Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala północna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala północna   20.02.16 16:10

Sala Północna

Jedyna sala, do której nie docierają dźwięki muzyki ani gwar rozmów z pozostałych pomieszczeń. Przekraczający próg mogą poczuć dziwny, chłodny podmuch – nie jest on jednak fizycznie nieprzyjemny. Pozostawia po sobie jedynie uczucie nostalgii, zadumy i lekkiego smutku. W pomieszczeniu nie znajduje się żadna biografia artysty, prace nie są podpisane – to właśnie tutaj znajdują się obrazy anonimowego twórcy. Bądź twórczyni.

Artystyczna gra cieni, 1952 (zakupione przez Lady Laidan Avery)

Róża, 1955 (zakupione przez Lorda Colin'a Fawley'a)

Żądło, 1955 (zakupione przez Lorda Tristana Rosier'a)


Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sala północna   23.02.16 17:01

Kiedy ciężkie drzwi prowadzące do pomieszczenia zamknęły się za mną, odniosłem wrażenie, że sala jest pełna złych omenów. Niemal przejmująca cisza. Chłód. Półmrok. Pustka. I tylko stukot butów, niosący się echem od wysokich ścian. Jakbym wkroczył do obcego sobie świata, przepełnionego smutkiem i nostalgią. Zignorowałem jednak wszelkie znaki, które wręcz krzyczały do mnie, że nie sprzyjają mojej pomyślności, bo przecież poza pseudonimem operacyjnym Fantastyczny Pan Lis, lubiłem dopowiadać sobie, że jestem także nieustraszony.
A byłem po prostu głupi.
Bo wiecie... dopóki dystans między mną a Lovegood nie zmalał do jak najbardziej realnych piętnastu metrów, pomiędzy którymi nie rozpięto żadnej przeszkody, zabranie Louisa Vouittona (nadal uważam, że Napoleon Bonaparte brzmiał o niebo lepiej) na wernisaż wydawało mi się genialnym pomysłem. Ale przecież nie chciałem jej oszukiwać. Z drugiej strony – po pierwsze ze swoją prawdziwą (choć o niebo lepszą) twarzą nie miałem czego szukać pośród arystokratycznego półświatka (zakładam zresztą, że nikt by mnie nie wpuścił), po drugie – nie sądziłem, że Selina zechciałaby w ogóle ze mną rozmawiać. I pomyśleć, że poszło o to, że kilka lat temu chciałem ją tylko pocałować! No dobrze, chciałem troszeczkę więcej, ale nie będę się nad tym rozwodził, bo wyszedł by z tego bardzo tkliwy tekst, a ja jestem twardym mężczyzną. Lat trzydzieści jeden tudzież trzynaście, nieważne – ustaliliśmy wcześniej, że Malfoyowie nie byli orłami z matematyki.
Ja, piętnaście metrów, Selina. Pusta sala wypełniona kilkoma obrazami, ewentualnie gdzieś kręcą się jacyś statyści, którzy jednak nie są tutaj ważni, więc z premedytacją ich pominę. Nie mogłem się zbyt długo zastanawiać, bo czułem, że gdzieś za drzwiami czai się wściekła Tegan, gotowa wpaść tu w każdej chwili, by przywołać mnie do porządku. Ściągnąć na ziemię. Kiedy ja wcale nie chciałem na ziemię! Kilka kroków zniwelowało dzielący nas dystans, jeszcze trochę... aż w końcu znalazłem się obok niej. Na Merlina. Zrobiłem to. Górskie powietrze, goździki, susz z diablego ziela i piżmo. Czułem wszystko wyraźnie, nic się nie zmieniło. Nie miałem żadnego planu, bo nie zakładałem, że zajdę aż tak daleko, a tu taki podróżnik ze mnie. W głowie oczywiście szalał jakiś nieokiełznany chaos, zresztą analityczne myślenie zawsze było moją piętą achillesową (eliksiry!), więc nie pozostawało mi nic innego, jak rozejrzeć się za tym, co mam pod ręką i wydusić z siebie c o k o l w i e k.
Pod ręką, na szczęście – a może raczej w zasięgu wzroku – był obraz.  
- Kompletnie nie znam się na sztuce, ale ktokolwiek nie namalował tych obrazów, musi widzieć same ponuraki. - Wyszło mi nawet całkiem naturalnie. Dopóki Lovegood nie węszyła podstępu, nawet nie czułem się szczególnie zestresowany. Gdyby jednak ktokolwiek w tej chwili zbadałby mi puls, posłałby mnie do Świętego Munga na badania.
Palcem wskazującym poprawiłem okulary, które zsunęły mi się na nos, po czym, stojąc już całkowicie obok (ale w bezpiecznej odległości, nie chciałem przypadkiem odpalić tej tykającej głowicy atomowej) mogłem zachwycać się widokiem Szelki. I bynajmniej nie miało to niczego wspólnego z pożeraniem jej wzrokiem! Raczej naturalną ciekawością, choć moje oczy były niepokojąco rozbiegane – wiecie, musiałem zbadać wszystkie zmarszczki, których przybyło jej od ściągania brwi w wiecznym geście grymasu, takie tam. Doszukałem się też dwóch siwych włosów. I poczułem, jakbym połknął jakąś bombę emocjonalną, w skład której wchodziły same sprzeczności. Zawsze wiedziałem, że Lovegood ma coś wspólnego ze środkami wybuchowymi...  
- Powinnaś rozważyć zrobienie sobie kolczyka w policzku. - Uśmiecham się, wskazując na swoje lico, mniej więcej w tym miejscu, w którym u Seliny widniał pieprzyk. Też taki miałem! Nawet dwa. Ale nie dzisiaj. - Dla zachowania symetrii. Myślę, że to mogłoby być coś świeżego. Zjeździłem pół świata, a nie widziałem nigdy przekłutego policzka, choć proszę mi wierzyć, że ludzie robią sobie kolczyki w najdziwniejszych miejscach.
No ta, oczywiście. Musiałem palnąć coś głupiego, tak dla równowagi. I, niestety, muszę zdusić ten romantyzm zapachów przywołujących wspomnienia – w czasach, kiedy jeszcze ze sobą rozmawialiśmy, nie było mnie stać na taki luksus jak perfumy, niestety. Ale gdyby tylko Selina uważnie przyjrzała się moim oczom, gdyby tylko prześledziła dobrze jej znaną mimikę, swobodę w wypowiadaniu myśli, a także szaleńczy uśmiech, mogłaby poddać wątpliwości realność Louisa Vouittona – choć jeszcze nie zostali sobie oficjalnie przedstawieni.
Namerlinacojarobię.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   23.02.16 19:22

