Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sypialnia na poddaszu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Sypialnia na poddaszu   31.01.16 2:03

Sypialnia na poddaszu

Na poddaszu mieszczą się skromnie umeblowana sypialnia oraz łazienka. Pomieszczenia są mniejsze niż te na poniższych piętrach, ponieważ z okien można wyjść tutaj na wąskie wypłaszczenie, pełniące funkcję tarasu. Siedząc, można jednocześnie oprzeć plecy o dach budynku.


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   01.01.17 21:39

21 marca, 5:00 nad ranem.

W chwili, gdy proponowałem ci, abyśmy – zamiast tracić czas na szukanie baru otwartego o tak później porze – wybrali się do mnie, byłem przekonany, że wiem co robię. Że przecież trzymam w barku dobry alkohol na specjalne okazje, a taka się właśnie nadarzyła. Że nie będzie w tym nic niewłaściwego.
Kiedy jednak znaleźliśmy się przed wymurowaną z cegły szeregówką, w której mieścił się mój dom, z przyczyn niewyjaśnionych mój żołądek wykonał podwójne salto. Londyn na szczęście okazał się mniej deszczowy niż Kornwalia, choć spowity mrokiem asfalt błyszczał od wody. Wsuwając klucze do zamka, miałem wrażenie, że upłynęła wieczność, zanim usłyszałem znajomy szczęk mechanizmu. Moje dłonie nie drżały, jednak wykonywanie wszelkich, precyzyjnych ruchów, niespodziewanie okazało się tytanicznym wysiłkiem. Tobie pozwoliłem przejść przez drzwi jako pierwszej – ponieważ do mieszkania przeniosłem się krótko po naszej niefortunnej rozmowie, dotychczas nie miałaś okazji gościć w moich skromnych progach.
- W razie potrzeby łazienkę znajdziesz na poddaszu, musisz tylko przejść przez sypialnię. - Poinstruowałem cię lekko, zgrabnie maskując chaos, który właśnie dział się wewnątrz mnie. - Znajdę tylko skrzacie wino i zaraz tam przyjdę. - Użyłem skrótu myślowego, a kiedy dotarł do mnie sens własnej wypowiedzi, odniosłem wrażenie, że zabrzmiała co najmniej dziwnie. - Znaczy nie, że do łazienki... zresztą, sama zobaczysz. - Zakończyłem enigmatycznie, posyłając ci jeden ze swoich szelmowskich uśmiechów, tym samym zgrabnie unikając pogrążania się we własnych słowach.
Moje tętno przyspieszało gwałtownie z każdą sekundą, którą spędziłem w kuchni. Jeszcze trzy miesiące temu byłem pogodzony z myślą, że nigdy więcej nie otworzysz do mnie ust. Miesiąc wcześniej, dałaś mi ich posmakować. Teraz, z własnej woli, zgodziłaś się przyjść nad ranem do mojego mieszkania. A ja, po raz kolejny, miałem zamiar udowodnić ci, jak bardzo mylisz się co do mnie.
Z kielkiszkami w jednej dłoni i butelką alkoholu w drugiej, udałem się na piętro. Nie było cię w salonie, musiałaś więc znajdować się na poddaszu. Moje przybycie oznajmiło skrzypienie stromych, drewnianych schodów, a każdy stawiany przeze mnie krok tłamsił moją, niezmąconą dotąd, pewność siebie. Już sama twoja obecność w moim domu sprawiała, że najdrobniejsza komórka mojego ciała drżała niespokojnie, ale dopiero dotarcie do punktu kulminacyjnego uświadomiło mi, że masz nade mną całkowitą władzę.
Ale nie zamierzałem dać ci tego odczuć – choć chyba nie musiałem.
Wchodząc do sypialni odstawiłem ekwipunek na parapet, po czym otworzyłem okno i gestem zachęciłem cię do podążenia w moje ślady. Jednym machnięciem nadgarstka przywołałem dwa ciepłe koce, by po chwili rozłożyć się na niewielkim wypłaszczeniu dachu, znajdującym się tuż obok lukarny. Widok stąd sięgał na kameralną część budynku, z zagraconymi, niewielkimi ogródkami u jego podnóża, a także bliźniaczo podobnymi domami szeregowymi, znajdującymi się naprzeciwko. Na zewnątrz panował chłód, zdawał się jednak być niczym w porównaniu do rozgrywanego podczas wiosennej burzy meczu.
- Więc... za zwycięstwo. - Podałem ci wypełniony skrzacim winem kieliszek, samemu ładując się pod koc. - Musisz przyznać, że jak na kogoś, kto nigdy nie grał na pozycji ścigającego, szło mi całkiem nieźle. A swoją drogą, jeśli uda się nam nie usnąć, być może doczekamy nawet wschodu Słońca. - Niebo, w istocie, powoli zaczynało tracić swą intensywną barwę, a liczba gwiazd na firmamencie z minuty na minutę malała. Wraz z nimi zdawał się niknąć mój instynkt samozachowawczy.
Bliskość twojego ciała była nieznośna.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   02.01.17 20:18

/21 marca, jakiś czas po meczu

Propozycja z rodzaju nie-do-odrzucenia. Z ogromną lubością reagowała na podobne oferty, albowiem czyny pozbawione zbędnego pomyślunku, z efektem natychmiastowym, niemalże instynktowne, tak pociągająco trwające w danej intensywnej chwili i miejscu, smakowały najlepiej. A ona nie zwykła czegokolwiek żałować. Zwycięstwo pozostawiało ją w stanie przyjemnego, ciepłego poczucia satysfakcji. Nie przeszkadzał jej deszcz, mocny wiatr, ani drgawki, które przejmowały ciało, kiedy adrenalina ciągle nie pozwalała jej na to, by poczuć odrętwienie mięśni lub palców. Żołądek gryzło obce, przedziwne uczucie. Głowę miała kompletnie pustą. Nie mogła jednak wyznać, by osiągnęła pełnię szczęścia - przecież tak trywialne rozgrywki nie mogły gwarantować nieskończonej euforii, choć bez wątpienia rozdmuchane ego nie potrzebowało wiele do takiego stanu. Czuła się jak pęknięte naczynie, z którego nieustannie ulewało się płynne złoto, a podczas ostatnich wydarzeń wyrwa jedynie się powiększyła, nie pozwalając jej do końca zasmakować uczuć, jakie ją nachodziły. Ale coś innego mogło ją również wytrącać z równowagi i nie pozwalało doznać esencji emocji. Zderzenie rzeczywistości z sentymentalnym wspomnieniem pozostawiało ją w szoku, z którego nie potrafiła się otrząsnąć ani dopasować do wymiaru, do którego zdawała się zostać przerzucona. Bo Frederick Fox zawłaszczający sobie jej przestrzeń osobistą, zawładający kondycją jej włosów oraz rozkazujący wnętrznościom wykonać efektownego kankana, definitywnie należał do widoków, które zmrażały ją w kompletnie nieadekwatnym bezruchu.
Poza tym nie potrafiła odmawiać podobnym postulatom ze strony Lisa. Ile razy rzucała wszystko, by rzucić się z nim w przepaść doznań, choć żadne z nich nie miało związku z uniesieniami, jakie mogły odbyć się w jakiejkolwiek sypialni. A w takowej właśnie stanęła, kiedy już palcami prześledziła całe mieszkanie, znacząc drogę wzdłuż framug ściany - przez korytarz, by zatrzymać się przy rogu kuchni i zajrzeć tam pobieżnie (i równie szybko uciec, napotykając nieproszoną sylwetkę, która przeszkadzała jej w bezwstydnej penetracji wzrokowej pomieszczeń), salon, gdzie z rozbawieniem przerzuciła winylowe płyty, czytając tytuły albumów i z odrobiną ostrożnego zainteresowania przyglądała się śmiesznemu urządzeniu, na którym mieścił się jeden z okrągłych, czarnych talerzy, by w końcu skocznym krokiem przemierzyć kolejne schody. Ciasne pomieszczenie ją przytłoczyło i niejako zbiegło się to z momentem, kiedy napotkała widok metalowego wezgłowia. Mokry płaszcz zaczął jej ciążyć, więc z prostotą nietkniętą najmniejszym zastanowieniem i gracją godną wili, zrzuciła przemoknięty materiał na ziemię, nie przejmując się centralnym punktem, jakim było przejście, w którym sukno klapnęło z plaskiem. Wspomnienie łazienki odwróciło jej uwagę, a nagła chęć wysuszenia włosów wygrała nad jakąkolwiek inną opcją. Wyciskała przez moment przesiąknięte wilgocią kosmyki w miękki ręcznik, zanim skrzypienie tknęło ją do podniesienia wzroku i spojrzenia na lustro. Pojawiło się w nim własne odbicie, które jakkolwiek absorbujące by nie było, nie stanowiło jedynej pożywki dla oczu, kiedy chwilę później mobilny cień zaczął się przemieszczać za jej plecami w drugim pokoju.
-Mam nadzieję, że masz tego więcej, bo inaczej cała ta droga była sporym poświęceniem jak dla pojedynczej butelki skrzaciego wina.-wypowiedziała rzeczowo, całkowicie ignorując wydźwięk tego zdania oraz pewną formę przyznania się do problemu, z jakim borykała się od pewnego czasu, wykazując przesadną lubość do zawartości niektórych szkieł. Uśmiech, mimo kompletnie kwaśnych słów, tak przesadnie nacechowany słodyczą, musiał wszystko wynagrodzić.-Mam nadzieję, że jest wystarczająco wyskokowe, by wyniosło nas na szczyt. Nie lubię skromnych celebracji.-dodała, niedbale odrzucając ręcznik w stronę łóżka. Nie patrzyła jak opada na materac, zwisając drugą połową na podłogę.
Wyraz rozbawienia zastąpił każdą poprzednią emocję, kiedy zaprezentował jej przejście w okiennicy. To absolutnie nie równało się z polowaniem na duchy w Himalajach, ale dreszcz podniecenia przebiegł po jej kręgosłupie, kiedy ocierała się o mężczyznę, by stanąć na parapecie i prześliznąć się przez otwór, który kierował ją na wyżyny... budynku. Uderzenie zimna było pierwszą sensacją, ale posiadało w sobie pewną rześkość. Niebo malowało się na wszystkie kolory, kiedy granat wolno puszczał definicję nocy i poddawał się ciepłym barwom wstającego słońca. Bez wątpienia sceneria była iście stymulująca. Oderwała oczy od świata pod jej stopami, rosnąc z każdym momentem, kiedy jej głowa znajdowała się ponad dachami budynków, w których przecież byli inni ludzie. To powinien być jej naturalny stan. Wynoszona w przestworza.
-Za zwycięstwo.-powtórzyła tym gładkim tonem, który z taką perfekcją imitował uroczą kokieterię, kiedy jej głowa wolno przechylała się na bok, a wzrok przemknął po drugiej twarzy. Skryła śmiech za kieliszkiem, burząc pozorną powagę przedstawienia, jakie odgrywała, niesiona jakimś dziwnym nastrojem.-Jak na kogoś, kto pewnie całe dnie spędza za biurkiem, trenując nadgarstek przerzucając papiery, to winszuję sprawności.-zakpiła z niego, by szturchnąć go ramieniem, kiedy z ust wydobył się kolejny chichot.-To zależy czy zapewnisz mi atrakcji.-zdecydowała hardo, kryjąc czający się uśmiech.
Naprawdę nie miała nic konkretnego na myśli, pozwalając pleść sobie co jej tylko ślina na język przyniosła. Swoboda była czymś, co odczuwała przy nim niezależnie od chęci. Nawet, jeśli wzdłuż pleców wspinał się po niej dziwny niepokój, niedawne wspomnienie, które ściskało ją od czasu do czasu, przypominając sobie bliskość, która momentalnie odbierała jej równowagę. Nie potrafiła wyznaczyć sobie zachowania, jakie było odpowiednie. Ignorowała więc wszystkie sygnały ostrzegawcze.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   02.01.17 22:49

