Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kuchnia z jadalnią na parterze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Kuchnia z jadalnią na parterze   31.01.16 1:29

First topic message reminder :

Kuchnia z jadalnią

Za niewielkim holem wejściowym, w którym mieszczą się także wąskie schody prowadzące na piętro, znajduje się jasna kuchnia wraz z jadalnią, skąd można wyjść również do niewielkiego ogrodu. Ponieważ Ed spędza tu niewiele czasu - - śniadanie zjada w pośpiechu, a sterty naczyń tylko rosną i rosną - wystrój wnętrza w zasadzie nie zmienił się od czasów poprzedniego właściciela.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   19.02.17 21:30

Gorycz. Przełykała jej coraz większe dawki, jedynie wykrzywiając wargi w grymasie. Już dawno powinna ją wypłukać z ust, wypluć i wzgardzić jej smakiem i powodem, ale jednak piła dalej z tej nieprzebranej czary, dławiąc się coraz bardziej jej niekończącą się zawartością, choć nigdy nie poświęcałaby swoich kubków smakowych ani nastroju na coś podobnego.
-Nie jesteśmy sobie równi, Fox.-odpowiedziała mu tym samym tonem, unosząc brodę wysoko, jakby jednak próbowała wywyższyć się do jego poziomu.-Wybierasz światło, gdy roztaczasz mgłę.-sarknęła, wywracając oczami.-Pieprz się.-warknęła, nie znosząc tego surowego wzroku, tego zapytania, które miało ją ocenić, zawodu, który miałby się odbić w jego oczach, jeśli nie poda właściwej odpowiedzi. Nie miała zamiaru spełniać jego wymagań i ułatwiać mu wszystko, by zepchnął na nią wszystko co najgorsze.
-Czy to nie przede mną się bronisz?-zaatakowała go kolejnym zimnym spojrzeniem, nie akceptując tego mamienia jej oczu. Nie dryfowała we wskazanym przez niego kierunku, nie poddając się jego woli.-Och, oczywiście, wycofaj się ze wszystkiego, draniu!-wybuchnęła chwilę po jego słowach, kiedy stwierdził, że jednak nie powinien jej tego mówić.
Zwilżyła językiem wargi, kiedy jednak nie zbagatelizował całej sprawy, tylko kontynuował.-Nie widzisz jak wyrzucasz mnie za burtę w ten bezkres?-syknęła cicho, kiedy skończył rysować tą piękną metaforę.
Nie, nie miała do niego pretensji o czarne chmury - raczej o odmawianie zdefiniowania ich jasno. Poruszała się przez niego po omacku w gęstym dymie. Kazał jej zwątpić we wszystko, jednocześnie nie dając bezpiecznego punktu odniesienia, skoro sam mianował się czymś, co może się w końcu rozmyć w powietrzu i zniknąć bezpowrotnie. Topił ją w poczuciu zagubienia.
A potem znów wywracał wszystko do góry nogami, sprawiając, że jej żołądek ściskała jakaś niewidzialna obręcz, błędnik wariował, a jedyne, co utrzymywało ją przy przytomności to jego ramiona. Ale nawet wtedy traciła rozum, kiedy tak sprytnie manipulował jej wrażeniami i uczuciami, bawiąc się nimi, by w końcu wszystko sprowadzało się do jego postaci - jakby on był odpowiedzią na każde pytanie, jakie chciała zadać, ale jednocześnie traciła śmiałość do tego, by je wypowiedzieć, kiedy spotykała się tylko z kolejnymi sieciami porównań. Chytry Lis, nareszcie sprawiał, że nie miała innego wyjścia. Była zmuszana do tego, by szukać jego sylwetki jako jedynej znanej jej rzeczy, której mogła ufać - bo w czasach, gdy wszystko oblekało się mrokiem, stawał się światłem, które mogło zgasnąć w każdej chwili - czy nie właśnie w to kazał jej wierzyć? W nieuchronność złego fatum, w zagrożenie, które czyha właśnie nad jego głową, a i swoją czarną opończą zaczyna też obejmować innych, w tym nią?
Może miała w sobie zwyczajnie coś z desperacji. Wolałaby każdemu wmawiać, że ten pocałunek był próbą schwytania się brzytwy, by się ocalić - jej jedyną dostępną opcją, a nie jej własnym, niewymuszonym wyborem. Chciała mieć w głowie, że stała pod ścianą na każdej możliwej płaszczyźnie i móc wymówić się czymś wygodnym, co nie nosiłoby naiwnego miana miłości. Czy choćby nawet jej nikłego śladu.
-Nawet nie próbuj śnić, że jestem jedną z nich.-zastrzegła mu, mrużąc oczy, choć nie potrafiła zdusić uśmiechu, który chciał nadgonić jego unoszące się kąciki i imitować ten sam wyraz. Zaśmiała się, patrząc na jedyną rzecz w tym pomieszczeniu, która była warta jej uwagi - w stalowe tęczówki, przez które przebijał się niewyraźnie błękit. Poświęcała mu całą intensywność spojrzenia, nie rozpraszana przez nic innego - zupełnie jakby na powrót byli jedynymi ludźmi na świecie, odkrywając jego niesamowite tajemnice, choć te, które odkrywali przed sobą, kryły się w nich samych. Najmniejszy fragment skóry urastał do cudu świata, a powietrze zasysane z ust - do ambrozji. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz była tak pijana, choć nie otwierała dziś żadnej butelki alkoholu.
Z zadziwiającą lekkością sterował jej nastrojami, odbierając jej pogodę w jednym momencie, raz jeszcze nakazując na zmarszczenie brwi w zamyśle, a sercu wykonać kolejną szaleńczą galopadę, gdy wyrywał jej stwierdzenia i prostował wedle swojego uznania, miażdżąc jej pewność siebie. Zabawne, że uchodziło mu to niemalże na sucho.
-W takim razie nie wiem co tutaj robimy, skoro możemy być na drugim krańcu globu.-wygłosiła w końcu naiwną odpowiedź, którą chciał usłyszeć kilka minut temu, nareszcie sprowokowana do równie ckliwego wspomnienia ich starych zwyczajów. Nie rzucała się jednak z propozycją, ograniczając się jedynie do parsknięcia.-Nie wiesz...-powtórzyła ze starannością, splatając ich palce ze sobą.-...gdy świat...-tu uniosła brwi, jakby próbując mu coś przekazać.-ci się wyślizgnie?-zapytała, rozbawiona, by unieść ich dłonie do góry i wykonać półpiruet, nie puszczając go. Skrzyżowała ich ręce na swoim brzuchu, przylegając do niego plecami.-Wystarczy, że złapiesz go mocno. I nie puścisz.-zauważyła, obracając nieznacznie głowę.
Przejmowała jego rolę. Próbowała zachęcić do uśmiechu, przewrócić wszystko w żart, uciec w lekkość i znaczenie momentu, nie podejmując wagi czasu, w jakim się znajdywali, ani nie podejmując na nowo tematów, które dręczyły namiętnie.
Westchnienie wyrwało się automatycznie z jej piersi, kiedy statyczna poza została przerwana przez chaotyczne, czułe ruchy. Słuchała go jak zaklęta, nie wypowiadając słowa.-Nie chcę być codziennością.-wypowiedziała w końcu niewyraźnie, jakby było to jej skrywaną obawą. Nie opierała się pocałunkom, które pokrywały każdy odsłaniany fragment jej skóry, w końcu tracąc cierpliwość.
Dopiero po chwili miała się dowiedzieć co znaczyło gwałtownie wciągnięte powietrze i oczy wpatrujące się w nią z takim uporem, kiedy z coraz wolniejszym tempem odpinała kolejne guziki, wstrzymując stopniowo oddech. I - na Merlina - jak dobrze, że ją ciągle trzymał, bo widok jej się rozmazywał, a głowa stawała się irytująco lekka, kiedy drżącymi rękoma sięgała do jego barków, by odchylić materiał.  Odbite szpony, głęboko wżynające się w skórę, poszarpana tkanka idąca od obojczyka przez ramię. To nie wyglądało jak typowa praca aurora. I zamiast rumieńca złości, że śmiał to przed nią ukrywać, z jej twarzy odeszły wszelkie kolory. A świat faktycznie okrył się ciemnością, kiedy jej ciało stało się bezwładne jak szmaciana lalka.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   21.02.17 22:17

