Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Terrarium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Terrarium   19.01.16 20:10

Terrarium

Zdobione przeszklone drzwi osadzone w ozdobnym metalowym stelażu prowadzą do terrarium wewnątrz rezerwatu, gdzie chowane są osobniki słabsze, chore, stare lub z innych względów niezdolne do życia na wolności, często również smoczęta. Drzwi obłożone są podobnymi zaklęciami, co wrota wejściowe - nie otwierają się przed czarodziejami, którzy nie są powołani do przejścia. Po minięciu krótkiego korytarza napotyka się kolejną identyczną barierę - wszystko ze względu na bezpieczeństwo ośrodka. Za drugimi drzwiami zapach siarki uderza bardzo mocno i może być trudny dla osób, które nie są do niego przyzwyczajone.
Terrarium dzieli się na kilka części, niektóre z osobników mają więcej przestrzeni dla siebie, inne mniej, jedne z różnych względów są izolowane, inne przetrzymuje się parami. Nieopodal znajduje się również inkubatorium dla porzuconych jaj.
Na gabinet nałożone jest zaklęcie Muffliato.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   21.02.16 13:58

Początek września

Tristan wolał pracować w rezerwacie na nocne zmiany; smoki wymagały właściwie nieustannej opieki, a nocą było tutaj najpiękniej. Zwłaszcza latem, kiedy smoki latały nad klifami, na zimę robiły się bardziej ospałe - jak wszystko inne, jesień powoli zaczynała być odczuwalna również tutaj. Do rezerwatu, jak zwykle, teleportował się przy pomocy kominka i sieci Fiuu, skąd przemykał przez kolejne zabezpieczenia do swojego pokoju służbowego - tylko po to, by zmienić strój na ochronny. A początkową część nocy, podobnie jak wczorajszą i przedwczorajszą, Tristan spędził na obserwacji Devaughna. Ten niewielki chorowity smok wydawał się ostatnimi czasy jeszcze bardziej mizerny, jakby wynędzniały?
Rozsiadł się na jednym z rzeźbionych krzeseł, przy niewielkim stoliku w obserwatorium, nieopodal lunety, z pergaminem, piórem i butelką czarnego atramentu. Spisywał obserwację z zachowania młodego smoka, dokładnie opisując jego ruchy, zachowanie, ze szczególnym naciskiem na nieprawidłowości w powyższych. Smok wydawał się ospały - to na pewno - zmęczony, mało energiczny w porównaniu z nim sprzed chociażby miesiąca. Leżał z ogonem owiniętym wokół ciała, z pyskiem ułożonym na przednich łapach, jego chrapy miarowo rozszerzały się i zwężały - oddech prawdopodobnie w normie. Spał, ale nie spał snem spokojnym, budził się co chwila i drapał po grzbiecie, to łapą, to o kamień, aż do krwi. Jedna ze srebrzystych łusek jego imponującego pancerza została ułamana i odpadła, odsłaniając nagą, zaropiałą skórę poznaczoną bliznami i świeżymi strupami. Tristan musiał być cierpliwy, by obejrzeć tę ranę dokładnie zza szyby obserwatorium, przez jedną z magicznych lunet – smok długo nie chciał ułożyć się w pozycji, która by mu to umożliwiła. Notatki sporządzał odręcznie, dokładnie, choć jego pismo nie należało raczej do tych z gatunku kaligraficznych. Gdy wybiło północ, smok rozdziawił paszczę, potężnie ziewając i poderwał się do lotu, pozostawiając po sobie jedynie wzniecony kurz. A Tristan - nachylił się nad pergaminem, przebiegając wzrokiem po literach poczynionego raportu, po czym wraz z notatkami udał się do czytelni.
Tam też przysiadł przy stoliku, na którym leżały jego raporty z wczoraj, przedwczoraj i kilku dawniejszych dni, nie chował ich, kiedy opuszczał rezerwat - na szczęście stolików było dość dużo, a samo poddasze czytelni nie było na tyle uczęszczane, by miał z tym problem - celem porównania zapisków z obserwacji poprzednich dni. Gruby dziennik na skraju stołu zawierał raporty sprzed zmian zachowania smoczyska, zanim jego osowiałość zaczęła budzić czyjekolwiek wątpliwości, choć Devaughn rzeczywiście nigdy nie należał do tych wyjątkowo impulsywnych gadów, to jednak wniosek musiał nasunąć się jeden – smok słabł. Tristanowi trudno było rozdzielić jedno od drugiego, nie wiedział, na ile stworzenie urodziło się chore, a na ile zaczynało chorować teraz. Przejrzał jego akta z lat, w których był jeszcze smoczęciem - mieli go przecież od wyklucia, choć przez rok latał na wolności i wrócił do rezerwatu dopiero kilka miesięcy temu. Czy ta przerwa mogła mieć znaczenie? Naturalnie, że mogła. Choć jako wykluty smok Devaughn odstawał od swojego rodzeństwa zarówno wagą jak i wzrostem, o wiele później zaczął się u niego pojawiać również ogień, to jednak jego wyniki mieściły się zwykle w dolnych granicach norm... Bez słowa sięgnął po szklankę dyniowego soku, która nagle - znikąd - pojawiła się przed nim, skrzaty dobrze dbały o pracowników rezerwatu. Oprócz kolejnych pergaminów z notatkami przed Tristanem piętrzyły się opasłe woluminy, pozycje traktujące o smoczej anatomii i smoczych chorobach. Nie potrzebował ich wertować - siedmioletnie doświadczenie w rezerwacie w połączeniu z rodzinnymi tradycjami dawały mu spory zasób wiedzy - żeby dojść do tego, że wszystkie zebrane przez niego objawy przypominały smoczą łuszczycę, a jednak - coś było nie tak. Wiedział o tym, nawet, jeśli nie potrafił wskazać dokładnie, czym to było.
Powoli przysunął do siebie pierwszą z ksiąg, strzepując dłonią z okładki cienką warstwę kurzu zgromadzonego za dnia, i otworzył ją na stronach wskazanych przed jedwabne, haftowane w różane wzory zakładki. Następnie ujął w dłonie odnalezioną wczoraj srebrną łuskę i obrócił ją niemal z namaszczeniem, porównując anatomiczne rysy z księgi ze swoim znaleziskiem. Kształt, kolor, wielkość - wszystko się zgadzało, choć gdy przypadkiem padło na nią światło księżyca, nie płonącej na biurku świecy, zdało mu się, że jest jakby bardziej - jaka? Matowa? Zdecydowanie. Ale o tym w księdze nie było ani słowa, może po prostu zbyt długo leżała w trawie? Może się zniszczyła, upadając? Przecież mógł ją stracić nawet w locie. A może - może to w niej znajdował się klucz do rozwiązania tej zagadki, a Tristan wciąż nie potrafił samodzielnie rozpoznać kształtu tego klucza. Kolejne godziny spędził nad księgami, szukając informacji o połyskliwości i matowieniu smoczych łusek, nie znajdując ani jednej przydatnej wzmianki. Istniało tylko jego przeczucie - lecz czy przeczuciem mógł zawierzyć lub ryzykować życie tego stworzenia? Może jednak - po prostu był przewrażliwiony? Może to, jednak, tylko łuszczyca? Jedno było pewne - sporu się nie rozsądzi, póki smok nie zostanie przebadany. A w tym celu trzeba go najpierw złapać - Tristan dopił sok, zdmuchnął świece i zszedł do ogrodów, prosząc po drodze o pomoc trójkę innych opiekunów.
Mieli ze sobą łańcuchy i obręcz zakleszczaną na szyi, sposoby odławiania smoków z ogrodów do terrariów nie były najdelikatniejsze, ale trudno się temu dziwić - smok sam w sobie nie należy do istot delikatnych. Na sobie - mieli ochraniacze, w większości wykonane ze smoczej skóry, która najlepiej chroniła przed ogniem. Przed wyjściem upewnił się, czy żaden skrawek jego skóry nie pozostał odsłonięty; nogawki spodni wpuszczone zostały w buty o wysokich cholewach, a grube rękawice pod rękawy skórzanego kaftana. Płaszcz - podszyty szkarłatem, w rodzinnym rezerwacie epatowanie pochodzeniem wchodziło właściwie w zakres jego obowiązków - stanowił dodatkową ochronę, głęboki kaptur chronił głowę. Twarz zawsze była najbardziej narażona – Tristan osłonił ją, przewiązując chustę na dolnej połowie. Wziął ze sobą kilka maści – również tych na poparzenia, dla nich, ale przede wszystkim na rany smoka.
W jednej dłoni trzymał wabik, zajęcze mięso, niezbyt świeże, ale to tym lepiej – starsze miało intensywniejszy zapach. W drugiej ściskał różdżkę, to ten moment, w którym adrenalina zwykle zaczynała rosnąć. Devaughn, zgodnie z oczekiwaniami, został wywabiony i w momencie pikowania po zanętę w jego kierunku wymierzone zostały cztery drętwoty, wszystkie celne. Jego ciężkie cielsko z łoskotem bezwładnie opadło na polanę ogrodową – teraz można było bezpiecznie założyć mu obręcz na szyję tę ciężką obręcz, wziąć na łańcuchy i wprowadzić do odpowiedniego terrarium.
Samo terrarium było duże, dość, by Devaughn mógł w nim, w ograniczony sposób, co prawda, ale wciąż, spacerować. Podziękowawszy pozostałym badaczom za współpracę, został przy wciąż nieprzytomnym smoku sam, ostrożnie gładząc łuski przy jego pysku. Pół godziny, mniej więcej tyle wynosił bezpieczny czas kontaktu ze smokiem po zmasowanym ataku na jego godność; czasem budziły się później, po czterdziestu, sześćdziesięciu minutach, bezpieczniej było się jednak przygotować na jego wcześniejsze przebudzenie. Miał jeszcze około dziesięciu minut, to sporo czasu. W pierwszej chwili odpiął łańcuchy i wyrzucił je poza terrarium, niepotrzebnie obciążały szyję - Devaughn mógłby się przez nie przebudzić obolały. Obszedł jego ciało, uważnie przyglądając się skórze, szukając tym samym jakichkolwiek niepokojących oznak – nie odnalazł jednakże nic nowego. Przykucnął więc przy ranie, którą podglądał jeszcze z obserwatorium i korzystając ze słodkiego snu, wpierw odkaził zaropiałą skórę, potem przetarł ją z żółci, a na końcu wklepał w nią maść na skaleczenia. Rana powinna goić się teraz lepiej – o ile smok znów nie zacznie jej rozdrapywać, przed czym jedynym chyba ratunkiem byłoby uwiązać mu łeb daleko od tułowia. Szmatkę z ropą zawinął i zabrał ze sobą, wychodząc – zostawi ją w laboratorium, może na jej podstawie komuś uda się do czegokolwiek dojść? Musiał przyznać, rezerwacie brakowało zdolnych alchemików.
Łańcuchy zostawił rzucone pod terrarium, stał właśnie przed szybą, wsparty na łokciach o delikatną barierkę, przyglądając się temu, jak Devaughn powoli otwiera oczy, jak otrzepuje łeb wciąż otumaniony ciężkim zaklęciem. Jak odkrywa siebie w nowym, choć nie całkiem obcym miejscu – przecież już kiedyś tutaj mieszkał. Jak rzuca się na mięso zająca, za którym do niego przyleciał. W zamyśleniu – zastanawiał się nad tym, jakie kolejne kroki mógłby podjąć, by doprowadzić bestię do lepszego stanu zdrowia, kogo jeszcze mógłby się poradzić, do jakiej książki jeszcze mógłby zajrzeć. Właśnie złożył szmatkę na pół, kiedy dopadła go Vera, nieco obrażonym tonem wspominając o pojawieniu się w rezerwacie Evandry Lestrange. Z niepokojem przetarł zaspane oczy.
Nim wyszedł jej na spotkanie, odwiedził jeszcze laboratorium, zostawiając tam do zabezpieczenia – zbadania?  - chusteczkę z ropą, żałując, że sam nie potrafi tego zrobić. To była ciężka noc – a ciężki dzień dopiero się zaczynał....

/ zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   07.04.16 18:41

Zaimponowała mu troska Evandry o los Devaughna, troska na tyle silna, że chciała obejrzeć smoka; choć Tristan nie spodziewał się takiego wyboru, powitał go z zadowoleniem, wszak i tak przed wyjściem z rezerwatu chciał jeszcze zobaczyć to biedne stworzenie. Opuścili więc jego komnatę, a Tristan poprowadził Evandrę w kierunku terrarium, nie kierując się tam najprostszą możliwą drogą, szedł dookoła, pokazując narzeczonej po drodze widoki na rozległe ogrody, jaśniejące brzaskiem niebo nad rezerwatem, gdzie udało dostrzec im się dwa młode smoki, przeprowadził ją przez obserwatoria, balkony i tarasy, z nadzieją na oderwanie jej myśli do trosk. Rezerwat jako miejsce pełen był przecież wyjątkowego piękna, smok sam w sobie był pięknem - jak sztuka, najpiękniejsza muzyka, melodia grana przez samą naturę. Wyczuwalna była tutaj ta pierwotna nuta magii - pradawnej magii, z której zrodziły się smoki. Godziny jego dyżuru minęły, nie musiał przejmować się mijanymi pracownikami rezerwatu, choć doskwierało mu zmęczenie po nieprzespanej nocy.
- Uważaj - zwrócił się do Evandry, delikatnie stukając kluczem w drzwi, aby je otworzyć; zaczarowane wrota rozpostarły się przed nimi otworem. - Zapach może wydać ci się nieprzyjemny - przestrzegł, bo wewnątrz terrariów zapach siarki był bardziej dokuczliwy, wyraźny wydawał się tutaj również zapach spalenizny, swądu palonego ognia. - Przywykniesz - obiecał od razu, po kilkunastu minutach najpóźniej winna przyzwyczaić się do unoszącego się zapachu. Nie od razu przestanie być dokuczliwy, to oczywiste, ale miał nadzieję, że nie będzie dla jego wrażliwej półwili zbyt mdlący. - Lecz jeśli będziesz chciała wyjść, powiedz od razu - poprosił, prowadząc ją korytarzem ku kolejnym drzwiom, po pokonaniu których sławetne terrarium wreszcie stanęło przed nimi otworem. Tristan bez chwili zawahania poprowadził narzeczoną wzdłuż kolejnego korytarza złożonego z pustych klatek, na końcu którego znajdowało się siedliszcze Devaughna. Tristan odruchowo rzucił okiem na wiszący zegar - miał przed sobą jeszcze dobrą godzinę snu. Zwinięty w kłąb, okryty potężnym skrzydłem skrzącym białym kryształem jaszczur mimo niewielkich, jak na albiona, rozmiarów, budził respekt.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Terrarium   10.04.16 22:52

