Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Wierzbowy park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Wierzbowy park   02.12.12 0:11

First topic message reminder :

Wierzbowy Park

Niemal najpiękniejsze miejsce w Londynie, tak powiadają. Eleganckie, romantyczne ogrody, rankami zasnute delikatną mgłą, nieustannie pachnące słodkimi kwiatami, codziennie pełne są spieszących do pracy ludzi, ludzi pragnących choć przez chwilę pozachwycać się tutejszą zielenią. Wysokie krzewy, idealnie przycięte żywopłoty, wiekowe drzewa oraz dziesiątki ławeczek zdają się być istnym rajem pośród niepewnych ulic Londynu i sprawiają, że ciężko jest nie dostrzec uroku tego miejsca. Długie witki wierzb płaczących okalają rosnącą tu roślinność, cudownie komponując się z licznymi posągami lub popiersiami sławnych osób. Jedną z nich jest Henryk Kapryśny, magik słynący ze swych zwycięstw podczas wojny czarodziejów z olbrzymami. I choć żaden mugol nie ma świadomości jego prawdziwego imienia, będąc pewnym, że jest to jeden z pradawnych wikingów, posąg cieszy się wśród nich niemałą sympatią. Często spotkać tu też można jeżdżące na rowerach dzieciaki.
Niewątpliwie jest to miejsce piękne, że niemal nierealne, jakby ponad tym wszystkim, z dala od ponurego Londynu, smutnego świata. Cicho szumiący, gęsty okrąg drzew, jakby stworzony do izolacji od rzeczywistości. I tylko wierzby płaczą - a ludzie niech się uśmiechają.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   01.09.15 18:49

nie ma sprawy <3
Garrett po raz kolejny zaciągnął się papierosem, z niemym zachwytem skupiając się na dymie błogo drażniącym krtań. Ptaki świergoliły, swoim radosnym trelem gnębiły nadwyrężone zmysły. Mimowolnie skrzywił się lekko, w myślach zrzucając to na karb krzyczącego złotem słońca. Dopiero teraz dotarło do niego, jaki był zmęczony - umysł aurora cichym łkaniem błagał o chwilę przerwy od myślenia, wybawienie, ratunek, jednak wiedział, że tym razem musiał się poddać; za jego plecami nie stał w końcu Charlus szybkim ruchem różdżki rozbrajający potężnego czarnoksiężnika, który czyhał na życie Garretta. To nie była jedna z akcji, które kończyły się zapijanym ognistą whisky triumfem świętowanym przez pomyloną grupę pod wezwaniem, która pragnęła zbawić ogarnięty chaosem świat. Zgniótł resztę papierosa o krawędź metalowego pojemnika na śmieci stojącego tuż przy tonącej w żwirze ścieżce, nieopodal samotnej, rozpadającej się powoli ławki ze spróchniałego drewna. Zastanowił się, ile ludzkich dramatów ujrzała za lat swojej świetności, ile rozstań, ile spadło na nią słonych łez żłopiących w deskach żałobne dołki. Zgaszony papieros zniknął ostatecznie w głębi śmietnika, spadając na rozdarty na drobne kawałeczki pergamin oraz leżącą tuż obok niego kopertę. Ciekawe, jak okrutne wieści przekazane zostały w tym liście?
Niemal odetchnął z ulgą, kiedy utarte formułki z salonów - równie wykwintne jak niepotrzebne - odeszły w niepamięć, zniknęły za szczelną kotarą zapomnienia, jak dym papierosowy rozpuszczający się na tle bezchmurnego nieba. Uśmiechnął się nawet lekko, ciesząc, że nie musi się bawić już w grzeczne rozważanie, które słowo powinno paść z jego ust (a przynajmniej nie tak mocno, jak przed chwilą), a zamiast tego może skupić się na przekazie.
- Masz rację, nie przepadam za kurtuazyjnymi półsłówkami, słonym kawiorem z pieczywem i wystawnymi przyjęciami - a w tych ostatnich toleruję tylko drogi alkohol, dodał w myślach, nie śmiąc nawet wypowiedzieć tego na głos - jednak jestem w stanie, w ramach kompromisu, zgodzić się na wszelakie spotkania, bale, przeróżne bankiety, na których tak ci zależy, Diano - powiedział spokojnie głosem zakrawającym nawet o wypełniony sympatią. A potem zawahał się, ale nie na długo; po ułamkach sekundy spędzonych na walce z samym sobą, którą niechybnie miał przegrać, zdecydował się znów otworzyć usta. - Co zatem preferujesz - pojawienie się na następnym przyjęciu już z oficjalną etykietą narzeczeństwa, czy żebym oświadczył ci się publicznie, dopiero w jego trakcie? - Jak na tematykę spraw miłosnych, głos miał dziwnie obojętny, a nawet jeśli przyjazny, to całkiem nieromantyczny, zupełnie, jakby rozważał z przyjacielem, który bar okaże się odpowiedniejszy na dzisiejsze podboje. - Też pragnąłbym, żebyśmy mogli sobie po prostu zaufać - dodał po chwili, już poważniej, tonem głosu wskazując na wagę swoich słów. - Skoro będziemy mieli spędzić wspólnie wiele czasu - wyplenił z umysłu słowo lata; ba, w końcu mieli być - nawet jeśli tylko oficjalnie - razem do końca swoich dni - najwspanialej by było, gdybyśmy nie musieli mieć przed sobą sekretów. Nie żądam od ciebie natychmiastowego otwarcia się i opowiedzenia o wszystkich swoich lękach i tajemnicach, ale... jak myślisz, może kiedyś do tego dojrzejemy?
W końcu on sam gubił się już w swoich sekretach, obowiązkach i zadaniach, które zostać miały niezauważone, ukryte pod osłoną nocy i cienko tkanej sieci kłamstw oraz tajemnic. Ale kto wie, co, jeśli kiedyś odważy się przy Dianie mówić o sprawach, których nie poruszał nawet w towarzystwie swojego rodzeństwa?
Już wtedy czuł, że będzie z tym ciężko.
- Berbeć - rzucił w końcu grobowo poważnym tonem głosu, ale w końcu nie wytrzymał i parsknął niemal bezgłośnie śmiechem. - Tak mówiłem o tobie w dzieciństwie, kiedy kręciłaś mi się pod nogami w tych swoich uroczych sukieneczkach. I owszem, byłaś okropnie nieznośna, zawsze musiałaś wtrącać swój zadarty nosek w sprawy dorosłych, czyli ledwie dziewięcioletnich wówczas mnie i Anthony'ego. - Uśmiechnął się do wspomnień, po raz kolejny doceniając to, jak radosne było jego dzieciństwo. - Swoją drogą, co słychać u twoich braci? Od dłuższego czasu nie miałem okazji pogawędzić z nimi choć chwilę.
Może jakoś uda mu się to przetrwać?




