Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kuchnia z jadalnią na parterze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Kuchnia z jadalnią na parterze   31.01.16 1:29

Kuchnia z jadalnią

Za niewielkim holem wejściowym, w którym mieszczą się także wąskie schody prowadzące na piętro, znajduje się jasna kuchnia wraz z jadalnią, skąd można wyjść również do niewielkiego ogrodu. Ponieważ Ed spędza tu niewiele czasu - - śniadanie zjada w pośpiechu, a sterty naczyń tylko rosną i rosną - wystrój wnętrza w zasadzie nie zmienił się od czasów poprzedniego właściciela.


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   24.01.17 23:46

/16 kwietnia

Oszukana. Zdradzona. Wściekła. Selinę Lovegood bardzo łatwo było wprowadzić w złość - jej humor był jak chorągiewka, czasem nie musiał nawet wiać mocny wiatr, by zwrócił się w nieodpowiednią stronę. Gniew był przymiotem, który był u niej stały, nie trzeba się było nawet wybitnie starać, by wyprowadzić ją z równowagi przy jej niezwykle cienkiej tolerancji i wrodzonej drażliwości. Często sama szukała sobie powodów do irytacji, nie cierpiąc tak wielu rzeczy, że właściwie w tym stanie czuła się najpewniej - groźna, niepowstrzymana, silna, mocna, słowem: posiadająca wszystkie przymioty niepodległej kobiety. Ale tym razem to nie było szukanie dziury w całym, wcale nie chciała wpadać w szał, nie pożądała popadać w białą gorączkę.
Tamtego ranka obudziła się niezwykle wyspana. Bezpieczna. Zrelaksowana. Wszystkie szepty odeszły, a Frederick zdawał się spełnić swoją obietnicę, że zawalczy z każdym upiorem, który się pojawi w zasięgu za jej zgodą. Może to jego obecność odegnała wszystkie złe duchy i zabrała cienie? Bo czy nie on był symbolem jej osobistego patronusa, jej pieprzonym odpowiednikiem światła, za którym tak gnała, byleby tylko znaleźć się w jego blasku? Nigdy nie chciała, by to był personalnie on. Ale tak się stało. Tego kwietniowego dnia była w stanie to przełknąć. Ciągle czuła jego zapach, jakby wciąż był obok, choć zdawała sobie sprawę, że grzane miejsce u jej boku już zaczyna przejmować poranny chłód. Przeciągała moment otworzenia oczu, nie odważając się wyciągnąć ręki, by wymacać jedynie pusty materac. Odwlekała moment zawodu, którego wcale nie chciała czuć. Pierwotnie nie miała zamiaru pozwalać mu, by został. Wzbraniała się tym całą sobą, ale coś w jego prośbie, w tej chwili ją urzekło. Zgodziła się. Poszła na ustępstwo, usunęła dumę w kąt, zagnała wątpliwości do najdalszego, zakurzonego pudła, u f a j ą c, że jest jej pieprzoną bezpieczną wyspą i z jego strony nie płynie żadne zagrożenie. Nie zauważyła tego od razu. Uśpił jej czujność. Właściwie to położył ją całą do snu, który przyszedł jej zaskakująco łatwo tamtej nocy - jak nigdy. Niepokój, stres i alkohol tworzyły mieszankę, które efektem dawały jej tylko kilka urywanych godzin snu - nigdy nie wystarczająco, by czuła się naprawdę wypoczęta. Ale nie tym razem. Całe jej ciało pozwoliło sobie na spuszczenie gardy i oddanie się temu, czemu nie powinna się zawierzać nigdy - uczuciom.
Dostała kubeł zimnej wody. Zapomniała, że miała d o s k o n a ł e powody, dla których nie dopuszczała do siebie nikogo tak blisko. Nie czekało jej nic poza zranieniem. Puściła w niepamięć to, że Frederick Fox jest tak naprawdę zdradzieckim, przebrzydłym, obślizgłym ślizgońskim, kłamliwym i złodziejskim Lycusem-pierdolonym-Malfoyem. Dała się nabrać na jego grę, słowa i przysięgi, które przecież tworzyły taką obiecującą całość. Doigrała się. Miała za swoje. Powinna wiedzieć lepiej.
Księga zniknęła.
Jej dziedzictwo obkupione krwią, cierpieniem bliskich i zbrodnią z rąk człowieka, który nigdy nie powinien się znaleźć pod takim wyborem - wszystko na marne. Zawiodła. Wstyd, przerażenie i nienawiść do samej siebie przeważały. Ale zostały szybko zastąpione przez wściekłość ukierunkowaną na o wiele wygodniejszy cel, który częściowo zwalniał ją z winy.
Wysłała list. Wyzwała go od zdrajców. Napisała, że się nim brzydzi. Że nienawidzi. I że ma to wszystko na myśli. I że nigdy, przenigdy nie wybaczy. I że nareszcie zobaczyła jego prawdziwą twarz. Facjatę, której się brzydziła - arystokratycznego Malfoya, który miał za nic innych ludzi. Nie pytała jakim prawem sobie rościł możliwość decydowania co dla niej najlepsze, nie padł też znak zapytania za zdaniem jak mógł jej to zrobić. Miała nadzieję, że nigdy więcej nie pokaże jej się na oczy - co też wyraziła w swoim obraźliwym piśmie, kreślonym tak niewyraźnie, pod wpływem tylu emocji, dobrze wiedząc, że będzie musiała go jednak skonfrontować choć raz. Nie mogła tego tak zostawić. Nie mogła zawieść kompletnie. Musiała zawalczyć. Obiecała.
To nie było łatwe. Rozjuszona Osa drżała od emocji, które ją nie puszczały mimo mijającego czasu. Kilka razy przymierzała się do tych "odwiedzin", ale nie miała odwagi. Bała się, że zamiast wyegzekwować zwrócenia własności, wpadnie w kołowrotek żalu i rozpaczy, rozpadając się na jego oczach. Jak mogła być tak naiwna? Dać się złapać w pułapkę, przed którą uciekała tyle czasu? Stanęła jednak pod jego drzwiami, pukaniem ryzykując wyważenie ich z zawiasów. Uchyliły się zanim straciła cierpliwość i zdążyła wypowiedzieć odpowiednią inkantację, gotowa choćby spalić je na wiór. Jego widok zaszczypał boleśnie jej oczy. Mierzyła w niego różdżką, już ślepo patrząc na oblicze osoby, która bez litości, tak perfidnie rozdarła ją na pół.
-Ty... podstępny kłamco.-wydała z siebie przez ściśnięte gardło, nie dostrzegając jeszcze zmęczenia, nie mając pojęcia, dlaczego zjawił się u niej te pięć dni temu ani jakie blizny nosił pod szatą, nieświadoma poświęceń, jakie poniósł - ani że była jednym z nich.-Gdzie to jest?-za cicho, sama ledwie dosłyszała swój głos. Rozejrzała się, zagubiona, przygnieciona tymi wszystkimi niechcianymi emocjami i ciężarem, jaki jej towarzyszył przez ostatni czas.-GDZIE TO JEST?!-wrzasnęła, zaciskając mocniej ręce na różdżce. Kolejny raz gotowa była potraktować go jakimś ohydnym zaklęciem. I teraz miała odpowiednią motywację. Ale usta drżały, niezdolne do wypowiedzenia większej ilości słów.
Nie czekała na reakcję. Trzęsła się, kiedy unosiła wyżej rękę.-Clamor.-zimne polecenie, obcy ton, obietnica cierpienia i wolnej tortury.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.


Ostatnio zmieniony przez Selina Lovegood dnia 25.01.17 9:55, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   25.01.17 0:04

The member 'Selina Lovegood' has done the following action : rzut kością


'k100' : 62


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   25.01.17 22:29

Najgorsze były pierwsze dni. Nie chciałem wzbudzać w pracy niepotrzebnego zainteresowania. Na twarz naciągnąłem maskę pogodnego Lisa, zaciskając zęby za każdym razem, gdy bruzdy znaczące ciało piekły skórę. Ograniczałem ruchy lewym barkiem – na całe szczęście prawy pozostawał sprawny, ułatwiając maskowanie pozostałych obrażeń. Grałem swoją rolę, zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło – a zmieniło się wszystko. Dopiero w domowym zaciszu, za zamkniętymi drzwiami, stawałem przed lustrem, uważnie badając swoją powierzchowność, jakbym odkrywał obcego człowieka, uwięzionego za zimną, błyszczącą taflą. Oblicze miał raczej posępne, skórę poszarpaną, a w spojrzeniu zaklęty nieprzenikniony smutek. Pod oczami zadomowił się cień, zachłannie kradnąc żywy pigment z mojej cery. Na linii obojczyków rysował się kolaż szalonego artysty, nieco niżej głębokie, niemal chirurgicznie równe zadrapania, a wszystko to było niczym w porównaniu do ran, które zostały wyryte w moim sercu.
Idea posiadania zawsze mnie bawiła – bez względu na to, czy chodziło o majatek, status społeczny, chwałę, czy prestiż. Żyłem w przekonaniu o swojej wyjatkowości. W przekonaniu o tym, że wyłamywałem się z konwenansów, że ta absurdalnie przyziemna potrzeba mnie nie dotyczyła. Myliłem się. Straciłem więcej, niż sądziłem, że mam – a przede wszystkim szacunek do siebie, nieoczekiwanie kończąc na bezkresnej pustyni, nie mającej ani początku, ani końca. Czy miałem w sobie wystarczająco dużo sił, aby faktycznie wyrzec się bliskich? Czy w chwili, gdy przyjdzie mi wybrać między większym a mniejszym złem, między miłością a sprawiedliwością, będę podejmował równie bezwzględne decyzje, jak podczas próby? Paradoksalnie, przed przystąpieniem do gwardii Zakonu Feniksa doskonale wiedziałem, kim jestem i dokąd zmierzam. Teraz, spoglądając na ascetyczny, drewniany pierścien, który zdobił mój środkowy palec, już nic nie było pewne – a może po prostu nie potrafiłem jeszcze zaakceptować prawdy, która kryła się po drugiej stronie zwierciadła.
Nie czułem się w żadnym stopniu fantastyczny.
Listy, którymi Alfred zasypywał mój gabinet, zdecydowanie nie poprawiały mojego samopoczucia. Za każdym razem, kiedy Selina z pasją informowała mnie o swojej nienawiści, potrafiłem zaśmiać się jej w twarz, bezpretensjonalnie wytykając kłamstwo. Każda komórka jej ciała zwykła wysyłać mi sprzeczne sygnały, jakby były sterowane z oddzielnych ośrodków niż mowa. A może to tylko mój umysł nie był w stanie zaakceptować tak oczywistego absurdu? Te same słowa przelane na papier, powoli wbijały chłodny sztylet prosto w moje wyświechtane serce, gorączkowo rozbebeszając ranę, która nie pozwalała w nocy zmrużyć oczu. Każdy przesiąknięty jadem pergamin przybijał motyle do desek. Wiedziałem, że ukrywając przeklęta księgę w jej mieszkaniu, świadomie drażnię gniazdo Os. Z jednej strony działałem, aby chronić tę upartą blondynę – z drugiej, nie było żadnego wytłumaczenia dla mojego samowolnego czynu. Przede wszystkim jednak każdy list przyspieszał bicie serca, zwiastując rychła konfrontację z Lovegood. I to nie zajadłych strzał wściekłości bałem się najbardziej. Najbardziej bałem się spojrzeć w jej oczy z wiedzą, że byłem zdolny poświęcić w imię idei, które najpewniej sama uważała za śmieszne.      
Czułem się jak oszust.
Stos papierów w moim salonie rósł niemiłosiernie, a ja barykadowałem się w domu, licząc na to, że uda mi się uniknąć odpowiedzialności za własny czyn, a przede wszystkim – jej widoku, który byłby dla mnie najgorszą torturą. Kiedy rozległ się dzwonek do drzwi, nie podejrzewałem niczego. Powoli zwlokłem się na dół, sprawdzając przez wizjer tożsamość niezapowiedzianego gościa. Zamarłem. Serce podeszło mi do krtani, a myśli, które układałem w głowie przez ostatnie dni rozpierzchły się. Zostałem z niczym, zdany na wielką improwizację – gdybym stchórzył, mógłbym równie dobrze iść do ogrodu wykopać sobie grób. Zaskakujące, że jeszcze tego nie zrobiłem. Ta wizyta była przecież przesądzona.
Była inna. Zupełnie niepodobna do tej, która z zakłopotaniem szukała ucieczki w moich ramionach, która z niechęcią pozwoliła mi zająć miejsce obok na swoim materacu, która zawsze – mimo złości – spoglądała na mnie tak, że miękły mi kolana. Jej postać wywołała u mnie absolutnie sprzeczną reakcję. Bo choć zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, to jednak nadal mogłem cieszyć się rzeczywistością, w której Selina Lovegood była. Nawet, jeśli na próg mojego mieszkania przywiodła ją wyłącznie nienawiść. Zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek na swoją obronę, zanim w ogóle nawet zdołałem otworzyć usta, zostałem zasypany gradem żalu, ledwie wyłapując zaklęcie posłane w moją stronę.
Z chaosem wypełniającym kopułę czaszki, odruchowo chwyciłem za różdżkę.
- Protego!
Srebrzysta tarcza zalśniła pod moją różdżką, pochłaniając zaklęcie Seliny, a tuż za nią miał pognać Expelliarmus, urwałem jednak inkantację w połowie, pozwalając jej zachować broń w dłoniach. Płynnym ruchem nadgarstka nakazałem drzwiom zatrzasnąć się, by po chwili zacząć wycofywać się w głąb mieszkania, do kuchni. Rozjuszona niczym buchorożec Lovegood podążała w ślad za mną, a ja znów nie miałem najmniejszej ochoty z nią walczyć.
- W twoim domu. - Przyznałem bez zawahania, kiedy w końcu otarłem się plecami o kuchenny blat, nie odrywając spojrzenia od Seliny. Wiedziałem przecież, o co pyta.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.


