Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Główna ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 5, 6, 7 ... 17 ... 28  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Główna ulica   02.12.12 0:17

First topic message reminder :

Główna ulica

Ulica Pokątna zmieniła się. Kolorowe, błyszczące witryny, które przedstawiały księgi zaklęć, składniki eliksirów i kociołki, były niewidoczne, ukryte pod przyklejonymi na nich wielkimi ministerialnymi plakatami. Większość tych posępnych fioletowych afiszy z zasadami bezpieczeństwa była powiększoną wersją broszur, które rozsyłano latem, a inne przedstawiały ruszające się czarno-białe fotografie znanych przestępców przebywających na wolności. Kilka witryn było zabitych deskami, w tym ta należąca do Lodziarni Floriana Fortescue. Z drugiej strony ulicy rozstawiono wiele podniszczonych straganów. Najbliższy, stojący przed księgarnią "Esy i Floresy", pod pasiastą, poplamioną markizą miał kartonowy szyld przypięty z przodu:

AMULETY
Skuteczne przeciw wilkołakom, dementorom i Inferiusom

Zaniedbany, mały czarodziej potrząsał naręczami srebrnych symboli na łańcuszkach i kiwał w stronę przechodniów. Zauważył, że wielu mijających ich ludzi ma udręczone, niespokojne spojrzenie i nikt nie zatrzymuje się, by porozmawiać. Sprzedawcy trzymali się razem, w swoich zżytych grupach, zajmując się własnymi sprawami. Nie widać było, by ktokolwiek robił zakupy samotnie.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
I don't recognize these eyes
I don't recognize these hands
Please believe me when I tell you
That this is not who I am
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
this is not who I am

PisanieTemat: Re: Główna ulica   04.01.16 13:13

Dobra, a teraz przypomnij sobie wszystko, co ci mówił stryj.
Stałem kawałek od muru dzielącego mnie od Dziurawego Kotła ze skrępowanymi niewygodnie rękami za plecami i spoglądałem to na jednego, to na drugiego czarodzieja, zastanawiając się jak na to wszystko zareagować. Początkowo chciałem współpracować i wszystko wyjaśnić... ale to chyba nie był dobry pomysł. W końcu byłem świadkiem tego wszystkiego, prawda? Brunetka, dzięki której dostałem się na Pokątną, też była skora do współpracy i co? Blondynka też nie wyglądała na przestępczynię... chłopak się nie wyrywał i nie próbował uciekać... więc dlaczego ich zabrali? 
No i ja. Niby w jaki sposób utrudniałem komukolwiek zatrzymanie? To wszystko było mocno podejrzane, a stryj przecież mówił, że są też ci źli czarodzieje, którym nie podoba się nic związanego z mugolami. Przecież właśnie dlatego miałem udawać, że jestem osobą magiczną, nie? Z drugiej strony kłamać tym kolesiom? Sprawiali wrażenie czarodziejskich policjantów. Jak skłamię, to rzeczywiście będą mogli to wykorzystać przeciwko mnie i wtedy już kolorowo nie będzie. 
- Nie mogę - odpowiedziałem prosto z mostu, lekko poruszając nadgarstkami, żeby ułożyć ściśnięte dłonie choć odrobinę wygodniej. Ani ich wyciągnąć z tych pęt, ani uciekać w ten sposób związany.
- Jak zdążyliście zauważyć, nie mam jej przy sobie - dodałem, coby nie mieli wątpliwości, bo chyba mimo przeszukania mnie wciąż jakieś posiadali. - A ta dziewczyna - brunetka, którą tamci zabrali - nie czarowała na ulicy - dorzuciłem jeszcze szybko, w końcu byłem świadkiem, prawda? - Wyszedłem zaraz za nią z Dziurawego Kotła, widziałem, że nie rzucała żadnych zaklęć. Jest niewinna - ostatnie słowo wypowiedziałem z naciskiem. Cała ta sytuacja była jednym wielkim nieporozumieniem.




Make love music
NOT WAR

©️CC
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Główna ulica   05.01.16 22:47

Policjanci nie przejęli się zupełnie tłumaczeniami chłopaka. Spojrzeli tylko na niego z zastanowieniem.
- To podejrzane, że nie ma różdżki - mruknął jeden.
Drugi pokiwał w zamyśleniu głową.
- Może ją wyrzucił?
- Żebyśmy nie mogli mu udowodnić, że czarował?
Znowu kiwnął głową.
- W takim razie jest pan aresztowany zgodnie z dekretem pani Minister. Ma pan prawo zachować milczenie, wszystko, co pan powie może zostać użyte przeciwko panu.
Następnie teleportowali się z Pokątnej wprost do Tower, gdzie Louis trafił do tej samej celi, co poprzedni aresztowani.

|zt pod powyższy link


Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Główna ulica   17.04.16 21:20

| 5 grudnia

Rudzielec wszedł rano do sklepu Ollivandera z niemałą dokładnością. W punkt zjawił się i zaraz bez większego szemrania zajął się swoimi obowiązkami. Poukładał, posprzątał, porobił odpowiednie wpisy - czyli codzienność. Potem trochę posiedział na zapleczu próbując kształcić się pod okiem mistrza, i nastąpiła przerwa. Odkąd pracuje już tu na cały etat, to wychodzi na przerwę na lunch, by sobie coś ciepłego zjeść, jeśli jest głodny. A dziś sobie wyszedł, by zjeść ciepłą zupę w Dziurawym Kotle. Pogoda była ładna, jak na grudniowy dzień, więc Barry postanowił chwilę przejść się główną ulicą, by spojrzeć na prace siostry, które się mieszczą w jednym lokum. Postał nie wchodząc do środka i przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z Rosalie. Czyli Lyra chce być prawdziwą szlachcianką... Barry jej tego nie zabroni, bo jak? W końcu ma prawo do nauki. Westchnął cicho i udał się z powrotem w kierunku sklepu Ollivandera, by zapisać sobie koniec przerwy na posiłek. W końcu trzeba było pracować, czyż nie? Skoro zrezygnował z pracy na Nokturnie i jest u Skamandera, to musi sobie zarobić i w dodatku znaleźć sobie nowe lokum... Tylko musi pomyśleć, co z Cezarem, bo jest z nim coraz gorzej. Biedak, chyba umrze niedługo. Barry już to widział i czuł. A szkoda, bo nie był, czy raczej nie jest aż taki stary.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Główna ulica   17.04.16 23:10

