiej, niż cały sztab ministerialnych specjalistów, do których wliczała się Constance - poniekąd, bo to nie obronne zaklęcia pozostawały jej specjalnością. Uwagę odebrał, nim skończyła, jako impertynencję, wcinając się jej niemal w słowo.
- Wuj jest niestety bardzo zajętym człowiekiem - zapewnił ją znów nieco zbyt ostrym tonem, dodatkowo chcąc podkreślić dzielącą ich różnicę; wuj był mężczyzną, prawda, ale nie miał też czasu na spotkania z panienkami zaciekawionymi jego pracą - a tym bardziej z panienkami, które ledwie odrosły od kołyski i chciały kwestionować jego umiejętności. Surowy wyraz jego twarzy zelżał jednak, kiedy Constance dodała drugą kwestię, ułagodzony subtelnym pochlebstwem. Constance wydawała się mu się pewna siebie, a Tristan chciał wyczuć granice tej pewności. I pokazać, że w niczym jej nie ustępuje, ba, jako mężczyzna i przyszły mąż Evandry korzystać mógł z szerszej gramy przywilejów. Bo to jemu Evandra winna była posłuszeństwo. A Tristan zazdrośnie strzegł tego, co było jego.
Zapewnienia Constance - znów - nie wziął na poważnie, rzeczywiście nie sądząc, by tak młoda panna była w stanie pociągać za jakiekolwiek sznurki, a już na pewno nie ministerialne. Naiwne wyznanie było jednak czymś, co warto było odnotować w pamięci; choć nie miał pojęcia, czy panna Lestrange była z nim szczera, czy też nie, nazwała go własnie rodziną. Już raz byli rodziną, nim Lestrange'owie pozwolili na zamordowanie Marianne. Teraz mieli stać się nią ponownie, przynajmniej poniekąd, to Evandra miała przyjąć nazwisko Rosier, nie odwrotnie. Jeśli jednak nie chciał pogłębiać jej niechęci do siebie, musiał szanować jej więzy krwi, zwłaszcza te najbliższe.
- To naprawdę wiele dla nas znaczy - odpowiedział, choć nie potrafił się całkiem wyzbyć sarkazmu wciąż pobrzmiewającego w głosie. Nie sądził, by panna Lestrange miała szersze koneksje niż jego rodzina, nie sądził też, by mogła im w jakikolwiek sposób pomóc z czymś, z czym sami nie daliby sobie rady, ani tym bardziej nie sądził, aby Ministerstwo przeraziło się jej bardziej niż groźby Rosierów, ale zmusił się do tej uprzejmej kurtuazji, w duchu żywiąc nadzieję, że panna Lestrange sama pojmie, jak absurdalnie zabrzmiało jej wyznanie. Kwestia ostrzeżenia - zapewne nie przyszła mu do głowy. - Ale zgodzę się z panną, panno Lestrange. - Rodzinne wartości i lojalność wobec rodziny - wobec Rosierów - były dla niego najważniejsze, choć wciąż nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, kim była dla niego Constance. Nie czuł się przyjacielem Lestrange'ów, odkąd poróżnił się z Caesarem, nie był tam mile widzianym gościem, od tego samego momentu, od śmierci Marie, nie bywał zresztą na ich wyspie. Evandra również dotąd nie chciała go tam widzieć - póki jej do tego nie zmusił. Rola panny, która przed nim siedziała, pozostawała wielką niewiadomą, a on do rodziny swojej narzeczonej żywił więcej niechęci niż przyjaźni. Kobiece geny Lestrange'ów miały w sobie jednak większy potencjał niż męskie. - Nie jest tajemnicą, że wartość krwi jest dla mnie wartością nadrzędną. - Choć mając w pamięci śmierć Marie, nie wiem, czy to dobrze, czy źle. - Proszę wybaczyć, jeśli odniosła panna inne wrażenie. Cieszy mnie ta wizyta, ktoś tak bliski Evandrze nie powinien pozostawać obcy dla mnie. - Przynajmniej tak długo, jak długo nie próbuje wścibiać nosa w nieswoje sprawy.
