Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Frederick Fox

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
35
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Frederick Fox   22.01.16 19:16


Lycus Percival Malfoy

Data urodzenia: 29 lipca 1924, zodiakalny lew
Nazwisko matki: Avery
Miejsce zamieszkania: to tu, to tam
Czystość krwi: wydziedziczony szlachcic
Status majątkowy: średniozamożny
Zawód: parałem się wieloma dziwnymi zajęciami – od trzech lat jestem jednak łowcą głów. Znaczy czarnoksiężników! Albo prościej – aurorem.  
Wzrost: 180 cm
Waga: 82 kg
Kolor włosów: miodowe
Kolor oczu: z daleka wyglądają na ciemnoszare
Znaki szczególne: dwa pieprzyki na lewym licu, nonszalancki uśmiech i dołeczki w policzkach – mogę pozbyć się wszystkich w każdej sekundzie.
Rozległa, poszarpana blizna o nieregularnym kształcie na całym, lewym barku, Trzy pionowo idące blizny na piersi - ślad po pazurach.  Liczne, drobne szramy na całej szerokości pleców. Ślad po głębokim rozcięciu na karku, tuż u podstawy czaszki. Długa blizna na lewym przedramieniu idąca od łokcia, aż do nasady nadgarstka.
 


Macie bowiem wiedzieć, że są dwa sposoby walczenia…
trzeba być lisem i lwem.


- Malfoy, Lycus!

W stronę stołka szedłem dumny jak paw. Dobrze wiedziałem, jak noszą się pawie, bo odkąd pamiętam to całe stado biegało nam po ogrodzie, a straszenie tych albinosów należało do jednej z ulubionych rozrywek moich i Abraxasa. Z resztą sami wiecie, te wszystkie wychuchane dzieciaczki ze szlachetnych rodów poruszają się identyczne. Nawet wyglądają podobnie. Jakby schodziły z masowej taśmy produkcyjnej. Wszystkie jak aniołki, a już zwłaszcza Malfoyowie. Złotowłose cherubinki. Taki byłem. Tylko może nie tak pulchny, jak nakazywał renesansowy wzorzec. Raczej mizerny. Na mój widok nieobeznane damy z wyższych sfer często wydawały z siebie dźwięki o nieznośnej częstotliwości, zachwycając się tą śliczną dziewczynką, a ja wtedy spluwałem na ich buty i pryskałem, zostawiając matkę w niewygodnej sytuacji. Ale – wracając do mojej wędrówki w stronę stołka – kiedy w końcu usadowiłem się wygodnie, a kapelusz wylądował na mojej kędzierzawej czuprynie, oczekiwałem niemal natychmiastowego werdyktu, który był dla mnie oczywisty. Zamiast tego, usłyszałem niepokojące słowa, które przez następne lata odbijały się echem po mojej głowie:
A to ci heca! Malfoy, który ma w sobie więcej z lwa niźli węża, taa... Odwaga jest rzadka w twojej rodzinie, młodzieńcze. Godryk byłby dla ciebie najlepszym opiekunem, pokazałby ci szlachetną drogę sprawiedliwości, a coś czuję w moich zjełczałych fałdach, że tego podświadomie szukasz.
Na te słowa mina mi zrzedła. Że ja? Do Gryffindoru? W amoku spojrzałem w stronę stolika pod złoto-szkarłatnymi sztandarami. Przez chwilę wydawało mi się, że wszyscy do mnie machają. I wszyscy, bez wyjątku, byli rudzi. Wówczas to było niczym koszmar na jawie. Że ja, a n i o ł e k, pośród tych zapchlonych, ryżych kundli? Ze stresu chyba nawet w momencie zrudziały mi włosy, a nos upstrzyły Weasleyowskie piegi, co wywołało niemałą salwę śmiechu w Wielkiej Sali. Taki przypał w pierwszy dzień, jeszcze przed całym zastępem Ślizgonów wpatrzonych we mnie, kolejnego Malfoya winnego zasilić ich szeregi... Nie, nie, nie, nie! Cóż za irytujący skrawek zgrzybiałej szmaty! Wtedy pomyślałem sobie, że nikt nie będzie mi rozkazywał, jak mam żyć. Aż w końcu doczekałem się. Dopiąłem swego. Wrzawa oklasków popłynęła z części sali zajmowanej przez Ślizgonów. Mogłem odetchnąć z ulgą i równie dumnie, co przedtem, już z anielskimi loczkami, zasuwać w stronę ślizgońskiego stołu. Starszy brat chyba nie był dumny z ostawionej przeze mnie szopki, ale poklepał mnie po pleckach, a rodzice wysłali list z gratulacjami, które nic nie znaczyły. Numerologicznie, no nie? Ziszczenie marzeń każdego jedenastolatka ze szlachetnej