Nie odzywała się przez całą drogę do terrarium, w ciszy opanowując swe skołatane nerwy. Delektowała się w tym czasie pokazywanymi jej przez narzeczonego widokami, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak urokliwy może okazać się rezerwat Rosierów. Próbowała zapamiętać każdy szczegół czarownego wrześniowego ogrodu, czy wczesnoporannego nieba ozdobionego dwoma młodymi smokami - tymi majestatycznymi stworzeniami, które wzbudzały w niej podziw, ale i mimowolny strach - choć myśli wciąż miały skłonność do uciekania ku poruszanym w pokoju Tristana problemom. Czy w trakcie spaceru do terrarium znów przyjdzie im spotkać tę nieuprzejmą badaczkę, której zdziwienie wzbudziło w niej kolejne podejrzenia? Kim była i jak długo już tutaj pracowała?
Nim jednak nadszedł kres ich podróży, alchemiczka myślała już tylko o tej mrowiącej skórę magii, magii, która wisiała w powietrzu, która nasilała się, jak podejrzewała, wraz ze skracaniem odległości od smoka. Nie wiedziała, czy była to zasługa jej półwilich genów, czy każdy czarodziej odczuwał ich potęgę w ten sam sposób - zaś nie chciała pytać o to Tristana, jeszcze nie teraz, by nie rozbawić go swym niedoświadczeniem. Przecież on sam obcował z nimi dzień w dzień, od wielu długich lat...
Gdy tylko przerwał ciszę i zajął się otwieraniem drzwi, skierowała na niego swe, z początku nieco rozkojarzone, spojrzenie, by w lot zrozumieć jego intencje. Pokiwała krótko głową i sięgnęła ku przewieszonej przez ramię torebce, by wyciągnąć z niej jedną ze swych chusteczek; domyślała się, jak dokuczliwy może okazać się dla jej wyczulonego nosa intensywny zapach siarki, nie miała jednak zamiaru rezygnować z tego powodu.
- Nie przejmuj się tym, chcę go zobaczyć - powiedziała tylko, owładnięta przybierającą na sile pradawną magią, która wypełniała rezerwat po brzegi.
W końcu ujrzała go, Devaughna, zwiniętego w kłąb, okrytego skrzydłem - i jak zaczarowana podążyła w kierunku oddzielającej ich od niego szyby, by stanąć jak najbliżej, by zobaczyć jak najwięcej. Zapach siarki zaiste drażnił, dlatego uniosła ku twarzy są wyperfumowaną chusteczkę, lecz fascynacja była silniejsza niż wszystko inne. Wodziła wzrokiem po jego skrzących się łuskach, aż zaczęła dostrzegać w nich braki; westchnęła ciężko, przypominając sobie o wszystkich zaobserwowanych u niego objawach. Czy naprawdę miał umrzeć?
- Jest... piękny - podjęła po dłuższej chwili cichym, miękkim głosem, zerkając w końcu ku twarzy Tristana; teraz jeszcze lepiej rozumiała jego troskę, jego lęk o zdrowie podopiecznego. Na jej licu malował się smutek.
- Kiedy się przebudzi? - zapytała, zastanawiając się, czy uda jej się obejrzeć go jeszcze lepiej.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   21.04.16 10:41

Skinął głową, słysząc jej zapewnienia, kątem oka obserwując jak wyciągała pachnącą chustkę; jej aromat wdarł się w powietrze wystarczająco silnie, by i on go poczuł. Mądrze się zachowała, krucha, delikatna niewiasta taka jak ona mogła potrzebować dłużej chwili, aby przyzwyczaić się do zapachu. Jej determinacja, by ujrzeć smoka, o którym tyle słyszała, pomimo że pozostawała dla Tristana zagadką, wzbudzała jego zadowolenie. I choć z troską przyglądał się gadowi, jego wzrok dość prędko ześlizgnął się z niego na lico półwili zajętej widokiem śpiącego smoka; fascynacja, jaka wymalowała się na jej twarzy, zachwyciła również jego. Wydawała się oczarowana, zachłyśnięta niepowtarzalną magią tego miejsca. Magią zupełnie wyjątkową i niepowtarzalną, tą pradawną, dziką, z której zrodziły się smoki - bezsprzeczni władcy przestworzy, symbol zmierzchu czarodziejskiego świata. Bo przecież były na wyginięciu, zepchnięte w rynsztok z konieczności krycia się przed mugolami, którzy najchętniej, jak za dawnych czasów, wyrżnęliby je wszystkie. Smoki były starsze od ludzi, starsze od mugoli, starsze zapewne nawet i od samej magii, a jako dziedzictwo jego rodu - napawały go dumą. To ich zadaniem było chronić je przed całkowitym zniknięciem.
Obserwował ją, swoją smoczą królową, zbliżającą się lekkim, majestatycznym krokiem do szyby, za którą leżał Devaughn, po krótkim czasie ruszając za nią, równie powoli, jakby obawiając się, że spłoszy swoim chodem którekolwiek z nich. Stanąwszy za Evandrą, raz jeszcze spojrzał na opuszczone powieki Devaughna, spał tak spokojnie - bez bólu - czy bez eliksirów potrafił jeszcze śnić tak głębokim snem? Jego pysk zniknął, przeobrażając się w tło dla odbicia Evandry w grubej szybie jego terrarium; uchwycił spojrzeniem wierzchnią perspektywę. Podobała mu się ta płomienna iskra w jej oku – iskra... właściwie czego? Zainteresowania? Podziwu? Kąciki jego ust uniosły się nieco wyraźniej, kiedy jego dłonie delikatnie, miękko, wpierw jedna, potem druga, opadły na wbitej w ciasny gorset talii przyszłej lady Rosier. Byli tutaj sami, mógł być tego absolutnie pewien, a nim ktokolwiek przejdzie długi korytarz obłożony terrariami, Tristan zdąży go usłyszeć przynajmniej trzykrotnie. Niemal bezwiednie skinął głową, miała rację, Devaughn, choć chorowity i słaby, niewielki jak na albiona, wciąż był piękny. Choć jego skrzydło nie skrzyło tak wyraźnie jak skrzydła jego zdrowych braci, choć czerwone ślepia, kiedy je otwierał, miały w sobie coś zmęczonego, choć jego zwinny tułów pozbawiony był przynajmniej kilku wyjątkowych łusek, był naprawdę piękny. I jak okrutną, jak niesprawiedliwą musiała być wieść o tym, że Devaughn... umierał.
- Jest jeszcze trochę czasu - odparł z roztargnieniem, jakby niechętnie wytrącając się z transu. Mocniej zaakcentował dotyk swoich dłoni na jej ciele; może spodziewał się strachu i chciał być przed nim tarczą, a może jedynie pragnął jej bliskości. - Niecała godzina - sprecyzował, nie patrząc już na zegar, nachylając się nad jej ramieniem. - Chyba nie zobaczymy go dziś przytomnego, szkoda, mogłabyś go podziwiać w całej okazałości. Może innym razem? Dzisiaj i tak byłby nerwowy... będzie potrzebował kilku dni, żeby przyzwyczaić się... do swojego nowego legowiska. - Powinien przecież latać na wolności, to nie będzie dla niego łatwe.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Terrarium   23.04.16 17:44