- Całe szczęście - odpowiedział więc na jej zapewnienie, częściowo grzecznie, częściowo ostrzegawczo. Constance nie miała prawa kwestionować jakichkolwiek decyzji, nie jego decyzji ani nie jego decyzji dotyczących Evandry. Chciał to zaakcentować. Na okazję utraty nazwiska Evandry patrzył od zupełnie innej strony niż Constance - nie traciła dawne, a zyskiwała nazwisko róż, co mogło być poczytywane wyłącznie jako zaszczyt. I gotując się do wytłumaczenia tej zależności, już otwierał usta, kiedy wytrąciła go z myśli wspomnieniem o smokach i zabezpieczeniach. Zmarszczył brew, zastanawiając się nad źródłem fascynacji, zdezorientowany odparł rzeczowo szybciej, niż pomyślał, przez krotki moment czując się jak na dywanie wuja.
- Nasz największy samiec waży dwie tony i dwieście trzy kilogr... - zreflektował się, odnajdując spojrzenie jej błękitnych tęczówek. - Panno Lestrange? - zwrócił jej uwagę, dostrzegłszy, że jednak szyby okien interesują ją bardziej niż jego słowa, nim zalała go potokiem słów, którego nie ośmielił się już przerwać. Wziął do ręki przekazany pergamin, wodząc wzrokiem po kolejnych pozycjach, poszukując wśród nich znajomych nazw sklepów lub przedsiębiorców - większość coś mu mówiła. Nie sądził, by Constance podstępem chciała namówić go na nieudany prezent, a nawet jeśli - miał oczy, żeby to ocenić. Nie był pewien, czy skorzysta z propozycji, ale właściwie, mogły się przydać jego rodzinie. Evandra nie miała dobrych kontaktów z żadną z jego sióstr. Darcy sobie poradzi, ale co z Druellą? Mieli przecież spędzić te święta wszyscy razem.
- To... zaskakujące - skomentował powściągliwie, zwijając pergamin. Wyjął z kieszeni płaszcza różdżkę inkrustowaną w różane wzory i skierował ją na listę, lewitując ją i przenosząc w bezpieczne miejsce. Constance rzeczywiście sprawiała na Tristanie wrażenie zagubionej. - Przyjrzę się rubinom - zapowiedział wpół ugodowo, nieszczególnie spodobało mu się również, które wypowiedziała. - Wydaje mi się, że zmiana nazwiska to świetna okazja, by zmienić również noszone barwy. Nie chciałbym urazić mojej matki błękitem pod jej dachem. - Nie, Tristan nie chciał łączyć kolorów.  - W każdym razie, włożyła panna w tę listę sporo wysiłku. Dziękuję za to, sentymentalizm rzeczywiście godny podziwu. - Powiódł spojrzeniem po jej twarzy, doszukując się na niej grymasu ukrytych intencji. - Wszystkie piękne chwile są godne zapamiętania, czyż nie? To... na swój sposób niezwykłe, jak można zakląć wspomnienia w przedmiotach. - Jego wzrok pozostał utkwiony na broszy syreny Constance, gdy nagle - przyszło oświecenie. - Nie wyobraża sobie nawet panna... jak bardzo pomogła - uznał z nieodgadnionym wyrazem. - Czego się panna obawia? - pociągnął wychwycone z potoku słów wspomnienie, prawdopodobnie chcąc odciągnąć samego siebie od własnych myśli. Dopiero po chwili uśmiechnął się, tym razem łagodniej, zaskoczony niezależnością Constance. Kobieta pragnąca obdarować go prezentem była dla niego nowością.
- Nie trzeba mi niczego, panny rodzina i tak sprawiła mi wyjątkowy prezent - oddając Evandrę, Tristan wciąż nie widział niczego niewłaściwego w przedmiotowym podejściu do narzeczeństwa - tak go wychowano. - Ale postaram się zapamiętać słabość do motywu syren - zapewnił, nie patrząc już na broszę, a na twarz panienki. - Jeśli interesują pannę zabezpieczenia, mogę pannę oprowadzić po rezerwacie. Nie pokażę wszystkiego, to oczywiste, część z nich stanowi ściśle strzeżoną tajemnicę, która chroni nas nie tylko przed smokami, ale i przed kłusownikami i innymi... nieproszonymi gośćmi. Po drodze musiałbym jednak wykonać kilka obowiązków, które mnie naglą. - Ostatecznie nawet jego było stać na odrobinę dobrej woli.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   28.05.16 19:22

Złe intencje nie wpasowywały się w charakter panienki Constance. Oddałaby swoje życie za Evandrę, a jej przyszłego męża nie powinna traktować jak wroga. Postanowiła wejść w dziwną koalicję, rozpocząć zarzucanie sideł manipulacji, aby po ślubie niewiele się zmieniło. Constance nie mogła stracić Evandry: wystarczało, że Cezar znikał, kiedy mu się podobało. Nie mogła traktować Tristana jako wroga, wszak wtedy jedno jego słowo i… Och, nie mogła o tym myśleć! Trudno było określić, jaka dziedzina zaklęć, tak naprawdę interesowała Constance. Zaklęcie magicznych kajdan można podciągnąć zarówno do defensywy jak i ofensywy. Zdecydowanie mniej wiedziała o obronie przed czarną magią, ale czyż właśnie teraz była jej potrzebna?
