Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala północna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala północna   20.02.16 16:10

First topic message reminder :

Sala Północna

Jedyna sala, do której nie docierają dźwięki muzyki ani gwar rozmów z pozostałych pomieszczeń. Przekraczający próg mogą poczuć dziwny, chłodny podmuch – nie jest on jednak fizycznie nieprzyjemny. Pozostawia po sobie jedynie uczucie nostalgii, zadumy i lekkiego smutku. W pomieszczeniu nie znajduje się żadna biografia artysty, prace nie są podpisane – to właśnie tutaj znajdują się obrazy anonimowego twórcy. Bądź twórczyni.

Artystyczna gra cieni, 1952 (zakupione przez Lady Laidan Avery)

Róża, 1955 (zakupione przez Lorda Colin'a Fawley'a)

Żądło, 1955 (zakupione przez Lorda Tristana Rosier'a)


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre http://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 http://www.morsmordre.net/t4232-powidoki http://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 http://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
27
Czysta
Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
5
18
0
0
0
15
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   25.01.17 1:09

-Dierdre. – wzdycham o dziwo lekko, głos barwi się rozbawieniem. Mam wrażenie, że cofam się w czasie. Wiem, że nie jest to prawdą. Wiem, że każde z nas inne też jest niż te kilka lat wstecz. Ale realność z jaką podchodziłaś do życia często sprawiała, że musiałem - metaforycznie – wziąć cię za dłoń, poprowadzić przez chwilę. Czasem tylko lekko pchnąć w odpowiednim kierunku. Byłaś pojętną uczennicą. Łatwo też asymilowałaś się do warunków, które stawiało przed tobą życie. Wcześniej myślałem, że tylko przy mnie byłaś tak naprawdę sobą. Przeszłość jednak rozmazywała się coraz bardziej w ledwie dostrzegalne plamy zasiewając w mojej głowie pytanie: a co jeśli i przede mną grałaś? Jeśli w istocie tak było, zdecydowanie poszło ci to fenomenalnie. – Urzekać może wiele rzeczy i na wiele sposobów. – stwierdzam w końcu coś, co mam wrażenie że wiesz już, drażnisz się ze mną, a może nie rozumiesz, że właśnie o to mi chodzi. – Chwila urzeka swoją ulotnością. Pojawia się, by zaraz odejść w zapomnienie w mnogości gestów które wykonujemy. Skraść serce i zachwycić może wszystko; łza triumfu, monotonia istnienia, niemy krzyk cierpienia… - zawieszam głos zaprzestając wymieniania kolejnych przykładów. Czy rozumiesz już, co chcę ci przekazać?
Kolejne twoje słowa sprawiają że znów zwracam na ciebie wzrok. Nasze spojrzenia krzyżują się i odnajduję w nich echo dawnej przyjemności, którą wtedy z tego czerpałem. Dziś… dziś gubię się gdzieś pomiędzy znajomością twoich kształtów, a faktem, że z pewnością nie jesteś tą samą osobą co w dniach, kiedy dzieliliśmy chwilę na dwoje. Tkwię tak między odczuciami, które zadawało mi się, że zabiłaś, i pustką, która hula w moim wnętrzu obijając się głucho o żebra. Kruczoczarne pasmo twoich włosów odłączyło do reszty wabiąc moją dłoń niczym syreni śpiew marynarzy. Wkładam dłoń do kieszeni spodni mając nadzieję, że to powstrzyma ją przed ruchem w twoją stronę. Drugą mocniej zaciskam na barierce, która stała się dla mnie swoistego rodzaju kotwicą. Postanawiam skupić się na odpowiedzi, postanawiam nie spuszczać wzroku z twoich oczu – bowiem w tej chwili one zdają mi się mniej śmiercionośne niż pukiel, który kusi na pokuszenie.
- Byłbym głupcem żyjącym ułudą własnych pragnień, gdybym sądził choć w małej części, iż twoja obecność tu spowodowana jest moją osobą. – mówię nadal spokojnie, choć drżę cały w środku – nie z niepokoju, tak trywialne rzeczy już dawno przestały nawiedzać istnienie mojej jednostki. Bowiem, czego miałbym się obawiać? Najgorsze już mnie spotkało – a że los nie bywał łaskawy – stało właśnie przede mną. Ale nadal nie wierzyłem, poddawałem pod wątpliwość twoją prawdziwość. Twoje kolejne słowa przynoszą mi mocną chęć westchnięcia, ale hamuję je. Czy życzyłem ci sukcesu? Zdecydowanie bardziej niż porażki. Chciałem żebyś osiągnęła wszystko, o czym marzyła. A potem udławiła się. Zastygając w katatonicznym bezruchu, lub też targana konwulsyjnymi drganiami cierpiałabyś katuszę. Rozdrażniłaś mnie swoimi słowami. Puszczam barierkę i drugą z dłoni również wkładam do kieszeni. Unoszę stopę by zrobić pierwszy krok. Odejść. Ale zastygam w pół ruchu, bowiem nadal zagubiony kosmyk nie odnalazł swojego miejsca i drażni mnie to niewypowiedzianie, okropnie, do bólu wręcz. Ja i moje natręctwo do perfekcji. A może po prostu szukam powodu, by móc zbadać strukturę twoich włosów i sprawdzić, czy są takie samego jak niegdyś. Nie jestem pewien co powoduje moimi odruchami, ale opuszczam stopę na swoje miejsce, dłonie wyciągam z kieszeni i jedną z nich wracam na jej wcześniejsze miejsce na barierce. Drugą ruszam ku tobie. Chwytam lekko kosmyk pomiędzy palec wskazujący i kciuk, jakby bojąc się, że włos pod moim dotykiem ulegnie zniszczeniu. Przez kilka sekund badam go w placach, by zaraz wetknąć ci go za ucho w geście prawie czułym. Jestem zły na siebie. Na nas. Na ciebie też – nie myśl że nie. Zły, że żadne z nas nie odwróciło się na pięć i nie odeszło dziś, gdy miało jeszcze na to okazję. - Jesteśmy dorośli – potwierdzam w końcu cicho. Zdaje się, że ledwie przebijam się przez ciszę i cicho docierające do nas szmery rozmów z sali. A potem robię coś jeszcze głupszego. Wydaje mi się plan. Plan w którym nie tylko ja – mam nadzieję – będę powoli konał. Opuszczam dłoń, którą jeszcze przed chwilą badałem strukturę kruczoczarnych włosów i układam ją z twojej drugiej strony odcinając ci drogę ucieczki. Planowałaś taki bieg wydarzeń? Ja na pewno nie. Uświadamiając sobie nagle – w tej konkretniej chwili – że nie znałem cię już wcale, choć nadal czytałem cię jak nikt. Byłaś moją amortencją. Lekkie muśnięcie policzka, całkowicie nieplanowane, gdy zakładałem ci kosmyk włosów za ucho przypomniało mi to elektryczne przyciąganie, które połączyło nas po raz pierwszy. Teraz, tutaj, trzymając dłonie po obu twoich stronach, nie pragnąłem niczego więcej jak puścić te cholerną balustradę. Jedną z dłoni przyciągnąć cię mocniej, drapieżnie wręcz, mocno i pewnie, drugą – z tym samym niepohamowany pożądaniem wpleść we włosy na twoim karku, rozpieprzyć do końca fryzurę – przyciągnąć twoją twarz bliżej po to tylko(albo aż) by ponownie skosztować twoich warg. Wpić się w nie zachłannie. Ograbić twe płuca z powietrza. Przyśpieszyć nam obu oddech. Twój zapach wywierca mi dziurę we wnętrzu przypominając jak smakujesz. Ale nie robię nic. Nic poza wypowiedzeniem kilku słów. – Cieszę się z twojego sukcesu Deirdre.


Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna


I've tasted blood and I want more


20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Sala północna   25.01.17 22:07