rodziny. Takie rzeczy wpisuje się później w CV. Ale co ja mogłem wtedy wiedzieć? Gdybym był trochę mądrzejszy... ale nie byłem. Bo jak niby mógłbym? Stara Tiara miała z tysiąc lat, a ja jedenaście. Rachunek prawdopodobieństwa wskazujący tego, kto miał rację, był raczej przesądzony. Liczby bywają bezlitosne. Z resztą nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo moja mała, pojętna główka była w owym czasie przepełniona nienawiścią do wszelkich wypaczeń natury, jakimi byli mugole, szlamy, a nawet półkrwi czarodzieje. Wiecie, jak z Abim bawiliśmy się w domu ze skrzatami? My byliśmy panami. One – niemagicznymi pomiotami społeczeństwa, które należało unicestwić. Raz zakopaliśmy nawet Gryzię żywcem w ogródku. Oj tak, nie można nam było odmówić fantazji. Tatuś się postarał, żeby rozbudzić nasze wyobraźnie.
Powiem wam trochę o tej fabryce aniołków.
Takie ewenementy natury rodzą się lepsze, silniejsze, piękniejsze. Mają życie jak w bajce. Dorastają w marmurowych pałacach, jadają ze srebrnej zastawy, noszą najdroższe ubranka, za które można by wyżywić wszystkie biedne sierotki z Londynu. Cóż za marnotrawstwo! Ale klasa panów musi się bawić. Francuski, szermierka, trochę łaciny, później historia i heraldyka. Savoir vivre, później trochę na temat tego, z kim się odzywamy, a z kim nie, następnie jazda konna, kogo stać, ten się uczy latać na aetonanach. Oczywiście, że ja uczyłem się latać na aetonanach. Malfoyowie tak już mają, że interesuje ich tylko towar najwyższej klasy. O, a na dziecięcej miotle śmigałem, zanim jeszcze nauczyłem się chodzić. Heca na czternaście fajerek. Czy było to coś nadzwyczajnego? Nie. Zajrzysz do Averych – to samo. Popatrzysz na dzieci Blacków – niczym nie będą się różnić. U Lestrange'ów – może trochę mniej anielskie, ale tak samo wychuchane. Ileż musiałem mieć szczęścia, że urodziłem się właśnie w takiej rodzinie! Nie czaiło się na mnie żadne zło tego świata, bo od zarania byłem przyuczany do tego, że ten leży u moich stóp.
Niezłe pranie mózgu, co?
Dzieciaczki są niewinne. Czyste jak łza. I chłoną wiedzę jak gąbka wodę. Można im wpoić wszystko. Jeśli tatuś i mamusia mówią, że ktoś niemagiczny jest be – to – zaiste – będzie be. Proste. Nie ma w tym żadnej filozofii. Jeśli przyjdzie ci na myśl wyrazić sprzeciw – dyscyplinarne łajanie. Każdego czeka tak samo nudne życie, powielające bezpieczne schematy, przechodzące z pokolenia na pokolenie. Miałem tego pecha, że byłem trochę bardziej krnąbrny niż Abi. Podczas każdego balu w Wilton musiałem zajrzeć pod sukienkę co najmniej trzem damom z towarzystwa. Robiłem sobie też wycieczki w zakazane rewiry, aż do samego Salisbury. Raz nawet pojechałem mugolską koleją, żeby pobujać się po Stonehenge... choć to akurat mniej wesoła historia. Byłem już wtedy trochę starszy. Miałem ze dwanaście lat, powiedziałem sobie ahoj, przygodo, po czym zniknąłem z domu na trzynaście godzin. Tę pechową liczbę wybrałem zupełnie przypadkiem. Tamto lato było upalne i wyjątkowo mało deszczowe. Nie wiem, jaki czart mnie skusił, by po powrocie opisać szczegóły mojej wyprawy Abiemu. Że pociąg stanął w polach, że postanowiłem wybrać się pieszo, ale spotkałem rolników, którzy jechali w tamte strony, więc mnie zabrali. To był fatalny pomysł, bo mój brat zaraz poleciał wyśpiewać wszystko starszemu. Ojciec mnie nie ukarał, taki był łaskawy. Powiedział jedynie, że każdego mugola, który miał czelność się do mnie zbliżyć, albo – nie daj Morgano – odezwać, powinienem był rzucić wilkom. A kilka dni później pozwolił mi patrzeć, jak te dzikie bestie rozszarpują człowieka. Nie wiem, kim był. Przypadkowym mugolem? Zbrodniarzem? A może iluzją? Tatuś lubił zaskakiwać. I posługiwał się okrutnymi metodami w egzekwowaniu posłuszeństwa. A ja od tamtej chwili, zapewne jak nikt inny w całej szkole, drżałem na widok pozornie potulnego lupus canis.