Była zbyt zafascynowana widokiem Devaughna, bijącą od niego magią, by odczuć bliskość Tristana wcześniej, niż dopiero gdy złożył dłonie na jej usztywnionej gorsetem talii. Odetchnęła głębiej, nadal nie odejmując od lica wyperfumowanej chusteczki, nie spoglądając jednak w jego kierunku, nie odgrywając wzroku od śpiącego albiona. Nie spodziewała się tej bliskości, lecz nie była ona nachalna, nie wzbudzała w niej paniki, ani natychmiastowego sprzeciwu. Dlatego trwała tam, pozwalając narzeczonemu na tę poufałość, czując, jak pradawna magia przechodzi na nich dwoje, jak wzmacnia subtelną nić porozumienia; czy nie okazał jej dużej dozy zaufania, zabierając ją do samego serca rezerwatu, do swego cierpiącego podopiecznego? Czy mogłaby nadal skupiać się na osobie badaczki, kiedy byli tu razem, byli w tym razem?
Oboje pojmowali wzniosłość tej chwili.
Nie mogła widzieć jego skinięcia, nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy, lecz nie miała problemu z wyobrażeniem sobie emocji, które musiały się na niej malować. Przecież i on musiał być pod jego czarem, i on musiał oddawać hołd jego niezaprzeczalnemu pięknu. Tym mocniej musiał odczuwać niemoc z powodu tej nieznanej przypadłości, która z każdym kolejnym dniem przybliżała Devaughna do śmierci. Ile oddałby za to, by utrzymać go przy życiu?
Nie mogła wiedzieć, jak inne albiony wyglądały z bliska, jednakże ten - niewielki jak na smoka, chorowity, męczony przez tę przeklętą chorobę - poruszył jej serce w wyjątkowy sposób. Dlatego gdy posłyszała odpowiedź Tristana, trudno było jej ukryć ukłucie bólu; jest jeszcze trochę czasu? nie zobaczą go dziś przytomnego? Była zawiedziona - nie chciała odchodzić nim nie zobaczy go w pełnej okazałości, nim nie spojrzy w te piękne, rozumne oczy... Lecz wiedziała, że Tristan miał rację, że Tristan znał się na tym najlepiej.
Jedną z dłoni złożyła na jego ścisłym uścisku, nie próbowała go jednak rozluźniać; miast tego pogładziła lekko i obróciła delikatnie swe lico tak, by móc spojrzeć ku niemu kątem oka - a przy tym nie wystraszyć go nagłym poruszeniem.
- Rozumiem - odpowiedziała cicho, nie potrafiąc ukryć czającego się w jej głosie zawodu, ale i smutku; przed oczyma od razu stanął jej obraz zdenerwowanego, zagubionego smoka, który nie dość, że cierpiał z powodu tej choroby, to jeszcze przez zamknięcie, ograniczenie jego wolności. - Mogę zobaczyć go za kilka dni? To nie będzie problem? - zapytała jednak tuż po tym, jak mężczyzna umilkł, wyraźnie zainteresowana, z nadzieją. Choć mogła to być jedynie grzecznościowa propozycja, nie chciała tego przyjąć do wiadomości.
- Poczytam w tym czasie o... O przypadłościach, na które mogą cierpieć magiczne stworzenia. Może jakieś najnowsze badania wspominają o tego typu objawach... - urwała, nie chcąc mówić zbyt wiele, nie chcąc pogłębiać jego smutku. Nie zamierzała jednak pozostać bierną, nie mogła pozwolić mu umrzeć.
Złożyła na policzku Tristana krótki pocałunek, by następnie oprzeć się o jego klatkę piersiową plecami i powrócić wzrokiem do spoczywającego za szybą smoka. Westchnęła.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   28.04.16 2:35

Uśmiech przemknął przez jego twarz, kiedy złożyła dłoń na jego dłoni, delikatnie, czyżby czule? zaczarowana wyjątkowym momentem. Przebijała się przez nią wrażliwość, wrażliwość wobec prastarej magii, ale i piękna, jakie bez wątpienia biło od młodego smoka o skrzącej srebrem łusce. Doceniała nawet doniosłość tej chwili, pozornie nic nie znaczącej dla nich, w rzeczywistości przełomowej dla samego Devaughna, przyzwyczajonego do wolności, a schwytanego w potrzask  - tylko dla jego dobra.
Nie patrzył jednak już na niego, kiedy Evandra odwróciła ku niemu wzrok, Tristan patrzył już tylko w jej szafirowe tęczówki. Nie odjął dłoni od jej usztywnionej talii. Uśmiech powrócił, subtelnie, powoli wyginając jego usta, naprawdę chciała go zobaczyć? W jej oczach iskrzyła fascynacja, czyżby naprawdę spodobało jej się to miejsce? Dlaczego miałoby nie - wyczuwała przecież tę pradawną magię wibrującą w powietrzu tak pięknie, jak struny jej syreniej harfy. Pokręcił przecząco głową, nie, to nie był żaden problem.
- Jeśli tylko tego pragniesz - obiecał, nie odejmując spojrzenia; jej reakcja przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Nie sądził, że to miejsce porwie ją swoim urokiem, ją, jego eteryczną półwilę. Ona jednak mówiła coś więcej, mówiła, że chce tutaj pomóc, poczytać, poszukać informacji w księgach. Była uzdolnioną alchemiczką, przekonał się o tym niejeden raz, miała również podstawy uzdrowicielskie. Naprawdę chciała przeznaczyć swój czas i energię na Devaughna?
- Zebrałem próbkę z rany do badań - W laboratorium i tak nie pracował aktualnie nikt dość kompetentny, aby się tym zająć. - Mogę ją dać tobie. - Jeśli tylko tego chcesz, bo grzebanie w starej ropie nie należy do najprzyjemniejszych zadań, najdroższa. Ale przecież Evandra dobrze o tym wiedziała - wiedziała i mimo to proponowała pomoc. Zmrużył oczy, kiedy przybliżyła doń swoje usta, składając na jego policzku pocałunek; poczuł dotyk jej delikatnych złotych włosów, poczuł kwiatowy zapach perfum. Coraz mocniej pachniała różami. Dał jej oparcie, kiedy powróciła do pierwotnej pozycji i wsparła się na jego klatce piersiowej; nie wypuszczał z rąk jej wątłej talii, zupełnie jakby się obawiał, że bez tego Evandra straci równowagę; zanurzył usta w jedwabiu jej złocistej fryzury. Wyczuwał nieznośne napięcie, dreszcz mrowiący skórę i oddech nachalnie zbyt szybki. Przymknął oczy.
- Chodźmy  - szepnął do jej ucha po dłuższej chwili, nie odejmując dłoni od jej talii otaczając jej plecy silnym ramieniem, by wyprowadzić ją z terrariów - a potem wraz z nią opuścić rezerwat.

[zt x2]




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown



Ostatnio zmieniony przez Tristan Rosier dnia 03.03.17 14:04, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   27.05.16 15:40