Burzysz się, prychasz, syczysz, przybierając barwy ochronne – podobnie jak pawie, które do dziś przechadzają się po ogrodach w Wilton, w obliczu zagrożenia rozkładając swoje majestatyczne ogony. Niektórzy zwykli dostrzegać w nich piękno, ja zaś od najmłodszych lat wiedziałem, że za setką par oczu nie kryło się nic poza strachem.
- Tak myślisz? Więc któreś z nas ma większe szanse w obliczu śmierci? - Twoja skłonność do burzenia konwenansów, do zaprzeczania wszystkiemu, co oczywiste, stawała się coraz bardziej irytująca, ale nie zamierzałem pozwolić ci na wyprowadzenie mnie z równowagi, zachowując chłodny, niemal patetyczny ton. - Nie, Selino. To ty wybierasz mgłę, bo boisz się spojrzeć poza nią. - Boisz się wyboru. Ostatecznego i nieodwracalnego. Łatwo jest okrywać się szarościami, udawać, że świat nie staje na głowie i egzystować w swoim mikrosystemie, nie dopuszczając bodźców z zewnątrz. Ale to nie jest prawdziwe życie. To tylko mgła.  
Jeśli chwycisz mnie za rękę, z łatwością cię z niej wyprowadzę – jednak za każdym razem, gdy wyciągam do ciebie dłoń, sukcesywnie ją odtrącasz. Powinienem raczej złapać cię wpół i wbrew twoim protestom zabrać ze sobą – ale, jak na ironię, tam, gdzie się kierowałem, nie mogłem zabrać cię ze sobą.
- Przed tobą? Nie. Ciebie wolę trzymać jak najbliżej. - Na chłód twojego spojrzenia odpowiadam ogniem, już nieugięty. I być może był to przejaw czystego szaleństwa i egoizmu, być może mijałem się ze zdrowym rozsądkiem, ale siła, którą dawała mi twoja bliskość pozwoliłaby mi przenosić góry i sięgać po gwiazdy. Tego nikt nie mógł mi odebrać – nikt poza tobą. - Nie doszłoby do tego, gdybyś, zamiast podważania moich słów, po prostu uznała je za ekspresowy kurs przetrwania. - Ciągle odwoływałem się do rozmowy, którą odbyliśmy kilka dni temu, kiedy bezskutecznie próbowałem uzmysłowić ci, że obcowanie z czarną magią, nawet w najmniejszym stopniu, może ściągnąć na ciebie zgubę.
Być może jeszcze nie nadszedł właściwy czas na rozumienie.
Nie potrafiłem pojąć mechanizmu, który tobą kierował, przyjmując pojęcie chaosu za nierozerwalną część twojego jestestwa. Potrafiłaś w jednej chwili wyrzucać mnie za drzwi, by w drugiej obwiniać mnie za to, że śmiałem się od ciebie oddalić. Tak już najwyraźniej musiało być i nie chciałem z tym walczyć, ucząc się raczej umiejętnego poruszania się po mapie twoich niejednostajnych emocji. Zdążyłem poznać, że raz zatopiona w moich ramionach, nie potrafiłaś już z nich uciec, oddając w moje dłonie władzę nad każdą częścią ciebie. Była to całkiem przyjemna forma kompromisu.
Nadal jednak czułem, że trzymam tykającą bombę o niszczycielskiej sile rażenia.
Pogrzebanie strachu przychodziło z czasem.
- Do tego, na szczęście, nie trzeba mi śnić. - Podążam twoim śladem, bez najmniejszego wysiłku zdobywając się na dobrze ci znany, nonszalancki uśmiech. Ciężar, który przytłaczał mnie od kilku dni, nie pozwalając nabrać oddechu pełną piersią, nagle staje się jakby lżejszy, i choć dalej tysiące pytań pozostaje bez odpowiedzi, jedna namacalna prawda wraca mi chęci do tego, aby nie rezygnować jeszcze ze świata. Sposób, w jaki na mnie patrzysz, odejmuje wszystkie czarne myśli, które zachłannie wgryzają się w moją świadomość, zasklepiając świeże jeszcze rany. Uzależniłaś mnie od swojej bliskości jak od silnego narkotyku, wprawiając w stan, którego nie dało się porównać z doznaniami po żadnej, znanej mi używce.
Nie zamierzałem pozwolić wysłać się na odwyk.    
- Możemy. - Powtarzam słodkim echem, mając za nic twój ironiczny ton. - Choćby już. - Przez chwilę mierzę cię badawczym spojrzeniem, jakby w napięciu oczekując potwierdzenia, które jednak nie miało nadejść. Nie wierzyłem jednak, że żadna część ciebie nie chciała poddać się tej prostej myśli o ucieczce. - Ale czy drugi koniec globu coś zmieni? - Unoszę brwi, nie oczekując odpowiedzi. Bez względu na to, gdzie miał nas nie rzucić los, byliśmy tak samo łatwopalni i tak samo nieustępliwi. Jeśli czekała nas jakaś podróż, to zaczynała i kończyła się w nas samych.  
Lekkość, z jaką wtopiłaś się w moje ciało, była zaskakująca, a jednocześnie właściwa. Trudno było wierzyć, że twoimi czynami kierował kaprys – ale jeśli tak było, chciałem być twoim kaprysem już na zawsze.
- To byłoby za proste. Pewnie zaplanowałaś już plan ucieczki. - Śmieję ci się do ucha, z wolna rozluźniając uścisk, by utorować sobie drogę do pozbawienia cię poszczególnych elementów odzienia. Nie spieszyłem się, ze szczególnym namaszczeniem odkrywając kolejne fragmenty twojej skóry, rozkoszując się ich smakiem i zapachem, jakbym poznawał je od nowa. Tym razem pod moimi palcami to ty byłaś moja, a jednak ciągle brakowało mi odwagi, by nazywać cię tym śmiałym imieniem, jakby to słowo stanowiło zaklęcie rozpraszające iluzję.  
- Czego się boisz? - Ciepłym szeptem niemal muskam twoją szyję, a za pytaniem podążają pocałunki, które składam na twoim karku. Dłonie opuszczam na odsłonięte ramiona, a usta posłusznie podążają wytyczaną ścieżką. Ludzie czasami wyczekiwali wyjątkowości, nie dostrzegając piękna w tym, co prozaiczne. Potoczność nie musiała być nieatrakcyjna, tak długo, jak sami nie nadawaliśmy jej negatywnego znaczenia. - Jestem Fantastycznym Panem Lisem, a ty Seliną Lovegood. Codzienność w pejoratywnym znaczeniu nam nie zagraża. - Nawet nie zauważam, jak liczba mnoga mimowolnie wkrada się w moje słowa, trudno jednak panować nad słowami, gdy myśli pozostają w słodkim otępieniu. I to słodkie otępienie zbliża nas coraz mocniej, a ja nie potrafię pojąć, na mocy jakich praw lądujemy znów w moim łóżku.  
Nie zamierzam znów pozwolić ci na ucieczkę, nie zamierzam pozwolić ci też myśleć, że nie stanowisz dla mnie nic ponad chwilowe zapomnienie, choć pewnie uznałabyś tę ścieżkę za łatwiejszą, chętna porwać się w jej otchłań. Nie miałem jednak w zwyczaju wybierać łatwiejszej drogi. I być może musiałem dopiero nauczyć cię, że twoja dezercja nie była potrzebna żadnemu z nas.  
Z nosem zanurzonym w twoich włosach, jedną dłonią odgradzałem ci drogę ucieczki, drugą kreśląc bliżej niesprecyzowane kształty na twojej skórze.  
- Muszę cię już teraz tak trzymać. Na zawsze. Być może jakoś to zniesiesz. – Będziesz musiała. Nie miałem w planach pozwolić ci odejść.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   22.02.17 22:10

