Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Terrarium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Terrarium   19.01.16 20:10

First topic message reminder :

Terrarium

Zdobione przeszklone drzwi osadzone w ozdobnym metalowym stelażu prowadzą do terrarium wewnątrz rezerwatu, gdzie chowane są osobniki słabsze, chore, stare lub z innych względów niezdolne do życia na wolności, często również smoczęta. Drzwi obłożone są podobnymi zaklęciami, co wrota wejściowe - nie otwierają się przed czarodziejami, którzy nie są powołani do przejścia. Po minięciu krótkiego korytarza napotyka się kolejną identyczną barierę - wszystko ze względu na bezpieczeństwo ośrodka. Za drugimi drzwiami zapach siarki uderza bardzo mocno i może być trudny dla osób, które nie są do niego przyzwyczajone.
Terrarium dzieli się na kilka części, niektóre z osobników mają więcej przestrzeni dla siebie, inne mniej, jedne z różnych względów są izolowane, inne przetrzymuje się parami. Nieopodal znajduje się również inkubatorium dla porzuconych jaj.
Na gabinet nałożone jest zaklęcie Muffliato.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   25.04.17 9:24

02.04

Ewidentnie wstał dzisiaj lewą nogą; odkąd tylko pojawił się na terenie rezerwatu, wszystko było nie tak, jak powinno. Zaalarmowano go, że Devaughn stracił puls; nic bardziej mylnego - smok wciąż żył, choć rzeczywiście oznaki tego życia wydawały się coraz słabiej wyczuwalne. Jerry zapomniał o bardzo ważnej nocie dyplomatycznej, którą należało wystosować do chińskiego rezerwatu, z którym mieli nawiązać współpracę, a stary Olgierd dał sobie - przez nieuwagę - odgryźć spory kawałek ramienia, przez co nie zobaczy go przy smokach pewnie przynajmniej przez miesiąc. Dopiero się uczył - jak wprawić w bicie klejnot będący sercem tego miejsca; dotychczas jedynie asystując bardziej doświadczonego wuja miał, owszem, styczność z tymi problemami, ale nie musiał podejmować brzemiennych w skutkach decyzji, które miały swoje - nieraz bolesne - konsekwencje. Dopiero się uczył: jak z fragmentów poskładać całość, która okaże się płynącym obrazem. Właśnie zmierzał do terrarium chorego Devaughna, z fiolką skrzącego błękitnego eliksiru w dłoni, który miał mu dodać sił - kiedy kątem oka dostrzegł kuzynkę.
- Estelle - powitał ją z oddali, poznawszy ją, choć stała do niego tyłem; być może pomyliłby ją z Evelyn, gdyby nie widział się z jej młodszą siostrą przed ledwie momentem. Oprócz potomkiń Slughornów w rezerwacie bywały jeszcze dwie kobiety jako goście - i obie miały włosy jasne jak pszenica. Nadchodził ku niej szybkim, zamaszystym krokiem; elegancką czarodziejską szatę złożoną z długich spodni i czarnego kaftana przeszytego srebrną nicią zdobiły elementy ochronne - wysokie cholewy butów, grube rękawice, płaszcz  - wykonane ze smoczej skóry doskonale chroniącej przed ogniem. Po drodze do arystokratki zsunął z dłoni owe rękawice, chwytając obie w lewą dłoń i dopiero, gdy dzieliło ich tylko kilka kroków, skłonił się przed nią dwornie. - Cóż za niespodzianka - Wygiął usta w uśmiechu, odnajdując spojrzeniem jej błyszczące źrenice. - Czemu zawdzięczam tę niecodzienną wizytę? - Lubiła smoki, to wiedział. I powinna trzymać się od nich z daleka: to wiedział równie dobrze. Ziejące ogniem gady nie przypominały puszków pigmejskich, nie były zwierzątkami domowymi i mimo wszystko nie do końca bez powodu zostały zamknięte w rezerwacie. Jej bezpieczeństwo nie było żartem.

[bylobrzydkobedzieladnie]




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown



Ostatnio zmieniony przez Tristan Rosier dnia 11.05.17 4:17, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu /chwilowy urlop zdrowotny
24
Szlachetna
Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
1
10
11
12
1
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Terrarium   29.04.17 0:00

Usłyszała kroki dochodzące zza jej pleców - w zasadzie chyba tylko głuchy by ich nie usłyszał i nie rozpoznał charakterystycznego dla Tristana zamaszystego chodu. Kiedy tupot wcale nie tak małych stóp znalazł się blisko niej, lady Slughorn odwróciła się przez ramię z wykrzywionymi w delikatnym uśmiechu bladoróżowymi wargami. Wyglądała trochę bladziej niż zwykle, a ciemna suknia wcale nie maskowała tego efektu, dodatkowo niezbyt korzystnie go podkreślając.
- Tristanie, zmartwiłam się brakiem informacji od ciebie - odparła, zerkając kątem oka na fiolkę znajdującą się w jego dłoni; mogła jedynie domniemywać czym był ów eliksir i komu zamierzał go podać. Ten fakt spowodował, że na tyle jej głowy pojawiła się mała nadzieja na to, że wreszcie kuzyn ugnie się pod uporem i prośbami i być może pozwoli jej chociaż z daleka pooglądać małe smoki w inkubatorach. Przecież nie prosiła go o przejażdżkę na wielkim Albionie!
- Dlatego postanowiłam cię odwiedzić. Nie przeszkadzam? - już chciała zacząć charakterystyczne dla siebie i w ich relacji wiercenie dziury w brzuchu, ale uznała, że to jeszcze może poczekać. Naprawdę zaczęła martwić się nieobecnością Rosiera i systematycznym zapominalstwem objawiającym się nieodpisywaniem na jej listy, chociaż zauważyła, że w kręgu rodzinnym znikanie było dość popularnym zjawiskiem w ostatnim czasie. Auriga przepadła, z kolei Evelyn i nawet sama Estelle chowały się przed światem w swoich zakurzonych pracowniach. Miała wrażenie, że to właśnie przez jej zawód szansa na ożenek oddalała się z każdym dniem, jednak nie chciała jej porzucać. Za punkt honoru w końcu objęła sobie wynalezienie złotego środka na jedną z chorób genetycznych i kto wie, może los zapisał jej powodzenie? Wierzyła w to, że się uda. Musiała tylko przekonać innych do swojej wiary.
- Nie wyglądasz na zadowolonego, coś się stało? - spytała, dostrzegając skwaszony grymas na jego twarzy. Być może gdyby nie znała go tak długo, to nie zwróciłaby na to uwagi. Być może nawet nie zainteresowałaby się powodem tego humoru, ale dbała o swoich bliskich i pomagała im, jeśli tylko mogła. Wlepiła wyczekujące spojrzenie w twarz Tristana, oczekując odpowiedzi; to spojrzenie, które nie zadowoli się zdawkową odpowiedzią.





better never means better for everyone. it always means worse for some.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   04.05.17 12:00