2.12.1955

Twardy drewniany stołek był niewygodny. Był niewygodny już wtedy, kiedy na nim siadał, a teraz, kilka godzin później, prawie nie czuł już odrętwienia. Wpatrywał się w czarne oczy Devaughna i nie potrafił odpędzić się od natrętnych myśli jedynie rozbudzających najbardziej ponure obawy: smok opadał z sił, a jego dni zostały już policzone. Jeśli nic nie zrobią, umrze. Kiedy z trudem unosił ciężkie grube powieki, odsłaniając przed Tristanem dogasające ślepia, widział, że z jego źrenic niknął blask i dogasały żywotne do niedawna iskry. Choroba Devaughna pozostawała tajemniczą i bardzo okrutną zagadką. Tristan czuł, że zawodził, odczytywał potężny wyrzut z każdego rzucanego mu przez gada spojrzenie – smoki były inteligentne, czy dość inteligentne, by podopieczny czarodzieja zdawał sobie sprawę z literalnie wszystkiego, co działo się wokół nich? Czy zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno Tristan walczył o jego życie? Mimo całego czasu, jaki spędził w czytelni rezerwatu, nie był w stanie rozpoznać objawów wyniszczających stworzenie. Miał w ręku kilka nieposkładanych elementów, które razem niewątpliwie ułożyłyby obrazek, którego pożądał: brakowało mu jednak wśród nich czegoś ważnego. Czegoś, co musiał w swojej pracy pominąć.
Był smokologiem. Znał się na tych pradawnych gadach, wbrew pozorom wiedział naprawdę sporo o ich biologii, zachowaniach, historii. Potrafił rozpoznać większość znanych chorób, znał na nie lekarstwa, zarówno te naturalne, jak i tworzone przez alchemików. Nie dalej jak trzy dni temu wysłał list – pośpiesznie, kominkiem – do Peru, gdzie w tamtejszych rezerwatach dokształcał się mężczyzna odpowiedzialny za zdrowie gadów przetrzymywanych w Kent. Wyjechał z Dover dłuższy czas temu, prawdopodobnie zupełnie nieświadomy dramatów, jakie zaczęły odgrywać się pod jego nieobecność. Tristan pytał w liście o plany na najbliższą przyszłość, termin powrotu, objaśnił sytuację: wszystko bezskutecznie, nie doczekał się nawet i krótkiej i zdawkowej odpowiedzi. Czy ten człowiek w ogóle zamierzał kiedyś powrócić? A może nie czynił tego z przekory ani głupoty, może miał kłopoty i wydarzyło się coś, co zatrzymało go za oceanem na dłużej? Tristan nie mógł tego wiedzieć, ale musiał przygotować się na każdą ewentualność. Czy to nie był najwyższy czas, by zacząć szukać zastępstwa? Evandra wzięła próbkę, miała się jej przyjrzeć – nie był przekonany do tego pomysłu. Jako jego żona miała naturalnie zostać odpowiednio przyjęta w rezerwacie i przysługiwać jej miały wszelkie przywileje. Ale czy wiedziała dość dużo, żeby sobie poradzić? Była jeszcze bardzo młoda, a Tristan nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej w Kent podobne funkcje pełniły kobiety i choć wierzył w kobiecą ambicję i zacięcie – to w możliwości już niekoniecznie. Czy jednak w tym przypadku miał jakikolwiek wybór? Musiał zdać się na jej opinię, jeśli chciał wykorzystać każdą z dróg, nim będzie za późno. Devaughn zasługiwał na pomoc. A on nie miał już kogo o nią prosić.
Smoczy ogon, zwinięty wzdłuż ciała, leżał bezwładnie, smok miał coraz mniej sił, żeby nim poruszać – wiotczały mu mięśnie. Absolutnie potrzebny był tutaj medyk. Czy nie powinien napisać do Evandry z zapytaniem, czy dokonała swojej analizy? Ukończyła badania? Być może, ale najpierw wyśle kolejny list do Peru – być może tym razem utrzymany  w bardziej karcącym tonie. Medyk z całą pewnością powinien zostać dokładnie powiadomiony o sytuacji, jaka zaistniała w rezerwacie, żeby móc całkowicie świadomie podjąć decyzję odnośnie swojej przyszłości. Potrzebowali go tutaj, musiał o tym wiedzieć. Tym razem postara się, by pod listem znalazł się również podpis jego wuja, pieczęć zarządcy winna zostać odczytana poważniej niż jego prośba.
Od obrzydliwie rozdrapanych ran smoka unosił się nieprzyjemny zapach zgnilizny. Maści, które posiadali, nie chciały na niego działać, musiały zostać ulepszone, zindywidualizowane do przypadku Devaughna. Coś nie tak było w zarządzaniu rezerwatem, jeśli nie byli przygotowani na podobną okazję – i myśl tę Tristan wynotował sobie w głowie, licząc na to, że w niedalekiej przyszłości postara poruszyć się ten temat przy okazji rozmowy z wujem. Lub – że w nieco dalszej przyszłości – dokona tych zmian na własną rękę. To nie powinno działać w ten sposób, by choroba jednego stworzenia absorbowała uwagę na tak długo… a Tristan był jeszcze dość młody, by idealizm nie zdążył całkowicie wywietrzeć z jego głowy.
Dźwignął się z miejsca, zaglądając do wnętrza postawionego nieopodal metalowego wiadra, w którym moczył mięso dla smoka. Leżało właściwie pół dnia, od bladego świtu po to męczące popołudnie, aż przesiąkło odpowiednimi eliksirami. W pierwszej kolejności – wzmacniającymi, łudząc się, że te mikstury jednak dadzą jakiekolwiek efekty. Nie dawały, lecz póki nie miał lepszego pomysłu, wolał robić cokolwiek, aniżeli stać z założonymi rękoma. Do tego dodany został pospolity, często używany w rezerwacie eliksir zwiększający apetyt, poprawiający smak i nakładający lekko uzależniających właściwości na pokarm. Wszystko w nadziei, że Devaughn skusi się na choć kęs – nie wykazał jednak żadnego zainteresowania, kiedy Tristan otworzył drzwiczki terrarium i rzucił płat wołowego udźca na ściółkę w pobliżu jego pyska. Przez chwilę stał w przejściu, pomiędzy wnętrzem terrarium a komnatą, obserwując więżące gada kajdany, stalową obrożę bezlitośnie zaciskającą się na szyi i ciężki łańcuch brzdękający przy każdym jego najlichszym nawet ruchu. Rozszerzające się nozdrza wyczuwające zapach pożywienia, dość obiecujące na początek – lecz na obietnicach zakończyło się po raz kolejny, Devaughn nie ruszył nawet łbem w kierunku pożywienia. Nie był szczęśliwy, tęsknił za wolnością i otwartym niebem. Ale musiał zrozumieć, że wszystkie te ograniczenia poczynione zostały tylko dla jego dobra.
Rozumiesz to, prawda?
Ostrożnym ruchem wyjął z kieszeni szaty maść, po czym lekkomyślnie wszedł w tę sztuczna smoczą jaskinię głębiej.