- Naturalnie, proszę przekazać moje słowa uznania, to naprawdę niesamowita magia! – Zaczynał panienkę Lestrange denerwować ten ostry ton. Czy ciekawość była wadą? Chwaliła jego rodowy rezerwat, zabezpieczenia, o których mało jeszcze słyszała. Chciała z nim porozmawiać, dowiedzieć się, po pierwsze jak tego dokonał, a po drugie jak magia jest w stanie walczyć ze zniszczeniami dokonanymi przez smoki. Constance rzadko kiedy kwestionowała czyjeś umiejętności, zazwyczaj chciała się uczyć w każdej chwili i szybko uznawała hierarchię w stylu „kierownik – student”. Niech tylko uchyli ktoś przed nią rąbka tajemnicy…
- Pański wuj jest naprawdę potężnym czarodziejem – dodała z wyrazami szacunku. Nic nie zyskiwało uznania Constance jak magia. Nie patrzyła na Tristana jak na mężczyznę, co chwilę uznając jego wyższość. Wszak miała to pod kontrolą. Przyszła tu po to, aby zadbać o relacje, a nie zepsuć je zjawiskowo. Wyciągała ku niemu dłoń, dając się poznać od kilku stron, a jednocześnie wciąż pozostając w cieniu tajemnicy. Może i Tristan nie wierzył w jej znajomości, Constance miała wiele przyjaciół, którzy mogliby jej donieść o każdej ze spraw. Sama jednak nie mogłaby zadziałać w sprawie, lecz wysłać list z ostrzeżeniem bądź plotkami, jak najbardziej! Constance miała nieprzyjemne wrażenie, że Tristan tylko czeka na jej potknięcie, łapiąc bezczelnie za słówka i pokazując jej swoje przywileje. Zdusiła swoją uwagę, upijając jeszcze ciepłej herbaty. Potrzebowała pokazać Tristanowi, że Caesar nie ma na nią wpływu, że pomimo okrutnej przeszłości, ona przychodzi tu, aby naprawić te relacje, bo w końcu będą r o d z i n ą. Oczekiwała jakiegoś uznania, wyciągnięcia ręki, chociaż nie musiało być to wyrażone słowami. Wystarczyła tylko dobra wola i przekonanie Tristana, że nie chce ani dla niego, ani dla jego związku z Evandrą źle. Nawet jeśli Constance zdecydowanie wiedziała za dużo i powinna dawno zareagować. Jako kobieta nie mogła zbyt wiele. Przekonywała Evandrę, iż to tylko transakcja wiązana, mężczyźni mają swój dziwny charakter, a miłość może przyjdzie w trakcie. I wszystko powinniśmy im wybaczać.
- Nie chciałabym i ja, aby nasza znajomość ograniczała się do niedzielnych obiadów. Z rodziną trzeba być blisko, pomagać sobie, spędzać wspólnie czas. Wszystko oczywiście w granicy zdrowego rozsądku! – Wszak nie będą żyć w abstrakcyjnym trójkącie, gdzie Constance zgrywałaby podwójnego agenta. Chciała podkreślić, że może liczyć na jej pomóc, a ta jest tylko wyciągnięciem dłoni, a nie nastawianiem Evandry przeciwko mężowi bądź knuciu poważniejszych intryg. Wszystko dla jej dobra. I być może nie traciła starego nazwiska, a zyskiwała to, co dobre. Dla Constance to i tak będzie utrata kogoś bliskiego. Nie będzie mogła wskoczyć do łóżka Evandrze, obudzić ją w środku nocy i zaprowadzić do kuchni, aby zjeść ostatni kawałek ciasta czekoladowego. Wszystko ulegnie zmianie. Ona zostanie sama. Nawet służki mówiły, że po kątach szepcze się, iż rodzice szukają jej kandydata. Mógł mówić sobie, co chciał, lecz nigdy nie będzie już tak samo.