Praca, praca, praca. Czy tylko nią można żyć? Oby, bowiem wkrótce nie będzie miał zbyt wielu innych zajęć. Pochłonięty stosem nowej dokumentacji związanej z dekretami wprowadzanymi przez panią Minister spędzał całe godziny na ponownym rozpatrywaniu pewnych... spraw. Na końcu języka miał specjalnie zarezerwowane słowo na tego typu przypadki, jednak starał się unikać używania go poza swoim gabinetem. Nawet teraz, kiedy przemierzał Ulicę Pokątną, głęboko rozmyślał nad treścią trzymanego przezeń kawałka pergaminu. Głosił on, nie mniej, nie więcej tyle, że coś uległo przedawnieniu, a jeszcze coś innego powinno być natychmiast sprawdzone w archiwum. Jakby miał wystarczająco dużo wolnego czasu na przetrząsanie starych teczek. Niedoczekanie.
Podsuwając pergamin niemal pod czubek własnego nosa, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza papierosa i wetknął między spierzchnięte wargi. Pocierając drugi koniec dłonią, myślał tylko o szybkim załatwieniu sprawy. Nie zamierzał wykorzystywać całego dostępnego prawnie terminu na jej rozpatrzenie. Zatem oznaczało to, że musiał zjechać windą aż do archiwum, a stamtąd było już nie tak daleko do Departamentu Tajemnic. No może nie tak blisko, ale z całą pewnością bliżej niż gdziekolwiek indziej. Żaden z jego przełożonych nie pozwoliłby mu tam wejść, choćby Cassius zaoferował mu stosy galeonów albo swoje inne usługi. Nie, ich nie mógł wyjawić nikomu. Wolał nie myśleć o skandali jaki wywołałby, gdyby ktoś puścił parę z ust. Oczyma wyobraźni już widział te krzykliwe nagłówki: Pracownik Ministerstwa tworzy czarnomagiczne przedmioty...; Zwykły urzędnik bawi się czarną magią. Może poszukałby żony? Ten drugi z pewnością trafiłby na okładki tych durnych szmatławców czytywanych przez co czwartą czarownicę i szybko stałby się obiektem jakiejś babskiej intrygi, którą zniósłby z wyćwiczonym, szarmanckim uśmiechem na ustach. Dokładnie takim samym, z jakim właśnie zastąpił komuś drogę.
Tak nagłe zatrzymanie się oderwało go od rozmyślań na temat sławy oraz pobieżnej lektury ministerialnego dokumentu i pozwoliło wrócić do otaczającej rzeczywistości, w której to zmierzył swojego potencjalnego petenta wzrokiem pełnym pogardy. Oczywiście spojrzenie to wzmocnił już w chwili ujrzenia rudych włosów, a w ciągu paru sekund zdołał przypomnieć sobie imię Weasleya. Oczywiście nie wymówił go na głos. Takich zażyłości oszczędzał w miejscach publicznych, jednak nie mógł powstrzymać się od wypowiedzenia na głos nieco uszczypliwej uwagi związanej z jego kuzynem.
Czy nachodzenie innych członków mojego rodu stało się twoją pasją, lordzie Weasley? — spytał, po czym zaciągnął się papierosowym dymem i wypchnął go z płuc w powietrze. Poświęcając Weasleyowi niemal całą swą uwagę, wepchnął pergamin za pazuchę. Przez cały ten czas utrzymywał z nim kontakt wzrokowy, jakby chciał przekazać jakąś niewerbalną wiadomość. Być może, całkowicie potencjalnie prowokował go do użycia magii i złamania dekretu, a może tylko próbował rozegrać jakąś nową polityczną gierkę. Nawet on sam nie wiedział do końca, czego powinien oczekiwać po tym dziwnym spotkaniu.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Główna ulica   17.04.16 23:42

Szedł zamyślony starając się nie wpaść na kogokolwiek. Zazwyczaj to ludzie widząc jego po prostu mijali go bez słów, a ktoś znajomy powiedział zwykłe "Hej". Lecz zbytnio nie było czasu na pogawędki, bo praca czekała, a Barry kochał swoja robotę. To była jego pasja, coś co kocha robić od bardzo dawna. Nawet w szkole gdy był z Katyą, wspólnie z nią poznawał tajniki różdżek i próbował złożyć jakąś różdżkę. W przyszłości jak się uda, ma zamiar robić owe różdżki, jeśli oczywiście dożyje tych przepięknych dni.
I nic nie zrujnuje po drodze oczywiście.
Tak jak teraz, gdy ktoś zastąpił mu drogę. Spojrzał na jegomościa i już chciał go ominąć, gdy usłyszał słowa skierowane bezpośrednio do niego. Zaraz wrócił do towarzysza, prawdopodobnie Notta, bo kto inny mógłby się czepiać o nachodzenie. Owszem, Barry był u jednego Notta, ale raz. Potem nie przychodził, a wątpił aby była zgłoszona skarga na niego. Przecież wtedy pytał się o siostrę, tak? Miał do tego pełne prawo. Całymi swoimi siłami próbował nie wybuchnąć czy nie rzucać słów, których mógłby potem żałować, a jedynie skrzywił się, gdy dym od papierosa poleciał nieco w jego stronę. Co z tego że czasem pali, skoro ten dym i tak jest średnio przyjemy. Lepiej go wydychać, niż wdychać.
- Lordzie Nott.- użył powściągliwości witając się z lordem, którego nie zna imienia, lecz tym się nie przejmował. Zmusił się do uśmiechu, choć czytał dobrze z jego oczu. Chce walki, tak? Barry pamięta o dekrecie, nie jest aż tak głupi.
- Nie wiem, co Pański kuzyn - dobrze rozumiem, prawda? - powiedział, lecz tylko raz go odwiedziłem w mojej wizytowej karierze w Ministerstwie. Chyba że jeszcze kogoś nawiedziłem, jak to lord ujął, lecz któż to mógł być?- próbował trzymać nerwy na wodzy, naprawdę. Nie sięgnął po różdżkę, mimo iż myśli aż wołały, by wyciągnął i wycelował w Notta. Spoglądał hardo w oczy lorda podejmując wzrokową walkę o to, kto pierwszy użyje różdżki. Weasley czy Nott? A może będzie walka na słowa? Tak czy siak,nie staną się nagle z wrogów przyjaciółmi, to było wręcz niemożliwe.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Główna ulica   19.04.16 15:35