Westchnął cicho; te kilka dni, które spędził, osłabiony, w łóżku, nie przynosiły mu chluby. Nie miał pojęcia, co działo się w trakcie nich - wciąż nie przejrzał wszystkich listów, jakie w tym czasie dostał, skupiając się na nadgonieniu rodowych obowiązków w pierwszej kolejności. Okres po próbie, która wyssała z niego wszystkie siły, spędził na szczęście pod czułą opieką żony, która zachowała jego sekrety dla siebie i zapewniła mu dyskrecję, która nie wyszła poza jego sypialnię. Wciąż był bledszy niż zwykle, a pod jego oczami malowały się zmęczone cienie; bardziej zdziwił go jednak zabiedzony stan kuzynki.
- Wybacz - odparł bez chwili namysłu, mocniej wiedziony etykietą aniżeli faktyczną skruchą. Siła wyższa, miał na głowie zbyt wiele spraw znacznie istotniejszych niż towarzyskie spotkania. - Ależ skąd - dodał równie stanowczo, bo w czym by mu mogła przeszkadzać, w trakcie dnia, podczas jego obowiązków, których natłok zgęstniał z dnia na dzień, a niedawna absencja sprawiała, stos niezałatwionych spraw rósł w nieskończoność. W czym mogłabyś mi przeszkadzać, Estelle?
- Wszystko dobrze - Musiała wiedzieć, że wywiercić mu dziurę w brzuchu było bardzo trudno; poważnymi sprawami nie zwykł dzielić się z młodocianymi kuzynkami, które nie powinny mieć na głowie zbyt wielu trosk, jako delikatne, wiotkie kobiety - znacznie bardziej wolał prowadzić z nimi niezobowiązujące rozmowy. Takie, które ich nie przerastały. Z dala od trosk, nie przyuczone do męskich obowiązków, jego zdaniem nie mogły ich do końca pojąć. Podchwycił jej spojrzenie, odwzajemniając się tym samym - mówiącym: koniec pytań. Szlag, niech będzie, ostatecznie mógł zrobić sobie przerwę - byle krótką. - Jesteś blada, Estelle - zauważył w końcu na głos, z niezadowoleniem, damy były wszak znacznie od mężczyzn delikatniejsze, a wygląd pozostawał ich najsilniejszym atutem: osłabiona fizjonomia nie wróżyła nic dobrego. - Wiesz, że nie powinnaś spędzać tyle czasu w dusznych oparach. - Przywara alchemiczek, były nadambitne. Wszystkie, bez wyjątku. - Chodź - rzucił w końcu krótko, nie pytając wcale, czy miała na to ochotę - wiedział, że miała - odryglowując drzwi do terrarium i niedżentelmeńsko mijając próg jako pierwszy; smoczy rezerwat nie był najlepszym miejscem na wycieczki dam, tutaj naprawdę czaiło się wiele niebezpieczeństw - idąc pierwszy, mógł zareagować w odpowiedniej chwili. Przeszedł kilka kroków korytarzem, wypatrując w dal, lecz wszystko wydawało się w porządku; obejrzał się przez ramię na lady Slughorn, ponaglająco, wciąż ściskając trzymaną fiolkę eliksiru.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu /chwilowy urlop zdrowotny
24
Szlachetna
Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
1
10
11
12
1
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Terrarium   07.05.17 23:13

Najmilszy, nie przesadzajmy! Estelle bynajmniej nie była zabiedzona - z pewnością nie tak, jak kilka lat temu, gdy choroba uaktywniła się po raz pierwszy, przykuwając ją do łóżka na ponad dwa tygodnie. Po prostu była blada, ale w rekompensacie stała się niezwykle żywiołowa, jakby znowu miała piętnaście lat. Paradoksem tego młodocianego entuzjazmu był fakt, że akurat teraz - w tym momencie życia - nie miała powodów do cieszenia się. Dalej nie miała męża, zbliżała się do staropanieństwa, a w dodatku Auriga zaczęła się dziwnie zachowywać, wystawiając ich ród na pośmiewisko, przez co w domu zapanowała nadzwyczaj nerwowa atmosfera, udzielająca się obu panienkom Slughorn.
Drgnęła i rumieniąc się lekko westchnęła, widząc to spojrzenie; spojrzenie, którego nie znosiła i które skutecznie podcinało jej skrzydła, ale jednocześnie sprawiało, że stawała się posłuszna, przynajmniej wobec swojego kuzyna i ojca. W przypadku innych mężczyzn jeszcze nie zdarzyło się, by któryś spróbował wymusić w niej posłuszeństwo i obawiała się swojej reakcji na taką próbę; czasami zapominała o dobrych manierach, etykiecie i tym, że powinna być delikatną i milczącą kobietą.
- Tristanie, doceniam twoją troskę, ale ile razy ci mam powtarzać, żebyś się o mnie nie martwił? - doceniała jego dobroć, nawet jeśli wciąż wynikała z dobrych manier, niż chęci. - Poradzę sobie, jak zwykle - dodała mniej przemyślanie, niż zamierzała, dlatego miała nadzieję, że Tristan nie przyłoży do tych słów większej wagi, niż powinien.
Bez słowa ruszyła za nim uznając, że dopięła swego, chociaż nawet nie zdążyła o nic poprosić. To dało jej do myślenia, że być może coś się faktycznie wydarzyło w życiu jej kuzyna, o czym prawdopodobnie się nie dowie prędko, o ile w ogóle. Nie kontynuowała więc tego tematu, drepcząc w tyle tak szybko, na ile pozwalał jej strój i siła. Chociaż ciężko było powściągnąć kobiecy entuzjazm, jednak zdołała powstrzymać się przed dotykaniem wszystkiego, co pojawiało się w zasięgu jej rąk. Kto jak kto, ale akurat lady Slughorn wiedziała, że znajdując się w takim miejscu najlepiej byłoby przemieszczać się z daleka od potencjalnego zagrożenia; w końcu była alchemikiem, pracującym w szpitalu. Rozumiała więc obawy Tristana przed przyprowadzaniem kogokolwiek spoza pracowników w to miejsce, ale nie miała zamiaru nastręczyć mu trudności. Przecież chciała mu coś udowodnić, a przynajmniej w jej głowie pojawiała się nieodparta chęć pokazania, że już dawno powinien obdarzyć ją większym zaufaniem, niż dotychczas.
- A Evandra? Wszystko w porządku? - och, nie skazuj mnie na milczenie, nie teraz, kiedy ciężko mi być cicho. Powolnym krokiem kierowała się przed siebie, z trudem doganiając swojego kuzyna; jeden jego krok odpowiadał trzem, zrobionych przez nią, ale nie zamierzała za nim biec rozglądając się dookoła. A kiedy przystanęli, zatrzymała się, zerkając niecierpliwie przez kuzynowskie ramię. Widok chorego Devaughna wyraźnie ją zasmucił. - Biedna istotka! Co mu jest? Jest taki kruchy... - być może zadała najgłupsze pytanie z możliwych, jednak nie znała się na smokach. Poza dostrzeżeniem ogólnego osłabienia, nie znała przyczyny.





better never means better for everyone. it always means worse for some.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   11.05.17 3:54

Tristan przykładał wiele wagi do słów, tak swoich, jak i cudzych, wychodząc z założenia, że ludzie raczej nie mówią bez sensu. Każda fraza coś oznaczała, czasem istotną informację, innym razem zagubienie lub znudzenie rozmówcy. Dlatego też  - w oczywisty sposób zwrócił uwagę na słowa Estelle.
- Co znaczy jak zwykle, Estelle? Jeśli to się powtarza zbyt często, powinnaś jak najszybciej trafić pod opiekę uzdrowiciela - stwierdził, bez zawahania, oglądając na nią przez ramię i kontynuując podróż wgłąb zaciemnionych korytarzy szybkim krokiem - nie zatrzymywał się, nie miał na to czasu. Bladość pozostawała nieodłącznym elementem ich krwi - tylko przez białą skórę dało się zauważyć błękitne żyły - lecz dziś kuzynka zdała mu się wyglądać znacznie gorzej niż zwykle. Słabiej - czyżby? Ufał w jej rozsądek na tyle, żeby nie pilnować jej rąk - musiałaby być głupia, żeby wsadzać je w smocze paszcze lub trujące ingrediencje. Był zbyt skupiony na pracy, żeby dostrzec, że niegrzecznie zmusza damę do zbyt szybkiego kroku.
- Najlepszym - przytaknął, choroba młodej lady Rosier pozostawała tematem tabu; Evandra nie godziła się siać plotek poza najbliższą rodzinę, udając doskonałe zdrowie. Nie bardzo miał też chęć opowiadać o tym, jak bardzo gardzi własnym mężem - temat był dość krępujący i mało smaczny. Takich pytań nie zadaje się zresztą, żeby usłyszeć odpowiedź inną, niż: jest wszystko w porządku. Evandra doskonale odnajdowała się jako smocza królowa w rezerwacie - i tyle mu wystarczało, ton jego głosu mógł się wydać niepotrzebnie ostry: chciał urwać tę rozmowę. Znalazłszy się w odpowiedniej nawie, machnięciem różdżki rozpalił świece rzucające blade światła na kilka ustawionych tu terrariów; w znajdującym się tuż przed nimi leżał śpiący smok, wyglądający na bardzo starego, choć w rzeczywistości Devaughn  był zaledwie podlotkiem. Z jego nozdrzy kopcił się czarny dym, tyle pozostało po jego wewnętrznym ogniu. Obrócił w prawej dłoni fiolkę, kciukiem strącając jej zamknięcie. Obejrzał się przez ramię na kuzynkę raz jeszcze, smok umierał, jedną łapą był już po drugiej stronie. Częściej budził już dzisiaj politowanie niż smutek, nie powinna go być może oglądać. To widok zbyt brutalny dla damy - wiedział jednak, choćby i po własnej żonie, że alchemiczki musiały wykazywać się nieco większą tolerancją na pewne widoki, w końcu na co dzień siatkowały ropusze gałki oczne i szczurze jelita -albo coś podobnego.
- Spędził zbyt dużo czasu w magicznych oparach  - odparł bez zawahania, unosząc lekko kącik ust. Właściwie tylko nieznacznie mijał się z prawdą, opary były mugolskie - i niekoniecznie były oparami, mając zupełnie inny charakter niż wyziewy z magicznego kociołka, jakie z pewnością niepotrzebnie podduszały Estelle.
Obszedł terrarium, odnajdując dłońmi magicznie zatrzaśnięte drzwi, otworzył je, torując sobie przejście do gada. - Chodź - powtórzył, wdrapując się po wyższym schodku do środka, zatrzymując się jednak tuż przy drzwiach - by wyciągnąć dłoń ku kuzynce, by pomóc jej wejść do środka. Lewą - być może mniej grzecznie, lecz prawą miał zajętą; w pracy znacznie mniej przejmował się etykietą niż smokami, za które był odpowiedzialny. Devaughn był już dzisiaj absolutnie niegroźny. Nie miał większości zębów, nie potrafił podnieść ogona, a w jego pysku nie iskrzył już ogień. - Muszę podać mu leki - wyjaśnił pośpiech, a zakładając, że Estelle nigdy dotąd smoka nie widziała równie blisko, zaraz pośpieszył również z lakonicznym tłumaczeniem: - Możesz podejść, jest całkowicie niegroźny. Pamiętaj, żeby nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, to go wystraszy. Już bez tego jest z nim źle.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu /chwilowy urlop zdrowotny
24
Szlachetna
Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
1
10
11
12
1
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Terrarium   13.05.17 0:53