- Dwie tony? Na Merlina… – obserwowała to za oknem i było widać po minie, że się bała. Nigdy nie widziała wcześniej na żywo smoka. Nawet jeśli oddzielała ją szyba, czuła jakby to było największe i najbardziej spektakularne wydarzenie w jej życiu związane ze stworzeniami. Wracając jednak do propozycji prezentów, obok nazw znajdowały się odpowiednie rysunki, więc już teraz mógł ocenić intencje Constance. Panienka Lestrange na pewno nie miała złego gustu. I nie chciała żadnej niezręcznej sytuacji w towarzystwie, a już szczególności podczas świąt. Pergamin już poleciał na swoje miejsce, a Constance była w połowie swojej herbaty.  
- Dlatego  stawiałam na rubiny, dla spokoju ducha, nie tylko pańskiej matki ale i pana. – uśmiechnęła się najcieplej jak potrafiła. Mądre powiedzenie mówiło, że warto trzymać przyjaciół blisko, lecz wrogów jeszcze bliżej. – Odpowiednie prezenty potrafią chociaż odrobinę zmniejszyć ból tęsknoty – dodała , nie zarzucając oczywiście Tristanowi ignorancję oraz obojętność wobec Evandry. Czasami tęsknota odzywała się podczas pracy lub czekania na męża przy śniadaniowym stole. I wówczas dobrze było dotknąć brożki, obrócić pierścionek na palcu, czy poprawić spinkę we włosach. Dobrze na duszy.
- Służę rodzinie – skinęła głową z uznaniem. – Poważnie podchodzę do każdej z uroczystości, dbając o czas, który został nam dany. – nie chciała mówić, że jest idealistką, że wszystko musi być zamknięte na ostatni guzik, chociaż tylko idiota nie zauważyłby tego po aparycji Constance. Idealne włosy, makijaż i strój, oczywiście od najdroższej przyjaciółki, Emery. Aż zaśmiała się cichutko pod nosem, słysząc o prezencie. Tak, Evandra była najlepszym podarkiem, jaki mógł otrzymać. Nawet Constance w jej cieniu czuła się gorsza. Nie wiedziała, czy propozycja Tristana wynika z dobrego serca czy z wychowania. Ucieszyła się wręcz od razu. Nie odpuściłaby okazji porozmawiania z lordem Rosierem o zabezpieczeniach czy samym Tristanem o smokach.
- Jest pan pewien, że ma dzisiaj tyle czasu? Moja wizyta i tak była niezapowiedziana, nie chcę odciągać pana od obowiązków… Mogłabym przybyć jutro o tej samej porze i z miłą chęcią posłucham pańskiej historii! – Upiła ponownie trochę herbaty, odkładając filiżankę na spodeczek – Doprawdy, kłusownicy? Cóż za bezczelność! Rodowe dobro, może rzeczywiście trochę niebezpieczne, lecz jesteście w tym specjalistami… Och, czy to dla takich rzeczy? – tu sugestywnie spojrzała na rękawicy ze smoczej skóry. Jego uwagę o nieproszonych gościach zapamięta i kiedyś mu jeszcze wypomni. Wszak nie sprawdzała go, a chciała mu tylko ułatwić szukanie prezentu!




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   01.06.16 16:42

- Przekażę - odparł krótko, choć w rzeczy samej nie miał zamiaru tego uczynić. Jego wuj był zajętym człowiekiem, a na dodatek doskonale świadomy swoich wyjątkowych umiejętności; bez wątpienia należał do jednych z najzdolniejszych czarodziejów, jakich miał okazję - i przyjemność - poznać. Doświadczonego maga niewiele obchodziły komplementy od dziewcząt, które krócej żyły, niż on tutaj pracował, a jej uznanie niekoniecznie mu schlebiało. Constance miała o sobie niezwykle wysokie mniemanie - to musiało być u Lestrange'ów jednak rodzinne. Evandra też miała.