Był szaleńcem, rzucając tak niedorzeczne słowa, które nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Jednakże był także Nottem i dar operowania słowem płynął w jego żyłach równie mocno jak tradycyjne przekonania czy znajomość dzieła Cantankerusa. Mógł sobie pozwolić na rzucenie kilku oszczerstw. To jego rodzina rozdawała karty w tym całym zamieszaniu i należało liczyć się z ich zdaniem. W szczególności takim, które pielęgnowało dawne przekonania. Cassius uważał siebie za prawdziwego Notta z krwi i kości, choć dostrzegał w sobie podobieństwo do Lestrange'ów i musiał warzyć na swoje opinie. Chociaż prawdę mówiąc, to musiał jedynie spłodzić paru potomków zdolnych do przedłużenia rodu. Cała reszta nie miała znaczenia.
Z ledwie dostrzegalnym westchnieniem, dmuchnięciem kolejnej porcji trującego dymu oraz dziwną satysfakcją wypisaną na twarzy posłał Weasleyowi niedbałą namiastkę uśmiechu. Powinien czuć się urażony, że nie pamiętał jego imienia, jednak w tej sytuacji taki stan rzeczy nawet mu schlebiał. Nie każdy miewał ten zaszczyt, by móc zwrócić się do niego w tak intymny sposób. Nawet jego ojciec trzymał dystans, zwracając się per synu. Jakakolwiek zażyłość nie była widziana zbyt dobrze, a karta dobrego wychowania Nottów jasno określała zasady savoir vivre. Cóż, Cassius i tak złamał jedną z nich, ale póki ojciec o tym nie wiedział, póty serce go nie zabolało.
Wracając jednak do Weasleya, musiał nieco uchylić się przed innymi bywalcami Ulicy Pokątnej, aby samemu strzepnąć niewidzialny pyłek z ramienia. Rozmowa zapowiadała się zbyt obiecująco, żeby została przerwana przez jakąś szlamę, choć nic nie wskazywało na to, że któryś z nich wyjdzie z tego starcia cały.
Mój kuzyn nie musiał nic mówić — odparł obojętnym tonem, poświęcając chwilę uwagi swoim paznokciom. — Ściany Ministerstwa mają całkiem spore uszy, jeśli im się dość dobrze przyjrzeć. Sądziłem, że mając brata pracującego na tym samym piętrze kwestia plotek nie jest ci obca. Najwyraźniej byłem w błędzie, za co korzę się po same kolana. — Uśmiechnął się drwiąco, poruszając lewym ramieniem w dość niekontrolowany sposób. Dla kogoś obcego było to jedynie nieznaczne drgnięcie mięśni, jednak dla Cassiusa oznaczało fakt, że różdżka nadal znajdowała się na swoim właściwym miejscu.
Ale skoro już poruszyłeś temat niekompetencji Ministerstwa... bardzo chętnie usłyszałbym od ciebie więcej. Może masz jakieś użyteczne porady, by moja... nasza praca stała się łatwiejsza?
Nie musiał pociągać za sznurki, by mieć wszystko pod kontrolą. Nawet gdyby ktoś postanowił nim dyrygować, szybko straciłby panowanie nad sytuacją. I nie, nie zamierzał wpakować Weasleya tam, gdzie była jego siostra, choć Merlin mu świadkiem, że zrobiłby to z wielką przyjemnością.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Główna ulica   19.04.16 19:50

Rudzielec próbował w ich głupim, zszarganym o etykiety i melodyjno-wymiotnych słów językiem dotrzeć do Notta. Nie znał jego imienia - a raczej nie czuł potrzeby tego zapamiętania. Nott to Nott, cóż za różnica. Ważne jest tylko koligacje u nich do zapamiętywania, by nie palnąć jakiejś gafy, nic więcej. A tak, to byli po prostu ... czarodziejami. Prawie równi jak jego ród - Weasley, który bogactwo oddał na pokój i Quidditch. A co reszta tych, co są teraz najbogatsi, zrobili? Ruszyli palcem podczas wojny? Nie licząc auroró i osób w brygadach... pewnie nic. Dlatego to wszystko poszło w ich koszta i teraz płacą za to potrójnie. Ale spokojnie, wszystko może się odwrócić i zemścić się. Teraz oni się śmieją, a jutro będą płakać. Tak też może być i lepiej, aby Nott o tym nie zapomniał.
Zignorował po raz kolejny nieprzyjemny zapach dymu, który kąsał jego płuca. Nie kaszlnął, jedynie to wziął głębszy wdech, by przy wydechu pozbyć się toksycznych oparów z płuc. Chce się truć - droga wolna. Rudzielec nie zwróci mu uwagi, bo musi się koncentrować by nie wywołać jakiejś afery. Co to by było, gdyby trafił na okładkę jakiegoś pismadła... Na przykład tej czarownicy. Kto wie co ta cała Annabelle teraz robi. Podsłuchuje? Wypatruje jego najmniejszego gestu, ruchu brew, ruchu warg, by móc odczytać jego usta? Niech próbuje, śmiało.
No tak, zapomniał, że w Ministerstwie nic nie uchodzi na sucho. Lecz to była no zwykła, niewinna pogadanka. Ile wtedy czarodziejów też musiało przyjść na skargę, po wyjaśnienia, tak samo jak Barry. Niewinni ludzie dążący do wyjaśnień i sprawiedliwości - która, co najzabawniejsze, zanika. A wszystko zaczęło zanikać wraz z końcówką października. Cholerny Halloween.
- Z pewnością dociera do was wiele skarg jak i porad od wielu czarodziejów, lordzie Nott. Nie chciałbym - i nie chcę, w jakiś sposób negować działań szanownej Pani Minister, która przecież stara się dbać o bezpieczeństwo niewinnych ludzi. Aurorzy ratują artefakty przed złymi ludźmi.. godne uwagi, naprawdę. Dzięki Merlinowi, że mój brat uszedł z życiem, lecz szkoda, że tego samego nie mogę powiedzieć o lady Crouch, która zaginęła. Jak i o wielu młodych ludziach, które znikają, bądź są zabijane.- powiedział poważnym tonem, lecz na koniec swych słów zrobił smutną minę, co by uwiarygodnić swój własny smutek. Oczywiście jemu jest żal Diany, która zaginęła. Niezbyt dobrze jemu się czyta, jak wiele młodych czarodziei zanika bądź ginie. Albo samobójstwa albo morderstwa. A co, jeśli to byłą przyszłość dobrego, lepszego narodu? Co jeśli to miało reprezentować dobro, które ktoś po prostu uśmiercił? Z czyich to było rąk? Ministerstwa? Zabójców? Może Rycerzy, o których Marcelyn mu tylko wspomniała? Nie, nie chciał tu nikogo oskarżać, by nie trafić za klatki. Sam przecież powiedział, że nie chce nikogo urazić. Po prostu wyraża swoją smutną, wręcz pozornie ponurą opinię o dzisiejszych czasach pracownikowi Ministerstwa z rodu Nott.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Główna ulica   19.04.16 21:30