/z sali głównej

Opanowanie i kontrola, jakkolwiek by nie starała się ich utrzymać, były zwyczajnie poza jej zasięgiem. Jej temperament i impulsywność stale sprawiał, że zachowawcze zachowania to ostatnie, co można było jej przypisać. Przez jej wybuchowość, bezdyskusyjność i kompletną bezwstydność, stale sprawiała, że wszelkie światła reflektorów były kierowane na nią, sala na moment milkła w zaskoczeniu, by potem zabrzmieć hukiem miliony komentarzy. Skandale. Czy cokolwiek było jej mniej obce? Wydawało się, że kompletnie skończyła z tym szalonym, nieregularnym i beztroskim życiem, jakie wiodła zanim pozwoliła karierze rozpocząć się na dobre. Zdawała się wsiąknąć we wczesnoporanne treningi, całe dnie harówki, restrykcyjne diety, kompletną abstynencję, ale to dalej nie było w stanie jej wyciszyć. Rutyna, w którą weszła, ciągle nie powodowała, że stawała się innym człowiekiem. Była chaosem, który z wolna zaczął również siebie pożerać od środka.
Przemykała z kolejnego pomieszczenia do innego, szukając oddechu. Oczywiście, że była wzburzona. Co ten mężczyzna sobie wyobrażał? Że naiwnie rozśmieje się, a może i zarumieni pod wpływem komplementu, jakby nie dostrzegała, że przecież te słowa niosły za sobą również pogardę? Czy nie była również kobietą? Te kwaśno-gorzkie zdania mógł kierować do innych niewiast, nie do niej! Niech sobie nie myśli, że uraczona wizją własnej wyjątkowości zachwyci się, zachłyśnie i odda mu na wieki, bo wykonał jednorazowy trud dostrzeżenia w niej czegoś więcej jak kolejnej blondynki! Phi!
Po drodze chwyciła kolejną lampkę z winem, odstawiając tą pustą, której zawartość zmarnowała na twarz tego gbura. I nieistotnym było to, że sama nie popisała się lepszymi manierami. Z jednym zamachem jednak udało się nie tylko spełnić jego poprzednie życzenie, ale także rozgnieść jego wizję na temat tego, w jaki sposób była specjalna. Jeszcze by pomyślał, że ją przejrzał. Pf! To było pewne, że nie była przedstawicielką szarej eminencji. Nie miał jednak żadnego prawa do przypisania jej jakichkolwiek przymiotników i prób określania jej. Nie pozwoli przecież mężczyźnie definiować swojego jestestwa. To byłoby poniżej jej godności.
Dlatego też z taką szybkością oddalała się od centrum zamieszania, szukając nieco wytchnienia. W końcu trafiła do tej sali, łapiąc oddech. Uciekanie na obcasach wcale nie było takim łatwym zadaniem, nie myślcie sobie. Już po kilku krokach wysiadały ci kostki nieprzyzwyczajone do funkcjonowania w takiej pozycji. Okropne uczucie. W tej ciemnej, jakby nieco opustoszałej sali, znalazła wytchnienie. Cień, jaki się roznosił po większości pomieszczenia, dawał jej nadzieję na intymność i chwilę spokoju. Ludzie, którzy kręcili się wokół i przyglądali się obrazom, byli bardziej zajęci kontemplacją i próbą zrozumienia przekazu autora aniżeli zagadywaniem przechodniów. Uznała to za bardzo dobry znak. Upiła więc nieco wina, głównie mocząc w nim język. Z czystej ciekawości przesunęła wzrokiem po dziełach, ze zdumieniem zauważając, że żadne z nich nie było podpisane, a na ścianach brakowało biografii autora. Zmarszczyła brwi, obracając się na zebranych, jakby szukając w nich porady czy też odpowiedzi. Dopiero później przypomniała sobie, jak sponsorka galerii wspominała o tajemniczym malarzu. I Lovegood nie mogła nic poradzić na to, że w pierwszym momencie przypomniała sobie o pewnej osobie, która zdradziła jej zainteresowanie tym rodzajem sztuki. Zaraz jednak zdała sobie sprawę, że nie było szans, by jego prace były wystawiane w tym miejscu, zważając na status jego krwi. Zacisnęła lekko usta, czując, jak ponownie przyspiesza jej bicie serca, jak w każdej z tych sytuacji, które wywoływały u niej frustrację. Daleka jednak była do wyklinania na niesprawiedliwość świata, ledwie zauważając ten element w tym wypadku.
Odetchnęła, odrzucając od siebie te wszystkie dokuczliwe, napastliwe myśli, postanawiając skupić się na sylwetkach, które były przedstawione na płótnach. Zakołysała zawartością swojego kieliszka, szukając jakiegoś zajęcia dla rąk, podczas gdy oczy śledziły każdą rozrysowaną linię (a głównie łuki, do których autor zdawał się czuć zamiłowanie - to też kazało jej sądzić, że musiał to stworzyć mężczyzna). Przyglądała się delikatnej, szlachetnej róży, która spoczywała bezpiecznie w swoich czterech ścianach, schroniona przed światem zewnętrznym. Przesunęła wzrokiem również po plecach kolejnej nagiej kobiety, by w końcu stanąć przed kolejnym obrazem.
-Żądło.-przeczytała na głos, by w końcu podnieść spojrzenie na kolejny wytwór artysty i... zamarła, nawet nie zdając sobie sprawy, kiedy palce straciły kontakt ze szkłem, którego rozbijający się dźwięk ją wybudził. A może to głos, który tak nagle zabrzmiał tuż obok niej? Kiedy ten mężczyzna zdołał się do niej zbliżyć? Czy była aż tak pochłonięta swoimi myślami, że nie zauważyła? Nawet nie zdążyła spuścić oczu na roztłuczoną lampkę, bo jej rozmówca pochłonął całą uwagę. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, dlaczego była obiektem tylu przypadkowych (och, czyżby?) rozmów.-Doprawdy?-zapytała, zanim zdołała ułożyć sobie w głowie konkurencyjną teorię na temat tych tworów. Niepokój, jaki wzbudził w niej obraz, nieco zwolnił pracę jej zwojów myślowych, atakując ją rozważaniami: A gdyby...? Dlatego dopiero po chwili ponownie podjęła temat.-Nie wiem jak pan, ale ja tu widzę sporo kobiet.-odparowała, uśmiechając się nieco kpiąco, by potem ponownie odwrócić wzrok, jakby chcąc dać mu znać, że nie chce kontynuować rozmowy. Mężczyźni zdawali się jednak kompletnie nie rozumieć przesyłanych im sugestii.
Nawet nie była świadoma tego, kto właściwie odważył się do niej odezwać. Wymazała z pamięci osobę, która była dla niej niewygodna, nawet nie podejrzewając, że mogła się kryć właśnie pod postacią tajemniczego jegomościa. Była utkwiona w okrutnym przekonaniu, że miała to już za sobą. Miała jednak tendencję do stałego bycia w błędzie - choćby na temat własnych poglądów czy też tego, co dalej siedziało w jej pamięci. Bo podświadomość działała w tym czasie na podwyższonych obrotach.
Kątem oka ponownie zwróciła się w stronę obserwującego ją mężczyzny i prawie nie prychnęła widząc, jak na nią patrzy. Stanęła więc przodem do niego, gotowa go skonfrontować, gdy się nagle odezwał. Zgłupiała. Kolczyka? W policzku? Co? Jak... jak to? Zamrugała, kompletnie zbaraniała.
Gadatliwość, swoboda w mówieniu, predyspozycja do dziwnych, szalonych pomysłów, podróżowanie, ta zadziwiająca spostrzegawczość w dostrzeżeniu każdego szczegółu jej twarzy czy ciała... te drobne sugestie nie zapaliły nad jej głową jeszcze czerwonej lampki, mimo że rozbudziły w niej czujność. A dokładniej: absurd to zrobił.
-Słucham?-wypowiedziała, zanim zdołała przetrawić tą propozycję. Parsknęła śmiechem, kompletnie rozłożona tą abstrakcją.-Najdziwniejszych miejscach?-podjęła, jakby zaciekawiona.-Czy my się znamy?-zapytała, spoglądając na niego uważnie, jakby wpadając na to pytanie chwilę później. To, że mówił do niej na "ty" z marszu było... nietypowe. A tym bardziej to, że powinna go momentalnie zganić za taką śmiałość.
Zmrużyła na moment oczy, patrząc na niego. Gdzieś zakołatało jej, że widziała już podobny sposób gestykulacji czy wypowiedzi, a czyjeś oczy patrzyły na nią w podobny sposób, posiadając dosłownie ten sam uśmiech. Tylko coś tutaj nie pasowało.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sala północna   23.02.16 21:45