Wysłuchał jej słów w milczeniu i z zastanowieniem, Tristan dla rodziny uczyniły wszystko. Był lojalny jak pies wobec Rosierów i jak wilk gotów był bronić każdego z nich; to dlatego nie miał żadnej litości dla Diany. Gotów był strzec najmroczniejszych sekretów swojej rodziny, gotów był dla niej zabić, gotów był dla niej dać zabić siebie - uznając te wartości ponad każde inne. Rodzina jednak miała dla niego konkretną i zwięzła definicję, rodzina była więzami krwi. Tymczasem Constance powiązana była z Evandrą - ale nie z nim, co naturalnie sprawić musiało, ze Tristan nie potrafił zaufać jej od razu. Rodzinie trzeba pomagać - czy odmówiłby siostrze Evandry? Zapewne, nie odmówiłby nigdy Evandrze proszącej o pomoc dla siostry. Przynajmniej tak długo, jak długo nie potrafił dookreślić, jaka w tym wszystkim była jej rola. Tristan nie miał zwyczaju trzymać wrogów blisko, był jak wilk - kłapiący paszczą na każdego, kto zbliżył się zbyt blisko jego terytorium i rozszarpujący gardło każdemu, kto tego ostrzeżenia nie usłuchał. Mówią, że nawet wilka da się oswoić - z pewnością - ale to wymaga czasu, którego dotąd nie mieli. Każda róża ma kolce, droga Constance. Jeśli planujesz coś nieszczerego, zadziwisz się niezmiernie, że nie masz do czynienia z łatwowiernym idiotą. Rozumiał, była Evandrze jak siostra, zaczynał podejrzewać, że chodzić mogło o zabezpieczenie ich przyszłych kontaktów. Nie mógł jej jednak nic obiecać, nie znając jej prawie wcale - choć podobały mu się wypowiedziane przez nią słowa.
- Czym jest dla panny rodzina, lady Lestrange? - zapytał więc, nie odejmując wzroku od jej oczu. - Zapewniam pannę, że dla mnie nie ma wartości ważniejszej ponad moją krew. Również ponad krew przelaną. - Nigdy nie zapomni, że Marianne zmarła na ich wyspie, daleko od domu i od wszystkiego, co było jej drogie, daleko od najpiękniejszych róż, które tak uwielbiała, będąc dzieckiem. Jasno zaakcentował swoją pozycję wobec rodzinnego konfliktu, Constance łączył więzy krwi z Caesarem i na jej miejscu byłby zapewne wobec niego ślepo lojalny. Musiała być świadoma konfliktu. - Proszę się nie obawiać - dodał nieco łagodniej, niż dotąd. - Cechuje mnie bezwzględna lojalność wobec bliskich. - I nawet sobie panna nie wyobraża, jak bardzo bezwzględna. Dopadła go ambiwalencja uczuć, nie mógł się zdecydować, czy winien dalej szczerzyć zęby, czy usunąć swoją bestię w cień i dać jej przejść dalej.
Dobrze wiedział, ze dla Evandry przyjęcie barw Tristana było trudne, ale nijak nie dał tego po sobie poznać, przyjmując maskę obojętności. Winna czuć dumę z róży na piersi - a jego raniło jej odrzucenie niezmiennie. Rysunki Constance na pergaminie zatrzaśniętym już w odpowiedniej szkatule, którą niewątpliwie zabierze później ze sobą, sprawiały wrażenie wyjątkowych. Służba rodzinie, semper fidelis, czyżby jednak łączyło ich więcej, niż Tristan początkowo sądził?
- Dziękuję - powtórzył, w istocie rad z większej ilości czerwonych kamieni na jej liście, kamienie, barwy - to wszystko było symbolem. A przychylanie się ku jego symbolom oznaczało brak niepotrzebnego buntu przeciwko przesądzonej sprawie. Nie odniósł się już do bólu tęsknoty, w milczeniu przez moment przyglądając się broszy przypiętej do odzienia Constance. Nigdy nie zapomni, co czuł, oddając Marianne na Wyspę - albo Druellę Cygnusowi. - Bez pamiątek trudniej o wspomnienia. A bez wspomnień tęsknota się nie obudzi. Czy nie lepiej jest zdusić to, co okrutne, w zarodku? - W jego oku zaiskrzyła iskra melancholii, zapewne dlatego tak szybko zmienił temat. - Nie ma nic ważniejszego ponad służbę rodzinie, lady - zapewnił ją, były to wszak również jego priorytety. - A czas jest bardziej kruchy, niż to sobie wyobrażamy. - Marie miała przed sobą całe życie. - Cieszy mnie, że Evandra ma przy sobie kogoś, kto jest jej tak wierny. - Bo nie chcę uczynić jej krzywdy. Skinął jej głową, a w tym geście było coś ponad to, co przedstawiał sobą ostatnio, coś ponad arogancję - uznanie? krztyna zaufania? dostrzeżenie wspólnego celu?