Zmarszczyła brwi, zaskoczona, że pyta - czy to nie było oczywiste?-Ty.-odpowiedziała prosto, nagle uspokajając się, jakby nigdy nie poznała nawet smaku bycia wzburzoną. Patrzyła na niego z próbą zrozumienia, pewnym konfliktem i dociekliwością.-Wiesz czego wypatrywać albo w którym kierunku patrzeć. Z mojej strony ciągła czujność mnie czasem zniszczy, wraz z niewiedzą; a potem... jak już opadnę z sił, to nawet nie zauważę zagrożenia.-mówiła wolno, spuszczając wzrok na jego usta - ten widok jej jednak nie rozpraszał. Rozchyliła swoje wargi, kiedy unosiła dłoń i palcem przejeżdżała po jego, chcąc zachęcić do podobnego gestu. Uśmiechnęła się, ni to na jego stwierdzenie, ni to na efekt swoich starań, pozostając nieco nieobecną.-Nie. To ja zadaję konkretne pytania, a ty uciekasz w mgliste metafory.-wyszeptała, skupiając na nim nagle wzrok, jakby zdradzała mu tajemnicę wszechświata. Oczywiście, idealnie nakreślił jej schemat - ulubioną orbitę, po której poruszała się bezpiecznie, zderzając z ciałami, które śmiały jej przeszkodzić. Przebijała się przez wszystko, wyczuwając jednak podświadomie, że w pewne rejony lepiej nie jest się zagłębiać. Ale coś się zmieniło. Uczucie w środku szarpało jej duchem, nie pozwalając spocząć, a niepokój na stałe zagościł w jej rzeczywistości. Coraz trudniej było pozostawać głuchym i ślepym - i zirytowana, nareszcie zwróciła uwagę na epicentrum, próbując zrozumieć, dlaczego jej przeszkadza w codzienności.
Zacisnęła usta, nie widząc sensu w dalszej dyskusji - nie dlatego, że brakowało jej ognia, bała się spalenia w gniewie albo zauważała, że to do niczego nie prowadzi - wszak miała wrażenie, jakby ganiała za własnym ogonem, bo Frederick nie wychodził poza parafrazę rzuconych jej raz słów, odmawiając rozwinięcia myśli. Zbijał ją jednak z tej ścieżki zupełnie innym sposobem - za każdym razem omijał z łatwością jej zapory, wślizgiwał się przez brakującą cegłę w murze i z łatwością łapał ją wpół, wyrywając dech z piersi. Rozczulał ją. Stosował tak niskie ciosy, irracjonalne riposty, że nie potrafiła wzbić się na ich poziom, by im dorównać.
Miała zamiar odpuścić. Przynajmniej na teraz. Bo czuła, jak coś w niej pęka, a para z uszu bucha z takim gwizdem, że aż rozsadzała jej głowę.
-Nie będę żyć według twojego dyktanda, Lisie.-nagła pogarda wykrzywiła jej twarz, każąc cedzić każde słowo. Miała ochotę go od siebie odepchnąć. Nagle przejął ją taki obcy chłód, że nie czuła już ciepła, jakie roztapiało jej serce, pozwalając na powrót obrosnąć mu ostrymi soplami. I prawdopodobnie zakończyliby spotkanie na tym etapie, raz jeszcze kotłując się w swojej niezmierzonej złości i wyrzutach, gdyby nie zmniejszył między nimi dystansu i nie odciął drogi ucieczki. A jak ją już dopadł, zdołała zapomnieć o powodach, jakie zmroziły na powrót jej uczucia. Sama zdeptała własną dumę na jego rzecz. Takie sytuacje nie zdarzały się Selinie Lovegood.
Zbyt pewnie czuł się w jej towarzystwie. Z uśmiechem reagował na jej próby zachowania twarzy oraz swojej suwerenności, tak delikatnym wyrazem udowadniając jej, że w łatwością mógłby jej odebrać każdy argument przeciw. Stanowczo, acz z wyczuciem wyjął jej z dłoni metaforyczny nóż, pokazując, że to tylko gumowa zabawka. Dopiero - z zaskoczeniem - zauważała ten schemat, zbyt oniemiała, by zebrać w sobie na tyle złości, by ostro zareagować. Nie zdobyła się też na kompromis i odwzajemnienie gestu. Zamiast tego wpatrywała się w niego z rosnącym przestrachem, obserwując, jak jej ściany opadają w zwolnionym tempie, zostawiając ją obnażoną. I jego ramiona - abstrakcyjnie - naprawdę wydawały się jedynym miejscem, gdzie mogła się na powrót bezpiecznie schować.
Zaśmiała się chwilę potem, słysząc jego deklarację.-Puste słowa.-wytknęła mu z przyjemnością tą nieścisłość, ale zaraz mina jej zrzedła. Do czego się odnosił? Do nieuchronności losu? Do ciemnej mgły, która zwiększała zasięg i przed którą nie dało się uciec? A może do nich samych? Wciąż miała ich podróże w głowie w tym starym charakterze, nie wyobrażając sobie do końca jak to by było dzielić z nim... więcej niż wtedy.-W ciągłym ruchu moglibyśmy uciekać przed jutrem.-zauważyła cicho, nie patrząc na niego, odnosząc się do zmiany stref czasowych. Jutro było też obietnicą i zobowiązaniem - poważnym, drżącym początkiem zaczynającym się od obaw od świtu, by - wraz z wschodzącym słońcem - dochodzić w końcu do punktu kulminacyjnego, który miał o wszystkim ostatecznie zdecydować. Pojutrze było już przecież nowym dniem, nową szansą i nowym początkiem, a nie kontynuacją poprzedniego - nie chciała stale przeżywać tego samego i skazywać się na sparzenie lub nagły chłód, gdy gorąca gwiazda zajdzie za horyzont.
Rozbawił ją. Nie utrudniała mu tego, z wdzięcznością poddając się pogodniejszemu nastrojowi. Pozwoliła napiętym barkom nareszcie opaść.-Czy kiedykolwiek coś planowałam zawczasu?-zapytała retorycznie, pewnym siebie głosem. Była zbyt impulsywna na dalekowzroczność i cierpliwość.
Nie potrafiłaby określić w jakim miejscu na świecie się w tym momencie znajduje, jaka jest godzina ani jak ma na imię jej kot. Wiedziała jedynie, że Frederick Fox ją całuje, niespiesznie dotyka, czule pieści i jest bezpośrednią przyczyną jej skołowania, przyspieszonego tętna i rozmytego wzroku. Wydała z siebie nietrzeźwe mruknięcie, kiedy zadał jej pytanie o strach, ale już nie pamiętała, czego właściwie mogłaby się bać.-Że mógłbyś przestać.-wymamrotała, a chwilę później jego stwierdzenie przywołało uśmiech na jej twarz, niosąc jakąś dziwną satysfakcję. Poniekąd miał rację. Byli wyjątkowi. Nie pamiętała, by kiedykolwiek nudziła się w jego towarzystwie.
I w jego rękach faktycznie była zaledwie marionetką - wzbudzana do życia tylko za pomocą jego ruchów. Znajdywała się dokładnie tam, gdzie chciał ją mieć, a sama pozostawała bierna, przywrócona do świadomości przez cierpliwe, nieustanne głaskanie, które w końcu zostało zarejestrowane przez jej zmysły. Ciało zdołało już zawrzeć, nawet jeśli umysł za tym nie nadążał. Widok wpatrzonych w siebie oczu ją uspokoił. Wzrok pognał jednak w kierunku, który wyłączył ją na moment z funkcjonowania. Uniosła dłoń, palcami łaskocząc delikatnie zranione miejsce, kiedy w milczeniu wpatrywała się w ranę. Przyłożyła palce do zagłębień na pazury, przymykając powieki, kiedy wyobraziła sobie to silne szarpnięcie, które musiało rozerwać tkankę. Były to ślady zbyt duże jak na wilka, zbyt małe jak na inną bestię. Jej fascynacja magicznymi stworzeniami podpowiadała jej wraz z intuicją co mogło być odpowiedzialne za podobne ślady. Czuła się dziwnie wycieńczona przez tą ekspansję myślową. Wzięła głęboki wdech, w końcu decydując się na spojrzenie na jej ofiarę. Przytrzymała wzrok na dłużej, jakby bezgłośnie ostrzegając go, że jeżeli miał coś do powiedzenia, to lepiej, by dowiedziała się od niego - teraz. Nie przeciągała jednak surowego wyrazu w nieskończoność, by w końcu zarzucić mu ramiona na szyję i przyciągnąć go do siebie bliżej. Nie miała zamiaru go puszczać w najbliższym czasie. I tym razem nie uciekła przed przerażającym jutrem.

/zt






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   07.08.17 15:41

22 kwietnia?