Ostatnio zmieniony przez Frederick Fox dnia 25.01.17 22:51, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   25.01.17 22:29

The member 'Frederick Fox' has done the following action : rzut kością


'k100' : 53


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   25.01.17 23:51

Nie miała pojęcia. Nie miała n a j m n i e j s z e g o pojęcia co się działo. Dopiero od niedawna przez jej filtr zaczęły w końcu docierać głosy o zbliżającej się wojnie i jej nieuchronności. Niepokój nie znaczył jej egzystencji tylko w domu, gdzie - do pewnego poranka - męczyły ją koszmarne szepty lub goniły cienie, ale towarzyszyły jej coraz częściej, właściwie na każdym kroku. Bolesna świadomość rzeczywistości wolno do niej docierała. Ale i tak była ślepa na prawdziwy obraz - ale przecież nie z braku chęci lub woli. Z powodu tajemnic, które rozpościerały się wokół niej niczym nieuchwytne opończe. Nie wiedziała w co zaplątał się Frederick ani tym bardziej na jakie poświęcenie się zdecydował, trawiony przez dylematy moralne, jakich mogła nigdy nie zaznać. Jej jestestwo było pozbawione podobnej głębi. Nie miała wyższego celu, zawsze stawiając siebie na pierwszych miejscach własnych priorytetów. Ale przecież zauważała, że wydarzenia rozpościerały kręgi, które w końcu lizną ją swoimi konsekwencjami. Nie mogła pozostawać dłużej obojętna, choć zaangażowanie się wydawało się szaleństwem. Komu wypowiedzieć bój?
Na razie podejmowała walkę z pozornie prostszymi rzeczami. Nie było to łatwe. Jej deklaracje nienawiści spotykały się zazwyczaj z niedowierzaniem, a cisza wynikała tylko z jej strony - to ona uciekała i odcinała się, kiedy robiło się zbyt poważnie. Tym razem sytuacja była odwrotna. Lycus Malfoy zawładnął ciałem jej Lisa - uśpił jej czujność, wykorzystał zaufanie, ograbił nie tyle z dumy, co z czyjejś obietnicy, a następnie porzucił pozostawiając w odpowiedzi jedynie obojętne milczenie. Zapadł się w swojej norze, zapominając o każdej przysiędze jaką jej złożył. Z pełną świadomością zburzył każdą cegiełkę, jaką kiedykolwiek postawił, cofnął się do punktu startowego, porzucił wszystko bez zainteresowania, wybierając mniejsze zło.
Zdradził ją.
Nie miała pojęcia, że zagrał jej okrutnie i bezlitośnie na nosie, każąc jej gonić za własnym ogonem. Zadrwił z niej. Nie mogła odnaleźć nigdzie daru (przekleństwa) przekazanego jej w zawierzeniu przez Aarona. Nie wyczuwała nigdzie obecności księgi, która przecież dotychczas dawała o sobie znać bardzo wyraźnie - na tyle, by Fox był w stanie ją wyczuć podczas odwiedzin. Wina jasno wskazywała na niego - książka zniknęła wraz z mężczyzną. Co innego mogło się wydarzyć? Jak mogła domyślać się jakiegokolwiek innego finału, skoro o b i e c a ł nie robić nic bez jej zgody?
Listy nie przynosiły skutków ani odpowiedzi. Podżegało to jednocześnie jej złość jak i odbierało siły. Miotała się, nienawidząc go jeszcze goręcej, znajdując coraz więcej powodów. Czuła się oszukana. I tak naiwnie głupia.
Jego widok nie przyniósł jej ukojenia. A więc był. Żył i wybrał nie odzywanie się do niej słowem wyjaśnienia. Nie była warta najkrótszej notatki. Jej serce z lodu w jednym momencie rozpadło się na miliony kawałków i poraniły wnętrzności. Słowa nijak nie umniejszyły frustracji. Była zaślepiona. Wściekłością. Swoim pryzmatem, który tak okrutnie przedstawiał Lisa w jej oczach. Jak mogła się tak pomylić? Dlaczego wszystko rozsypywało się jak domek z kart, kiedy w końcu łagodniała i pozwalała się do siebie zbliżyć? Właśnie wtedy otrzymywała celny cios w plecy, który odbierał jej ostatni dech.
Zareagował instynktownie. Błyskawicznie. Jej zaklęcie rozbiło się o tarczę. Opuściła różdżkę zanim zdołał wytrącić ją z rąk, tracąc zapał do walki. Nie mogła na niego patrzeć, odwracając zraniony wzrok. Z taką łatwością przedzierał się przez jej mury, kiedy ona rozbijała się o jego najmniejszą zasłonę. Trzask drzwi spowodował drgnięcie. Objęła się ramionami, jakby dopiero teraz wyrwana z amoku, a ona rozbudziła się w obcym miejscu, nie mając pojęcia co tutaj robi. Była przestraszona. Swoimi posunięciami. Sytuacją, do której doszło. Nie chciała nic z tego. Zawiodła w momencie, gdy pozwoliła Lisowi się w niej zadomowić. Ze zbyt dużą prostotą dostrzegał niepasujące elementy i je eliminował. Nie powinno do tego dojść, ale jej protesty nie przynosiły efektów - nie względem niego. On zawsze wiedział lepiej.
Powód jej wizyty i związana z nim złość zderzały się ze (błędną) świadomością zdrady i jej personifikacji, która przed nią stała. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Nie mogłaby znieść, że jej widok mógłby potwierdzić jej domysły, wskazać kłamcę, obnażyć zdrajcę - przecież miał w tym doświadczenie. Ród, teraz ona... Potrafiła każdej myśli nadać sens. Dał jej wierzyć, że faktycznie ją oszukał - sam to wszystko prowokował. Nie potrafiła jednak zrozumieć tego dysonansu. Nie mogła zestawić razem wyznań z brakiem lojalności. Miała wrażenie, jakby trafiła do obcej rzeczywistości, wrzucona w lodowatą wodę i zmuszona do walki z przyjacielem.
-Jak mogłeś?-wydusiła z siebie w końcu, ale kiedy podnosiła wzrok, sylwetka umknęła jej gdzieś. Podążyła przestraszona za jej cieniem, niesiona obawą, że to może jakiś złośliwy wytwór jej wyobraźni. Ale trwał przecież przed nią - prawie nonszalancko oparty o kuchenny blat. Dziwnie... zmęczony, blady, pozbawiony iskry. Patrzyła na niego z rosnącą obawą i brakiem zrozumienia. Coraz więcej niepasujących elementów.
Otworzyła tylko usta na jego stwierdzenie, które przecież było pozbawione logiki. Jak mogła być w jej domu, skoro pozostawała nieuchwytna, niewyczuwalna, niemożliwa do odnalezienia? Co próbował jej wmówić, skoro wszystkie dowody jasno wskazywały, że prawda była zgoła inna? Dlaczego to przed nią ukrywał?
-Obiecałeś.-wypomniała mu drżącym głosem, zbyt cicho, by mogła być dosłyszana. Zdawali się prowadzić dwie odmienne rozmowy, na kompletnie różnych płaszczyznach. Jego słowa jasno wskazywały, że było to kolejne kłamstwo. Nie potrafiła się do niego odnieść.-Przecież obiecałeś!-rozpacz w nią uderzyła po raz kolejny, kiedy wyrwała się do przodu, by w bezsilnym geście odbić pięść od jego klatki piersiowej. Wzrok utkwiła gdzieś na wysokości jego obojczyka, niezdolna unieść wyżej głowy, kiedy zęby prawie szczękały o siebie, jakby obejmował ją przejmujący chłód. Uniosła jeszcze raz rękę, gotowa do kolejnego ciosu, ale zatrzymała ją w połowie. Przecież jego bliskość nawet teraz odbierała jej sił. Nie musiał robić nic, by ją pacyfikować. Bezwolność w jego obecności wprowadzała ją w stan paniki.
Kiedy zatrzasnęła się w tej lisiej pułapce? Nie miała zamiaru w niej trwać, szamocząc się wściekle. Coś nią tchnęło, kolejny przypływ gorących emocji nią szarpnął, kiedy ręce sięgnęły raz jeszcze do góry, by złapać za jego kołnierz, a usta zacisnęły się w wąską linię w desperackiej próbie utrzymania twarzy, gdy spojrzała na jego twarz.-Co ty sobie wyobrażasz?-wydała z siebie warknięcie, podsumowując jego wszystkie działania. Jak ś m i a ł?






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   28.01.17 21:53

Tamtego ranka, leżąc obok ciebie, nie potrafiłem podnieść się z materaca, jakby nagle grawitacja zaczęła przyciągać mnie z nienaturalną siłą. Beznamiętnie wpatrywałem się w biel zawieszonego nad nami sufitu, starając się uporządkować rozbite myśli. Wiedziałem, że jeśli wyjdę bez słowa – nic już nie będzie takie samo. Wiedziałem też, że jeśli powiem cokolwiek, wywołam kolejną lawinę, która pochłonie mnie doszczętnie.
Kłamca.
Łatwość, z jaką na twoich ustach zagościł ten epitet, zabijała mnie skuteczniej, niż fakt, że jeszcze przed chwilą próbowałaś wypełnić moją głowę krzykiem. To z resztą dziwiło najmniej – zawsze miotałaś się jak burza, a ja zwykłem odnajdywać w ciskanych przez ciebie gromach jedynie bezkresne piękno. Nauczyłem się egzystować obok tych wyładowań atmosferycznych, nie czując zagrożenia. Grzmoty były niczym w zderzeniu z imieniem, jakie mi nadałaś. Nie ty pierwsza. Czasami mam wrażenie, że w dniu narodzin musiałem zostać napiętnowany jakąś klątwą, która snuje się za mną w długim, czarnym ogonie, zakrzywiając rzeczywistość. Urodziłem się z tysiącem twarzy, wyrastając na okruchach manipulacji, w domu zbudowanym z pozorów. Jestem łgarzem w każdym życiu, choć brzydzę się wilków w owczych skórach. Nie chcę z tobą pogrywać na zasadach, które dyktują prawa natury, ale najwyraźniej zostałem pozbawiony geniuszu, który pozwoliłby mi je przezwyciężyć. Desperacko pragnę być twoim sojusznikiem, ale każda podejmowana przeze mnie próba podpisania z tobą pokojowego paktu spala na panewce. Na nic zdają się wszystkie białe flagi, ustępstwa i siedem królestw.
Jestem skazany na porażkę.
Źle znoszę porażki. Ty zresztą też.
Gorzej znoszę tylko świadomość tego, jak trafne są twoje słowa. Jak łatwo przyszło mi deklarowanie swojego oddania, by kilkanaście godzin później porzucić wszystko, porzucić ciebie. Nigdy przecież nie będę mógł ci opowiedzieć o kierujących mną motywach, o tym, dlaczego przyszedłem do ciebie akurat tamtej nocy, ani o tym, dlaczego poprosiłem, byś pozwoliła mi zostać. Nigdy też nie będę mógł prosić, abyś zrozumiała mój czyn, dyktowany potrzebą wytępienia wszelkiego plugastwa, które coraz zachłanniej zaskarbiało sobie prawa do trzymania w garści tego świata. Musiałem milczeć, kiedy miałem ochotę krzyczeć. Zgoda między nami była największym ze złudzeń.
- Przepraszam. - Krótki komunikat, podczas którego odszukuję twoich oczu, tylko po to, by ponownie przekonać się, że nie jestem w stanie znieść zieleni twojego spojrzenia, niespodziewanie odległej i surowej. - Obiecałem, że nie będę walczyć z twoimi demonami bez twojego pozwolenia. Zgodnie z danym słowem, księga nigdy nie opuściła twojej sypialni. - Nie liczyłem na to, że jakiekolwiek wyjaśnienie zmaże moje winy. A jednak nie byłem zdolny do powstrzymania słów, które cisnęły się na usta, obnażając mnie z resztek godności. - W egoistycznym akcie altruizmu zafundowałem ci... spontaniczną ucieczkę od przeklętej powinności. Nałożyłem na nią zaklęcie, które sprawia, że nie wyczuwasz jej obecności.
Nie potrafiłem tego wytłumaczyć. Doskonale wiedziałem, że postępując w ten sposób ściągnę na siebie wyłącznie twój gniew. Wylądowałem między Scyllą a Charybdą, niezdolny do odwetu, kiedy po drugiej stronie cieśniny widziałem ciebie. Ale zamiast przybliżyć, stawałaś się coraz bardziej odległa. Granice między tym co słuszne, a tym, co niewłaściwie, zacierały się. Biegłem do ciebie na oślep, łapczywie nabierając powietrza. Biegłem, choć moje mięśnie sztywniały na myśl, że mogłabyś zniknąć.
Wiesz, że znikanie powoli zaczynało przeradzać się w plagę?
Pracując jako auror przywykłem do kruchości ludzkiego życia, ale ostatnie miesiące pochłonęły bez żalu zbyt wiele istnień. Cressida. Luno. Roger. Robert. Dorea. Charlus. Mniej lub bardziej bliscy mojemu sercu, wszystkich żałowałem równie mocno. Nie rozumiałem jeszcze znaczenia siły, która zabrała ich z tego świata, ale jedno nie budziło u mnie wątpliwości – nie mogłem pozwolić, by ta sama siła odebrała mi ciebie. Mogłaś nadawać przeklętej księdze imiona powinności, a ja nadal nie chciałem wiedzieć, ile dla ciebie znaczyła, ani w jaki sposób trafiła w twoje ręce. Z łatwością wyparłbym fakt jej istnienia ze swojej głowy – ale twoja nieostrożność połączona z uporem, który niemal wyrzucił mnie za drzwi tamtego wieczoru, nie pozwalał mi na obojętność. Pamiętasz jeszcze? Uzgodniliśmy, że nie ma nic gorszego.
Każdy wybór był zły.
- Mógłbym podać milion powodów, dla których to zrobiłem, a za każdy znienawidziłabyś mnie tak samo. Nie wiem, czy recytowanie tej listy sprawi, że poczujesz się lepiej - zapewniam cię, że połowy z nich nie chcesz usłyszeć.  
Nie chcesz usłyszeć, że boję się o ciebie.
Nie chcesz usłyszeć, że chcę przyklejać się to twojego policzka i odgarniać włosy z czoła.
Nie chcesz usłyszeć, że chcę iść z tobą w deszczu.
Nie chcesz usłyszeć, że chcę kłaść dłonie na twoich ramionach, zdejmując z nich część niewidocznego ciężaru.  
Nie chcesz usłyszeć, że nie potrafię odwrócić się do ciebie plecami i odejść.
Miłość zmuszała do popełniania największych głupstw. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego to akurat musiałaś być ty. Zagadałem cię w tej cholernej kajpie nie dla ładnego uśmiechu, a z czystego egoizmu, nie potrafiąc znieść ciszy, która zostawiała otwarte drzwi dla nieznośnych myśli. Nie wierzę, że to spotkanie było przypadkowe. A jeśli było – to los zadrwił ze mnie okrutnie, splatając ze sobą nasze ścieżki.
Syknąłem z bólu w chwili, gdy twoja pięść odbiła się od mojej piersi, celnie trafiając akurat w ten obszar, który pod osłoną szaty skrywał ślady po zadrapaniach – choć zasklepione, nadal wrażliwe na najmniejszy dotyk. Odsunąłem się niczym oparzony, ale pozbawiony drogi ucieczki, nadal trwałem przed tobą, po raz pierwszy niemal modląc się o obojętność. Nie mogłem spowiadać się z blizn, które były świadectwem moich wyrzeczeń, napawając mnie dumą i przerażeniem jednocześnie. Nie mogłem – bo znów musiałbym sięgać po kłamstwa.
Paradoksalnie, to jednak nie kolaż z kropek i kresek na mojej skórze był przyczyną najbardziej dotkliwego bólu. Największe rany żłobiła twoja wściekłość, niezrozumienie, a przede wszystkim moja własna bezwolność, która doprowadzała mnie do szaleństwa. Miałem wrażenie, jakby pod naszymi stopami grunt nagle osunął się, rozwierając paszczę przepaści. Musiało tak być – bo jak inaczej mogłem wytłumaczyć to gwałtowne uczepienie się mojej szaty?
Bałem się tej otchłani tak samo jak ty, Selino.
- Gdybym powiedział ci dziesięć pozytywnych rzeczy, a jedenasta byłaby negatywną, i tak dostrzegłabyś tylko tą złą. - Nie wiem, czy takiej odpowiedzi oczekiwałaś, ale nie byłem w stanie dać ci lepszej. Twój burzliwy gest mnie nie spłoszył, zmusił jednak do wyłuskania w sobie wystarczającej ilości odwagi, aby w końcu skrzyżować z tobą spojrzenia.
I, Merlinie, nadal byłem gotowy przekraczać z tobą kolejne kręgi tego piekła.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   29.01.17 14:52