Hogwart mnie zmienił. Zbrukał błękit mojej krwi. Chyba moi czcigodni rodzice nie wzięli pod uwagę tego, że wypuszczenie mojego lotnego umysłu spod klosza będzie aż tak ryzykowne. Abi dolał oliwy do ognia, strzelając na mnie śmiertelnego focha za zwracanie się doń tym infantylnym imieniem. A skąd ja niby miałem wiedzieć, że w szkole mi nie wolno? Że tutaj to tylko A-B-R-A-X-A-S. Albo panicz Malfoy. No koniec świata i przypał przed kolegami na resztę życia. Obyłem się jakoś bez brata. I na dobre mi to wyszło, po SUMach i tak zostałem zaproszony do elitarnego Klubu Ślimaka. Przychylność popiekuna mojego domu zyskałem dzięki umiejętności metamorfomagii, która psorowi najwyraźniej przypadła do gustu. A może chodziło o mój uroczy charakter? Bo choć z bratem miałem mocno na pieńku od czasów szkoły, nigdy nie narzekałem na brak posłuchu. I to wcale nie dzięki fejmowi mojego nazwiska, o nie! Hogwart to był skok na głęboką wodę, nawet dla chłopca z rasy panów. Trzeba było wyhodować skrzela. To wyhodowałem. Posiadałem zaskakujące umiejętności przystosowywania się. Bo - jak to mówią – lisy tylko sierść zmieniają... ale o tym później. Wtedy jeszcze nie wiedziałem nic, choć wydawało mi się, że wiem wszystko.
A figa!
Ze Slughorna był równy gość, szlabany za moje wojaże do Zakazanego Lasu (będące li wyłącznie manifestacją mojego chojractwa) były czystą przyjemnością, w przeciwieństwie do tego, jak wyrafinowane kary spotykały mnie w domu za wszelkie niesubordynacje. Ale czego innego mogłem spodziewać się po kimś, kto mogący  poszczycić się statusem krwi zbliżonym do mojego sympatyzował ze szlamami? W Slughorna wpatrywałem się jak w obrazek już od pierwszych lat, nawet, jeśli moje wyniki z dziedziny eliksirów pozostawiały wiele do życzenia. Choć muszę przyznać, że pierwsze lata na jego przedmiocie nie były dla mnie bajką, raczej dały po mordzie jak Zła Czarownica. No bo jak to? Ktoś równy potrafił złajać arystokratę, jednocześnie wznosząc na piedestał mugolaczkę. Istna katastrofa. Gdyby to było jednorazowe, ale nie – na swoich lekcjach pokazywał, że status krwi nie miał dla niego najmniejszego znaczenia. Byłem dzieckiem i chociaż umysł miałem nietęgi, trochę zajęło mi skumanie, że niektóre szlamy są nawet w porządku. I bywają całkiem ładne. I wcale nie takie obrzydliwe, jak zarzekał się ojciec... No dobra, macie mnie. Zabujałem się w jednej. Moją pierwszą wybranką była czarownica, w żyłach której nie płynęła choćby kropla błękitnej krwi – ba! Nie płynęła choćby kropla krwi czarodziejskiej! Fatalne zauroczenie, można by rzec. Ale tak jakoś wyszło, że szkoła zatruła mi umysł. A może ta podstępna jędza spoiła mnie amortą? Cóż, nie wybiera się swoich Beatrycze, chociaż moi rodziciele zapewne myślą inaczej. Mnie jednak nie jarają te ich staroświeckie poglądy, już wtedy zaczynałem mieć problemy z moralnością. Z rozpoznawaniem tego, co białe, a co czarne. Aż ktoś w końcu wypatrzył te moje umizgi – po szkole poszła fama, a ja dziwnym trafem nagle przestałem być najlepszym pałkarzem drużyny Ślizgonów, choć trudno było doszukiwać się jakiegokolwiek regresu mojej formy. W końcu – jakoś na początku piątej klasy - zostałem całkowicie odsunięty od rozgrywek, ale w planach bynajmniej nie uwzględniałem swojej absencji podczas meczy. Szczęśliwie udało mi się objąć fuchę głównego komentatora, dzięki czemu szybko zaskarbiłem sobie sympatię całej szkoły... no, może z wyjątkiem członków mojego domu. Tak naprawdę nie szczędziłem języka na nikim, ale Ślizgoni nie potrafili żyć z tym, że traktuję ich na równi z Gryfonami – pozostawało mi wzruszenie ramion i wyjaśnianie, że jako komentator nie mogę pozwalać sobie przecież na faworyzowanie żadnej z drużyn. Nastroje w dormitorium pod jeziorem robiły się coraz mniej radosne, ja zaś nabierałem coraz większej pewności co do tego, że ludzie, którzy mnie otaczają, są wypruci z tych emocji, które wypełniały moją barwną duszę. Coraz jaśniej zaczynałem również widzieć to, że mówienie na głos o tym, za jak olbrzymich idiotów uważam wszystkich, którzy z dumą trąbili o swoim pochodzeniu, byłoby co najmniej nierozważne.