Sen znów nie przychodził łatwo. Ostatni raz, kiedy - mimo ciężkich powiek - Morfeusz przez długie miesiące nie chciał przyjmować mnie w swoje objęcia, otarłem się o szaleństwo. W tamtym czasie byłem o wiele młodszy i znacznie bardziej kruchy, choć przez moment wierzyłem, że cały świat leży u moich stóp. Sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni – teraz, pomimo siły, nie potrafiłem utrzymać w ryzach rzeczywistości, która rozpadała się na moich oczach. I choć pieśń feniksa miała być głosem rewolucji, choć złożyłem przysięgę, że stanę na jej czele, nie mogłem znać odpowiedzi na pytanie, czy podołam temu zadaniu. Zasklepione rany na moim ciele pozostawiły blizny także w sercu – ale póki to biło w mojej piersi, wiedziałem, że nie spocznę, dopóki nie zmuszę ziemi do przebiegunowania.
Coraz trudniej przychodziło granie dobrej miny do złej gry - ale nie poddawałem się, uparcie wierząc, że los miał się odmienić. Że jeśli pozostanę nieugiety, jeśli nie pozwolę zmyć uśmiechu ze swojej twarzy, Londyn nie pogrąży się w ciemności. Czas przelatywał mi przez palce niezauważony, odmierzany jedynie kolejnymi kubkami kawy, raportami, oraz regularnymi odwiedzinami w starej chacie na przedmieściach Londynu. W tym rozgardiaszu nie zapomniałem jednak o liście od Neali, który od dłuższego czasu zalegał na moim biurku, nie pozwalając mi dłużej na obojętność. Zdążyłem już odzwyczaić się od beztroskich popołudni – i choć byłem świadomy obowiązków wyższej rangi, te wszystkie kanapki oraz niezrozumiała dla mnie troska panny Weasley nie mogły dłużej czekać na rekompensatę. Była mądrą dziewczyną, o czym niejednokrotnie dowiodła w listach, które zwykle przywoływały na moje oblicze mimowolny, ciepły uśmiech. Krótka notatka przywiązana do nóżki Nietzchego dzisiejszego poranka wystarczyła, aby w punkt o siedemnastej Neala zmaterializowała się w ściankach kominka znajdującego się na piętrze. Herbata czekała już w kuchni, skąd zaprosiłem ją do niewielkiego, skromnego ogrodu – dzień był bowiem wyjątkowo słoneczny i skłaniał raczej do opuszczenia murów domostwa.
- Mam nadzieję, że poinformowałaś brata o tej wizycie. - Rzuciłem, bez zbędnej zgryźliwości. Jakkolwiek nie była już nieporadnym dzieckiem, miałem świadomość tego, że Brendan byłby skłonny ukręcić mi jakąś kończynę, jeśli zastałby go pusty dom. Zwłaszcza teraz, gdy zaledwie kilka dni temu sam został napadnięty. - Nie wiem, czy okażę się dobrym nauczycielem. - Podjąłem po chwili. - W zasadzie nie wiem nawet, czego takiego mógłbym cię nauczyć. Może jest coś, co szczególnie chciałabyś wiedzieć? Poćwiczyć? Potrzebuję twojej pomocy, Nealo. - W zasadzie nie miałem nigdy okazji zweryfikować umiejętności Neli, nie mogłem nawet wiedzieć, jakich zaklęć się uczyła. - Mam tylko nadzieję, że nie będą to eliksiry. Mam do nich dwie lewe ręce. Ale niech pozostanie to naszą tajemnicą. - W niemalże dramatycznym geście położyłem na moment palec na własnych wargach, konspiracyjnie mrużąc oczy. Niewiedza nie leżała dobrze na Fantastycznym Panu Lisie.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   16.08.17 22:38

No nic poradzić na to nie mogłam, że jak pan Lis odpowiedział na mój list, to serce jakby tak mocniej w klatce zrobiło, a na policzkach tak jakby cieplej się zrobiło. I w sumie miło tak jakoś, mocno miło, że zdecydował, że czas dla mnie znajdzie. Znaczy to nie tak, ze inni nie znajdowali, ale jakoś tak cieszyło mnie to ogromnie i strasznie niepomiernie (ładne słowo, prawda? Ostatnio je znalazłam i mocno mi przypasowało i teraz za moje je już uważam). Więc no już od samego samiuteńkiego rana chodziłam taka jakaś mocno zadowolona z tego wszystkiego – bo powodów do radości to wiele było. No nie dość, że zaklęć szłam się uczyć, to jeszcze z panem Lisem! A z nim, to ja wszystko robić bym mogła, bo przecież nie dość że miły taki był, to jeszcze brata mi pilnował, no i poza tym, to jeszcze był wysoki i przystojny i dobry, bardzo dobry. Więc od samego rana skupić się nie mogłam za bardzo też, bo myślałam o tym, jak to pięknie będzie się uczyć czegoś od takiego człowieka, co nie dość że mądry, to i dobry i tą wiedzą jeszcze dzielić z innymi się chce. No i rano przy śniadaniu, z tego wszystkiego, zamiast sobie herbatę posłodzić, to sobie ją posoliłam. Brendan się trochę dziwnie na mnie spojrzał, tak jak to on potrafi z tą swoją jedną brwią uniesioną do góry, ale nie powiedział nic. Ja sama trochę się zagadałam i dopiero po chwili zrozumiałam, że nad herbatą solniczką macham. Ciepło zdradzieckie na policzki mi się też wnet wkradło, więc wstałam od stołu, że niby to nowa herbata potrzebna mi jest, chociaż w sumie nie była bo i pić mi się nie chciało.
No potem to zrobiłam obiad, a do obiadu, to dłużyło mi się niemiłosiernie życie całe. A ten obiad, to potrawkę z przepisu kuzyneczki przygotowałam. I jak już go zrobiłam, to przełożyłam trochę do naczynka i spakowałam ładnie i kartę Brendanowi zostawiłam gdzie obiad znajdzie – że na kuchence, dość oczywiste, ale Brendan to czasem oczywistości nie widział – no i poszłam- znaczy do kominka poszłam tylko, ale i tak, co jakiś czas podskoczyłam z tej radości, ale nie za wysoko, żeby mi ta potrawka z naczynka nie wpadła, by w końcu wyjść w mieszkaniu pana Lisa.
- Dwa razy nawet, panie Lisie. Słowem i pismem, jakby słowa moje z pamięci mu wyleciały. – powiedziałam w odpowiedzi na jego słowa i obdarzyłam go wielkim i szerokim uśmiechem. – To dla pana. -  powiedziałam wskazując głowę na średnich rozmiarów garczek z potrawką. – chciałam kanapki przynieść, ale w sumie to uznałam, że kanapki to w pracy lepiej się je, a w domu, to coś domowego lepiej mieć. To potrawka, przepisu kuzyneczki Eileen, mówi, że moja mama też taką robiła. – pośpieszyłam z wyjaśnieniem stawiając pakunek na stole. Niebieskie ślepia zawieszając na moim dzisiejszym nauczycielu, takim przystojnym, jak to żaden chłopiec nie jest, bo też nie chłopiec a mężczyzna i takim odważnym, jak mój brat sam.
- Ostatnio – u kuzyna Garreta – ćwiczyłam Reparo i uczyłam się Patronusa. – zdałam relacje unosząc palec wskazujący i przytykając go do ust, spoglądając na sufit na chwil kilka. Zastanawiając się gdzieś po drodze też, dlaczego sufit sufitem jest właśnie nazwany, ale na później te rozmyślania zostawiłam. – Coś, co by mi się przydać mogło, panie Lisie. – poprosiłam wierząc, że znajdzie coś w sam raz. – Brendan ciągle z marsową miną chodzi i trochę też czuję że atmosfera jakby inna jest. Nie mówi tego wprost, ale czytałam Proroka i wiem, sie dobrze że nie dzieje, choć nie rozumiem do końca dlaczego. – westchnęłam lekko. W głowie znów mi słowa kuzyneczki przeleciały, no i ta noc w połowie miesiąca kiedy to Brendan bardziej zmartwiony i poturbowany niż zwykle się zjawił. Na ostatnie słowa pana Lisa zaś z radością klasnęłam w dłonie. – Pan, panie Lisie, to trochę też chyba Weasley, bo u nas rodzinnie, nikt z eliksirami sobie poradzić nie umie. - Ale zaraz spoważniałam by klepnąć się lekko w pierś i dodać. – Do grobu te tajemnicę wezmę! – obiecałam solennie, bo przecież tajemnice dlatego tak się nazywały, że tylko niewielu o nich wiedziało, a to prawdziwą dumą było móc jakąś pana Lisa na przechowanie dostać.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   27.08.17 17:14