- Proszę więc przyjść jutro - zgodził się, nawet nie drgnąwszy. - Będzie panna oczekiwana, a przy okazji być może zamienimy więcej słów. - Skinął powoli głową, kiedy dopytywała o kłusowników; smocze ingrediencje, jak i smocze jaja, były niezwykle cenne, nic dziwnego, że wciąż znajdywali się szaleńcy, którzy byli na nie łasi. Ich zadaniem było tych szaleńców zniechęcać. Skutecznie zniechęcać. - Smocza skóra - wyjaśnił, dostrzegłszy sugestywne spojrzenie Constance. - Silnie odporna na ogień. Głęboko wierzę, że smoki próbują być przy nas ostrożne - zapewnił ją, choć wypadki były oczywiste, a poparzenia pozostawały stałym i bolesnym elementem jego ciała.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   04.06.16 20:03

Komplementy nigdy nie były zachowaniem w złym guście. Chociaż Constance była zdecydowanie za młoda i jej kariera badawcza dopiero zaczynała raczkować, chciała otaczać się ludźmi, którzy mieli większą wiedzę od niej. Oczywiście nie wyobrażała sobie rozpoczęcie nie wiadomo jakiej przyjaźni z wujem Tristana, ale chętnie umówiłaby się z nim na konsultacje. Nie w sprawie pytań czy zabezpieczenia okien, lecz ogólnie, aby poopowiadał, czym dla niego są zaklęcia. To zaskakujące, że każdy pasjonat definiował je inaczej. Według Constance żądza wiedzy nie była niczym złym. Ucząc się od najlepszych, poszerzamy również własne umiejętności. A Constance chciała wiedzieć, i to wiedzieć jak najwięcej. Może to była cecha rodowa , a może ta, która rozróżniła Evandrę oraz Connie od innych kobiet? Droga kuzynka była prawdziwym kamieniem szlachetnym. Mogła czasami się zastanawiać, czy naprawdę na nią zasługiwał. Tristan zapewne nazwałby Evandrę rubinem, Constance natomiast szafirem. Nie warto było się kłócić, który z kamieni jest lepszy. Evandra była wyjątkowa i obydwoje o tym wiedzieli.
Kim w zasadzie była rodzina? Czy liczyły się tylko więzy krwi, czy może też te, które zostaną wkrótce stworzone przez połączenie rodów? Tristan miał prawo mieć wątpliwości co do intencji Constance. Wszak wielu płakało, gdy zmarła Marianne. Niefortunny los przeklął obydwa rody i być może nie powinny się ponownie wiązać. Nawet jeśli obydwie chciały wielką miłość, lecz Connie wierzyła, że na nią też trzeba zapracować. Być może do ślubu nie poczuje nic, a potem… Potem można się modlić, prosić przeznaczenie, aby ta miłość okazała się ojcem dzieci i walczyła o ich związek do końca ich dni. I taką nadzieję pokładała w Tristanie. Evandrze życzyła tego co najlepsze. Nie zniosłaby myśli, że jest nieszczęśliwa. I właśnie ta wiara pchała ją w kierunku Tristana. Chciała zadbać o ich relacje, bo to właśnie on zadecyduje o ich wspólnej przyjaźni. Był mężczyzną, który pociągać za sznurki. Nawet jeśli kiedyś będą wrogo sobie nastawieni, powinni się trzymać razem. Krótki rozrachunek i wniosek był prosty. Musiała zasłużyć na jego zaufanie oraz ciepły ton. O ile w ogóle takowy posiadał. Constance nie uciekała do przemocy. Wierzyła w magię słowa, w swoje sidła manipulacji i tupanie nóżką jak rozkapryszona księżniczka. Jednak czasami smak zemsty był czasami zbyt kuszący.
- Lordzie Rosier, rodzina zawsze jest najważniejsza. – Wypuściła ciężko powietrze. Obawiała się tego tematu. Raz losy rodów się połączyły i nie wiedziała, czy była jakakolwiek osoba, która nie płakała po śmierci Marianne.