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   05.09.15 0:45

Robiłam kolejne pewne i pełne gracji kroki. Niespieszne ze względu na fakt, że byłam wychowana na damę oraz że właśnie spacerowaliśmy, hmm, zaznajamiając się ze sobą, gdyż nasze kochane rodzicielki postanowiły połączyć nasze życia na... zawsze. Nie pomyślałabym, że matka tak szybko znajdzie dla mnie kandydata. Myślałam, że wpierw Leo będzie musiał się zmierzyć z potencjalną narzeczoną... Choć może właśnie teraz, w tej chwili, przeprowadzał równie ciężko rozmowę, co ja?
Uśmiechnęłam się nieco, słysząc o jego niechęci. Nie za bardzo mnie ona zadowalała, jednakże była dowodem na to, że Garrett postanowił przede mną odrzucić maskę sztucznego szlachcice i pokazać swą prawdziwą twarz. Miałam przynajmniej takową nadzieję. Nie mogłam mieć żadnej pewności, na jakiego mężczyznę wyrósł Garrett i czy przypadkiem nie miał się stać moim gnębicielem, przez którego spróbowałabym się zabić szybciej niż przez klątwę.
Ależ oczywiście, kompromis. Czy jest coś, na co powinnam zwrócić uwagę w tym temacie? Jakieś życzenia z twojej strony, Garretcie? – zapytałam, choć nim zdążył odpowiedzieć, dodałam prędko jeszcze zdanie odnośnie naszych oświadczeń. Wolałam mieć to już za sobą. – Oczywiście wolałabym publiczne oświadczyny, jednakże ze względu na naszą sytuację, pocieszę się tymi w skromnym, rodzinnym gronie.
Nie wierzyłam w to, co się właśnie działo. Rozmawiałam z mężczyzną o naszej wspólnej przyszłości, której, tak nawiasem mówiąc, nie wyobrażałam sobie. Nie potrafiłam tego zrobić. Nie widziałam żadnej swojej przyszłości, a co dopiero takiej z... z mężem u boku i gromadką dzieci. Czyż to nie było piękne, że mieliśmy sobie w przyszłości zaufać? Otworzyć się przed sobą? Że będziemy mieli tak duuużo czasu dla siebie?
Tak. W końcu dojdziemy do tego etapu – odparłam, choć coś w środku mnie się kruszyło. Miałam wrażenie, że zaraz teleportuję się z tego miejsca do swojego pokoju, w którym zaszyję się po wszystkie czasy. Co, jeśli naprawdę nie wytrzymam, stchórzę i zwieję w tak nieeleganckim stylu? Czy Garrett była na tyle wyrozumiały i cierpliwy, by znieść takie... Ech... Miałam już dość, choć właściwe przedstawienie się dopiero rozpoczynało.
Berbeć... To nie tak tragicznie! – zauważyłam. Miałam wrażenie, że panika wypływa ze mnie i skacze wokół, głośno się śmiejąc i wskazując mnie palcem. Zdobyłam się na roześmianie. Próbowałam, by wyszło to szczerze. Sama chciałam przenieść naszą rozmowę na te delikatniejsze, bardziej lekkie, beztroskie tory. Tak miało być lepiej. Musiałam się więc bardziej postarać. – Anthony przesiaduje ciągle w pracy, zaś Leonard... Matka nie pozwala mu znów wyjeżdżać, więc przypuszczałam, że to jemu znajdzie jakąś parę, nim dorwie mnie – stwierdziłam, przystając. Nieopodal stała ławka.
Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli na chwilkę przysiądę? Nie spodziewałam się, że... I wszystko dzieje się tak szybko, nie mam nad tym kontroli i jakoś nie potrafię sobie wyobrazić własnej przyszłości – przyznałam zagubiona i szczera, pomijając szczegóły, bardzo trudne szczegóły, które robiły me życie cięższym.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   06.09.15 3:51

Zastanowił się, uważnie przeanalizował wszystkie za i przeciw, zrobił ekspresowy przegląd własnych potrzeb i pragnień. A nie potrzebował zbyt wiele - własnej biblioteczki wyginającej się pod ciężarem wciśniętych w nią książek, okna z widokiem na ruchliwą ulicę i szerokim parapetem, aby mógł na nim przysiąść podczas delektowania się wieczorną kawą, sypialni tonącej w papierosowym, relaksującym go dymie, dni spędzanych bliźniaczo w pracy na załatwianiu spraw mniejszych i większych, aby tylko nie musiał myślami wracać do trapiących go problemów. Potrzebował milczenia, gdy zgnębią go wątpliwości i tonącego w ciszy wsparcia w gorszej chwili. Zrozumienia, gdy zniknie i braku pytań, kiedy altruizm zwiedzie go tam, gdzie pojawić się nie powinien. Skinienia głową, jeśli zdecyduje się wyjawić wszystkie sekrety, uścisku dłoni, gdy będzie chciał się poddać i pełnego łez uśmiechu w najtrudniejszych chwilach.
Wiedział jednak, że nie może liczyć na nic z powyższych, bo nie tak wyglądał model idealnego małżeństwa, który wpajany był wszystkim szlachcicom przez całe życie. Obawy powinien odłożyć na bok, by nie zatruwać nim domowego zacisza, skupić się za to na dbaniu wyłącznie o dobro rodziny - nie całego wszechświata - i o wychowanie dzieci twardą, lecz troskliwą ręką. Nie nadawał się do tego: i jeśli na samym początku stłumił rodzące się w nim wątpliwości, czuł teraz, jak kwitną, próbują go opętać i zmusić do beznadziejnej kapitulacji.
- Za priorytety przyjmijmy twoje potrzeby i życzenia, Diano, a ja obiecuję, że dostosuję się do nich - powiedział tylko, ignorując podszepty niezadowolonych myśli kotłujących się w głowie. Nie dopuszczał do siebie tej świadomości, jednak rozpadał się z każdym wypowiedzianym słowem, kruszył swoją pewność, niezależność, sabotował własne priorytety i wyznawane wartości. Nie tak wyobrażał sobie swoje narzeczeństwo; myślami wracał do słodkiej Margaux, z ciepłem na sercu wspominając czasy, gdy mógł naiwnie łudzić się, że życie swoje ułoży, dzierżąc bladą i drżącą dłoń miłości swojego życia. - Proszę cię tylko o zrozumienie tego, jak ważny aspekt mojego życia stanowi praca i że czasem obowiązki sięgają zgoła gdzie indziej, niż moje pragnienia. - Sam nie wiedział, czy przez to usprawiedliwić chciał każdy potencjalny akt małżeńskiej niesubordynacji, a może tylko ostrzec Dianę przed rozczarowaniem? Nie mógł zdecydować się, czego on wymagał, czego pragnął, do czego dążył i nie potrafił wymagać tego od dwudziestodwuletniej ledwo duszyczki, która zdawała się błądzić jeszcze bardziej, niż on. Jednak walczył z braterskimi uczuciami, jakimi mimowolnie zaczynał ją darzyć, bo te znacząco pogorszyłyby tylko ich stosunki i uczyniły wszystko jeszcze trudniejszym. Zupełnie, jakby ta sytuacja mogła stać się bardziej skomplikowaną, jeszcze dotkliwiej utrudniającą wzięcie swobodnego oddechu.
Bo bał się oddychać, wiedząc, że z każdym kolejnym wdechem będzie mógł zaczerpnąć coraz mniej powietrza.
- Nie wiem, czy Leonard nie jest wystarczająco asertywny, aby uciec od niechcianego małżeństwa - rzucił, krytykując samego siebie w myśli i mając nadzieję, że Diana nie odczyta z jego głosu, że i on sam nie drżał z zadowolenia na myśl o potencjalnych zaślubinach. - Oczywiście, że nie mam nic przeciwko - odparł szybko, gdy spostrzegł, że Diana przystaje, wyglądając nieco, jakby zaraz miała osunąć się wprost na żwirową alejkę. - Jeśli tylko mogę ci jakoś pomóc, nie obawiaj się o to poprosić.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   07.09.15 22:39