Denerwowało ją ciągłe powtarzanie jej imienia, jakby Apollinare rzucał na nią jakąś tajemniczą klątwę bądź przywoływał dawną Deirdre z przeszłości, starając się zakląć czas. Każda, tak bliska sercu, zbitka głosek, wywoływała frustracje, popychającą tok myśli w niechcianym kierunku. Zamknęli już swoją historię, odłożyli ją na półkę a ona sama pieczołowicie zadbała o to, by setki zapisanych radościami stron zalakować krwistym woskiem, by nie mogli już wrócić do tamtych rozdziałów. By ona nie mogła wrócić, tchórzliwie cofając się przed przeznaczeniem. Doskonale zdawała sobie sprawę ze swojej słabości, która - gdyby nie ten zdecydowany, dramatyczny koniec, odcinający drogę powrotu w opiekuńcze ramiona Apollinare'a - przekreśliłaby szansę na awans, na osiągnięcie sukcesu. Krótkotrwałego; lot w przestworzach trwał żenująco krótko a Deirdre boleśnie wylądowała na ziemi. Czy gdyby wtedy błagała Sauveterre wystarczająco skutecznie, pomógłby? Czy gdyby padła przed nim na kolana, przyznając się do popełnionych błędów, przyjąłby ją z powrotem niczym córkę marnotrawną? Oszczędziłoby to tylu upokorzeń i upodleń. Z łatwością potrafiłaby wyobrazić sobie życie bez Wenus, siebie jako marną urzędniczkę niższego szczebla gdzieś na prowincji, siebie z obrączką na palcu i ciemnowłosymi dziećmi, biegającymi po skromnym domu. Potrafiła, ale...nie chciała takiego życia i patrząc z perspektywy czasu widziała jak wiele zyskała dzięki temu bolesnemu doświadczeniu. Wzmocniła się, uczyniła niezniszczalną, osiągnęła mistrzostwo w manipulacji i odzyskała pewność, że poradzi sobie z każdą przeszkodą - skoro pierwsze miesiące praktycznie bezdomności i upokarzającej pracy w domu uciech nie zdołały zabić w niej ambicji, to nic nie mogło jej już złamać, nagiąć do czegoś, czego by nigdy nie zrobiła - choć i lista tych rzeczy kurczyła się z każdą chwilą, z każdym stopniem prowadzącym ją wyżej. Gdyby wybrała miłość, z pewnością nie byłaby tutaj, gdzie obecnie, ale...czy to miejsce nie dawało jej szczęścia? Posiadła władzę absolutną nad mężczyznami, poznała tego jedynego, który dostrzegł potencjał i pozwolił jej sięgnąć po własne marzenia, została wliczona w poczet zaufanych, najwierniejszych Czarnego Pana. A był to przecież dopiero początek, preludium wielkich zmian, w których miała mieć swój ważny udział, gwarantujący jej zgłębianie tajników czarnej magii, rządzenie umysłami i zaspokojenie rozbuchanych pragnień.
Nie żałowała decyzji sprzed ponad dwóch lat i choć pogrzebane już uczucia powracały nagle do życia, wzbudzone cichym szeptem Apollinare'a, to nie miały one żadnej mocy sprawczej. Ot, niepokojące widma, echo dawnego szczęścia wypełniające pustkę martwego serca. Czegoż miałaby się obawiać? Przecież nie jego, słabego, przewidywalnego, ciągle umieszczającego ją w swych pragnieniach - do tego właśnie się przyznawał, wspominając o ułudzie wypatrywanego spotkania?
Milczała jak zaklęta - może jednak niewerbalnie spętał ją jakąś tylko sobie znaną inkantacją? - słuchając artystycznego monologu brzmiącego w jej uszach czystym bełkotem. Część jej duszy, odpowiedzialna za wrażliwość na estetyczne doznania i subtelne emocjonalne aluzje, jeszcze nie powstała z płytkiego grobu, czyniąc Deirdre pozornie obojętną. Zdystansowaną. Reagującą dopiero wtedy, gdy upewniała się co do bezpieczeństwa tej upadlającej słabości, którą w niej wyzwalał. Gdy się odsunął, robiąc kilka kroków w bok, mimowolnie odetchnęła, gasząc po omacku papierosa o kamienną balustradę. Nie zamierzała serwować mu ironicznego pożegnania, w gruncie rzeczy wdzięczna, że to właśnie on opuści arenę ich zmagań pokonany. Zmięty filtr papierosa zniknął w ciemności; przez sekundę śledziła jego lot i to ta sekunda nieuwagi okazała się jej zgubą.
Nie odszedł, wrócił, gwałtownie, chłodne powietrze zadrżało, gdy znalazł się tuż przy niej, unosząc dłoń. W pierwszej chwili uznała ją za zwiastun uderzenia, siarczystego policzka odroczonego w czasie od godziny ich rozstania, w końcu mającego dotrzeć do celu. Nie przymknęła oczu, jednocześnie zdziwiona i nagle...podekscytowana? Wytrącenie Sauveterre z równowagi oznaczałoby jej podwójny triumf, ale nie, myliła się, i zamiast poczuć piekący cios, czuła delikatny dotyk jego dłoni, gdy poprawiał kosmyk rozpuszczonych włosów.
Jeśli wcześniej znajdowali się nieznośnie blisko siebie, to w tym momencie Apollinare przekraczał wszelkie granice. Ich twarze dzieliły ułamki cali, mocne ramiona zamykały drogi ewentualnej ucieczki a każde słowo, które wypowiadał, łaskotało ja w usta ciepłym oddechem. Był tak blisko, tak blisko, jak kiedyś, wystarczyło drgnienie, by mogła go poczuć całą sobą. Odruchowo wstrzymała oddech, sztywniejąc w tym potrzasku na kilka sekund, zbyt długo, by mogło mu to umknąć, zwłaszcza w kontraście z kolejną pozą. Nagłe rozluźnienie, krótki śmiech, perlisty, krótki, pokręcenie głową, tak, że prawie ocierała włosami o jego koszulę. Nie mogła pokazać, że zmniejszenie dystansu cokolwiek zmieniło.
- Dlaczego to robisz? - spytała z rozbawieniem, w którym przebrzmiewały jednak nuty śmiertelnej wręcz powagi, wyzwania, nagany; groteskowa perfekcja każdego cichego dźwięku. - Czekasz aż stracę nad sobą panowanie, kochany? - spytała cicho, dokładnie odzwierciedlając swój ton przed laty: przerażająca kopia, przypominająca świętokradcze naśladowanie kogoś zmarłego. Serce biło jej szybko, najchętniej odepchnęłaby go od razu, ale zamiast tego uniosła obydwie dłonie wyżej, najpierw odsuwając złote okulary z jego nosa na czoło, by później ująć jego przystojną twarz ręce. Przesunęła opuszkami serdecznych palców po kościach policzkowych, po kącikach ust, przyciągając go jeszcze bliżej. Igrała z ogniem, igrała z rozpaczą, z żałobą, jaką wzajemnie po sobie nosili, nieświadomi niemożliwych do spopielenia nici, łączących ich już na zawsze. - Dobrze wiesz, że jestem od ciebie silniejsza - powiedziała prawie bezgłośnie prosto w jego usta, czule, tak, jak szeptała mu intymne wyznania przed laty. Palce dalej pieściły skórę twarzy, z bliska mogła zauważyć nowe zmarszczki, lecz ból, jaki czuła, zdawał się tylko upewniać ją w podjętej decyzji o podwójnym morderstwie, którego dokonała bliźniaczego wieczoru.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre http://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 http://www.morsmordre.net/t4232-powidoki http://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 http://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
27
Czysta
Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
5
18
0
0
0
15
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   25.01.17 23:29