Nie przywiązałem uwagi do nazwy umieszczonej obok płótna, dopóki ta nie rozbrzmiała głucho w ustach Seliny. Cóż za zbieg okoliczności. Mieć do czynienia z żądłem i osą jednocześnie, podczas gdy sam byłem farbowanym lisem, a gdzieś tam zostawiłem (jak sama siebie nazwała) małpkę Tegan na pożarcie lwom. A podobno trafiłem do galerii sztuki, nie do zoo. Gdyby zabrnąć w to głębiej – niewątpliwie za którymiś drzwiami już odprawiały się jakieś cyrki. Tak czy inaczej, najprawdopodobniej wybrałem zły adres.
- Teraz to będzie awangardowe dzieło. - Zauważam, przyglądając się rozbitemu szkłu i śledząc rozlewające się między fugami czerwone wino. Iście dramatyczny widok, który był dla mnie kolejnym pretekstem, by tylko zaskarbić sobie uwagę Seliny. Ktoś mógłby mnie wziąć za masochistę. W zasadzie byłem nieomal pewien, ze Tegan zrobiła to już jakieś pięć minut temu, kiedy bezmyślnie postanowiłem przekroczyć próg sali północnej. - Chociaż nie wiem, czy zebrane towarzystwo jest gotowe na taką odważną sztukę. - Zacmokałem, bo moja uszczypliwa natura jak zwykle wzięła nade mną górę. Jeszcze przez chwilę nostalgicznie śledziłem czerwone rzeki, które wybierały kolejne koryta, by po chwili unieść wzrok na Selinę i z zawadiackim uśmiechem rozwinąć jej słuszną uwagę. - A czy to właśnie kobiety nie są zwykle wyzwolicielkami wszystkiego, co w mężczyźnie najgorsze i najlepsze zarazem?
Brawo, Fryderyku, mów tak dalej, a zaraz zostaniesz posądzony o seksism, albo coś w tym rodzaju. Z Lovegood trzeba było uważać na podobne tematy, bo o ile dobrze wiedziała, że Lis jest pacyfistą, jeśli chodziło o wojnę płci, nie mogła znać poglądów Louisa. Na Merlina, czy ja zawsze musiałem utrudniać sobie życie? Nie mogłem podejść do niej tak po prostu... normalnie? No dobra, nie mogłem. Cała ta gra, choć dopiero ruszył pierwszy pionek, już mnie niezmiernie irytowała i pociągała jednocześnie. No zupełnie jak Szelka. Przecież jej się nawet nie dało lubić. Jej wyraz twarzy mówił do mnie idź stąd, nie chcę z tobą rozmawiać, ale zamiast mnie jakkolwiek powstrzymać, to... zresztą wiecie, jak to działa. Kojarzycie tę scenę z Fantastycznego Pana Lisa z wilkiem (przebijemy na chwilę czwartą ścianę)? Kiedy już pod koniec Lis, Opos i dwa młode lisy jadą na motorze, zaś Opos – każąc się nie odwracać – sprawia, że wszyscy się odwracają, w wyniku czego następuje zetknięcie Lisa z jego największym koszmarem, jakim jest wilk? Ta scena jest wręcz idealną alegorią moich relacji z Seliną. Wszystko zrobię na wspak. A na koniec uznam, że moje koszmary są czymś pięknym. Tyle w tym temacie.
Pomimo, iż byłem niemal święcie przekonany, że po moich słowach Lovegood obróci się na pięcie, a ja będę mógł z czystym sumieniem powrócić do Tegan, jej reakcja była dla mnie bezcenna. Będę się chyba za swoje występki wobec niej smażył w piekle. W tym dziewiątym kręgu, który był mi już tak dobrze znany...
- No... kolczyk. Przepraszam, nie zwykłem przebywać w takim wyrafinowanym towarzystwie, mam nadzieję, że nie powiedziałem niczego złego tudzież obraźliwego? - No przecież, że nie. Ja to wiedziałem. Ale trzeba było grać swoją rolę, więc odpowiednio zmarszczyłem czoło, choć uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Co gorsza - na pogrzebach też miewałem problemy z pozbyciem się go, dlatego omijałem je jak tylko mogłem. - W ustach, na przykład. Jak kobiety z plemienia Sara. Choć moim skromnym zdaniem te akurat wyglądają mało estetycznie. Albo w pępku. Jak u Faraonów! Inne dziwne miejsca lepiej przemilczę, żeby nie siać zgorszenia. - Zakończyłem z udawanym przerażeniem, robiąc wielkie oczy i teatralnie przysłaniając swoje usta dłonią. Gdybym został aktorem, zdobywałbym Złote Maliny z roku na rok. Co z tego, że pierwsza ceremonia miała odbyć się dopiero za ponad dwadzieścia pięć lat! - Nie sądzę, ale proszę wybaczyć mi moje nieokrzesane maniery. Chociaż może, kto wie, było nam dane spotkać się w jakimś równoległym wszechświecie, po drugiej stronie czarnej dziury? - Grałem swoją rolę, ale kłamać nie zamierzałem. Jedynie omijać pewne prawdy. Meandrować w sferze niedomówień. W tym akurat czułem się jak ryba w wodzie. - Louis. - Przedstawiłem się, ale przecież nie oszukałem jej aż tak bardzo. No Fryderyk to ja się przecież też nie nazywałem. Te fikcyjne imiona lgnęły do mnie jak muchy.
Dobra Morgano, stałem z Seliną Lovegood od pięciu minut pod jednym obrazem i byłem jeszcze żywy. Czy ktoś mógłby to uwiecznić?

* tutaj scena





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala północna   24.02.16 7:05

Maire ma nieobecność, więc nie będzie pisała na wernisażu, ale pozwoliła mi napisać, że kochana żona nigdy nie opuszcza Alfreda. Stąd nie zagadujcie Maire

To nie tak, że czekał tu na swoje ofiary. Wernisaż zawsze był i będzie punktem jeden na jego liście. Chętnie poszerzyłby swoją kolekcje obrazów o te najodpowiedniejsze. Jednocześnie ten dzień był dla Alfreda przełomowy. Wirował w towarzystwie, zapewne przyjmując kolejne gratulacje ślubu i przedstawiając swoją żonę z naciskiem na "Parkinson". Trudno było powiedzieć, że szczęście aż tryskało z jego piersi. Ostatnie wydarzenia mocno wpłynęły na jego podejście do życia. Chociaż próbował nie zwariować, coraz częściej otaczał Maire opiekuńczym ramieniem, wypytując, czy czegoś nie potrzebuje. Nawet dzisiejszy wernisaż był dla obojga stresujący. Łudził się, że pod wpływem wydarzeń nie będą znów obydwoje we krwi. Wtedy miałby pełne prawo zabronić wszystkiego Maire, aby tylko poczuła się lepiej. Jednak nie miał do tego serca. Nie był jak jego ojciec, który niczym dementor chciał zabrać całe szczęście z otoczenia bliskich. Najpewniej uchyliłby jej nieba, spełniając (prawie) wszystkie zachcianki, aby uśmiechała się w sposób szczery a nie wymuszony. Nie można więc powiedzieć, że nie stanowi świetnej pary. Z sali do sali przechadzali się, oglądając obrazy i wysłuchując wzruszającej, delikatnej muzyki. Aż szukał Caesarego w tłumie, aby na głos pochwalić wybór Lady Avery. Niestety zamiast przyjaciela, wszedł do tej sali. Próbował ukryć swoje spięcie. Jak powinien się czuć? Anonimowy artysta słuchał uwag o swoich obrazach i każdemu z oglądających potraktowałby soczystą Avadą, spalając od razu każdy ze swoich dzieł.
Nie był przyzwyczajony do takiego ekshibicjonizmu. Wszystko nagle stało się tak nienaturalne, wymuszone, niezrozumiałe. Feeria ponurych barw uderzyła w lico Alfreda, a ten zrozumiał, że to nie był dobry pomysł. Wachlarz emocji policzkował go po twarzy i nim zdążył odwrócić się na pięcie i wyjść, Maire go powstrzymała. Nie wiedział, czy ma jej dziękować, czy zacząć rozmowę w stylu: to ja decyduję, gdzie idziemy. Miał się zachować jak mężczyzna, a szukał chociażby malutkiego przejścia, w którym mógłby się skryć i nie słuchać wszystkich uwag. Tłum ludzi, którzy ochoczo odwiedzali galerię lady Avery, pozwolił mu się skryć z kieliszkiem wina. Chociaż potrzebował teraz czegoś mocniejszego, aż dziękował w duchu, że Laidan ma więcej wyczucia niż on i zaserwowała to, co wypada. Może rzeczywiście czekał na swoje ofiary. Najchętniej zmieniłby się w męskiej łazience, a Maire wysłał do domu, lecz sprawdzający zaproszenia również sprawdzał pochodzenie. A nie zniósłby jakby ktoś zapytał go o status krwi. Metamorfomagia była jednak brzemieniem, który chociaż czasami stanowił świetną ucieczkę, dzisiaj nie pozwalał mu swobodnie oddychać. Wszak nie mógł wypić za dużo, garbić się i marudzić pod nosem. Miał pokazać Maire, że jest silny, ale cały pomysł wernisażu aż parzył jego skórę. To było za szybko i za dużo. Patrzył na swoje obrazy i czuł przerażający smutek wszystkich wspomnień. Pierwszy obraz, Artystyczna gra cieni, aż ożywiła obrazy z pewnego Sabatu, gdy rozsądek wziął górę i uświadomił, że marzenia nigdy się nie spełnią. A może jednak tak? Znajoma sylwetka wprowadziła Alfreda w dziwny nastrój. Tuż obok siebie miał żonę, na którą teraz łypał niepewnie, a obrazy wrzuciły go w czar myślodsiewni. Róża przedstawiała jego uroczą żonę. Chociaż nikt nie powinien ją widzieć w takim negliżu, postarał się o delikatność i zostawienie jedynie niektórych rys twarzy. Maire miała okazję "podziwiać" obraz wcześniej. Gdyby nie tytuł, najpewniej sama by się nie poznała. I pierwsze co przyszło mu na myśl, że to nie tak, że nie potrafi jej namalować, lecz po co jej portret? Pamiętał ją doskonale i nie wiedział, co by musiało się stać, aby zapomniał. Portret był kartą pamięci smutku, a z tym nie chciał kojarzyć całej postaci swojej żony. I ostatni, och, ostatni. Najbardziej wymęczony, najbardziej niepewny, nieporadny, smutny i mroczy. I to nie dlatego, że wspomnienia takie były. Jak uchwycić coś co nieuchwytne? Jak namalować coś, czego nigdy się nie widziało? I znów kilka rysów twarzy mogło wskazywać odpowiednią osobę. Dokładnie pamiętał, kiedy miała tak smutną minę. I nie chciał tego zapomnieć. Może to też pokazywało, że nie jest tylko Osą, ale posiada swoje słabości?
Uderzenie kieliszka o podłogę, pomrukiwanie skrzatów i samosprzątające się szkło. Prawie przeklął pod nosem. Podobno czekał na swoje ofiary, a gdy tylko zrozumiał, kto upuściłby wino w towarzystwie na podłogę tuż pod Żądłem, chciał uciec. Szybko obrócił się, przeklinając swój wysoki wzrost i przypominając sobie, że przecież to anonimowy artysta. Równie dobrze mógł zlecić komuś namalowanie tych obrazów. Mimo wszystko, nie mógł teraz się tam pojawić. Serce waliło mu jak oszalałe, a on nie wiedział, co ma zrobić. Pusty kieliszek odstawił gdzieś na tace, wskazując miejsce Maire, gdzie mogliby spokojnie stanąć i spełniać swoje obowiązki towarzysko - rodowe. Jednak nie potrafił się na niczym skupić. Jeszcze powinna się tu pojawić Laidan, aby demony opanowały ciało Alfreda. Demony przeszłości, snów, marzeń, smutku i rozpaczy. Wychwytywał jednym uchem uwagi, drugim dramaty i plotki. Dobrze, że Maire miała zdecydowanie większe umiejętności komunikacyjne. Wszak jego wszyscy znali jako mruczka. Wrócić na chwilę do rozmowy, ale aż go bolało, że nie może zobaczyć miny Seliny. Czy była tak szczęśliwa jak Maire czy wściekła jak osa? Tańczył z diabłem, a ten niszczył go od środka. Ułożył dłoń na talii kobiety swojego życia, szepcząc,  czy ma ochotę na kieliszek wina. Powinna, nie powinna? Nieważne, nic nie jest ważne. Wtapiali się w tłum.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Sala północna   25.02.16 13:52