Musiałam zebrać w sobie siły. Odetchnąć głęboko, podnieść wyimaginowaną koronę z ziemi i unieść nieznacznie podbródek, by wyglądać na człowieka dumnego, płynącego po powierzchni tego całego bagna, które nieprzerwanie mi towarzyszyło. Nie, nie płynącego! Stojącego na nim z pełną gracją, oślepiającego obserwatora tak, że nie ujrzałby tego paskudnego, pełnego rozkładu i smrodu otoczenia. Patrzyłby jedynie na mnie i na mą urodę zniszczoną przez klątwę...
Zbliżała się pełnia. Czułam to cała sobą, każdym nerwem, każdym odbiciem serca. Stresujące sytuacje stawały się jeszcze bardziej denerwujące, te błahe, z którymi powinnam radzić sobie, jak gdyby nigdy nic, sprawiały mi problemy, powodowały irytację, niecierpliwiły. Niektóre myśli, bądź też rozmowy, prowokowały. Czułam się niczym zbity pies, któremu niedaleko było do odegrania roli wściekłego zbitego psa. Gubiłam się, tonęłam... Nie miałam pojęcia, co się ze mną stanie. Może dziś miałam wrócić do domu, ale jutro, za tydzień, miesiąc, rok...?
Nie zamierza przeciwstawiać się roli rodziców. Właściwie... miał po... wszystkim wstawić się za mną i za moim narzeczeństwem, ale nie wyszło – zauważyłam.
Usiadłam na ławce, tym razem unikając osoby Garretta. Patrzyłam na drzewa, na otaczający nas z każdej strony piękny, zielony park. Wierzby miały w sobie coś takiego... niezwykłego. Wyglądały przepięknie, zwłaszcza oświetlone promieniami słonecznymi.
Jak sobie z tym radzisz, Garretcie? – zapytałam znienacka, po chwili milczenia. Szum gałęzi miał działanie wyciszające. – Może opowiedz mi coś o swojej pracy? Jest dla ciebie bardzo ważna, prawda? – Rozmawiać o czymkolwiek, byleby o czymś rozmawiać? I poznać człowieka, z którym miało się... Nie potrafiłam jakoś nadal w to uwierzyć. Rzeczywistość ciągle mi to robiła, non stop zderzała mnie z brutalnymi prawami tego świata.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   09.09.15 23:52

No tak, nie wyszło - Garrett również do ostatniej chwili łudził się, że od czasu skandalu, który wywołał lata temu (a teraz miał, niestety, wrażenie, że nie doceniał umiejętności swojej matki, która zakamuflowała wszystko zdecydowanie zbyt sprawnie), uda mu się uciec od zaaranżowanego małżeństwa. Być może tak właśnie by było, gdyby zgodnie z usilnymi prośbami rodziny postanowił wreszcie zakochać się bez pamięci w czystokrwistej damie; on jednak całkowicie odciął się od romansów. Tym samym zmusił matkę do agresywnych działań - nie mogła zwlekać dłużej i potrafił zrozumieć kierujące nią pobudki. Dbała o ciągłość rodu, szanował to i doceniał, powinien przecież przestać patrzeć na dobro rodzinne przez pryzmat własnego zadowolenia... No właśnie, problem z tym, że nie potrafił się zdystansować i mimo zdeklarowanego altruizmu w tej sprawie gapił się intensywnie wyłącznie na koniuszek własnego nosa.
Kiedy okazało się, że Diana ma do tej sytuacji podejście niemal identyczne, jak on sam, zapragnął zaśmiać się radośnie z ulgą; tego jeszcze by brakowało, aby musiał z pełnym zaangażowaniem udawać zachwyconego wizją małżeństwa, jednocześnie jeszcze dotkliwiej odcinając resztki powietrza i wolności wkoło niego. Zamiast tego uśmiechnął się tylko uprzejmie, może smutno, może wyrozumiale.
Na kolejną uwagę musiał już odpowiedzieć i powstrzymał słowa nie radzę sobie, Diano, nie radzę nasuwające się rozkosznie na język. Jak wielką ulgą byłoby wyrzucenie z siebie tych trosk, obaw i niepewności, jednak nie pozwolił sobie na takie spoufalanie się. Wbrew pozorom wciąż poruszali się po gruncie dość oficjalnym, powoli dopiero (i w bólach) zmierzając ku temu bardziej swobodnemu.
- Co masz na myśli, Diano? - spytał, choć doskonale znał odpowiedź.
A gdy poprosiła go o opowiadanie o pracy, przystał na to z ulgą. Dryfowanie w kierunku neutralnych tematów smakowało jak słodkie wybawienie.
- Cóż, rzeczywiście jest dla mnie ważna, ale nie aż tak, jak sobie to pewnie wyobrażasz - rzucił w końcu, wciąż stojąc w miejscu i spoglądając z góry na siedzącą na ławce Dianę; najchętniej usiadłby koło niej, jednak nie chciał wykradać jej podstępem sfery przestrzeni osobistej. - Co nie zmienia faktu, że ostatnio spędzam w Biurze Aurorów zdecydowanie zbyt wiele czasu, a przełożony wymaga od nas niemożliwego - zauważył dość błaho, na chwilę wbijając wzrok w dal, skupiając się na słonecznych promykach łaskoczących po twarzy i świeżym zapachu drzew. - Ale kocham to, choć oczywiście nie tak bardzo, jak kocham swoją rodzinę. I książki. - Ostatnia uwaga wypsnęła mu się mimochodem, jednak zdawała się na tyle neutralna, aby nie musiał jej wycofywać, zarzekać się gorliwie, że nie miał w planach wyrzucenia tego z ust. - A ty, Diano? Zajmujesz się czymś aktualnie?
Bo skąd mógł wiedzieć, że wraz z jego bratem wplątywała się w opiumową aferę i że powinien nimi gardzić?