Zanim jeszcze podszedłem do egzaminu z SUMów, miałem dość mocno wyważony światopogląd, a gdyby wówczas ktokolwiek z mojej rodziny zajrzał mi do głowy, zapewne uznałby, iż najbardziej humanitarna byłaby dla mnie eksterminacja. No, może poza małą Meg, która była jeszcze wtedy zbyt niewinna. Nawet nie wiecie, jak bardzo było mi przykro z powodu mojej siostry – w najbliższych latach jej życia rodziciele mieli zatruć jej umysł, by później z łatwością zawładnąć nad każdym aspektem jej egzystencji. Póki jeszcze wracałem do domu na okresy wolne od nauki – a wierzcie mi, że pojawiałem się w Wilton coraz rzadziej – starałem się spędzać z nią jak najwięcej czasu, biegając po ogrodzie, by dziesięć razy z rzędu dać za wygraną w grze w chowanego, a i tak każde spojrzenie w jej niebieskie oczy rozrywało mi serce. Nic przyjemnego. Co zaś do wspomnianych wcześniej SUMów – choć większość przedmiotów oblałem, najlepiej poszły mi zaklęcia i obrona, zawsze czułem się dobrze z różdżką w ręku. Eliksiry zdałem chyba tylko w wyniku szczęśliwie dobranych pytań, a najbardziej dziwił wynik z transmutacji, z której nigdy nie byłem orłem, a jednak uplasowałem się z zadowalającym, co kwalifikowało mnie do dalszej nauki tego przedmiotu. Może było to uśmiech losu, a może było to spowodowane moją fascynacją osoby Dumbledore'a. Cóż to był za czarodziej! A ileż razy musiałem gryźć się w język, by na zajęciach nie parskać śmiechem z jego żartów. Wyglądało to mniej więcej tak – cała sala rży, ławki zajmowane przez Ślizgonów pozostają niewzruszone, z jednym, niepoprawnie politycznym Malfoyem, który w próbie powstrzymania się od łez zaczyna robić dziwne rzeczy z twarzą i włosami. Moja wrodzona zdolność w okresie dojrzewania bywała kapryśna, wyobraźcie sobie, że po takiej lekcji potrafiłem pół dnia chodzić z zieloną czupryną i uszami przypominającymi bardziej kocie, niźli ludzkie. Najgorsze przyszło jednak wraz z mutacją. Nie dość, że miałem kobiecy głos, to w istocie, można mnie było z panną pomylić, bo długich, platynowych włosów nie mogłem ujarzmić przez cztery miesiące, a twarz mi całkowicie zniewieściała. Kumple mnie nie szczędzili i gwizdali na mój widok z udawanym zachwytem - choć przedstawicielkom płci ładniejszej chyba to aż tak szczególnie nie przeszkadzało. Śmiałbym twierdzić, że wręcz przysporzyło mi to uwagi! Byłem trochę casanovą. I to okrutnym. Za każdym razem, kiedy ktoś z moich przyłapywał mnie na flirtach z mugolaczką, zarzekałem się, że znowu padłem ofiarą eliksiru, dorzucając, że Slughorn zapewne chętnie pomagał wszystkim moim adoratorkom. Każdemu niedowiarkowi rzucałem niejednoznaczne a co, zazdrościsz? (pewnie nie zazdrościli, do dziś żyję w przekonaniu, że większość tych wychuchanych bubków to homoseksualiści), aż w końcu doigrałem się i, w istocie, padłem ofiarą co najmniej dwóch amortencji, sporządzonych przez panny odpowiedniejsze dla mojego towarzystwa. Nikt nie był w stanie udowodnić mi, gdzie leżała prawda.
Już wtedy zaczął rozbudzać się we mnie Fantastyczny Pan Lis, choć może nie byłem tego do końca świadomy. Niemniej balansowałem na cienkiej linii między prawdą a kłamstwem, pozostając w sferze niedomówień. I choć nikt pośród Ślizgonów mi nie ufał, nie czułem się z tym szczególnie źle, bo przecież tam wszyscy byli tak samo marnymi powiernikami sekretów. Można by pomyśleć, że zmitrężyłem siedem lat, zmuszony zadawać się z tymi odrzutkami społecznymi, podczas gdy, im byłem starszy, tym chętniej spędzałem czas z przedstawicielami innych domów. I choć może faktycznie odnalazłbym się lepiej pośród mężnych Gryfonów, egzystowanie w tej podłej, zakłamanej elicie społecznej pozwoliło mi na dogłębne poznanie ich słabości, mechanizmów działania, a także wyszkoliło u mnie wszystkie cechy, które lis winien posiadać.