Nie odszedłem. Może powinienem? Ale świadomość dania ci satysfakcji, obrania pozycji przegranego oddającego walkę walkowerem zatrzymała mnie. Nie tylko ona. Ty również zapobiegłaś mojemu odejściu. Zarówno świadomie – bo swoimi słowami, jak i nie – przeklęty pukiel włosów. Może tak naprawdę nie mogłem odejść. Jeszcze nie teraz. Nie w tej chwili. Tak, jakby pozostawało mi jeszcze coś do zrobienia, powiedzenia. Ale co mogłem powiedzieć ci po tylu latach? Myślałem że wyzbyłem się ciebie z moich myśli, mojego życia, całego istnienia. A jednak spotkanie cię tutaj uświadomiło mi, jak bardzo byłem uzależniony. Nadal nagminnie łaknąłem twojego dotyku, zapachu i wzroku. Pragnąłem czuć cię każdymi zmysłami. Całym sobą. Byłem jak alkoholik który wygrał z nałogiem, ale teraz stawiano mu prosto pod nosem świeżo otwartą butelkę wina najwyższej jakości. Czy byłem w stanie wygrać ze swoją słabością? Czy też ponownie miałem dać się usidlić nagłowi w który wrzuciłaś mnie całkiem świadomie, zostawiając na koniec niczym zużytą ścierkę?
Miałem ochotę roześmiać się gorzko. Czyżbym miał polec w walce z nieosiągalnymi pragnieniami? W walce z tobą? A może przegrywam z samym sobą? Wiem, że jeszcze nie wszystko straciłem. Balansuje na krawędzi zbierając się do skoku który przyniesie tylko jednemu z nas chwałę. Wróciłem zamiast odejść. Dodatkowo zamykając drogę ucieczki i tobie. Miałem jakiś plan. Wiedziałem, że tak było, ale twoja blisko zabiera mi odrobinę rozsądku. Zastygasz zdziwiona moim zagraniem, przesuwam skoczka na szachownicy życia, na której od lat rozgrywamy partię. Ale odsłaniasz królową tym gestem, kolejnym tylko potwierdzasz jej fatalną pozycję. Obserwuję cię spokojny, choć serce bije mi głośniej – nie spodziewałem się, że nadal je mam. Twój perlisty śmiech wbija się w moje uszy i drażni je. Podszyty jest kłamstwem, wystudiowaną pozą. Nie mogę nie zastanowić się ilu głupców dało cię się już zwieść? Sam kiedyś byłem jednym z nich.
Wypowiadasz słowa z rozbawieniem, ale w środku jesteś poważna – może martwa tak jak i ja? Kolejne słowa otulone przydomkiem, słowem, którym niegdyś karmiłaś mnie, moje ego i serce, sprawia, że przez moją twarz przewija się grymas. W ciemnym świetle wygląda ponuro, groźnie. Zwężam odrobinę oczy lustrując cię spojrzeniem bez emocji. Szybko jednak powracam do neutralnego wyrazu, wraz z momentem gdy ostatnia zgłoska przestaje drgać w powietrzu. Nie ruszam się gdy twoje dłonie zmierzają w moim kierunku. Nie odepchniesz mnie. W twojej głowie oznaczałoby to moje zwycięstwo. Przez chwilę zastanawiam się, dlaczego zgodziłem się z tobą zagrać? Czy nie przewróciłem króla wtedy, tamtego dnia, gdy pozwoliłem ci wyjść z mojego mieszkania nie wypowiedziawszy w twoim kierunku nawet jednego słowa? A może wtedy zawiesiliśmy naszą grę nierozstrzygniętą, pozwalając by piony na planszy zakurzyły się lekko? Czekając, aż nadejdzie właściwy dzień by dokończyć ową rozgrywką. Wątpiłem jednak, byśmy mieli zakończyć to dziś. Tego wieczoru przesuniemy zaledwie parę figur, sprawdzimy czy nadal potrafimy grać. Pozwalam ci mnie dotknąć. Tym gestem, tak znajomym dla mnie, na nowo zasłaniasz królową. Wieża stworzona z twoich wyuczonych zachowań ma ją ochronić. Możesz zasłonić się czym chcesz. Ja zasłaniam króla pionem obarczonym opanowaniem. Nie ruszam się nawet o milimetr. Nie przymykam powiek. Nie pozwalam sobie zachłysnąć się odczuciom, które przekazują mi twoje dłonie. Przyjmuję twój dotyk. Wchłaniam go całym sobą. Karmię nim stęsknione ciało. Twoje słowa, pokrętnie poruszający się skoczek, zbijają mojego piona. Muszę bronić króla. Ruszam swoim koniem. Robię krok, zmuszając i ciebie do ruchu. Mocny, zdecydowany. Potem zbliżam się jeszcze bardziej. Póki nie mam pewności, że balustrada przypomina ci boleśnie o swoim istnieniu wbijając się w twój tył. Ja przygniatam cię z przodu. Nasze ciała spotykają się ze sobą. Jesteś blisko. Czuję bicie twojego serca. W nozdrza dosadniej wbija się twój zapach. Twój oddech tańczy blisko mnie drażniąc odsłoniętą skórę na szyi. Układam jedną z dłoni na plecach, przesuwając nią pośpiesznie, by odnaleźć odpowiednie miejsce dla niej. Drugą układam na twojej szyi. Sam pochylam się twarz kierując w stronę twojej szyi, przyciskam cię do siebie jeszcze mocniej, zachłanniej. Zaciągam się twoim zapachem. Tobą. Unoszę dłoń z twojej szyi i odgarniam ci włosy za ucho. A potem wybieram się na wędrówkę, w której lekko trącam nosem twoją skórę. Wędrówkę kończę przy płatku Twojego ucha. Mój ciepły oddechu z pewnością łaskocze twoją nagą skórę. A potem zbijam twojego konia swoimi słowami. – Byłaś Deirdre. Jak pewna jesteś, że nadal tak jest? – pytam spokojnie. Odchylam się, spoglądam z góry przez chwilę jeszcze trzymając w ramionach. A potem wypuszczam cię. Przez chwilę jeszcze patrzę na ciebie a potem ruszam by odejść. Robię kilka kroków, po których odwracam w twoją stronę głowę.
-Miłego wieczoru, Tsagairt. – żegnam cię, na powrót odwracając się. Możesz mnie jeszcze zatrzymać, ale nie sądzę że to zrobisz. Obroniłem króla. Rozgrywkę skończymy innego dnia. Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy. Los zaplanował coś dla nas na pewno.


Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna


I've tasted blood and I want more


20
10
0
0
0
41
2
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Sala północna   26.01.17 20:47

Powoli, samymi opuszkami palców, badała twarz mężczyzny, którego kiedyś pokochała, z mimowolnym zdziwieniem przyjmując brak większej zmiany. Szorstki cień zarostu, nieco opuchnięte cienie pod oczami - czyżby znów siedział do późnej nocy nad jakimś artystycznym albumem albo nad swoją wernisażową przemową, chcąc przelać filozoficzne rozmyślania na papier, umęczony weną i pokładanymi w nim oczekiwaniami? nie było jej przy nim, by mogła pocałować go w kark, zgasić antyczną lampę i zdecydowanie pociągnąć za dłoń prosto do łóżka - łatwo wyczuwalne kości policzkowe, miękkość skóry tuż przy ustach, wiecznie spierzchniętych, typowych dla zafrasowanego człowieka przejętego światem. Cały był jej, znajomy, bliski, takim, jakiego go zapamiętała, gdy po raz ostatni jedli wspólne śniadanie a ona wiedziała, że ta urywana chwila codziennego szczęścia już nigdy się nie powtórzy, bowiem za kilka godzin roztrzaska jego świat na drobne kawałki. Ich świat. Postąpiła słusznie, bez wątpienia, ale za jaką cenę? Romantycznej, ckliwej miłości, pierwszej w jej krótkim życiu? Apollinare zdobył jej lodowate ciepło, nieustępliwie przebijając się przez kolejne warstwy sztywności, strachu i introwertyzmu, nie zrażając się odmowami: zawsze pewny siebie, lecz bez arogancji, za to z morzem czułości. Utożsamiała ją ze słabością i zniewieścieniem, lecz Sauveterre zupełnie zmienił - na chwilę? - jej pogląd na ten temat, będąc stanowczym i oddanym jednocześnie. Pochodził z innej planety, ziemi artystów, ale znała go za dobrze, by nie widzieć pod tą powłoką mężczyzny posiadającego swoje demony. Kochała je z całego serca, zauroczona mrokiem, który skrywał, a którego nie wykorzystywał w pełni. Może właśnie to popchnęło ją do podjęcia okrutnej decyzji? Potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi, kto będzie silniejszy, kto będzie dla niej bezwzględny. Miłość Apollinare nie pozwoliłaby mu na to, tak samo jak miłość Deirdre nie mogła dać mu szczęścia. W chwilach kryzysu, następującego po rozstaniu, próbowała nawet sięgać po ckliwą empatię, po wizję ukochanego szczęśliwego w ramionach jakiejś artystki, eterycznej, utalentowanej, napędzanej weną a nie wyrachowaniem. Życzyła mu tego szczerze...do czasu tego spotkania.
Jak śmiał wrócić i bruździć w jej życiu? Podpisali przecież złudny pakt o nieagresji, żyli w osobnych krajach, on rozkoszując się historią kontynentu, ona ukrywając się za lodowatym morzem. Zdążyła o nim zapomnieć, bluszcz oplótł marmurowy nagrobek ich narzeczeństwa, pierścionek zaręczynowy ginął w którejś z przepastnych szuflad szafy, a on...powracał z martwych, budząc w niej strach. Ukrywała go z powodzeniem, nawet samej sobie nie przyznając się, że odczuwa właśnie przerażenie a nie irytację czy wściekłość. Nie bała się prawie niczego, więc dlaczegóż miałaby drżeć przed byle mężczyzną? Chciała zabić wspomnienia uczuć w zarodku, wyrwać sobie serce, przemarznąć aż do zlodowacenia narządów wewnętrznych i mózgu. Potrzebowała teraz skupienia a nie ducha Apollinare'a, błąkającego się po Londynie i atakującego ją tutaj, na tym wąskim tarasie.
Podjął rękawicę, przeszedł do kontrataku, zapowiedzianego krótkim grymasem. Lubiła go takiego, pozbywającego się maski przystojnej uprzejmości, która upodabniała go do całej rzeszy miłych mężczyzn. To właśnie zły, wytrącony z równowagi i dotknięty stawał się interesujący, ludzko nieludzki; żałowała, że wybiła go z rytmu zaledwie na chwilę, nie mogąc w pełni rozkoszować się zmrużonymi oczami i zagryzionymi wargami. Przewidywała, że się odsunie i zniknie, ale nieco się pomyliła. Pewny dotyk dłoni, mocne ramiona zaciśnięte wokół jej ciała w czułym, zmysłowym uścisku, gorący oddech, usta muskające odkrytą skórę, przekręcona głowa i obnażona szyja - ochryple zaczerpnęła powietrza, opuszczając dłonie, pozwalając mu na zawładnięcie sobą. W ten intymny, czuły sposób: piękny obraz kochanków, błyszczące złoto tuż nad przepaścią - czyż nie widziała tego na jakimś malarskim arcydziele? Zaklęta w obrazie, w ramie przeszłości, nie śmiała drgnąć, wpatrując się ponad jego ramieniem w niebo. Mało romantyczne; ciężkie chmury przesłaniały gwiazdy, pozwalając zaledwie domyślić się, że poza nimi znajduje się rozświetlona punkcikami pustka. Jak w jej sercu, zasnutym mgłą nagłego poruszenia, tworzącego wrażenie, że coś boleśnie zakłuło ją tuż pod mostkiem, wprawiając całe ciało w tęskne drżenie. Bo przecież to dawno zapomniane uczucie nie mogło być prawdą, nie mogło; zaklinała w ten sposób samą siebie, bierną w objęciach jedynego mężczyzny, którego pokochała miłością czystą i prostą. Dobrą a więc z góry skazaną na poniesienie druzgoczącej klęski.
Gorzki smak wypełnił jej usta, gdy Apollinare odsunął się od niej powoli, dawkując nowe poczucie osamotnienia. Zniknęły ciepłe, mocne ramiona, gorący oddech, skóra muskająca skórę, zapach jego perfum. Znów została sama w ciemności, wygodnym półmroku, pozwalającym jej ukryć to nieznośne, niezidentyfikowane drżenie, które w niej wywołał. Bliskością, nie słowami, w te nie wierzyła, czując się silniejszą także i obecnie - czyżby? - gdy to on odchodził. Nie odwzajemniła pozdrowienia, nie sięgnęła także po różdżkę ukrytą pod załamaniem sukni. Stała tam, gdzie ją zostawił, wpatrzona w jego plecy, z całkowitą obojętnością wypisaną na bladej twarzy. Miała nadzieję, że widzą się ostatni raz i że to spotkanie nie jest grą wstępną do morderczego aktu a jedynie subtelnym przypomnieniem, policzkiem od równowagi we wszechświecie, po którym szybko się otrząśnie, znów zapominając o mężczyźnie który nauczył ją kochać.