Och, oczywiście, mógł wybrać każdą inną salę spośród kilku innych, które z pozoru wyglądały tak samo; rozwieszone obrazy, zgromadzeni przed nimi ludzie, ciche szepty komentarzy wyrażanych nad konkretnym artystą lub artystką. Czemu więc wybrał właśnie salę północną? Czemu skierował kroki tutaj, do ciszy przesyconej tajemnicą - wszak autor pozostawał nieznany, a trzy obrazy zdobiące pomieszczenie nadawały tej tajemnicy jeszcze większy wymiar. Nie były przecież zwykłe, nie były byle jakie, namalowane wprawnym pociągnięciem pędzla, który nie zostawiał żadnych smug; wręcz przeciwnie, każdy z nich zdawał się być dziełem przypadkowych muśnięć, jakby artysta wcale nie dbał o idealizm, lecz chciał jak najszybciej uchwycić to, co było przedstawione jego oczom.
Przeszedł wzdłuż przeciwległej ściany, przypatrując się obrazom z daleka, próbując uchwycić coś więcej niż paletę kolorów na płótnie; mijając po drodze kilka zgromadzonych osób ledwie musnął spojrzeniem ich sylwetki, zbyt mocno skupiony na swoich własnych uczuciach i przemyśleniach. Przesuwał wzrokiem z jednego obrazu na drugi, z nagich pleców na nagie nogi, szukał szczegółów, które powiedziałyby mu coś więcej - o bohaterce obrazu i o autorze. Czemu zachowywał anonimowość i nie chciał się ujawnić? Colin łatwo wydedukował, że artystą nie był byle kto, lady Avery na pewno nie wystawiłaby w swojej galerii obrazów podrzędnego mugolaka, a i dzieła czarodziejów półkrwi zapewne nie wisiały tu zbyt często. Więc czysta krew... ale czy szlachetna? Czy autor jest na wernisażu, kręci się wśród ludzi, wysłuchuje opinii o swoich obrazach? Jest w tej sali, bacznym okiem sprawdzając, jakie reakcje wywołuje jego dzieło? Przez myśl przemknęła mu nawet wizja, że autorką mogłaby być sama lady Avery, tyle tylko że po co miałaby chować się za anonimowością?
Stanął przy Róży, mimowolnie kierując wzrok w stronę obrazu najbardziej wyrazistego, gdzie widoczna była duża liczba szczegółów - samej portretowanej dziewczyny, ale i otoczenia. Przydałby mu się w dłoni kieliszek, choćby i pusty, żeby miał na czym zacisnąć dłonie; zamiast tego palce muskały powietrze, a on założył ręce do tyłu, nie mając pojęcia, jak powinien się zachować. Nie mógł przecież wpatrywać się w obraz całymi godzinami, a i tak stał przed nim już dobre pięć minut, studiując jego powierzchnię, kolory i próbując dojrzeć w niewielkim fragmencie twarzy jakiekolwiek emocje.


Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   27.02.16 11:09

| z sali głównej

Krótkie spotkanie z Medeą sprawiło, że nastrój Laidan, i tak orbitujący gdzieś na poziomie kosmicznego zadowolenia, rozbłysł jeszcze bardziej. Ukochana lady Rowle powróciła po wielu latach na łono ojczyzny, co jednoznacznie oznaczało ciągły kontakt oraz odnowienie tradycji wspólnych kobiecych pogaduszek. Z męskiej perspektywy ocenianych jako słodkie, głupiutkie i zupełnie niegroźne ploteczki przy sprowadzanej z dalekich krajów herbacie, jednak rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. I nie chodziło tutaj o zmianę nieszkodliwego trunku na drogie wino. Malfoy - Lai ciągle postrzegała ją przez złoty pryzmat nazwiska zaprzyjaźnionego rodu - stanowiła doskonałą kompankę w dysputach nie tylko na tematy dotyczące sztuki, ale także te poniekąd zakazane, nieprzystające potulnym małżonkom i wdzięcznym matkom. Widziała w niej wielki potencjał, już rozpościerający swoje słowicze skrzydła na zagranicznych salonach. Może nad wyrost, ale kiedy Avery spojrzała prosto w jasne oczy Medei, już nie będącej młodziutką trzpiotką ale pewną siebie kobietą, poczuła mocne ukłucie dumy. Kolejne dzieło jej rąk, podszeptów, wykreowane na jej wzór (ach, ta rozkoszna megalomania) i podobieństwo, zasługujące na miano córki, które przeklęta Allison nosiła tylko z podłego genetycznego przymusu. Na szczęście nie musiała znosić widoku tej bardziej irytującej części bliźniąt - po pożegnaniu się z Medeą i przeprowadzeniu kilkunastu fascynujących pogawędek, głównie o charakterze gratulacyjnym, Lai umknęła z zatłoczonej głównej sali, kierując swe kroki prosto do najspokojniejszego miejsca w galerii.
Które wcale aż tak spokojne się nie okazało. Po przekroczeniu progu przywitał ją trzask tłuczonego szkła - aż delikatnie zmarszczyła jasne brwi, zastanawiając się, co to za niewychowany imbecyl bawi się tutaj w jakieś plebejskie trzaskanie kieliszkami. Takie impertynenckie zachowanie mogło być na porządku dziennym w spelunach Nokturnu, lecz nie tutaj, na salonach. Postanowiła się jednak nie irytować (od czegoś miała cały zastęp niewidocznych skrzatów), choć jej wzrok instynktownie przeniósł się w kierunku dzieł anonimowych.
Jeszcze ich nie widziała. W przedwernisażowym chaosie wszystkie kwestie dotyczące tej części wystawy przekazała w ręce Aloysiusa. Ufała zarówno swojemu asystentowi - nawet jeśli kwestia uciekającej półszlamy nieco ochłodziła jej łaskawe serce - jak i samemu artyście. Już sam fakt, że Parkinson zdecydował się wystawić swoje obrazy po raz pierwszy w jej galerii wydawał się Laidan niezmiernie znaczący, łechtając malarskie ego. Z ciekawością i fascynacją wyminęła więc ludzi stojących tuż przed obrazami, by w końcu zobaczyć wybrane prace z bliska. Wzrok prześlizgnął się po Róży i Żądle, lecz na stałe zatrzymał się dopiero na pierwszym obrazie, ciemnym, zupełnie innym od pozostałej dwójki.
Dłoń, w której trzymała kryształowy kieliszek zacisnęła się na nim gwałtownie, tak, że równe paznokcie nerwowo uderzyły w jego powierzchnię. Obyło się jednak bez żałosnych ofiar w szkle oraz ludziach, przynajmniej na razie, bo gdy po chwili odwróciła się od płótna, jej spojrzenie od razu natrafiło na stojącego pod ścianą Alfreda. Z tej odległości nie była w stanie stwierdzić, czy wykrzywiał swe wąskie usta z ironiczną dumą czy przedstawiał raczej obraz zagubionej, twórczej rozpaczy. Liczyło się tylko to, że pozostawał w zasięgu jej nagłej irytacji, której dystans jeszcze bardziej zmniejszyła, z gracją lawirując pomiędzy zachwyconymi widzami. Porwała kolejny kieliszek wina i chyba tylko dzięki wsparciu zbawiennego alkoholu mogła obdarzyć mężczyznę rozkosznym uśmiechem: bez zaciśniętych szczęk, za to z jasnogranatowymi oczami ciskającymi niebezpieczne błyskawice. - Lordzie Parkinson - powitała go uprzejmie, poprawiając etolę, spływającą z jej odkrytych ramion i odsłoniętych pleców. Cóż. Chciała powiedzieć znacznie więcej, ale na razie utopiła chęć syczenia oskarżeń w kieliszku wina.