- Lycus Malfoy nie żyje.

Nie wspominam najlepiej ostatniego roku nauki – afera z Komnatą Tajemnic jedynie utrwaliła moje buntownicze poglądy. Coraz częściej dostawałem też niezbyt przyjemne listy od ojca, który bezskutecznie nawoływał mnie do odpowiedniego prowadzenia się. Nie myślcie sobie, że mnie błagał! To nie były przyjemne akapity. Raczej wypełnione nienawiścią i pogróżkami, że jestem na dobrej drodze do wydziedziczenia. Wiecie, mimo wszystko myślę, że było im to na rękę. Byłem czarną owcą w rodzinie. Nie słuchałem się, śmiałem się w chwilach, gdy nie powinienem, i choć z moich ust nigdy nie padły żadne akty czy oskarżenia, swoim impertynenckim zachowaniem dawałem znaki, jak bardzo mi się to wszystko nie podoba. Będąc w siódmej klasie w rodzinnych progach pokazałem się raz, dwudziestego piątego grudnia, tylko po to, by oznajmić, iż w związku ze zbliżającymi się owutemami nie będę miał czasu na takie błahostki jak jakieś śmieszne uroczystości. Tak naprawdę nie chciałem, aby ktokolwiek z mojej rodziny próbował przejąć nade mną kontrolę, przejrzeć moje plany. Od tamtego dnia moja stopa ani razu nie przekroczyła progu posiadłości Malfoyów, ba – nie zbrukałem swoją obecnością choćby najmniejszego, doskonale zielonego źdźbła trawy, które wyściełały ich ogrody. Nie chciałem należeć do tej rodziny, mimo iż zdawałem sobie sprawę z tego, z jak wielu wygód dobrowolnie rezygnuję. Ominęły mnie Sabaty, cóż za strata. Przez jakiś czas od mojej absencji ojciec bezskutecznie nakłaniał mnie do powrotu posyłając sowę za sową, aż w końcu doczekałem się. Po upływie dwóch miesięcy dostałem ostatni list, informujący o wykreślenia mnie z rodu Malfoyów. Przez chwilę poczułem ulgę, później strach – kolejne pół roku bałem się zasypiać, bo co jeśli... co jeśli postanowią pozbyć się mnie na dobre? Co jeśli moi koledzy z lat szkolnych uznają, że najwyższy czas porządnie sprać mi dupsko? Nic takiego jednak nie nastąpiło, wszakże to nadal byłoby rozlewanie czystej krwi, tak rzadkiej w dzisiejszych czasach. Po jakimś czasie doszło do mnie, że póki jawnie nie będę bronił praw mugoli... może jakoś mi się upiecze.
Nie bardzo wiedziałem, co mógłbym ze sobą zrobić – jakakolwiek ścieżka kariery wydawała mi się wówczas abstrakcją, był nawet moment, kiedy pożałowałem tego, z jaką łatwością obróciłem w proch wszystko, co mogłem posiadać. Nastał okres, kiedy tułałem się po barach, oczywiście w roli rozlewającego alkohole, jakoś trzeba było zarobić na życie, choć równie chętnie zacząłem wlewać go w siebie. Pomieszkiwałem u znajomych, poznawałem dziwnych klientów, nigdzie nie pozostawałem na dłużej. Jakże nieoceniona okazała się wówczas moja zdolność metamorfomagii! W szkole mogłem używać jej co najwyżej do zabawy, ale w prawdziwym świecie stwarzała morze możliwości. Postanowiłem spróbować swoich sił jako auror, ale nie przeszedłem testów, które zakwalifikowałyby mnie na szkolenie. Nikt nie lubi porażek, a ponieważ ja nie byłem nikim, zniosłem to wyjątkowo źle. Chyba zacząłem popadać w depresję. Na dodatek byłem wręcz pewien, że nieustannie ktoś mnie śledzi – do dziś nie wiem, ile było w tym prawdy, a ile jedynie manii prześladowczej. To nie był najchlubniejszy okres mojej egzystencji. Wycofałem się z jakiegokolwiek życia społecznego, co chwila zmieniając twarze i profesje, i wierzcie mi, nie mielibyście o mnie dobrego zdania, gdybym wam wyjawił, czym się zajmowałem. Kończąc szkołę wydawało mi się – jak zwykle zresztą - że wiem wszystko, podczas gdy moja wiedza nadal pozostawała kroplą w morzu. Jak taka oczywistość mogła umknąć moim genialnym obliczeniom?
Otarłem się o szaleństwo. Choć w murach Hogwartu zgrywałem chojraka, mój młody umysł walczył z coraz  to silniejszymi wątpliwościami – a ja przecież nie mogłem wrócić do przeszłości! Duma była we mnie zbyt silna, bym kajał się przed ojcem, którego przecież dobrowolnie się wyrzekłem. Egzystowałem jako lis, z przypisanym mu niechlubnym tchórzostwem włącznie. Żeby stać się fantastycznym, potrzebowałem obudzić w sobie uśpionego lwa. Lwa, którego sam zdusiłem przed laty, a który gotował się do skoku już od zarania. A później wydarzyło się nieoczekiwane. Śmierć Albusa Dumbledore'a zabiła we mnie resztki Lycusa Malfoya, które zawzięcie walczyły o prawo głosu, choć w rzeczy samej sparaliżowała mnie do reszty. Nie był przecież tylko (wraz ze Slughornem) moim ulubionym profesorem z czasów szkoły - nie poddawałem najmniejszym wątpliwościom jego wielkiego talentu magicznego. Po takim obrocie spraw matematyka była dość prosta – prysnąć, byleby jak najdalej od Anglii i zbliżającej się wojny.
Na wyspach nie pojawiłem się przez ponad trzy lata.
Wędrowałem po Europie – wpierw Francja, do której przeprawiłem się dzięki pewnemu przyjaznemu Traversowi. Tam pierwszy raz zetknąłem się z mugolskim kinem, nie mogłem jednak pozostać w tym kraju na dłużej, bo francuski zbyt silnie przywodził mi na myśl więzy rodzinne, które przecież chciałem zerwać. Odciąć niewidzialną pępowinę, będącą mi kulą u nogi. Dalej na południe, wszak był to kierunek obierany przez wszystkie psotne zwierzęta, poprzez Afrykę, do Egiptu. Tam zaś spotkałem się z wierzeniem, że każdy byt posiada dwa imiona. Jawne, znane od zarania, oraz tajne, odkrycie którego daje spirytualną siłę dorównującą mistycznej, boskiej wielkości. Tak bardzo uwierzyłem w tę bajkę, że podróż w głąb własnego ja wydała mi się przez jakiś czas życiowym celem. No młody byłem, a ponadto zawsze wykazywałem wyjątkową podatność na wszelkie sugestie. Poprzez Afrykę dałem porwać się jeszcze dalej, na wschód, aż w rejony okalające zatokę Bengalską. Tajlandia, Kambodża, Malezja, Sri Lanka, Indie, Bangladesz, później Nepal, Butan, Tybet. Ba – w Himalajach spędziłem całe siedem miesięcy. Łapałem się różnych zajęć, byleby tylko mieć czym napełnić żołądek – od pomagania pasterzom kóz, poprzez prace inżynierskie (no dobra, macie mnie, tak naprawdę byłem tanią siłą roboczą), zbieranie rzadkich ziół, poskramianie hipogryfów, aż do pomocy przy łamaniu klątw u starego maga, choć bardziej pomagałem jemu, niż jego czarom – w zamian samemu się szkoląc. I choć czarodziej był z niego prawy, znał i te dziedziny magii, które nie śmiały wymówić na głos swojego imienia. Był to  pierwszy raz, kiedy zetknąłem się z czarami tak parszywymi, iż wolałbym zapomnieć o ich istnieniu.
Podróżowałem różnie. Raz ze swoją twarzą, raz upodabniając się do tubylców, zawsze jednak przedstawiając się imieniem lisa, wymawianego w różnych językach. Moja pozytywna, choć ekscentryczna natura przysporzyła mi wielu sojuszników. Przebywałem w miejscach wypełnionych magią, jak i pozornie zupełnie jej pozbawionych – choć dostrzegałem ją zarówno w majestatycznej przyrodzie, jak i mistycznych, buddyjskich klasztorach. Wszechobecna filozofia buddyzmu i prostota tych ludzi zupełnie mnie odmieniła, utwierdzając w przekonaniu o słuszności swoich decyzji. Do dziś widać we mnie piętno tych podróży – dzień zawsze zaczynam od sekwencji powitania słońca, herbatę pijam wyłącznie z czarek, nie potrafię też obyć się bez diablego ziela, które do dziś jest moim niezrównanym sprzymierzeńcem przynoszącym ukojenie. Wiadomo, każdy musi przejść swoje katharsis. Nastroje w Anglii nie były najpomyślniejsze, jednak czas powrotu do ojczyzny zbliżał się nieuchronnie. Nie mogłem przecież pozostawać dezerterem przez całe życie – nie taki los był mi pisany. Bycie włóczykijem mnie wyciszyło. Joga, długie medytacje, odrzucenie potrzeby posiadania, górskie wspinaczki i w końcu pogodzenie się z tym, że naprawdę wyrzekłem się swojej rodziny ustabilizowały mój porwany na strzępy charakter. Lew zaczynał przeciągać się po przydługiej drzemce, a ja byłem gotów wracać do Anglii.