Szeroki uśmiech Neali wpasował się w charakter mojego mieszkania, przypominając zaniedbaną ostatnio tradycję domu przy Varden Street. Odpowiedziałem pannie Weasley tym samym – choć ostatnie tygodnie dawały mi raczej więcej powodów do zagryzania z bólu pięści. Nie mogłem jednak pozwolić pochłonąć się bezkresnemu morzu smutków, a wyjść mu naprzeciw; zbudować swoją łódź i stawić czoła złowieszczym falom. Mogłem znajdować sobie tysiąc wymówek – jak chociażby zrzucić winę na swój wiek. Patrząc na taką roześmianą Nealę od razu miało się wrażenie, że jej wszystko przychodziło lżej, bo nie gryzły jej żadne czarne suki. Ale tendencja do zrzucania odpowiedzialności na czynniki niezależne była niczym więcej, jak słabością szarego człowieka. A ja przecież nie chciałem być szary. Marzyło mi się obrosnąć w paletę kolorów, które przywiozłem w pamięci z dalekich podróży – i tylko sumienną pracą mogłem rzucać wyzwanie zaciekłym strzałom losu, które z dnia na dzień pędziły w moją stronę z coraz większą precyzją, coraz bardziej śmiercionośne.
Czasami wystarczyła iskra, by rozbudzić nadzieje na nowo.
- Dla mnie? - Przeniosłem spojrzenie na naczynie. - Dziękuję, choć nie musiałaś, Nealo. Ale z przyjemnością przyjmę ten podarunek. - Nigdy nie należało takich odmawiać. Bo przecież dzielenie się radością dawało dwa razy więcej radości. - Powinienem spróbować od razu? - Spojrzałem na Nealę porozumiewawczo. - Chyba już wiem, dlaczego Brendanowi udaje się utrzymać taką dobrą wagę. - Zdecydowanie lepszą od mojej. - Muszę przyznać, że gdyby nie twoje kanapki, wyglądałbym dużo bardziej mizernie. - I pączki, pączki również były ważnym elementem diety. Ostatecznie nie przykładałem nigdy większej wagi do jedzenia – owszem, było ważne, ale zwykle nie znajdowałem odpowiednio dużo czasu na konsumpcję, a co dopiero na przygotowania. Jadałem w biegu, niedbale, za każdym razem tęskniąc do kuchni z drugiego końca globu. - Twoja mama gotowała? - Jeśli pamięć mnie nie myliła, pochodziła z rodu Longbottomów – a gotująca arystokratka wydawała się fenomenem w swojej skali. Tak samo, jak i Neala. Była mi z końcu zupełnie obca – znałem ją głównie z opowieści Brendana, a i sam Weasley nie mówił szczególnie dużo. Przede wszystkim jednak – z kanapek. I listów pełnych dobrych słów. I jakoś tak to wszystko sprawiało, że czułem słodko-gorzki posmak bycia częścią rodziny. Nie takiej prawdziwej. Takiej wybranej. I było w tym wszystkim coś poruszającego, jakaś namiastka utraconego raju, który snuł się w mojej głowie, daleki od rzeczywistości. Ja, dzielący się z siostrami życiowymi doświadczeniami, roztaczający nad nimi ochronny parasol i one, podążające śladami starszego brata.
Sen, który nie miał prawa się spełnić.
- Patronus to bardzo zaawansowana magia. Ale bardzo potrzebna i mądrze się jej uczyć. - Zwłaszcza w czasach, które nastały. - Jak ci szło? - Dopytałem, mimowolnie przywołując z pamięci dzień, w którym pierwszy raz z końca mojej różdżki wystrzelił srebrzysty lis. Pamiętam towarzyszące mi wówczas emocje: ekscytację, fascynację, dumę. Forma nie była dla mnie zaskoczeniem – nie spodziewałem się ujrzeć żadnego innego zwierzęcia, jak właśnie lisa. Było to jeszcze za czasów szkoły, i już wtedy powoli zaczynałem nieśmiało snuć plany o zostaniu aurorem, choć byłem jeszcze związany nazwiskiem, pewien tego, że rodzina nie zgodzi się na taki wybór kariery.
I było to jedno z najlepszych wspomnień w mojej kolekcji.
Kolejne słowa Neali zabrzmiały nagle wyjątkowo dorośle i poważnie, skłaniając mnie do refleksji. Nie była przecież dzieckiem – sam w wieku lat pietnastu już się za nie nie uważałem. Mieszkała z Brendanem, była świadoma zagrożenia, które wisiało w powietrzu. Przyszło jej dorastać w czasach niepokoju, a ten był bezlitosnym nauczycielem.
- Możemy poćwiczyć zaklęcia obronne. Na przykład expelliarmusa. Albo amicusa, jest równie przydatny. To pierwsze rozbraja czarodzieja. Drugie sprawia, że osoba pod wpływem czaru nie będzie w stanie cię skrzywdzić. - Zaklęcia z dziedziny obrony zdecydowanie szły mi najlepiej – a i zapotrzebowanie wydawało mi się najbardziej właściwe. - Masz rację, Nealo. Nie dzieje się dobrze. Sama chyba wiesz, z jakiego powodu Brendan zabrał cię z Hogwartu. - Bo przy nim jesteś bezpieczniejsza. Z dala od szponów czarnej magii. Z dala od Grindewalda. Tak samo, jak nie chciałem udawać, że wszystko było w porządku, tak samo nie chciałem ciągnąć tego dialogu dłużej, by nie narażać się Brendanowi – ostatecznie to on poniekąd zastępował Neali ojca. Nawet, jeśli nie chciał, taka była rola starszego brata. Poznałem to na własnej skórze – a później porzuciłem własne siostry w imię wolności. Bezlitośnie. Egoistycznie. Byłem nakgorszym bratem, jakiego można sobie było wymarzyć.
- Może i jest we mnie trochę z Weasleya. - Entuzjazm Neali jakoś tak mimowolnie mi się udzielił. - Wiesz, że podczas ceremonii przydziału tiara chciała wysłać mnie do Gryffindoru, na co moje włosy w jednej chwili zrobiły się niemal czerwone, a moja twarz obsypała się piegami? Być może moja prawdziwa natura próbowała wyjść z ukrycia. - Zdusiłem ją. A po latach i tak zakwitła, jak niechciany chwast, którego nie da się pozbyć.
Ostatecznie jednak wolałem być chwastem niż jakimś rzadkim, ogrodowym kwiatem, które wypełniały przestrzenie Wilton. Te pierwsze były o wiele bardziej wytrzymałe. I z łatwością dopasowywały się do najbardziej ekstremalnych warunków.
- To jak, spróbujesz mnie rozbroić? - Z wolna podniosłem się z siedziska, posyłając Neali niemal wyzywający uśmiech. - Pozwól mi tylko ukryć nas przed sąsiadami, zanim zaczniemy. Jestem jedynym czarodziejem w okolicy. - Na co dzień nie przeszkadzało mi to zupełnie – wręcz z ulgą przyjmowałem towarzystwo mugoli, którzy nieświadomie wprowadzali mnie do swojego świata. Kiedy jednak w grę wchodziły świstające zaklęcia, nie było innego wyjścia. - Repello mugoletum. - Wypowiedziałem inkantację, tym samym ukrywając niewielki ogród przed ich wzrokiem. Powinno wystarczyć – a zaklęcie mogłem zdjąć w każdej chwili. - Zaklęcie wymawiasz z akcentem na drugą sylabę. W parze powinien iść ruch nadgarstka – nie pełen obrót, raczej połowa, zakończona lekkim dźgnięciem, mniej więcej tak. - Wytłumaczyłem, powoli demonstrując opisywany gest. - Jeśli czujesz się gotowa, możemy zaczynać. - Zakończyłem krótki wstęp, powoli przechodząc na drugi koniec ogrodu, uśmiechem dając Neali sygnał do startu.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   17.09.17 3:07