when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   27.02.16 18:15

Na szczęście osa nigdy nie była zwierzęciem, dla którego przychodzono do zoo - raczej patrzyło się na nie z daleka, uważnie, nabierając ostrożności, nie mając ochoty na bezpośredni, bliski kontakt. Co niektórzy je atakowali, tylko prowokując do większego rozwścieczenia. Głupcy, czyż nie?
-Awangardowe?-powtórzyła, lekko zaskoczona jego niezwykle lekkim podejściem. Zmrużyła lekko oczy, odwracając wzrok na moment od swojego rozmówcy, by znów spojrzeć na obraz, który sprowokował ją do tych jakże bolesnych spadków samopoczucia u organizatorki wystawy. Prawie czuła wyrzuty sumienia z powodu roztrzaskanego szkła. Nie czuła na sobie spojrzenia, które z taką ciekawością próbowało dostrzec jej reakcją. Ponownie prześledziła rysy przedstawionej persony, z napięciem zauważając pewne podobieństwa. Skojarzenie Parkinsona z tym dziełem było jednak nawet dla jej paranoidalnego umysłu nieco zbyt daleko idącym wnioskiem - posiadała ledwie fragmenty takie jak zapach farb, ich ślady na ubraniu lub skórze... zbyt skupiona jednak była na sobie, by zauważyć, jak cały czas przed nosem umykało jej uświadomienie sobie z jaką pasją była postrzegana przez swojego przyjaciela?-Towarzystwo nigdy nie jest gotowe na nic, co poprzedzone jest przymiotnikiem odważne.-parsknęła, zniechęcona, dając się przejąć myślom o niechęci do społeczeństwa aniżeli o swoim tajemniczym towarzyszu. Była idealnym przykładem do tego, by potwierdzić, że ludzie zwyczajnie nie akceptowali niczego, co jawiło się w jaskrawszych barwach. I wcale nie chodzi o jej ubiór czy kolor szminki, o nie. Aż dziw bierze, że po pomieszczeniu nie rozlegały się westchnienia pełne zaskoczenia i oburzenia na prace, które wisiały na tych ścianach. Pewnie reagowaliby tak, gdyby obrazy te ukazane byłyby w świetle reflektorów - jednak w tym nikłym, słabym blasku były akceptowalne, będące w cieniu, zupełnie jak oni w zaciszu swoich dworów. Czy to nie był przejaw perwersji?-To by oznaczało, że mężczyźni są niezwykle podatni na sugestię i manipulację.-zauważyła spokojnie, uśmiechając się wolno, z satysfakcją. Zdawał się doskonale wiedzieć w jakie tony uderzać, by uśpić jej podejrzliwość i ugłaskać ją na tyle, by nie zechciała go przepędzić i sprowadzić na banicję od swojego towarzystwa. Jak sprytnie, panie Lisie. Bo ona wcale nie miała zamiaru umniejszać roli kobiety w zachowaniu mężczyzny - jeżeli on pod jej wpływem się zmieniał czy jej waga nie wzrastała diametralnie? Była prowokatorką, te słowa to jak miód dla jej uszu! Najgorsze co mogłoby się wydarzyć to gdyby była komuś obojętna - to byłoby wobec niej największe okrucieństwo.
Zresztą. Kobieta wyzwolicielką. Czy to nie brzmiało dumnie? Była gotowa zaakceptować te słowa. Może gdyby miała bardziej socjalistyczne poglądy to wrzuciłaby to w jakiś slogan, który modnie byłoby wykrzykiwać pod oknami Ministra. Może. Niestety.
Odwróciła w końcu łaskawie głowę, ciągle jednak nie ruszając się sprzed portretu, który był jej smutnym odbiciem. Powinna uciec i zaprzeczać, że pomiędzy jednym a drugim było jakiekolwiek podobieństwo - w końcu to ona tworzyła swój obraz, a nie ktoś inny. Mimo wszystko nie potrafiła się stąd ruszyć choćby na krok.
Obserwowała, jak się tłumaczył, marszcząc czoło, jakby faktycznie popełnił jakieś foux pas. Mimo to usta stale wykrzywiały się w grymasie, który jasno jej mówił, że to był tylko pozór - był pewny siebie, wcale nie wycofywał się ze swych słów ani nie czuł zażenowania z powodu ich powiedzenia. Bezczelny. Zmierzyła go wzrokiem, jakby oceniała czy faktycznie nie zwykł bywać w takim towarzystwie. Wszak szata zdobiła człowieka, prawda? Czy nie tak to szło?
-Powiedział pan.-poprawiła go zaraz, ze stanowczością, ściągając usta w wąską linię.-Powiedział pan obraźliwą rzecz.-wyjaśniła spokojniej, unosząc brodę do góry, w tym dumnym, pysznym geście. Igrała z nim. Była ciekawa, jak zareaguje. Starała się jednak zbyt często nie zerkać na niego kontrolnie, choć tak ciężko było sobie odmówić zauważenie jego reakcji!
W trakcie gdy opowiadał położyła dłonie na brzuchu, jakby instynktownie, kiedy wspomniał o pępku. Nie wyobrażała sobie przebijania brzucha - jak oni to robili?! To musiało być cholernie niebezpieczne! Wyglądało też na to, że jej rozmówca zwiedził sporą część świata...
-To byłoby niedopuszczalne.-przyznała, gdy udał zgorszenie, mówiąc o nim.-...gdyby pan w tym momencie skończył.-dodała po chwili, wyzywając go nieco spojrzeniem.-Doprawdy, ciekawe skąd pan wie tyle o tak dziwnych miejscach i metalach je zdobiących, posiadając tak...-cmoknęła, pozorując chwilowe zastanowienie.-mało wyrafinowane podłoże?-zapytała, biorąc go nieco pod włos. Skąd miała wiedzieć, że stojący przed nią człowiek był urodzony wyżej od niej? To nie tak, że jej się przedstawił, prawda? Nieważne, że byli na wernisażu dla arystokracji.
Zmrużyła nieco oczy, gdy wspomniał o swoim nieokrzesaniu. Cały czas podkreślał swoje niedostosowanie do tej grupy społecznej, wyciągając kompletnie błędne wnioski.
-Przepraszam, to jakiś mugolski bełkot?-zapytała w końcu po dłuższym momencie wpatrywania się w niego, kiedy prawił o czarnej dziurze i innym wszechświecie. Co za ekscentryczny człowiek.-Louis...?-zapytała, nieusatysfakcjonowana samym imieniem, nie mając zamiaru się odwdzięczać swoim mianem za tak zdawkową informację, nawet nie zdając sobie sprawy z faktu, że on znał ją doskonale.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala północna   28.02.16 21:12

Pławił się we wszystkich pochlebnych opiniach. Chociaż nie zdradzał się, a jedyne osoby, które mogły o nim wiedzieć, zostały uwiecznione na obrazach. Parkinson nie był aż tak oczywistą personą. Niewiele jego znajomych wiedziało o wszystkich zasadzkach, które zostawił na płótnie. Zawód „malarz” nie był łatwym kawałkiem chleba. Malował po nocach, zabierając sobie cenne godziny snu, ale wena nie odstępowała go na krok. Inspirował się rzeczami z dnia codziennego, kolekcjonował smutek, a potem odtwarzał go na płótnie. Był portrecistą rozpaczy. Powinien uwieczniać radość, prawdziwe szczęście jak ślub z Maire. Dlaczego tak łatwo zapamiętywaliśmy, to co złe? Skupiał się na tym, nie pozwalając chwili radości nadejść. Maire była strażnikiem i powodem wszystkich uśmiechów.
Zalałby się zapewne rumieńcem, gdyby dowiedział się, że jego prace są tak rozchwytywane. Lady Avery była doprawdy złotą kobietą, która zgodziła się zachować anonimowość Parkinsona. Nie wiedział, skąd w nim pojawiła się ta żądza. Wszak od dawna korzystał z metamorfomagii i gdyby nie żona, zapewne nawet dziś przyszedłby pod zmienioną postacią. Jednak lady Avery zadbała o bilety, pilnowała czystości krwi tak, że Alfred aż chciał jej złożyć gratulacje i pochwałę. Szukał jej wzrokiem, kolekcjonował wszystkie momenty zaskoczenia na obrazy. Dopiero jak zobaczył twarz Lady Avery, miał wrażenie, że wpadł w olbrzymie kłopoty. Położył dłoń na talii Maire, szepcząc coś do niej o szybkiej ucieczce, zanim ktokolwiek zorientuje się, że to jego obrazy. Nim zdążył się wycofać, nie byli już sami. Grzecznościowy uśmiech, lekkie zaskoczenie na twarzy i delikatny pocałunek na dłoni Laidan upewnił go, że nie śni.
- Lady Avery, to dla nas zaszczyt. – przywitał ją uroczyście – Proszę poznaj oficjalnie moją żonę, lady Maire Parkinson – na jego twarzy było widać, że nie jest to wymuszone małżeństwo. Patrzył na żonę z miłością, zupełnie nieudawaną. Nie potrzebował udowadniać innym, jak zgraną są parą. – Wybitne wydarzenie, aż trudno podjąć decyzję, który obraz powinniśmy zabrać ze sobą – mówił całkowicie szczerze, ale przecież nie o swoich dziełach. Ledwo co zdążył obejrzeć kilka, a naprawdę miał olbrzymi dylemat. Chciał podjąć świadomą decyzje, ale jednocześnie, nie mógł z taką roztropnością traktować sztuki. Czyż ona nie powinna być wyjątkowa? Traktował ją jako zwieńczenie wszystkich przyjemności, jako nagrodę za „dobre” sprawunki.
- Nie uważasz, droga lady Avery, że ten artysta wykazuje aż za duże zamiłowanie do czarnej farby? – lekka sugestia, uderzająca do letnich wspomnień ich artystycznych dysput. Chciał poznać jej opinię, wykorzystując cios poniżej pasa. Spłonie za to na stosie, odpala najcięższą z broni, a lady Avery wybuchnie lada moment. Zauważył, że Maire przeprosiła ich na chwilę, aby sięgnąć po wino. Czekał na odbicie piłeczki i nie wiedział, czy powinien tak prowokować. Powinien, Lady Avery?