Jej idealny Frederick Fox posiadał wady. Nie zauważała ich przez długi czas, odrzucając ich istnienie, bo tak było jej wygodnie z pewnych względów (co za abstrakcja, bo to przecież pierwsze, co piętnowała w innych ludziach!) - brzydkie plamy na jego perfekcyjnej bieli zaburzały jej jednak obraz, tworząc dysonans i konsternację. I chyba tylko to kazało jej się zatrzymać i jeszcze raz go ocenić (bo przecież gdy zamykała już kogoś w jakiejś kategorii to nie wypuszczała łatwo - Lis jednak musiał znaleźć rozwiązanie dla każdego problemu...!). Łatwiej jej było go przecież odrzucać wiedząc, jakim kontrastem się od niej odznacza. On wierny, lojalny, oddany swoim ideałom, wiecznie uśmiechnięty, dostrzegający wyłącznie pozytywy, mimo skomplikowanej historii potrafiący dokonywać niezaburzonych, niewątpliwych wyborów, niezmordowany, łagodny - (nad)zwyczajnie dobry, po prostu fantastyczny. Ona była jego kompletnym przeciwieństwem na każdej płaszczyźnie.
Zbyt zaślepiona, by zauważyć jak pod postacią niepozornego Lisa kryje się silny lew, który tak zaciekle walczył o swoje wartości i prawdy, nie pozwalając nikomu na zachwianie jego ołtarzykiem priorytetów - piramida ta zdawała się mieć dla niego najwyższą wartość, choć mówił o niej tylko i wyłącznie, gdy nacisnęło się na odpowiedni klawisz, który jakby aktywował jego instynkt obronny. Selinie coraz rzadziej udawało się go prowokować, jakby stawał się na nią odporny - albo to on z jakiegoś powodu tworzył między nimi dystans i stawał się bardziej skryty, poważniejąc dziwnie? Lisimi sztuczkami i swoim skromnym obliczem oszukiwał przeciwników (i każdego innego), pozwalał im siebie lekceważyć i nie zakładać z jego strony żadnego zagrożenia. Popełniła błąd ufając tym fałszywym pozorom i pozwoliła mu zbliżyć się do siebie, bystrym oczom dała się obserwować z daleka, oswajając jego (a może raczej: siebie?) z bliskością. I nawet nie zauważyła momentu, w którym wdarł się do niej nieproszony. Sprytna bestia złapała z zadziwiającą wprawą za jej najsłabszy organ, zaciskając na nim boleśnie swoje ostre zęby, a najmniejsze drgnięcie tylko pogłębiało rany. Tak łatwo było zapomnieć, że rudy zwierz był jednym z nich - drapieżnikiem. I może faktycznie tylko najbystrzejszy z nich był w stanie się do niej dopaść.
Instynkt podpowiadał, by nie wierzyć żadnemu z jego słów, wyśmiać każdą obietnicę, wykpić najmniejszą przysięgę, zadrwić z najdrobniejszych dowodów zobowiązań i raz jeszcze tupnąć nogą z pewnym siebie uśmiechem, kiedy obwieszczała, że nie potrzebowała nic z tego, bo w końcu była niezależna, a sam Frederick nie miał wpływu na cokolwiek. Zauważył, że przestała to robić, skłaniając się raczej ku cichym protestom lub milczeniu? Złapał moment, w którym przeciągała kontakt wzrokowy, a na jej twarzy czaił się niewyraźny uśmiech, kiedy bez zbędnych zdań akceptowała jego rozwiązanie? Zawzięcie unikała wielkich deklaracji, ciągle zaznaczając wyraźnie granice, ale zdawały się one kompletnie poprzesuwać. Zezwalała mu na przedzieranie się przez jej terytoria, nawet nie uzbrajała się już na widok intruza, coraz mniej widząc w nim obcą osobę. I właśnie dlatego poczuła się taka zdradzona, kiedy okazało się, że on jednak złamał zasady niepisanego traktatu między nimi. Z niewysłowioną łatwością wypowiadała rzeczy, które przecież bombardowały jej umysł od początku - wiedziała, że niczego innego nie może się spodziewać po mężczyźnie (powinna czuć taką satysfakcję, że to przewidziała! Może istniała nadzieja, że w końcu zapomni o irracjonalnych uczuciach?) - choć serce drżało z każdym kolejnym dźwiękiem, jakby nie tylko doznany czyn rozrywał je na strzępy, ale też każda obelga, która miała je przecież chronić przed kolejną zadrą.
Skamieniała, kiedy stalowe tęczówki odnalazły jej własne - skonfrontowana pozostawiła wszystko mechanicznym odruchom, pozwalając oczom zmrużyć się instynktownie, kiedy sama porzucała z rozpaczą stery i uciekała w najdalszy kąt własnej świadomości, nie mogąc znieść tego, jak rozpadała się z tym krótkim, prostym słowem.
Przepraszam.
To nie powinno wystarczyć ani tym bardziej robić na niej żadnego wrażenia. Dlatego tylko zacisnęła ciaśniej swoje pięści, napinając ciało. Serce, skute w lodowej zbroi, biło desperacko, chcąc przebić się przez ścianę. Nic z tego. Nie miała zamiaru mu na to pozwolić.
-Nie, szsz, koniec! Nie było żadnych kruczków w tej obietnicy, Fox!-ucięła, wyciągając szyję w jego stronę, jakby to miało jej pomóc w dotarciu do niego. I to ona żyła w swoim świecie? Czy to nie on czasem dostosowywał wszystko do swojego sumptu, nie akceptując własnej winy? Słuchała mimo wszystko jego wyjaśnienia, wpatrując się w niego z rosnącym niedowierzaniem.-Aktu altruizmu?-powtórzyła oburzona, choć mózg ciągle przetwarzał te informacje, pozostając w szoku.
Więc księga ciągle była w jej sypialni? Nie powiedział jej ani słowa o tym, że jednak jej nie zabrał, mimo że zapozorował wszystko tak, jakby był złodziejem? Liczył na to, że na co dzień nie czuje jej obecności i nie sprawdza, czy ciągle jest na miejscu? Co on sobie wyobrażał?! Robił z niej wariatkę i histeryczkę, która szuka okularów, które okazują się spoczywać na jej własnym nosie, przyczyniając się jednocześnie do tego, że ich nie dostrzega. Zaakceptował to, że zrzuci na jego winę, wiedział, że się wścieknie, a mimo to czekał na ostateczny wybuch? Dlaczego? Dlaczego za tak niewiele miał jej uczucia, jakby były najmniejszym z jego zmartwień? Nie obchodziło go dłużej jak przedstawiał się w jej oczach? Czy ta przeklęta czarnomagiczna księga na tyle zaprzątała mu myśli, że nie potrafił dłużej patrzeć na Lovegood tak, jak kiedyś?
Co by się zmieniło, gdyby jej powiedział? Czy zaakceptowałaby jego pomoc, nie mówiąc już o podziękowaniach? Czy kłótnia o szczerość wyglądałaby inaczej jak ta, która przyłapywała na kłamstwie? Dlaczego, na Merlina, było mu to obojętne, choć dalej z upartością osła opiewał wszystko w tak wielkie słowa, uznając się za złotego człowieka, który ofiarowywał jej gwiazdkę z nieba? Nie rozumiała jak mógł nie akceptować szarości, jednocześnie zapierając się przy gorącym uczuciu do jej osoby - czy nie dostrzegał jakimi barwami się malowała?
Niezgoda kuła ją boleśnie w oczy, kiedy wpatrywała się w niego, przeciągając ciszę po jego wytłumaczeniu.-Czy to nie te przeklęte szepty odstręczają mnie od jej obecności? Dlaczego miałabym chcieć udawać, że to jest nieobecne i żyć w nieświadomości jak dziecko, które nie wie jak funkcjonuje świat?-zapytała w końcu niemalże histerycznym tonem.-Dlaczego ograbiasz mnie z wyboru, jakbym nie potrafiła podjąć własnej decyzji?-zarzuciła go kolejnym pytaniem, odwołując się w końcu do czegoś innego jak oszczerstw pod jego kierunkiem.-Nie widzisz, że cały świat nurza się w szarości i nie wybielisz go na siłę?-zrobiła krok w jego stronę, szarpana niewytłumaczalną desperacją, kiedy patrzyła na jego udręczone oblicze.-Dlaczego musisz być taki uparty?-ściszyła ton do szeptu, zrywając w końcu kontakt wzrokowy, jakby niezdolna do stawiania dalszych zarzutów.
Zacisnęła usta z frustracją, chcąc mu powiedzieć, że mógłby przestać w końcu decydować co jest dla niej dobre, a co złe i pozwolić jej użyć własnym filtrów - choć prawdopodobnie ze strachem zatykałaby sobie uszy, wzbraniając się przed podobnymi tonami kierowanymi w jej stronę. Czy z czasem nie upośledziłby jej instynktów, sprawiając, że byłaby zbyt podatna i nieprzygotowana na świat, skoro cały czas przebywałaby w jego bezpiecznych ramionach? Czy zaznając tego komfortu kiedykolwiek zechciałaby zrezygnować z ich oparcia? Albo czy byłaby w stanie stanąć na nogach po utraceniu tego wsparcia?
-Nie powiedz żadnego, pozbędę się skrupułów.-powiedziała beznamiętnie, tym razem zmywając niezadowolenie z twarzy i oddając się bardziej chłodnej i obojętnej ekspresji, która jednak niosła ze sobą o wiele więcej bólu. Podniosła dumnie podbródek, konfrontując go dzielnie, choć klatka piersiowa poruszała się niespokojnie, zdradzając wyraźnie, że ciągle brak w niej zimnej kalkulacji, a emocje stale wrzą pod skórą.
Wybuch złości był naturalną koleją rzeczy - profanacja jego nietykalności cielesnej również była posunięciem, jakiego należało się spodziewać. Nie uważała jednak, by włożyła w to na tyle siły, by miała spotykać się z tak gwałtowną reakcją. Czoło momentalnie przedarła bruzda, kiedy uderzył w nią niepokój i zaskoczenie - czy naprawdę nie kontrolowała się aż tak, że zrobiła mu realną krzywdę? Czy chciała sprawić, by odpłacił jej fizycznym bólem za najmniejsze cierpienie? Wpatrywała się w niego intensywnie, jakby w jego oczach miała odnaleźć odpowiedź, mimo że tak niechętnie odwzajemniał jej spojrzenia. Nieme pytanie zawisło między nimi, ale nie zdecydowała się na wypowiedzenie go na głos, jedynie przeciągając kolejne chwile braków w komunikacji.
-Gdybyś powiedział ją jako szóstą, a resztę wypełnił pozytywnymi, istniałaby szansa, że nie dostrzegłabym tej złej.-odpowiedziała mu cicho, na wydechu, nareszcie złapana w obrys jego stalowoniebieskich oczu. Rysy twarzy złagodniały, jakby chciały się jak najlepiej przedstawiać w tym świetle. Rozluźniła palce, stwierdzając, że osiągnęła swój cel, zyskując chwilę uwagi i czas odpuścić tak radykalne środki. Przejechała dłonią po wymiętym materiale, jakby chciała go wygładzić w jakimś bezmyślnym geście. Tknięta wspomnieniem uderzenia - nagłym ukłuciem winy? - przesunęła ręką po poszkodowanym miejscu, by w końcu nagle ją opuścić, jakby oparzona.-Poza tym czy te złe nie mają priorytetu, skoro mogą nam zagrozić, Lisie? Słysząc o dziesięciu imprezach i jednym pożarze, najpierw wybierzesz się pobawić na ślubie czy gasić ogień?-zapytała przewrotnie, by zmusić mięśnie do cofnięcia się o krok. Wystarczyło, że nie będzie na niego patrzeć.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   29.01.17 22:02