Nie powinien tego robić tak po prostu, bez uśpienia stworzenia, chroniony jedynie łańcuchami i ognioodporną skórą, z której wykonany został jego strój. Ale Devaughn był słaby. Nie miał siły machnąć ogonem, a co dopiero kłapnąć paszczą, uderzyć skrzydłem, czy przeciąć ostrym jak brzytwa pazurem. Był spokojny, co więcej, dobrze znał samego Tristana. A Tristan - niewątpliwie zbyt pewny swoich umiejętności – wyzbył się lęku już dłuższy czas temu. Pozostawał w ruchach zdroworozsądkowo ostrożny, kiedy zatopił w maści dłoń i przeniósł ją z szacunkiem na szyję smoka, przecierając zaropiałą ranę; smok wzdrygnął się, otrząsnął z bólu, uniósł łeb i zawył żałośnie. Dłoń czarodzieja zastygła w powietrzu, nim ostatni raz musnęła gnijącą ranę – delikatnie, łagodnie i z czułością, której nie miał w sobie dla ludzi. Pokręcił głową, nakładając maść na kolejną z ran, tą pod łuską na grzbiecie, kiedy smok zamachnął się ogonem i uderzył w jego nogi, zwalając Tristana na ziemię. Odezwał się do smoka niezrozumiałym, ale spokojnym szeptem, wspierając się na prawej ręce, by wstać, nie spuszczając przy tym z oka ogona, który, już spokojniejszy, opadł znów obok ciężkiego cielska.
- Przecież nie chcę ci zrobić krzywdy… - szepnął, mocniej zaciskając dłoń na słoiczku, jego serce było przepełnione żalem – ciężko patrzyło się na to, jak wiele bólu Devaughn musiał ostatnio znosić.
Trzecia rana, tylna lewa łapa. Zbliżył się, ale nie zdążył nałożyć maści, kiedy potwór silnym kopnięciem odrzucił go od siebie – Tristan uderzył z łoskotem w zaczarowaną szybę, a przed oczyma zaczęły krążyć mu czarne mroczki. Nie dasz się poskromić, co, bestio?, rzucił w myślach, kiedy smok szarpnął łbem, potrząsając metalową obrożą. Smokolog starał się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, żeby nie sprowokować bardziej rozsierdzonego gada. Czuł serce łopoczące w gardle, nabrał w płuca powietrza, zapominając go wypuścić;  niechętnie spojrzał na rozlany słoiczek, po czym, ignorując ból palący w plecach, ostrożnie wycofał się do wyjścia z terrarium, zatrzaskując jego drzwi… dopiero teraz odetchnąwszy z ulgą.
- Nie powinieneś być tak nieostrożny, Tristanie – usłyszał zza pleców znajomy głos, który równie dobrze mógł być głosem jego sumienia. Nie powinien, to prawda.
- Wuju – powitał go, powoli odwracając się w kierunku krewnego. Z właściwym mu szacunkiem, był nie tylko jego bratankiem, ale i w tym momencie – podwładnym. W jego głosie pobrzmiewała lekka skrucha, ale i złość, że został nakryty akurat w momencie wykazywania, cóż, niekompetencji. Nie wytrzymawszy bólu potłuczonego ciała, wsparł się o szklaną ścianę terrarium, stając przed wujem nazbyt niechlujnie. Medyk powinien go obejrzeć, ale nie chciał zdradzić przed starszym krewnym słabości – nawet, jeśli była tak oczywista. Wuj zaś zdawał się tę przypadłość szanować i ani nie skomentował jego postawy, ani nie zatroszczył się jego stanem.
- Przyszedłem zobaczyć, jak trzyma się twój pupil – odparł, nie patrząc na bratanka, a na szamoczącego się w terrarium smoka, który wyraźnie usiłował zionąć ogniem w dzielącą ich szybę – bezskutecznie, od kilku tygodni nie potrafił wykrzesać z pyska ognia. – Ale to, co ujrzałem, to mniej, niż moje najśmielsze nadzieje. – Niewątpliwie miał rację, po Devuaghnie nie widać było poprawy, a Tristan poczuł ukłucie winy; czy nie oczekiwano od niego, że, tak jak się zobowiązał, doprowadzi smoka do zdrowia?
- Wciąż nad tym pracuję – powiedział bez przekonania, obserwując wuja zbliżającego się do szyi, jego twarz zdobiło zmartwienie, wyraźnie coś go trapiło. Troska, wszyscy martwili się o Devaughna. I wszyscy woleliby go widzieć w pełni sił, znów szybującego na tle błękitnego nieba.
- Przestaniesz, Tristanie.
Myśli wirowały szybko, przytłaczając go ciężarem niedomówień, pracował zbyt wolno? Być może, ale robił tyle, ile się dało – tak szybko, jak szybko się dało. Spędzał dnie i noce w bibliotece – być może, być może miał zwyczajnie zbyt małe doświadczenie. Być może potrzebował większej wiedzy, większego wyczucia i większej spostrzegawczości w doglądaniu ran gada. Ale nie miał go – i musiał sobie poradzić z zasobami, którymi dysponował. Zawsze słuchał bardziej doświadczonych, stąd i wuja pytał o radę – ale ten nie potrafił mu udzielić żadnej odpowiedzi. Devaughna albo trapiła choroba, która nie została przez nikogo opisana, albo objawy były zbyt nietypowe, by ktokolwiek w rezerwacie był w stanie je zidentyfikować. Bez zrozumienia spojrzał na wuja, wyczekując kontynuacji myśli.
- Devaughn cierpi, a jego cierpienia donikąd nie prowadzą. – Usłyszał. – Spójrz na niego. Nie tylko utracił dawną chwałę, on nie ma już sił, żeby żyć. Dzień po dniu gnije od środka, a owrzodzenia nie pozwalają mu zapomnieć o bólu. Stracił ogień. Stracił blask w oczach. Coraz trudniej z nim współpracować.
Tristan utkwił spojrzenie w rozkojarzonych ślepiach gada, wykorzystując krótką chwilę, w której nie wgryzał się we własne ciało.
- Gdyby nie było w nim woli życia, dawno temu by mnie zabił – odparł gorzko, przenosząc spojrzenie na wuja. Bo przecież wiedział. Wiedział na pewno, po co Tristan wchodził do jego terrarium i co próbował osiągnąć, racząc go kolejnymi maściami. Devaughn może i zawsze był słaby, ale zawsze miał też nadzwyczajną bystrość błyszczącą w oku.
- Chcemy na to czekać? – Usłyszał w odpowiedzi, Tristan nie odpowiedział. Zamilkł, odrzucając od siebie kołaczące myśli, wzburzenie zmieszane ze złością i irracjonalny lęk, pytanie krewnego spadło na niego jak orzeźwiający kubeł zimnej wody. Naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wiele dotąd ryzykował? – Napisałem list do Ministerstwa. – Słuchał dalej, choć uszom nie chciał wierzyć. -  Chcę, żeby przysłali kata i skrócili jego cierpienia. Ale jeszcze go nie wysłałem.
- Dlaczego? – Głos z trudem opuścił jego ściśnięte gardło.
- Chciałem go zobaczyć.
- Daj mi jeszcze trochę czasu – poprosił, bacząc, by jego głos nie zabrzmiał obcesowo. – Oddałem fragmenty tkanek do analizy, wciąż czekam na wyniki. Dowiem się, co mu jest.  – Nie zraziło go westchnienie. – To młody Albion, jest ich wystarczająco niewiele, żeby nie narażać na śmierć kolejnych. Nasze dziedzictwo. Daj nam szansę. – Czy po to tak długo nad tym pracował, żeby tak po prostu porzucić swoje starania? Zdążył pokochać tego smoka. Przywiązał się do swojego podopiecznego, czuł się za niego odpowiedzialny. I czuł, że go zawodził. Obserwował twarz wuja odbitą w zaczarowanej szybie terrarium gada, jej wyraz pozostawał nieodgadnięty. Minęła dłuższa, ciągnącą się jak eony chwila, nim starzec przemówił:
- Miesiąc, nie więcej – zadecydował, odwracając się w kierunku Tristana. – Zabierz naczynie z wnętrza terrarium zanim stąd wyjdziesz – polecił na odchodne. – Specyfik w dużej dawce może okazać się niezwykle toksyczny. – Ich spojrzenia się zetknęły, Tristan skinął z szacunkiem głową, jednocześnie przytakując jego słowom, dziękując za nie i żegnając wuja. Stukot jego kroków jeszcze chwilę dźwięczał głuchym echem po korytarzu wiodącym przez smocze terraria. Odczekał chwilę, uspokajając galopujące myśli, nim kijem ściągnął ku sobie porzucony słoiczek i odszedł – prosto do sowiarni.