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   29.02.16 19:15

Nie wiedziała do końca, co dokładnie spodziewała się ujrzeć po przekroczeniu progu Sali Północnej, ale nawet gdyby wysnuła jakiekolwiek artystyczne marzenia, z pewnością nie pokryłyby się z rzeczywistością nawet w najmniejszym stopniu. Oczywiście prace Alfreda - lub anonimowego, szlacheckiego debiutanta, co od razu nasuwało na myśl jakiegoś wątłego, chorowitego synalka Fawleyów lub Greengrassów, biegle posługującego się pędzlem (bo każde inne zajęcie wydawało się ponad jego siły) - były więcej niż dobre. Wyczuwała to nie tylko sama, kierowana wieloletnim doświadczeniem w malarskim mecenacie, ale także wysupływała z gęstej atmosfery, pełnej pochlebnych szeptów. Jako idealna opiekunka - lub jak skromniutko wolała bogini artystów (zarówno w tym mitologicznym jak i przerażającym sensie - karmiła się zachwytem innych ludzi, lecz w chwili, w której połączyła rozmazane czarną farbą kropki w jedną sensowną ścieżkę ku rozpoznaniu subtelnej aluzji, rozchlapanej na obrazie, czerpanie siły z udanej wystawy zeszło na dalszy plan.
Rozgrywka stała się bardziej kameralna, dwuosobowa, zamknięta nie tylko w niespokojnym duecie, ale i w czterech ścianach gabinetu, przesyconego zapachem whisky i rozgrzanego, letniego powietrza, ledwie poruszającego ciężkimi zasłonami, oddzielającymi ogniki ogrodu od tych, zapalonych w oczach dwóch artystów. I chociaż w Sali Północnej było chłodno, a odkryte ramiona Laidan pokryły się (nie)przyjemną gęsią skórką, przez chwilę naprawdę czuła powiew sierpniowego wiatru, gęstego i odurzająco słodkiego zarazem. Możliwe, że karmiła tak swoją ułudę; bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem było jednak prozaiczne powiązanie zapachu perfum Alfreda z tą rozłożoną w czasie przyjemnością, jakiej byli świadkami. Właścicielami? Ofiarami?
Wino nie chciało odpowiedzieć na niezadane pytania. Nie łagodziło także nagle żywego posmaku jego ust, tym intensywniejszego, im piękniej patrzył na stojącą obok siebie Maire. Laidan przywitała się z nią uprzejmie, obserwując, jak kobieta opuszcza ich na chwilę, znikając w tłumie. Nie, nie czuła zazdrości ani zawiści, raczej sekundowe wzruszenie, nieco łagodzące irytację, niebezpiecznie zbliżającą się do granicy furii. Alfred był szczęśliwy. Mogła mu tylko pogratulować i cieszyć się idealnym wyborem życiowej partnerki....oczywiście już po tym, jak jasno da mu do zrozumienia, co sądzi o takiej impertynencji.
- Chyba sobie kpisz - zaczęła słodkim tonem, przysuwając się do Parkinsona jak najbliżej, ot, pretekst poufałej rozmowy o odważnych dziełach. - Nie wiem, co sobie myślałeś, decydując się na ten obraz....Nie jestem jakimś uzupełnieniem kolekcji - kontynuowała siląc się na grobowy spokój, odziany w leciutki ton żartu, jakby dyskutowali o pogodzie, polityce albo czymś równie odległym od tego napięcia, jakiego dawne echa odbierała także teraz. Ponownie upiła łyk wina, tym razem zdecydowanie dłużej przytrzymując usta przy kieliszku i obrzucając Alfreda spojrzeniem więcej niż morderczym. Co pomimo filigranowej sylwetki i zadzierania głowy do góry, by móc spojrzeć w te niesamowicie zielone oczy, musiało robić wrażenie.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Sala północna   01.03.16 15:40

Zadziwiające, że nigdy nie zostałem użądlony przez osę. Trzydzieści jeden lat życia w niewiedzy - czy bardziej boli, czy jest tylko irytujące, jak ugryzienie komara? Chociaż jeśli autora (z uwagi na tematykę byłem niemal pewien, że chodziło o mężczyznę) obrazu w istocie użądliła jakaś osa, zdecydowanie nie chciałbym, aby i mnie to spotkało – zwłaszcza, gdybym po takim incydencie miał widzieć świat w tak ponurych barwach.  
- Tak, dokładnie. Awangardowe. Zwyrodniałe. Potępione. Zakazane. Ale czy nie jest przypadkiem tak, że zakazany owoc kusi najbardziej? Osobiście uważam, że życie jest zbyt krótkie i kruche, by podążać przez nie pasmem wyrzeczeń przebiegającym przez utarte szlaki... - urwałem na moment, przyglądając się towarzystwu, które zbierało się w pomieszczeniu. W końcu była to dla mnie jedna z nielicznych szans na to, by napawać się widokiem tego, kto z kim wymienia się uprzejmościami i wbija drugiemu nóż w plecy. Z komitywy cioci Laidan i Medei byłem bardzo nieukontentowany.  - To ciekawe zjawisko, nie uważasz? Każdy nosi się dumnie, emanuje wyższością, a kwili na sam dźwięk epitetu liberalny. - W nosie miałem to, czy Selinie leżała ta moja-nie-moja bezpośredniość. Gdybym zwrócił się do niej per pani, chyba poplułbym się ze śmiechu, a to wyglądałoby co najmniej podejrzanie. Fakt, że dzisiejszego wieczoru wbiła się w kieckę i podkręciła sobie rzęsy zalotką nie oznaczał, że stała się od razu bardziej kobieca. Taki był z niej farbowany lis jak i ze mnie. Ale bardzo ładny był to lis! Znaczy z Lovegood. Ale ze mnie też. - Ależ oczywiście, że są, na Merlina! Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, nie przysługują mi żadne dodatkowe moce z racji urodzenia się mężczyzną. Ale niech to zostanie między nami, bo jeszcze ktoś z tutaj zebranych mógłby uznać, że głoszę herezje – a już zwłaszcza męska część gości, która raczej nie podzieli mojego zdania. - O ile Selina uśmiechała się niemal tryumfatorsko, ja nie odczuwałem zbytniej potrzeby współzawodniczenia. Może dlatego nigdy nie użądliła mnie żadna osa. Bez strachu pozwalałem im wszystkim brzęczeć przy uchu, siadać na skórze, czuć się swobodnie w moim towarzystwie. A później odlecieć w swoją stronę. Sęk w tym, że ja nie chciałem, żeby ta jedna mi gdzieś odleciała. Czy ktoś napisał książkę o oswajaniu osy, czy tylko do mnie istniała instrukcja obsługi?
Ugłaskać Lovegood, dobre sobie. Jakbym chciał ją ugłaskać, to dolałbym jej amortencji do wina i byłoby po sprawie. Oczywiście znając ją na wskroś nie musiałem się jakoś szczególnie wysilać, z drugiej strony – poza podmianką facjaty – nie potrzebowałem grać kogoś, kim nie byłem. Swego czasu przecież świetnie się dogadywaliśmy, do dziś uważam to jedno z większych życiowych osiągnięć. A później zachciało mi się amorów. No bywa.
W życiu nie wpadłbym na to, że tam na ścianie wisiała jakaś Selina numer dwa. Tamta była jakaś taka... poważna, właśnie. W sumie ta tutaj też była, ale wiedziałem, że potrafi nie być. Że potrafi przyjąć wyzwanie w piciu piwa na czas. Że rzuciłaby się na hipogryfa w locie. I szwendała się ze mną po plaży przez trzy dni nie wiedząc, gdzie jest i dlaczego diable ziele już się skończyło. Poważni ludzie nie robią takich rzeczy. Poważni ludzie nie zmieniają sobie twarzy i nie bawią w podchody. Na szczęście mnie do poważnego człowieka było daleko.
- W tych ścianach, obraźliwa rzecz... niedopuszczalne. - Powiedziałem bardziej do siebie, kręcąc głową z niedowierzaniem. Oczywiście, że nic sobie z tego nie robiłem i nawet nie zamierzałem tego ukrywać. Niemniej słowa Lovegood były idealnym pretekstem do dalszej gry. - Trzeba to szybko naprawić, takie wykroczenie... jaka rekompensata cię satysfakcjonuje? - Zapytałem beztrosko, licząc na to, że nie zabrzmi ona idź stąd i daj mi wreszcie spokój, niemniej jej ukradkowo rzucane spojrzenia (gdzieś pomiędzy tymi, które - gdyby tylko miały moc zabijania - już dawno wysłałyby mnie do grobu) mile łechtały moje ego.
- Muszę trzymać język w ryzach w t a k i m towarzystwie. - Odparłem zdawkowo, pozostawiając Selinę w sferze niedomówień, skąd nie mogła dostrzec, jak bardzo daleko sięgała moja wypowiedź.
- Nie nazwałbym swojego podłoża mało wyrafinowanym. - Nie kryłem rozbawienia. - Status urodzenia definiuje błędne podziały. Obieżyświatem może być przecież każdy, kto tylko ma dość odwagi, by rzucić wszystko i iść przed siebie. Co więcej... chyba już wcześniej ustaliliśmy, że dla większości zebranych tu dziś osób pewne zachowania wydają się skandaliczne. Skąd więc przekonanie, że osoba mojego pokroju miałaby mieć mniejsze szanse na to, by wiedzieć więcej na temat awangardowych sposobów ozdabiania ciała? - No dobra, jeśli chcecie wiedzieć, to od tych wszystkich spojrzeń Lovegood absolutnie zmiękły mi kolana, ale starałem się trzymać fason. - W moich żyłach płynie krew tak czysta, że poddanie tego faktu wątpliwościom zakrawa o niepoprawność. - O ile Selina mogła wyciągnąć z tej wypowiedzi błędne wnioski, własny żart tak bardzo mnie rozbawił, że zanim ponownie otworzyłem usta, musiałem się uspokoić. - Moje nazwisko i tak nic ci nie powie. Nie jestem stąd. -  Robiłem wszystko, byleby tylko unikać kłamstw, ale operowanie półprawdą było coraz trudniejsze. Nie miałem żadnego planu, ale gdybym go miał, z pewnością nie brzmiałby on nakłamać Selinie.
Wielka Improwizacja Lycusa Malfoya.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange http://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 http://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 http://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 http://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Sala północna   02.03.16 20:42