Nie odpowiadałem milczeniem na listy dlatego, że byłaś mi obojętna. Pozostawałem bierny, łudząc się, że dopóki nie wykonam żadnego ruchu, most, który skruszał między nami, nie obciążony żadną siłą z mojej strony, nie runie w przepaść. Że zanim którekolwiek z nas odważy się pokonać ten dystans, spłynie na mnie łaska geniuszu, która pozwoli uratować chwiejną konstrukcję.
Myliłem się.
Czasami ostateczne rozwiązania były nieuniknione. Musiałem zburzyć wszystko, wyciągnąć wnioski z własnych błędów, przeanalizować słabe punkty i zostać architektem, który dokona niemożliwego, wznosząc coś lepszego i trwalszego. Zakasać rękawy, aby zbudować wszystko na nowo. Nie bałem się tej pracy, choć należała do żmudnych. Cegiełka po cegiełce, własnymi rękami. Bez wytchnienia, w pocie czoła. Może zwłaszcza teraz, dotknięty świadomością własnej ulotności. Jeśli resztę życia miałem spędzić pochłonięty przez mrok, to każdy wysiłek był warty ostatniej chwili z tobą. Nawet, jeśli nie byłaś najłatwiejsza w obyciu - byłaś najbliższa mojemu sercu. Nie wybrałem cię, bo nie wybiera się Beatrycze. Nie wybiera się Julii.  Nie wybierasz ulewy, która zmoczy cię do suchej nitki, gdy wracasz z koncertu.
- To, co zniechęca ciebie, może przyciągnąć siły, których istnienia nie jesteś nawet świadoma. Nie znam historii tego przedmiotu – i wcale nie chcę jej poznać. Ufam ci, Lovegood, pomimo całego tego szaleństwa, które sprawia, że nagle nie potrafimy patrzeć sobie w oczy. Ty nie jesteś zła. Jesteś moja ulubioną osobą. Więc nie możesz być zła. - W popłochu szukam potwierdzenia własnych słów w twoich oczach. Tylko one nie potrafią mnie oszukać – sam wiem to najlepiej. Mogę przybrać dowolną twarz, ale nie jestem w stanie wyprzeć się duszy. Nie skazuj mnie na bycie więźniem własnej głupoty. Nie waż się zaprzeczyć – jeśli to zrobisz, uczynisz ze mnie ślepca, który z wbitym w źrenicę odłamkiem zaczarowanego zwierciadła, uwierzył w piękno Królowej Śniegu. - Tylko... każdy dokonuje czasami mało trafnych wyborów, bo nie widzi innych rozwiązań. Ukrycie księgi wydało mi się w tamtej chwili jedynym słusznym rozwiązaniem, choć nadal nie wiem, ile było w nim słuszności, a ile nierozsądku. Może powinienem zniszczyć ten przedmiot, a może pozostać pasywny wobec sprawy, która pozornie mnie nie dotyczy – a jednak, wbrew własnym życzeniom, stałem się jej częścią. Mówiłem ci już o sieci powiązań. Rozrasta się cały czas pod naszymi nosami, niemal niezauważona, ignorowana. Wydaje się nam, że stanowi zagrożenie wyłącznie dla bezmyślnych much i wątłych ciem, że jednym ruchem możemy odesłać tę pajęczynę w niebyt. I może tak jest – ale za chwilę pojawiają się kolejne, coraz gęstsze, coraz skrupulatniej splatane, coraz bardziej skuteczne.
W twojej głowie musiałem brzmieć, jakbym postradał zmysły. Obłąkany prorok, który naczytał się zbyt wielu teorii spiskowych, przewrażliwiony auror, wietrzący wrogów w każdej napotkanej osobie. Trudno było mówić o Zakonie Feniksa nie wyjawiając jego tajemnicy – byłem jednak związany zmową milczenia. I choć bezpretensjonalnie piętnowałem czyhające na każdym kroku zagrożenia, wcale nie dążyłem do tego, abyś poznała całą prawdę. O moich wyrzeczeniach. O bezwzględności, o jaką nigdy byś mnie nie posądziła. O cierpieniu, które miało strawić na popiół wszystko, co było mi bliskie. Dotarłem na szczyt hipokryzji. Chciałem być częścią twojego życia, jednocześnie będąc sparaliżowany perspektywą tego, że mogłabyś być obecna w moim. Nie było takie fantastyczne, jakbym sobie życzył.
- Brak decyzji nie jest żadną decyzją. Obojętność to zbrodnia. - Czy dalej rozmawialiśmy o tej przeklętej książce, czy może zatraciłem pierwotny sens, brnąc w tematy, których najchętniej bym z tobą nie poruszał, a jednak nie potrafiłem zdobyć się na milczenie? Nie sądziłem z resztą, byś pozwoliła mi milczeć. -  Chcę jednak, żebyś wiedziała, że to nie przed tobą zabezpieczyłem to plugastwo. To nie z tobą walczę, choć może to tak wyglądać. - Niemniej, muszę chyba uznać naszą wojenną ścieżkę za stan permanentny i nauczyć się w niej egzystować. Czas najwyższy pogodzić się z myślą, że pokój i Selina Lovegood leżą na antypodach. - Nie interesuje mnie, kogo kryjesz, ale prawdopodobnie nie jest to ktoś zasługujący na twój kredyt zaufania. Wiem, brzmi jak hiperbola. Irracjonalnie. Bo jakim prawem śmiem wysławiać się na temat ufności, gdy sam nie jestem w stanie zdobyć się na szczerość?  - Nie mam zamiaru idealizować samego siebie. Nie mam prawa narzucać ci swojego autorytetu. - Masz absolutną rację. Tylko ty możesz zdecydować, kto zasługuje na twoje zaufanie. Prawda może okazać się bolesna, a fakt, że będzie to zaledwie garstka osób, na dodatek niekoniecznie tych, którzy czynią twoje życie prostszym – przytłaczający.
Bez skrupułów, kawałek po kawałku obnażałem prawdę - na tyle, na ile pozwalały mi na to granice wytyczone przez pierścień, nieustannie zdobiący moją dłoń. Jeśli chciałaś szczerości, to właśnie wylewałem na ciebie całe wiadro – a i tak pozostawałem napiętnowany kłamstwem.  
- To złudzenie, Selino. Szkopuł w tym, że świat wcale nie nurza się w szarości, tylko tonie w nieprzeniknionej czerni. To nie jest czcze gadanie. Hogwart nie jest bezpieczny, Ministerstwo nie jest bezpieczne, ulice nie są bezpieczne. Ludzie giną we własnych domach. Sam nie jestem w stanie niczego wybielić, ale nie potrafię egzystować obok w obojętności. Nie da się odwrócić oczu od jednej tragedii, bo patrząc w drugą stronę dostrzegasz kolejne i kolejne... Tkwimy w błędnym kole. Ja zamierzam wyłamać się z tego absurdu. Albo przynajmniej spróbować go powstrzymać. Źle się czuję w skórze przegranego. A jeśli nie wstaję po to, by zmierzyć się z pasmem nieszczęść, już dawno jestem martwy. Weź na poprawkę, że tylko moja idealistyczna gadka. Każde z nas pisze własną historię. - Dostaliśmy czyste kartki, czy to nie wspaniałe? Możemy zapełnić je swoimi marzeniami. Nie wyrwę ci pióra z dłoni, nie dopiszę swoich wersów. Nie będę osądzał, jeśli twoja opowieść będzie zaprzeczeniem mojej. Dałem ci jedynie to, o co prosiłaś. Odpowiedzi. Przepraszam, jeśli nie były najłatwiejsze. W moim życiu już nic nigdy nie miało być łatwe.
I, być może, w twoim też nie. Wojna była przesądzona.
- Mógłbym zadać ci to samo pytanie. - A i tak nie uzyskałbym odpowiedzi.
Być może żadne z nas nie było ani Lisem, ani Lwem, ani żadną Osą. Może, zupełnie prozaicznie, nie chcieliśmy nawzajem dostrzec dwójki Osłów? Nikt w żadnym życiu nie chciał przecież być osłem.
- Niewiedza jest łatwa. - Równie oschle podsumowuję twoje słowa, niechętnie wychylając kielich po brzegi zalany goryczą, który serwujesz mi pod nos. Ta trucizna zabija nas oboje. A przecież widzę, jak twoje ciało znów zaprzecza wszystkim deklaracjom. Miałaś rację, mówiąc, że nie są nam do niczego potrzebne.
- Coraz trudniej wypełniać nimi rzeczywistość, Selino. Martwi mnie jednak to, że gdy już podsuwam ci pod nos te wyszarpnięte iskry, potrafisz postrzegać je wyłącznie w ciemnych barwach, zduszając ich blask, zamiast rozpalić ognisko, w którym można się ogrzać. - Nie miałaś pojęcia, jak głębokie było drugie dno moich słów. Nie miałaś pojęcia, jak trudno przychodziło wyszukiwanie alegorii, którymi mogłem obrazować ci prawdę. - Pamiętasz jeszcze? - Ożywiłem się nagle, próbując wpleść entuzjazm w posępną barwę mojego głosu. Wspomnienie ogniska mimowolnie pociągnęło za sobą przywrócenie z odmętów pamięci wszystkich nieprzespanych nocy. - Podczas naszych wędrówek, mimo swojej niszczycielskiej natury, ogień często ratował nam życie. Zamarzlibyśmy pierwszego wieczoru, gdybyśmy obawiali się poparzeń. Dorosłość musiała odebrać nam chęć do podejmowania ryzyka. - Zauważyłem gorzko, a radość, która przez chwilę rozjaśniła moje oblicze, zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Wspomnienie beztroskich dni wydało się nagle złudzeniem – pięknym, ale odległym i nieosiągalnym. Bajką na dobranoc. Było w nim coś przejmującego, jak we śnie, z którego nie chce się rezygnować po przebudzeniu, kiedy świadomość tkwi jeszcze rozdarta między rzeczywistością a marzeniami.
Poruszyłem się niespokojnie, gdy ponownie przejechałaś dłonią w miejscu blizn, tym razem jednak odnajdując ukojenie w delikatności, z jaką potraktowałaś ten nieszczęsny punkt na mapie mojego ciała – i prawdopodobnie skuszony tą krótką pieszczotą, złapałem cię za nadgarstek w chwili, gdy gwałtownie uciekłaś, jakbym chciał poprosić cię, abyś nie skazywała mnie ponownie na znoszenie dystansu między nami.
- Znasz mnie na tyle dobrze, że moja odpowiedź jest zbędna. Pytanie, co zrobisz ty?





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   30.01.17 0:19

Nie zastanawiała się nigdy co nim powoduje - zawsze był taki naturalny, skupiony na realizacji celów, do których dochodził najkrótszą możliwą drogą, nie wierząc w półśrodki, a w bezpośredniość, a do tego tak absolutnie szczery i pozytywny, że nigdy nie widziała w jego procesach myślowych zagrożenia. Były proste i - jak były przekonana do pewnego czasu - nie angażowały jej w sposoby, jakich wolałaby uniknąć. Był jak powietrze - po co miała zastanawiać się czemu jest w stanie nim oddychać lub rozważać jego stężenie, skoro najistotniejsze było, że wypełnia jej klatkę piersiową i pozwala dalej żyć? Tak, jak do najprostszej czynności, odwoływała się do niego instynktownie. Przecież zawsze najważniejsze były ich wspólne przeżycia, wracali do siebie nich, skreślając każdy inny plan z listy - i nagle koło przestało się toczyć, a powietrze zostało wypchnięte sprawnym uderzeniem z jej płuc, kiedy usłyszała pierwsze kocham. Otworzyła oczy, przeżywając pierwszy szok; na tyle silny, by nie tylko postrzeganie go się zmieniło. Dopiero od początku roku miała szansę odkrywać go na nowo i zauważać, że mimo uśmiechu na twarzy w jego oczach czaił się jakiś dziwny smutek i zmartwienie, a rzucane słowa albo nie posiadały sensu na płaszczyźnie, na której zostały wypowiadane, albo posiadały podwójną wagę. Zawsze był taki poważny? Nawet teraz, gdy... zdawał się działać zgodnie ze sobą, nawet jeśli tworzyło to konflikt z jego drugą stroną, która zdawała się szczerze wierzyć, że coś do niej czuje, to był inny - ostrożny, pełen obaw, wahający się przed zrobieniem kolejnego kroku, jakby stracił wiarę we własne czyny, choć przecież zawsze był ich pewien! Skąd zwątpienie? Co chwiało jego wartościami tak bardzo, że bał się przewrócenia? Co się zmieniło? Czy była aż tak ślepa, że nie dostrzegała tego wcześniej, widząc dopiero teraz? Dlaczego olśnienie spływało na nią właśnie wtedy, kiedy wolałaby pozostawać w słodkiej nieświadomości i dalej dawać się kołysać do snu rozkosznymi szeptami. Stała nad bezkresną przepaścią i chciała się w nią rzucić z pełnym komfortem psychicznym, że nawet jeśli lot nie będzie zbyt długi ani nie zakończy się zbyt przyjemnie, to mimo wszystko przeżycia w trakcie będą go warte. Potrzebowała głębokiej wody, ciemnego oceanu, by uciec przed wszystkim innym - jeśli ją pochłonie natłok czegoś nowego, to przynajmniej coś się zmieni. Dlaczego więc on sam zdawał się na nowo kalkulować wartość skoku? Przecież kiedyś rzuciłby się za nią w ogień. Przeszedł przez wszystkie kręgi piekieł. Zrobiłby dla niej wszystko, dokonując największego poświęcenia.
Co się zmieniło?
Nagle waleczny, nieustępliwy i nieustraszony Lis zaczął skradać się na palcach, bał wychylać się nos z własnej nory, uważnie macał lód zanim postanowił oprzeć łapę na danym obszarze i stale z przestrachem oglądał się za siebie. Kiedy świat nabrał tak czarnych barw, że przestał dostrzegać tych jaśniejszych? Co przytłoczyło go tak bardzo, że zgubił promyk?
Zaczął mówić, a ona tonęła w potoku jego słów.
-Może przyciągnąć siły, o których zostałam uświadomiona, Fox. I to ciągle mój wybór.-odparła początkowo pewnym siebie tonem, pamiętając przestrogę kuzyna mówiącą o ludziach, którzy chcieli tą księgę odebrać za wszelką cenę, podejmując się wszystkiego, byleby tylko osiągnąć swój cel. Ale on wcale nie mówił o tych rabusiach. Odnosił się do czegoś innego - i miała wrażenie, że znajduje się to tuż przed nią, ale nie może złapać tego w palce, bo ciągle przemyka pomiędzy nimi jak uparty, złośliwy cień.-A ty o jakich siłach mówisz?-zapytała z niepokojem.
Przestała wyśmiewać te wszystkie zdania i deklaracje, które brzmiały jak gadanina lunatyka, który wieści koniec świata lub schizofrenika, który szuka zagrożenia w gotującym wodę czajniku - ten grupowy obłęd nie mógł być przypadkiem. A może po prostu to bycie Lovegoodem ułatwiało jej wierzenie w absurdy, jakby wraz z krwią przejęła upodobanie do bujd. Zaczynała coraz bardziej akceptować te nie trzymające się kupy paplaniny, choć nie odważyła się ani razu zapytać konkretnie o sens zdań, jakby wyczuwając mgłę, jaką były spowite.
-To ty unikasz mojego spojrzenia.-powiedziała ciszej, dopiero po chwili, patrząc na niego z frustrującą apatią.-Nie chcesz w nim czegoś zobaczyć?-zapytała, pozwalając przejęciu na moment nią zawładnąć.-Zła.-powtórzyła z jakimś smutnym rozbawieniem.-Tego się boisz? Dlaczego teraz cię to martwi skoro jedyną osobą, która zmieniła się tak dramatycznie jesteś ty?-wytknęła mu. Kiedyś miała mniejsze predyspozycje do odziania wiecznej czerni i oddania się mroku? Zdusiła chęć sięgnięcia do niego rękami. Bliskość była obezwładniająca i kompletnie ją ogłupiała, przypominając jej ciału ruchy mięśni, jakie wykonywała w jego towarzystwie. Zacisnęła więc tylko palce w pięści, marszcząc czoło. Bezczynność była dziwnie odrętwiająca.
Nie miała pojęcia czy kolejne słowa o wyborach były próbą tłumaczenia siebie, kolejnym cichym przytykiem w jej stronę czy też próbą sugestii na jego przykładzie, jakby miało to złagodzić krytykę. Szybko jednak zaczął snuć wokół niej kolejne wyobrażenie - ciemne, mroczne, irytująco nieuchwytne i nienamacalne, prawie nieistniejące, a jednak tętniące życiem poza jej wzrokiem. Budził w niej niepokój. Odwoływał się do jej schematów i obojętności, choć używał liczby mnogiej i sam zdawał się doskonale wiedzieć czego nie dostrzegają.-Nie zapytałeś mnie ani razu co ja myślę o tym rozwiązaniu. Widzisz moją złość i ciągle zastanawiasz się nad moralnością własnych decyzji. Za co więc przepraszałeś, skoro moje zdanie cię nie obchodzi?-obudziła się w niej złość, kiedy zauważyła pewną prawidłowość. Ale też trochę dlatego, że zderzała się z kolejną ścianą, która wyrosła przed nią nagle, ograniczając jej ruchy i właśnie została poinformowana, że od zawsze tam stała. Zaczynała wątpić w porządek świata i we własny narząd wzrokowy.-Sieć powiązań...-powtórzyła, obracając się do niego profilem, przedstawiając skrzyżowanie uśmiechu i nerwowego wyrazu. Pokręciła wolno głową.-Co to za tajemna mroczna moc rozciąga nad Anglią swoją opończę?-zapytała z cieniem drwiny, składając do kupy wszystkie jego sugestie. Chciała go sprowokować, wybić z rytmu, licząc na jakąkolwiek konkretną odpowiedź i jedną niewiadomą mniej.-Obojętność względem czego?-ucięła mu sfrustrowana, coraz bardziej nienawidząc zasłony dymne, jakimi traktował jej oczy, kiedy mówił o niedostępnych dla niej tematach. Zacisnęła usta na jego kontynuację. Wypluwał z siebie kolejne słowa, niejako spełniając jej prośbę. Nie z nią walczył? Dlaczego nie potrafił odpuścić nawet tak niewinnej rzeczy jaką była zwykła księga (której ona też nie mogła potraktować machnięciem ręką)?-Skoro to wiesz, to jakim prawem to robisz?-wydała z siebie pogardliwe syknięcie, wpadając w nieposkromioną złość, kiedy nazwał Aarona kimś niewartym jej zaufania. Nie miał pojęcia o czym mówił i nie miała zamiaru mu pozwolić na dalsze mówienie co tylko mu ślina na język przyniesie. Miała ochotę tupać nogami z gniewu i potrząsać nim wściekle, by się otrząsnął.-Prostszym?-zadziałała jak bezmyślne echo, wkładając w głos desperacką, żałosną nutę, gdy chwytała się tego słowa jak deski ratunku.-Myślisz, że ty czynisz je takim?-podniosła głos, by po chwili parsknąć śmiechem i wpleść w nerwowym geście palce we włosy. Nie patrzyła na niego, zbierając myśli.-Jesteś siłą niszczącą, Fox.-odjęła dłoń od twarzy, kiedy prostowała się, by spojrzeć mu w oczy. By zrozumiał, co miała na myśli, jakby miał to dostrzec w jej oczach.-Burzysz wszystko, czego dotkniesz. Najwygodniej byłoby się odsunąć i nie ryzykować runięcia z tobą.-mówiła dalej, powstrzymując kolejną przemożną chęć do zminimalizowania dystansu między nimi. Nie powiedziała, że lubi to miejsce - stać obok niego.
A potem zasypał ją swoimi obawami. Wszystkim, przed czym zdawał się drżeć i co sprawiało, że dwa razy zastanawiał się przed podjętym krokiem lub wypowiedzianym słowem. Czy on też słyszał jak w jej klatce piersiowej serce odbijało się od żeber, kiedy wpatrywała się w niego w milczeniu?-Sam nie jesteś w stanie nic zrobić, a mimo to próbujesz? Ty głupi Lisie.-wydała z siebie w końcu, nawet nie wiedząc kiedy sięgnęła do jego policzków, obejmując je w pieszczotliwym geście. Na twarzy zamigotał smutny wyraz, choć kąciki warg unosiły się niezauważalnie.-Beznadziejny przypadek. Dlaczego akurat ty musisz być przeklętym idealistą? Nie mogłeś stanąć po wygranej stronie?-zapytała, przechylając na bok głowę, kiedy jej oczy lśniły niebezpiecznie, a ton nabrał miękkości. Wyznania wolno docierały do jej świadomości, zarysowując ich powagę, choć ciągle nie wiedziała tak naprawdę nic. Zbyt dobrze jednak znała Fredericka, by tkwić w naiwnym przekonaniu, że jego słowa nie miały znaczenia - nie rzucał ich na wiatr, ceniąc działania. Usta drgnęły w próbie wykonania uśmiechu, choć zawiodły, gdy również zarzucił jej upartość.
Oderwała od niego w końcu ręce jak oparzona, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo się miota, nie potrafiąc pozostać przy roli rozwścieczonej Osy w jego towarzystwie - a to przecież powinno być proste, łatwe i przyjemne z tak mocnym motywem. Nie w jego przypadku.
Uderzyły w nią kolejne zarzuty, choć to przecież nie tak powinno wyglądać. Dlaczego wypominał jej w tym momencie sceptycyzm i cynizm, odwołując się do przeszłości? Wiedział, że pamiętała doskonale - każda z tych chwil miała dla niej niewysłowioną wartość. Drgnęła, wywołana do odpowiedzi. Nie odezwała się jednak, odsuwając się ze strachem. Nie chciała wiedzieć, gdzie chce ponieść ją z tą metaforą.-Może wymagasz ode mnie zbyt wiele?-powinna powiedzieć to ostro, oschle, a wyszło jakoś słabo i z zawahaniem, jakby sama nie była pewna. Przyglądała mu się ostrożnie i z rezerwą, ukłuta wspomnieniami wykorzystanymi przeciwko niej. Nie było jak dawniej. I już nigdy nie będzie. Tak go to martwiło? Nie ma prawa się powtórzyć to, co kiedyś, skoro przekroczyli granice, do której wcześniej się nie zbliżali - jak mógł wytykać jej cokolwiek w tej sytuacji?
Nie mogła znieść tego dystansu, tego mrowienia pod palcami, gdy dotykała jego skóry, mieszaniny emocji, choć wszystko powinno być o wiele bardziej przejrzyste - wszak zaczęło się od złości i na niej miało się kończyć. Miała rację, że z nim nic nie było proste. Wrzucał ją w jeszcze większy chaos niż ten, w którym żyła.
Kiedy jego dłoń wypaliła jej znamię swoim dotykiem na nadgarstku, prowokując gwałtowny wdech, odnalazła jego wzrok, nie rozumiejąc czego od niej chciał. Zatrzymana w spojrzeniu, przytrzymana delikatnym chwytem, nie mogła się wyswobodzić. Nie odpowiadała, przyglądając się jego rysom. Dlaczego wciąż pytał o rzeczy, jakie wcześniej nie budziły jego zainteresowania?-Jeśli byłby to twój dom, reakcja byłaby instynktowna.-wyszeptała w końcu, jakby głośniejsza deklaracja miała zagrozić stabilności budynku, a ona sama niemalże skuliła się pod tym wyznaniem, ciągle zamknięta w bezruchu.-Przecież obojętność byłaby największą karą.-powtórzyła ich dewizę, wpatrując się w stal tęczówek, kiedy rozciągała usta w wolnym uśmiechu, który nie był jednak w stanie dotrzeć do oczu, które z takim przejęciem wpatrywały się w te drugie.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   05.02.17 12:57