Nie do końca o to chodziło, gdy powiedziała to przeklęte "jak zwykle", ale teraz zaczynała się martwić, że każdy z rodziny najchętniej zamknąłby ją w złotej klatce, byleby tylko nie narażała się na niebezpieczeństwo, szczęście, życie. Przecież to, że była szlachcianką, wcale nie oznaczało, by leżała i pachniała całymi dniami. A z chorobą umiała sobie radzić - w końcu była i alchemikiem i uzdrowicielem. Wiedziała jak reagować i co robić, umiała uwarzyć eliksir i umiała go również dawkować w odpowiedniej ilości i o odpowiedniej porze. Wiedziała jednak, że na upór Tristana nic nie poradzi, dlatego najbezpieczniej było po prostu łagodnie uciąć niewygodny dla niej temat. Uśmiechnęła się troskliwie i w podziękowaniu.
Widok smoka faktycznie był brutalny, jednak ani ona, ani Evelyn, ani nawet Evandra, nie były tylko zwykłymi damami, delikatnymi kobietami, zwiewnymi i eterycznymi istotami; były alchemikami, a w przypadku sióstr od dziecka spotykały się z różnymi dziwnymi ingrediencjami w domu - te jednak nigdy nie budziły w nich obrzydzenia, w związku z czym Estelle miała wrażenie, że chyba była odporna na znaczną część widoków. W tym chorego smoka, stąpającego niebezpiecznie na pograniczu życia i śmierci.
- Gdzie go znalazłeś? - spytała, zaciekawiona kwestią magicznych oparów. Zawsze jej się wydawało, że smok jako potężna istota jest odporny na wiele rzeczy, w tym na opary. Nie przypuszczała, że tak łatwo można było im zaszkodzić. Wspięła się za Tristanem, wspomagając się jego dłonią; aktualnie jej myśli były przy Devaughnie, który znajdował się teraz na wyciągnięcie jej chudej ręki, a przy okazji była pełna podziwu dla kuzyna, który - chociaż pewnie nie miał zamiaru się przyznać - z wielkim zacięciem walczył o przeciągnięcie go na stronę życia.
- Tristanie, nie znamy się od pięciu minut. Z całym szacunkiem, ale nie musisz mnie pouczać jak pięciolatki - skwitowała oburzona, gdy tylko skończył swoje tłumaczenia. Lady Slughorn była chyba ostatnią osobą, która w jakikolwiek sposób chciałaby zaszkodzić tej sytuacji. - Długo już próbujesz go leczyć? Mogę mu je podać? - chciała pomóc, poza tym od maleńkości męczyła ją kwestia tego, jaki smok jest w dotyku; czy jego łuski są szorstkie, otaczając miękką skórę, czy może jednak jest delikatny; nie mogła tego ocenić sama, a żadna z zapytanych osób nie umiała udzielić jej satysfakcjonującej odpowiedzi.




better never means better for everyone. it always means worse for some.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   27.05.17 4:22

Złota klatka była jego zdaniem odpowiednia dla kobiet takich jak ona, doskonałego urodzenia, wyjątkowej urody i, cóż, nieco nieokrzesanego charakteru. Miękka, wyścielona atłasem i skrząca pięknem; idealne więzienie dla młodej damy. Poniekąd rozumiał zmierzające donikąd mrzonki o ambicjach, które pewnie brutalnie i bezlitośnie rozwieje nadchodząca przyszłość, ale Ariadna doskonale ukrywała się ze swoimi myślami, dając mu się poznać od najlepszej strony; skinął krótko głową na wdzięczny, troskliwy uśmiech - trudno stwierdzić, czy dlatego, że dał jej wiarę, czy może raczej nie miał czasu rozckliwiać się nad tym dłużej. Naturalnie, doceniał jej umiejętności, tak uzdrowicielskie, jak i alchemiczne. Nie zmieniało to faktu, że była niedoświadczoną młodą damą, zbyt cenną dla swojego domu, by móc pozwolić sobie na głupoty.
- Sam do mnie przyszedł - odparł krótko, bez cienia rozbawienia, niemal enigmatycznie. Nie, smoki nie były psami albo kotami, żeby poszukiwały znajomych twarzy, Tristan nie mógł gwizdnąć, przywołując gadzie stado. Przykucnął przy nim, nie tak majestatycznej jak na ilustracjach bestii, nie tak ogromnej, jak w dniach swojej chwały i nie skrzącej bielą łusek jak śnieg w słoneczny dzień. Był wychudzony, przez grubą skórę niemal dało się zaobserwować wychodzące kości żeber, pokurczony, zwinięty w kłębek jak małe zwierzę, o łuskach matowych, żółtawych i pozbawionych blasku, bez iskry w zamkniętych oczach i bez sił, by choć spróbować unieść ogon. - Uciekł lata temu - skonkretyzował z rezygnacją, sięgając dłonią do skóry na grzbiecie smoka, odsuwając zaropiałą, obluzowaną łuskę, by obejrzeć jedną ze świeższych ran. Nie wyglądała ani odrobinę lepiej, niż poprzednio; rozdrażnił go, z jego nozdrzy wydobyły się gęste, czarne obłoki dymu. Nie potrafił już zionąć ogniem. Przesunął dłonią wzdłuż kręgosłupa, uważnie przyglądając się zmianom, wypatrując nowych ran: przestały się pojawiać, ale Tristan wątpił, żeby rzeczywiście było to wynikiem podjętego leczenia. Raczej - tracił siły tak bardzo, że trawiąca go przypadłość przestała mieć co atakować. Skóra i szkielet, parę kości, ledwie bijące smocze serce, nic więcej. - Kiedy osłabł, najwyraźniej zaczął szukać bezpiecznego schronienia i wrócił na teren rezerwatu. - A teraz pewnie tego żałował. Gdyby pozostał gdzieś indziej, z dala od jego wpływów, byłby już martwy. Devaughn cierpiał okrutne męki pozostając królikiem doświadczalnym dla uwarzenia właściwego leku.
- Muszę - przerwał jej, bo nie spodobało mu się, że nie wzięła jego ostrzeżeń na poważnie. - Pięciolatki bym tutaj nie wpuścił. - Był poważny. Albo - profesjonalny. Nie po to podtrzymywał to stworzenie przy życiu tyle czasu, by dać mu odejść przez podobną lekkomyślność, a wyrzucając mu te słowa jedynie - przynajmniej jego zdaniem - dała popis swojej niedojrzałości. Tutaj to on wiedział, jak się zachować i choć nie wątpił w dobre chęci lady Slughorn, to wiedział, że brukowano nimi piekło. Devaughn był słaby, raczej nie stanowił zagrożenia, ale jeden błąd kuzynki mógł go kosztować bardzo wiele. - Pół roku, może krócej. - Okrutna przypadłość; jak wiele trzeba było mieć w sobie żółci, żeby rozkoszować się śmiercią tak powolną? To trwało zbyt długo. - Nie - wysunął spomiędzy palców fiolkę, bez zawahania odchylając jej drobne wieczko; odmowa była oczywista, musiał się upewnić, że lek zostanie podany dobrze. To było zbyt trudne - a grzebania przy paszczy smoka, mimo wszystko, musiał jej odmówić. Nie chciał mieć zwady z jej rodziną. - Dam mu to i idziemy dalej, znajdę ci zabawę odpowiednią do twojego wieku - A propos pięciolatek; uniósł skórę nad smoczą żuchwą, odsłaniając rząd dziurawy rząd kruchych jak lód zębów. Pokręcił głową, przez noc stracił dolnego kła. Uniósł lekko smoczy pysk, wlewając zawartość fiolki przez tylną część żuchwy; nie był to najlepszy sposób na podawanie eliksirów przerośniętym gadom, częściej dolewano je do wody, dodawało aromaty i liczyło się na to, że choćby przez pomyłkę - wypije. Rozsądnie było je podawać również dożylnie. Ale Devaughn był tak słaby, że nie robiło to większej różnicy - ostrożnie upuścił jego pysk na zimną, kamienną posadzkę, przenosząc dłoń na jego krtań, szukając oznak życia. Serce wciąż biło - i nieustannie zwalniało.
Odwrócił się przez ramię, skinąwszy jej głową: idziemy dalej, Estelle.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu /chwilowy urlop zdrowotny
24
Szlachetna
Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
1
10
11
12
1
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Terrarium   30.05.17 14:19