zt x2 Pwease




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
Elisabeth Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson http://www.morsmordre.net/t3136-persephone http://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum http://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower http://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson
Stażystka w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
25
Szlachetna
Panna
memento mori
6
8
1
0
15
5
7 (30)
1
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   11.03.17 21:41

13 IV 1956

- Zapomniałam lordowi podziękować za towarzyszenie mi dzisiejszego wieczoru - przerwała panujące między nimi milczenie. W głosie jej na próżno można doszukiwać się wdzięcznego brzmienia, jednakże pozwoliła sobie na delikatny uśmiech, który jednak za jakiś czas został zastąpiony wyrazem powagi.
Niedawno kobieta otrzymała listowne zaproszenie na specjalne przyjęcie, które miało odbyć się w mniejszym gronie w Galerii Sztuki. Naturalnym było, iż nie odmówi, wyczuwając okazję do poznania nowych osób bądź rozmowy. A ta zawsze daje możliwości poszerzania wiedzy na tematy aktualne bądź ją interesujące, szczególnie związane z polityką, co przecież często było tematem wielkich możnych, pragnących wypaść w towarzystwie jak najlepiej. Jedyną przeszkodą był jednak wymóg, jaki na nią odgórnie nałożono - kobieta musiała pojawić się na spotkaniu w towarzystwie osoby towarzyszącej. Naturalnie musiał to być mężczyzna ze szlacheckiego rodu, co jednak było najmniej istotne w tym wszystkim - nie poszłaby przecież z kimś o niższej pozycji. Problem tkwił w tym, iż z początku nie mogła odnaleźć odpowiedniego kandydata, który dawał jej powody sądzić, że przyjmie zaproszenie. Nie miała zamiaru nikogo błagać, wolała też, by już jej pierwszy "potencjalny kandydat" zgodził się jej towarzyszyć. Do tego potrzebowała więc osoby, z którą relacje mogła określić jako pozytywne. Ostateczny wybór padł na Cynerica Yaxley, który w tej chwili przechadzał się obok niej po jednej z sal galerii. Szybko bowiem okazało się, że kobieta znacznie przeceniła towarzystwo, które w jej oczach jawiło się jako grupa niezwykle płytkich i zadufanych w sobie osobistości. Już pierwszy przez nich poruszony temat był dla niej niczym uderzenie w twarz - dotyczył wszakże firan, które ozdabiały okna!
- Kimże ja jednak jestem, by tak surowo ich oceniać... Wszak jest to przecież temat niesamowicie pociągający! - pomyślała wówczas sarkastycznie i z lekką irytacją, która pogłębiała się z każdą kolejną minutą i poruszanymi wątkami. Nic więc dziwnego, iż wraz ze swoim towarzyszem postanowiła udać się do innej sali pod pozorem podziwiania sztuki, w rzeczywistości by uciec od całej tej zbieraniny. Póki co nie mogli jeszcze opuścić galerii, gdyż byłoby to z pewnością o wiele mniej taktowne, a w obecnej swojej sytuacji nie mogła się znacznie wychylać. Wszystkie jej działania musiałby być odpowiednie, by móc nie rzucać się w oczy rodzinnym ciotkom i wujkom, tym samym nie narażać się na konfrontacje z krewnymi. Bo chociaż nie stroniła od kłótni, to istniało ryzyko, że konflikt może mieć dla niej fatalne skutki. Nie mogła sobie teraz na to pozwolić.
- Podejrzewam, iż oderwałam lorda od przyjemnego towarzystwa trolli - dodała po chwili, tym samym "po cichu" krytykując osoby uczestniczące na przyjęciu.





 
 
The way to have power
is to take it.

Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley http://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 http://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
treser trolli
25
Szlachetna
Żonaty
Some people are just born with tragedy in their blood.
10
10
0
0
0
4
3
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   21.03.17 16:00

Nie był wielkim amatorem pompatycznych przyjęć oraz towarzyszącego im zbiorowiska różnej maści czarodziejów, lecz z pewnością również nie narzekał. Nie do końca pretendował do najbardziej odludnego Yaxley'a w całym rodzie. Pamiętał o swoich obowiązkach - bez względu na noszone przezeń nazwisko, nadal pozostawał lordem. Arystokratą. Winien był zatem wywiązywać się ze swojego przywileju oraz nakazów, które jasno mówiły o brataniu się z równą sobie socjetą, o uczestnictwie w sabatach lub innych przyjęciach wymagających reprezentację własnej rodziny. Nigdy się temu nie sprzeciwiał, uznając to za równie naturalne co swoje dziedzictwo - w tym przypadku oczywiście trolle - z którym nie zamierzał walczyć. Dlatego z - umiarkowanym, lecz jednak - zadowoleniem przyjął śmiałą propozycję od lady Parkinson, przyjmując na swoje barki zaszczyt bycia jej partnerem na dzisiejszy wieczór. Lubił ją oraz szanował, mimo to czuł się odrobinę niezręcznie w jej towarzystwie. Bał się, że narażają siebie na plotki - oboje wolnego stanu, bez przyzwoitki, kręcący się na przyjęciu w galerii sztuki. Tak szczerze w duchu najbardziej obawiał się reakcji Rosalie kiedy ta się o tym dowie - chociaż nie miał żadnych podstaw uważać, żeby ją to interesowało bardziej niż mogłoby. Nadal pozostawali dla siebie jedynie dalekim kuzynostwem, bez względu na łączące ich relacje lub wyobrażenia Cynerica o tychże. Nic więc dziwnego, że chował w sobie lekką konsternację dotyczącą tego spotkania. Z drugiej strony bardzo się na nie cieszył - chętnie spędzał czas z Elisabeth z powodu łączącej ich nici sympatii. Ostatnie spotkanie w Ministerstwie nie było tym, czego oczekiwał od życia, od nich. Teraz mogli nadrobić wszystkie niedopowiedzenia - przynajmniej taką nosił w sobie nadzieję.
Towarzystwo na miejscu okazało się być… typowym. Yaxley wyglądał neutralnie, jak gdyby toczone wokół rozmowy ani go ziębiły, ani grzały. Uprzejmie odpowiadał na wszystkie powitania lub wystosowywał je pierwszy do starszych lordów lub lady; kłaniał się należycie, od czasu do czasu pozwalając sobie na prosty, rzeczowy komplement lub krótkie zagajenie rozmowy - zwyczajowo o pogodzie bądź upewnieniu się, że wszystko u rozmówcy w porządku. Nic nadzwyczajnego.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odezwał się wreszcie - w momencie, w którym uznał to za stosowne. Nie był wylewnym rozmówcą, lecz żeby być jakimkolwiek, potrzebował uczucia bezpieczeństwa, że dopełnili już wszystkich formalności savoir-vivre. Bardzo starał się nie krzywić, kiedy w swojej wędrówce dotarli do tematu firan. Nie znał się na tym, dziwne, że w ogóle dwóch mężczyzn włączyło się do dyskusji, lecz nie zamierzał poświęcać tej błahostce więcej czasu. Z ulgą przyjął propozycję przejścia na inną salę, żeby oczywiście podziwiać wystawione tam dzieła sztuki. Cyneric oglądał je wszystkie starając się wyrobić o nich przynajmniej oględną opinię. Spojrzał na swoją towarzyszkę.
- Dobrze czasem jest się oderwać od rutyny i dowiedzieć co nowego piszczy w przemyśle włókienniczym - odparł nie bez ironii, właściwie nawet prześmiewczo, lecz twarz miał obojętną. Rozbawienie pozostało ukryte przed światem zewnętrznym. - Za to ty na pewno masz masę ciekawej pracy. Wyniki referendum, Brexit… nie narzekasz na nudę, prawda? - spytał, chociaż głównie grzecznościowo. Chyba chciała odpocząć od zawirowań w Ministerstwie. - Może lepiej odłóżmy pracę na bok. Jak podoba ci się wystawa? - spytał więc stając przy kolejnym dziele. Dantejskie sceny.