Wszyscy myśleli, że nie widzę. W sensie, że nie dostrzegam tego, jak ich uśmiech się zmienił z tego kompletnie beztroskiego w ten, pod którym urywali bruzdę na czole. Ta zaś zawsze ostatnio je przecinała, czasem tylko metaforycznie, gdy wygładzali twarz, by przy mnie nie pokazywać, jak mocno zmartwienie daje im się we znaki. Ale też nie mówiłam tego, wiedząc, że fakt, że widzę, wcale im nie pomoże. Zresztą, byli mądrzy, pewnie też mądrze domyślali się, że rozumiem coś, nawet dużo. I pewnie martwić nie chcieli mnie bardziej, bo ja i tak niewiele pomóc mogłam.
- Oczywiście, że dla pana, panie Lisie. - potwierdziłam spokojnie z uśmiechem, który też przysłaniał bruzdę, moją własną, i lekkie zakłopotanie i dziwaczne uczucie pełne niepokoju i niepewności. Bo oto stałam tutaj w kuchni pani Lisa, przyjaciela mojego brata, aurora, człowieka o wielkim sercu i równie wielkim rozumie - pewna tego byłam jak niczego. - To już wedle woli. - oznajmiłam wzruszając lekko ramionami. Uniosłam brew ku górze na kolejne słowa nie bardzo rozumiejąc do czego one prowadzą. - Oh. - wyrwało mi się, na kolejne i czułam, jak zdradzieckie ciepło zaczyna pełznąć po szyi wchodząc na policzki. - To nic takiego, robię dla Brendana, toż to żaden problem i dla pana przygotować, panie Lisie. - powiedziałam w końcu jakoś próbując się wyłumaczyć, zakładając kilka rudych włosów za ucho i próbując opanować to dziwacznie szybkie bicie serca, ale jakoś średnio mi szło, bo paliczki nadal bolały, a ja zamiast patrzeć na pana Lisa na blat sobie patrzyłam doszukując się tam jakiś niedoskonałości. Dopiero kolejne pytanie uniosło mojego spojrzenie na jego twarz. Uśmiech wszedł na usta na wspomnienie mamy. - Najlepiej na świecie. - przyznałam, przypominając sobie jak gotowałam razem z nią i jak przygotowywałyśmy rzeczy na święta i jak dom wtedy pięknie pachniał wszystkim, co wychodziło spod jej dłoni.
- Wybrałam wspomnienie. Na więcej czasu nie starczyło, bo trochę z Reparo problemów miałam. - przyznałam marszcząc czoło i wykrzywiając zła na siebie usta, ale wiedziałam, że już niedługo, już za chwilę znów będę próbowała rzucić to zaklęcie i że wszystko z siebie dam i może jeśli los mi sprzyjać będzie to nawet dowiem sie, jakiej formy mój patronus jest. - Oh, właśnie, a pana patronus jaki kształt przybiera? - zapytałam mocno ciekawa tego, co powie. - Kuzyna Garretta ukazuje jaskółkę, a Brendana posokowca, mocno zastanawiam się, jaki mój będzie. Jak pan myśli? - pytałam dalej, trochę pozwalając by myśli poniosły mnie do rozmyślań nad tym, jak też mój paronus będzie wyglądać. Znaczy wiem, że ważne żeby był skuteczny, ale też przecież w jakiś sposób on dusze oddaje i zastanawiam się, jaki kształt moja przyjmuje.
- Oh, ja wszystko chętnie poćwiczę, bo wszystko równie przydatne okazać się może. - stwierdziłam spokojnie wyrywając się z rozmyślań nad patronusem i zastanawiając sie, które z zaklęć bardziej przydatne może być. Znaczy, ogólnie, to oba były. Tylko jeśli rozbroję przeciwnika, to przecież on zawsze wręcz zaatakować może,a ten amicus znów zabraniałby krzywdzenia mnie. - Wiem, wiem, chociaż wcześniej ciężko było i to zrozumieć. Właściwie to rozumiałam, tylko nie godziłam się na pozostanie u cioteczki i wujaszka i niezmiernie cieszy mnie to, że Brendana przekonać mi się udało.- przyznaję spokojniej już. Marzyłam o Hogwarcie od kiedy zrozumiałam czym on jest. Ale marzyłam o Hogwarcie w którym uczyli się moi rodzice, w którym uczył się mój brat, nie tego w którym uczono rzeczy złych i poniżano osoby słabsze, czy niższe urodzeniem.
- Obsypała się piegami?! - zapytałam zdziwiona rozszerzając oczy nie bardzo potrafiąc w to uwierzyć. Znaczy wiedziałam, że ludzie w zwierzęta mogą się zmieniać i że mogą też siebie zmieniać. Ale nigdy w sumie nie widziałam tego na własne oczy i tak dziwnie było wyobrazić mi sobie pana lisa, jako takiego rudego i na twarzy posiadającego piegi, bo wydawało mi się, że tak jak teraz wyglądał było mu możliwie najlepiej.
-Chętnie. Nawet bardzo! - powiedziałam, nie potrafiąc ukryć ekscytacji. Sięgnęłam do sukienki i z kieszeni na jej przodzie i wyciągnęłam móją różdżkę z derenia. Zważyłam ją w dłoni i obróciłam w palcach odchodząc kawałek, gdy pan Lis rzucał zaklęcie maskujące. Obserwowałam uważnie gest, który prezentował, zaraz go naśladując najlepiej jak tylko potrafiłam. Skinęłam głową.
- Expelliarmus! - zażądałam od mojej różdżki, gdy już ustawiliśmy się na przeciw siebie a ja w płuca oddech na odwagę wzięłam mając nadzieję, że nie zbłaźnię się kompletnie.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   17.09.17 3:07