Złota klatka nie była odpowiednia dla nikogo, tym bardziej dla kobiet prawdziwie ambitnych, jak ona, które chciały dalej spełniać się w swoim zawodzie, niekoniecznie pod nazwiskiem męża, a swoim własnym, panieńskim. Rozumiała jednak, że w panujących w ich świecie realiach kobiety silne charakterem nie były dobrze postrzegane, właściwie – nie były w ogóle postrzegane, a „silna” kobieta była jedynie mitem, wytworem wyobraźni rozhisteryzowanych panienek, tak często wyśmiewanych przez płeć męską. Zresztą, czyż nie o to pokłóciła się kiedyś z Evelyn? O fakt, że były traktowane jak przedmioty wymiany między rodami; jako zapłata, a biała suknia, cóż... biała suknia nosiła przeważnie pod sobą wiele nieszczęścia, nerwów i zepsutej przez to krwi, z niewinnością nie mając wiele wspólnego. Ale ich los – los wszystkich arystokratek, zdrowych, młodych i co najważniejsze: płodnych – był z góry przesądzony. Miały swoją rolę w przedstawieniu zwanym życiem, którą musiały odegrać, inaczej będąc skazanymi na porażkę i wygwizdanie ze strony widowni. Czas leciał nieubłaganie, przesypując systematycznie ziarenka klepsydry, z kolei lady Slughorn wyczekiwała momentu nagłej zmiany, kobiecego ruszenia, które dałoby im nadzieję na jakąkolwiek, minimalną zmianę, czy choćby liczenie się z ich uczuciami – tego jednak nie było, ona zaś trzymała swoje kontrowersyjne poglądy dla siebie, momentami dusząc się od ich nadmiaru tak jak teraz, w tej chwili, gdy wiedziała, że nie może pozwolić sobie na zbyt wielką śmiałość w obecności kuzyna.
Na jej bladej twarzy wymalował się smutek, współczucie; nie potrafiła jednak określić, czy powodował je mizerny widok smoka, czy świadomość, że w każdej chwili ów gad może po prostu odejść z tego świata, paląc za sobą wszelkie mosty, płonne nadzieje i próżny trud.
- Nie rób mu krzywdy – odruchowo złapała Tristana za bark, gdy ujrzała jak smok resztkami sił próbuje bronić się przed zabiegami kuzyna. W pewnej chwili jednak westchnęła, cofając niepewnie rękę. W milczeniu prześledziła wędrówkę dłoni lorda Rosiera, skupiając się na wystających kościach, pustym spojrzeniu i matowej skórze, która nie błyszczała już od dawna swoim naturalnym blaskiem. - Nie myślałeś o tym, by ukrócić jego cierpienie? – smok wyraźnie się męczył, choć doceniała starania kuzyna, by w jakikolwiek sposób go uratować, nie wiedząc jednak, że Tristan napawał się jego cierpieniem, i zresztą – nie tylko jego. Nie dopuszczała do siebie myśli, by jej kuzyn, kochany kuzyn, z którym czytywała poezję wśród pięknych krzewów róż i kwiatów, mógłby być zły. Nie sądziła nawet, by był w stanie zrobić komuś umyślnie krzywdę, a tym bardziej swojej żonie, czy jej. Nie wiedziała o tym i nie chciała wiedzieć, wierząc w to, że wszelkie niedobre rzeczy dziejące się w ich magicznym półświatku nie dotyczą nikogo z jej rodziny, choć nagłe zniknięcia Tristana, czy Aurigi, czasami zaprzątały myśli lady Slughorn na dłużej, niż to potrzebne, powodując, że zwiększała dystans i ukrócała zaufanie, jakim darzyła ludzi.
- Tristan, on już przecież nie żyje, z pewnością nie prawdziwie, a te eliksiry tylko sztucznie podtrzymują jego świadomość... – dodała nagle, niejako prosząc go o litość, zamiast eksperymentowania na żałośnie wyglądającym Devaughonie.
Szybko jednak zamilkła, nie podejmując więcej tematu; bez słowa sprzeciwu – a jedynie niewielkim żalem zauważalnym w jej spojrzeniu – ruszyła za kuzynem, krzyżując dłonie na plecach. Jej myśli błądziły teraz wokół kruchości życia i pogranicza życia a śmierci, które oddzielała jedynie niewielka, cienka linia, nie odzywając się ani słowem. Właściwie, cała fascynacja wywołana upragnioną wycieczką po tej części rezerwatu zniknęła i najwidoczniej to przestało sprawiać jej radość.




better never means better for everyone. it always means worse for some.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   11.06.17 1:19