Sanguinem et ferrum potentia immitis.

Powrót do góry Go down
Elisabeth Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson http://www.morsmordre.net/t3136-persephone http://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum http://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower http://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson
Stażystka w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
25
Szlachetna
Panna
memento mori
6
8
1
0
15
5
7 (30)
1
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   08.04.17 23:42

Zazwyczaj Elisabeth widziała w osobach sojuszników, a znajomość z nimi uważała jedynie za klucz do udanych interesów. Nie wszyscy naturalnie mieli tego świadomość, jednakże to już nie było jej problemem w żadnym stopniu. W gronie znajomych jej osób znalazły się jednak osoby, których nie miała w zwyczaju wykorzystywać. Zyskały one coś, co niektórzy mogliby nazwać sympatią. Przebywanie w ich towarzystwie sprawiało jej przyjemność i pozwalało na chwilę zapomnieć o całym świecie i codzienności. Nie należała do osób, które czekały z utęsknieniem na śmierć, narzekając na swoją egzystencję - była z niej dość zadowolona, lecz każdy ma chwile, w których pragnie oderwać się od wszystkiego. Jedną z osób z tego dość specjalnego grona, był Cyneric. Trudno było jej określić powody tego stanu rzeczy, nie było to jednak dla niej aż tak istotne. Wierzyła w swoje wybory co do członków swojego specjalnego grona i póki co się nie myliła.
Wędrując wraz z mężczyzną jedną z sal, coraz bardziej upewniała się, iż wybrała odpowiednie towarzystwo na ten wieczór. Wierzyła, iż członkowie rodu Yaxley byli jednymi z tych niezwykle dobrze wychowanych, o czym przekonała się również na przykładzie Morgotha Yaxley, z którym kobietę łączyły okazjonalne interesy. Jak na razie jednak polegały one bardziej na przysługach, które Elisabeth mu wyświadczała. Nie mogła jednak powiedzieć, że ten stan rzeczy jej nie odpowiada, bowiem przy okazji każdej kolejne prośby ten tworzył coraz większy dług, który miał u niej do spłacenia.
Kobieta uśmiechnęła się wymownie na wspomnienie porywającej rozmowy o firanach, nie skomentowała jednak wypowiedzi mężczyzny. Tego wieczoru musiała zachować twarz przykładnej damy, a przynajmniej jej zalążki. Te nie powinny się wyśmiewać z innych, prawda?
- Wręcz przeciwnie - w skutek ostatnich wydarzeń pozbawiono mnie miejsca pracy. Mój departament przestał być już potrzebny, więc został zlikwidowany.. - odpowiedziała dość lekkim tonem, jakby w żaden sposób się tym nie przejmowała. Rzeczywistość malowała się jednak nieco inaczej - cała ta sytuacja była jej bardzo nie w smak, szczególnie iż nadchodził czas zakończenia stażu. Miało to jednak też i swoje dobre strony, gdyż mogła się chociażby poświęcić zajęciom, na które wcześniej nie miała czasu. Nie był to jednak temat, którym dzieliła się z innymi. Z pewnością jednak reakcja Cynerica na jej niektóre sposoby na wolne chwile, byłyby ciekawe. Żałowała, że nie umie sobie wyobrazić jego miny na fakt, że czasami pod postacią czarnego kota przemieszcza się po ulicach, śledząc pojedyncze osoby czy po prostu leżąc, podsłuchując miejskich plotek.
- Jest dość interesująca - odpowiedziała, przenosząc wzrok na jeden z wiszących na ścianie dzieł. Uniosła przy tym jedną brew ku górze, starając się cokolwiek odczytać z obrazu. Szybko jednak stwierdziła, iż ten konkretny nie zdobył jej uznania. Naturalnie potrafiła docenić same wykonanie, które wydawało się być dość staranne, lecz inaczej było z tym, co przedstawiało. Spojrzała na tytuł dzieła. "Róża"... - Obawiam się jednak, iż lubuję się w nieco innej tematyce. Mam jednak nadzieję, iż tobie wystawa przypadła do gustu.







 
 
The way to have power
is to take it.

Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley http://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 http://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
treser trolli
25
Szlachetna
Żonaty
Some people are just born with tragedy in their blood.
10
10
0
0
0
4
3
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   20.04.17 14:10

Nawet jeżeli Cyneric miał być raptem sojusznikiem bądź środkiem do osiągnięcia celu Elisabeth, nie było mu z tym źle. Wspominał początki ich znajomości bez tkliwości typowej dla sentymentów, lecz z naturalnym zadowoleniem. Darzył kobietę sympatią - w przeciwnym razie nie przystałby na spędzenie z nią całego wieczoru - wyczuwał również pewną nić porozumienia spowodowaną śmiercią jego kuzyna, a jej narzeczonego i to sprawiało, że bez względu na swoją rolę w tym przedstawieniu, był zadowolony z tego spotkania. Mógł nie czuć się lwem salonowym, wybitnym znawcą sztuki lub piewcą patetyzmu bijącego szczególnie od starszego pokolenia, lecz odnajdywał przyjemności w spędzaniu wieczorów inaczej niż zwyczajowo. Szczególnie dbał o tężyznę fizyczną, zajmując się ćwiczeniami sprawnościowymi oraz wydolnościowymi takimi jak pompki czy brzuszki, następnie po kąpieli zaczytywał się w grubych księgach dokształcając się z dziedziny Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, uwzględniając szczególnie trolle; ewentualnie słuchał przed snem muzyki klasycznej, która kojarzyła mu się z matką. Raczej nikt o tym nie wiedział, skoro Yaxley skrywał się w swojej sypialni, lecz nie oznaczało to wcale, że niechętnie wychodził naprzeciw ludziom. Pod tym względem wydawał się być wyważony, chociaż jednocześnie zdystansowany, co nie zaskarbiało mu grona rozmówców podczas oficjalnych uroczystości. Zresztą i tak zawsze wolał milczeć z Morgothem trzymając się na uboczu.
Temat firan został ponownie wyczerpany, nawet jeżeli minęło niewiele słów odkąd został poruszony po raz pierwszy. Cyneric unikał przesadnego rozwijania niektórych aspektów konwersacji, starając się pozostać dobrze wychowanym lordem, który wie kiedy zamilknąć. Naśmiewanie się z reszty osób faktycznie było nietaktowne, dlatego skoncentrował się bardziej na polityce. To zabawne, lecz w towarzystwie jakiekolwiek innej kobiety nie ośmieliłby się nawet pomyśleć o zaproponowaniu takowego tematu do dyskusji. Parkinsonówna zaskakiwała, pomimo nieumiejętności mężczyzny w określeniu czy owe zdziwienie nosiło znamiona opinii pozytywnej czy negatywnej.
- Naprawdę? - wyrwało mu się, kiedy podchodzili do jednego z pierwszych obrazów. Nie powinien być zdziwiony, ponieważ wszystko wydaje się mieć logiczne uzasadnienie. - Spodziewałem się, że go po prostu przekształcą, a nie całkowicie zlikwidują, pozbawiając pracowników posady - wytłumaczył oszczędnie, przyglądając się namalowanemu płótnu. Wzbudzało ono w nim zdecydowanie mniej emocji niż brak pracy Elisabeth. - To co teraz robisz? - zagaił neutralnie, przenosząc wzrok na Różę. Zrobił kilka kroków naprzód, zupełnie nie potrafiąc skoncentrować się na wnioskach odnośnie wystawionych dzieł sztuki. - Wydaje się być dość… prosta - odparł, nie potrafiąc dobrać odpowiednich słów, żeby nie urazić autorów tychże obrazów. Tak naprawdę znawca był z niego żaden, polegał jedynie na własnych gustach. - Lubię tradycję, ale chyba sztuka powinna wzbudzać jakieś emocje? - spytał, nie będąc pewnym swojej racji. Zwykle był, lecz ta dziedzina życia była typowo kobieca, dlatego nie udawał nieomylnego. Zamiast tego skierował wzrok na obraz przedstawiający płynący statek.





Sanguinem et ferrum potentia immitis.