Przestrzeganie wyrafinowanych, skomplikowanych zasad etykiety Nottów zazwyczaj nie sprawiało większych problemów. Wystarczyło tylko nawyknąć do pewnych zachowań. Niestety w obecności Weasleya stawało się to prawie niemożliwe. I bynajmniej nie chodziło o stan faktyczny, a jedynie to co wpojono Cassiusowi, kiedy był jeszcze dzieckiem. Nikogo nie powinno dziwić, że niektóre rodziny dbały bardzo skrupulatnie o jedną z najważniejszych zasad etykiety. Na samą myśl o wielokrotnym powtarzaniu tego świętego kodeksu mogło zrobić się niedobrze, jednak nie zwalniało to z jego przestrzegania. Ale to były tylko pięknie utrzymywane tradycje. Nadal nimi pozostawały, choć w tym przypadku musiały zostać zepchnięte na bok. Ojciec na pewno nie byłby dumny z takiego zachowania, lecz musiałby pochwalić powściągliwość swojego syna. Całkowicie panował nad emocjami, nie pozwalając im wyjść na zewnątrz mimo jawnej wrogości do Weasleyów. Można by nazwać uprzedzeniem, jednak dla kogoś pochodzącego ze szlachetnych rodów było jasne, iż z czymś takim się rodziło. Cassius nie miał absolutnie żadnych wątpliwości i głęboko wierzył, że jego rozmówca to rozumiał.
Odrzucając niedopalonego papierosa gdzieś w bok spojrzał przez ramię, jakby oczekiwał czyjejś niepożądanej obecności. To nie mógł być strach. Ani trochę nie przerażały go konsekwencje podejmowanych działań, lecz dziwne przeczucie dotyczące jakiejś intrygi powoli rodziło się w jego umyśle. Niemal natychmiastowo powiązał ją z Weasleyem, wszak to właśnie on stanowił centrum uwagi. I prawie wybuchnął śmiechem, który zdołał stłamsić oraz przekształcić w pogardliwe prychnięcie.
Nie rób ze mnie idioty, Weasley — warknął, mrużąc wzrok. — Nie pracuję w Ministerstwie od wczoraj. I twój brat też nie. — Zrobił nieznaczny krok w tył, który w dużej mierze przypominał bujanie się z palców na pięty, a jednocześnie prześlizgnął palcami prawej dłoni po lewym ramieniu upewniając się, że różdżka pozostawała na swoim miejscu. Miał nieprzemożoną ochotę cisnąć pierwszą lepszą klątwę na środku tej przeklętej Pokątnej... ale w jakim celu? Tego już nie wiedział. I najwyraźniej nieracjonalne działanie powstrzymywało go od wcielenia szalonej myśli w życie.
Barry — wymówił imię rudzielca z tak dużą dozą obojętności, na jaką było go stać — naprawdę ubolewam nad zniknięciem lady Crouch — guzik prawda, nawet nie miał pewności, o kogo chodziło — ale zdajesz sobie sprawę, po wizycie u mojego kuzyna na pewno widziałeś ten stos dokumentów, że jej zniknięcie, jak i zniknięcie każdego innego czarodzieja albo czarownicy leży w interesie Biura Aurorów. Czy to nie tam pracuje twój brat?
Urwał na moment, napawając się odrobiną samozadowolenia. Przecież doskonale wiedział, kto pracował w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Nie omieszkał okazać tego znaczącym spojrzeniem ozdobionym kąśliwym uniesieniem lewego kącika ust, a potem kontynuował:
Gdyby nie dekret dwudziesty szósty z ochotą związałbym własne ręce odpowiednim zaklęciem, byleby pokazać ci, że nie mogę nic zrobić w tej sprawie. — mówił coraz ciszej, zbliżając się do Weasleya z każdym krokiem na tyle, by na końcu swojej wypowiedzi móc wyszeptać do jego ucha: — Ale ty tak. — Po czym odsunął się ze spojrzeniem wyrażającym odrazę i ponownie strzepnął niewidzialny pyłek z ramienia.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Główna ulica   19.04.16 23:36

Zachowuj się, nie daj się sprowokować, trzymaj nerwy u wodzy, nie prowokuj. przypomniał sobie słowa matki, które słyszał będąc małym brzdącem. Wtedy mama dawała rady, jak miał się zachowywać podczas spotkań rodzinnych. Aby był grzeczny, uważał na to co mówi i nie drażnił starszych osób. W tym momencie owe słowa obiły mu się w mózgu, jakby powróciły z przeszłości. Jakby miały mu przypomnieć, że mimo jego sposobu wymowy, tekstu, który wypływa z jego ust, musiał przestrzegać staromodne zasady. Najchętniej to by rzucił jakimś zaklęciem Notta, albo po prostu przyłożył prawego sierpowego - lecz nie są tutaj sami. Nie dość, że jest popołudnie zapełnione wieloma świadkami, to jeszcze na ich barkach ciążą dekrety, które z niepozorną łatwością mogą ich sprowadzić do lochów na kilka miesięcy. Barry oczywiście wolałby tego uniknąć, by móc z gorszymi, własnymi problemami się uporać. Notty kiedyś pewnie wyginą za swe błędy, a rudych będzie połowa świata. Jeszcze może ich ród wróci na odpowiednie miejsce, spokojnie. Należy tylko poczekać. Cierpliwość popłaca, jak się mawia, prawda? Tak samo jak teraz, Barry z zewnątrz okazuje swoje opanowanie, gdy w środku aż buzuje emocjami, których nie może pozwolić wyjść na światło dzienne. Gdyby Nott tylko wiedział... gdyby wiedział, z jaką łatwością mógłby teraz wsadzić Weasley'a do lochu z niepozorną, lecz ciężką do zniesienia rodu hańbą... Ale nie wie i pewnie szybko nie odkryje jego tajemnic. Chciałby pewnie, nieprawdaż?
Nieco uśmiechnął się, czy raczej jeden, lewy kącik ust uniósł się robiąc półuśmiech na jego pierwsze słowa. Oczywiście nie wątpił w to, że Nott jest świeżakiem. Pewnie ma więcej rozumu niż jego kuzyn Nicholas. Chociaż teraz i tego nie można być pewny, lecz wolał nie wywoływać lawiny słów. Nie w tym momencie, gdy Nott wykonał dziwny ruch. Rudzielec skierował swój wzrok w stronę jego dłoni i zauważył że dziwnie skupiają się przy jednym miejscu... Czyżby sprawdzał czy ma różdżkę na miejscu? Chciał walczyć? Tracił cierpliwość? Czy może w ten sposób uspokaja się? Wiele myśli nachodzi w tym momencie, lecz Barry nic nie powiedział. Chciał być pewny że tam trzyma swoją różdżkę i dlatego jego dłonie tam często zaczynają wędrować. Bo w końcu mogło to być cokolwiek. Jakiś drogocenny kamyk, naszyjnik... cokolwiek.
Przechodzą na ty? Od kiedy? Ale z resztą rudzielcowi to odpowiadało. Nie musiał gimnastykować swego umysłu w wyszukiwaniu wyszukanych odpowiedzi na jego zaczepki, jak tak to można ująć. Bo kusił słowami, oj i to bardzo. Bo nadal milczał, choć ten uniesiony kącik ust opadł słysząc, jak wywołuje do rozmowy temat Garretta. Czemu on tak się jego uczepił, na Merlina. Owszem, Barry wie o rodowej nienawiści, lecz nie spodziewał się, że Nott będzie chciał uderzyć rudzielca jego własnym, zwaśnionym bratem. Niech przestanie, jeśli życie mu miłe.
Lecz nie przestał, ba. Nawet zbliżył się dostatecznie blisko rudzielca, że ten mógłby z łatwością uderzyć Notta i powalić na brudny chodnik Londynu.
- Owszem, Garrett jest aurorem i próbuje odnaleźć lady Crouch, lecz jeśli się nie mylę, dzięki nowym dekretom moja pomoc raczej przyda się w średnim stopniu. Lecz chyba zauważyłeś, że ostatnio mój brat dostał nagrodę od Pani Minister za pomoc... jak to było ... za znalezieniem tych magicznych artefatów, jeśli pamięć mnie nie myli.- powiedział spokojnie, choć na ostatnie słowa wyjątkowo uśmiech aż pojawił się na piegowatej twarzy.Może nieco wredny i szyderczy, lecz może dzięki temu chwytowi poskromi Notta i jego szepty do ucha. Może jego sprowokuje i posiedzi kilka dni w celi. - Teraz wybacz, ale niektórzy mają coś, co się nazywa pracą, jeśli wy szlachcice wiecie co to jest.- powiedział cicho, lecz nader dobitnie do swego rozmówcy. Większość szlachciców uważała za pracę opiekę nad końmi, bądź siedzenie na salonikach przy herbatce. Barry mógł sobie wyłącznie pomarzyć o herbatce, lecz teraz wolał opuścić Pokątną, póki życie mu miłe. Zrobił dwa pewne kroki w stronę sklepu kończąc tymczasem ich konwersację.
Chyba kończąc.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Główna ulica   25.04.16 18:08