Żyli wśród klatek - smoczych, gadzich, zwierzęcych, ludzkich, Tristan doskonale zdawał sobie sprawę, że nie był od nich wolny - nikt nie był. I nie chodziło tylko o symbol niewolnictwa, jaki bez wątpienia miał wytatuowany na przedramieniu, związany był kajdanami swojego szlachetnego pochodzenia w stopniu nie mniejszym niż młoda lady - a może nawet większym, niepozbawionym bowiem oczekiwań i odpowiedzialności znacznie istotniejszej. Poddać się kornie woli, wyjść za mąż i posłusznie spełnić swój obowiązek nie był tak trudno, jak prowadzić rodzinę ku dalszej chwale. Historia była okrutna - a kronikarze nie mieli litości dla tych, którym podwijała się noga. Nigdy nie rozumiał dążenia do niezależności kobiet - ale nie spodziewając się od nich zbyt wiele, pojmował, że po prostu nie zdawały sobie sprawy z jej ciężaru. Tak samo jak biedni nie pojmowali, skąd ich pęd ku jak najcięższej pracy, wmawiając innym, że to pokaz ambicji. W rodzinie Tristana kobiety nie miały tego problemu - żadna z jego sióstr nie zostałaby przecież potraktowana wbrew jej woli; ich róże pozostawały najcenniejszym klejnotem rodzinnego skarbca, o takie dba się bardziej niż o samego siebie.
Zacisnął zęby, czując jej dłoń na swoim barku, tylko cud uchronił go przed omyłkowym rozdrażnieniem smoka, popełnieniem błędu, który mógłby go kosztować dłoń lub palec - ale pozostał stabilny, przygładził opuszkami pysk rozjuszonego Devaughna, gdy gad łykał podany eliksir. Obrzucił go jeszcze raz krótkim spojrzeniem, badając wewnętrzną stronę szyi, odnajdując grdykę i badając puls. Jeszcze nim odszedł od smoka, przyłożył dłoń do jego powiek, górnych i dolnych, odsłaniając zaropiałe oko - wszystko wskazywało na to, że choroba jeszcze nie zaatakowała narządu wzroku. Jeszcze, sądził, że to tylko kwestia czasu.
- Nie leży to w moim interesie - odwarknął Estelle, nieco nieprzyjemnie; nie lubił, kiedy przeszkadzano mu w pracy. Znajdowali się w smoczym rezerwacie i choć lady Slughorn mogła to odbierać jako zabawę - te stworzenia były cholernie niebezpiecznie i musieli zachować procedury bezpieczeństwa. Gdyby choć włos spadł z głowy dziewczyny, to jego skóra byłaby w tym momencie najbardziej narażona na gniew jej rodziny. Zbył to ckliwe pouczenie, lepiej od niej wiedział, co robi - całe życie spędził wśród smoków. - Nie - stwierdził więc kategorycznie; nie myślał o tym ani przez chwilę, choć w istocie taki był rozkaz wuja. Wuja, który nie miał już mocy decydującej - bo ta przeszła w ręce Tristana. Nie czerpał radości z jego cierpienia, być może nawet miał w sobie coś na wzór żalu, że to majestatyczne stworzenie umiera, czuł pachnącą gorycz i szarpało nim poczucie porażki - że wciąż nie oswobodził smoka od tej okrutnej choroby. Ale nie miał zamiaru się poddać, bo prowadził grę o większą stawkę - to samo mogło spotkać inne gady. - Ale doceniam twoje zdanie - dodał lekko, grzecznościowo, choć w oczywisty sposób nie miał zamiaru go usłuchać. Był doświadczonym smokologiem urodzonym do pracy z białymi bestiami należącymi do jego rodziny, młodsza kuzynka nie miała ani odpowiedniej wiedzy, ani doświadczenia, by snuć porady, które mógłby wziąć na poważnie. Nie lubił, kiedy ktokolwiek podważał jego kompetencje - ale musiał jej wybaczyć tę słabość, litość była bliska kobiecemu sercu. - Pozwolę sobie na odmienną ocenę - odparł z grzecznym uśmiechem, zatrzaskując drzwiczki prowadzące do terrarium Devaughna. Obrzucił go ostatnim spojrzeniem, być może z zawahaniem, nim udał się w dalszą drogę, klucząc ku głębi tego rejonu rezerwatu.
Dwa smoczęta wykluły się z jaj, które zostały znalezione dłuższy czas temu; nawet nie przez nich - przez Ministerstwo, które oddało je do rezerwatu. Nie wiedzieli, skąd się wzięły, być może zostały złożone przez zabłąkaną smoczycę, a może - były po prostu łupem kłusowników. Nieistotne, teraz małe smoki znajdowały się tutaj: w niewielkim szklanym terrarium znajdującym się na podwyższeniu, oba małe gady były najwyżej wielkości męskiej dłoni.
- Poznaj Baldura i Hodura - odparł lekko, obchodząc terrarium - by zza szkła spojrzeć na Estelle. - Ich widok jest nieco mniej depresyjny niż widok Devaughna - rzucił z zastanowieniem, sięgając po pojemniki znajdujące się tuż przy ściankach; po krótkiej chwili odnalazł odpowiednie - wyjął z niego sakwę ze świeżymi młodymi kurczakami, surowymi, jedynie oskubanymi z pierza, i bez ostrzeżenia rzucił ją kuzynce - jeśli chciała się wykazać, teraz będzie miała okazję. Ostrożnie zdjął wierzchnie wieko, odkładając ciężką płytę na bok. - Masz okazję podziwiać je jako jedna z pierwszych - pierwszych tutaj, ale to wciąż zaszczyt. - Uważaj na ręce - polecił, bez wyjaśnienia; wystarczy, że spojrzy do wnętrza sakiewki.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Estelle Slughorn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 http://www.morsmordre.net/t4635-volare http://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 http://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka http://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
alchemik w św. Mungu /chwilowy urlop zdrowotny
24
Szlachetna
Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
1
10
11
12
1
0
2
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Terrarium   13.06.17 20:38

Smok znajdujący się w stanie przedagonalnym (a nawet agonalnym) nie stanowił za bardzo zagrożenia dla nikogo. Nawet gdyby jakimś cudem udało mu się uciec z terrarium, to zapewne padłby kilka metrów dalej ze skrajnego wycieńczenia. Docelowo nie znała się na tych wielkich osobnikach, ale znała się na zwierzętach w ogóle, jak i anatomii ludzkiej - była przecież uzdrowicielem - która nie różniła się w pewnych miejscach od anatomii zwierząt, choćby niegojące się rany na ciele gada były porównywalne z niegojącymi się, zakażonymi, ranami człowieka na łożu śmierci, gdy jego organizm odrzucał walkę, powoli się poddając. Smok w tak opłakanym stanie nie byłby nawet w stanie zrobić Tristanowi krzywdy, zważywszy na brak (słabe?) uzębienia i wystające zewsząd kości; choroba zjadała go od środka i nie było szans na poprawę, lecz nie powiedziała tego na głos. Gdy na nią warknął, zamilkła, zaś jej wargi wykrzywiły się w wymuszonym, nieprzyjemnym uśmiechu, nikt nigdy bowiem nie zwracał się do niej tym tonem - tym bardziej dotychczas kochany kuzyn. Jednak zniknięcie Aurigi, jak i Tristana, kazało jej trzymać się na bezpieczny dystans, dodatkowo nakazując wzmożenie czujności w gronie rodzinnym.
Pomaszerowała za kuzynem, bez słowa, by stanąć przed terrarium dumnie wyprostowana. Rozzłościł ją, choć nie dała tego po sobie poznać. Zgrabnym ruchem przejęła sakiewkę, domyślając się co może być w środku, a potem zerknęła do dwóch o wiele żwawszych smoków. Wolała tamtego, wzbudzającego w niej litość, smutek i żałość, niż te dwa przepychające się między sobą pisklaki, lecz nie zamierzała grymasić. Otworzyła woreczek, pierw podwinąwszy rękaw sukni, a następnie bez najmniejszego grymasu obrzydzenia wyjęła z niej martwego kurczaka. Zaraz potem nachyliła się nad smoczymi dziećmi, by bez większego entuzjazmu, sprawnym ruchem, obdarować je pierwszą porcją jedzenia. Walka o byt rozpoczęła się, zaś ona w milczeniu przyglądała się natychmiastowemu pożarciu kurczaka - dołożyła więc resztę i odsunęła się, myślą powracając do Devenaugha.
Kiedy jednak przyłapała się na nienaturalnie długim milczeniu, przykucnęła naprzeciwko dwóch smoków, by przez moment przyglądać im się przez grubą warstwę szkła - zastanawiała się, czy szkło było jakkolwiek wzmocnione w przypadku maluchów, czy były tak niemądre, by nie próbować ucieczki, zdając się na łaskę i niełaskę najgorszych ssaków na ziemi.
- Powinnam już iść. - Poinformowała spokojnie, przez kilka sekund "stając" twarzą w twarz z Baldurem. Wydawał jej się o wiele bardziej zaciekawiony otoczeniem, niż jego brat.




better never means better for everyone. it always means worse for some.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   17.06.17 19:41