Przez dłuższą chwilę siedziałem w milczeniu, beznamiętnie obserwując zmieniające się niebo, które zaczynało różowieć na styku linii horyzontu. Budzący się do życia, leniwy krajobraz uspokajał rozszalałe serce w żebrach. Byłem niemal pewien, że los właśnie okrutnie zabawiał się moim kosztem, a jednak twoja obecność nie była złudzeniem. Mogłem cię dotknąć, polizać, zasmakować, poczuć na każdy możliwy sposób.
I to właśnie zamierzałem zrobić.
Kiedy przekraczałaś próg mojego domu, ilość myśli zderzających się w mojej głowie doprowadziła do kataklizmu, doszczętnie zaburzającego moje zdolności poznawcze. Nie mogłem już dłużej wierzyć w żadne twoje tak, ani tym bardziej w żadne nie. Zostałem zmuszony do całkowitego poddania się intuicji, a ta należała do wygłodniałego lisa, który - po srogiej zimie - właśnie poczuł obiecujący zew wiosny.
- Być może mam – zacząłem enigmatycznie - a być może wino okaże się zbędne.
Brukowce posiadały tendencję do koloryzowania faktów, a jednak nieustannie łudziłem się, że rzekome problemy z alkoholem były tylko kolejną sensacją, mającą przyciągnąć czytelników. Twoje słowa wydały mi się jednak boleśnie szczere, na całe szczęście miałem dla nas zgoła inne plany.
- Postaram się, aby ten poranek zapadł ci w pamięć. - Co znaczyło mniej więcej tyle, że dopilnuję, abyś przypadkiem za dużo nie wypiła.
Zadziwiające było to, jak dobrze znałem wszystkie twoje ukryte pragnienia. Jak dałem ci czas, abyś bez towarzystwa moich czujnych oczu rozejrzała się po mieszkaniu. Jak zaprowadziłem cię w miejsce odzwierciedlające twoją osobowość. I w końcu – jak stwarzałem pozory swobodnego spotkania, które wcale nim nie było.
Bo widzisz, Selino, każdy twój uśmiech zabijał mnie tysiąc razy. Zbyt długo pozostawałaś dla mnie nieosiągalna, zbyt długo pozwalałem ci na trzymanie wodzy wedle własnego kaprysu. Twój widok w mojej sypialni – bezpretensjonalnie poruszającej się po geometrii pokoju, strzelającej naokoło ciekawskimi oczyma, rzucającej kąśliwymi docinkami – to wszystko było bolesne w swojej niecodzienności. Dopiero teraz, kiedy skalałaś swoją obecnością moje mieszkanie, zrozumiałem, że jest zwyczajnie puste. W jednej chwili zbrzydło mi nazywanie tego miejsca domem.
I wiedziałem, że ten stan nie minie, bo przecież pozostawałaś nieuchwytna.
Z trudem przychodziło granie nieswojej roli, kiedy znęcałaś się nade mną w najdrobniejszych gestach. Swawolnych uśmiechach, ezoterycznych skinieniach, aluzyjnych słowach, czy przypadkowych – a może zupełnie nie – dotykach.
- Pomimo mało absorbującej pracy, myślę, że nadal bez najmniejszego trudu dosiadłbym hipogryfa w locie. - Twoja prowokacja była tak ostateczna, iż trudno było uznać ją za zbieg okoliczności. W odpowiedzi na zaczepkę posłałem ci jedynie nonszalancki uśmiech, po czym przysunąłem kieliszek do ust, wlewając w gardło słodko-gorzki trunek i dochodząc do niepokojącego wniosku, że nawet wino musiało skojarzyć mi się z tobą.
A później, bez ostrzeżenia, przysunąłem swoją twarz do twojej, przez dłuższą chwilę przenikając cię stalowym wzrokiem, jakbym próbował wedrzeć ci się do duszy. Doprowadzałaś mnie do ostatecznego szaleństwa. Pragnąłem ciebie - w każdym możliwym wymiarze i w każdym z możliwych sposobów. Tu i teraz. Zawsze. Musiałaś ujrzeć to w moich oczach – bo przecież byłaś Seliną Lovegood i nie mogłaś pozwolić sobie na ucieczkę od tego spojrzenia. Zdecydowanego, nie znoszącego odmowy. Chciałem należeć do ciebie tak samo, jak chciałem, żebyś ty należała do mnie. Nie na chwilę. Nie dla cielesnej uciechy.
Na wieczność.
Uwalniając cię od swoich chłodnych oczu, nachyliłem się nad twoim uchem, niemal muskając je opuszkami warg.
- To zależy, czy chcesz tych atrakcji, Selino. - Szeptem złożyłem obietnicę, oddechem pieszcząc twoją szyję.