Myśl kto za tym stoi uparcie ciśnie się na usta, choć chyba wolałbym nie wiedzieć – więc nie pytam, przełykając kolejny kielich goryczy. Trudno znaleźć zrozumienie dla twoich wyborów, nie wiedząc, czym są kierowane – i na tej samej zasadzie trudno je potępić. Usprawiedliwiam twoje postępowanie, bo tak każe mi moje głupie serce, ślepe na wszystkie zbrodnie, których się dopuszczasz. A przecież się go wyrzekłem, cztery dni temu, przysięgę okupując własną krwią. Zostawiłem na zimnej, marmurowej posadzce, wraz z godnością i wszystkim, co czyniło ze mnie człowieka – a jednak, kiedy stanęłaś w progu mojego mieszkania, poczułem je nagle w żebrach, jak zabiło silnym tętnem, przywrócone na właściwe miejsce.
Jaką magią władałaś, że byłaś zdolna do takich czynów?
- Jesteś Lovegoodem i rozumiem, że szaleństwo płynie ci we krwi, ale... boję się o ciebie, Selino. Na Merlina, będę ci to powtarzał, dopóki nie przyswoisz tej informacji. Mówię o siłach, z którymi nie jesteś w stanie walczyć. Nie w pojedynkę. Nie bez poświęcenia. - Wbijam spojrzenie w podłogę, a dłonie w niemym geście zaciskam w pięści, aż bieleją kostki. Nie wiesz nic o gotowości. Nie wiesz nic o mroku, który czai się za oknami – bo skąd możesz to wiedzieć, skoro nawet ja błądzę po omacku? Nie mogę – i wcale nie chcę – dzielić się z tobą tajemnicą, którą niosą ze sobą blizny schowane pod membraną cienkiego materiału. Nawet one nie przybliżyłyby cię do tego, aby zrozumieć.
Nigdy nie przyszło mi na myśl, aby podważać twoje umiejętności. Widziałem przecież, jak zaciekle potrafisz się pojedynkować, jak nie odpuszczasz, jak jesteś stworzona do tego, aby tryumfować. Nie chciałem niszczyć tego obrazu. Nie chciałem przerażać cię kolejnymi proroctwami o wojnie, która nadchodziła, gotowa zebrać krwawe żniwo. Przede wszystkim jednak paraliżowała mnie myśl, że nie mogłem zagwarantować ci, że stanę u twojego boku, bo byłaś tylko jedną z tysięcy, a może nawet milionów, nad którymi miałem roztoczyć swoją pieczę – z pełną świadomością tego, że będzie ona niewystarczająca. Że nie uratuję wszystkich.
- Nie. - Ucinam twoje słowa krótkim, dosadnym tonem, nie mogąc znieść tych wszystkich błędnych teorii, które snujesz w swojej głowie. Skąd u ciebie ta nagła skłonność do dostrzegania w sobie wyłącznie negatywnych cech? Niknę na chwilę za zasłoną milczenia, odnajdując twoje spojrzenie, i już nie uciekam od zieleni twoich tęczówek, jakbym w ten sposób zamierzał oczyścić się z zarzutów. - Boję się tego, że cię zawiodę. - Powiedziałem, że należę do ciebie. Ale nie mogłem należeć do ciebie w sposób ostateczny i niezmącony, bo podjąłem się zobowiązań, które wykluczały wyższość tej przynależności. Nie zasługiwałem na wybaczenie. Nie zamierzałem też prosić o zrozumienie – a przede wszystkim podpisałem zmowę milczenia, i o żadnych obawach nie mogłem ci opowiedzieć.
Prawda była trudna do zniesienia. Uśmiech niepostrzeżenie ulotnił się z mojego oblicza, niknąc gdzieś we mgle otulającej Londyn. Przegrałem własną wojnę, którą wypowiedziałem rasie ludzkiej. Pozwoliłem smutkowi zagrzać miejsce w moim sercu, choć wcale nie akceptowałem jego obecności. Nie potrafiłem jednak wyrzucić go za drzwi. To on trzymał w garści wspomnienia i twarze bliskich, których już nigdy miałem nie spotkać w strugach angielskiego deszczu.  
- Gdyby nie obchodziło mnie twoje zdanie, już dawno zniszczyłbym tę parszywą księgę. - Czy nie widzisz, jak ten element nie pasuje do układanki? Jak staje się naszą kością niezgody, płodząc kolejne niedopowiedzenia, stawiające między nami coraz silniejszą barierę? - Więc pytam: co myślisz o takim rozwiązaniu? - I już zupełnie odważnie spoglądam na ciebie, gotów na przyjęcie całego gradu złości, odmowy, buntu i wściekłości. - A jeśli nasze dążenia są sprzeczne, być może masz rację. Być może powinniśmy porozmawiać i razem znaleźć wyjście, które nam obojgu pozwoli ruszyć dalej z czystym sumieniem. Musi takie istnieć. - Mówię pewnie, choć sam nie wierzę w prawdziwość własnych słów. Ty nie znałaś przecież kompromisów, ja natomiast posiadałem potrzebę udowadniania niemożliwego, nierzadko zderzając się z murem, o który mogłem jedynie uderzać głową, kpiąc z własnej bezmyślności.
- Moc, która nie wychodzi z cienia i nie ujawnia swojej twarzy. - Odpowiadam enigmatycznie, próbując przekręcić głowę w stronę okna, jakbym za szybą miał dojrzeć wszystko to, o czym ci opowiadałem, jednak dająca o sobie znać blizna na karku powstrzymuje mnie w połowie. I nawet sam jeszcze nie mogłem wiedzieć, jak bliskie prawdy było moje stwierdzenie.
- Prawem, którego imienia nie chcesz usłyszeć. - Za nic mam twoją złość, pozostając apatyczny i jakby nieobecny. Czy istniała szansa ze na tych samych zasadach, które kierowały mną, nosząc przeklęte piętno miłości, księga trafiła w twoje ręce? Co innego było skłonne popchnąć człowieka do najgorszych czynów, do głoszenia głupstw, do hipokryzji, do kruszenia całego swojego kręgosłupa moralnego i upadania na samo dno, łudząc się, że w oceanie miłości nie da się utonąć?
Z łatwością przychodzi ci oskarżanie mnie o kolejne zbrodnie, i tym razem nie szukam dla nich usprawiedliwienia. Mówiłem ci to już, Selino. Miłość nie jest prosta i przyjemna, a jej brak czyni życie jeszcze większym koszmarem.
- Byłaś ze mną w Tybecie. Rozumiesz samsarę. Wiesz, że czasami trzeba pozwolić czemuś umrzeć, żeby mogło odrodzić się silniejsze. - Nie mogę obiecać ci, że będę znał tylko słowo tak, że będę jak cień – zawsze obok, ale zupełnie neutralny, i tym samym bezużyteczny. Niepotrzebny ci drugi naśladowca, który przyklaśnie twoim wyczynom. Chciałbym ci za to obiecać, że będę szedł z tobą ramię w ramię przez wszystkie przeciwności, pomagał zdobywać szczyty i staczać w otchłań w razie pomyłki, osłaniając własnym ciałem twój upadek. Ale przecież tego też nie mogłem ci zagwarantować – już nie, choć każda komórka mojego ciała rwała się do tego, by trwać przy tobie. - Nie chcesz ryzykować, a jednak – nie odsuwasz się. Dlaczego? - Dlaczego mącisz mi w głowie, wysyłając sprzeczne sygnały, będąc w jednej chwili niczym nieustępliwy głaz, by po chwili kruszyć się pod moim najdrobniejszym dotykiem, a jeszcze później rozgrzewać do czerwoności. Nie byłem w stanie objąć umysłem twojej zawiłej fizyki, prawdopodobnie niemożliwej do opisania żadnymi wzorami.
Chaos w najczystszej postaci. A pośród tego Chaosu ja, zachłyśnięty jego ogromem, przerażony głębią, zafascynowany wspaniałością.
- Twój głupi lis. - Przypominam ci, po wszystkich przypisanych mi winach z ulgą przyjmując szorstkość twoich dłoni na swoich policzkach. Kąciki moich warg drgają jedynie w nerwowym geście, niezdolne do uśmiechu. - Może znalazłoby się więcej takich jak ja. - Nie wiesz, że moje słowa mają w sobie więcej z prawdy niźli dywagowania. - Wybieram to, co słuszne. Nie ma wygranych ani przegranych stron, dopóki my sami ich nie ustanowimy. -  Nie chcę w nieskończoność jak psidwak gonić za utraconymi rajami. Biorę życie w swoje ręce i tworzę, nawet, jeśli początkowo wyłącznie rozpada się pod moimi palcami. Martwy jestem tylko wtedy, gdy nie znajduję w sobie wystarczająco odwagi, by spróbować od nowa.
A twoje dłonie leczą najgłębsze rany.
Czym zasługuję na te drobne czułości, którymi mnie obdarzasz, jakby niechętnie, w zapomnieniu, w niezgodzie z samą sobą. A jednak to ty coraz częściej przekraczasz barierę intymności, pozwalając zapomnieć mi, że ta w ogóle między nami istnieje, jakby niepostrzeżenie stawało się to częścią codzienności. Z pełnią okrucieństwa przyzwyczajasz mnie do tego dotyku, bez którego zaczynam odchodzić od zmysłów.
- Nie. Tak naprawdę nie oczekuję od ciebie niczego. Zastanawiam się tylko, kto nam ukradł beztroskę... czy też może sami nie zauważyliśmy, kiedy ją porzuciliśmy. - Chciałbym z tobą uciec. Gdzieś na koniec świata. Zaszyć się w zapomnianej wiosce, porzucić wszystkie problemy, spacerować pod gwiazdami i leżeć obok ciebie, śmiejąc się w najlepsze. Popijać skrzacie wino. Palić diable ziele. Słuchać muzyki pisanej przez przyrodę.
Ta utopia nie miała prawa egzystować.
Sprzeczność pulsujących w moich żyłach emocji rozszarpuje mnie na kawałki. Wiedziony nagłym wyzwaniem, nie potrafię dłużej budować dystansu między nami. Jesteś moim miejscem na ziemi. To do ciebie chcę zawsze wracać, to u ciebie szukam schronienia, to w twoich ramionach znajduję ukojenie. Nie powiem ci tego. Słowa i tak nie mają znaczenia. I choć drogę do ciebie znam na pamięć, przeraża mnie perspektywa tego, że ta ścieżka kiedyś mnie zgubi. To więcej niż pewne. A jednak nadal chcę nią podążać, choć wcale nie czuję się godzien miejsca obok ciebie.
Trzymając już twój nadgarstek w garści, powoli przyciągam cię cała do swojego ciała, zakleszczając we własnych ramionach, jakby było to dla ciebie najwłaściwsze miejsce. Nie trzeba było słów, byś zrozumiała niemą prośbę.
Zostań.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   05.02.17 17:40