W pracy na pierwszym miejscu był profesjonalny, dopiero na drugim - towarzyski. Rezerwat był pięknym i wspaniałym miejscem, ale Estelle nie mogła zapominać, że on się tutaj nie bawił - miał kilka zadań do wykonania i nie mógł ich pomijać. Naturalnie, nie umknęło jego uwadze nadąsanie kuzynki, lecz zdawało się, czy nie obeszło go to zbyt mocno - wiedział, że i tak jej przejdzie, a babskich fochów nigdy nie brał do siebie szczególnie poważnie, zwłaszcza, jeśli miała zamiar dąsać się jak gąska o kwestie, które wykraczały ponad jej rozumienie - w dziedzinie smoków był nie tylko wykształcony, ale i doświadczony i z pewnością wykpiłby każdego, kto odważyłby się podważać jego kompetencje, zwłaszcza w jego własnym rezerwacie. Nie dostał go za samo nazwisko, nawet, jeśli przysługiwał mu z racji samego urodzenia. Przyglądał się smoczęciom, które wyskoczyły za świeżym mięsem; Estelle go nie zawiodła - ale nie była zwykłą panienką, jako alchemiczka miała w rękach ingrediencje znacznie obrzydliwsze od tych kurczaków.
- Musisz poczekać - westchnął, wyjmując z niewielkiego terrarium Hodura, młodszego ze smoków. Nie miał zamiaru jej zatrzymywać, choć widział, że coś było ewidentnie nie tak - być może w domu Estelle przemyśli sobie swoje niemądre zachowanie... i dojdzie do wniosków odmiennych niż w tym momencie. - To zajmie mi jeszcze krótką chwilę - wyjaśnił, odkładając smoczę na pobliski stół - rozciągając go od pyszczka po końcówkę ogona wzdłuż grubej drewnianej linijki. Nie wydawał się tym faktem szczególnie zadowolony, wił się, ale nie miał w sobie jeszcze dość sił, by sprzeciwić się tym działaniom - a palce Rosiera uniemożliwiały wgryzienie się w jego rękę. Nie mogła przecież wyjść stąd sama, byłoby to skrajnie niebezpieczne i nieodpowiedzialne. Machnął różdżką, zostawiając przy miarce odpowiednie opisane znaczniki z kaligrafowanym H, zapewne od imienia smoczęcia. Pod koniec rozwarł jego paszczkę, przyglądając się uzębieniu - kły rosły powoli, ale wszystko wydawało się w najlepszym porządku, choć krótkim szarpnięciem musiał wyjąc spomiędzy igiełkowatych jeszcze zębów kawałek zaplątanego między nie mięsa. Nie rósł zbyt szybko - od tygodnia przybrał zaledwie pół centrymetra. Być może powinien zostać przeniesiony do klatek w ogrodzie, gdzie zażyje więcej słońca. Wrzucił go do terrarium, niedelikatnie, ale mały smok delikatności nie potrzebował - opadł na cztery łapy, porywając powietrze między liche błony wciąż niewykształconych skrzydeł. Następnie - za ogon wyciągnął Badura, powtarzając czynności; rósł cztery razy szybciej od swojego brata - albo mylnie brano ich za rodzeństwo albo pierwszy nosił objawy choroby, nie werbalizował jednak myśli, nie chcąc zakłócać spokoju zamyślonej Estelle. Ujął w dłonie pergamin znajdujący się przy terrarium, przeglądając notatki innych smokologów - ktoś zauważył, że Hodur źle reaguje na zmiany światła; być może rzeczywiście należało go dokładniej przebadać. Na razie - przymknął zaczarowane terrarium, odhaczając w otwartej księdze obok, że dostały pożywienie. Małe smoki pochłaniały ogromne ilości mięsa, karmiono je co kilka godzin - i były zawsze głodne. Musieli uważać, żeby ich nie przekarmić.
- Tędy, lady - wskazał Estelle drogę do wyjścia, odprowadzając arystokratkę ku wyjściu, wpierw z terenów przeznaczonych na terraria, później - z samego rezerwatu.

/zt x2




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Terrarium   15.07.17 16:23

Serce już dawno nie biło jej tak mocno, jak wtedy, kiedy przekraczali przeszklone drzwi terrarium, by spróbować pomóc Devaughnowi po raz ostatni. Wszak nie wierzyła, by czas pozwolił im na podjęcie kolejnej próby - zakładając oczywiście, że serce smoka wytrzyma podanie wzmocnionego lekarstwa i ich podopieczny przeżyje najbliższą noc. Tego jednak nie chciała mówić na głos, choć Tristan również musiał zdawać sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmowali.
Nim wyruszyli z laboratorium, dokładnie sprawdziła barwę i zapach uwarzonego eliksiru; czy nie było w nich niczego alarmującego, czegoś, co mogłoby zaniepokoić alchemiczkę z wieloletnim doświadczeniem? Nie mogła mieć pojęcia, jak lekarstwo powinno wyglądać, musiała polegać na swoim doświadczeniu, na przeprowadzanych długimi nocami badaniach i przychylności Merlina. Nie wiedziała jeszcze, co zrobiłaby, gdyby wszystkie starania poszły na marne i wolała się nad tym teraz nie zastanawiać.
Powoli i ostrożnie stawiała kolejne kroki, obawiając się najbłahszego potknięcia, które mogłoby zaowocować mocniejszym wstrząśnięciem fiolki. Nie była w pełni sił, nie ufała swemu wątłemu ciału, zaufała więc Tristanowi, że doprowadzi ją w jednym kawałku na miejsce, do umierającego smoka. Droga dłużyła się niemiłosiernie, bo choć serce szalało jej w piersi ze strachu i przejęcia, to wolałaby już tam być, spróbować, poznać rezultat ich starań. Zamarła jednak, kiedy w końcu dotarli na miejsce i ujrzała Devaughna w pełnej krasie – czym innym były opowieści, opisy jego stanu, a czym innym jego widok. Słaby, zniszczony, w niczym nie przypominający tego stworzenia, którym był jeszcze kilka miesięcy temu. Gnijące, odpadające łuski, zmizerniała sylwetka, postrzępione skrzydła… Przez dłuższą chwilę nie była w stanie wydusić z siebie choćby słowa; gardło miała ściśnięte przez wzbierające wzruszenie i smutek. Nie mogła sobie jednak pozwolić na płacz, nie teraz, nie przy nim.
- Co mam robić? – zapytała cicho, kiedy już odzyskała władzę nad swym głosem. Patrzyła na Tristana z determinacją, z miną dość wyraźnie sugerującą, że nie mógł jej teraz odmówić. Byli w tym razem, razem próbowali mu pomóc, chciała więc wziąć bezpośredni udział w podawaniu lekarstwa, a później – w obserwacji stanu podopiecznego. Czuła się za niego odpowiedzialna i niezależnie od tego, jakie skutki przyniesie podanie uwarzonej przez nią mikstury, chciała ponieść tego konsekwencje. – Mogę do niego podejść? – zadała kolejne pytanie, nim jeszcze uzyskała odpowiedź na poprzednie. Kto wie, czy nie była to jedyna okazja, by oglądać go z tak bliska, by poczuć tę pulsującą smoczą magię tuż pod opuszkami palców. By przywitać się i, być może, pożegnać zarazem. Gdyby tylko mógł wiedzieć, że poruszyli niebo i ziemię, by zaradzić jego chorobie…!
- W jaki sposób podamy mu lekarstwo?Podamy, nie podasz, Tristanie. Wolał je z czymś zmieszać, czy może bezpośrednio wlać mu do pyska? Mogli podejść tak blisko, czy, mimo wszystko, nie powinni podejmować takiego ryzyka? W tamtej chwili nie myślała zbyt trzeźwo, otumaniona widokiem zmizerniałego Devaughna, coraz wyraźniej odczuwająca postępujące, trwające od wielu dni zmęczenie.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   17.07.17 19:13