- Nikt ani nic nie zastąpi pańskiej drogiej siostry. Gdybym mogła, och, gdybym mogła, zwróciłabym chłopcom matkę, a panu… Och. – Spuściła wzrok na swoje kolana, chcąc zyskać chociaż chwilę, chwilę na uspokojenie emocji, znalezienie słów, które chociaż trochę będą odpowiednie. Łza zakręciła się w oku i to bynajmniej nie był udawany płacz. Cisza, za dużo emocji. Urwane słowa wplątywały się w dziki skrzek smoków i uderzanie ich skrzydeł o dachówkę. Bo Constance myślała, że to skrzydła. I zapewne bardzo się myliła.
- Mój kuzyn – głos się załamał, musiała chrząknąć, aby móc wypowiedzieć kolejne słowa – Być może nie jest najbardziej odpowiedzialnym czarodziejem na ziemiwciąż nie wierzę w jej śmierć, że to był wilkołak, w domu łowcyMarianne wciąż widzę w dzieciach i to… dodaje mi dużo sił. – znów zamilkła, nadając tej ciszy duże znaczenie. Nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Śmierć Marianne wstrząsnęła całą rodziną. Już wcześniej powinni być sobie bliżsi. A mimo wszystko Connie nie miała odwagi spytać się, czy może mu mówić po imieniu. Już dawno byli rodziną, ale każda sprawa, która wiązała się z bolesną stratą, była zamiatana pod dywan. Czasami warto było zamknąć się w swoim świecie i nie reagować. Nie mogli tak dłużej. Los złączył drogi dwóch rodów ponownie.
- Mimo wszystko zna się pan lepiej na magicznych stworzeniach ode mnie. Wie pan, jakie są syreny. Takie są właśnie kobiety z rodu Lestrange: lojalne, oddane, niezastąpione. Walczą o rodzinę i my też walczymy. – Wypowiedziała się za Evandrę, chociaż była pewna, że w jakiś sposób przyznałaby jej rację. Już podczas dzisiejszego spotkania widział jej waleczność. O święta, poprawną relacje czy dobro Evandry. Nie wracała do tematu prezentów. Wszak był już skończony. Sam musiał podjąć decyzję. Dziwnie się spięła. Nie chciała już dzisiaj oglądać smoków ani dłużej przebywać z Tristanem. Była smutna. Tęsknota wisiała w powietrzu, nawet herbata straciła smak.
- Okrutność nie da się zdusić w zarodku, ona zawsze niszczy od środkaile już lat minęło, Tristanie, a my wciąż pamiętamyTo ja się cieszę, że mam Evandrę przy sobie. – powiedziała cichutko. Wstała z gracją z fotela, delikatnie poprawiając swoją suknie. Nawet nie sądziła, że uda jej się dogadać z Tristanem. Wszak mógł ją wyrzucić smokom na pożarcie, a jednak ich spotkanie można było nazwać owocnym. Skinęła głową.
- Dziękuję, lordzie za spotkanie. Nie będę więcej zabierać pańskiego czasu. Przyszłam niezapowiedziana, zdecydowanie się zasiedziałam. Podaj mi płaszcz – ostatnie zdanie wypowiedziała do służącej, a następnie odwróciła się z powrotem do mężczyzny – O smoczej skórze jak i o samych smokach chętnie posłucham jutro, będę zaszczycona – może trochę zbyt oficjalnie, może to smutek w sercu kazał natychmiast opuścić rezerwat w Dover i skupić się na pracy. Pożegnała się ciepło, a następnie weszła w płomienie. Nie wiedziała, czy nie będzie żałować jutrzejszego spotkania. A co jeśli nie polubi smoków? Może strach odebrać jej zmysły…
zt Pwease




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Czytelnia   05.08.16 18:32

Wpatrywał się w nią przez moment w milczeniu, zupełnie jakby się zastanawiał, na ile zdawała sobie sprawę z powagi wypowiadanych przez siebie słów. Dla Tristana, owszem, rodzina była najważniejsza: zrobiłby dla niej wszystko. Kłamał, złorzeczył, zabijał - ba, robił to wszystko. Zabił dla Marie i gdyby tylko miał wystarczający dowód, zabiły po raz drugi. Zabiłby dla Darcy. Zabiłby dla Druelli. Żadnej z nich nie dałby skrzywdzić tak, jak dał skrzywdzić Marie - pod dachem Lestrange'ów.