Przefasonowanie tego rudego czerepu coraz bardziej zaprzątało myśli Notta. Właściwie można by rzec, iż stanowiło to jego jedyny ośrodek koncentracji, bowiem sama rozmowa nie wydawała się nazbyt ciekawa. Niestety sytuacja była dużo bardziej złożona niż zdawała się być. Jako przedstawiciel Ministerstwa Magii nie mógł tak po prostu złamać dekretu wprowadzone zaledwie miesiąc temu. Przecież sam podpisał wystarczająco dużo dokumentów nakazujących na jego dalsze egzekwowanie zgodnie z ustanowionym prawem, a jednocześnie w jego żyłach płynęła szlachetna, magiczna krew od wiek wieków i nie pozwoliłby sobie na żadną zniewagę. W swoim naturalnym odruchu pragnął zemścić się w najbardziej okrutny, godny Rycerza sposób, lecz to nieco godziło w noszone przez niego nazwisko. Trwał w ogromnej rozterce, nie będąc w stanie podjąć właściwej decyzji. Moralny dylemat jasno rozwiewało stwierdzenie, iż jakakolwiek stanowcza reakcja łamała zasady ustanowione przez jedną bądź drugą stronę.
Z cichym westchnieniem zaakcentowanym znaczącym poruszeniem barkami sprowadził swoje rozszalałe myśli na właściwy tor towarzyszący tej... rozmowie. Nie nazwałby tego konserwacją. Wymiana choćby jednego słowa z kimś pokroju Weasleya nie zasługiwała na tak godne miano. Ale cóż Cassius mógł na to poradzić? Nic, chciałoby się rzec, jednak nie było to do końca zgodne z prawdą. Mógłby co najwyżej udzielić rudzielcowi kilku lekcji dobrych manier przy pomocy swojej różdżki, która powoli zaczęła zsuwać się wzdłuż rękawa. Brakowało zaledwie cala, by jej koniec sięgnął nadgarstka mężczyzny, jednak w ostatniej chwili zacisnął dłoń w pięść, napinając mięśnie w przedramieniu, unieruchamiając swojego nieodłącznego towarzysza.
Spoczywanie na laurach jest dokładnie tym, czego cała twoja rodzina potrzebuje — wycedził sarkastycznym tonem, gdzieś między słowami uderzając w fakt, że Weasleyowie byli biedni. Czy ktoś poza nim to zrozumiał? Miał nadzieję, że ta delikatna sugestia dotarła w odpowiednie miejsce między uszami rudzielca, który najwyraźniej zgrywał jeszcze większego zarozumialca niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. I dzięki temu pozwolił sobie na rozluźnienie mięśni, które pozwoliły różdżce ześlizgnąć się tak, aby była łatwo dostępna, a kiedy z jego ust wypłynęła kolejna zniewaga, którą próbował zakończyć rozmowę, pozwolił kawałkowi giętkiego, cisowego drewna zjawić się w dłoni.
Widząc ruch przed sobą niemal instynktownie odebrał to jako całkowity afront i jednym płynnym ruchem dostąpił do pleców Barry'ego, drugim docisnął koniec różdżki do boku, a w trzecim złapał za ramię i szarpnął nim. Jeśli Weasley był z siebie zadowolony, iż wyprowadził go z równowagi, to ujrzenie beznamiętnego wyrazu twarzy z pociemniałymi oczami zetrze durnowaty uśmieszek na proch. Nie zamierzał bawić się w podchody. Nawet nie musiał.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 http://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli http://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 http://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 http://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Główna ulica   25.04.16 20:37

Rudzielec aż tak bardzo wielkich problemów by nie miał, gdyby raz, a porządnie z pięści by przyłożył Nottowi. Tyle że to się nie godzi, by w miejscu publicznym, za dnia dawać pięść urzędnikowi Ministerstwa, który mógłby potem oskarżyć o wiele rzeczy twierdząc, że rudzielec mógł użyć jakiejś kradzionej różdżki. O to akurat łatwo, skoro Barry pracuje u Ollivandera. I takim zarzutem Nott zniszczyłby nie tylko Barry'ego, ale też jego rodzeństwo, które próbuje się wzbić na wyżyny arystokracji - przynajmniej Lyra, bo póki co nie wie, co Garrett zamierza teraz zrobić po zniknięciu Dianny.
- To samo można powiedzieć o innych rodach, które próbują się wybić spod sidł Malfoy'ów i Averych- dodał pokazując jemu, że może rudzielcowi dokuczać na wiele podobnych sposobów, lecz i on powinien się pilnować. Oba rody które wymienił są potężne. Nawet i Carrowowie powoli rosną w sile. Niech Nott się modli, by nie stracił nagle pracy i nie znalazł się w podobnym położeniu, w jakim są Weasley'e. I nie, to nie była groźba. To było ostrzeżenie, czy raczej przepowiednia. Przecież nikt tu z obojga nie chce trafić za kratki, prawda?
A może chce? Bo rudzielec chciał opuścić towarzystwo arystokraty i udać się do pracy, lecz zaraz został on szarpnięty, a u boku poczuł nieprzyjemne kąsanie różdżki, która dźgnęła go nieprzyjemnie. Ramię nieco zabolało, lecz to spowodowało, że na jego twarzy pojawił się uśmiech. Drwina z arystokraty. Bo co, zaatakuje teraz? Tutaj mając nad głową dekrety, które pewnie sam podpisywał? Cichy, gardłowy śmiech wydobył się z ust rudzielca i zaraz spojrzał na twarz Notta, który może spowodował zniknięcie odgłosu śmiania się, lecz niewielki uśmiech nadal pozostawał. Zaraz jednak rudzielec spoważniał nakładając na siebie maskę obojętności.
- Mogę iść do pracy, czy mam zgłosić, ze zostałem bezprawnie zaatakowany?- zapytał się może nieco bezczelnie, lecz czy sam lord Nott nie zaczął przekraczać granicy przyzwoitości tym oto właśnie dotykiem? Rudzielec miał przy sobie ręce, bo wiedział że lepiej nie atakować urzędnika. Lecz teraz nie mógł pozwolić Nottowi na wszelkie niebezpieczne zagrywki, więc zrobił krok w tył, lecz uważnie, niczym kuguchar obserwował, czy przeciwnik zechce się wycofać, czy zacznie walczyć. Bo jeśli zechce walki, to Barry tym razem spróbuje rękoma się bronić bez użycia oczywiście różdżki. Na razie, bo chyba powinny być kruczki, że w ramach zagrożenia można używać magii. Nie tylko aurorzy, którzy teraz chyba nie widzą tej sceny.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Główna ulica   28.04.16 15:58