Ostrożnie wziął ją pod ramię, kiedy tylko opuścili laboratorium, Evandra nie cieszyła się dobrym zdrowiem, a jego dodatkowe nadwyrężanie nie było rozsądne. Robiła to jednak dla smoka - na swój sposób w imię rodu, którego barwy przyjęła; nie mógł pozostać na to niewzruszony. Był z niej dumny - ze swojej lady Rosier - upewniając się w przekonaniu, że wybór jej na swoją brankę i panią swego serca był najlepszym możliwym wyborem. Raz za czas spozierał niepewnie na fiolkę, ostrożnie trzymaną przez półwilę - idąc jej śladem uważając, by nie wstrząsnęło nimi mocniejsze drżenie. Wzruszenie Evandry na widok Devaughna mu nie umknęło, miała swoje powody - stworzenie nawet nie uniosło łba z kamiennej podłogi czarodziejskiego terrarium, nawet nie zwrócił w ich stronę oka, nawet nie mlasnął językiem. Nawet nie uderzył ogonem. On już wyglądał jak martwy - nie był pewien, czy nawet jeśli eliksir okaże się pomocny, smok był jeszcze do odratowania. Przeżył znacznie dłużej, niż im się wydawało, że było to możliwe: ale cierpiał i stracił wolę walki.  Uchwycił jej drżący głos, przepełnione determinacją oczy - zbyt silną, by zwerbalizował pierwszą myśl, która mu się nasunęła - jesteś pewna?
- Słabnie - stwierdził, wypuszczając ją z objęć - i podchodząc kilka kroków do magicznej szyby, która dzieliła ich od smoka. Spojrzał na niego kontrolnie, upewniając się, że nic się nie zmieniło od ich ostatniej wizyty. - Nawet się nie poruszy, nic ci się nie stanie - choć mówił bez przekonania, oglądając się na ukochaną przez ramię - upewniając się, czy była zdecydowana. Tristan mógł źle odmierzyć dawkę, której potrzebował Devaughn - a ona, na pewno zrobi to dobrze. Ze zrezygnowaniem podszedł bliżej drzwiczek - otwierając je nagłym szarpnięciem. - Podejdź - poprosił spokojnie, wyciągając ku niej dłoń. Ku terrarium prowadziło kilka niskich stopni, chciał jej pomóc je pokonać bez zmartwienia o potknięcie. I patrzył w milczeniu na jej porcelanowe lico, jego usta drgnęły lekko, gdy usłyszał liczbę mnogą - lecz nie zaoponował.  - On już od dawna nie potrafi wykrzesać ognia, nie stawi oporu. Podasz mu eliksir bezpośrednio - Tego chciała, prawda? Żeby jej nie odsuwał, żeby pozwolił jej to zrobić. Za wszystko, co dotąd uczyniła dla Devaughna - powinna mieć szansę się z nim pożegnać. Mikstura wymieszana z czymkolwiek miałaby z pewnością lepszy smak i zostałaby przyjęta chętniej, ale niekoniecznie w całości. Opiekował się nim od dawna, znał go, wiedział, na ile było go stać. I wierzył, naprawdę wierzył, że nie podejmuje żadnego ryzyka. Spojrzał na Evandrę, szukając na jej twarzy potwierdzenia lub zaprzeczenia, nim wyminął ją i jako pierwszy podszedł bliżej smoka - ostrożnie stawiając kroki, chcąc upewnić się, że ten zareaguje dokładnie tak, jak wczoraj, przedwczoraj, jak tydzień temu i jak w zeszłym miesiącu - tylko wciąż jeszcze bardziej. - Ja się nim zajmę - dodał, i teraz, obserwując Devaughna - wyciągając ku Evandrze dłoń, chcąc, by podeszła bliżej niego. Zacisnął we własnej pieści jej, drobniejszą i kruchszą. Chłodniejszą. - Otworzę mu pysk. Coraz częściej odmawia posiłków, musimy to zrobić siłą. - Odnalazł wzrokiem jej oczy, szukając w nich zaprzeczenia lub potwierdzenia. - Bądź ostrożna - poprosił krótko, mocniej zaciskając palce wokół jej dłoni, nim ponownie je odjął i przywlókł w skórzane rękawice upięte przy pasie spinającym szatę; w rezerwacie nigdy się z nimi nie rozstawał - smocza skóra powinna wystarczyć, żeby uchronić go przed ewentualnym słabszym kłapnięciem gada. Kucnął przy smoku, chwytając jego półprzytomny łeb z obu stron ramionami, nacisnąwszy palcami na żuchwę - zmusił go do otwarcia paszczy, z której wylała się strużka cieknącej ropy. Robił to często - lecz nigdy dotąd te kły nie miały w zasięgu rąk Evandry, co wymusiło na niego więcej stanowczości, więcej siły - i dużo więcej wysiłku.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Evandra Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Terrarium   23.07.17 20:35

Gdyby mogła czytać w myślach Tristana, gdyby tylko wiedziała, że jest z niej dumny, z pewnością trudno byłoby jej w to uwierzyć. Bo choć próbowała pomóc jego podopiecznemu, to – jak do tej pory – nie wychodziło jej to zbyt udolnie. Inną zaś sprawą było, że stała się już jego żoną, lady Rosier, i ciągle nie miała pewności, czy przypadkiem nie wolałby jej widzieć w domu, w salonie, przy harfie niż tutaj, u swego boku, cicho buntującą się przeciwko konwenansom i panującym w ich świecie zasadom. Chciała jednak wierzyć, że cieszy go nie tylko jej uroda, lecz także bystrość umysłu, że lubił to wyzwanie, jakim była nie tylko piękna, ale i mądra żona. Że nie będzie próbować jej ograniczać.
Dlatego też obserwowała go z uwagą, z determinacją i ściskała wciąż fiolkę w swej kruchej dłoni, nie chcąc rozstawać się z nią choćby na krótką chwilę. Gdyby tylko chciał, z pewnością mógłby odebrać lekarstwo siłą i to bez większego wysiłku, nie podejrzewała go jednak o taką zdradę zaufania, zaś gest pozostawał gestem. Nie mógł jej teraz odsunąć od chorego.
Bez ociągania podała mu wolną z dłoni, a gdy poczuła ciepło jego skóry, ścisnęła mocniej jego palce, próbując dodać i sobie, i jemu otuchy. Oczywiście, Tristan miał rację, czytała przecież raporty – Devaughn już od dawna nie stanowił zagrożenia, jej pytanie było więc całkowicie zbędne, podyktowane zmęczeniem, stresem i brakiem doświadczenia. Skarciła się w myślach, spoglądając jeszcze raz nie na towarzyszącego jej męża, a na ledwo dychającego już smoka.
Pokiwała głową, kiedy usłyszała o tym, że poda mu eliksir bezpośrednio. Tak, tego chciała, drżała na tę myśl, lecz właśnie tego chciała. Wiedziała, że będzie to przełomowa chwila - nie była tylko pewna, jakiego rodzaju będzie to przełom. Podążała za Tristanem z ufnością, trafnie odczytując jego gesty, stosując się nawet do niemych poleceń. Wiedziała, czuła, że nie pozwoliłby jej skrzywdzić, że skoro pozwolił jej podejść, to był pewien, że nie stanie się jej nic złego. Prawda?
- I Ty bądź ostrożny, Tristanie – odpowiedziała mu cicho, spoglądając na jego twarz z troską; choć jej usta ściągnięte były w wąską kreskę na myśl o otwieraniu stworzeniu pyska siłą, to delikatne muśnięcie, jakim obdarzyła jego skórę, było wymownie czułe. Przejęcie, z jakim traktował swe smoki, cały ten rezerwat, roztapiało lód, którym pokrywało się jej serce, gdy znikał na całe noce. Nim jeszcze założył rękawice i zdążył ukucnąć przy smoku, szybko złożyła na jego policzku delikatny pocałunek. Prędko wycofała się jednak, dając mu dokończyć to, co zaczął, przygotować Devaughna do przyjęcia eliksiru. Obserwowała jego ruchy z zainteresowaniem, podziwiając ich wprawę – lecz przecież nie było się czemu dziwić, nie został zarządcą bez powodu, pracował tu już odpowiednio długo i posiadał odpowiednio duże doświadczenie, musiał umieć sobie radzić i w takich sytuacjach. Ścisnęła usta mocniej, gdy dostrzegła wypływającą z pyska smoka stróżkę ropy; podeszła bliżej i podciągnęła rękawy swej sukni, spoglądając kątem oka na przerażająco wielkie kły gada. Wiedziała, że nie miał siły, by nimi kłapnąć, fakt jednak pozostawał faktem. Pokładała wiarę w wiedzę Tristania, jak również jego pragnienie, by posągowa lady Rosier nie została kaleką w tak młodym wieku.
Ostrożnie odkorkowała niesioną z uwagą fiolkę i ukucnęła również, spoglądając z bliska w to zasnute mgłą, lecz nadal przepiękne oko smoka. Położyła lekko drżącą dłoń na pysku Devaughna, by choć raz poczuć dotyk jego łusek, dowiedzieć się, czy opowieści bliskie były prawdzie. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na Tristana, próbując przybrać na usta choćby delikatny, wyuczony latami uśmiech.
- Już, już jestem przy Tobie – powiedziała cicho, powoli głaszcząc tego, który od tak wielu dni i nocy nie opuszczał jej myśli nawet na chwilę. Już rozumiała, dlaczego ludzie poświęcali swe życie, by pomagać tym majestatycznym stworzeniom. Dlaczego nie mogli pozwolić im wyginąć. – Wszystko będzie dobrze, to lekarstwo jest mocniejsze, musi postawić cię na nogi – mówiła dalej, nie wiedziała jednak sama, czy bardziej miało to pomóc jej, czy jemu. A mówiąc to przytknęła fiolkę do jego pyska i napoiła go prawie całą zawartością. Westchnęła ciężko, znów spoglądając na swego towarzysza, i powoli zaczęła się prostować.
- Musi minąć przynajmniej kilka godzin, nim będą widoczne jakiekolwiek efekty, najlepiej pięć czy sześć. W tym czasie oboje powinniśmy odpocząć, Ty również – próbowała brzmieć inaczej, opanowanie i zdecydowanie. Zrobili już wszystko, co tylko mogli. Pozostało im mieć nadzieję i monitorować jego stan co kilka godzin. Wiedziała jednak, że Tristan najchętniej siedziałby tutaj, przy nim, cały ten czas, bez zmrużenia oka choćby na chwilę. Jednak nie tylko on musiał dbać o nią, a i ona o niego. Potrzebowała go, tak samo jak potrzebował go Devaughn – przytomnego i uważnego, by móc trafnie ocenić ewentualne zmiany w jego wyglądzie czy zachowaniu.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Terrarium   31.07.17 19:07