The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 11


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   05.11.17 23:45

wybacz mi albo pal na stosie

- W takim razie zostawię na później. Może chociaż jeden posiłek w ciągu dnia uda mi się zjeść nie
będąc w biegu. Z odpowiednim namaszczeniem.
- I – jak zwykle – dzięki Neali. Nie wiedziałem, gdzie leżała przyczyna tych wszystkich kanapek i pączków. Nie byłem ani krewnym, ani kimś szczególnie bliskim – choć podczas kursu dość mocno zżyłem się z Brendanem (mie było nas zresztą wówczas wielu, a Weasley idealnie równoważył moją lekkomyślność). Było to jednak całkiem przyjemne uczucie, choć z każdym dniem podskórnie czułem, że mój dług wdzięczności się zwiększał.
- Problem. Problem to mało przyjemne słowo, tak generalnie. - A ja zdecydowanie nie chciałem być rozpatrywany w jego kategorii. Lub raczej anty kategorii. - Dużo lepiej brzmi pamięć. Albo wielkoduszność. Wdzięczność. Troska. To o wiele milsze niż nie-problem. - Nie przepadałem za słowami o negatywnym wydźwięku, nawet, jeśli układały się w kontekście jako kontra. A może po prostu szukałem sposobu na to, by gdzieś między słowami przemycić Neali podziękowania, które nie brzmiałyby zupełnie sztampowo i nie wprawiłyby jej w zbytnie zakłopotanie. - Czyli odziedziczyłaś ten talent po niej. - Skinąłem głową w geście podsumowania, mimowolnie uśmiechając się pod nosem, jakbym właśnie pojął powód, dla którego Weasleyowie byli tak mocno niechętnie witani na salonach.
- Zdradzisz mi, co wybrałaś? Chyba, że to sekret.To zrozumiem, jeśli nie. - Wspomnienia bywały delikatne. Prywatne. Okraszone intymnością. I nie było absolutnie niczego niewłaściwego w posiadaniu sekretów. Wiedziałem doskonale, że nie każdy posiadał podobną lekkość w wyrażaniu swoich emocji, co ja. A pewna Osa była tego najlepszym przykładem. - Nie będziesz zaskoczona. Mój patronus przybiera formę lisa. W zasadzie to od niego zaczerpnąłem pomysł na nowe nazwisko. - Frederick Fox, mistrz oryginalności.
Musiałem zastanowić się chwilę, gdy Neala zapytała mnie o to, jakiego patronusa bym do niej dopasował. Najprościej byłoby odpowiedzieć, że wyjątkowy – jak sama Nela. Z tym, że nie mogłem tego powiedzieć tak po prostu. Nie tylko dlatego, że tak wydumane słowo nie posiadało najmniejszego polotu, ale przede wszystkim dlatego, iż zwyczajnie mogłaby to odebrać jako bagatelizację całego tematu. A była to ostatnia rzecz, jaka chodziła po mojej głowie.
- Myślę, że pasowałby do ciebie bóbr. Są pracowite. Rodzinne. I potrzebne. Ale to tylko moje odczucia. Twoja magia może mieć wobec ciebie inne plany. Forma patronusa może zresztą ulec zmianie, jeśli takowe zajdą w nas samych. - Ale to już pewnie wiesz.  
Nie mogłem wyjść z podziwu nad etntuzjazmem, który wręcz wylewał się z każdej komórki Neali. Byłem nieprzyzwyczajony do tej nagłej zmiany ról – zwykle to ja stałem w jej miejscu, pracując na najwyższych obrotach jako siła napędowa.
- To ważne. Bez względu na sytuację, to Brendan jest twoją najbliższą rodziną. A tę warto trzymać jak najbliżej. - Ja nie miałem tyle szczęścia, choć z ciepłej posady w Ministerstwie, wygodnych komnat w Wilton i wystawnych obiadów zrezygnowałem na własne życzenie. Nie mogłem jednak pozostać w tym gnieździe węży, bo jakiejkolwiek maski bym nie obrał, na zawsze pozostałbym lisem otoczonym przez pełzające gady, których jadowite kły nieustannie błyskałyby do mnie ostrzegawczym tonem. I tak błyskały – jednak z bezpiecznie dalekiej odległości, oddzielone granicą, której nie śmiały przekroczyć. Ta refleksja mimowolnie odbiła się na moim obliczu, które przecięła posępna bruzda. Wspomnienie rodziny zawsze budziło we mnie zupełnie skrajne emocje – co przeczyło jakiejkolwiek logice. Na mocy jakich praw byłem w stanie kimś tak mocno gardzić i jednocześnie odczuwać pustkę, a nawet tęsknotę?  
Z słów Neali nie potrafiłem jednoznacznie wywnioskować, czego tak naprawdę była świadoma – z ulgą porzuciłem ten niewygodny temat, uznając, że jako ktoś spoza rodziny nie powinienem zbytnio zajmować jej młodej głowy kruchą polityką.
- Teraz mogę zrobić to bez wysiłku. Ale w wieku lat jedenastu nie było łatwo nad tym panować. - Konsternacja wymalowana na twarzy Neali podpowiadała mi, że chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, o czym w zasadzie mówiłem. Zamiast zmuszać ją do odtwarzania kolejnych abstrakcyjnych obrazów w głowie (choć ani trochę nie ujmowałem Weasleyównie wyobrażni), zwyczajnie zmusiłem własne komórki, by pokryły moją skórę losowymi, brązowymi plamkami.
Z takim kamuflażem nikt nie miał prawa pomylić mnie z Malfoyem.
Przyjąwszy odpowiednią pozycję nie musiałem długo czekać na próbę Neali, która jednak nie należała do najbardziej udanych – co, jak sobie szybko uzmysłowiłem – wcale nie było jej winą.
-Nie przejmuj się. - Rzuciłem, gdy z koniec jej różdżki zabłysnął wątłym światłem. - Nie powiedziałem ci najważniejszego. Ten gest powinien być luźny. Naturalny. O, popatrz – zniwelowałem dzielący nas dystans, by jeszcze raz zademonstrować ruch nadgarstka. – nie musisz się nawet wysilać. Grawitacja wykonuje za ciebie całą pracę, wystarczy jedynie odpowiednio pokierować przegubem. Jakbyś chciała machnąć na kogoś ręką. Tylko tak bardziej od niechcenia. - Nigdy nie zagłębiałem się mocniej w technikę posługiwania się różdżką, pewne gesty wykonywałem już mi zupełnie naturalnie, choć zostały wyuczone. Wbrew przypuszczeniom tłumaczenie czegoś, co zostało zapisane w mojej pamięci mięśniowej okazało się znacznie trudniejsze, niż przypuszczałem. - To co, jeszcze raz? - Rzuciłem lekko, powoli oddalając się na drugi koniec niewielkiego ogrodu.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Neala Weasley
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley http://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 http://www.morsmordre.net/t4086-neala-weasley-prosze-pana#79724 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
siostra na pełen etat
15!
Szlachetna
Panna
Jutro jest zawsze czyste, nieskalane żadnym błędem.
6
5
0
2
5
0
4
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   26.11.17 22:37

Znaczy, zdawałam sobie sprawę, że Brendan to zabiegany ciągle i goni tych złych – i bardzo dobrze, bo ktoś przecież łapać ich musiał. A wiedziałam, że Brendan to pewnie mało myśli o tym, żeby w przerwie tego biegania zjeść coś. No i mama zawsze mówiła, że je się najlepiej z kimś, milej tak i lepiej. A Pan Lis był przecież na pewno najlepszym z możliwych wyborów towarzystwa – zarówno do jedzenia jak i do wszystkiego innego pewnie też. Ja to jakbym mogła, to pewnie sama bym go wybrała. Ale on to pewnie wolałby jakąś kobietę starszą, a nie taką młodą dziewczynę jak ja. No rozumiałam to, ale nie potrafiłam nic zrobić, że podziwiałam go całego, za to że taki był dzielny i ciągle niezrażony – a przecież wiedziałam, jak trudno o to było w tych czasach. No i przystojny. Zdecydowanie za przystojny, nie sądziłam że tacy ludzie po ziemi chodzą. Miał piękne blond włosy i te jasne oczy. Nie to co moje, jakieś rude, jakby stare i w ogóle ciągle spętane. Westchnęłam w tych swoich przemyśleniach sama do siebie, ale tylko w duszy, do Pana Lisa uśmiech posyłając.
- Nie ma za co, Panie Lisie. - odpowiedziałam, chociaż zwyczajowe podziękowania nigdzie nie padły. Jeszcze zanim słowa z ust wyleciały brwi zmarszczyły się lekko gdy mówił, a ja zrozumieć próbowałam, bo przecież problem zależne od użycia miał nacechowanie, a z kolei kolejnymi słowami słowa problem zastąpić się nie dało. Ale w końcu zrozumiałam i lekki uśmiech wraz z wcale nie lekkim rumieńcem pojawił się ponownie na twarzy. - Oh. - powiedziałam zaraz rumieniąc się bardziej. - Oh mam nadzieję, że kiedyś będę jak mama i dobra i piękna i niezawodna, ale nie tylko w kuchni, w życiu całym i dla wszystkich. - odpowiedziałam trochę się rozmarzając i trochę wypowiadając na głos moje ciche myśli. Kiedyś próbowałam panować nad tym, by nie mówić co mówi mi dusza, ale ona sama wyrywała się do przodu niczym niesforny rumak i nijak nie byłam w stanie nad nią zapanować. Więc odpuściłam sobie, bo szkoda było marnować energii na coś, co mnie nie przeszkadzało, tylko innym zdarzało się przeszkadzać.
Po kolejnym pytaniu mierzyłam przez kilka chwil mężczyznę naprzeciw mnie z miną całkiem poważną, jakby ważąc, czy mówić, czy nie mówić, ale tylko chwilę to trwa i zaraz na ustach rozciąga się uśmiech, a głowa przytakuje – że tak, że powiem.
- Wydaje mi się, że to czas świąt był. - mówię, przymykając powieki, tak samo jak wtedy, gdy mówiłam o tym kuzynowi Garrettowi – Bo cały dom pachniał jabłkami i cynamonem, a ogień w kominku trzaskał i ogrzewał nam komnatę. A mama w fotelu siedzi, no i radio sobie spokojnie gra  - nie wiem co za piosenkę, ale melodia sama powraca razem ze wspomnieniem. A Brendan i ja tańczyć próbujemy. Próbujemy, bo ciągle się śmiejemy wszyscy – i ja i on i mama – bo Bren dwie lewe nogi ma i depcze mnie co chwilę. Ale wcale mi to nie przeszkadza – to drepatanie, bo wszystko to sprowadza się do takiego uczucia tutaj gdzieś pod żołądkiem. - układam dłoń i otwieram oczy nadal nie przestając się lekko uśmiechać. - Kuzyn Garrett mówi, że to dobre wspomnienie. - dodaję jeszcze i unoszę dłoń, żeby trochę niepewnie po karku się podrapać, trochę tak jak Bren gdy czuje zażenowanie, ale kompletnie świadoma nie jestem że robię to tak samo.
- Bóbr? - pytam szczerze zdziwiona i trochę zaskoczona i w sumie to chyba też odrobinę rozczarowana, bo w sumie do bobrów nic nie mam, ale o ile ciekawiej byłoby gdyby mój patronus był wielki i przypominał niedźwiedzia. Albo wilczycę! Albo... w sumie to sama nie wiem, ale jakoś ten bóbr... no sama nie wiem. - Czytałam o tym. - powiedziałam zaraz opuszczając dłoń i wydymając lekko usta. - Raz tylko się natknęłam na tą wzmiankę w książce, ale nie podawała ona co może być właśnie ową przyczyną tej zmiany. I trochę dziwne też mi się to zdaje, bo to musi być jakaś poważna transmutacja osobowości, chyba. - dodaję na końcu już mniej pewnie.
- To samo mu tłukłam do głowy przez kilka godzin wtedy! - powiedziałam trochę ze zbyt dużym entuzjazmem, gdy Pan Lis tak dokładnie prawie dosłownie moje słowa powtórzył z tych, które do Brena mówiłam wtedy, gdy nasza największa i najdłuższa rozmowa miała miejsce. Znaczy nie, największa to ona była. Bo teraz najważniejszą była ta, którą odbyliśmy niedawno w nocy. I wiedziałam, że była ważna, bo przecież złożyłam przysięgę. Przysięgłam na wszystkie sasanki.
- Oh! - podnieciłam się znów nie potrafiąc nad tym zapanować. To fascynujące wszystko takie było. - Oh na Godryka! - jeszcze raz z niedowierzaniem spoglądałam w stronę Pana Lisa. Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć, jak metamorfomag dokonuje przemiany. - To musi być strasznie przydatna umiejętność. - powiedziałam z podziwem obserwując każdego jednego piega, który wyglądał jak te na nosie Brena. Oh, jakże cudowanie byłoby posiadać taką zdolność i móc zmieniać sobie.. no wszystko. Ale ja to bym na pewno zmieniła włosy. Na jakiś ładny blond, albo brąz, no na taki normalny a nie jakiś rudy jak rdza na starej kłódce.
Już otwierałam usta, by powiedzieć, że wcale a wcale się nie przejmuję, bo przecież u kuzyna Garretta też z początku nie szło wcale. Ale jednak nie powiedziałam nic, bo skupiłam się na tym geście, który mi był prezentowany. Uważnie spojrzeniem lustrowałam go, by potem jeszcze raz spróbować go powtórzyć.
- Expelliarmus! - zakrzyknęłam raz jeszcze. I planowałam tak stać i rzucać jak tylko sił mi starczy a Pan Lis czasu będzie miał.