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   12.09.15 2:37

Co masz na myśli, Diano? było świetną odpowiedzią na słuszność mej szybkiej zmiany tematu schodzącej gdzieś na tereny garrettowych zainteresowań, wpierw jednak zahaczając o jego pracę. Ot jedna ze standardowych zapytanek podczas towarzyskich spotkań, podobnie jak pogoda, rodzina czy inne, nic dla nas zazwyczaj nieznaczące pytania. O ile nie chodziło, oczywiście, o przygryzienie komuś lub zdeptanie go z błotem. Albo też zazdrość, bo i ona potrafiła być powodem. Często wpadających zazdrośnika w niemałe tarapaty towarzyskie... choć zazwyczaj obiekt jego zazdrości coś tracił. Gierki... Teraz powinnam grać, zamiast siedzieć na ławce i rozczulać się nad przyrodą, która była bezwartościowa. Jedynie urokliwa... Nic więcej. Małżeństwo z Weasley’em zaś... rzeczą kosmiczną, że tak to nazwę.
Zmiana tematu była jednakże trafnym pomysłem. Miałam wrażenie, że mój towarzysz nieco się rozluźnił, gdy mógł mówić o czymś, co wykonywał każdego dnia, co znał na przelot, co zapewne czynił odruchowo... Odruchowo... To raczej nietrafne słowo, jeśli chodzi o pracę aurora. Tam chyba zawsze działo się coś innego, coś często nowego, zaskakującego i... niebezpiecznego. Świat stawał się coraz bardziej mroczny, coraz mniej bezpieczny i bliski człowiekowi. Aurorzy mieli ponoć coraz więcej pracy.
Ja? Siedzę w domu od ukończenia stażu w Ministerstwie – odpowiedziałam odruchowo. Przy takich pytaniach przestałam już dawno myśleć o swojej pracy na Nokturnie, o byciu niegrzeczną dziewczynką w tamtych, szemranych, stronach, czy o mojej sporadycznej, właściwie jednorazowej w trakcie miesiąca, chęci rozrywania gardeł wszystkim ludziom znajdującym się w moim pobliżu. Tak naprawdę byłam tylko Dianą Crouch, nudną absolwentką francuskiej szkoły magii, chcącą błyszczeć szlachcianką i wcale nie odurzającą się w wolnych chwilach panną Hel z Nokturnu.
Jak to jest być aurorem? Od zawsze chciałeś nim zostać? – zapytałam, pragnąc bardziej skupić na nim niż na mnie. Myślenie o sobie kierowało mój wewnętrzny wzrok na kwestię nadchodzącej pełni, zaś ta mnie stresowała i sprawiała, że czułam się delikatną niewiastą, którą tak naprawdę byłam. Przynajmniej w tej chwili miałam takie, nieodparte wrażenie. Gorzej, jeśli wspomni o polowaniu na wilkołaki z łowcami... – I co czytujesz? Jakieś książki tematyczne? Z zaklęciami? Czy coś lekkiego, przygodowego? – dodałam nieco bardziej zainteresowana. Osobiście chłonęłabym wszystko, co miałoby w sobie coś z dziedziny zaklęć. Nieważne, czy byłyby to księgi zgodne z prawem czarodziejów, czy związane były z tajnikami czarnomagicznymi, gdyż te ciągnęły mnie chyba najbardziej ostatnimi czasy.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   12.09.15 19:43

Garrett nie zdejmował z twarzy półuśmiechu, zupełnie, jakby przykleił mu się do ust. Zdusił swój melodramatyzm w zarodku, sprzeciwił sam sobie, powstrzymał od nadmiernego myślenia, które wcale nie wyleczyłoby tętniącego bólu głowy.
- Nie nuży cię to? - spytał cicho. On sam wiecznie gonił w poszukiwaniu przygód, a dnie spędzane na robieniu niczego niechybnie zaprowadziłyby go do grobu. Nie znosił nudy, lecz jednocześnie tęsknił za spokojem i niezmąconym obawami snem. Brakiem troski o rodzinę. Był pewien sprzeczności, gubił się wśród meandrów własnych rozterek i werterowsko cierpiał w milczeniu, nie wiedząc już, czego sam chciał.
Wrócił pamięcią do lat szkolnych, pierwszego razu, gdy przez myśl przemknął mu pomysł na zostanie aurorem. Było to naiwne dziecięce marzenie, nieosiągalny cel mieniący się daleko za horyzontem. Dążył do niego, bo do czegoś dążyć musiał, a wysoko postawiona poprzeczka otworzyła przed nim wiele drzwi. Wybrał te najcięższe, najgrubsze, metalowe, z ornamentami wyrytymi pod ciężarem kropel łez i potu. Lubił wyzwania.
- Tak właściwie - ponownie przetrząsnął bogatą kolekcję wspomnień - to odkąd pamiętam. Zawsze chciałem być taki, jak ojciec. Dobrym człowiekiem. Pomagać słabszym. - A niezdrowy altruizm niebezpiecznie balansował na granicy pomiędzy słodką dobrocią serca a słoną naiwnością, wiedział o tym. Nie przeszło mu to jednak przez gardło. - Rzeczywistość okazała się jednak nieco bardziej złożona. Co nie zmienia faktu, że lubię moją pracę - być może odrobinę zbyt wiele czasu spędzam za biurkiem, ale każda akcja w terenie utwierdza mnie w przekonaniu, że mogę coś zmienić. - A może daje mi tylko złudną nadzieję?, zapytał się w myśli. - Co do książek... szczerze mówiąc, ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na czytanie czegoś stricte rekreacyjnego - uśmiechnął się smutno. - Ostatnio głównie sięgam po księgi z zaklęciami. - Albo te traktujące o czarnej magii, którą gardził, ale powinien ją znać - tego wymagał od niego zawód. - Oprócz tego lubię poezję. Doceniłem dzieła historyczne, ale dopiero po szkole, za czasów Hogwartu historia magii była udręką. Wysoko cenię klasyki. Ale, szczerze mówiąc, przeczytam wszystko, co wpadnie mi w ręce - zaśmiał się. Garrett czuł się nienaturalnie, opowiadając tyle o sobie; zazwyczaj to on słuchał o troskach innych, służył radą i ramieniem wsparcia.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   17.09.15 21:54