[zt]




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   30.03.17 3:50

04.04.

u ciebie słychać, Devaughnie?
W ostatnim miesiącu marniał w oczach szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wyglądał jak szkielet, na którym wisiała skóra; cień dawnej majestatycznej bestii, którą przecież był w każdym calu, pozbawiony mięśni i siły, z której jako młody smok słynął pomimo o tak niewielkich gabarytów. Z pyska ledwie toczył się czarny dym, dawno już nie miał w sobie ognia. Zaropiałe ślepia niechętnie się ku niemu zwróciły, kiedy Tristan pojawił się na widoku. Kikuty skrzydeł uderzyły w powietrze, zbyt słabe, by wzniecić choćby powiew wiatru. Tak naprawdę mogli go wyjąć z klatki, był tak mocno osłabiony, że nie skrzywdziłby nawet muchy. Być może dobrze zrobiłoby mu świeże powietrze - ale nie mógł na nie wyjść, jako zabiedzony, bezsilny i, musiał to wreszcie przyznać, umierający, stanowił jedynie łakomy kąsek dla swoich gadzich braci. Bez trudu go zabiją w walce o terytorium, był najsłabszym samcem - o wiele słabszym od wszystkich pozostałych. Ofiarą idealną.
Nic się nie martw, Devaughn, przecież cię im nie oddamy.
Zawył z bólem - cierpiał. Być może wuj miał rację i już dłuższy czas temu należało wezwać kata, który ukróciłby jego cierpienia. Być może, ale wuj nie mógł już o tym zadecydować: teraz rezerwat był królestwem Tristana. A on na to nie pozwolił. Przypadek Devaughna był wszak wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju i niepokojący, jeśli na jego chorobę zaczną cierpieć inne smoki, w przeciągu kilku miesięcy mogłaby paść cała ich populacja. Musiał wiedzieć, czy to możliwe - właśnie dlatego trzymał w dłoniach małe smoczę. Na tyle małe, że nie będzie w stanie zrobić Devaughnowi krzywdy, bez zawahania odchylił drzwiczki klatki smoka - i wszedł do środka razem ze smoczęciem, wypuszczając go na miękką ściółkę. Dotąd w rezerwacie nie zaobserwowano drugiego przypadku zachorowania na tę dziwną przypadłość, ale, cóż, bez empirycznych dowodów nie dało się stwierdzić, czy była to zasługa szybkiej kwarantanny, czy choroba rzeczywiście nie była zakaźna. Nie był to najbardziej udany eksperyment, zmiennych mogło być wszak wiele więcej, również tych niedostrzeganych przez Tristana - ale lepszy taki niż żaden. Mały smok był tej samej płci i rasy, różnił się wiekiem i miotem. I zapewne wieloma innymi cechami, wśród których trudno było odnaleźć tę jedną znaczącą - tak długo, jak długo nie potrafili wskazać przyczyny choroby. Czy działalność mugoli naprawdę mogła do tego doprowadzić?
Położył dłoń na smoczym pysku, nie chciał nawet zgadywać, czy został w nim choć jeden ząb: smok tak czy inaczej był zbyt słaby, by rozdziawić paszczę w sposób jakkolwiek zagrażający. Objął go spojrzeniem, bez zaskoczenia stwierdzając, że z dnia na dzień - gad zaczynał się rozpadać. Początkowo przebiegało to powoli, ale z czasem przybierało na sile - i dziś pędziło szalonym tempem. Obszedł go, oglądając grzbiet, znał linię tych ran na pamięć. Wczoraj na jego ciele ropiały trzy wrzody mniej: wszystko przybierało na sile i zdawało się pędzić ku nieuchronnemu. Musiał przejrzeć wszystkie swoje notatki jeszcze raz. Musiał więcej nad nim pracować. Musieli odnieść sukces. Evandra próbowała opracować lekarstwo, a on próbował utrzymać Devaughna przy życiu. Nic się nie martw, przyjacielu, mamy przecież trop, który nie może prowadzić donikąd. Musisz tylko dożyć - choć wiem, że to będzie trudne.
Z westchnieniem wysunął z kieszeni szaty słoiczek z maścią na wzmocnienie; Evandra poświęcała się tej sprawie całą sobą i ważyła dla niego, dzień po dniu, coraz to silniejsze mikstury. Zanurzył dłoń w gęstej kleistej mazi, po czym przetarł nią ranę; smok zawył żałośnie, dłoń Tristana drgnęła; cofnął ją ostrożnie, kiedy ogon smoka zatańczył w powietrzu. Z bólu, w konwulsji, nie w kontrolowanym geście; fakt ten równocześnie uspokoił go i zasmucił. Smoki, relikty dawnych czasów, były stworzeniami, które nierozerwalnie wiązały się z jego dziedzictwem. Musiał go chronić. Kiedy Devaughn się uspokoił, podszedł ku jego ciału jeszcze raz, zdecydowanym ruchem smarując kolejne obrzydliwe rany, szmatą trzymaną w drugiej dłoni ścierając popękaną pod wpływem maści ropę. Smok nie miał już siły nawet wyć.
Jeszcze tylko kilka dni, tyle nam wystarczy. Wytrzymasz.

zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown



Ostatnio zmieniony przez Tristan Rosier dnia 30.03.17 3:56, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   30.03.17 3:50

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : rzut kością


'k100' : 11


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   12.04.17 2:04

07.04.

Evandra przygotowała eliksir wzmacniający. I lek - już ostateczny, który wciąż jednak dojrzewał. Tristan stał przed terrarium z dogorywającym Devaughnem - wyglądał jak cień dawnego siebie - mizernym, żałosnym, wychudzonym; przylegał do podłogi jak wytrzepany dywan, jak skóra z gada, bydlęcia, jak gobelin na ścianie: on, dumny smok, leżał przed nim bez życia, położony na pysk. Był to smutny widok, stworzenia takie jak to - nie powinny dogorywać w taki sposób. W piwnicach starego laboratorium, jako obiekt badań naukowych, które być może - ale nie na pewno  - uratują go przed niechybną bolesną i powolną śmiercią. W imię nauki, dla wszystkich, którzy mogą zostać zmorzeni podobną przypadłością. Czysto hipotetycznie, bo przecież nawet nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Błądzili jak we mgle, wierząc, że znajdowali się coraz bliżej celu, choć tak naprawdę ów cel lokalizowali jedynie intuicyjnie. Na wiarę - że pozostało tylko wyciągnąć rękę.
Miał przy sobie dwie fiolki, błękitna zawierała eliksir wzmacniający, który miał dodać mu energii. Przedłużyć tę mękę, zachować przy życiu - wegetacji - tak jak trwał przy niej już od miesięcy. Druga, czerwona, zawierała prototyp leku, pierwszą dawkę. Czas spróbować, drogi Devaguhnie. Wóz albo przewóz, ale jeśli to nie zadziała - to pewnie już nic nie pomoże.
Westchnął, otwierając drzwi prowadzące do środka, właściwie nie musiał zachowywać już jakichkolwiek środków ostrożności, smok był zbyt słaby, żeby stanowił jakiekolwiek zagrożenie. Nie miał w pysku ognia, jego pazury były słabe i połamane, zęby pokruszone, ogon leżał bezwładnie, jakby wcale nie miał w nim czucia. Zaczynał mieć wyrzuty sumienia - cała ta sytuacja była dla gada jedynie męczarnią, którą faktycznie mogłaby ukrócić jedynie śmierć. Zatrzasnął za sobą drzwiczki, odnajdując wzrokiem smocze dziecię, które zostawił tu przed paroma dniami - młode i pełne wigoru, choć przygnębione bliskością jeszcze nie umarłej bestii. Podszedł bliżej, unosząc smoczę za ogon do góry - przerażone, czarne ślepia wbiły się prosto w niego, kiedy jaszczur jął wić się na boki; pozycja nie była wygodna, ale Tristanowi nie zależało na jego wygodzie. Podstawił młodemu drugą dłoń, którą to mogło złapać pazurkami i wspiąć się po niej, dokładnie i ze wszystkich stron oglądając w tym czasie skórę pokrytą łuskami. Tego stworzenia też mu było żal - świadomie i z premedytacją naraził je na zarażenie. Ale wierzył, że działali w wyższym celu: że to wszystko do czegoś prowadziło, że pojawią się efekty, których nie pożałują i po których ślad - już na zawsze pozostanie w rezerwacie. Na szczęście, tak dla jego sumienia, jak i dla młodego smoka, jego skóra wydawała się być pozbawiona przebarwień. Nie mieli informacji o tym, po jakim czasie od zarażenia mogły pojawiać się pierwsze objawy - co znacznie utrudniało jakąkolwiek obserwację - ale to bez znaczenia; mógł z całą pewnością stwierdzić w tym momencie, że choroba nie rozprzestrzeniała się szybko. A to już coś - jeśli żadne objawy nie wystąpią, mogłoby się okazać, że zabranie Devaughna z tej klitki okazałoby się dla niego zbawienne. Ciemność i mała przestrzeń tylko pogarszały sprawę, smok musiał się czuć przytłoczony. Nieszczęśliwy. Tęsknił za wolnością, nie trzeba się było nawet znać na smokach, żeby o tym wiedzieć.
Namoczył szmatkę eliksirem wzmacniającym, po czym zbliżył się do jego nieruchomego ciała - od dłuższego czasu nie chciał od nich nic przyjmować, najprostsza droga zaaplikowania wiodła przez otwarte rany. Za radą Evandry powoli zaczął aplikować wzmacniające serum; wolna dłoń powędrowała na szyję bestii - gładząc ją uspokajająco. Jeszcze tylko trochę, to parę ostatnich kroków. Przeżyjesz - lub nie - ale damy ci już spokój.
Bo mieli wreszcie lek. Jeden jedyny. Stworzyli go, idąc na oślep za objawami, których wciąż nie rozumieli. Ale mieli go: jeden jedyny. Innego już nie będzie, nie zdążą. Evandra twierdziła, że składniki zaklęte w tej małej fiolce mogły uwolnić smoka od tego koszmaru; Tristan miał szczerą nadzieję - że miała rację. Że się nie myliła. Że wiedziała, co robiła - wierzył w to zresztą. Ten musiał jednak wziąć do pyska. Przesunął dłoń wzdłuż szyi aż do pyska, przez suchą skórę odnajdując rozmiękłe dziąsło i nacisnął na nie z cała mocą - ze smoczego gardła wydobył się pisk, Devaughn rozwarł paszczę - a Tristan wlał do niej zawartość fiolki.
Pierwsza dawka, niech się dzieje, co chce.

/zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   12.04.17 2:04

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : rzut kością


'k100' : 28


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   14.04.17 3:24

09.04.

Zabrał już z tej klatki smoczę, to nie miało sensu. Małe tylko się tutaj męczyło - i nie nosiło żadnych śladów zakażeń. Oddał je matce, na świeżym powietrzu, wśród zarośli, wyżej ponad głębokie, ciemne piwnice, gdzie mogło rozwijać się bez przeszkód. Nie do końca go to cieszyło, Devaughn lepiej czuł się w towarzystwie smoczęcia niż sam. Ale nikt nie wiedział, ile minie, zanim Devaughn umrze - wskazówki zegara tykały, nie mógł pozwolić zabrać mu za sobą większej ilości ofiar.
Zastanawiał się- czy ten lek działał. Evandra uprzedzała, że od jego aplikacji do osiągnięcia efektów może minąć nieco czasu, ale ile to było - nieco? Żadne z nich nie mogło tego wiedzieć, przecierali wszakże szlaki, szukali rozwiązania na coś, czego nikt dotąd nie rozwiązał. Poruszali się na ślepo w nieznanym sobie dotąd labiryncie nauki, magizoologi, na pograniczu etyki: nieustannie szarpani wątpliwościami, czy właściwie mieli prawo narażać na całe to cierpienie samego Devaughna. Eliksir wzmacniający miał już funkcję głównie podtrzymywania życia, nie dodawał mu energii: sprawiał, że resztki, które wciąż posiadał, jeszcze nie zepchnęły go za granicę śmiertelności. Jego łuski były poszarpane, przerzedzone, jego spojrzenie puste, nawet już nie wył. Nie miał na to sił - popiskiwał bez otwierania pyska, czasem prychając przy tym czarną sadzą. Tristan już wcale nie dbał przy nim o środki ostrożności, nie tylko nie domknął za sobą klatki, ale nie miał na sobie nawet płaszcza przeciwogniowego, a nie licząc wysokich cholew eleganckich butów i ciężkich rękawic owlekających jego dłonie, nie miał na sobie nawet nic skórzanego; miał na sobie czarną czarodziejską szatę przyozdobioną złotym haftem na piersi. Z westchnieniem przykucnął przy smoku, odkąd wszedł do środka, gad nie poruszył się nawet o cal - co budziło nieustanny niepokój. Położył dłoń na grdyce, odnajdując ją, przybitą ciężkim cielskiem, wyraźnie wyczuwając oddech.
- Poradzisz sobie... - szepnął, choć smok przecież nie mógł go usłyszeć; szepnął, choć nie wierzył w sens własnych słów. Wiara w ich wspólny sukces upadała z każdym kolejnym dniem. Przygładził smoczą szyję, subtelnie, delikatnie, omijając ropnie, które wcale nie ustępowały. W końcu - bestia otworzyła jedno oko, przeciągnąć wzrokiem za ruchem jego dłoni.
Czas na kolejną dawkę eliksiru: oby nie ostatnią. Drugą - póki co. Evandra mówiła, że mogą się spodziewać początkowego pozornego braku działania; że lek potrzebuje czasu z przyczyn, których on sam nie rozumiał i rozumieć nie musiał. Zmełł w dłoniach martwego puszka pigmejskiego, nasączył jego futro eliksirem; coraz trudniej było mu wmusić w Devaughna cokolwiek - mieszanie leku z przysmakami wydawało się jedynym rozsądnym wyjściem. Podsunął go pod nozdrza smoka - poruszył nimi w zaciekawieniu, po czym rozwarł paszczę, łykając przygotowany pokarm. To wcale nie było niebezpieczne. Choćby chciał, Devaughn nie miał dość sił, by skrzywdzić go w jakikolwiek sposób. Kiedy tylko zamknął paszczę, naparł na nią ramieniem, przygważdżając mocniej do posadzki klatki; nie mógł pozwolić mu jej otworzyć. Nie mógł pozwolić mu wypluć pufka - który smakować miał przecież nieco inaczej, niż jego pupil się spodziewał. Wsunął wolną dłoń pod jego szyję i przygładził ją raz jeszcze, zmuszając go do połknięcia darowanego przysmaku -i ignorując obrażony pomruk. To dla twojego dobra, kiedyś to zrozumiesz. Jeśli tylko zdążysz.
Otrzepał się ze śliny, która chlapnęła na niego w momencie smoczego kłapnięcia, podniósł się i z wolna wycofał  - znów zostawiając go samego.
Jeszcze tylko trochę. / zt




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown



Ostatnio zmieniony przez Tristan Rosier dnia 14.04.17 3:25, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   14.04.17 3:24

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : rzut kością


'k100' : 32


Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu /chwilowy urlop zdrowotny
24
Szlachetna
Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
1
10
11
12
1
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Terrarium   14.04.17 13:34

|? kwietnia

Rodzina, nawet ta dalsza, była dla Estelle od zawsze bardzo ważna. Chociaż czasami udawała, że nie interesuje się jej losami, tak niemal zawsze była zaznajomiona tym co się działo w ich życiach - oczywiście na tyle, na ile miała możliwość. Tego poranka jednak zainteresowała się swoim ukochanym kuzynem, z którym nie widziała się już dość dawno. Wiedziała, że umówienie się z Tristanem graniczyło z cudem, bo przecież każde z nich miało swoje zajęcia i prace, której z wielkim namaszczeniem się poświęcali, lecz jej częściowo już skamieniałe przez staropanieństwo serduszko zdążyło zatęsknić za Rosierem. Uznała więc, że sama go odwiedzi w rezerwacie, bez uprzedniego proszenia się. Istniała bowiem spora szansa, że przemknie jej gdzieś pomiędzy obserwatorium a terrariami, do których każdorazowo znajdując się w tym miejscu, próbowała się dostać. Naturalnie, z marnym skutkiem. Nie rozumiała też dlaczego jej kuzyn był tak obojętny na proszenia i niemal dziecięce błagania, by wreszcie, potajemnie, mogła pooglądać jakiegoś smoka z bliska, a najlepiej nie przez szybę. Kto jak kto, ale Tristan już dawno wiedział, że Estelle żywi wyjątkowe uczucia do tych stworzeń a jako kobieta, cóż, nie mogła się nimi zajmować. Odkąd sięgała pamięcią zawsze był narażony na serię kilkuset pytań z strony Slughornówny, częściowo powtarzających się, jednak znosił ją z anielską cierpliwością, co tylko potęgowało jej upór. Co miała poradzić na to, że zbrzydły jednorożce, koty i puszki pigmejskie?
Gdy znalazła się w okolicy terrariów przystanęła zmęczona długim marszem. Coraz bardziej skłaniała się ku temu, że zmarnowała czas, bo nie odnalazła ani Evelyn, ani Tristana, który zdążył zapewne uciec przed nią kilka razy. Wyraźnie zrezygnowana zerknęła na krzaczek róży, opierając się ostrożnie bokiem o szklane drzwi.



Powrót do góry Go down
 

Terrarium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 6Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17