- Nazywam się Frederick Fox.

Lisom przypisuje się spryt i przebiegłość. Są przezorne, inteligentne – jeśli trzeba, stają się niewidzialne jak powietrze, potrafią jednak kąsać niczym języki ognia. Wiedzą, jak meandrować między nieprzyjacielem, wiedzą jak zdobyć ludzką ciekawość, może i nawet łaskawość, by kolejnej nocy wynieść wszystkie kury z zagrody. Wybór nowego nazwiska był dla mnie oczywisty, imię było pierwszym, które przyszło mi na myśl i nie przywodziło żadnych skojarzeń z moją przeszłością czy korzeniami. Mogłem z łatwością zmienić i wygląd, ale przecież podjąłem decyzję – koniec z uciekaniem. Zachowałem swoją prawdziwą twarz, nie miałem przecież powodu do wstydu (ach, te nieskazitelne, perfekcyjne rysy Malfoyów i Averych). W lustro spoglądałem z pewnością siebie. Nie interesowało mnie to, jak bardzo było to nie w smak całemu szlachetnie urodzonemu społeczeństwu. Miałem zamiar zająć się swoim życiem, a im radziłem zrobić to samo, zamiast marnować swój czas na kogoś mojego pokroju. Ponownie zaaplikowałem na stanowisko aurora. Byłem niemal pewien, że moja wyjątkowa zdolność metamorfomagii i opanowanie będą wystarczające, aby tym razem zakwalifikować się na szkolenie. Komisja uznała jednak, że moje kompetencje warzenia eliksirów są niedostateczne – co może i było prawdą, nie przodowałem nigdy w tej dziedzinie, a dobre oceny zawdzięczałem głównie pobłażaniu i pomocy Slughorna. Kiedy jednak pochodzisz z rodziny takiej jak moja, która w Ministerstwie zasiada na najwyższych stołkach, nie dzieląc z nią najcieplejszych wspomnień, nie sposób odpędzić się od myśli, że ktoś na górze próbuje zgasić twoje ambicje. I o ile przed laty podobny werdykt mnie załamał, tym razem nie zamierzałem dać za wygraną. Próbując przekreślić moją karierę, moja rodzina doczekała się efektu wręcz odwrotnego, motywując mnie do działania. Z resztą zawsze interesowała mnie wyłącznie perfekcja, to chyba cecha dziedziczna wszystkich wychowanków Salazara. Muszę być najlepszy. Chociaż nie – ja jestem najlepszy (to zaś przekonanie typowe dla dziedziców szumnych nazwisk). Nie odpuszczam. Jeśli sobie coś postanowię, mój sen ma się ziścić. Jednak biedny jak mysz kościelna musiałem szybko znaleźć zastępcze zajęcie, by nie zdechnąć z głodu. Postanowiłem spróbować w dziedzinie, w której dotąd nie miałem sobie równych. Porwałem się jednak na słowo pisane, zostając freelancerem dziergającym relacje sportowe, między rubryki wstrzeliłem się też z kilkunastoma wywiadami. Na początku nikt nie wiedział, kim jest Frederick Fox, kiedy jednak rozeszła się plotka na temat moich korzeni, prasa zaczęła być dla mnie mniej przychylna. Arystokracja za mną nie przepadała, ich kąśliwość nie wychodziła jednak poza okazyjne komentowanie mojego braku profesjonalizmu. Ta poprawność polityczna przybijała motyle do deski. Popyt na moje felietony zmalał, a ja znów zaczynałem mieć wrażenie, że jakaś niewidzialna, malfoyowska ręka maczała w tym palce. I choć moje złote usta przestały liczyć się w brukowcach, dostałem propozycję od ligi quidditcha na objęcie posady drugiego komentatora podczas mniej ważnych meczy quidditcha, za które płacili psie pieniądze, więc nikt specjalnie się nie garnął na objęcie podobnej fuchy. Nie zdążyłem zajść na szczyt, tylko raz wydarłem się ze szponów drugiej ligi, mając zaszczyt uświetnić swoją osobą mecz, który skończył się zwycięsko dla Harpii z Holyhead. Praca ta przynosiła mi niewątpliwą frajdę i odwrotnie proporcjonalne fundusze, które w zupełności wystarczały na moje skromne zapotrzebowania. Nie dawała jednak oczekiwanego spełnienia. Byłem dzikim zwierzęciem, a łaknienie mojej wewnętrznej bestii pozostawało nienasycone. Znalazłem więc nauczyciela idealnego na swoją miarę - genialnego dzieciaka, który przybliżył mi szeroko pojętą sztukę eliksirów. Przez niemal rok moja orbita ograniczała się do stadionów quidditcha i zapchlonego poddasza (wypełnionego wówczas po sufit księgami i kociołkami), które wynajmowałem w Londynie, okazyjnie zbaczając do przypadkowych pubów czy barów. No dobrze. Nakryliście mnie. Zbaczając do pubów czy barów częściej, niż było to konieczne. Albo do kina. Czy też na mugolskie tańce. Moim życiem zawładnął rock'n'roll. Zdawało się, że w końcu, po niemal sześciu latach, znalazłem balans między ascetyzmem a epikureizmem w najczystszej postaci. Natura smutasa mi nie leżała. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jakim cudem wytrzymałem te siedem lat...
Czas, kiedy byłem związany z quidditchem zbiegł się z zamartwianiem o przyszłość mojej siostry. Jako młoda, buntownicza Krukonka zapewne spędzała rodzicielom sen z powiek. Zacząłem pisać do niej listy. Nie chciałem, żeby podążała moimi śladami – wiecie, idę o zakład, że ojciec niejednokrotnie straszył ją, że podzieli mój los, pokazując jej pięknie wypaloną dziurę na drzewie genealogicznym rodu Malfoyów. Czysta krew zawsze u władzy. Do dzisiaj bawi mnie ta dewiza. Jaką niby władzę miał ktoś nade mną? Albo Megarą? Z jednej strony trochę mnie to cieszyło - to całe burzenie konwenansów, uciekanie od tradycyjnych wartości wpajanych od zarania. Jeden-zero dla Lycusa. Nie czułem się jednak zwycięzcą, istniała druga strona medalu, która sprawiała, że z mojej twarzy znikał uśmiech. Jak nikt inny z mojej rodziny wiem, ile głupiej odwagi i sprytu wymaga przecieranie szlaków, którymi  nikt wcześniej nie odważył się wędrować. Takie drogi nie bywają łatwe. Łatwo za to można potknąć się o kamień, stracić balans, zachwiać – a potem odpłynąć w bezkresną przepaść. Żeby to jeszcze kamień był przeszkodą! Malfoyowie lubią na takich jak ja zrzucać całe głazy. Albo wywoływać lawiny. A mnie wcale nie grała wizja mesjasza.



Chociaż lis mądry - rzecz to dowiedziona - nie z jednej sprawy wyszedł bez ogona.