|łooo! cudne nutki w podpisie *-*

Czy nuży mnie to? Siedzenie w tym obskurnym pokoju, którego każdy milimetr sześcienny znam na pamięć, który jest wyryty w mojej pamięci boleśnie z siłą potężnej męskiej pięści czy bólem rozżarzonego do czerwoności pręta? Albo nawet ich kilku.
Oczywiście, że tak! Miałam już od dawna dość swego własnego pokoju. Od czasów tego nieszczęsnego wypadku... Widziałam to oczami wyobraźni za każdym razem, gdy zamykałam oczy, gdy ktoś wspominał mi o tym, gdy pytał, czy nie nuży cię to? Mnie? Miałby nużyć mój własny pokój, w którym zamknęłam się na kilka dni i wylewałam wszelkie łzy, które gromadziłam w sobie przez te wszystkie pseudoszczęśliwe lata swego życia. Ugh! Miałam go dość! Jego i tego całego domu, gdyż bańka złudzenia w postaci rodziców, którzy niezwykle mnie kochają i dbają o moje szczęście... prysła! Prysła i nie było jej! Pozostał jedynie niesmak, żal i moje przyszłe zaręczyny, których nie chciałam. Wątpiłam, czy kiedykolwiek Garrett zaspokoi tą moją pustkę, której już raczej nikt nigdy... Jestem potworem i zrobiłam potworne rzeczy. Bestie nie żyły długo i szczęśliwie.
Czy mnie nuży? – zapytałam, pragnąc podzielić się z nim kłębiącymi się we mnie uczuciami, skrywaną tajemnicą. Ech, w tej chwili pragnęłam nawet, by ten cały mój ból zniknął, by ten zdolny, choć nie miałam zielonego pojęcia  o jego osiągnięciach, auror zakuł mnie w liny i zaprowadził przed kata... Przed mojego kata, który to w końcu zakończy. Nie mogłam jednak tego zrobić. Tu nie chodziło jedynie o mnie. Nie tylko o mnie. Leo, Tony, rodzice, reszta rodziny... Choć zawsze mogłam ich przeprosić, obronić ich... Przecież NIKT nic nie wiedział. – Hmm... Dopiero niedawno zakończyłam staż. Myślę, że chwila odpoczynku dobrze mi zrobi. Spokojnie pomyślę o tym, co chciałabym robić w przyszłości... i jeszcze nasze zaręczyny. Zapewne to dobra decyzja – zauważyłam, choć, moim zdaniem, nie brzmiałam dostatecznie przekonywująco. Nie czułam się dobrze w tej klatce i cieszyłam się każdą chwilą spędzoną na Nokturnie. Teraz zaś powinnam cieszyć się każdą chwilą spędzoną w towarzystwie Garretta...
Przynajmniej miał jakiś cel w życiu... Chciał być dobrym człowiekiem... Może powinnam w jego biografii doczytać się sposobu na własny problem? Przecież nie każdy miał dobrze, nikt nie spał na satynach, nikt nie uśmiechał się dwadzieścia cztery godziny na dobę... o ile nie był wariatem, świrem. A może Garrett miał być jednak tym, który znajdzie lek na mój ból, który mi ulży, sprawi, że uśmiechnę się szczerze i przytulę go, przestając grać, bo przy nim będę mogła być sobą, tą prawdziwą...? Ptak z klatki zostanie uwolniony? Marzenia ściętej głowy!
Księgi z zaklęciami? – zainteresowałam się, porzucając przepełnione własnym nieszczęściem myśli. – Kiedyś nienawidziłam zaklęcia... Ale pamiętam, że chciałam zwrócić uwagę Leonarda na siebie i zaczęłam kuć, by wśliznąć się do Klubu Pojedynków. Szło mi całkiem... – wspomniałam rozmarzona. Dzieciństwo wydawało się nadal piękne, mimo że jego podstawą od zawsze były kłamstwa i głupie gierki. – Uch! Historii nadal nie lubię – przyznałam. – Dobija mnie. Jest taka obszerna, zawiera sporo, hmm, niczego... Moim zdaniem niewiele jest w niej rzeczy godnych uwagi – odparłam nieco buntowniczo, nieco zakłopotana. Damie raczej nie przystało krytykować tak istotnej rzeczy dla szlachty, jaką była historia magii, między innymi ich własna historia.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   19.09.15 22:36

dzięki! <3

Garretta zdziwił fakt, że chciała o tym wszystkim myśleć - on sam najchętniej odrzuciłby rozterki gwałtownie na bok, zatrzymał umysł, który raz po razie analizował wątpliwie korzystną dla nich obojga sytuację. Chciał łudzić się, że nieprzetrząsanie w myślach sprawy narzeczeństwa milionowy raz z kolei sprawi, że przestanie ona być prawdziwa. Że Slughorn ożyje, że Dumbledore nigdy nie powierzy mu ryzykownego zadania, że świat znów stanie się bezpiecznym miejscem.
Nad układanie w głowie myśli cenił znacznie wyżej ucieczkę od kłopotów w wir niebezpiecznej pracy.
- Nie chcę, żebyś myślała, że w jakikolwiek sposób mam zamiar cię ograniczać - przypomniał, spoglądając na nią uważnym, lecz wciąż łagodnym wzrokiem. Ponownie wykrzywił usta w lekkim półuśmiechu; naprawdę zależało mu na tym, aby wzbudzić w Dianie zaufanie. Nie chciał mieć w niej wroga, zaczynał godzić się z faktem, że najpewniej nie ucieknie od zaaranżowanego małżeństwa, które złapie go w swoje sidła prędzej lub później. Z większym prawdopodobieństwem tego pierwszego. - Jeżeli kiedykolwiek chciałabyś wrócić do Ministerstwa, albo, na Merlina, zostać nowym pałkarzem Harpii, nie stanę ci na drodze.
On też odnalazłby w tym interes; łudził się, że Diana, skupiona na spełnianiu swoich marzeń, nie dostrzeże tego, jak wiele czasu miał wkrótce zacząć poświęcać Zakonowi. Cóż, pewnie był naiwny, a wkrótce wszystkie jego sekrety rozpierzchną się po świecie z prędkością nadpobudliwego znikacza.
Usprawiedliwiał się w myśli, że kiedyś nauczy się ufać Dianie.
- Byłaś w klubie pojedynków? - spytał znienacka głosem opływającym podziwem. - No proszę, pozory jednak mylą. Nie wiedziałem, że jesteś taką wojowniczą szlachcianką. - Uśmiechnął się, może odrobinę głupkowato. Z każdą odsłoniętą kartą okazywało się, że łączyło ich więcej, niż mógł z początku pomyśleć; nie wiedział jednak, czy powinno go to cieszyć, czy wpędzać w zakłopotanie i choć krztynę obawiać. Z każdą chwilą uświadamiał sobie, jak obca jest stojąca przed nim Crouchówna - nie wiedział o niej kompletnie nic, a teraz rzeczywistość uderzała boleśnie w obraz (notabene, zabarwiony raczej pejoratywnie) swojej narzeczonej, który utworzył tuż przed ich aktualnym spotkaniem. A teraz zdawała się taka... ludzka. Nie wiedział, czego wcześniej się spodziewał - ale na pewno nie ludzkiego oblicza przeznaczonej mu kobiety. - A historia nie jest taka zła, kiedy spojrzy się poza horyzont relacji szlacheckich rodów. Aż wstyd to powiedzieć, ale zawsze ogarniała mnie wybitna senność, kiedy starałem się zapamiętać, dlaczego nie powinienem przepadać za, chociażby, Nottami. - I dowiedział się tego dopiero w Hogwarcie, kiedy jego drogi skrzyżowały się z niejakim Nicholasem, obślizgłym i obrzydliwym Ślizgonem. Nagle wszelakie zawiłości rodowe stały się prostsze niż najsztywniejsza różdżka w kolekcji Ollivandera. - Ale cóż, podobno historia lubi się powtarzać - zauważył neutralnie, choć myśli znów zaczęły mu się kotłować pod czaszką.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   20.09.15 23:24