Anything’s possible if you’ve got
enough nerve.

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   26.11.17 22:37

The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 46


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Kuchnia z jadalnią na parterze   16.12.17 22:27

Zdawało się, że zupełnie nieświadomie speszyłem Nealę, bo twarz jej zaczęła się upodabniać do ognistego koloru włosów. Nie chciałem, aby czuła się niezręcznie w moim towarzystwie – nie byłem jednak pewien, czy pąsowy róż jej policzków był skutkiem porównania do mamy, czy może wynikał z faktu, że byłem od niej dwa razy starszy, i nie wypadało mówić mi takich rzeczy? Z tym, że z drugiej strony ciężko było wyplenić mi z siebie to całe nie-wypadanie, zwłaszcza, kiedy czułem, że to co robię czy mówię jest absolutnie właściwe, bo szczere.
- Kiedyś? - Na moim czole musiały pojawić się zmarszczki, gdy teatralnie zmrużyłem oczy, łypiąc na Nealę podejrzliwym okiem. - Przecież już jesteś dobra, piękna i niezawodna. - Powiedziałem zgodnie z prawdą, choć może powinienem był ugryźć się w język, zanim wpędzę piętnastolatkę w jeszcze głębsze zakłopotanie... z drugiej strony dotychczas Neala nie wydawała się jakoś szczególnie nieśmiała, raczej otwarta i prostolinijna. A z takimi typami osobowości zawsze potrafiłem znaleźć nić porozumienia. Jamie był tego najlepszym przykładem.
I - słowo Gwardzisty – nawet przez myśl mi nie przyszło, że w moim towarzystwie, Neali jakieś owady wywijają salta w brzuchu.
Później już tylko wsłuchuję się w świąteczną opowieść, a barwny opis wspomnienia niemal przenosi mnie w miejscu i w czasie, sprawiając, że mimowolnie nabieram ochotę na szarlotkę. Ale całej tej opowieści towarzyszy jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać. Bo z jednej strony czuję się trochę jak podglądacz – bo w końcu obcy człowiek – który dostał bilet na cudowny spektakl, który nie był przeznaczony dla niego, z drugiej jednak... jest coś absolutnie ujmującego w tej szczerości, i sposobie, jakim Neala opowiada całą sobą, obdarzając mnie zaufaniem.
Czym na nie zasłużyłem?
- Ładne, dobre i mocne. Bo żywe. Pełne dźwięków i zapachów – a to ważne detale, równie istotne jak wybrana chwila. Bo nie chodzi tylko o samo wspomnienie. Ale o to, żeby faktycznie je poczuć – i przez chwilę być tym wspomnieniem. Zaklęcie Patronusa nie powinno sprawić ci większej trudności. - Przyznaję, odpowiadając Neali uśmiechem, który w jej towarzystwie przychodził zupełnie naturalnie. Tak naprawdę starałem się ukryć to, jak duże wrażenie wywarła właśnie na mnie opowieść piętnastolatki, dochodząc do wniosku, że może jednak faktycznie nie wypada mi wchodzić z buciorami w jej życie.
- Nie wydajesz się zbyt zadowolona z mojego typu. - Zauważam, zastanawiając się, jakim sposobem poprawić ci nastrój, jak zwykle decydując się na obezwładniającą szczerość. - Pewnie wolałabyś, aby twój patronus był spektakularny i wyjątkowy, przyjmując formę – na przykład – pegaza. Co również jest możliwe. I być może, przez twoją jednostkowość, to właśnie on jest ci pisany. Bez względu na to, jakiej formy nie przyjmie, wielkość i kształt patronusa nie ma wpływu na jego moc. Na przykład... jaskółka Garretta. Zwyczajne, pospolite zwierzę. Niewielkie. Często zupełnie przez nas niezauważane, żyjące po sąsiedzku. Niejednokrotnie widziałem na własne oczy, z jaką zaciekłością i skutecznością potrafi rozprawić się z ciemnymi mocami. - Może i nie były to szczególnie pokrzepiające słowa, ale zdecydowanie nie chciałem uradzić Neali tym bobrem. - Masz sporo racji. Sam również nie znam dokładnego mechanizmu tej zmiany, ale ponoć zdarza się tak pod wpływem silnych przeżyć. - Niewiedza nie była niczym żenującym; w zasadzie bardziej nieprofesjonalne wydawało mi się ukrywanie jej i gra pozorów, mająca na celu podtrzymać nieskazitelny wizerunek. Nie to, żeby nie zdarzało mi się chować za palisadą uśmiechu – zwykle jednak były to rzeczy większej wagi, niż całkowicie ludzki brak pojęcia.
- Wtedy? - Dopytuję, nie do końca rozumiejąc, jakie wtedy miała na myśli Neala, choć sądząc po nagłym zastrzyku energii, musiało być to przełomowe wydarzenie.
Swojej chwilowej, nowej twarzy pozbywam się równie szybko, co ją przybieram, odstawiając na bok popisy, bo czekało nas pracowite popołudnie. Lubiłem swoją wyjątkową przypadłość i czasami zastanawiam się, jak mocno zdolność metamorfomagii ukształtowała mój charakter. Wiedziałem, że w dużej mierze spowodowała konflikt między mną a rodzeństwem, w późniejszych latach prowadząc do całkowitego rozłamu – ale jednocześnie przysporzyła mi wiele owocnych przyjaźni, które okazały się trwalsze od więzów krwi.
- Teraz tak. Ale za czasów szkolnych, kiedy jeszcze nie potrafiłem nad nią do końca panować, nie zawsze było kolorowo. W czwartej klasie, niemal przez miesiąc, chodziłem z długimi, prostymi jak druty, srebrzystymi włosami. Żeby tego było mało, moja twarz nabrała bardziej dziewczęcego wyrazu, rzęsy się wydłużyły, ba... nawet głos miałem wyższy i taki jakby łagodniejszy. Nawet szkolna pielęgniarka nie była w stanie mi pomóc. - Odwdzięczam się Neali równie szczerym – choć nieco żenującym – wspomnieniem, jednak po tylu latach w zasadzie jestem już do niego tak mocno zdystansowany, że uważam je za całkiem zabawne. Żarty jednak odkładam na półkę, bo jakkolwiek rozmowa z Nelą kleiła się zaskakująco dobrze, obiecałem podszkolić ją w czarowaniu. Nie mówię już nic, gdy magia znów nie chce się poddać jej życzeniu, jedynie lekkim skinieniem głowy zachęcając, aby zwyczajnie spróbowała jeszcze raz.
Pewne detale najlepiej odkrywało się samemu, na własnych błędach.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

Kuchnia z jadalnią na parterze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Kuchnia z jadalnią na parterze
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia z jadalnią
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Varden Street 19-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18