Trzecie podejście okazało się sukcesem.
Mój głos już nigdy miał nie zabrzmieć na żadnym stadionie. Kiedy w końcu przyjęto mnie na kurs aurorski miałem dwadzieścia sześć lat. Szkoleniu oddałem się bez reszty – chociaż nadal nie zrezygnowałem ze swoich ulubionych rozrywek, najwyraźniej krnąbrność była cechą, której w żaden sposób nie dało się ze mnie wykorzenić. Ale łapanie czarnoksiężników to nie rurki z kremem. Zostając pełnoprawnym aurorem liczyłem się z tym, że mogę przestać istnieć - tak po prostu, z dnia na dzień. To nie jeden z tych zawodów, w którym ścieżka kariery jest szczególnie długa i usłana różami. Raczej tylko kłody pod nogi, ale w ich przeskakiwaniu specjalizuję się od dziecka. Trudno też mówić o wyścigu szczurów i przesuwaniu się po szczeblach ku najwyższemu stołkowi. Im dłuższy staż, tym większe poważanie, wiadomo - nie dać się zabić przez lata to prawdziwa sztuka. Ale nic poza tym. Żadnego głaskania się po pleckach. Nigdy z resztą tego nie lubiłem. Nie mam niczego do stracenia. Tacy ludzie podobno są najgorsi. Bez rodziny, bez jakiejkolwiek lepszej perspektywy, mogę tylko zapełniać kolejne cele w Azkabanie. Mimowolknie musi nasuwać się wam pytanie: A miłość? Nie wiem, co z miłością. Nie wiem, czy tak umiem. Zdaje się, iż nie zostałem zbyt hojnie obdarzony w tej dziedzinie emocjonalnej. Z drugiej strony już wiele razy przekonałem się, że tak naprawdę nic nie wiem. Może i jest jakąś groźbą, podobno odbiera rozum, tego zdecydowanie bym sobie nie życzył. Ponadto... mam dość mocno wyzwolone podejście do relacji w sferze damsko-męskiej. Kocham kobiety, prawię im komplementy, doprowadzam do białej gorączki. Rozdaję uśmiechy, szepcę czułe słowa. Ale nie daję obietnic bez pokrycia, a może po prostu na swojej drodze nie spotkałem jeszcze takiej, której mógłbym powierzyć serce. Nazwać swoją Beatrycze. Nie jest mi jakoś szczególnie smutno z tego powodu. Przynajmniej nie katuję się obecnością zimnoskórych wybranek rodziców, bo tak trzeba. Merlinie! Trzeba to się odlać po kilku kuflach piwa, a nie...
Kiedy Megara poinformowała mnie o śmierci matki nawet nie przyszło mi na myśl, bym opuścił ceremonię pogrzebową, czy – nie daj Merlinie – pojawił się tam z inną twarzą. Choć darowałem sobie odwiedziny w Wilton, na cmentarzu każdy z członków mojej rodziny mógł spojrzeć mi w oczy. Nigdy nie czułem się szczególnie przywiązany do matki – nie wiem, czy którekolwiek z nas, całego rodzeństwa, kiedykolwiek czuło coś poza potrzebą podporządkowania się (lub nie, jak dowiódł mój przypadek). Więzy rodzinnie nic już dla mnie nie znaczyły, chodziło jednak o ludzkie zachowanie. Oddanie pamięci komuś, kto jednak przez dziewięć miesięcy znosił cierpienia noszenia mnie w swoim łonie. O szacunek, nawet, jeśli moja matka na niego nie zasługiwała. Gdybym się nie pojawił, mógłbym równie dobrze postawić siebie obok wszystkich arystokratów, którymi przecież tak bardzo gardziłem. Czułem ich nienawistne oddechy wypełniające całą przestrzeń, zupełnie tak, jakby chcieli odebrać mi resztki tlenu z powietrza. Zabawne istoty, o ograniczonych, zamkniętych umysłach, żyjące w przekonaniu o swojej lepszości. Fakt – nadal nie mogę odżałować tych Sabatów, które mnie ominęły. I tych przyjęć charytatywnych! Bankietów z idiotycznych okazji! Bali Halloweenowych! Tacy to mają lekkie życie.
To nie dla mnie. Nigdy nie było dla mnie. I wiedziałem to już wtedy, kiedy jako dziecko samotnie wędrowałem po Wiltshire, a na uroczystościach wszelakiej maści pojawiałem się ze świńskim nosem, ku przerażeniu całego, arystokratycznego półświatka. Oczywiście (jak zwykle) nie czyniłem tego z premedytacją. Po prostu w fazie aniołka nie byłem w stanie panować nad swoimi zdolnościami, ale coś mi mówi, że to był jeden z pierwszych zwiastunów mojego buntu. A ile się musiałem później przed ojcem tłumaczyć! Myślicie, że mnie nie złajał? Zapomnijcie. Ktoś z taką władzą jak Coronus Malfoy nie wierzy w przypadki.  
Obrałem mój sposób. W Szpitalu Świętego Munga jestem niczym stały klient popularnej kawiarni. Ze wszystkimi na cześć, bardzo lubię prowadzić pogawędki, kiedy przywracają mi czucie w palcach i tamują krwotok, wyciągają dziwne przedmioty ze skóry... Codzienność. Ryzykowanie życia jest moją codziennością. To jak picie herbaty. Zachowuję zimną krew i pozwalam, by tysiące ekscentrycznych pomysłów zaprzątało moją głowę – wierzcie mi, ta niezwykła umiejętność przydaje się w krytycznych sytuacjach. Nie daję się ujarzmić, trwam na przekór zasadom, i choć mogę wydawać się nonszalancki, mój duch jest zdyscyplinowany... do czasu. Wychodzę oknem, jeśli drzwi są zamknięte. Jeśli nie ma okna – przenikam przez ściany. Jestem wolny od wszystkiego. Mógłbym być też twoją furtką do wolności, wiesz? Nie skazuję się na poglądy, które krążą w żyłach jak trucizna. Zawsze byłem przeciętny z eliksirów, ale jednak to mnie udało się znaleźć antidotum. Bardzo proste. Wystarczy się wyszczerzyć. Byle naturalnie. Aż takie trudne w dzisiejszym, złym świecie? O to się nie martw. Przy mnie popłaczesz się ze śmiechu, gwarantuję ci. Jestem zabawny. Błyskotliwy. I coraz poważniej myślę nad tym, by znów wprawić w ruch swoje złote usta, odważyć się na coś tak szalonego, tak śmiałego... tęsknię za tym ucieraniem nosa szlachcicom. Takie sentymenty nie są dobre, rodzą we mnie samobójcę. Już kilka razy śniło mi się, że prowadzę audycje w podziemnej stacji radiowej, opowiadając dowcipy o Averych, Parkinsonach, Blackach, Malfoyach... Nie spoważniałem ani trochę przez te trzydzieści jeden lat. Bawię się świetnie igrając z życiem, śmieję się śmierci w twarz, zaglądam w jej puste oczy. A mój danse macabre trwa w rytmie buntowniczego rock'n'rolla.
Wiem, czego chcę.
Wiem, kim jestem.
Jestem Fantastycznym Panem Lisem.