Dostrzegał to: jak mocno zaciskała piąstkę na kruchej buteleczce z eliksirem, zastanawiając się, czy - gdyby spróbował - rzeczywiście chciałaby się o nią siłować. Determinacja, z jaką podchodziła do swojego zadania, nie przestawała mu imponować, była królową tego miejsca i miała zostać królową uwielbianą - dbając o chore stworzenie z odwagą i oddaniem godnymi lady Rosier. Chciała brać w tym udział, być częścią tego miejsca i dołożyć cegiełkę do ocalenia Devaughna. Chciała tego, nie czyniła tego z obowiązku - nigdy nie posądzałby jej przecież o zawiłą manipulację zwróconą przeciwko niemu. Zamknął dłoń na jej palcach, czując ich uścisk - odwzajemnił go, choć jego dłoń była twarda i szorstka od poparzeń, jakich nabawił się już w tym miejscu wielu i mocno kontrastowała z delikatnym jedwabiem jej opuszków. Podążył za jej wzrokiem - na dogorywającą bestię, nie miał pojęcia, jak ta historia mogła się skończyć. Zdawało się, że żeby eliksir zadziałał, będą potrzebowali cudu, lecz gdzieś podświadomie chciał wierzyć, że to nie cud, a umiejętności alchemiczne Evandry - nigdy ich nie umniejszał - były w stanie wyciągnąć z choroby Devaughna. Nawet, jeśli temu nie podołają - miał nadzieję, że przynajmniej uda się stworzyć lek. Lek, który być może temu stworzeniu zostanie podany już zbyt późno, ale na kolejne podobne przypadki - wciąż będzie czekał.
- Nie masz się o co martwić, najdroższa - odparł ciepło, kojąco, choć wewnątrz nie był pewien, czy rzeczywiście panował nad sytuacją. Wydawało mu się, że tak - gdyby był sam, nie martwiłby się o nic; smok był ledwo żywy, część zębów wypadła, ledwie potrafił unieść powiekę. Ale zwykle podchodził do niego sam, doświadczony i potrafiący zachować zimną krew - jego półwila ukochana miała ciało znacznie kruchsze, niż jego - i znacznie delikatniejszą skórę. Jego usta wygięły się lekko w odpowiedzi na jej niespodziewaną czułość - wpierw muśnięcie dłoni, później słodkich, miękkich ust na jego policzku; spojrzał na nią z ukosa z tym samym uśmiechem - niewiele wyrażającym, lekkim, pozbawionym radości, a jednak wyrażającym zadowolenie. Skinął jej głową - rad, że przełamywała kolejne bariery, rujnując dzielące ich mury. Jego uścisk na smoczej żuchwie, kiedy klęczał przy smoczym cielsku, był silny, a jednak jego dłonie drżały - nigdy dotąd nie odczuwał przy Devaughnie równie wielkiej presji, nigdy dotąd - nie musiał uważać na błędy równie mocno. Wiedział, że niezadowolony pomruk, który wydobył z siebie półżywy potwór był reakcją na niewygodną pozycję - ale Tristan nie miał zamiaru wypuścić go z uścisku; musiał zabezpieczyć się w każdy możliwy sposób przed próbą zamknięcia pyska na dłoniach półwili. Obserwował, jak przysiada obok i delikatnymi ruchy unosi fiolkę ze świeżym eliksirem; obserwował, jak jej srebrzyste włosy leją się przez wątłe ramię, wysunięte z ciasnego splotu warkocza. Kiedy jej dłonie ostrożnie zbliżały się do smoczej paszczy, Tristan uchwycił ją mocniej - wywołując u stworzenia gwałtowniejszy poryw, który jednak utrzymał w ryzach. Sądził, że ta tendencja się nasili, a jednak - kiedy położyła dłoń na wierzchu jego pyska, Devaughn się uspokoił. Ściągnął brew, unosząc zaniepokojony wzrok na młodą małżonkę, uważnie obserwując jej ruchy - które nie przestawały zaskakiwać, jej łagodność i delikatność najwyraźniej zdobyły smocze serce. Sam zrobiły to brutalniej -  w pierwszej chwili nawet chciał ją ponaglić, ale ostrożność półwilej piękności pomogła jej zdobyć zaufanie chorego stworzenia. Z wolna jął przełykać dany eliksir, a Tristan odniósł wrażenie, że właściwie mógłby nawet puścić teraz jego łeb - nie miał jednak odwagi tego uczynić, nigdy nie mogąc z dokładnością przewidzieć zachowania dzikiego i nieokiełznanego stworzenia. - Doskonale  - szepnął tylko z cichym zafascynowaniem, patrząc, źrenice smoka reagowały na ton jej głosu. Dopiero, kiedy wstała, zdecydował się wypuścić paszcze z objęć - i, śladem Evandry, powstał, skinąwszy głową na jej słowa.
- Zostawmy go - poprosił, skoro zostało im czekanie, i nic więcej nie mogli zrobić  - powinni się w pierwszej kolejności oddalić. Wyciągnął ku niej ramię, drugą wolną dłonią chcąc odebrać pustą szklaną fiolkę. - Odprowadzę cię do moich pokoi, odpoczniesz tam. - Wiedział, że nie będzie chciała wracać do domu, ale, jeśli tylko mógł, miał zamiar odciągnąć ją od czuwania w samym terrarium. Powietrze nie było tutaj najświeższe, a jej wiotkie zdrowie wymagało specjalnego traktowania. Szezlong w jego komnacie doskonale nadawał się na krótką drzemkę, mógł otworzyć jej okno wystarczająco mocno, by oczyściła się z oparów gotującego się kociołka. - Nawet mój wuj jest pod wrażeniem twoich umiejętności, Evandro. Być twoim mężem jest dla mnie zaszczytem - zaczął, z wolna wyprowadzając ją z terenów dostępnych smokowi. Nie przepuścił jej pierwszej w wąskich drzwiczkach - zszedł sam, wyciągając ku niej dłoń dopiero od zewnątrz, od dołu, niskie schodki prowadzące w dół wymagały asekuracji. - Jeszcze nie wiemy, czy to zadziała, a ty już teraz wywarłaś na wszystkich niezwykłe wrażenie. Chciałbym z tobą o tym pomówić, ale moja sprawa może poczekać, jeśli tylko... wolisz najpierw nabrać sił. - Spojrzał na nią pytająco, od dnia ślubu ani razu nie rozmawiali o niej. O tym, czym się zajmowała i o tym, czym zajmować się powinna; chciał dać jej szczęście, ale nie miał zamiaru pozwolić jej wrócić do Munga - obraziłaby go w ten sposób, jako lorda, jako męża, jako mężczyznę. Jej bytność w rezerwacie - upatrywał w kategoriach zgoła odmiennych, chciał ją tutaj zatrzymać.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Terrarium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia :: Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17