While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   03.01.17 0:12

To okrutne, że jej własne wyobrażenie o swoim zepsuciu, świadomie uniemożliwiające jej funkcjonowanie w ramach dotyczących innych ludzi - przecież ona nie odnajdowała wsparcia w drugim człowieku, tak znamienicie popisując się własną suwerennością, nie potrzebowała ciepła, wybierając zamiast tego opryskliwość, nad przyjaźń przekładała nienawiść, z ogromną dozą czułości stale dolewając oliwy do ognia, by płomień wrogości nigdy nie przestawał płonąć, bez mrugnięcia afiszowała się w rozkochaniu w samej sobie, nie dostrzegając najpiękniejszych cnót innych ludzi, jednocześnie destrukcyjnie pogrążając się w szaleństwie samotności, które było jedynie podżegane złowrogimi podszeptami starożytnych głosów i jej własnym niezbyt trzeźwym pomyślunkiem, a teraz to wszystko było tak brutalnie gwałcone i obdzierane do obcej, zupełnie nieznanej, nagiej istoty, która nie miała się czym bronić.
Nie cierpiała być zaskakiwana. Nie lubiła dawać się zapędzać do ciasnego kąta. Nienawidziła, kiedy uczestniczyła w bitwie, która z góry była skazana na porażkę - choć w normalnej sytuacji nawet to jej nie przeszkadzało, by emanować swoją silną osobowością. Stawała się jednak kompletnie słaba w momencie, kiedy ktoś znał ją na wskroś. I wykorzystywał to z chirurgiczną precyzją, dokładnie znając cały jej schemat. I nie była przygotowana na taki scenariusz. Była pozbawiona kroków. Ale dalej, naiwnie, myślała, że uda jej się zwodzić go tak, jak kiedyś. Nie miało to najmniejszego sensu, ale z uporem ćmy pchała się w stronę źródła światła i nawet poparzenia nie były dla niej znakiem ostrzegawczym. Ważniejsze było to, że z sentymentalizmem godnym wyposzczonej kozy pchała się do lisiej nory, by poczuć dawne blaski odzwzajemnianych uśmiechów. I nie mogła zaprzeczyć temu, że to było przyjemne. Bo ten gorzko-słodki posmak na języku to przecież właśnie melancholia i wspomnienia, przy jednoczesnym całkowitym odrzuceniu konsekwencji oraz istnienia ostatnich wydarzeń. Czy choćby niepokojących gestów. Usypiała podżegnywane zaaferowanie krótkim stwierdzeniem, że to przecież tylko Frederick Fox. Zawsze był blisko. Dawał poczucie komfortu i bezpieczeństwa, nawet jeśli przez żyły galopowały właśnie niezliczone dawki adrenaliny. Z upartością i wygodą chimery ignorowała dalej ostatnie ultimatum, niepokorne czyny i pełne pasji obietnice, które nijak nie były jej w smak. Nieważne, że z upartością osła głośno i wyraźnie artykułował, że ta cała lojalność i zapatrzenie to wynik obrzydliwego zakochania, z niepodobną śmiałością i zdecydowaniem zawłaszczał skrawki jej ciała i ustawiał w szeregu wedle swojego upodobania, jakby zapomniał, że ona miała swoje własne (ona wtedy też zapomniała) i nie mogła tak po prostu stwierdzić, że odrzuci to wszystko w nicość, zupełnie tak, jakby wypieranie tego ze świadomości miałoby w końcu zawrócić bieg czasu i wrócić do chwil, kiedy wszystko było prostsze.
Uniosła brwi na jego stwierdzenie.-Masz lepszą alternatywę?-kwas ustąpił miejsca rozbawieniu i zaciekawieniu, a frywolność wręcz sączyła się z niej hektolitrami, zatracając się w nierozważnym droczeniu się. Może miała nadzieję, że jeśli zagra wystarczająco głupią i niedomyślną to jej się jakoś uda i rozbudzi w nim bardziej tkliwe pobudki od pobudzenia.
Jej usta uformowały się w "o", a rozum ciągle trwał uśpiony, kiedy twarz przecinał uśmiech, jakby mu nie dowierzała w tym przyrzeczeniu. Igranie zbytnio ją bawiło. Złośliwa natura nie chciała ustąpić nawet, kiedy trwała pod ścianą. W końcu była Seliną Lovegood, zgniatała męskie serca sprawnym chwytem. Żaden testosteron nie zdołał stłamsić jej jestestwa. Nie wierzyła w samczą potęgę. Ale sięganie po lisi organ, by raz jeszcze skruszyć go pod swoim wpływem, przychodziło jej z coraz większym trudem, kiedy spadało na nią wrażenie świadomości. Cwanie niczym jej drogi przyjaciel, odrzucała tą tajemną wiedzę, mając zamiar przestać dopiero wtedy, kiedy zacznie się skarżyć. Ewentualnie.-Jak?-zapytała konkretnie, bo przecież gadać to sobie może każdy, ale zrobić... Cóż! Poza tym naprawdę nie lubiła nie wiedzieć - jako Pani i Władczyni każdej sytuacji powinna znać plan, a nie tylko mu się biernie poddawać. Poza tym kto wie, może będą skakać z dachu na latające dywany? Odczarują urok z zagubionego garnka i uwolnią z niego czyjąś duszę?
Rozszerzyła usta raz jeszcze, z cieniem drwiny, na jego zapewnienie. Gorzki posmak nieudanej prowokacji rozlał się po jej wnętrzu, a jej paznokcie ujawniły zirytowanie odgrywając marsz żałobny na wierzchu szkła.-Zero pompatyzmu na temat wyższego celu i zmiany świata?-cmoknęła, niby ze znikomym zainteresowaniem zerkając na niego znad kieliszka, kiedy nurzała w nim wargi. Nie wierzyła, by jego zapędy do zbawienia ludzkości i uwolnienia spod okowów niesprawiedliwości umarły w skutek śmierci z rąk rutyny i szarej rzeczywistości. Lubiła słuchać jego ideologicznego bełkotu.
-Co robisz?-wyrzuciła z siebie na wydechu, gwałtownie odsuwając od siebie wino (niechybnie rozlewając je naokoło, jednak nie zareagowała na to nawet mrugnięciem), a każdy mięsień się spiął, kiedy ciało już napięło się w gotowości, momentalnie przypominając sobie o zagrożeniu i próbując zapobiec kolejnej zagładzie (jej dumy, godności i niezaburzonym własnym odbiciu w lustrze, bo jeszcze trochę, a przestanie się poznawać!). Oczywiście, że nie odwróciła spojrzenia. Powieki rozchyliły się niekontrolowanie, szczęka zacisnęła w napięciu, a reszta zamarła w oczekiwaniu (precz biernej propagandzie słabych kobiet!) bezruchu. Emocje odbijane w tak dobrze znanych tęczówkach powstrzymywały ją przed nagłymi reakcjami, a palce tylko bezradnie zacisnęły się na szklanej szyjce, by nóżka kieliszka w końcu z rozpraszającym (a może kompletnie głuchym?) stukotem zetknęła się z podłożem. Czoło przecięła pojedyncza zmarszczka, która miała ukryć kołowrotek, który z nieznośną prędkością rozpoczął tworzenie chaosu w jej głowie. Jak to możliwe, że nagle jedyną wyczuwalną sensacją był ciepły oddech?
Przełknęła z pewnym przestrachem ślinę, jakby nagle lis stał się jej naturalnym wrogiem. Nie był. A ona nie była ofiarą. Myśli pędziły jednak z szybkością, która nie pozwalała na cokolwiek. Włożyła ogromny trud w to, by wypracowanym gestem unieść kieliszek do ust i wypić jego zawartość do końca, zupełnie ignorując drażniącą bliskość. Aż łaskotało ją w korzonkach od tych chuchnięć. I - o Merlinie - nie miała zamiaru sobie wyobrażać bliskości jego ust w tamtych okolicach!
-Obawiam się, że wino wcale nie będzie zbędne.-stwierdziła nisko, ryzykując przechyleniem głowy w jego stronę i powróceniem do krótkiego dystansu. Nie mogła jednak stale dawać się zastraszać milimetrowymi odległościami ich nosów od siebie. Nie miała zamiaru bez przerwy dawać mu odbierać sobie dech pojedynczym dotykiem. I jeśli myślał, że miłosne uniesienia są w sferze jej zainteresowań, to coś musiało mu poprzestawiać klepki w trakcie tego piekielnie długiego roku!






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   06.01.17 16:23

Znaliśmy się zbyt długo, bym – będąc jeszcze w kuchni – nie zdążył rozważyć co najmniej kilku scenariuszy, które byłaś zdolna mi zgotować, a jednak pozostawałaś dla mnie zagadką. Aktywnym wulkanem, intrygującym i bezkreśnie pięknym, gotowym do erupcji w najmniej oczekiwanej chwili, a jednak względnie spokojnym, plującym lawą w geście alarmujących protestów. Nie podchodź. Nie dotykaj. Czytałem każdy z tych znaków, a jednak czasy, kiedy z poszanowania dla wyznaczanych przez ciebie granic potulnie pozostawałem w sferze bezpieczeństwa, minęły bezpowrotnie. Tak naprawdę ten makiaweliczny ogień nigdy nie był mi straszny. Zdawałem się rozumieć jego naturę, wierząc, że tylko poprzez wyłamanie się z przyjętych konwenansów będę mógł poczuć jego oczyszczające ciepło. I nie zamierzałem się cofnąć nawet, jeśli ten nierozważny krok miał doprowadzić mnie do całkowitego pochłonięcia przez magmę. Łudziłem się, że gdzieś tam, pod spękaną skorupą, która stanowiła niemożliwą do przebicia warstwę ochronną,  ocalałaś ty – ta sama, którą niemal dziesięć lat temu przypadkiem spotkałem w ciasnych uliczkach Paryża.
Powinnaś wiedzieć, że zostałem stworzony do niemożliwego.      
- Zawsze mam tysiąc i jeden pomysłów na dobrą zabawę, ale znasz mnie chyba wystarczająco długo, by wiedzieć, że alkohol zwykłem traktować w roli przyjemnego dodatku, nie zaś wyznacznika dla skali rozrywki. - Wzruszam ramionami i w pozornie beztroskie słowa wplatam swoje rozczarowanie twoją słabością, które jednak nie atakuję cię z zaciekłością dzikiego drapieżnika, a - pod pretekstem zarzutu kierowanego we własną stronę – ma skłonić cię do odnalezienia drugiego dna. Nie już, nie w tej konkretnej chwili. Z chirurgiczną precyzją zaszczepiam ci myśl, która ma szansę wykiełkować w najbliższej przyszłości, lub równie dobrze obumrzeć w zalążku. Przywykłem do nieustannych porażek powodowanych twoim uporem, co bynajmniej nie zniechęcało mnie do podejmowania kolejnych prób. Bo widzisz, podobnie jak ty, nie lubiłem być przegranym. Z tą różnica, że w każdym niepowodzeniu – zamiast doszukiwać się źródła złych emocji – widziałem szansę na to, aby przekuwać kolejne słabości w siłę. Ty zaś trwałaś w błogiej nieświadomości tego, jak z każdym dniem pomagałaś mi stawać się lepszą wersją samego siebie.  
Twoje bezpruderyjne gesty przyjemnie łechtają moje ego, ciekawość zderza się jednak z kurtyną milczenia, choć odpowiedź zdaje się kryć tuż za niewymuszonym uśmiechem, który nadaje mojemu obliczu nonszalanckich kolorów.
- Nie zapominaj, że nie mogę pozwolić ci usnąć. - Podążam twoim tropem, kpiąc z samego siebie. Nawet, jeśli posiadałem tendencję do głoszenia swoich poglądów i tym samym zadawania niewygodnych pytań, nie godziło się przecież celebracji degradować do poziomu zwykłego spotkania. - Poza tym, co takiego mógłbym zmienić, siedząc z nosem w papierach? Znaleźć twoje akta i wymazać z nich wszystkie twoje okrucieństwa? - Zaśmiałem się cicho, jednocześnie zaniepokojony tym, jak bardzo rozbawił mnie własny żart. Gdyby za bezczelność, okrucieństwo i wyrafinowanie można było trafić do Tower, cela czekałaby na ciebie otworem.
Widziałem, jak paleta towarzyszących ci emocji ewoluuje z każdym calem, który skracał dzielący nas dystans. Jak instynkt samozachowawczy wpierw nakazał kapitulację. Jak po chwili drżały ci dłonie, gdy wlewałaś w siebie niemal całą lampkę wina. I jak w końcu – być może ośmielona alkoholem – postawiłaś na swoim, ścierając się ze mną w pojedynku na spojrzenia.
- Chyba nie próbujesz mi powiedzieć, że trzeźwy osąd cię przerasta? - Igram z tobą bezczelnie, nie pozwalając na to, by twoja szorstkość zmyła uśmiech z mojej twarzy. Ciągle widzę białe plamy na czarnym płótnie twojej osobowości, łudząc się, że mogłem stanowić ich źródło – podobnie jak i ty odznaczałaś się czernią na moim życiorysie. Byliśmy trochę jakby na siebie skazani - natura nie lubiła nosić się w jednorodnych barwach.
Trzymany w dłoniach bilet okazał się przepustką w jedną stronę. Cała podróż, która doprowadziła mnie do tej chwili, straciłaby swój sens, gdybym teraz zawrócił. Znałem już tylko jeden kierunek, a ten nieodwołalnie przyciągał mnie do twoich ust. Twój zapach magnetyzował, sprawiając, że traciłem kontakt z rzeczywistością. W zasadzie to nie chciałem w niej trwać, jeśli była zwyczajnie pozbawiona ciebie. Miałem dość tej twojej orbity, która kręciła się wokół mnie przez wszystkie lata. Nic dziwnego, że gwiazdy wybuchały i zderzały się ze sobą – żaden byt we wszechświecie nie był najwyraźniej wystarczająco masochistyczny, by w nieskończoność wypatrywać innych ciał niebieskich, ograniczając się jedynie do biernego odbijania światła.
Samotność zabijała nawet gazowe olbrzymy.    
Byłem już tak nieznośnie blisko, że nasze spojrzenia nałożyły się na siebie, zlewając w jednookiego cyklopa. Opuszki moich warg przesunęły się po twoim policzku, zatrzymując swoją wędrówkę ćwierć cala od twoich ust. Mój oddech zamarł, i choć z trudem powstrzymałem się od przedarcia przez twoją ostatnią linię obrony, bezlitośnie postanowiłem wyrwać ci spod stóp neutralny grunt, którego kurczowo się uczepiłaś. Twoja bierność nie przynosiła mi żadnej satysfakcji. Potrzebowałem ognia – tego, który rozpali moją skórę do czerwoności, lub zwęgli ją na popiół. Postanowiłem więc ofiarować ci to, czego pragnęłaś najbardziej. Władzę.
Czas na trzeźwy osąd, Selino.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   06.01.17 17:46