Chęć przyłożenia Weasleyowi w twarz była ostatecznością. W normalnych warunkach nie wahałby się rzucić porządnej klątwy, ale obecna sytuacja ich nie spełniała. I nikt jeszcze nie karał za publiczne wyciągnięcie różdżki. W każdym razie nie to frapowało Cassiusa, który — z każdą sekundą zmarnowaną przez rudzielca na werbalne insynuowanie — coraz bardziej traktował dzisiejsze zdarzenie jako absurd. On, wychowany w nienawiści do pewnych czarodziejów i czarownic, prowadził rzeczowy, niemalże całkowicie inteligentny dyskurs z kimś takim. Rzecz jasna zdawał sobie sprawę, że taki stan rzeczy nie mógł trwać zbyt długo. Przepaść dzieląca tę dwójkę była zbyt głęboka i rozległa, by kilka pogaduszek przy mocnym skrzacim winie dało radę ją zasypać (albo chociaż spłycić). Nott doskonale wiedział, jak powinna skończyć się ta perora; solidna klątwa prosto w twarz. Albo coś równie podobnego.
Niestety (a może i całe szczęście) nie zamierzał robić nic w tym kierunku. Policzek wymierzony w jego ród nie był tak mocny, na jaki powinien wyglądać. Wyglądał jak próba uderzenia w jakiś słaby punkt, ale czyżby Weasley zdawał się zapominać, kto trząsł Sabatami i towarzyskimi przyjęciami? Mniejsza z tym. Dla niego i tak nie miało to najmniejszego znaczenia, a dotychczasowe produkowanie się Cassiusa zabrało wystarczająco dużo czasu. Dlatego też dziwnym wydało się cofnięcie różdżki wraz z szybkim wsunięciem jej w rękaw, bowiem nie zadał jeszcze ostatecznego ciosu. Nie nadeszła odpowiednia pora, choć dowiedział się całkiem sporo; więcej niż oczekiwał. Nieważne.
Wyginając wargi w sztucznym, dziwnie pokojowym uśmiechu spojrzał na Barry'ego. Nim jednak odezwał się, spojrzał nań z ukosa i utkwił w mężczyźnie świdrujące spojrzenie.
Masz dziś szczęście — odparł niemalże wesołym tonem — ale tylko dzisiaj — dorzucił już śmiertelnie poważnie, po czym wrócił do wrodzonego taktu podsyconego odrobiną złości. — Sprawy na Ulicy Pokątnej mają się dużo gorzej, niż przypuszczałem. Na twoim miejscu nie zdziwiłaby mnie sowa z wezwaniem na przesłuchanie od Wizengamotu.
W pewnym sensie plótł bzdury, ale rudzielec nie mógł mieć co do tego pewności. Działania Ministerstwa w ostatnim czasie tylko podsycały całą tę otoczkę niepewności, może nawet przerażenia. Zniknięcie lady Crouch, zdaniem Cassiusa, idealnie zbiegło się w czasie z całą resztą. Ale nie był wróżbitą, by snuć coraz to większe przypuszczenia. Musiał zająć się dokumentem skrytym pod płaszczem i... kilkoma innymi sprawami. Cóż, z wielką chęcią teleportowałby się przed oczami rudzielca, ale wtedy cały plan nie miałby najmniejszego sensu. Musiał odejść gdzieś dalej. Z dala od wścibskich spojrzeń. Z dala od ludzi. W Ministerstwie nikt nie powinien dziś na niego czekać, ewentualnie liczył na doraźną interwencję któregoś ze współpracowników.
A wracając do Barry'ego... wykonał namiastkę kiwnięcia głowy i, odwróciwszy się na pięcie, ruszył w kierunku Banku Gringotta, choć nie zapomniał o kurtuazyjnym pożegnaniu:
Mam nadzieję, że Ollivanderowie odpowiednio wynagradzają cię za polerowanie różdżek. Miłego dnia.

2x z/t




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Główna ulica   04.05.16 13:26

21 grudnia 1955

Grudniowy lekki puch usilnie mącił w głowie Constance. Nie mogła spać, całą noc przesiedziała na parapecie, licząc tańczące z nocą płatki śniegu. Rzekoma wolność owiła się wokół jej głowy. W tej odbijało się jak echem imię i nazwisko przyszłego kata. Kajdany radowe zawinęły się wokół nadgarstków, które ciężko opadły na kolana. Owinięta kocem pod samą szyję wyglądała jak zagubione zawiniątko. Żałośnie wołała o pomoc, smutno wpatrując się w ogrody przykryte białym puchem. Czy to naprawdę właśnie ten czas? Nie była jeszcze gotowa. Wolałaby usłyszeć takiego Carrowa, który śmierdział stajnią niźli właśnie jego. Nie czekała na wschód słońca. Krzątała się po pokoju, szukając skupienia. Nie mogła patrzeć na swoje notatki, a wszystko wokół przypominało panience Lestrange, że wkrótce pożegna się z pokojem, wspaniałym dworem, a rodziców będzie odwiedzać zapewne tylko na święta. Jednak nie chciała psuć sobie humoru. Z resztą, musiała udawać, że jest najszczęśliwszą kobietą na ziemi, której pierwszy raz zaręczyny zostaną oficjalnie sfinalizowane. Nie pytała o szczegóły; o to, kiedy podpiszą umowę czy na jej palcu zacznie błyszczeć klejnot w obcym kolorze. Podczas wspólnego śniadania z rodzicami atmosferę można było ciąć nożem. Mówiło się o podwójnym szczęściu Constance i Evandry, a żadna z nich nie tryskała szczęściem. Cierpliwie żuła każdy kęs, znosząc tę upokarzające piski radości, że nasza najstarsza latorośl stanie na ślubnym kobiercu, który idealnie wpłynie na stosunki rodowe między Lestrange’ami i Slughornami. Czekała, czekała, aż w którymś z nich obudzi się zdrowy rozsądek, lecz nie przestawali o tym mówić. Constance rzucając porozumiewawcze spojrzenia Evandrze, próbowała w jakiś sposób przerwać tę groteskę. Na marne. Minęło sporo czasu zanim mogła wstać od stołu i zaznać jakiegoś relaksu. Czy jej rodzice nie wiedzieli jaka tragedia spadła na ich jedyną córkę? Najlepszym sposobem na chandrę były zakupy, największe zakupy. Powiadamiając służkę o swoich planach, rozpoczęła przygotowania do wyjścia na Pokątną. Miała wcześniej zrobioną listę najpotrzebniejszych prezentów, których nie kupiła wcześniej. Korzystanie z kominka nie było jej ulubionym środkiem transportu, ale cóż miała na to poradzić. Szybkie zakupy w Esach Floresach zaowocowały w kilka toreb „najpotrzebniejszych” książek. Wybrzydzając nad kolejnymi woluminami, pracownicy zapewne mieli jej dosyć, ale Constance musiała się na kimś wyżyć za niesprawiedliwość jej okrutnego świata. Czy pracownicy byli naprawdę tak nieprofesjonalni, czy Constance miała za duże wymagania i sama nie wiedziała, czego chce? Mimo wszystko, zostawiła mnóstwo pieniędzy w kasie, a swoje kroki od razu skierowała do artykułów piśmienniczych. Bez dobrej organizacji dokumentacji oraz biurek, zarówno na dworze jak i w Ministerstwie Magii, nie potrafiła funkcjonować. Znała się ze sprzedawcą bardzo dobrze. Nie ufała nikomu w wyborze narzędzi do pracy. To musiała być jej świadoma decyzja. Służka już przebierała nogami, gdy Constance kolejną godzinę wybierała notesy oraz pióra. Zmęczona zakupami wyszła ze sklepu z lekkim uśmiechem na twarzy. Tak, w końcu się odprężyła. Już chciała pokazać swoje dobre serce i zaproponować zakup kilku słodyczy na podwieczorek, gdy ktoś, a raczej coś stanęło jej na drodze.
- Och, co za wspaniałe spotkanie. – miły, ciepły głosik wypływał z jej ust, a w środku aż wszystko w niej wrzało. Oczami wyobraźni właśnie dusiła lorda Slughorna, aby nie doszło do żadnych zaręczyn. Czy powinna się zdradzić, że wie już o wszystkim?