Jakoś tak się stało, samoistnie, dzięki mojej drobnej pomocy oraz, oczywiście, dzięki Garrettowi, że zrezygnowaliśmy z oficjalnego chłodu i dystansu na rzecz zwykłej pogadanki i, musiałam przyznać, ten ryzykowny zabieg był wart ewentualnej utraty mej korony, gdyż rozmowa zdecydowanie zeszła na tereny milsze uchu i nie nakłuwające serca szpilkami raz za razem. Nie myślałam przynajmniej na okrągło o nadchodzącej pełni. Oczywiście nadal można było wychwycić w naszych zachowaniach gesty i wyrażenia charakteryzujące szlachtę, nadal dostrzegałam w Weasley’u pewną uwagę na wypowiadane słowa, ale oceniałam ją na zawodową ostrożność. Żyliśmy w niebezpiecznych czasach. Należało uważać.
Och, przepraszam! Mówiąc to, wcale nie miałam na myśli uwięzi związanej z naszym narzeczeństwem... Wybacz, Garretcie. Miło, że masz taki stosunek do kobiecej kariery. Słyszałam przeróżne historie odnośnie mężowskich zachowań. – Westchnęłam ciężko i uśmiechnęłam się lekko do swego towarzysza. Często to właśnie zasłyszane historie i narzekania, głównie moich ciotek, zniechęcały mnie do zamążpójścia. Drugim powodem zaś było szukanie własnego ideału, Księcia z Bajki na białym rumaku, który roztopiłby me serce pierwszym spojrzeniem.
Zaskoczył mnie ton Garretta, gdy w sposób pełen podziwu przyjął informację o moim przynależeniu do klubu pojedynków. Czyżby to było naprawdę tak mało prawdopodobne? W sumie starałam się na przyjęciach wychodzić na delikatną panienkę Crouch, którą mógłby zdmuchnąć byle wiatr, jednakże... Cóż, może faktycznie stworzyłam aż nazbyt wydelikaconą wersję samej siebie na szlacheckich salonach. Jakby nie patrzeć, bawiłam się  bardzo ryzykownie podczas treningów z Anthony’m, więc przez bolączki związane w wilkołactwem, nie utraciłam szkolnej hardości i chęci do próbowania nowych, niebezpiecznych rzeczy.
Co powiesz na drobne sprawdzenie moich sił, panie aurorze? Kiedyś w wolnej chwili? Ty przeciwko wojowniczej szlachciance? – zapytałam nieco zadziornie, patrząc w górę na Weasley’a. Wyszczerzyłam się nawet szeroko, mimo że unikałam tego rodzaju ukazywania radości w towarzystwie, i, uwaga!, zaśmiałam przez moment, tak beztrosko. Tytuł nadany mi przez Garretta przypadł mi do gustu. Stwierdziłam również, wiedziona lepszym humorem niż chwilkę wcześniej, że rudowłose włosy mego towarzysza pięknie komponowały się z zielenią wierzb, które rozpościerały się nad naszymi głowami.
I kto wie? Może kiedyś przekonam się też do historii... Ta część rodowa akurat świetnie siedzi w mojej głowie, gdyż rodzina dbała, bym od małego słuchała wszelkich opowiastek o szlacheckich zwadach – stwierdziłam, wywracając swe niebieskie oczy ku niebu. Może gdyby nie rodzina, teraz byłabym inna? W towarzystwie bardziej tolerancyjna, podobnie jak na Nokturnie, częściej otwierająca usta, niewystrzegająca się chorobliwie skandali... Gdyby nie szlacheckie urodzenie, zapewne moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ciekawe, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Nawet wtedy, gdy byłam naiwnie zakochana.
Co masz na myśli, mówiąc, że podobno historia lubi się powtarzać? – zapytałam zbita z tropu. Nie byłam pewna, czy miał na myśli to, że skoro zaklęcia polubiłam, chcąc zaimponować bratu, to że historię polubię... Czyli to, co wcześniej stwierdziłam.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   27.09.15 11:50

I on zaśmiał się, cicho, lekko, niewymuszenie; nie wiedząc, co powinien zrobić z dłońmi (kolejny papieros mógł już uchodzić za nietakt), poprawił raz jeszcze poły marynarki, która postanowiła żyć własnym życiem i wygięła się nieznacznie, zapewne zwiedziona kuszącymi podmuchami letniego, błogo chłodnego wiatru.
- Może kiedyś - skwitował z rozbawieniem propozycję Diany, myśląc tylko o tym, jak nieprawdopodobnie i szalenie brzmiałaby ona w ustach jakiejkolwiek innej szlachcianki. Miał z nimi sporo do czynienia, być może więcej, niż kiedykolwiek tego chciał, a każda kolejna poznana panna z wyższych sfer potwierdzała wizerunek czystokrwistego, medialnego ideału, który tworzył się w jego umyśle. Nieskażona pracą i wysiłkiem, z tajemniczym uśmiechem godnym Mona Lisy goszczącym na ustach o barwie krwawego rubinu, małomówna, delikatna jak porcelanowa lalka, bezmyślna i najpiękniejsza marionetka w dłoniach zapracowanego męża. Pragnął, by Diana wyłamywała się z tego stereotypu; zwariowałby, całe dnie grając szlachcica i nie mogąc wymienić z żoną choć jednej mądrzejszej uwagi, bo nie wypada, aby kobieta miała swoje zdanie. Z drugiej jednak strony, czy rzeczywiście nie prościej byłoby posiadać małżonkę, która najchętniej leżałaby na kanapie i beztrosko pachniała? Garrett poświęciłby się nawet i dał kompletnie porwać się wirowi pracy, by zarobić na wszystkie jej zachcianki; przekupiona podarunkami Diana milczałaby jak zaklęta, a on mógłby skupić się na spełnianiu swojego zadania zleconego przez Dumbledore'a, na kształtowaniu Zakonu, walce o przywrócenie dobra na świecie.
Bogowie, przeszło mu przez myśl, jak to patetycznie brzmi.
- Ale nie wiem, czy szarmanckość nie nakaże mi podłożenia się w tym pojedynku. A nie przegrałem ich w życiu wiele, będziesz mogła się szczycić, że zwyciężyłaś z samym Garrettem Weasley'em - wysilił się na żartobliwy ton, choć powiedział przecież samą prawdę; sportowe - i nie tylko, bo przecież na nich opierała się jego praca - pojedynki zawsze wpisywały się idealnie w wachlarz jego pasji. A kiedy coś kochał, był w tym znakomity.
Kiwnął lekko głową.
- Też słuchałem o tym przez całe dzieciństwo. Moja matka zawsze była pasjonatką zawiłości rodowych, chociaż na własnej skórze odczułem rodzinne stosunki dopiero lata później - zauważył mimochodem, uciekając nieco w labirynt myśli i trosk, które kumulowały się z tyłu jego głowy.
- Wybacz, to był skrót myślowy - odparł z półuśmiechem (czy układ warg nie przywodził na myśl czegoś smutnego?) wkradającym się na usta. Zbyt prędko zgubił się we własnych rozmyślaniach, zaczął obawiać się, że Diana dostrzeże, iż coś było nie tak; martwił się o Zakon, obawy i wizja obślizgłego węża pożerajacego jaja feniksa nie dawały mu spokoju, sprowadzały na granicę szaleństwa. Musiał porozmawiać o tym z Herewardem, wyrzucić z siebie troski; kiedy tylko wróci do domu, wyśle mu sowę z propozycją rychłego spotkania. - Miałem bardziej na myśli fakt, że warto znać historię, by wyciągać z niej wnioski na przyszłość i nie popełniać tych samych błędów.
Formuje się trzecia siła, nie mniej groźna. Dlaczego ktoś chciałby powtarzać błędy Grindelwalda? Wpędzić się w pułapkę własnych uprzedzeń i buzującej w sercu nienawiści? Garrett westchnął, cicho i mimochodem, patrząc na Dianę z pewnego rodzaju troską w oczach i zastanawiając się, kiedy pęknie bańka jej błogiej, szlacheckiej nieświadomości. Nie zdawał sobie sprawy, że siedząca przed nim dziewczyna już dawno zasmakowała goryczy życia.
- Co ty na to, żebym powoli odprowadził cię do domu? Spędziliśmy razem zaskakująco dużo czasu, jeszcze twoi bracia pomyślą, że porwałem cię i wywiozłem z Europy.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Diana Crouch
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t711-diana-octavia-crouch#2419 http://www.morsmordre.net/t777-puszka#3024 http://www.morsmordre.net/t731-diana-czy-hel#2491 http://www.morsmordre.net/f109-ashford-hythe-road http://www.morsmordre.net/t983-panienka-crouch#5415
szlachcicuje
22
Szlachetna
Zaręczona
Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see.
7
11
0
0
2
5
Wilkołak