Podnosząc gardę od tak długiego czasu, z czasem zaciera się pierwotny powód, dla którego zrobiło się to po raz pierwszy. Jest to instynktowna reakcja, jedyny znany schemat, który sprawia, że oblewało cię poczucie bezpieczeństwa i ulga, że żaden cios nie zdoła zrobić ci zbyt wielkiej krzywdy - tak długo, jak pamiętasz o tym, by zostać w pozycji. Jakiekolwiek rozproszenie i poddawanie się prowokacjom było nieodpowiednie i ryzykowne, jednakże do dziś Lovegood nie była w stanie spuścić zasłony obojętności na słowa podżegające jej gniew. Nie była w stanie też sprecyzować kto konkretnie stawał w nią szranki i kto był przeciwnikiem, sprzymierzeńcem lub kompletnie niezaangażowany, bo oczy miała bez przerwy zasłonięte przez własne, zaciśnięte pięści. Z czasem nauczyła się, że nierzadko najlepszą obroną był atak, co z lubością stosowała, nie zauważając w sobie błędnych założeń. Prawie nic ją nie obchodziło. Sama broniła swojej wieży na zamku. Coraz mniej dostrzegała co właściwie znajdowało się w jego murach, ale nie miało to znaczenia. Chodziło o sam stan. O drogę. Bo ta była jedyna, prawda?
Wpatrywała się w niego bez słowa, jakby wypowiedziana uwaga jej nie obeszła, bo nie wykazywała żadnej reakcji, a jednocześnie w dosyć niepokojący sposób zatrzymała się, wiążąc go w swoim spojrzeniu. O ile pierwsza część zdania spotkałaby się z jej uśmiechem, może nawet wypowiedziałaby słowa aprobaty i mogliby z tego miejsca podryfować w przyjemne rejony wspomnień i przyszłych planów, to w dalszym fragmencie odnalazła już podszytą sugestię i niebezpośredni przytyk. Zmrużyła wolno oczy, unosząc wolno kąciki ust do góry, w jakimś kompletnie absurdalnym, demonicznym wyrazie. Był to jej nerwowy wyraz twarzy, bo chwilę potem mogła napiąć szyję i rzucić się na niego z rękoma, próbując go udusić i zmusić do cofnięcia tego, co właśnie powiedział. Jeżeli uważał, że był w pozycji, by decydować o tym, czyje podejście do alkoholu było słuszniejsze, to się srogo mylił! Miała ochotę jednak zrobić coś kompletnie odwrotnego - wyraźniej zaznaczyć tą różnicę poglądów, podkreślić kontrast, wyżłobić głębszą przepaść między nimi, by czarna dziura, która się znajdywała przed nim, kiedy tylko chciał się do niej zbliżyć, przerażała go do szpiku kości i nigdy więcej nie chciał wykonać tego kroku naprzód. Zrobić coś, by nacisnąć boleśnie na jątrzącą się ranę i obserwować, jak wije się z bólu i potem wypowiedzieć jeszcze na głos dlaczego cierpi i zmusić go do tego, by przyznał jej rację. Był taki głupi, mimo że grał rolę przemądrzałego, cwanego lisa, który jest zawsze szybciej pomyśli o czymś niż ty.
-Może właśnie dlatego nie bawimy się ze sobą na co dzień?-podsunęła aksamitnym, niewinnym głosem, unosząc lekko jedną brew do góry. Gdyby była grzechotnikiem, to pewnie poruszyłaby swoim ogonem, obwieszczając jego szybki koniec i zamiar przepuszczenia ataku.
Reagowała nagle, zanim myśl zdołała zakiełkować w jej umyśle, dojrzeć i przyjąć pełną formę. Wystarczył jej zalążek, by z całą mocą skupić się na sugestii i działać, zanim podsunięta idea zdoła wyrządzić jej zbyt dużo krzywdy, gdyby została poddana głębszej analizie. Nie miała zamiaru pozwolić, by ktokolwiek mieszał w jej głowie. Nawet, jeśli chciał "dla niej dobrze". Zupełnie jakby istniał jakiś uniwersalny, magiczny sposób na to, by każdy był szczęśliwy. Naiwne, głupie pieprzenie.
Kompletnie nie traktowała swojego nałogu za słabość, a raczej jako jedyną ucieczkę. Ile razy butelka trzymana w jej dłoni była kotwicą, jedynym pomostem, który utrzymywał ją w kontakcie z rzeczywistością, nawet jeśli jej percepcja była zamazana niczym okna w kajucie kapitana w czasie sztormu? To była jej ostoja. Studnia bez końca, w którą mogła wskoczyć, by utopić się w jej bezkresie, poczuć przyjemne odrętwienie, lekkość i wodę, która niosła wolnym strumieniem jej ciało i myśli, nie pozwalając, by cokolwiek ją zaatakowało. Na dnie była bezpieczna, nawet jeśli czasem zakradała się tam ciemność. Dopiero po wypłynięciu dosięgało ją przerażenie.
Zadrżała jej powieka, kiedy po raz kolejny zalała ją fala bezkresnej irytacji. Specjalnie przeciągał strunę, zgadzał się z nią bez żadnego filtra, ciągnąc jej drwinę i wymierzając kolejne ciosy w swoim kierunku, by to w końcu zatrzymała i wypowiedziała na głos swoją prawdziwą intencję, bez otoczki, która miała kryć jej plecy. Zacisnęła usta.
-Cóż, jeśli zasnę, to przynajmniej nie będzie mi przeszkadzać twoje paplanie.-sarknęła, nie ukrywając już dłużej rozdrażnienia. Odwróciła głowę, wpatrując się morderczym wzrokiem we wschodzące słońce, jakby to one było winne tej całej sytuacji. Może dlatego tak wolno wznosiło się w górę, bo nie chciało się wystawiać na jej złość?
Otworzyła usta, słysząc jego żart. Miała ochotę wstać i może wylać na niego tą przeklętą butelkę skrzaciego wina, ale zdążyła tylko odpowiedzieć mu drwiącym uśmiechem, który zaraz zmył, zmniejszając między nimi dystans. To zabawne, jak jej pewność siebie zdawała się gasnąć, niczym zapałka pod kloszem - zupełnie tak, jakby bliskość intruza działała na nią w ten sam sposób. Może właśnie z tym walczyła? O swój płomień, który powinien trwać nieprzerwanie? Tylko dlaczego nie parzył obcego ciała tylko umykał przed nim w popłochu? W końcu jednak odnalazła w sobie samozaparcie, uznając, że Frederick sam na siebie ściągał ten los i to nie będzie jej wina, jeśli coś mu się przez to stanie. Cały czas podkreślał, że dobrze zdaje sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji. Dlaczego to niby ona ma uważać na to, czy czasem Fox nie zrani się w trakcie? Najwyższy czas postawić sprawę jasno. Dosyć z ciągnięciem tej idiotycznej mimozy, w którą przekształciła się ich magnetyczna relacja. Czy naprawdę nie widział, jak wszystko niszczało, skażone pierwiastkiem niechcianego uczucia? Topniało niczym cukier po zetknięciu z wodą, tworząc ohydny, niezdolny do przełknięcia słodki syrop, który był możliwy do strawienia tylko przez dzieci - zupełnie tak, jak bajki. I miłość należała do sensacji, które powinny pozostać zatrzaśnięte między kartami książek w dziale dla najmniejszych. Oni mogli w to wierzyć, przecież jeszcze nie wiedzieli jak funkcjonuje świat. Dlaczego więc dorosłe osoby oszukiwały się, że to może się w jakikolwiek sposób udać?
-Masz rację, to nie ja powinnam się znieczulać.-powiedziała, mrużąc lekko oczy, niezadowolona z kierunku, w jakim to wszystko się potoczyło.
Bo co on jej niby próbuje zarzucać? Że nie potrafi ocenić sytuacji na trzeźwo? Boi się podjąć jakiejś decyzji? Naprawdę nie potrafił dostrzec, że jedyne, co ją powstrzymuje to... ta irracjonalna troska wywołana przez świadomość skutków, jakie mogą za sobą nieść pewne rozwiązania?
Ściągnęła brwi, wpatrując się w niego z jakimś wewnętrznym konfliktem. Nie potrafiła jednak dojść do konkluzji. Jego bliskość była irytująca samo przez się, choć przez jego wyznanie była czymś, co była w stanie ewentualnie ścierpieć, drażnił ją tylko jego ciepły oddech i reakcje własnego ciała, które było tak rozczarowująco słabe, kiedy przecież jej rozum pozostawał zupełnie pragmatyczny i trzeźwy. Boleśnie trzeźwy.
Westchnięcie zostało zduszone przez zamknięcie ust, kiedy zapory puściły, powieki opadły jakby zmęczone, a obce wargi wędrowały wzdłuż poziomu jej twarzy, by w końcu zatrzymać się jakby w pół aktu w jakimś dziwnym wyrazie zawahania. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy chłodna świadomość uzmysłowiła jej mijające sekundy i zawieszenie, które stawiało ją w dziwnej, nienaturalnej pozycji. Otworzyła oczy, niepewna, czy źródło ciepła zniknęło bezpowrotnie. Napotkała czujne spojrzenie i wyczekiwanie. Dlaczego klatka piersiowa zaczęła jej się nagle unosić szybciej? Przekręciła głowę, jakby chciała mieć na niego lepszy widok i skonfrontować jego kolejne durne pomysły, ale jego wyraz się nie zmieniał. Nie rozumiała dlaczego jej po prostu nie pocałował tak, jak ostatnio. Czego on od niej oczekiwał? Przecież czekalił na to!
I nagle wybuchnęła w niej frustracja. Chciał ją przyłapać na gorącym uczynku?
Mogła przecież wyciągnąć nieco szyję, zetknąć ich wargi razem i mieć to już za sobą. Pocałunki przecież były proste. Ile razy sięgała w ostatnim czasie do obcych ust, nie robiąc sobie nic z odległości, którą musiała pokonać, by zasmakować czyjegoś smaku. Manifestowała w ten sposób to, że to ona tutaj kontroluje sytuację, prowokuje do tego, by nie odrywano od niej wzroku, zabiera to, na co w danym momencie ma ochotę lub ktoś jej tego odmawia, jakby nie było jej przeznaczone. Namiętnie pokonuje wszystkie bariery, jakby odnajdywała w tym czynie niewypowiedzianą satysfakcję, rozbierając ten akt czułości z podstawowego impulsu, jakim powinien być kierowany. A przynajmniej tak uważała. Ale Lis przecież nie był przez nią do końca traktowany jak konkurent. Zawsze był bardziej... partnerem, mimo że rywalizowali niezliczoną ilość razy.
Wyraz niezrozumienia mieszał się u niej ze złością.
-Dlaczego przestałeś?-zapytała, ignorując, jak dziwnie brzmiało to pytanie, kiedy wkładała w nie pretensję.-Czego ty właściwie chcesz, co?-zaczęła go atakować kolejnym.-Nie tego oczekiwałeś? Nie spełnia to twoich wyobrażeń?!-skrzywiła się, podnosząc głos. Pchnęła go, obracając gwałtownie głowę, dając urazie wygrać nad czymkolwiek innym. Przełknęła ślinę, krusząc się, kiedy ta dziwna, obca sensacja nie znalazła ujścia w gniewie. Tętno odgalopowało jej już dawno w stronę Marsa.-Szlag by cię.-warknęła, przysuwając się do niego nagle, łapiąc (a może przytrzymując się?) jego szaty, kiedy po pełnym drżenia zawahaniu z pełnym zdecydowaniem zmiażdżyła jego usta własnymi.-To nie jest twoja cena?-wydała z siebie ciszej, rozluźniając wolno palce. Oparła czoło o jego własne, zawieszając między nimi raz jeszcze niewidzialną, kilkumilimetrową barierę. Dlaczego właśnie teraz postanowił ją przejąć taki chłód?