Patrzyła na niego z rosnącą trwogą, której w miarę przybywania - gasła złość, zupełnie tak, jakby strach był uczuciem, który bezlitosnym kloszem nakrywał płomień gniewu. Uciekała z jednej irracjonalnej emocji od drugiej, z coraz większą rozpaczą tonąc w niewiadomych. Wiedziała, że rozmawiają nie tylko o księdze, przeplatając ten motyw wraz z niesprecyzowanymi obawami Fredericka, które rozbijały się o symbol czarnej magii, ale też o coś więcej. Było coś, o czym nie chciał lub nie mógł jej powiedzieć, karmiąc ją zaledwie sugestiami, które ukryte były w przestrogach. Ale to jej nie wystarczyło. Już od jesieni podsycany był w niej niepokój, budzona świadomość na rozgrywające się wydarzenia i ich znaczenie - niemalże czuła, że znajduje się w epicentrum czegoś strasznego, ale jednak plejada pozorów trzymała ją w odrętwiającym bezruchu.
Rozumiała coraz mniej.
Fox był obcy - zimny, pozbawiony uśmiechu i lekkości, jakby coś rozdrapało jego duszę na dwoje, bezpowrotnie pozbawiając go rdzenia jego osobowości, który pozwalał mu na beztroskę i wesołość. Był dziwnie poważny, może nawet bardziej smutny, choć daleko było mu do rezygnacji - jakkolwiek nie zgasłyby ogniki w jego oczach, ciągle stal tęczówek pozostawała żywa i czujna, choć ramiona uginały się pod ciężarem, chcąc rezygnować. Nie potrafiła odnaleźć źródła tej przemiany. Właśnie dlatego patrzyła na niego z coraz większym niepokojem, próbując znaleźć źródło tego zachowania. Widziała go zaledwie pięć dni temu. Co takiego mogło wydarzyć się w tym czasie?
Złośliwy umysł podpowiadał jej, że mógł chcieć odwołać każdą z deklaracji, brzydząc się jej czynami. Dlatego teraz z taką nieustępliwością próbowała mu udowodnić, że za późno na takie refleksje - od zawsze była taka sama, widział, że nie jest przezroczyście biała, a mimo wszystko skierował w jej stronę te wszystkie obietnice. Nie mógł stwierdzić, że się pomylił albo już tego wszystkiego nie chce. Nie miała zamiaru pozwolić mu na wycofanie się, zupełnie jakby uważała, że wytknięcie mu hipokryzji zatrzyma go dłużej przy niej. Jej poprawny, dobry, szlachetny Lis z pewnością zawróci bieg rzeki, byleby tylko nie jawić się w barwach kłamcy i oszusta. Prowokowała go. Szukała szybkich zapewnień, które mogłyby ją wreszcie ukoić i uspokoić falującą klatkę piersiową, jednak on pozostawał niewzruszony. Obojętny.
Za co ją karał najwyższą z represji? Czy kiedykolwiek odwracał od niej wzrok, niezdolny do spojrzenia w jej oczy? Co nie pozwalało mu w nie spojrzeć?
Patrzyła na niego, nawet nie udając, że rozumie o czym on właściwie do niej mówi.
-Szaleństwem jest lojalność?-zapytała, pozwalając bezsilności i wewnętrznymi konfliktowi tylko na moment zatańczyć na strunach głosowych.-B o i s z się o mnie?-powtórzyła, prychając z niedowierzaniem. Od kiedy przeszkadzało mu ryzyko jakim się otaczali? I znów powtarzanie w kółko o tych tajemniczych siłach, o zagrożeniu, o walce. Dostała napadu wściekłości, kiedy zaciekle unikał kontaktu wzrokowego, odmawiając jej możliwości dostrzeżenia intencji w odbiciu jego duszy.-Na Merlina, i to mnie nazywasz szaleńcem?-wykrzyknęła, unosząc ręce w nagłym geście, by równie gwałtownie je opuścić i pozwolić im bezwładnie uderzyć o własne boki. Zacisnęła palce, walcząc z frustracją.-O czym ty mówisz, Fredericku? O czym mówisz?-zapytała nerwowo, by jak echo powtórzyć swoje słowa żałośniej, łapiąc go za nadgarstki.-Co takiego może mi grozić? Jak ta książka może stać się portalem do źródła niebezpieczeństwa?-wyrzucała z siebie kolejne pytania, odszukując z desperacją jego spojrzenie.-Czy to grozi też tobie? Ty jesteś powodem tego zagrożenia?-wpatrywała się w niego, próbując zrozumieć. Dłonie powędrowały wyżej, nie znosząc bezruchu, wzdłuż jego przedramion, by przy łokciach owinąć palce wokół spodu jego rąk i pokonać drogę powrotną do przegubów.-Brzmisz jakbyś miał plan.-ciche stwierdzenie, jakby sama bała się wydźwięku tych słów i niesionego z nimi znaczenia.-Co chcesz poświęcić?-pozwoliła kolejnemu pytaniu zawisnąć między nimi, kiedy zacisnęła jego dłonie w swoim krótkim objęciu, by w końcu zerwać z nim jakikolwiek kontakt cielesny i otulić własne ramiona. Zaciśnięte pięści, jakie napotkały jej palce, zdawały się najgorszym odtrąceniem.
Mnogość znaków zapytania wpędzała ją wolno w obłęd, a ustalenie wiadomych było coraz trudniejsze, kiedy grunt znikał jej pod nogami - świat zaczynał jarzyć się w mniej znajomych barwach i przerażało ją to do szpiku kości. Nawet nie dostrzegała własnych ruchów, instynktownego uciekania się do bliskości, choć wydawało się to naturalne - jedyna namacalna rzecz, w której prawdziwość nie powinna wątpić.
Nagłe nie zatrzymało potok słów tylko na moment, ale po chwilowej konsternacji dokończyła myśl. Nie zdołała zapytać z czym się nie zgadza, nieco porażona przez możliwości czające się w odmętach umysłu. Wpatrywała się w niego z rosnącym niezrozumieniem. Jak mógł ją zawieść w tej sytuacji? Nagle wydało jej się to dziwnie abstrakcyjne - mimo tego, że jeszcze przed kilkoma chwilami zrobiła szturm na jego mieszkanie, obwiniając go za wszystkie winy tego świata, w tym za cholerną kość niezgody, jaką była ta piekielna księga, której zniknięcie było jego odpowiedzialnością. Może to jego wisielczy nastrój prowokował w niej to dwubiegunowe podejście i czuła się zobowiązana, by stale mu się sprzeciwiać - automatyczna, instynktowna reakcja, która pozwalała jej na stałe batalie ze światem. I nagle okazało się, że trawi ją niepokój, jakaś dziwna boleść, że mogła sprowokować jakiś koniec, bo - na Merlina - nie istniało nic gorszego od obojętności. Dlaczego więc ją nią karmił? Czy nie uzgodnili, że zasługiwali na bardziej płomienne uczucia - nienawiść lub jej przeciwieństwo?
Nie mogła być świadoma jego próby i tego, że pakt podpisany z diabłem w skórze pani w podeszłym wieku zobowiązywał go do traktowania jej w podobny sposób i jej protesty nic tutaj nie zmienią. Nie uświadomiła sobie jeszcze, że lot z piedestału, na którym zwykła stać w jego oczach, może się okazać dla niej zabójczy - jeszcze nie czuła, że spada, karmiąc się namiastką uczucia, jakie jej dawał oraz wspomnieniami, którym odmawiała przeminięcia i nieprawdziwości.
-...co zrobiłeś?-o wiele szybciej zwokalizowała własne myśli aniżeli pozwoliła im dręczyć swoją świadomość. Była przekonana, że przejmuje się czymś kompletnie błahym - miał wszakże predyspozycję do zbytniej uczuciowości i drobiazgowości, która jej wydawała się kompletnie zbędna (choć nie wyobrażała sobie Fredericka Foxa bez tych cech). Chciała zmyć jego obawy uśmiechem, ale wydawał jej się dziwnie nie na miejscu. Nie wiedziała, że stoi nad własnym nagrobkiem.
-Być może powstrzymała cię przyzwoitość!-wybuchnęła, dając się mu raz jeszcze sprowokować. Zacisnęła usta, biorąc kilka głębokich wdechów, które mogły zagwarantować jej choćby chwilowe uspokojenie nerwów.-Liczy się dla mnie tylko to, by nie dostał jej nikt trzeci oraz by przetrwała.-warknęła w końcu, nie wypowiadając jednak zgody na takie rozwiązanie. Zmrużyła oczy, słuchając jego propozycji.-To sprawa nie jest już zamknięta? Nie wystarczy ci, że księga jest poza moim zasięgiem?-zapytała, tamując gniew, kiedy zakładała ręce na klatce piersiowej. Broniła się przed nim jak mogła, próbując zachować resztki s i e b i e. I choćby ostatnia jej cecha, jaka miała się przy nim uchronić to ośli upór, to niech tak będzie!
Zacisnęła usta, starając się nie furczeć ze złości, kiedy raz jeszcze odmówił jej odpowiedzi na pytanie. Obróciła się na pięcie, jak burza przechodząc te kilka kroków przez kuchnię, jakby gotowa wyjść, choć wróciła jak bumerang, nie potrafiąc stać w miejscu - musiała się wyładować choćby w maszerowaniu, bo czuła, jak wszystko u niej wrze pod skórą. Obróciła się nagle, mrużąc oczy, na jego kolejną zagadkową odpowiedź.-Czy pytałabym w takim razie?-syknęła. Nic jednak nie wzburzało go do reakcji. Pozostawał niewzruszony i nieosiągalny. Miała ochotę nim potrząsnąć, raz jeszcze zacząć rzucać w jego stronę zaklęciami, byleby tylko uzyskać od niego jakąkolwiek reakcję. Doprowadzał ją do szału, odmawiając jej tego, co jej się należało. Przecież obiecał, że zaszczyci ją wszystkim za wyjątkiem apatii. Moment, impuls porażający jej komórki do chwycenia leżącej na stole szklanki i wprawienia jej w ruch, by chwilę potem rozbiła się o ścianę, niedaleko od głowy mężczyzny. Ona sama oddychała ciężko, urywanym oddechem, nie czując ani ulgi ani przerażenia nad własnym czynem.-Znowu wiesz lepiej, czego chcę, tak?! O co ci chodzi? Po co próbowałeś, skoro wiesz, że to bez sensu? Czemu teraz tak łatwo odpuszczasz?-wykrzyczała mu, nie zastanawiając się nad słowami, bazując na odczuciach, na ulotnych wrażeniach, które potem odejdą wraz z emocjami, pozostawiając ją nagą ze świadomością wykonanych działań. Zmniejszyła ponownie dystans, zaciskając pięści w akcie ostatecznej bezradności. Nie pozwoliła ustom drżeć - nie mogła pokazać mu słabości, pozostawiając ostatnią zaporę na straży, która miała uchronić ją przed kompletnym zawładnięciem. Nie potrafiła określić w którym momencie Fox zaczął mieć na nią taki wpływ. Przed ich przerwą była zbyt przyzwyczajona do jego obecności, z łatwością rozpoznając schematy i nigdy nie dając własnej pewności siebie się naruszyć przez jego humory (których wtedy było jakoś mniej). Może teraz zwyczajnie uderzała w nią bolesna świadomość, że jego towarzystwo nie jest czymś bezwarunkowo jej zagwarantowanym?
Popchnęła go w bezsilnym geście. Nie patrzyła na niego, dopuszczając do siebie tylko głos. Nie miała gotowej odpowiedzi na to pytanie. Nie rozumiała dlaczego jego bliskość odbiera jej siły, a najmniejsza demonstracja wściekłości odbiera jej witalność i tylko pogłębia kręgi pod oczami.
Poświęcenie, odrodzenie, moc, śmierć, siła... Słownictwo przez niego używane wprowadzało ją w jeszcze głębsze ramiona histerii, której objęcia budziły nieposkromioną panikę - dusiła się w nich i szukała ucieczki. Ciemne wizje, jakie przed nią rozpościerał, doprowadzały ją tylko na skraj. Oddawała się rozpaczy.
W dziwny sposób poruszała go jego bohaterskość, choć znała zaledwie ułamek jego poświęcenia, a co do reszty świadczyły wyłącznie jego słowa. Może to abstrakcyjny obraz czegoś większego zdusił jej złość, a może ponownie zadziałał na nią jak brak tlenu na ogień - tak, jak mówiła, był siłą niszczącą, wszystko komplikował, topił ją w morzu emocji, a każda fala wypychała ją na inny brzeg. Jej bezpieczna wyspa zniknęła gdzieś za horyzontem i jedynym sposobem, by mogła do niej wrócić, było wyciągnięcie rąk.
Był jej Lisem. Głupim, naiwnym Lisem, który wierzył w zgubne ideały i nie potrafił odwrócić wzroku od tragedii, bez wahania biegnąc na ratunek.-Banda głupców chcąca zbawić świat.-podsumowała, co brzmiało jak żart, ale nie była zdolna do śmiechu, kiedy w końcu uchwyciła jego spojrzenie.
Milczała, pozwalając mu na bezsensowne dywagacje. To nie były plany ani marzenia, które były możliwe do spełnienia. Brzmiał gorzko i smutno. Tego nie mogła przetworzyć. Oboje nie byli osobami, którym można było coś tak po prostu odebrać. A jednak to on pozostawał bardziej świadomy co do sił, jakie rządziły teraz światem. A mimo to zawieszał między nimi to pytanie, szukając w niej odpowiedzi? Milczała, niezdolna do zaproponowania mu ucieczki od tego wszystkiego. Ryzyko odmowy było zbyt wysokie, do tego stopnia, że była go właściwie pewna. Mimo wszystko przerzedzała swój słownik, by znaleźć słowa, które mogłyby wszystko naprawić i przynieść mu pogodzenie.
Nie znalazła żadnych. I nic w świecie nie dręczyło ją bardziej od tej drobnej ułomności.
Nie protestowała, już dawno zaklęta przez błękit jego oczu, poddając się jego woli bez najmniejszego zająknięcia. Zdawała się do tego dążyć od początku - prowokując agresją, swoją bliskością, kruchymi słowami, każdym znanym sposobem, byleby w końcu dostrzegł jej obecność i oddał jej swoją uwagę, rezygnując nareszcie z poświęcania się dręczącym go demonom. Dopiero przypomnienie o wadze obojętności zdało się zadziałać. Przyłożyła policzek do jego klatki piersiowej, przytykając jednocześnie ucho do miejsca, za którym cicho biło lisie serce. Każdy głuchy dźwięk rozbijający się o jego mostek i docierający do niej, wolno rozbijał jej grube ściany.-Ty nieczuły draniu.-wypowiedziała niemalże bezgłośnie w materiał jego koszuli.-Czasem naprawdę cię nienawidzę.-wydała z siebie wraz z westchnięciem, pozwalając dłoniom przeczyć każdemu słowu, kiedy obejmowała go tak ciasno, a ramiona nareszcie opadały luźno, gdy ciało odnalazło w końcu utęsknione ciepło.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   11.02.17 17:52