Powrót do góry Go down
Elisabeth Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson http://www.morsmordre.net/t3136-persephone http://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum http://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower http://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson
Stażystka w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
25
Szlachetna
Panna
memento mori
6
8
1
0
15
5
7 (30)
1
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   08.05.17 19:29

Większość osób wiedziała o Elisabeth, iż jest pasjonatką historii i polityki. Potrafili również zauważyć, że, jak na Parkinsona przystało, potrafi się dobrze ubrać, co jakiś czas promując rodowy dom mody. Kobieta starała się pokazywać to, co uważała za odpowiednie, chowając w sobie to, czego inni nie powinni wiedzieć, bowiem mogłoby to jej utrudnić życie. Z tego chociażby powodu nie powiedziała nikomu o zdolności animagii, tym samym stając się dla wszystkich jedynie anonimowym, czarnym kotem, błąkającym się po Londynie i jego okolicach. Nie musiała się obawiać rozpoznania w miejscach, w których nie powinno jej normalnie być. Mogła przechadzać się własnymi ścieżkami, co jakiś czas jedynie narażając się na kocie instynkty. Był to jednak najmniej ważny aspekt tej umiejętności i była w stanie go zaakceptować. W poprzednich miesiącach zapomniała jaką przyjemność sprawia posiadanie czterech łap, na których szybko można się przechadzać między budynkami, po dachach domów, nasłuchując różnych ciekawostek ze świata. Przez, a poniekąd dzięki utracie pracy miała możliwość na nowo odkryć radość płynącą z tej przemiany. Tak, może i przymusowy urlop nie był tym, czego pragnęła, lecz z pewnością niósł wiele korzyści.
- Może nieco źle się wyraziłam... Podobno mój departament przechodzi zmiany, ale tak na dobrą sprawę nie potrafię już określić do czego to prowadzi. Wolę więc posługiwać się słowem "zlikwidowany", bowiem jakkolwiek go na nową nazwą, departament międzynarodowej współpracy czarodziejów nie będzie już istniał - odpowiedziała, tłumacząc swój punkt widzenia. Ludzie wymyślili sobie wiele ładnych słów na określenie jednego i tego samego zjawiska, które ona wolała nazwać w prosty i zarazem najbardziej treściwy sposób. - Jak pewnie widzisz, nadrabiam spotkania towarzyskie, a ponadto staram się nieco poszerzyć swoje horyzonty.
Póki co nie mogła się pochwalić zupełnie nową umiejętnością i prawdopodobnie nie zrobiłaby tego nawet, gdyby czegoś nowego się nauczyła. Jej ostatnie zainteresowania bowiem krążyły wokół typowo czarnomagicznych nauk, a zatem nie mogła o tym mówić. Od jakiegoś czasu też po jej głowie krążyła pewna myśl, którą zamierzała wprowadzić w życie. Musiała tylko odpowiednio to przemyśleć oraz rozplanować.
- Sądzę, że nie oceniłabym tego lepiej - powiedziała, zgadzając się z opinią lorda, która wydawała się być dość poprawna. Z pewnością sama nie powstrzymywałaby się przed nieco bardziej szerszym przemówieniem na temat tego co widzi, wykładając wszystkie aspekty, które jej się nie podobały. Nie było jednak potrzeby, a i z pewnością nie wypadało, chociaż to była dla niej sprawa nieco mniej istotna. W istocie bowiem praca była dość prosta, nie kryjąca niczego nad czym można byłoby się głębiej zastanowić. Elisabeth przepadała za ukrytymi symbolami oraz grami artysty, pragnącymi nadać obrazowi wieloznaczności. Tutaj ich nie było.
Przeniosła spojrzenie na kolejne dzieło, przechylając głowę lekko w bok. Z pewnością ten obraz był lepszy od poprzednika. Kobiecie spodobały się barwy, które razem połączone stanowiły dość miły dla oka widok. Wciąż jednak nie dostrzegała tego, co mogłoby ją pochłonąć.
- Jak się mają trolle? - zagaiła po chwili ciszy, poruszając temat pracy mężczyzny.





 
 
The way to have power
is to take it.

Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley http://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 http://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
treser trolli
25
Szlachetna
Żonaty
Some people are just born with tragedy in their blood.
10
10
0
0
0
4
3
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   14.05.17 17:35

Pomijając, że nikt nie powinien mieć żadnych słabości - zdaniem Cynerica, co wyniósł z dziecięcych jeszcze nauk ojca - to jeśli je faktycznie posiada, powinien ukrywać je jak najszczelniej. Sam Yaxley nie był bez wad. Starał się zniwelować swoje niedoskonałości uznając je za niegodne nazwiska oraz pozycji, jaką zajmował z powodu płynącej w jego żyłach krwi, lecz jednocześnie ubolewał nad swoim własnym losem - czy raczej charakterem, oddalającym się od podniosłej definicji perfekcji. Powinien być bardziej rozmowny, szarmancki oraz ujmujący za serce, poruszać się zgrabnie, parać się polityką oraz mniej czasu spędzać na bagnach - więcej na salonach. Wiele było rzeczy, które powinien był w sobie zmienić, tylko jego zdaniem nie mógłby się do końca czuć jako spadkobierca Cambrigeshire. Zapatrzeni w historię, ponurzy członkowie rodu, wsławieniu w boju oraz w działaniu, nie zaś czczym świergotaniu o sprawach błahych - taka rola odpowiadała mu zdecydowanie bardziej. Różnił się od Parkinsonówny, która w przeciwieństwie do niego wyglądała jakby pasowała do tego miejsca – nie zaś jak on, troll w składzie porcelany, którego dobrze skrojona, bogata szata oraz rysy twarzy odróżniały od przypadkowego czarodzieja. Robiła wrażenie - także na nim, ślepcem nie był - nie tylko wyglądem, lecz również lekkością przebywania w tym miejscu. On sprawiał wrażenie kanciastego i prawdopodobnie tylko z tego powodu zwracał na siebie uwagę reszty socjety. Starał się przyjmować łagodniejszego wyrazu, od czasu do czasu dobrodusznie unosząc kąciki ust; kłaniał się każdemu, kogo tylko był w stanie rozpoznać lub przynajmniej skojarzyć. Wreszcie, kiedy zjawiła się przy nich lewitująca taca z szampanem, ujął swoimi dużymi dłońmi delikatne szkło nóżki wręczając jedno naczynie swojej towarzyszce, a drugie zatrzymując dla siebie. Podejrzewał, że to nie koniec konwersacji dzisiejszego wieczoru, zatem musiał nawilżać nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku gardło.
Słuchał uważnie nie tylko słów Elisabeth, lecz również głosów dookoła, opinii innych, które wygłaszali oglądając kolejne obrazy. Doskonale rozumiał jej punkt widzenia - kiwnął oszczędnie głową, obracając ją na chwilę w kierunku kobiety.
- Nie potrafię odczytać twoich emocji - cieszysz się z tego? Nie wiem bowiem czy powinienem ci gratulować czy składać kondolencje - powiedział lekkim jak na niego tonem. Zamierzał być dzisiaj grzecznym mężczyzną, nieodpychającym gburowatością oraz surowym głosem godnym przełożonego. Spotkanie stanowiło czysto towarzyską sposobność spędzenia czasu, nie polityczną debatą tudzież sztywnym dniem w pracy. Zamoczył ponownie usta w alkoholu sącząc go powoli, bez presji oraz zajął oglądaniem kolejnego malunku.
- Ktoś chyba postawił na klasycyzm opiewający w piękne zewnętrze, lecz kompletnie pozbawionego skomplikowanego wnętrza - oznajmił z dużą dozą pewności. Tak naprawdę możliwe, że nawet nie dopatrzyłby się ukrytej w kolorach oraz maźnięciach pędzla symboliki - lecz skoro identyczne zdanie miała jego partnerka na dzisiejszy wieczór, to czy mógł się mylić?
- Dobrze. Minęła im już humorzastość przesilenia wiosennego - zaczął z rozwagą. To był trudny okres dla Cynerica, kiedy większość metod tresury zwyczajnie nie działała.  Chciałabyś je kiedyś poznać? - zapytał, chociaż domniemywał, że dama pokroju Elisabeth nie odnajdzie w tym zadowolenia. Może gdyby zajmowała się alchemią lub wytwórstwem różdżek… ale tak to chyba trolle nie były na liście istot do poznania. Wypadało zapytać, bowiem coś podobnego usłyszał w Ministerstwie po referendum. - Tak naprawdę - dodał więc, sądząc, że tamte słowa podszyte były jedynie grzecznością. Utkwił w kobiecie spojrzenie, tracąc zainteresowanie wystawianą sztuką.





Sanguinem et ferrum potentia immitis.