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   06.01.17 22:28

Był czas, kiedy sam z rozkoszą wtłaczałem w swoje żyły wykraczające poza normę ilości alkoholu, pozwalając trwać słodkiej nieświadomości i oddając wodze obojętności. Prosty do osiągnięcia stan, ułatwiający poruszanie się w rzeczywistości. Odrobina lekkich narkotyków, codzienna zmiana twarzy, nieustająca ucieczka od życia, które stało się przerażająco puste. Tobie – może nie jedynej, ale z pewnością jednej z nielicznych – opowiedziałem tę haniebną historię słabego człowieka, jakim był Lycus Malfoy, wątły chłopiec o szlachetnym licu, który pogubił się w swojej bezsilności.
Nie zamierzałem być twoim głosem rozsądku. Sama musiałaś wybierać swoje ścieżki – ani przez sekundę nie zwątpiłem w to, byś pozwoliła komukolwiek przejąć nad sobą dyktaturę. Ja mogłem jedynie podrzucać ci wskazówki.
Twój głos brzmiał miękko, a jednak przecinał powietrze niczym siarczysty mróz, wypełniając płuca tysiącem lodowatych ostrzy. Podobnie, jak ja, doskonale wiedziałaś, jakich sięgać podstępów, aby podciąć mi skrzydła, ale i tym razem znalazłem sposób, aby wywinąć się przed bólem, jaki próbowałaś mi zadać. Każdą wymierzoną we mnie strzałę nienawiści przyjmowałem z uśmiechem godnym błazna, pomimo nieustannych upokorzeń uparcie pozostającego w łaskach całego dworu.    
- Jeśli w swojej codzienności odczuwasz brak mojego towarzystwa, nic nie stoi na przeszkodzie, aby to zmienić. - Sprytnie wyławiam spośród twoich słów sens, który mógł być słodką prawdą, albo zwyczajnym naginaniem zasad.
Nie mówię na głos tego, że bez względu na to, jaką drogę zdecydujesz się obrać, podążę za tobą. Jeśli każesz mi się gonić, będę biegł tak długo, aż nie padnę z wycieńczenia. Wyciągnę w twoją stronę ręce, gdy potkniesz się i zaczniesz spadać w dół – i złapię cię w locie, choćbym miał roztrzaskać się o bezlitosne dno. Nazwij mnie głupcem, wymyśl tysiąc innych, obraźliwych epitetów – nie ustąpię. Desperacko potrzebuję twojej goryczy, twojego realizmu, chłodnego osądu. Lekkości twojego zachowania, eksplozji entuzjazmów, niepohamowanej ciekawości, spontaniczności, silnej woli. Nieustannie chcę udowadniać ci, że jestem Fantastycznym Panem Lisem. Chcę stanowić powód, dla którego na twojej twarzy pojawia się uśmiech – nie chcę cię zmieniać. Chcę stać się częścią ciebie. Twojej codzienności. Dlaczego uciekasz, kiedy jestem zdolny wypowiedzieć wojnę niebu, gdyby nie spodobał mu się kolor twoich oczu? Trzaskasz drzwiami, gdy przez próg chcę przenieść dziesięć kilogramów humoru, który pokryje bure barwy świata trwającego naokoło?
Rezygnuję z dalszej potyczki na słowa, wspaniałomyślnie pozwalając ci na satysfakcję ze zwycięstwa w tej konkurencji. Nie potrzebuję cię drażnić – wiem, kiedy należy złożyć broń. Odpuścić, odsuwając na bok własną dumę i wzruszyć ramionami. Na świecie toczyło się zbyt wiele wojen, bym chciał podżegać kolejną.
- Twoja bliskość wystarcza, by pozbawić mnie racjonalności. - Znów pieszczę twoją naprężoną skórę swoim oddechem, bezpruderyjnie przyznając się do największej słabości, która nosiła twoje imię.
A jednak, pomimo władzy, jaką nade mną miałaś, to ja dyktowałem ci warunki, zmuszając do określenia reguł gry. Nie wiedziałem, czy zawieszony w czasie pocałunek przyniesie mi bliznę, której nie zdołam wyleczyć, czy może stanie się odpowiedzią. Gdybym jednak dokończył dzieła, czy nie poddałabyś się mu zbyt łatwo? Kapitulacja nie była wpisana w twoją waleczną naturę. A może był to tylko kolejny element pancerza, który kruszył się pod wpływem mojego dotyku?
Dłużąca się w nieskończoność chwila ściągnęła na mnie chaos pytań bez odpowiedzi, które mnożyły się z każdą sekundą, pulsując tuż pod czaszką. Twój głos, kiedy w końcu rozbrzmiał, zdawał się odległy i zupełnie obcy.
Wszystkie dlaczego wymierzone z gniewem w moją stronę skumulowały się do jednej sentencji.
- A czego t y chcesz, Selino? - Mój ton był stanowczy, jednak pozbawiony cienia agresji. Dałem ci kontrolę, której desperacko się domagałaś. Popełniłem taktyczny błąd. Powinienem był wykraść ci ten pocałunek, tak, jak zrobiłem to poprzednim razem. Bezwzględności wyzbyłem się wraz ze swoim dawnym nazwiskiem, ale bywały chwile, kiedy utwierdzałaś mnie w przekonaniu, iż ta radykalna zachowawczość pozostawiała mnie samego w szczerym polu, chłostanego przez zimny wiatr. Ty jednak sama zdawałaś się nie wiedzieć, w jakim kierunku powinnaś podążać. Nigdy nie przypuszczałem, że będę musiał dokonywać za ciebie wyboru – ale być może, paradoksalnie, potrzebowałaś mnie bardziej, niż którekolwiek z nas było w stanie sobie wyobrazić. Nie wiedziałem, jak działał twój kompas i czy działał w ogóle, za to szybko przekonałem się, że mechanizmy obronne, którymi dysponowałaś, funkcjonowały bez zarzutu.
I nikt inny, tylko ty, nie doprowadzał mnie na skraj szaleństwa, w jednej chwili z impetem odpychając moje ciało, by w drugiej łapczywie łapać się mojego kołnierza i wpijać w moje usta. Z teatralnym zdecydowaniem, które nie pozwalało mi określić, na ile pocałunek ten był tylko grą i zmazaniem własnego niezdecydowania, a na ile wynikiem wolnej woli. Choć posmak niepewności na moich wargach rozlał się wyjątkowo cierpko, twoja nieoznaczoność i ulotność mnie ujmowała, jednocześnie gubiąc w labiryncie twoich emocji. Kiedy jednak zawisłaś tak, wsparta o moje czoło, wydałaś mi się całkowicie chwiejna, jakbyś sama nie wiedziała, dokąd zapędziły cię twoje myśli. Ja za to doskonale wiedziałem, że moje wiodły wprost do ciebie.  
- Nie ma żadnej ceny. Czy tak trudno uwierzyć w bezinteresowność?
I choć byłem wyjątkowo zachłanny, nie oczekiwałem od ciebie niczego w zamian w chwili, gdy w pasie otaczałem cię jednym ramieniem, by drugą dłonią ująć twój podbródek. Nie chciałem niczego również chwilę później, gdy kciukiem delikatnie rozchylałem twoje wargi. Odklejając swoje czoło od twojego, moja dłoń rozpoczęła leniwą wędrówkę w dół, zatrzymując się na linii twojej szyi. I w końcu – już bez wahania – sięgnąłem do twoich ust, w imię zasady burzenia wszystkiego, by później gonić za utraconymi rajami. Składając ciepły, wilgotny pocałunek na twoich wargach, wiedziałem, że nie stanowił dla ciebie żadnej obietnicy. Nie potrafiłem jednak pozostawać dłużej obojętny wobec twojej nieznośnej bliskości. Upajałem się zapachem twojej skóry, jej miękkością pod moimi palcami, i całą tą chwilą, którą chciałem zamknąć w nieskończoności – nawet, jeśli zamierzałaś odepchnąć mnie ze zdwojoną siłą.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   07.01.17 0:34