- W pewnym sensie zawsze nim będzie. - Bo czy to nie lojalność popycha nas do działań, których nie potrafimy podejmować się w najśmielszych snach? Kilka dni temu sama przyznałaś, że twoja sprowadza się do przykrej powinności. Moja okazała się wędrówką na kres człowieczeństwa – i mam wrażenie, że zgubiłem drogę powrotną. Przekonany o słuszności własnych wyborów, zostałem pozostawiony z wewnętrznym chaosem, niezdolny jeszcze do uporządkowania własnych myśli. Gdzieś po drodze zdołałem zatracić również kręgosłup moralny – jak więc nie nazywać tego szaleństwem?
Dokąd prowadzi cię twoje oddanie, Selino? Jedno jest pewne – nie wiesz tego, dopóki nie pokonasz całej drogi. A nawet u jej kresu możesz znaleźć wyłącznie więcej pytań niż odpowiedzi.
Nieznośna lekkość, z jaką upuszczasz kolejne zdania, bagatelizując wartość moich słów, czyni ze mnie głupca, który wypowiada wojnę niebu, bo nie spodobał mu się jego kolor. Staję się nic nie znaczącym echem, które rozbrzmiewa i niknie w zapomnieniu. Nie godzę się być jedynie echem. Uważnie śledzę wszystkie twoje nerwowe gesty, pozostając głazem, nieporuszonym twoim dramatyzmem. A jednak w tym chaosie nasze dłonie odnajdują się, każąc mi się zastanowić, czy ciągle negujesz moje próby uchronienia cię od wszelkiego zła, czy może zaczynasz gubić się w strzępkach informacji, którymi cię raczę, desperacko szukając odpowiedzi.
Ale tych drzwi nie mogę przed tobą otworzyć.
- Tłumaczyłem ci to już. Nie chcę powtarzać swoich słów jak mantrę, Selino. Sama musisz pojąć ich sens.
Przyglądam się światłu, które tańczy w twoich oczach i mam wrażenie, że znam już na pamięć każdy pręcik składający się na twoje tęczówki. Czuję się wobec ciebie zupełnie bezsilny, brodząc w metaforach po szyję i powoli tracąc grunt pod stopami. W próbie rozwiania wątpliwości sieję jedynie większy zamęt – ale nie musisz się obawiać, że odejdę, porzucając cię w tym chaosie, choć coraz trudniej trwać obok ciebie, jakby los knuł jak mógł, byleby tylko nas poróżnić.   
Nigdy nie lubiłem wierzyć w przeznaczenie. Chcę być architektem własnej rzeczywistości, nawet, jeśli coraz trudniej stawiać proste kreski.
- Pytasz aurora, czy coś mu grozi. To jakbyś pytała kata, czy żal mu zabijać. - Próba uśmiechu spełza na niczym. - Ale... wydawało mi się, że tę kwestię już uzgodniliśmy. Źle się dzieje w państwie. - Wzruszam ramionami, zrzucając całą odpowiedzialność na sytuację polityczną, na skrajnie radykalne poglądy, które coraz częściej przewijały się w periodykach, na propagandę, aż w końcu na czarną magię, która zaczyna panoszyć się w każdej sferze życia. Poniekąd w nich leży przyczyna moich dywagacji, przede wszystkim jednak z uporem próbuję odszukać w tym wszystkim sens, aby nie wyrzucić cię za drzwi, pozbawiając wszelkich związanych ze mną wspomnień. Złożyłem ci obietnicę, której nie będę w stanie wypełnić.
Nie potrafię wykreślić cię ze swojego życia. Zwłaszcza, kiedy błądzisz dłońmi po mapie mojego ciała, znacząc swoje terytorium, poruszając się pewnie, jakby już należało do ciebie. Ja jedynie zaciskam z bólu zęby, gdy twoje palce nieświadomie dryfują wzdłuż lewego przedramienia, nieświadomie znacząc swój ślad niczym szatańska pożoga.
- Skąd pewność, że chcę? - Sama widzisz, Selino. Lojalność jest szaleństwem. I to szaleństwo w końcu nas rozdziela, budując dystans, który zapewnia jedynie pozorne bezpieczeństwo. - Zadajesz niewłaściwe pytania. - Decyzje, które podjąłem, nie miały już znaczenia. A przynajmniej nie takie, jak ich następstwa, które paraliżowały mój układ nerwowy, pozostawiając zaklętego w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą dało się wyczuć twoje ciepło.    
Źle znoszę kolejną erupcję gniewu. Wszystkie moje działania zdają wprowadzać się ciebie w furiacki stan, podczas gdy ja z analityczną obojętnością mierzę się z niesprawiedliwością świata. - Nie. Nie wystarcza. - Mówię krótko, ostro. Nie zadowalają mnie półśrodki. - Ale jeśli to jedyny kompromis, na jaki możemy sobie pozwolić, zdaje się, że nie mam wyjścia. - Spoglądam na ciebie, jakby wyczekująco, doszukując się sygnałów zgody. Czy potrafiliśmy tego dokonać? Zrezygnować ze swoich dążeń za cenę nie przerywania nici porozumienia? A przede wszystkim – czy ty posiadałaś wystarczająco pokory na ustępstwa, stanowiące przepustkę do kontynuacji naszej gry, w której nie chodziło o zwycięstwo? Zamiast pokoju odnajduję jednak ścieżkę wojny, kiedy chwilę później chwytasz za szklankę, rozbijając ją o szafkę, tuż za moją głową. Nie wiem, czy to tylko sygnał ostrzegawczy, czy może w twoim gniewie element zastawy minął się z celem. Jesteś w końcu najlepszą ścigającą w całej Anglii. Trafianie w punkt to twój chleb powszedni. Jakiekolwiek motywy tobą nie kierowały, dźwięk rozbryzgującego się naczynia skutecznie przywrócił mnie z letargu.
Obraz, który ukazał się moim oczom, zdawał się wyrwany z koszmaru.    
Stałaś, jakby w bezpiecznej odległości, jakby jeden niewłaściwy ruch mógł skruszyć cię w drobny mak. I może dopiero zarzucenie mi kapitulacji spowodowało, że na wszystkie sposoby musiałem udowodnić ci, jak bardzo myliłaś się w swoich osądach. Odepchnąłem się od kuchennego blatu, próbując zniwelować dzielący nas dystans. I gdyby nie bariera w postaci ściany, z którą zetknęły się twoje plecy, być może nie pozwoliłabyś mi na bezczelną bliskość, której potrzebowałem do życia na równi z powietrzem.
Nie potrafiłem dłużej oszukiwać własnej natury, choć serce i umysł nie potrafiły znaleźć porozumienia na żadnej płaszczyźnie – ale bez względu na to, jak bardzo nie próbowałbym walczyć z własnymi powinnościami i wyrzeczeniami, to byłaś ty. Selina Lovegood. Dziewczyna, którą spotkałem na końcu świata, i która końcem świata miała pozostać do kresu moich dni.  
- Nikt nie wie, czego chcesz. - Zacząłem cicho, choć dosadnie, opierając jedną dłoń o ścianę, jakbym w ten sposób udaremniał ci ewentualność ucieczki. - I jest w tym coś cholernie przyciągającego. - Szepczę ci wprost do ucha, zdradzając najgłębszy z sekretów, by po chwili bez problemu odnaleźć drogę do twoich ust i złożyć na nich krótki, ale intensywny pocałunek. Chcę być twoim kompasem, nawet, jeśli sam nie wiem, dokąd zmierzam. Nawet, jeśli sam w pewnej chwili będę musiał obrać inną drogę – zamierzam egoistycznie wydrzeć każde ziarnko piasku z tej nieubłaganej klepsydry życia, gotowy na twój gniew, gdy nie zdołam rzucić ci świata do stóp i gdy będę musiał nadal meandrować z tobą w sferze mglistych alegorii. Być może pocałunek ten był czystym paradoksem, niosącym za sobą wyłącznie zniszczenie – a jeśli rzeczywiście tak było, musiał być mi pisany piękny koniec. - To moja odpowiedź. - Nie stać mnie na lepszą.
Słowa były przecież zbędne. Zwłaszcza, kiedy w końcu znalazłem się w najwłaściwszym dla siebie miejscu. Przy tobie. Ze zdziwieniem przyjmowałem brak protestów i ucieczek, dostając niemą zgodę na wkraczanie do twojego świata. Czy wdarłem się tam jak intruz, czy znalazłem się tam dzięki twojej wrodzonej ciekawości, a może sama zostawiłaś otwarte drzwi, licząc, że w końcu odnajdę drogę? Dlaczego miałem wrażenie, że w ciągu niespełna czterech miesięcy staliśmy się dla siebie kimś zupełnie innym, niż byliśmy przez ostatnie lata?
- Brzmi jak właściwe dla mnie miejsce, nie sądzisz? - Czuję się zbrodniarzem. Chciałbym podarować ci uśmiech, ale odnajduję w sobie jedynie bezkresną pustkę, bo nie mam żadnej pewności, czy poświęcenie, na które się zgodziłem, będzie w stanie zmienić bieg rzeki – a nawet jeśli, to za jaką cenę?
Kurtyna milczenia, jaką opuszczasz na moje refleksje, zdaje się ciężka niczym z ołowiu. Rzeczywistość, którą kiedyś upajaliśmy się co wieczór, odeszła bezpowrotnie, podobnie jak czasy, kiedy od problemów wystarczyło uciec. W zamian za to, mogłem trzymać ciebie w swoich ramionach. Czy tak wyglądały prawa uczciwej wymiany? Beztroskę miał zastąpić mi zapach twoich włosów, a chwile, gdy rzucaliśmy sobie kolejne, nierozważne wyzwania – miarowe bicie serca i spokojny oddech, zjednujący się z ruchem mojej klatki piersiowej.
Znów to robiłaś. Zderzałaś mnie z pełna paletą emocji, zatopiona w moich objęciach uciekając przed wymiarem sprawiedliwości.
- Czasem. A co z pozostałymi chwilami? – Sposób, w jaki odnajdywałaś się w tym utworzonym przez nas mikrokosmosie nie wskazywał na obojętność. - Jeśli mam kupować u ciebie chwile zapomnienia, będę potrzebował karnetu na wieczność.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   12.02.17 19:59