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   30.09.15 18:31

Jeśli więc wygram, z pewnością nie zapomnę napomknąć o tym wielu znajomym... A szczególnie braciom! – stwierdziłam roześmiana, przemilczając fakt, iż pojedynek ten będzie przez Garretta naumyślnie przegrany. Liczyła się wygrana, czyż nie? Nieważne jak zdobyta.
O, rany! Niemal pozwoliłam się wciągnąć tej chwilowej beztrosce. Miałam już ochotę porzucić ciężkie łańcuchy wilkołactwa i zapomnieć o nich, jak gdybym mogła... Jak gdybym mogła postanowić i z pełną świadomością utracić to, co ciążyło mi najbardziej. Pragnęłam tego – owszem, ale realizacja tego pomysłu nie miała żadnych szans na powodzenie. Noc, podczas której zostałam ugryziona, podarowała mi niestety bilet w jedną stronę. Teraz zaś jedynie mogłam tonąć w sieci kłamstw utkanej przeze mnie samą.
Można więc stwierdzić, iż tworzyłam kolejny swój wizerunek, specjalny dla oczu Garretta. Pozornie zwykła, wyluzowana i rozbawiona ja... Pozornie, gdyż ukrywająca tajemnicę raczej nie kruczkową. Prędzej to był skandal na miarę państwową, jeśli nie światową. Szlachetna krew splamiona klątwą! Niech mi bogowie pomogą przetrwać bez potrzeby ujawnienia tej tajemnicy nikomu już więcej!
Och... Z tym faktycznie. W niektórych sytuacjach historia z pewnością by się przydała – odparłam z fałszywym śmiechem, na myśli mając tę wersję poważną odnoszącą się do mej przypadłości i tę wersję mniej ważną, bardziej widoczną na deskach bankietów wyższych klas. Ach! Te skandale!
I faktycznie... Czas tak goni – zauważyłam, wstając delikatnie z ławki. Czas zakończyć tę maskaradę. Czas wrócić do swej nory. – W trakcie drogi powrotnej może opowiesz o swoich pojedynkowych rywalach...? Któregoś z Crouchów miałeś okazję pokonać? – zapytałam z ciekawości, ale również dlatego, by prowadzić jakąkolwiek rozmowę. Za nic nie chciałam w tej chwili pozwolić się pochłonąć własnym myślom.


Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   01.10.15 20:53

Nie spędzał z ust łagodnego uśmiechu i wsłuchiwał się w dźwięczny śmiech Diany akompaniujący jej nagłemu wybuchowi radości. Cieszył się, że nawet jeśli on podskórnie wciąż przeczuwał niechciane napięcie, to chociaż ona - jak to powtarzał sobie w myśli, nie mogąc uwierzyć: przyszła narzeczona - zdawała się wreszcie zyskać dobry nastrój. A przynajmniej świetnie grała, bezbłędnie zwodząc Garretta i odganiając jego wyrzuty sumienia, których od dłuższej chwili pragnął się pozbyć.
Nawet z ławki wstała ze szlachecką gracją, na widok czego Weasley ledwo zauważalnie się skrzywił - a może po prostu promień słońca zakłuł go boleśnie w oczy, nieokreślony tik wywołany zmęczeniem mimowolnie poruszył brwią? Ułamek sekundy później uśmiechał się jednak ponownie, tak samo lekko i pozornie beztrosko jak przedtem. Wbrew sobie kolejny raz wpadał w pułapkę konwenansów i nie wywołało tego nawet pragnienie przypodobania się Dianie; nie miał siły troszczyć się zbytnio o sprawianie dobrego wrażenia, nie poruszało go to ani trochę. Myśli Garretta opanowała chłodna obojętność, roztopiona jedynie uroczym śmiechem Diany; nie chciał udawać, nie mając na to ani siły, ani większej ochoty. I tak niczego to nie zmieni.
- Krócej byłoby opowiedzieć, którego Croucha nie pokonałem - zażartował jeszcze, czując, jak otula go delikatny powiew letniego wiatru. Wciąż zwalczał usilną potrzebę sięgnięcia po kolejnego papierosa, ale odłożył ją w czasie, obiecując sobie, że nikotynowy oddech będzie pierwszą czynnością, za jaką zabierze się, kiedy tylko wróci do domu. - Kiedyś, kiedy jeszcze poważniej zajmowałem się sportowymi pojedynkami, miałem okazję zmierzyć się z jakimś Crouchem. Może był twoim dalekim kuzynem? - zaczął snuć opowieść, mimochodem podając ramię Dianie i ruszając wzdłuż żwirowej alejki. Kamienie szeleściły pod jego butami, a ptaki śpiewały pochwalną pieśń błękitu nieboskłonu.

|| zt




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   01.10.15 21:12

Chociaż Kent skradło moje serce już całe lata temu i odkąd róże w moim ogrodzie rozkwitły, nigdy nie marzyłam o mieszkaniu w innym miejscu, nie zostałam przecież stworzona do życia całkowicie na uboczu, a Seth powinien też mieć kontakt z innym otoczeniem niż najbliższe, spokojne sąsiedztwo. Razem z synkiem i guwernantką wybrałam się do Londynu, by po zakończonej popołudniowej herbatce z moimi koleżankami z czasów, gdy moja twarz wyskakiwała z każdej okładki w kraju, udać się do parku i cieszyć się jednym z nielicznych naprawdę słonecznych dni i może dołączyć kolejne zdjęcie do rodzinnego albumu.
- Och, panno Moore, jaka szkoda, że Zaim musi siedzieć w pracy, spodobałaby mu się taka piękna pogoda. - zwróciłam się do niezbyt rozmownej guwernantki, przymykając oczy i wystawiając twarz ku promieniom przyjemnie ogrzewającym moją skórę, na której pewnie kolejnego dnia pojawią się delikatne piegi. - Mam nadzieję, że w weekend pogoda również dopisze, moglibyśmy zrobić piknik albo przyjęcie w ogrodzie, zaprosić gości… - kontynuowałam piękne i chyba trochę odrealnione wizje i dopiero, kiedy otworzyłam ponownie oczy i zamrugałam kilkakrotnie, zobaczyłam Setha biegnącego radośnie w stronę pobliskich ławek i pannę Moore potykającą się o swoją suknię w próbie dogonienia dziecka. Momentalnie podniosłam się z trawy i przyspieszyłam kroku, by chwycić Setha w pasie i wziąć na ręce, nic sobie nie robiąc z jego protestów.
- Kochanie, nie możesz się tak oddalać ode mnie w nieznanym miejscu! - uśmiechnęłam się do niego jak zwykle, gdy jego mała twarzyczka skierowana była ku mnie i ucałowałam go w czubek głowy, nie myśląc nawet o zganieniu go. Dopiero, gdy podniosłam spojrzenie, zauważyłam postać, w kierunku której tak zawzięcie galopował Seth, by przeżyć chwilowe zatrzymanie akcji serca. - Ben… - tyle, jeśli chodzi o elokwencję. Głos ugrzązł mi w gardle, gdy patrzyłam na tego cholernego brodacza po raz pierwszy od pięciu lat, ale za późno już było na odwrócenie się na pięcie i udawanie, że go nie widziałam. Zresztą nie wiem, czy wybaczyłabym sobie takie zachowanie po wszystkim, co przeszliśmy. - nie spodziewałam się Ciebie tu spotkać. - powiedziałam jeszcze, oddając Setha w ręce panny Moore i gestem nakazując jej zabrać z pola widzenia to dziecko, które mogło być nasze, a jest tylko moje.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   03.10.15 8:36