To frustrujące, że batalie z kimś bliskim były takie trudne do stoczenia - jednocześnie miało się wszystkie narzędzia i informacje, by wymierzyć jak najtrafniejszy cios, który bez wątpienia zaszkodzi oponentowi, dodatkowo ładunek emocjonalny sprawiał, że wszystko było bardziej zajadliwe, gwałtowne, impulsywne i pozbawione przemyślenia, to jednak mózg wysyłał co jakiś czas tytanowe zapory, które wstrzymywały całą amunicję, jaka była do wystrzelenia. Co było w tym wszystkim najgorsze, to satysfakcja ze zwycięstwa była krótkotrwała. Kiedy tylko wzrok stracił na namiętności, wolno pozwalając rozsądkowi wejść na pole bitwy, momentalnie widok zgliszcz atakował drugą stronę ze wzmożoną siłą, jakby nikt nie był przeznaczony do tego, by wyjść z takiej wojny cało.
Skrzywiła się, kiedy jej zacięte riposty były odbijane z taką dokładnością, idealnie trafiając w cel. Teraz jej ruch. Tyle, że po raz kolejny zaślepiła ją biała gorączka i oburzenie związane z sugestią, którą zawarł w tej propozycji. Że to niby jej przeszkadza, że się nie widzą częściej? I co? I jeszcze może za nim tęskni? To śmieszne!
-Och, w zupełności mam cię dosyć po takiej częstotliwości spotkań! Mieszasz mi w głowie i pot...-zatrzymała się, kiedy gniew znów porwał ją w stronę bezsensownej paplaniny, która definitywnie nie zawarła tego przekazu, na którym jej najbardziej zależało. Poruszyła się niespokojnie, zmieniając nieco pozycję, w jakiej siedziała. Zmrużyła oczy, kiedy próbowała otworzyć usta i wytłumaczyć co właściwie miała na myśli - zarówno teraz, jak i przy poprzedniej uwadze, ale zacisnęła wargi ze złością, zdając sobie sprawę z tego, że to jedynie da uciechę Frederickowi.-Mam obowiązki.-zakończyła poważniejszym tonem, dając popis swojej pychy, mimo że te słowa to kolejne gładkie kłamstwo. Jej głównym zobowiązaniem po treningach było udanie się do baru i spędzanie wieczoru w wątpliwym towarzystwie, byleby tylko jak najmniej czasu spędzać w domu, do którego wracała z coraz większą niechęcią i strachem.
Nie mogła usłyszeć tych wszystkich deklaracji i obietnic. I bez tego jej klatka piersiowa unosiła się tak, jakby spoczywał na niej jakiś ogromny ciężar, który nie pozwalał jej na złapanie regularnego oddechu. Nie powinien jej zarzucać przysięgami, których wypełnienia oczekiwałaby każdego dnia, wyczekując ich z niecierpliwością, jakby nagle stawały się nieodłączną częścią jej istnienia. Nie zniosłaby, gdyby kolejny fragment układanki pt.: "Selina Lovegood" pewnego razu przepadłby na zawsze. Zawód i strata były emocjami, które ciężko przeżyć, kiedy nie potrafi się schować dumy do kieszeni.
Złość wolno odpływała, kiedy nie polewano jej stale oliwą. Zupełnie tak, jakby po raz kolejny, ten przeklęty Lis wyczuł kiedy należy powiedzieć "dość".
Zwykły obłok ciepła, nic nie znaczące wyznanie, by wprawić ją w osłupienie i nagły atak paniki. Nic tak jej nie przerażało jak coś, nad czym kompletnie nie miała kontroli i nie potrafiła przewidzieć jego skutków. Zamarła, jakby to miało zamaskować jej reakcję i pomóc jej utrzymać mocną pozę. Nie miała śmiałości nawet zastanowić się czy podobna pieszczota była dla niej przyjemna, właściwie nawet nie ryzykując nazwania tego, co się między nimi działo. To nie tak, że nie miała doświadczenia. Była zwyczajnie p r z e r a ż o n a do szpiku kości obrotem, jakie przybrały sprawy między nimi. Jedna z jej ostój, jej bezpieczna wyspa, jej ląd, okazał się nagle unosić, poruszać, zmieniać. I nie potrafiła ocenić tych zmian. Były takie obce.
Łopoczące serce nie znalazło ukojenia w wystrzeliwanych pytaniach, kiedy jedyną odpowiedzią było coś, co tak sprawnie zburzyło podstawy zamku, który budowała. Dlaczego tak beznamiętnie uderzał właśnie w te rejony? Wargi poruszyły się bez głosu, jakby po raz pierwszy w życiu nie miały gotowej riposty na zawołanie. A to przecież było takie proste, by wytworzyć odpowiedni dźwięk.
Skąd ja mam to wiedzieć, skoro to wszystko dzieje się przez ciebie? - czy jej drżący głos wypowiedział to na głos? A może pojawiło się to pytanie tylko w jej myślach, burząc kolejny mur, obnażając ją z kolejnych zapór. Dlaczego się tak uparł i postanowił poznać każdy jej aspekt? To wszystko było prostsze, kiedy każda osoba dostawała tylko uszczerbek jej osobowości - drobną pożywkę dla myśli, starannie wydzielony kawałek, który pozwolił jej trzymać resztę skrzętnie skrytą. Tylko w taki sposób mogła się skutecznie bronić. A on? Zachłannie przywłaszczał sobie każdą jej cząstkę, poznając i znacząc sobą, nie pozostawiając nic w spokoju. Czy to nie naturalny stan, że drżała ze strachu? Jak mierzyć się z takim przeciwnikiem, który już dawno został dopuszczony zbyt blisko? Wiedziała, że ma coś w zanadrzu, ale nie chciała iść tamtą drogą.
-Wiem, czego nie chcę.-to na pewno wybrzmiało głośno, kiedy łapała oddech, opierając się o jego czoło. Ten cały dramatyzm, ta trwoga, to wahanie, cała słabość... nic nie było warte takiego poświęcenia. A tym bardziej ryzyka, jakie się z nimi wiązało.
Nic. Nawet kolejny pocałunek.
Nie odpowiedziała na kolejne pytanie, bo bardzo dobrze znał jej stanowisko w tym temacie. Była chodzącym sceptycyzmem. Nie wierzyła, by światem rządziły takie mechanizmy. Nawet szlachetnym, Fantastycznym Lisem.
Poruszyła się; kiedy obce ramię oplotło ją w pasie, zagarniając dla siebie zaborczo; ale tylko po to, by przysunąć się bliżej i umiejscowić się na jego kolanach - to był w końcu wyjątkowo zimny, marcowy poranek dla wymarzniętego ciała po tak długim meczu, a druga osoba była naturalnym źródłem ciepła! Było coś hipnotycznego w sposobie, w jaki jego oczy śledziły ścieżkę własnej dłoni. I może rzucono na nią właśnie jakąś piekielną klątwę, niemożliwy do pokonania czar bądź urok, który nie pozwolił się jej już dłużej opierać. Bo jak inaczej wytłumaczyć to przyzwolenie? Jej własne ręce zawisły bezczynnie za głową aurora, by po kilku sekundach zgiąć się i w niemalże nieśmiałym geście zsunąć się po jego ramieniu lub objąć szyję i niepostrzeżenie wpleść palce w gęste kępki włosów, stając się po pewnym czasie jej jedynymi punktami odniesienia, kiedy świat zaczął wirować, a jej receptory ograniczyły się tylko do zmysłu dotyku i zapachu.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   07.01.17 14:59