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Arthur Slughorn
avatar

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
http://www.morsmordre.net/t2575-arthur-henry-slughorn-jr#40673 http://www.morsmordre.net/t2818-parapet-slughorna http://www.morsmordre.net/t2817-slughorn-junior http://www.morsmordre.net/t3345-arthur-slughorn-jr#56588
stażysta
23
Szlachetna
Kawaler
PROUD TO BE AN ASSHOLE
0
5
15
0
0
5
0
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Główna ulica   04.05.16 22:41

Arthur Slughorn nie był sobą. Od momentu, w którym jego godność złamała się na pół wraz z jego różdżką, nie potrafił się odnaleźć. Codzienne czynności przynosiły tylko i wyłącznie frustrację, gdy łapał się na tym, że brakuje mu tego niezbędnego przedmiotu do wykonania najprostszych rzeczy. Złość wylewał więc na skrzatach, nawet nie śmiąc się przyznać ojcu co też mu się przydarzyło - jakże mógłby spojrzeć mu w twarz, gdyby wyjawił mu, że dał się zaskoczyć i napaść niczym przypadkowy przechodzień, a dodatkowo kompletnie nie rozpoznać napastników? Jeszcze większy wstyd przynosiła mu myśl na to, że istniała osoba, przed którą nie ukryje podobnego upokorzenia, a szacunek w oczach tej osoby był dla niego największym odznaczeniem. Każda sfera jego życia upadała, jedna za drugą, niczym klocki domino. Nawet w pracy nie potrafił się odnaleźć - do warzenia również potrzebna była mu różdżka. Był inwalidą. Jak człowiek bez ręki, nagi, pozostawiony na pastwę losu i kompletnie bezbronny. Nic nie przynosiło mu ukojenia. Nic nie mąciło mocniej umysłu. Czy znajdzie godnego następcę?
Regularnie, od trzech dni, przychodził do sklepu Ollivandera, próbując każdą jego różdżkę z osobna, by wybrać tą jedyną. Żadna nie była dostatecznie dobra. Jedna zbyt elektryczna, inna źle leżała w dłoni, kolejna ospała, nie reagująca na ruchy ani inkantacje albo buntująca się przeciwko użytkownikowi. Nic nie pasowało. Jedyną szansą było oczekiwanie aż wytwórca stworzy coś specjalnie dla niego, na zamówienie... Nawet obietnica stosu złotych monet nie potrafiła jednak przyspieszyć prac, które wymagały starannego kunsztu. Nawet zniecierpliwiony nie naciskał w tej sprawie, dając artyście pole do manewru - w końcu oczekiwał produktu perfekcyjnego, a nie robionego na szybko.
Jego największym życiowym dramatem nie był więc ożenek. Przestał sobie tymi sprawami zaprzątać głowę już w momencie, gdy jego pierwsze starania o rękę ukochanej kobiety spełzły na niczym - miłość była istotnie straszliwie niewdzięczną nauką, która nie przynosiła pożytku. Co z niej za pociecha, gdy bywa taka niestabilna i dotkliwa? Bez cienia obawy oddał więc te sprawy w ręce rodziny, która starannie - niespiesznie i z ogromną dbałością - wyszukiwała kobiety, której zdobycie ręki doda wartości ich rodowi. Zaaferowany pracą, badaniami i swoimi rzadkimi, popołudniowymi spotkaniami, nie zauważył w którym momencie stosunek rodzicieli się zmienił, nie przeczuwając, że moment spełnienia zobowiązania co do rodziny nastanie tak szybko. Wieści go na tyle zaskoczyły, że zdołał tylko ukłonić się i pocałować rodzinny pierścień na palcu ojca, nie potrafiąc się zdobyć na pytanie: dlaczego ona? Ojciec za to z zadowoleniem przyjął jego zgodę i posłuszne podejście, nie podejrzewając zapewne jak wielki stał za tym szok. Młody panicz nie torturował się jednak myślami na temat swojej przyszłej małżonki. Nie miała być miłością jego życia. Nie musieli spać w jednym łożu ani spędzać ze sobą każdej wolnej chwili. Mieli tylko z należytą godnością prezentować się publicznie i spłodzić wspólnie potomków. To polegało na chwilowych zbliżeniach. Zwykła użyteczność, bez zbytecznych emocji. Jedynym kłopotem, nieco patowym, był sam fakt, że podobna relacja miała opierać się na szacunku. A Constance Lestrange pozostawiła po szkolnych latach zgoła inne wrażenie - jej rażący antytalent do eliksirów, przeogromna dbałość o urodę, naiwność, którą potem przekuła w tą modliszkowatą manierę i skupienie na sobie. I ta przecholerna buta i ten jej wiecznie zadarty nos...! Nie cierpiał kobiet, które nie znały swojego miejsca. A ona brzmiała jak kłopoty.
Nie zauważył jej, mając zamiar minąć, bez choćby mrugnięcia okiem. To dziwne - rzadko kiedy nie emanowała aurą, która wręcz krzyczała: Patrzcie na mnie! Zatrzymał się, opuszczając powieki, by na nią spojrzeć. Faktycznie, dziś nie lśniła tak, jak zwykle gdy miała w zwyczaju. Jakkolwiek nie zamaskowane, ciągle były widoczne lekkie cienie pod oczami, a żywe spojrzenie zdawało się jakby wyglądać na lekko zmęczone, nawet jeśli chwilę temu jej usta rozciągały się w uśmiechu.
-Lady Lestrange.-wypowiedział, zanim zdołał poskładać myśli do czegokolwiek innego. Nie spodziewał jej się tutaj. To nie tak, że w jego głowie żyła na całkiem innej planecie, ale nie był przygotowany na to, że wszystko, co życie miało mu do zaoferowania, postanowi na niego zrzucić w tym samym momencie. Nie chciał zajmować się dodatkowo swoją przyszłą-prawie-narzeczoną. Nie pozwolił jednak niezadowoleniu wypłynąć na twarz. Kiedyś mógł wołać na nią po nazwisku, teraz jednak obowiązywały go bardziej oficjalne przywitania. Skłonił się więc lekko, wyciągając rękę po jej dłoń.-Niebywałe, co los planuje za naszymi plecami.-rzucił, niby to przypadkowo, komentując dalej to jakże niespodziewane spotkanie. Nie zdziwiłby się gdyby ktoś za ich plecami to wszystko ukartował. Bo dlaczego nie? Nie dał po sobie poznać, że była to aluzja też do całkiem innych wydarzeń.
-Korzysta pani z ostatniej szansy na świąteczne zakupy?-zagadnął, unosząc nieco brwi na sporych rozmiarów torby po jej bokach. Mógł się ugryźć w język. Kobiety i ich zakupy. Ostatnie co go powinno interesować. Musiał jednak wypełnić kilka minut niezobowiązującą rozmową, by móc odejść w spokoju, a następnie pochwalić się matce, że spotkał już swoją przyrzeczoną, by ta mogła dać upust swojemu entuzjazmowi. Czego nie robi się dla rodziny, prawda?


Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Główna ulica   05.05.16 6:57

Odliczała dni swojej prowizorycznej wolności w barwach błękitu, bieli i złota. Nie wiedząc co ją czeka, planowała święta jakby lord Slughorn nie istniał. Zjawił się w takim momencie życia, że prędko chciała się go pozbyć. Klimat świąt był dla niej zawsze magiczny ze względu na rodzinę. Wtedy wszyscy przybywali na dwór, tańczyli i śpiewali. Zatracali się we własnej bliskości, dbali o to, aby rodzina była najbliżej siebie. I to właśnie radowało panienkę Lestrange. Nienawidziła nigdy, kiedy zachowali się dla siebie jak obcy ludzie. Mijali się w biegu na korytarzach dworu bądź Ministerstwa Magii. Ona potrzebowała tego ciepła, świadomości, że koło niej znajduje się tłum ludzi, którzy zrobi wszystko dla dobra imienia rodziny. Święta to był jej czas i nikt nie miał prawa w tym przeszkodzić. Jednak lord Slughorn jak zwykle łamał zasady, jak zwykle nie potrafił się przyporządkować ogólnie ustalonym ideałom. Czy naprawdę z wiadomością o przyszłych zaręczynach nie mogli poczekać chociażby dwóch tygodni? Tymczasem namolnie pukał do jej życia, wchodząc w nie z błotem i startymi bokami trzewików. Och, litości.
Nie widywała go ostatnio w pracy, a to napędzało ją do swoich badań. Żadna żyjąca jeszcze osoba nie potrafiła wyprowadzić jej z równowagi jak lord Slughorn. Tytułowanie go grzęzło w gardle, bo Constance swoje wiedziała, a Arthur na miano szlachcica nie zasługiwał. Skreśliła go na samym początku, gdy różdżką w szkole posługiwał się pokracznie. I cóż z tego, iż był dobry z eliksirów? Wszak to tak jakby ona się chwaliła, że potrafi śpiewać i tańczyć. To było wpisane w ich ród. Zaklęcia jednak prawdziwie świadczyły o wartości czarodzieja. Jakiż był z niego mężczyzna, gdy nie potrafił się obronić przed napastnikiem?  Constance nigdy nie używała siły, zawsze różdżki, czuła, że  z nią jest niezwyciężona. Dlatego niewątpliwie zmartwiło ją, że przyszły mąż również stara się o miejsce w Departamencie Tajemnic. Co jeszcze jej zabierze? Święta, rękę, boską figurę, rodowe klejnoty i miejsce pracy? Nie lubiła się dzielić, z zaborczością jeszcze mocniej pracowała nad badaniami, aby tylko wyprzedzić Arthura o krok i pierwsza zaklepać sobie posadę.  Dlaczego on, wszyscy tylko nie on! Ściągnęła rękawiczkę, wymuszając tym samym w Arthurze pokorę. Niech zna swoje miejsce, niech pamięta o oddawaniu szacunku i traktowaniu jej jak najlepszego, co mogło mu się zdarzyć. Wymusiła w nim więc poczucie etykiety, delikatny pocałunek w wierzch dłoni, który spowodował, że jeszcze bardziej zaczęła go nienawidzić. Czy naprawdę musieli uciekać do miłych słów zamiast wyciągnąć różdżki i załatwić to raz, a porządnie? Ten kto przegra, ten będzie rządził w tym małżeństwie. Chciała go powitać godnie, chciała wypowiedzieć na głos „lordzie Slughorn”, ale oddanie mu jakiegokolwiek szacunku grzęzło w gardle. Uśmiechnęła się rozbrajająco, starając się zatuszować owe braki. Strzepnęła paproch z jego ramienia, a po chwili już rękawiczka wróciła na swoje miejsce. Później odkazi swoją dłoń.
- Doprawdy, niebywałe – odpowiedziała, idąc w ślad za nim, a głowie Constance pojawił się paskudny spisek. A co jeśli tak sobie dogryzali, bo tak naprawdę Arthur Slughorn pragnął jej, tylko był na tyle nieudanym szlachcicem, że potrafił zawalczyć o swoje i jego rodzice bardzo szybko zajęli się sprawą? To było wręcz oburzające, a zwykły zbieg okoliczności nie wchodził w grę. To był czysty absurd.
- Z brutalnych plotek słyszałam, że pan nie pojawia się już w Ministerstwie, a kociołki aż świszczą pustkami. Czy krótka przerwa w badaniach panu służy, lordzie Slughorn? – przemiły ton aż kontrastował ze żmiją, która kryła się w środku tegoż małego ciałka. Cieszyła się, że go nie widywała. Pragnęła tej szansy z całego serca. Jego spowolnione tempo to potrójne obroty u lady Lestrange i być może przełom w badaniach. A czyż nie tego oczekiwał od pracowników Departament Tajemnic? Próbowała okazać troskę, zmartwienie, że nie widuje go w Ministerstwie Magii, a smutne spojrzenie było wręcz zbyt dobrze odegrane. Czy naprawdę lady Lestrange była aż tak wiarygodną kłamczuchą?
- Ach, tak, prezenty, dla pana też coś mam. – klasnęła w dłonie, a następnie wyciągnęła jedną z nich do służki. Ta doskonale wiedziała, w której torbie kryje się niebieski klasyczny notes. Constance co prawda chciała na początku go ozdobić jeszcze syreną, aby pamiętał, z jak silnym rodem ma do czynienia, lecz po raz kolejny zabrał jej cenne minuty życia. Podała mu notes z lekkim uśmiechem.
- Na dobry początek. Ostatnio czytałam, że dobra organizacja miejsca pracy służy inspiracji i dodaje efektywności badaniom. Wesołych świąt – zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma, udając milutką i potulną. Nie okłamywała go, niedawno jeszcze spędzała czas w bibliotece, szukając nowych inspiracji. Sama nie potrafiła sobie poradzić bez dziennika naukowego, a skoro on nie prowadził przez jakiś czas badań… Oczywiście, to było na jej korzyść, ale czyż nie warto było wbić mu kolejną szpilkę między żebra? Początek nawiązywał do ich paskudnych zaręczyn, a Constance nawet nie chciała wiedzieć, kiedy ten zbierze się na odwagę i zapyta o spotkanie, które w jakiś sposób ich przybliży do siebie. Albo doprowadzi do pojedynku. I czuła, że wygrała ten pojedynek słowy, że wszystko jest po jej stronie.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
 

Główna ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 28Idź do strony : Previous  1 ... 5, 6, 7 ... 17 ... 28  Next

 Similar topics

-
» Główna ulica
» Ulica Główna
» Kawiarenka Starbucks - Ulica Nankińska
» Główna ulica Madrytu
» Główna ulica

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17