Powrót do góry Go down
Elisabeth Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson http://www.morsmordre.net/t3136-persephone http://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum http://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower http://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson
Stażystka w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
25
Szlachetna
Panna
memento mori
6
8
1
0
15
5
7 (30)
1
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   28.05.17 16:06

Elisabeth nie przepadała za zasadami, które jedynie krępują i nie pozwalają na wyrażanie siebie. Gdy była mała szybko dostrzegła, iż reguły panujące wśród rodów, czynią z ich członków bezkształtną masę niczym się nie wyróżniającą. Wszystkie lady wydawały się być takie samej, zaś lordowie jedynie powtarzali słowa rozmówcy, ubierając je jedynie w inne słowa. Oczywiście gdy nieco podrosła jej pogląd uległ lekkiej modyfikacji i zrozumiała, iż niektóre z nałożonych na arystokratów zasad są konieczne aby uniknąć ośmieszenia. Do tej pory jednak pozostała jej sympatia, którą darzyła te niektóre wyróżniające się jednostki, a w tym właśnie Cynerica. Naturalnie nie był to jedyny powód ich dobrych relacji.
Z wdzięcznością przyjęła podawaną przez niego lampkę szampana, lecz dopiero po dłuższej chwili upiła łyk napoju. Szybko oceniła go jako dość przeciętny, organizatorzy przyjęcia nie popisali się w tej dziedzinie.
- Sądzę, że ten stan ma swoje wady i zalety, toteż nie oczekują ani gratulacji ani kondolencji - odpowiedziała, nie rozwijając jednak swojej wypowiedzi. Nie miała zamiaru wdrążać mężczyznę w swoje plany czy zajęcia na ten czas wolny. Bez względu na to jak wysoko go ceniła, nie mogła sobie pozwolić na wylewne zwierzenia dotyczące czarnej magii którą się parała czy tym, co planowała. Nikomu o tym nie mówiła i jak na razie nie miała zamiaru tego zmieniać.
Jej wzrok jeszcze przez chwilę zatrzymał się na obrazie, dopiero po chwili dołączyła do swojego towarzysza, by oglądać kolejny. Przechyliła głowę lekko w bok, słuchając słów mężczyzny. Przy tym uśmiechnęła się i kiwnęła głową, sama jednak postanowiła nie wyrażać swojego zdania. Zamiast tego przez chwilę zaczęła się zastanawiać nad sobą - czy to przez jej humor dzieła nie przypadały jej do gustu czy rzeczywiście tak renomowane miejsce postanowiło zaryzykować kupnem podobnych dzieł? Możliwe, iż z góry stwierdzono, że odwiedzający sztuki nie zrozumieją bądź stwierdzą, że sztuka już taka jest, iż nie zawsze zachwyca. Zresztą do tej pory czuła nieprzyjemne dreszcze słuchając popularnego modernistycznego hasła "sztuka dla sztuki", tak bardzo absurdalnie dla niej brzmiący. Zresztą Elisabeth zdecydowanie bardziej przepadała za sztuką wcześniejszych epok, jak chociażby renesansu.
Przeniosła na niego spojrzenie, słuchając uważnie pytań. Pytanie dotyczące jego zajęcia było podyktowane czystą uprzejmością, bowiem wiedziała czym zajmuje się jej znajomy i że robi to z czystej pasji. Pomimo tego jednak propozycja wydawała się interesująca. Wizja spędzenia dnia z trollami i słuchania opowiadać Cynerica na ich temat, wydawała się o wiele ciekawsza aniżeli przyjęcie na którym się znajdowali. Poza tym Elisabeth lubiła zdobywać nową wiedzę, nigdy nie wiadomo co będzie jej w przyszłości potrzebne.
- Z ogromną przyjemnością - odpowiedziała. - O ile, oczywiście, nie jest to żaden problem.





 
 
The way to have power
is to take it.

Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley http://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 http://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
treser trolli
25
Szlachetna
Żonaty
Some people are just born with tragedy in their blood.
10
10
0
0
0
4
3
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   12.06.17 18:57

On podchodził do zasad zupełnie inaczej niż prawdopodobnie większość społeczeństwa - przyjmował je takimi, jakimi były, nie starając się ich zmienić. Skoro istniały, musiał być w tym odgórny sens. Zresztą, dzięki normom wymaganym od stuleci świat trzymał się w miarę w ryzach - kiedy magiczne społeczeństwo popuściło nieco pasa, od razu można było zauważyć postępujące zepsucie czarodziejów. Wierzył i ufał w ocenę mądrzejszych od siebie, tak jak ufał w swój własny kompas moralny - na szczęście całkowicie zbieżny z wyznaczanym przez ród kierunkiem - oraz przekonania. Wszystkie zasady były dla niego oczywistością, wypełniał je z naturalną lekkością, nie planując ingerować w coś, co miało rację bytu. Nie jawił się jako rewolucjonista, wręcz skostniale osiadły we własnych korzeniach oraz spoglądający w tył na minione epoki oraz dokonania własnych przodków, z których był dumny. Obecne czasy nie opiewały w tak zaciekłe wojny jak niegdyś, nie mógł się więc wykazać, lecz na horyzoncie jawiła się kolejna próba dla Yaxley'ów - dla niego samego - a dotyczyła ona oczyszczania świata magicznego z brudu zdrajców; szczerze wierzył, że uda mu się zabłysnąć w walkach równie jasno co protoplaści jego rodziny. I to wszystko składało się na pewnego rodzaju obowiązki, uwiądy, które w pewien sposób ograniczały zwłaszcza tych ze szlachetną krwią - a ci dość obficie narzekali na swój los. Cyneric taki nie był, nawet jeśli uczestnictwo w przyjęciach nie leżało w jego kręgu zainteresowań lub przynajmniej chęci, zawsze uważał, że pewne rzeczy wypada robić, zaś skoro wypada, to trzeba je robić jak najlepiej
Starał się zatem. Udawał znawcę sztuki, którym nie był - zdecydowanie lepiej odnajdywał się w muzyce, na którą uwrażliwiła go matka oraz w literaturze, będącej jedną z gałęzi nacisków jego rodziny. Malarstwo nie trafiało do niego wcale, nie rozumiał tej formy sztuki, lecz nie potrafił też przyznać się do tego wprost - mówił więc o własnych odczuciach względem obrazów wiszących w galerii. Najwidoczniej wcale nie pomylił się w swoich osądach.
- Dobrze więc - skwitował jej słowa lekko znudzonym tonem, lecz to dlatego, że kolejne dzieła nie miały w sobie nic zachwycającego. Chociaż kolory mu się naprawdę podobały - były przygaszone, smętne - przynajmniej w większości malunków. Idealnie pasowały do ponurej aury lorda Yaxley.
- Nie jest, chociaż trolle bywają nieprzewidywalne. I niebezpieczne. Za to mogę kilka zamknąć w klatkach, żebyś mogła je spokojnie obejrzeć - odparł odnośnie jej odpowiedzi. - Tylko wiesz, że one śmierdzą, są głupie i nie znając trollańskiego nie porozmawiasz sobie z nimi? - zapytał z czystej ciekawości będąc zainteresowany reakcją Elisabeth, sam natomiast postąpił kilka kroków na przód z ulgą odnotowując, że zbliżają się do końca wystawy.





Sanguinem et ferrum potentia immitis.

Powrót do góry Go down
Elisabeth Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3102-elisabeth-parkinson http://www.morsmordre.net/t3136-persephone http://www.morsmordre.net/t3137-amici-fures-temporum http://www.morsmordre.net/f110-cotswolds-hills-broadway-tower http://www.morsmordre.net/t3276-elisabeth-parkinson
Stażystka w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów
25
Szlachetna
Panna
memento mori
6
8
1
0
15
5
7 (30)
1
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala północna   04.07.17 11:51

Elisabeth przepadała za historią. Zawsze wierzyła w ogromną wartość nauki płynącej z przeszłości. Nie wszyscy jednak to potrafili, będąc ślepymi na fakt, że wszelkie błędy naszych przodków, ich niepowodzenia bądź zwycięstwa stanowią dobrą lekcję, którą można wykorzystać, przekładając ją na czasy współczesne. Historia lubiła zataczać koła, była powtarzalna dla wielu, którzy ją znali. Już jako mała dziewczynka Parkinson studiowała wszelkiego rodzaju kroniki czy rozpadające się księgi pod czujnym okiem dziadka. Lord Crouch od zawsze sprawował ogromną pieczę nad małą lady, dbając o jej odpowiednie wykształcenie. Przed śmiercią córki żywił nadzieję, że to ona zadba o wychowanie nie tylko według tradycji rodu męża, ale i też tych, które ona wyniosła z domu. Po jej śmierci jednak nic podobnego nie mogło mieć miejsca, toteż lord sam postanowił zająć się tą kwestią. Nie musiał obawiać się sprzeciwu ze strony ojca Elisabeth - był doskonałym mówcą i dość wprawnie przekonał mężczyznę do swoich racji. Jego celem było wychowanie wnuczki na wzór obu rodów, do których przynależała, w czym przeświecały mu różne przekonania, których jednak nie zdradził wnuczce. Podobnie zresztą jak nie zdradził jej swoich odczuć w stosunku do efektów, bowiem lord Crouch nie był wylewny w uczuciach. Lady Parkinson na próżno mogła oczekiwać od niego słów uznania. Dziadek uczył, że należy ciągle dążyć do doskonałości nawet wówczas, gdy ta wydaje się być już osiągnięta. Według tejże filozofii zatem nie mogła uznawać siebie za wybitnego znawcę sztuki i w istocie nim nie była. Znając historię niejednokrotnie natrafiała na przeróżne wzmianki o malarstwie, lecz jej oceny zazwyczaj opierały się na jej guście i przesłaniu, które zawierał obraz. Umiała jednak sprawiać dobre pozory, a to niejednokrotnie było wystarczające, by wyjść ze wszystkiego z twarzą.
Z ulgą jednak odwróciła swoją uwagę od niezbyt ciekawych jej zdaniem dzieł, przekierowując ją na słowa towarzysza. Parkinson nie znała się na magicznych stworzeniach. W szkole była zbyt zajęta innymi przedmiotami by znaleźć czas na rozwijanie wiedzy na temat trolli, jednorożców czy smoków. Od czasu do czasu żałowała, że nie udało jej się odnaleźć chwili na głębsze studiowanie zachować magicznych zwierząt, lecz jak na razie nie było to jej do niczego potrzebne. Teraz jednak nadarzyła się okazja, by chociaż odrobinę nadrobić straty w wiedzy, a z takowej nie mogła nie skorzystać.
- Myślę, że jestem w stanie znieść te wszystkie niedogodności, które wymieniasz - odpowiedziała. - Poza tym sądzę, że twoja wiedza na ich temat z pewnością mi wynagrodzi nieprzyjemny zapach.
Ona również dostrzegła, iż zbliżają się do końca. Jednocześnie zerknęła na zegar wiszący na końcu sali. Powoli wystawa się kończyła, a i całe przyjęcie nie miało już długo potrwać. Widziała, iż kilku gości ukradkiem wymyka się z sali, by opuścić budynek i powrócić do swoich domów. Elisabeth jednak w dalszym ciągu poruszała się wolniejszym tempem, bowiem nietaktem byłoby nagle przyspieszyć i ostatecznie pójść śladem nieobecnych już gości. Powoli podeszła więc do kolejnego, jednego z ostatnich obrazów. Nic jednak nie mówiła w środku odczuwając jednak znużenie. Jednocześnie jednak mogła odczuwać swego rodzaju ulgę, bowiem spełniła swój "towarzyski" obowiązek. Przy tym cieszyła się, iż to właśnie lorda Yaxley wybrała na swojego towarzysza.