Byłaś siewcą wiatru, który z rozkoszą zbierał burzę i nawet ja – o prometejskiej twarzy, z całą swoją szlachetnością pod pachą – nie potrafiłem oprzeć się tornadu, które nosiło twoje imię. Ulegałem jego żywiołowi, chwytając się wszelkich możliwych sposobów, by je zatrzymać. I choć byłem zwolennikiem pokoju, nieustanna walka z tobą weszła mi w krew, zmuszając do naginania własnych zasad, do sięgania po lisią przebiegłość i działania z ukrycia. Niepokojące wydało mi się to, że – wbrew chłodnej logice – lubiłem nasze potyczki, które przypominały raczej niewinne kąsanie się dwóch drapieżników w ramach zabawy, niż zatargi zbierające krwawe żniwo. Było coś pociągającego w tym ciągłym przekraczaniu granic, w spojrzeniach nie znoszących sprzeciwu, we wzajemnym zmuszaniu się do płynnego brylowania poprzez pola minowe, w ścieraniu się dwóch, odrębnych temperamentów, spośród których jeden reprezentował zniszczenie, a drugi – odrodzenie. I chyba tylko ta naturalna przeciwstawność charakterów pozwalała nam trwać obok siebie przez tyle lat.
Mojemu czujnemu oku nie umyka to, jak plączesz się w swoich zeznaniach. Jak rozbuchana duma nie pozwala ci na szczerość. Jak z oślim uporem zarzucasz pętlę wokół własnej szyi, gotowa prędzej zawisnąć, niż uchybić własnemu ego. Powinienem rozumieć – a jednak napotykam zimną ścianę, przez którą nie potrafię się przebić, więc tylko uderzam głową w mur, licząc na to, że sumienną pracą uda mi się go zburzyć. Kto skrzywdził cię tak dotkliwie, że wybudowałaś wokół siebie tę niezdobytą twierdzę? Wyrżnąłbym wszystkich, którzy dołożyli do niej swój kamień. Tylko dlaczego wciąż chciałaś widzieć we mnie wygłodniałego wilka, podczas gdy byłem tylko lisem, wyczekującym dnia, w którym zostanie oswojony? Sama powiedziałaś kiedyś, że egoistycznie mnie potrzebujesz. A ja potrzebowałem ciebie. Dlaczego, pomimo władczej natury, wzbraniałaś się przed odebraniem mi wszystkiego? Dlaczego z goryczą przełykałaś prawdę, częstując mnie kłamstwami?
Nie mogłaś wiedzieć, że surowy, drewniany pierścień na moim palcu nie był zwyczajną ozdobą. Nie mogłaś wiedzieć, jakie wiązały się z nim wartości, i że fakt, iż nie zdążył jeszcze wypalić mi blizny, czynił mnie człowiekiem o czystym sercu. Magia Zakonu Feniksa nie znała poszanowania dla tych, którzy zdradzali własne ideały, o czym przekonałem się, gdy ujrzałem spopielone piórko Lilith, tuż po jej zaślubinach ze zdrajcą. Nie zwykłem dawać obietnic bez pokrycia. Nie potrafiłem zrozumieć też, dlaczego – pomimo nieustannych dowodów – nie potrafiłaś mi zaufać, permanentnie doszukując się podstępu w moich oczach. A przecież nigdy nie uciekałem przed tobą wzrokiem, czasem wręcz nachalnie zmuszając cię do spojrzenia w lustro mojej duszy, pozbawionej nieczystych intencji względem ciebie. Chciałem odkryć przed tobą labirynt wszystkich ścieżek, którymi zwykłem się poruszać, choć nawet nie łudziłem się, iż zdołałabyś je dojrzeć.  
Może następnym razem - zamiast na randkę – powinienem zabrać cię do okulisty. Podstęp ukartowany w dobrej wierze nie mógł przecież urosnąć do rangi czynu haniebnego!
Wydałaś mi się krucha, a jednocześnie nieskończenie silna, kiedy z twoich ust padły słowa, których szczerość obnażyła twoje zagubienie – choć nie całkowite, bo świadomość własnych granic stanowiła podwalinę sukcesu. Nie zdążyłem jednak zapytać, co takiego nie mieściło się w twojej godności. Pozbawione trzeźwości usta nie były już zdolne do niczego wykraczającego poza odnalezienie drogi do twoich.  
Najdrobniejsza komórka mojego ciała drżała, gdy twoje dłonie uniosły się niczym zwiastun apokalipsy, jednak zamiast siarczyście wymierzonego policzka i gwałtownego odepchnięcia, spotkałem się ze snem, który odebrał mi resztki rozumu. Chód pierwszego, wiosennego poranka smagał moją skórę, ta jednak zdawała się wrzeć wewnętrznym ogniem, pozostając bierna na działanie temperatury. Wzajemność twoich pocałunków paraliżowała moje zmysły, osnuwając mleczną mgłą wszystkie głosy rozsądku, które bezskutecznie próbowały przebić się przez drżący oddech, zachłannie wkradający się w twoje usta.
Zaskakująco piękny początek miała ta długa droga w dół.
I choć obiecałem ci wschód Słońca, z chwilą, gdy jego tarcza w końcu zdecydowała się wyłonić się zza linii horyzontu, objąłem cię ramionami i w egoistycznej zachłanności ukradłem tylko dla siebie, ukrywając w murach sypialni.  Niespiesznie odkrywałem kolejne tajemnice drzemiące pod ubiorem, wytyczając najśmielsze ścieżki na mapie twojego ciała. I brałem od ciebie coraz więcej, coraz pożądliwiej, jakby w obawie, że za chwilę rozpłyniesz się na zawsze, pozostawiając mnie pośrodku bezkresnej pustki, z galopadą sprzecznych myśli, gotowych rozszarpać moją duszę. Okrucieństwo musiało być nierozerwalną częścią twojej egzystencji, bo im bliżej ciebie się znajdowałem, tym dotkliwsze rany pozostawiało na mojej duszy. I choć świadomość tego, jak puste doświadczenie mógł stanowić dla ciebie ten poranek była nie do zniesienia, nie mogłem uciec – nie w chwili, gdy cały świat znajdował się w moich rękach.

Posyłam ci bezdomne moje serce.
Co chcesz z nim zrób.
Na swoje zamień to bezdomne serce
Lub zatrać, zgub.
Wdzięczne ci będzie to bezdomne serce
Nawet za grób.*


*Julian Tuwim





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   07.01.17 16:42

A co, jeśli za tym grubym murem nie było zupełnie nic? Może właśnie by wypełnić pustkę, został zbudowany zamek. Twierdza pozorów, która miała łudzić swoim rozmachem, rozsiewać podszepty o kuszącej tajemnicy, byleby tylko zapewnić uwagę i atencję, której potrzebowała. Puste naczynie, której próżność mogła być zapełniona tylko i wyłącznie przez zbudowanie tej całej otoczki - historii, która kazała wierzyć, że pod tą warstwą kryje się coś jeszcze, bo przecież musi! Mogła być potworem w przebraniu, który chciał jedynie zagarnąć dla siebie odrobinę ciepła. Egoistycznym stworzeniem, które nie potrafiło niczego poza braniem. Może była syreną, którą ewolucja wypchnęła z morza, by rozszerzyła zasięg swoich szponów i pożerała serca i dusze na lądzie? Dlaczego tak ciężko uwierzyć w to, że niektórzy ludzie byli po prostu źli?
Bo tak ciężko przyznać się do tego, że najmocniejsi byli zwyczajnie s ł a b i i nieodporni, porażający taką wrażliwością, która robiła ich tkliwych na najmniejszą przykrość - ubierali się więc w grube kożuchy z czegokolwiek, co mogło odepchnąć innych, atakowali pierwsi, ubezpieczali się na każdy wypadek, bezpowrotnie zamykając wrota empatii, tak bardzo niezdolni do egzystencji w normalnych warunkach. Może zwyczajnie pogubili się po drodze przekuwania słabość w siłę, wybierając tą prostszą, może nieco ciemniejszą ścieżkę. Chowali się za kolcami, przykrywali chłodem, otaczali samotnością. Czy tak nie było lepiej?
Auror z ostoi coraz szybszym tempem przeradzał się w jej zgubę. Stawał się tak zastraszająco obcy w swojej bliskości. Spojrzenia, które niegdyś sprawiały, że czuła ciepło, jakby taplała się w blaskach wschodzącego słońca, aktualnie wprawiały ją w bolesny paraliż, cofając się do zimnego cienia - miała ochotę się przed nim schować, ale przed jego wzrokiem nie było ucieczki, bo tak dobrze znał każdą z jej kryjówek. Miała wrażenie, jakby stała nad przepaścią ostateczności. Wmawiała sobie rozpacz i stracenie. Mianowała go swoim końcem; katem, który zamykał w klatce, z której nie potrafiła się uwolnić. Wabił ją najokrutniej w świecie rozgrzewającym uśmiechem, mamił obietnicami, które jednocześnie zdawały się rozrywać jej serce i łatać je na nowo, parzył najlżejszym dotykiem, kruszył w objęciach, podawał wrzącą truciznę pocałunkami, nie mając zamiaru wieńczyć dzieła tylko na tym. Zagrabiał każdy skrawek jej skóry, z taką pasją obdzierając najmniejszy fragment, by najdelikatniejszym z tknięć doprowadzać ją na skraj zmysłów. Najdrobniejsza tortura wykonywana była z najczulszą starannością, jakby od dłuższego czasu planował dokładnie co zrobi, kiedy tylko ją posiądzie.
Wszystko zdawało się aktualnie pozostawać w sferze niedopuszczalnego paradoksu. Zupełnie tak, jakby ktoś wymieszał dwie kontrastujące farby - biel i czerń, które odmawiały przeniknięcia się i przemienienia w szarość. Każda ich przywara była aktualna w tej mieszaninie, przylegając ciasno do siebie, tworząc to niesamowite, niecodzienne połączenie. Czy tak wyglądała harmonia? Wielki chaos, który pozwalał każdej cząsteczce odnaleźć swoje miejsce, akceptując zupełnie ich odmienność? Dlaczego wydawała się więc aż tak dysfunkcyjna i nieprawidłowa, kiedy przeciwne rzeczy stykały się ze sobą, nawiązując dziwną, nienazwaną więź?
Myśli zdawały się kompletnie odpłynąć, wyssane przez obce wargi. Pozostawała w nieświadomości własnych czynów, mimo że zmysły były tak przenikliwie pobudzone, a najmniejszy bodziec przeszywał ciało jak najcieńsza z igieł, precyzyjnie trafiając w cele, by sprawić, że mięśnie były jakby z waty, niezdolne do jakiegokolwiek sprzeciwu poza wolnymi ruchami, które niestety nie miały nic wspólnego z walką czy protestami.
Pierwsza niedotrzymana obietnica odbiła swój stempel, co powinno dać jej dziką satysfakcję w wypomnieniu mu tego uczynku. Miękka pierzyna zdawała się jednak ją utopić w swoich odmętach, bo niezdolna była do wydania dźwięku. Pocałunki bez przerwy odbierały jej dech. Zdawała się być nieobecna. Skonać w jego ramionach niczym ptak zamknięty w złotej klatce, którego brak wolności w końcu doprowadził do zmarnienia, choć pozostawała jednocześnie w przejmującym, dotkliwym kontakcie z tym, co się działo. Sprzeczności zdawały się nie móc do niej dotrzeć, mimo że ze wściekłością biły w przezroczyste mury - ledwie zarejestrowała ich obecność, kiedy poddawała się kolejnym procesom skórowania i piętnowania rozżarzonymi dłońmi, a ten rozkoszny ból zdawał się dawać abstrakcyjne ukojenie.
Jakie to uczucie być oprawcą, szlachetny Lisie?
Czas zdawał się być nieobecny lub przesypywać swoje ziarna niezwykle leniwie, odciskając ślady na każdym z nich z wielką starannością, by żadna sekunda nie umknęła niezauważona. Momenty były liczone w dotykach, minuty w pocałunkach, wieczność w akcie.
Byłeś w stanie je zliczyć?
To było takie nieprawdziwe, jak wyjęte ze snu - starannie wyczarowana iluzja, by uspokoić zszarpane, doprowadzone na skraj zmysły. Jak mogło się wydarzyć kiedy to upojne marzenie pozostawiło po sobie tylko doprowadzającą do szaleństwa pustkę i przejmujące zimno porannego, marcowego powietrza, które wpadało przez otwartą okiennicę?