Mimo wszystko, cieszyła się na ten wernisaż. Cieszyła się na okazję, by oderwać swe myśli - choć na krótką chwilę - od niedawnych tragedii, by wyrwać się z apatii i obcować ze sztuką, której już dawno nie podziwiała w takich warunkach. Choć lękała się tłumów, które z pewnością miało to wydarzenie zgromadzić, chciała stawić im czoła; któż byłby na tyle bezczelny, by próbować naprzykrzać się w takim towarzystwie, pod samym nosem jej narzeczonego? Wciąż bywały chwile, gdy wzdrygała się na tę myśl, na myśl o nadchodzących zaślubinach, lecz próbowała skupić się na tu i teraz, a teraz... Teraz potrzebowała go, teraz tęskniła i nie chciała psuć nawiązanej przy ostatnim spotkaniu nici porozumienia.
Gdy tylko pojawili się u drzwi galerii, Evandra pobladła. Mimo to dzielnie trwała u boku Tristana, gdy przekraczali próg sali głównej, gdy witali się z kolejnymi znamienitymi gośćmi, a natarczywy wzrok ciekawskich ślizgał się po ich splecionych ramionach z pobłażliwą ciekawością. Jakie krążyły o nich plotki po sierpniowym festiwalu? Czy na salonach zapomniano o przedrukowywanych w Czarownicy pomówieniach?
Nie wytrzymała jednak długo. Gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja, poprosiła Rosiera, by oddalili się ku mniej uczęszczanej sali; musiała odetchnąć, zebrać siły przed kolejną falą czarodziejów, z którymi wypadało zamienić choćby dwa słowa. Chciała pokontemplować wystawione dzieła sztuki w spokoju, z uwagą, na którą z pewnością zasługiwały. Kto wie, może coś spodoba jej się na tyle, że przyprawi zlęknione serce o szybsze bicie, a tym samym nakłoni do zakupienia i zazdrosnego skrycia przed wzrokiem innych we wnętrzu ich wyspiarskiego dworu? Powód był jeszcze jeden - w liście z zaproszeniem na wernisaż pisał również o zaginionej kuzynce oraz śnie, śnie, w którym objawiła mu się Marianne. Nie musiał mówić więcej, by w lot zrozumiała, na ile trudne były dla niego ostatnie dni; kolejny cios dla niego, dla całej rodziny. Czy wierzył w odnalezienie Diany? Czy serce pękało mu na dwoje przy każdym uprzejmym uśmiechu, w którym musiał składać swe usta? Tym bardziej zdziwił ją spokój, o którego istnieniu próbował ją zapewnić.
Udawał przed nią? Udawał przed samym sobą? Nie wiedziała, lecz bała się, co naprawdę chodziło mu po głowie i chciała spróbować się tego dowiedzieć.
Choć chłodny powiew, który przywitał ich na wejściu, wzbudził dreszcz, to w sali było wyraźnie ciszej, spokojniej, a zmianę tę przywitała z ulgą.
- Dziękuję, że przychyliłeś się do mej prośby - zwróciła się doń cicho, gdy tylko skierowali swe kroki ku jednemu z wystawionych obrazów. Wciąż wspierała się na jego silnym ramieniu, wciąż wodziła badawczym wzrokiem po jego, pozostającym dla niej tajemniczym, licu. Wolną dłonią poprawiła materiał zwiewnej, koronkowej sukni, którą przywdziała tego wieczoru; wciąż nosiła się na niebiesko, wciąż obnosiła się z barwami rodu swego ojca. I nie zamierzała przestać, dopóki jeszcze mogła.
- Musiałam odpocząć od tego zgiełku i hałasu. Oraz w spokoju porozmawiać o Twym ostatnim liście. - Miast kontemplować piękno namalowanych przez anonima obrazów, zadzierała głowę do góry, by nie opuścić żadnego, choćby najmniejszego grymasu, który pojawić się mógł na twarzy Tristana. - Moja rodzina przesyła najszczersze wyrazy współczucia. Miejmy nadzieję, że Diana zostanie prędko odnaleziona... Tak jak i ja zostałam odnaleziona.


Powrót do góry Go down
Alfred Parkinson
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1679-alfie-parkinson#17486 http://www.morsmordre.net/t1693-magenta#17983 http://www.morsmordre.net/t1694-incendio#17984 http://www.morsmordre.net/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://www.morsmordre.net/t1695-alfred-parkinson#17987
Wiedźma Straż
36
Szlachetna
Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
10
17
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala północna   03.03.16 12:02