Pomimo wyjątkowo zgrabnego, jak na półolbrzymie gabaryty, wspinania się po drabinie umiejętności gry zespołowej, jaką niechybnie był Qudditch, zbliżający ludzi także po meczu (a nawet i przed), Benjamin pozostawał w pewnym aspekcie typowym samotnikiem. Kiedyś nikt nie dostrzegłby akurat tej cechy charakteru głośnego wodzireja każdej imprezy, każdego bankietu i każdego świętowania, ale kiedy już opuścił panteon popularnych bóstw - co prawda w stylu wręcz fenomenalnym - powrócił do towarzyskiej ascezy. Oczywiście w porównaniu do prawdziwych samotników Jaimie i tak zasługiwał na miano najpopularniejszego żula Nokturnu, prowadzając się co wieczór po podłych knajpach i regularnie pojawiając się w pracy, gdzie przecież także miał kontakt z ludźmi. Bardziej lub mniej intensywny, nieważne, liczyła się rozbrajająca w swej zabawności obecność drugiego człowieka, niezależnie od stopnia zaawansowania relacji czy buzującego pokrewieństwa.
Dzisiejszy poranek nie poświęcił jednak ani leczeniu kaca ani leczeniu obdrapanych z łusek smoków, chociaż spotkanie z ojcem spokojnie można było porównać z nieprzyjemnością dnia po i ryzykiem skrócenia o głowę przez zdziczałego z bólu edalskiego. A wszystko to w sosie wrażliwej subtelności. Mało kto był w stanie wzbudzić w Benjaminie jakiekolwiek wyrzuty sumienia - ukochany tatuś należał do tego wąskiego grona. Wystarczyło smutne spojrzenie piwnych oczu oraz cichy kaszelek, tłumiony w postrzępionej chustce, by Jaimie znów poczuł się jak ostatni, samobójczy samuraj, który zawodzi swojego protoplastę. Szantaże i płacze matki w ogóle nie działały na Bena w tak rozbrajający sposób jak troska ojca, nieśmiało wypytującego o jego życie prywatne. W ciągu trwającej godzinę rozmowy Jaimie cierpiał jak na piekielnych mękach, żegnając ojca z mieszaniną szalonej ulgi i jednocześnie przejmującego żalu. Wiedział, że mężczyzna chciał usłyszeć od niego opowieść o pięknej narzeczonej, o planach ślubu, o przebranżowieniu się na bezpieczną pracę za biurkiem. Nie mógł jednak wypowiadać tych kłamstw, przez co rodzinne spotkanie przerodziło się w pełen dyskomfortu festiwal udawanej radości ze spotkania.
Musiał ochłonąć po takiej dawce emocji, nie do zniesienia na trzeźwo. Dziesięć okrążeń parku pomogło. Momentami, kiedy przechodził przez najbardziej zarośniętą część ogrodu, przez chwilę czuł się trochę jak na jednej ze swoich wypraw, lecz niestety to złudzenie wolności szybko mijało, wprawiając Benjamina w stan lekkiej depresji. Przysiadł w końcu na jednej z ławek, wyciągając z kieszeni kurtki papierosa i odpalając go. Pozostała mu już tylko nikotyna, nikotyna i promienie słońca, które mile nagrzewało skórzany materiał, kompletnie niepasujący do uroczego odpoczynku w parku w środku lata. I tak wyróżniał się z tłumu mamuś, opiekunek i zakochanych, chociaż nie zwracał zbytniej uwagi na otoczenie, będąc głęboko pogrążonym w niezbyt wesołych myślach.
W momencie, w którym nieco poprawił swój humor wewnętrzną mantrą ej, gorzej być nie może, widocznie los postanowił pokazać mu, że jednak piękny lipcowy dzień można zamienić w depresyjny jesienny wieczór. Wystarczyło szczyptę wyrzutów sumienia podlać...ostrym strumieniem lodowatego, potwornego, paraliżującego bólu, jaki spłynął na niego w sekundzie, w której rozpoznał w stojącej przed sobą kobiecie Harriett.
Niepotrzebnie unosił głowę, niepotrzebnie łączył kropki jej ciała w całość, niepotrzebnie wpatrywał się w jej wielkie oczy, dokładnie umalowane usta. W tle śpiewały ptaszki, dzieci śmiały się perliście, gdzieś w głębi parku przykrywała idiotyczna, romantyczna muzyczka a serce Benjamina Wrighta rozrywało się na nowo, zachlapując brudną krwią nie tylko skórzaną kurtkę, ale i jasną sukienkę miłości jego życia. Miłości niedoszłej, kiedyś teraźniejszej, miał nadzieję, że przyszłej - sam nie potrafił ułożyć osoby Harrie w swojej czasoprzestrzeni, będąc kompletnie sparaliżowanym tym przypadkowym, ckliwym spotkaniem pod wierzbami.
Ale mogło być gorzej, oczywiście, że mogło, bo oto spojrzał odrobinę w dół, na dziecko, które blondynka przekazywała guwernantce; na wesołego chłopca o szerokim uśmiechu, który przechylił się przez ramię odchodzącej opiekunki i pomachał mu swoją małą, nieco jeszcze pulchną rączką. Kolejny połączony urywkami przeszłości obrazek nałożył się na słoneczną rzeczywistość, sprawiając, że Benjamin po prostu zamarł, wpatrując się w oczy Harriett z bezbrzeżnym, doskonale widocznym cierpieniem. Dym ulatniał się coraz szybciej z trzymanego w dłoni papierosa, dobre wychowanie nakazywało Jaimie'mu podnieść się z ławki i powitać piękną kobietę w odpowiedni dla miejsc publicznych sposób, ale...po prostu nie potrafił na razie zrobić nic, spetryfikowany do reszty przywołanymi boleśnie wspomnieniami. Nigdy się tak nie zachowywał, potrafił znaleźć kretyńską odzywkę w każdej sytuacji, zarośnięta buzia nigdy mu się nie zamykała, posyłając sarkastyczne uśmiechy na prawo i lewo, ale teraz, bliskość Harrie, niewidzianej od tamtego przeklętego poranka, przywołała zza grobu przeszłości każdą porcję bólu, czyniąc ze słodkiego letniego popołudnia scenerię najgorszego koszmaru.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
 

Wierzbowy park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Pomnik Piotrusia Pana
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18