/zt x2






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you that
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   01.12.17 13:20

[10.05.]

Postać w kapturze znów się do mnie zbliżała, uniosła dłoń uzbrojoną w niewinnie wyglądający prosty kawałek drewna.
- Jestem po waszej stronie - usłyszałem własny głos, nienaturalny - jakby z oddali i z dziwnym pogłosem. Spróbowałem cofnąć się kilka kroków, ale stopy ani drgnęły. Ze strachu szumiało mi w uszach. Serce waliło mi w piersi jak młotem.
- Jesteś po czyjej stronie? - głos obcego mężczyzny był głuchy, jednocześnie głośny i jakby wypowiedziany szeptem tak, że nie umiałbym go rozpoznać. Kaptur jego płaszcza rzucał na twarz nieprzenikniony cień. Nie rozumiałem, nie rozumiałem czego chciał ode mnie ten mężczyzna, ale wiedziałem, że nie było to nic dobrego.
Dłoń dzierżąca różdżkę się poruszyła.
Czknąłem ze strachu.


Coś mną szarpnęło, przez moment czułem się jakbym leciał, wnętrzności skręciły mi się nieprzyjemnie.
- Po waszej! Jestem po waszej stronie! PO WASZEJ! - krzyknąłem płaczliwie. Mocno zaciskałem powieki, aż czerń pod nimi zmieniła się w biel.
- Po stronie czarodziejów... - dodałem już cicho, roztrzęsiony doświadczoną znów wizją. Nie rozumiałem jej. Czasami wydawało mi się, że to moje wspomnienie, a czasami była jak wspomnienie kogoś innego na siłę wtłoczona do mojej głowy, albo wytwór mojej wyobraźni. Zmieniała się, raz stałem w ciemności, raz w lesie, czasami był to tylko złowieszczy błysk, ale jeden element pozostawał stały - postać w długim płaszczu z zaciągniętym na głowę kapturem.
Ale to tylko wizja, próbowałem się uspokoić wciąż trzęsąc jak galareta. To tylko iluzja...
To się przecież nie działo naprawdę. Naprawdę siedziałem teraz w salonie Margaux, a przede mną klęczał Alex i próbował mnie wyleczyć...
Odetchnąłem z trudem i powoli, bardzo powoli i ostrożnie uchyliłem powieki.
Alex zniknął, a pokój... pokój był całkiem inny.
Serce znów przyspieszyło mi w piersi. Nie znałem tego miejsca. Nie wiedziałem gdzie jestem.
- Alex...? - zapytałem rozglądając się wokół przerażony. Wciąż siedziałem na podłodze w dużych, damskich dresach, wciąż przyciskałem do piersi poduszkę z salonu Margaux, wciąż miałem fryzurę jakbym właśnie wyrwał się spod nożyczek szalonego fryzjera, ale wszystko inne... wszystko było zupełnie obce.
Czy tak się właśnie traci zmysły? Czy to kolejny z obrazów z mojej głowy? Albo sen?
- Alex? - ponowiłem ciche wołanie. - Ben? - dodałem jeszcze ciszej. Zadrżałem. Mimo, że gorączka minęła, poczułem jak głowa znów zaczyna pulsować mi bólem. Przesunąłem się do kąta pokoju i schowałem twarz w poduszkę.
- Obudź się, obudź się, Lou, to tylko sen... To musi być sen... - mamrotałem usilnie próbując się wybudzić. Tylko... jak na złość nic się nie działo.


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   01.12.17 13:20

The member 'Louis Bott' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - DN' :


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   21.12.17 14:43

9 maja, zanim niespodziewanie wpadł do mnie Louis – trochę offtop w naszym wątku, ale całą chatę mam zajętą : C

Anomalia nie dawały za wygraną, czyniąc z różdżek praktycznie bezużyteczne przedmioty, których kapryśność przewyższała nawet tę, z której słynęły wile. I jeśli miałem jakoś przeżyć w tych warunkach, to tylko sięgając po najbardziej drastyczne środki.
Eliksiry.
Alchemia od zawsze była moją piętą achillesową. Wymagała zbyt wiele skupienia i skrupulatności, a także przyswojenia setek reguł i wzorów, do czego zwyczajnie nie miałem głowy. Niemniej, aurorowi zwyczajnie nie wypadało, aby nie potrafił rozpoznać czy też przygotować choćby najprostrzych eliksirów. I choć mój kociołek już dawno obrósł grubą warstwą kurzu, wiedziałem, że potrzebuję uzupełnić zapasy kilku eliksirów, a większość osób, która mogłaby mi pomóc, była zwyczajnie zajęta zwalczaniem anomalii. Pierwszym krokiem do sukcesu miało być odnalezienie starych notatek, które sporządzałem pod okiem Pomony jeszcze przed przyjęciem mnie na kurs. Do dziś okazywały się niezastąpionym plikiem wskazówek – warzenie eliksirów z pamięci może i nie było czymś, czego nie potrafiłbym dokonać, jeśli jednak zamierzałem przygotować coś, co miało mnie wzmocnić, a nie zabić, wolałem dmuchać na zimne. Odpowiednio wcześniej ustaliłem najlepszą datę dla rozpoczęcia warzenia; nie byłem wybitny w dziedzinie astronomii, ale moja wiedza wystarczała, by być świadomym wpływu ciał niebieskich na warzone mikstury.
Tymczasową pracownią stała się dla mnie łazienka, a stojący tam taboret przetransmutowałem w tymczasowy stół roboczy. Zakasałem rękawy, najpewniej trzynastokrotnie błagając Merlina o szczęście. Alchemik Fox. Komedia współczesna w kilku aktach. Pierwszym było przygotowanie bazy dla eliksiru, którą stanowił ogon szczuroszczeta. Drugim – wzmocnienie bazy kolejnym składnikiem zwierzęcym, na który wybrałem syrop z trzminorka. Następnie przyszła pora na ingrediencje roślinne. Gdy wywar bulgotał, rozciąłem aloes, dodając do mikstury jego miąższ, a następnie dorzucając do kociołka także lekko zmięte w dłoniach, zasuszone liście lipy. Na sam koniec przyszła pora na grande finale, czyli serce. Wywar ze szczuroszczeta nie był możliwy do uwarzenia bez strączków wnykopieńki – w chwili dodawania ich do eliksiru aż wstrzymałem oddech. W kociołku zabulgotało, a płyn przybrał lekko żółtawa barwę, choć nie byłem w stanie określić, czy była bardziej słomkowa, czy może jednak słonecznikowa.

wywar ze szczuroszczeta, astronnomia na poziomie I





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sypialnia na poddaszu   21.12.17 14:43

The member 'Frederick Fox' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 11


Powrót do góry Go down
 

Sypialnia na poddaszu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Sypialnia Gościnna
» Sypialnia Marco - piętro
» Sypialnia gościnna
» Mały salon
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Dalsze dzielnice :: Varden Street 19-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18