Podczas dzisiejszego wieczoru w głowie Alfreda pojawiało się zdecydowanie za dużo „ale”. Ale… Nie powinno go tu być. Ale… Nie jest malarzem. Ośmiesza samego siebie i wartości rodowe, stojąc przed własnymi obrazami z dziką dumą. Napawał się każdym słowem pochlebstwa oraz krytyką. Nawet jeśli w wypowiedziach ludzi częściej pojawiały się takie wyraz jak „mrok”, „Nokturn”, „ciemność”, to wcale nie czuł się urażony. Był portrecistą smutku, nie potrafił uwiecznić szczęśliwego momentu. Może miał ich za mało w życiu? Nie chciał się zdradzać, zostawił jak psychopata wskazówki pewniej układanki, które zrozumieją tylko osoby, będące na obrazach. Nie był rzecz jasna gotowy przyznać się do takiej słabości, jaką była niewątpliwie sztuka. Krył sztalugę, zabijał zapach terpentyny kłębami gęstego dymu papierosowego. Bawił się w tajnego agenta własnej tajemnicy i zdecydowanie przegrał walkę z Maire. Musiał jej powiedzieć, dlaczego siedzi tyle w gabinecie. Dużo pracował, dużo malował i często w domu było czuć dym, przebijający się ostrymi jak brzytwa kłębami przez idealną ciszę. Palone obrazy były normalną rzeczywistością przed ślubem. Tylko jeden z nich, Artystyczna gra cieni, pozostał ocalony i wywoływał burzę wspomnień. I chociaż powinien pojawiać się w nich żal, złość, gniew oraz przeogromny wstyd przez to, co zrobili, nie  potrafił ukryć chociażby lekkiego uśmiechu.
Trudno również nazwać dzisiejsze spotkanie komfortowym. To było oczywiste, że po tylu latach Laidan stanowiła wspomnienie pięknych dni, jednak teraz najważniejsza dla Alfreda stała się Maire. Cokolwiek by ktoś nie zrobił, żona całkowicie zawładnęła jego sercem. Chociaż Parkinson nawet nie myślał, że kiedykolwiek się zakocha, to uczucie przychodziło stopniowo, aż nagle szarpnęło za ramiona Alfreda. Oświadczył się sam, nawet jeśli nestor popchnął go w tym kierunku, zrobił to tak jak powinien każdy zakochany mężczyzna. I będzie pamiętał ten dzień do końca swojego życia. Stał się nowym rozdziałem, w którym miało zagościć szczęście. W ich związku pojawiło się partnerstwo, a o niczym innym nie marzył Alfred. Nawet dziś, kiedy niezręczność królowała na bogatych posadzkach. Wino miało podobno pomóc, a prawie niewidzialne skrzaty miały łechtać ego szlachty. Alfred, nie trzymając żadnego kieliszka w dłoniach, marząc tylko o papierosie, wiedział, że nadchodzi istna katastrofa. Chrząknął poufale, licząc w głowie sekundy i nanosekundy, które mają dla siebie.
- Ty chyba sobie ze mnie kpisz – odpowiedział jakże dojrzale, przedrzeźniając głos bogini artystów. Chciał się odsunąć, bo co to za przysuwanie się, otulanie go wybitnymi perfumami i bezprawne mieszanie w głowie.
- Ten obraz nie miał być w kolekcji, to miał być prezent dla ciebie – również spokój nie opuszczał jego twarzy, a nawet zaśmiał się naturalnie jakby opowiedziała mu najlepszy żart życia. Wskazał sugestywnie na wino, aby nie piła je tak szybko jak herbatę, bo wolał uniknąć skandalu wynoszenia Lady Avery na swoich ramionach. Dziś muszą być trzeźwy, czyż nie? Ich głosy były na granicy szeptu, więc nikt nie mógł ich usłyszeć. Na pewno musiało to wyglądać prześmiewczo z boku, gdy różniła ich taka wysokość między sobą, a Laidan groźnie łypała w przestrzeń ponad sobą. Chciał jej nawet ułatwić to zadanie, wskazując taborecik, ale w porę powstrzymał się przed taką niesubordynacją. - Wnioskuję więc, że to nie ja powinienem się z tego tłumaczyć - szukał wzrokiem pracowników Laidan, których z miłą chęcią potraktowałby odpowiednią klątwą. W zamkniętej toalecie najlepiej, bo nie mogło się wydać, że to jego obrazy.






If I risk it all,
could You break my fall?

Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 http://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 http://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 http://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill http://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Sala północna   03.03.16 21:48

Mogłoby się zdawać, że słodki smak tajemnicy powinien zwabić do sali północnej jak największą ilość wernisażowych gości, a jednak większość uparcie tłoczyła się w części galerii poświęconej pracom lady Weasley. Chociaż było to w jakimś stopniu zrozumiałe, wszak ogólnie przyjęte zasady etykiety nakazywały wszystkim pędzenie z gratulacjami do młodej artystki, sama podobnej potrzeby nie czułam i dlatego bez chwili zawahania razem ze swoim kompanem skierowałam się w stronę przeciwną do głównego nurtu. Racząc się rubinowym trunkiem i tworząc przeróżne scenariusze co do pochodzenia dłoni, spod której pędzla wyszły prezentowane dzieła, kontemplowaliśmy właśnie ponętne kształty postaci przedstawionej na pierwszym obrazie anonimowego twórcy, gdy kątem oka dostrzegłam znajomą sylwetkę. Upiłam łyk wina i spojrzałam przelotnie na mężczyznę, który nie tak dawno temu zetknął się z Charliem i ze mną w trakcie wyprawy do Esów i Floresów, by zauważyć, że chwilowo nikt nie zabawia go swoim towarzystwem. Krótka kalkulacja tego, jak wielką impertynencją będzie niespodziane zmaterializowanie się u jego boku oraz jak żarliwą potrzebę sprostowania nieco niewygodnych okoliczności naszego poprzedniego spotkania i już po chwili z wdzięcznym uśmiechem rozciągającym usta przeprosiłam Leonadra, by ruszyć w kierunku Róży i osobnika w nią wpatrzonego. Doniosły stukot obcasów rozniósł się echem po sali.
- Lordzie Fawley - zwróciłam się do bruneta, już na wstępie pokazując, że owszem, odrobiłam zadanie domowe i poznałam godność jegomościa z księgarni, by tym bardziej spłonąć ze wstydu na samo wspomnienie październikowego popołudnia. - ostatnim z moich marzeń jest zakłócanie pańskiego spokoju, jednak chciałabym skorzystać ze sposobności i przeprosić za zamieszanie, którego uczestnikiem miał pan wątpliwą przyjemność się stać w Esach i Floresach - oznajmiłam z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach, przystając nieopodal w odległości pozwalającej na, miejmy nadzieję, swobodną wymianę zdań oraz równie swobodne przesuwanie spojrzeniem po płótnie. Zdusiłam w sobie chęć wypowiedzenia kolejnej serii pospiesznych słów, kryjąc dopadające mnie nagle uczucie niezręczności pod pogodnym wyrazem twarzy i tym samym pozwalając Colinowi na skomentowanie moich rewelacji.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   04.03.16 20:28

Laidan traktowała niesubordynację jako wyjątkowo rzadkie zdarzenie, właściwie przyrodniczy ewenement, pojawiający się w szklarni jej perfekcyjnie odgrywanego świata raz na kilka triumfalnych epok. Po latach bolesnych doświadczeń, kiedy to wydrapywała idealnie opiłowanymi paznokciami swoją drogę w męskim świecie, przyszedł czas na spijanie słodkiego nektaru sukcesu, nieskażonego nawet najdrobniejszą kropelką goryczy. Gdziekolwiek się pojawiła, budziła przecież podziw, a co najważniejsze - ważniejsze nawet od tych wszystkich lepkich spojrzeń, ciągle przesuwających się po jej sylwetce z częstotliwością równą tej z lat młodzieńczych - szacunek. Nie była już tylko złotowłosym dodatkiem do poważanego dyplomaty: sama stanowiła ekspertkę w swej artystycznej dziedzinie, sama decydowała o galerii, sama dzieliła i rządziła swoim królestwem, coraz silniej przesuwając granicę włości nawet na tereny poniekąd niepodległe, a wszystko to nie łamiąc żadnej szlacheckiej zasady. Podlegała mężowi, była w oczach socjety najpierw żoną a potem kobietą, lecz mimo tego opływała w luksusy samorządności - czego świadoma była wyłącznie ona sama i wąskie grono jej współpracowników. Na palcach jednej ręki (u wyjątkowo niezgrabnego rzeźnika) mogła policzyć osoby, które znały choć jedną płaszczyznę jej prawdziwej twarzy. Dziwnym przypadkiem jedna z tych osób stała tuż obok niej, uśmiechając się kpiąco.
Przez sekundę, gdy odparł jej w najbardziej prymitywny ze wszystkich sposobów, zastanawiała się, czy przypadkiem nie żałuje tego, co się wtedy między nimi wydarzyło, ale po chwili zaciśnięte szczęki rozluźniły się a drobna zmarszczka pomiędzy brwiami uległa wygładzeniu. Nie wychodź z roli, Laidan, niezależnie od wszystkiego - tak nakazywał jej Marcolf i tak nakazywała sama sobie, ujmując Alfreda poufale pod ramię.
- Powinieneś mi dziękować za to, że cię właśnie nie spoliczkowałam. To raczej nie spodobałoby się twojej pięknej Maire - odparła delikatnie a następnie zaśmiała się krótko, perliście, jakby właśnie lord Parkinson zaserwował jej wyjątkowo czarujący żart o Ministerstwie. Pewnie pociągnęłaby dość groźną pogawędkę, gdyby nie kolejne słowa mężczyzny, już poważniejsze i bardziej odpowiadające ich statusowi. W pierwszej chwili nie skomentowała ich zupełnie, w milczeniu sącząc wino i próbując domyślić się, który z zatrudnionych techników okazał się skończonym, szlamowatym głupcem. Znów jednak oddelegowała rozwiązanie tego problemu w czasie na ramiona Aloysiusa, uspokajając się odrobinę. Spięte ramiona rozluźniły się i bardzo łagodnie znów odsunęła się od blondyna na odległość ramienia, posyłając mu kolejny czarujący uśmiech. - Prezent. Wspaniały. Na pewno, gdy zawieszę go w sypialni, mój mąż będzie zachwycony - skomentowała z profesjonalnie udawaną wdzięcznością a jej wargi zadrżały niebezpiecznie na granicy sarkastycznego śmiechu a zgrzytnięcia zębami. - A z jakiej okazji podarowałeś mi ten niemoralny obraz? Jednej z twojej...jak widać po kolekcji...licznych kochanek? - dopytała a jasnogranatowe spojrzenie jej oczu znów zintensyfikowało się na twarzy Alfreda, z leciutką zapowiedzią wściekłości.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
 

Sala północna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 6Idź do strony : 1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Sala północna
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: Royal Borough of Kensington and Chelsea :: Galeria sztuki-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18