 
 
The way to have power
is to take it.

Powrót do góry Go down
Cyneric Yaxley
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t3851-cyneric-yaxley http://www.morsmordre.net/t3906-bagienna-poczta#73780 http://www.morsmordre.net/t3899-trolle-tez-sa-fajne#73626 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall http://www.morsmordre.net/t3908-cyneric-yaxley#73784
treser trolli
25
Szlachetna
Żonaty
Some people are just born with tragedy in their blood.
10
10
0
0
0
4
3
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   08.07.17 21:51

Historia była bardzo ważnym punktem w życiu ludzkości - przede wszystkim najlepszym nauczycielem. Cyneric nigdy nie pojąłby decyzji o braku nauczania tak podstawowych rzeczy, tak samo jak nie miał litości dla ignorancji w tym temacie. Dobrze, że Elisabeth taka nie była - stanowiła doskonałą partnerkę nawet jeżeli chodziło o tak okropne rzeczy jak wernisaże w mało doborowym towarzystwie spiętych snobów. Niby w takim gronie obracali się na co dzień, lecz dla kogoś, kto większość czasu mimo wszystko spędzał na bagnach aniżeli salonach, taki wieczór mógł jawić się bardziej jako tortura niż przyjemne spędzanie czasu. Rozmowa - chociaż strzępkowa - o sztuce bądź trollach przynosiła ukojenie podczas wątpliwie przyjemnych dywagacjach na temat firan bądź kupnie nowej kanapy do salonu. Nie mógł znieść dłużej paplaniny, sami też niewiele mówili - dla Yaxley'a była to wręcz zaleta - dlatego jazgot oraz świergotanie rozkosznie głupiutkich dziewcząt oraz przytakujących im mężczyznom był po prostu nie do zniesienia. Dobrze, że lady Parkinson dobrze wiedziała jak go podejść. Żałował tylko, że to spotkanie na pewno nie wydało jej się w żaden sposób interesujące. Nie mógł jej zapewnić przedniej rozrywki - nie tutaj, nie teraz, nie w tym towarzystwie.
- Naprawdę? Zwykle lady nie znoszą żadnego rodzaju smrodu, a co dopiero wśród bagien oraz niebezpiecznych stworzeń - rzucił jakby od niechcenia, lecz z widocznym na twarzy zdziwieniem. Widocznie Elisabeth nigdy nie przestanie go zaskakiwać. - Skoro jesteś taka odważna nie pozostaje mi nic innego jak ugościć cię w naszych trollańskich progach - odparł jednak, słysząc niejako komplement z jej ust. Nawet uśmiechnął się delikatnie oraz skinął jej głową. Dopił do końca swojego szampana, a następnie zabrał z tacy im jeszcze po jednym - w celu rozluźnienia atmosfery niesprzyjających okoliczności.
- Wybacz braku porywającego wieczoru, tutaj chyba i tak byłoby to niemożliwe. Mam nadzieję, że w Fenland będziesz się lepiej bawić - powiedział nagle, może trochę przepraszająco. Później obejrzeli jeszcze kilka obrazów, a potem Cyneric odprowadził ją do kominka, samemu zaraz po niej udając się do domu.

zt x2





Sanguinem et ferrum potentia immitis.

Powrót do góry Go down
Flavien Lestrange
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 http://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 http://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 http://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor http://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
24
Szlachetna
Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
15
10
0
0
0
10
10
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala północna   12.01.18 10:48

/03.06?

Po ostatnim, niezwykłym spotkaniu wśród mrozu szalejącej śnieżycy z kimś, kogo nie spodziewałem się zbyt szybko spotkać, trwałem w dziwnym półśnie życia. Zacząłem się zastanawiać nad relacjami oraz związkami zdobytymi do tej pory, ich wpływie na ukształtowanie swojego własnego ja oraz inne aspekty życia towarzyskiego, na które inni ludzie mają wpływ. Po długich godzinach rozmyślań, choć głównie w tak zwanym międzyczasie, doszedłem do wniosku, że powinienem angażować się dużo mniej w kontakty z innymi. Ucinać uczucia, tworzące się więzi, najlepiej w zarodku. Wszystko po to, by dążyć do potęgi, o której lubił mi mówić ojciec. Czuł się ważny, mocarny; wszystko przez legilimencję oraz ogromne sukcesy na polu magipsychiatrii. Miał syna, którego mógł obarczyć naukami oraz dziedzictwem, by przekazać wszystkie nauki dalej; miał najpiękniejszą żonę, jaką mógł kiedykolwiek sobie wybrać oraz olśniewającą córkę, oddaną w ręce Rosierów, tym samym przypieczętowując między rodami sojusz, będący dobrą strategią polityczną. Do tej pory nie mogłem pogodzić się z tą decyzją, uznając ją krzywdzącą dla Evandry, ale nie miałem na nią żadnego wpływu. Powinienem dobro rodu stawiać wyżej niż wszystko inne, ale jeśli chodziło o te najbliższe mi osoby, rzadko potrafiłem odpuścić i odciąć się od zgubnych emocji. Nadal pozostawali oni moją piętą achillesową.
Trochę zaniedbałem przez to obowiązki, przynajmniej nie wykonując ich tak dokładnie jak zwykle. Zbyt mocno pogrążyłem się w rozmyślaniach zamiast skonkretyzować własne działania oraz osiągnąć wyznaczone mi cele. Wuj na szczęście o niczym nie wiedział, ufając, że poradzę sobie z każdym zadaniem; w istocie poradziłem, choć kosztowało mnie to więcej czasu, przez co zawaliłem parę istotnych terminów. Gładką mową wybrnąłem co prawda z impasu, ale gdyby tylko stryj się o tym dowiedział, miałbym przechlapane. Musiałem wziąć się w garść, przestać bujać w obłokach i po prostu działać, jeśli chciałem kiedykolwiek awansować. To było teraz priorytetem. Żadne uczucia oraz inne fanaberie.
Powtarzałem sobie to również kiedy pani Cattermole bardzo chciała umówić swoją córkę na przesłuchanie. Zaproponowałem jej przybycie do naszej rodowej opery wraz ze swoją latoroślą, ale od razu odmówiła, pragnąc spotkania nieoficjalnego. Zdziwiło mnie to mocno, szczególnie, że nie uśmiechało mi się dogadywać z czarownicą krwi czystej, choć wydziedziczonej, w dodatku przez Fawleyów, odwiecznych nieprzyjaciół Lestrangów. Przypomniałem sobie jednak o Cressidzie oraz o tym, że jeśli tego wymaga odnalezienie talentu, perełki wśród najlepszych, to trud będzie tego wart. Belle, piękne imię, przywodzące na myśl od razu wspaniałą Belle-wilę, robiącą furorę na deskach każdej magicznej opery. Czyżby to miała być jej godna następczyni? Według zapewnień matki śpiewała fantastycznie niczym słowik, albo i nawet lepiej. Cała sprawa zaciekawiła mnie na tyle, że solidnie przygotowałem się do spotkania wyglądając absolutnie nienagannie i profesjonalnie.
Za sprawą kominka znalazłem się w galerii sztuki lady Avery i od razu poszedłem do sali północnej, gdzie miało odbyć się zapoznanie. Od razu zauważyłem dwie kobiety stojące przy jednym z obrazów, obie przywitałem ukłonem oraz czarującym uśmiechem. Jednak najbardziej przyglądałem się pannie Cattermole, jakby ta czynność miała mi zapewnić ocenę jej talentu wokalnego. Dopóki nie zacznie śpiewać, trud ten był daremny.




na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Powrót do góry Go down
 

Sala północna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Sala północna
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: Royal Borough of Kensington and Chelsea :: Galeria sztuki-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18