- Nic ani nikt nigdy jej nie zastąpi, tak jak nikt nigdy jej nie zwróci - odparł ciszej niż wcześniej, ale ze spokojem, zapewne teatralnie wypracowanym przez lata odpowiadania na podobne zapewnienia. Nie był pewien, czy nie dało przywrócić się jej do życia, ale nad tym pracował sam - i nikomu nie pozwoliłby się w to wtrącić. Sztuki, które zgłębiał z Rycerzami Walpurgii, być może nie bez powodu zasłużyły sobie na miano mrocznych i czarnych. - A jednak - dodał, a jego głos znów mógł wydać się nieco chłodniejszy. Temat Marie był tematem, do którego należało przy nim podchodzić z najwyższą ostrożnością. - Zginęła pod waszym dachem. - Przez kogo, to nie miało znaczenia. Caesar nie zapewnił jej bezpieczeństwa - to było jego jedyne pieprzone zadanie. Jedyne. Kobieta zajmuje się dziećmi i domowym ciepłem, mężczyzna - ochroną tego ciepła. Niczego więcej się od niego nie oczekiwało - a nawet temu nie potrafił podołać. Tristan chciał ukrócić tę rozmowę, Constance nie usprawiedliwiała kuzyna, ale wspomnienie o tym, co dodawało jej sił, nie interesowało go w ogóle. Marie była jego siostrą, jakiekolwiek kontakty łączyłyby ją z Constance - lady Lestrange nigdy nie pojmie wyjątkowej więzi, jaka łączyła z tą pięknością Tristana. Nigdy nie pojmie, jak potworny odczuwał ból. Nigdy nie dowie się, jak wiele bólu może sprawiać patrzenie na jej dzieci po latach, to nie były tylko jej dzieci, miały w sobie też Caesara, który jej nie ochronił. I to nie były wszystkie jej dzieci. Nie, chłopcy nie byli mu pocieszeniem, choć kochał ich jak kochać musiał kwiat wydany przez siostrę.
Skinął na jej dalsze słowa, z zastanowieniem, nie zamierzał się sprzeczać; znał Evandrę dość długo, by przyjąć je za prawdę. Constance brakowało skromności, lecz tym razem miała rację - wierzył w oddanie Evandry, wierzył w szczerość jej intencji, dlaczego nie powinien więc zaufać również Constance? Była jej jak siostra - wspólnie wychowane musiały być do siebie podobne. Ale przecież razem z nimi wychowywał się też Ceasar - który był tak bardzo inny od Evandry i któremu tak bardzo nie potrafił zaufać po wszystkich nieszczęściach, jakie ten sprowadził na jego rodzinę. Ich rody miały złączyć się ponownie, ale tym razem we właściwszym kierunku. Evandra miała stać się Rosierem, porzucając błękity ojca i oddając się w barwom męża.
- Tak sądzisz, lady? - zapytał, być może nieco prowokująco, kiedy stwierdziła, że okrucieństwa nie da zdusić się w zarodku, oczywiście, że się da. Wystarczy je zmiażdżyć. Zniszczyć. Podeptać i spalić- jak Dianę, źródło wszelkiego nieszczęścia. Pozbyć się jej jak starego przedmiotu, życie ludzkie było kruche jak kielich ze szkła. Nie kontynuował jednak tematu, a jedynie skinął głową na jej dalsze słowa - on również się cieszył, że miał Evandrę. Była skarbem, to oczywiste - dla niego najcenniejszym, a zarazem jednym, który tak mocno rozpalił jego zachłanne żądze.
- Dziękuję za wizytę - pożegnał ją, w ślad za nią wstając, by stosownie odprawić ją do wyjścia. - Była... zastanawiająca - dodał po chwili, bo w istocie Constance udało się zasiać w Tristanie ziarno niepewności odnośnie słuszności jego uczuć. Czuł wstręt, odrazę i niechęć do rodu, z którego wywodziła się Evandra, widział w nich morderców jego siostry. Constance pokazała się od lepszej strony, być może powinien mieć to na uwadze. Kurtuazyjnie przytaknął, kiedy przypomniała się, że przyjdzie następnego dnia, podtrzymując zaproszenie, po czym pożegnał młodą lady, z którą - był pewien - spotka się jeszcze niejeden raz i odprowadził ją do kominków.

/ zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Czytelnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Czytelnia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17