Patrzyła jak próba zrozumienia pewnych kwestii konfrontuje się ze sprzeciwem na akceptację, rysując każdą zmianę wyraźnym kontrastem na twarzy Fredericka, a jej własne tętno reaguje przyspieszeniem na każdą reakcję, choć krew zamiera, zmrożona, kiedy umysł podpowiada, że wszystko jest jej winą. Powinna być z siebie dumna - po raz kolejny to nie ona jest w roli ofiary - ale satysfakcja jakoś nie chciała nadejść.
Ciągle karmił ją zaledwie sugestiami, niewyraźnymi wizjami, w których były zaszyte obawy i nadciągający mrok, ale jednak stronił od konkretów, zwinnie wymykając się od odpowiedzi lub milcząc. Dawał sobie przestrzeń, odcinając ją od siebie z łatwością. Zostawiał ją samą sobie, z zasianym niepokojem, obietnicą niebezpieczeństwa, której źródła nie chciał nazwać, wybierając lakoniczne stwierdzenia. Niezgoda na niewiedzę podżegała ją do tysiąca pytań i rzewnej nadziei, że pod ich natłokiem auror się ugnie i zdradzi coś więcej.
-Nie rób ze mnie wariatki, Fox!-bo to właśnie robił, rozgrzewając ją do czerwoności, by potem wrzucić do lodowatej wody i obwiniać za syczenie.-Jak mogę z tych strzępów ułożyć całość, gdy tyle elementów brakuje?-zapytała przez zaciśnięte zęby, nie kryjąc frustracji. Namiętnie robił jej wodę z mózgu i potem nie rozumiał, jak może nie widzieć w czymś sensu.
Przetarła twarz dłońmi, czując zmęczenie. To jak walka z wiatrakiem. Ale nie potrafiła odpuścić - nigdy tego wszak nie robiła.
-Dajesz mi wierzyć, że to przekracza wymiar twojej pracy, a potem bezpiecznie wracasz pod jej przykrywkę.-refleksja przyszła do niej nagle, a ona sama wypowiadała ją zaszokowana, próbując dopasować to do ogólnej układanki.-Co takiego cię wiąże, że nie możesz mi nic więcej zdradzić?-głos przerodził się w szept, kiedy wolno docierała do granic, których niezdolna była przekroczyć. Nigdy nie spodziewała się, by miała napotkać jakiekolwiek barykady w towarzystwie wyklętego Malfoya. Zdawało się, że jest jedyną, która tworzy zapory przed światem. Miała ochotę wyważyć te bramy, ale zarysowywanie się ich ogromu pozostawało ją w nieprzyjemnym odręwieniu i niezdolności do wykonania jakiejkolwiek akcji. Zaczynała wolno badać ich zasięg, masochistycznie dotykając każdego metru muru, jakim się od niej odcinał.
Ale był obok. Niemalże czuła jego skórę pod palcami i tym bardziej desperacko zaciskała je na niej, by przytrzymać się tego wrażenia namacalności i pozwolić temu pewnemu zmysłowi pozostać jej bezpieczną kotwicą.
-Nie wierzyłbyś w coś, jeśli byłbyś do tego zmuszany.-przypomniała mu cicho, nie czując się jednak zobowiązana do dawania mu przykładu jak już raz wyswobodził się z kołnierza, w który próbowała go wcisnąć rodzina i wymagania arystokratycznego społeczeństwa.-Naprawdę masz co do tego wątpliwości? Dlaczego?-zapytała, dopiero teraz zauważając ten niepasujący dysonans. Zmarszczyła brwi, z niezadowoleniem rejestrując jego nic nie mówiącą podpowiedź. Jakie pytania powinna więc zadawać?-Więc nie każ mi siebie ciągnąć za język.-warknęła, dając raz jeszcze upust złości. Po co bawił się z nią w kotka i myszkę, skoro wiedział z góry na co może sobie pozwolić, a na co nie?
-Wygląda na to, że nie masz wyjścia.-odpowiedziała oschle, zgadzając się w jedyny sposób, jaki nie mógł zagrozić jej godności, która i tak skruszyła się do takiego rozmiaru, że ledwo odnajdywała ją w tych szczątkach. Nie była w stanie poświęcić księgi, choć nie znała ceny, jaką musiałaby za to zapłacić - zbyt uparcie stała przy swoim postanowieniu, by choćby rozważyć konsekwencje. Ale przecież nie znała uczucia żalu - niezależnie od wszystkiego, ta sytuacja nie będzie różnić się od innych prawda?
W dogodnych momentach odbierała Frederickowi Foxowi wyjątkowości. Tylko w ten sposób mogła stać pewnie na własnych nogach.
Przebłysk obojętności w jego wyrazie rozbudził w niej złość tak wielką, że znalazła ujście w rozbitej zastawie. Potrzebowała, by przestał uciekać się do pasywności i w końcu wyszedł ze swojej skorupy, patrząc na nią tak żywo, jak kiedyś. Szukała z desperacją ogników w jego oczach. Obcość, z jaką się spotykała, nie ułatwiała jej trzeźwego myślenia.
A mimo wszystko zaczęła się cofać, kiedy wywołała tak długo oczekiwaną reakcję. Czy narząd w jej klatce piersiowej kiedykolwiek był tak ciężki jak teraz? Odbijał się od żeber niemalże boleśnie, kiedy tłoczona krew zagłuszała jej wszystkie dźwięki i jedynie narząd wzroku starał się dalej odbierać wszystko bez zakłóceń. I może faktycznie balansowała na granicy szaleństwa, bo jej usta wygięły się w uśmiechu, poprzedzone parsknięciem, kiedy usłyszała to wyznanie. Ten został jednak zabrany wraz z pocałunkiem, a jej wargi raz jeszcze zostały zapieczętowane, nadając im należną powagę przy podobnych deklaracjach. Miała wrażenie, jakby z każdym dotykiem wywracał jej wszystko, co wiedziała o świecie, na drugą stronę, złośliwie próbując udowodnić, że jest jedynym stałym elementem w tym chaosie. Namiętnie przestawiał jej prawdy, ustalał na nowo kategorie czernie i bieli, dodawał kolorów, jakie dawno wyrzuciła ze swojej palety, mieszając jej w głowie pojęcia rzeczywistości i iluzji, pozostając jedyną namacalną rzeczą, która mogła jej pomóc się w tym odnaleźć. Zaklęła kolejną chwilę, nie dbając o to, w którym wymiarze świata się znajdywała, kiedy raz jeszcze sięgała po jego usta. Wśród mroku, jaki roztaczał, setek niewiadomych, miliona twarzy, jakie były jej obojętne, dziesiąt wydarzeń, w jakich brała udział, czas zatrzymywał się tylko w specjalnych momentach. I z fascynacją obserwowała, jak sekundy na zegarze zwalniają, a ich tykanie cichnie w tle, jakby znaleźli jakąś lukę w odmierzaniu. Nie spieszyła się.
Odsunęła się bez słowa, nie odpowiadając "a to moja". Właściwie sama nie była pewna czy tak brzmiała właściwa. Dopóki nie pytał, nie poszukiwała rozwiązania, wykradając egoistycznie kolejne nici od Mojr.
-Jak szyte na ciebie.-obdarł ją bezlitośnie z całego ciepła, jakie dał, raz jeszcze pozwalając kolejnemu podmuchowi grozy objąć jej ciało i nim wstrząsnąć. Przestrach zdusiła w szepcie, zaklinając resztę pytań w milczeniu. Czy ziejąca pustka z twoich oczu to wynik tego wszystkiego? Nie cierpiała bezdenności błękitu, jaka zatracała ją w swoim spojrzeniu, topiąc każdą emocję w arktycznej wodzie. Nie potrafiła walczyć z duchem, a takie odbicie jawiło się w jego tęczówkach, kiedy wracali do tematu czyhającej ciemności. Ale przecież przylegała do niego ciasno i zmysły nie kłamały, że był wciąż obok. Niepokój skradający się wzdłuż kręgosłupa nie chciał jednak całkowicie odejść.
-W pozostałych chwilach nienawidzę cię mniej.-bo przecież nic innego nie przeszłoby jej równie gładko przez gardło, a łatwo było uniknąć odpowiedzi, kiedy nie mierzyło się z czyimś wzrokiem, a spoczywało się bezpiecznie w tych ramionach.-Chwile rządzą się swoimi prawami, Fox.-przypomniała mu, nie zdobywając się jednak na ostry ton.-Są ulotne. I przez to cenniejsze. Kto u schyłku życia wspomina codzienność, kiedy budował szczęście z momentów?-uniosła spojrzenie, zbyt śmiało jak na słowa, które wypowiadała. Nikt nie jest w stanie wyciskać z całego dnia stu procent, zdobywając się na szczyt możliwości zaledwie poprzez jego ułamek. Nie chciała zadowalać się bylejakością i przeżywać chwile pozbawione pasji.
Nie postawiła jednak konkluzji. Ostateczność była jej największym boginem.
-Więc nie każ mi czekać.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   19.02.17 17:42

Nie mogłem złamać zmowy milczenia, która wiązała mi język w supeł, powoli gubiąc się w strzępach informacji, którymi cię częstowałem. Mogłem jedynie odnosić się do sytuacji politycznej, o której wiedziałaś przecież z gazet – ale najwyraźniej i one nie zdołały jeszcze wzbudzić twojego niepokoju na tyle, byś snuła najczarniejsze scenariusze. Nigdy nie chciałem cię nimi raczyć, nie potrafiłem jednak naciągnąć na twarz maski wesołości i grać Lisa, który odpowiadał obrazowi w twojej głowie.
- A więc jesteśmy sobie równi. - Przyznałem gorzko, przenikając cię surowym spojrzeniem. - Zarówno w niewiedzy, jak i wariactwie. Wiem tylko jedno. Ja wybieram światło. - A ty, Selino? Nie muszę używać słów, by to pytanie zatańczyło na moich wargach, by zawisło między nami niewypowiedziane, ułatwiając ci na ucieczkę od odpowiedzialności, a jednocześnie zmuszając do przeanalizowania swojego stanowiska. Nie leżało w moim interesie zrzucanie na twoje barki ciężaru, który sam zgodziłem się nieść, ale pewność, że – choćby niechętnie, gdzieś daleko za moimi plecami – ale jednak idziesz moim tropem, byłaby uspokajająca.
Jeśli zabłądzisz w mrokach, być może – wbrew temu, co tak gorliwie deklarowałem - nie będę mógł wyrwać cię z ich szponów. Musiałem więc znaleźć sposób, aby nie pozwolić ci na błędy.
- Bezpiecznie nie jest tu najtrafniejszym epitetem. - Choć twoje spostrzeżenie było trafne, wolałem ukierunkować rozmowę na bagatelizowanie niebezpieczeństwa wynikającego z mojego zawodu. W zasadzie nie mogłem wiedzieć, czy rzeczywiście pojmowałaś z czym wiązała się praca aurora – nie zamierzałem jednak okrutnie uzmysławiać ci, że z naszej dwójki to mnie było bliżej do dymu, który niknie wraz ze zgaszonym papierosem, przesiąkając przez ubrania i pozostawiając nieznośny ślad swojej obecności na zbyt długo. - Może nie powinienem był niepokoić cię moimi przemyśleniami. - Wzruszyłem ramionami, doskonale wiedząc, że przekroczyłem już zbyt wiele granic, by móc udawać przed samym sobą, że wszystko w porządku, kiedy nic nie było w porządku. Mój system wartości został zdeptany, zmuszając do przeanalizowania wszystkiego, co stanowiło dla mnie sens życia – bym w końcu uzmysłowił sobie, że nie pojmuję już niczego i jestem jak psidwak głupio goniący za latającą miotłą. - Sam jeszcze nie wiem, co takiego nadciąga. - Mimo wszystko – nie chcę zbywać cię milczeniem, podejmując beznadziejne próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. - Znasz to uczucie, kiedy tkwisz pośród morskiego bezkresu, nie wiedząc, gdzie kończy się horyzont, nie wiedząc, jak daleko znajduje się suchy ląd, a woda robi się coraz mętniejsza, coraz czarniejsza, podobnie jak niebo nad tobą? Spodziewasz się najgorszego, ale nigdy nie wiesz, co tak naprawdę cię czeka.
Byłem kapitanem tego statku, gotowym zatonąć wraz z nim. Przemilczałem tę kwestię, jak i wiele innych. Jeśli w tym oceanie niewiadomych byłem twoją ostatnią deską ratunku, ciężar większej świadomości mógł posłać na dno nas oboje.
- Wiara stanowi tutaj element kluczowy. - Wyjaśniam, może nawet bardziej próbując przekonać samego siebie, niż ciebie. - Cokolwiek ci teraz nie powiem, zabrzmi jak wydumana idea zabłąkanego filozofa z pogranicza lumpenproletariatu, któremu zafundowano zbyt długi detoks od alkoholu. - Wypuszczam wartko powietrze z płuc, jakby bawił mnie patos własnych słów. A może wcale ich nie potrzebowałaś? Jak biegła byłaś w sztuce czytania między wierszami? - Miałaś kiedyś wrażenie, że wszystkie twoje czyny są pozbawione jakiegokolwiek sensu? Że cokolwiek nie robisz, to i tak nie ma znaczenia?
Bezskutecznie próbowałem znaleźć odpowiedź w twoich oczach, nie przypuszczając, że świat, który zdołałem zbudować własnymi rękami okaże się tak łatwy do zachwiania, a piekące blizny przypominały o złożonych obietnicach.
Twoją zgodę przyjąłem z milczeniem, choć dobrze wiedziałem, że było to tylko kolejne rozwiązanie zastępcze, pozwalające odroczyć niewygodną kwestię księgi na później. Ostatecznie jednak wolałem kompromis niż otwartą wojnę.
Odpowiedź, którą składasz na moich ustach, choć zdaje się być właściwa, oczekiwana i zupełnie na swoim miejscu, burzy wszystkie prawdy, jakie uważam za stałe. Z jednej strony nie chcę przypisywać znaczenia twoim działaniom, z drugiej – trudno mi wierzyć, że jesteś tylko ćmą, która bezwiednie lgnie do światła, wpadając w moje ramiona bez żadnego powodu. To nie było przypadkowe miejsce – należałaś do niego. I żadna złożona przysięga nie była w stanie złamać mocy pocałunku. Nie zasługiwałaś na odtrącenie, na zapomnienie, na bycie mniej, kiedy stanowiłaś tylko więcej. A jednak po cokolwiek nie sięgały moje ręce, byłem w pełni świadomy, że mój dotyk przyczyni się wyłącznie do rozpadu.
- Znam więcej rzeczy szytych jak na mnie. - Musiałaś rzucić na mnie straszliwy urok, bo usta mimowolnie wygięły się w uśmiechu, po raz pierwszy od kilku dni. Twoje dłonie, usta, wklęśnięcie przy obojczykach, zagłębienia w talii – wszystko zdawało się idealnie wpasowywać w topografię mojego ciała. W końcu znajdowałaś się na właściwym sobie miejscu, nawet, jeśli lubowałaś się w zaprzeczaniu tego, że niepostrzeżenie urosłem do rangi tlenu.
Wyczuwalne bicie twojego serca (którego przecież nie posiadałaś) uspokajało mnie, oswajając z myślą końca świata, który miał nadejść lada chwila. Trudno było zaakceptować przebiegunowanie ziemi – być może wystarczyło jedynie przystosować się do nowych warunków, a być może nic nie miało już znaczenia – choć ta pusta myśl paraliżowała wszystkie moje zmysły.
A może przyczyna leżała w tobie?
- Schyłek życia w twoich ustach brzmi jak coś odległego. - Zauważam gorzko. - A co jeśli już znajdujemy się na jego krawędzi? - Z uporem próbuję wyryć ci tę cierpką myśl w świadomości. Nazwij mnie zachłannym, ale powszechność mi nie wystarcza. Już nie – bo nie pozostało mi nic innego, jak garściami wykradać uniwersum, póki jeszcze stoi przede mną otworem, a ciebie wraz z całym światem. - Nie wiem, kiedy świat wyślizgnie mi się z palców. - Nie wiem, kiedy ścieżka, którą wybrałem, wywiedzie mnie gdzieś z dala od ciebie. - Nie zniosę wtedy myśli, że byłaś tylko momentem. Nie chcę myśleć o tobie w kategoriach ulotności. - Trzymam cię coraz pewniej, a dłonie już same wytyczają nowe ścieżki, wędrując po twoim ciele jak zabłąkane. - Więc nie każ mi wracać do codzienności. Nawet, jeśli planujesz zrujnować mi życie. - I wiem, że prędzej czy później to zrobisz. Zgubisz mnie, zatracisz, zabijesz. Bez pośpiechu okrywałem cię pocałunkami, jednocześnie pozbawiając zbędnych w moim towarzystwie szat. Należałem w końcu do ciebie – i chciałem, byś tak samo należała do mnie, bez względu na to, ile prawd musiałem podważyć, by tak się stało.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

Kuchnia z jadalnią na parterze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Kuchnia z jadalnią na parterze
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia z jadalnią
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Varden Street 19-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18