Patronus: Przywołując duchowego mentora nie sięgam po wspomnienia. Są zbyt kruche, zbyt łatwe do rozdmuchania, zbyt emocjonalne, by stanowić o sile. Myślę o ogniu. Trawiącym przeszłość, niszczycielskim, a jednocześnie oczyszczającym. To w nim drzemie największa moc, to on przywodzi na myśl pióra feniksa - a myśli tej zawsze towarzyszy znajoma melodia. Płomień nadziei iskrzy się pod kopułą mojej czaszki, buchając i nadając życiu głębszy sens. Jest obietnicą zmian.
Srebrzysta mgła przybiera formę lisa, sprytnego i przebiegłego towarzysza o mądrym spojrzeniu.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 35 +5 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 15 Brak
Czarna Magia: 1 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 5 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 5 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
AstronomiaI2
Historia MagiiI2
KłamstwoI2
ONMSI2
RetorykaI2
SpostrzegawczośćIII25
Ukrywanie sięI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
MugoloznastwoI5
Jasny UmysłI2
Silna WolaIV20
Szlachecka EtykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Zakon FeniksaI0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I½
Muzyka (wiedza)I½
AktywnośćWartośćWydane punkty
Taniec WspółczesnyI1
Latanie na miotleI1
PływanieI1
JeździectwoI1
GenetykaWartośćWydane punkty
Metamorfomagia-4
Reszta: 1
Wyposażenie

Różdżka, sowa





Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Frederick Fox   09.09.17 16:31

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Ten Malfoy już dawno zapomniał jakie to uczucie nosić szaty wyjściowe. Dla niego eleganckie stroje stanowiły kaftan, a salony wyjątkowo ciasną klatkę. Jego lwia część osobowości nie dała się zdusić, pomimo przynależności do Ślizgonów. Z czasem bunt narastał, aż w końcu stało się to co nieuniknione... Po Fredericku Malfoy'u pozostał tylko wypalony ślad. Za to Frederick Fox odnalazł się nad wyraz dobrze w świecie, niezwiązany już szlacheckimi obowiązkami i zasadami. Zwiedził wiele miejsc, poznał samego siebie; pokonał własne ograniczenia, by dostać się na staż aurorski. I chyba nie ma co żałować tych bankietów, które go ominęły.

OSIĄGNIĘCIA
Lew w skórze węża
Tańczący z wiwernami
Egzekutor
Światło w Ciemnościach I
Artystyczny Mors
- graficzny konkurs poza fabularny
Partia nigdy Cię nie zdradzi
Weteran
Ćwierćinteligent
Do wyboru, do koloru
Obieżyświat
Specjalista w OPCM
Klucznik z Kruczej Wieży (Odsiecz)
Cel uświęca środki
Złoty Myśliciel
Ślepy los
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Allison Avery


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Frederick Fox   09.09.17 16:32

WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa, zaklęcie Muffliato [nałożone], pierścień Zakonu Feniksa

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCI[18.10.16] Wsiąkiewka +1PB
[09.01.17] Wsiąkiewka +2PB
[27.07.17] Wsiąkiewka +2PB
[02.11.17] +1PB do puli (nagroda za szybką zmianę)

HISTORIA ROZWOJU[22.01.16] Zakupy -860 pkt
[29.01.16] Muffliato -50 pkt
[20.04.16] Spotkanie Zakonu Feniksa +40 pkt
[17.06.16] Misja Zakonu Feniksa +150 pkt
[17.06.16] Czara Ognia +10 pkt
[16.07.16] Wyrównanie punktów -10 pkt, +1 do OPCM
[19.07.16] Osiągnięcia +60 pkt.
[26.07.16] +3 do OPCM: -360 pkt
[05.09.16] Osiągniecie: Artystyczny Mors +60 PD
[20.09.16] Osiągnięcie +60 PD
[20.09.16] Wsiąkiewka (listopad/grudzień) +90 pkt
[30.09.16] Wykonywanie zawodu (marzec) +50 pkt
[07.10.16] +3 do OPCM: - 360 pkt
[10.10.16] Poruszenie tematu artykułu: +5 pkt
[18.10.16] Teleportacja -50 pkt
[18.10.16] Klub pojedynków (marzec) +10 pkt
[18.10.16] Wsiąkiewka (styczeń/luty) +30 pkt; 1 pkt biegłości
[27.10.16] Zaklęcia ochronne: Cave Inimicum, Tenebris, Bubonem
[27.10.16] Zwrot PD, +50PD
[06.11.16] +15pkt ; mecz Quidditcha
[25.12.16] Spotkanie Zakonu Feniksa, +10 pkt
[01.01.17] Klub pojedynków (kwiecień) +20PD
[09.01.17] Wsiąkiewka (styczeń/luty): +90 PD, +2 pb
24.01.17 Próba: +100 PD, +2 OPCM, +3 pb Zakonu
[26.01.17] Zwrot PD; +20 PD, +1 pkt OPCM
[31.01.17] Poruszenie tematu artykułu z Proroka Codziennego (wydanie z 30.03): +5 PD
[06.02.17] Osiągnięcia (Weteran, Ćwierćinteligent): +105 PD
[24.02.17] Zakupy: +4 pkt opcm, -480 PD
[25.02.17] Badania naukowe +30 PD
[05.03.17] Zakupy: +1 pkt opcm, -120 PD
[02.04.17] Zwrot PD (teleportacja); zwrot +210 PD za teleportację i statystyki
[28.05.17] Osiągnięcia (Do wyboru, do koloru, Obieżyświat): +60 PD
[04.06.17] +5 pkt do statystyk
[06.06.17] Wykonywanie zawodu (kwiecień) +50 PD
[10.06.17] Zwrot PD: +60 PD (za statystyki)
[24.06.17] Aktualizacja postaci: -100PD, +2 OPCM
[24.06.17] Osiągnięcie: Specjalista w OPCM, +60 PD
[26.07.17] Odsiecz, +150 PD, +3 punkty biegłości zakonu
[27.07.17] Wsiąkiewka (kwiecień), +90 PD, +2 PB
[28.07.17] Zdobycie osiągnięcia: Cel uświęca środki
[05.05.17] Spotkanie Gwardzistów, +10PD
[08.08.17] Zakup statystyk (+5Z): -500 PD
[11.08.17] Zdobycie osiągnięcia: Złoty Myśliciel; +30PD;
[19.10.17] Spotkanie Zakonu Feniksa (organizacja), +20 PD
[31.10.17] Transfer punktów w związku ze zmianą mechaniki metamorfomagii: z zaklęć do transmutacji (5 pkt)
[11.11.17] Zwrot za statystyki, +320 PD
[19.11.17] Zdobycie osiągnięcia: Ślepy los +30 PD


Powrót do góry Go down
 

Frederick Fox

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Kartoteki :: Czarodzieje-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17