Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Enklawa bahanek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Enklawa bahanek   12.03.16 2:52

First topic message reminder :

Enklawa bahanek

Bahanki nigdy nie były uważane za największą atrakcję magicznego zoo, czarodzieje w większości mają je za złośliwe pasożyty - dzięki temu jednak mogły zbudować tutaj swoją odizolowaną, cichą enklawę, do której w gruncie rzeczy mało kto się zapuszcza i w której mogą żyć spokojnie. Te brzydkie, włochate elfy bywają potwornie złośliwe wobec każdego - i tylko wobec tych - którzy zakłócą ich spokój zbyt głośnym zachowaniem.
Enklawa jest rozległą wiecznie - nawet zimą - zieloną polaną otoczoną drzewami, w których bahanki najczęściej szukają schronienia. Pośrodku polany znajdują się trzy stoliki, z których raczej korzysta niewielu gości; ponoć na życzenie zwiedzających skrzaty przynoszą tutaj soki, alkohole lub insze słodkości.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott http://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 http://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
20
0
0
0
0
1
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Enklawa bahanek   19.08.17 21:27

Nic nie rozumiał. Szok w jakim był już w pierwszej chwili, gdy pojawił się błysk, w tej chwili jedynie nabierał na sile, z każdą chwilą która mocniej mąciła mu w głowie. Patrzył jak promień zaklęcia, jego własnego zaklęcia uderza w nieznajomego. Zmarszczył brwi, nic z tego nie rozumiejąc, nie mogąc pojąć, co tu się do cholery dzieje. Teraz dodatkowym problemem stało się pojawienie Sue, o którą dodatkowo się bał. Nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia, docierało do niego wreszcie, że nie jest to strażnik - najprawdopodobniej - jednak nadal jest to ktoś znający czarną magię i, co gorsza, praktykujący ją. A Sue nie wyglądała dobrze. Bott nie wiedział, co się z nią stało, w ciemności nie mógł dokładnie zobaczyć, jednak sam fakt tego w jaki sposób się poruszała - i tego, że nie rzuciła zaklęcia - mówił za siebie.
Bertie starał się jednak skupiać na przeciwniku, o ile to właściwe słowo biorąc pod uwagę fakt, że nieznajomy w przeciwieństwie do niego posiadał różdżkę. Choć najwyraźniej jego stan wciąż się pogarszał. Jego także w ciemnościach nie widział dokładnie, jednak nieudane zaklęcie, czy zmiany w postawie mówiły, że coś jest z nim nie tak.
To jednak niewątpliwie był dobry sygnał. Bott chciał znów spróbować go zaatakować, jakkolwiek jego szanse w tak żałosnym stanie nie byłyby zerowe, wszystko miało więcej sensu niż stanie w miejscu i obdrapywanie się z własnej skóry pod wpływem szaleńczego swędzenia. Rana na ręce stawała się powoli coraz większa, choć jak tylko mógł, całą siłą woli jaką posiadał usiłował zwalczyć chęć ponownego podrapania, choć miejsce obok dotkniętego, zaraz znów zaczynało swędzieć jakby jeszcze i jeszcze mocniej.
Chciał spróbować czegokolwiek, nie myśląc już o niczym, na pewno nie o kolejnych groźbach. Czuł się coraz dziwniej, a wszystko co się działo jakby się od niego oddalało, jakby było jakimś cholernie dziwnym, koszmarnym snem. Zbyt wiele, zbyt wiele na raz.
Wtedy jednak Macnair, główne w tej chwili zagrożenie - zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. Teleportował się, jak dotarło do niego dopiero po chwili.
Dziwna ulga wcale nie była tak duża jak powinna. W tej karuzeli absurdu czuł, że za chwilę może wydarzyć się coś jeszcze.
- Sue?
Odezwał się w końcu z lichą nadzieją, że ona coś wie, cokolwiek rozumie, a co najważniejsze - że razem się stąd wydostaną. Gdziekolwiek są. Zoo? To jedyne, co przychodziło mu do głowy, choć ten pomysł brzmiał absurdalnie, dlaczego i kto miałby go tu przenosić?
- Co się dzieje?
Jego głos jakby nie należał do niego. Ruszył w jej stronę, choć i to było coraz trudniejsze, jego ręka znów wędrowała ku powiększającej się ranie, mdłości rosły za każdym razem, kiedy znów na nią spoglądał.
Są tu inni?
- Musimy uciekać, Sue.
To jedyne, czego był pewien. W całej tej nierealności, która coraz silniej go dopadała, był pewien tylko tego, że nie mogą tu zostać. Oni ich tu znajdą. Albo on się dobije. Zniknięcie nieznajomego w pierwszej chwili przyniosło pewną ulgę - jednak jego czar pozostał.
- Co to za zaklęcie?
Nie znał go. Nie miał prawa. Był jak w amoku. Trzeba stąd uciec. Do głowy wpadło mu głupie wspomnienie, polowanie na króliki. Kolejny absurd. Finite, któlik-but. Finite, królik-wazon. Kolejny i kolejny. Tylko jakie zaklęcie mają ściągnąć?

44





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Enklawa bahanek   20.08.17 14:10

Niemal czuła łzy szczęścia, pragnące stoczyć się perliście po bladych policzkach, gdy znajome drewno wpadło jej w rękę, na wpół niewidzialną. Zacisnęła na różdżce palce, mocno, by nie wypadła z dłoni kolejny raz. Odetchnęła głęboko, z ulgą, zbierając w sobie jeszcze trochę siły, choć łzy już cisnęły się na zewnątrz, przyzwyczajone do swojego ostatniego, tłumnego udziału w życiu Susanne. Było ich niewiele, lecz wystarczająco, by pozwalać chmarze rozmyć się w mgłę, uniosła głowę do góry i otarła je rękawem. Dopiero wtedy poderwała się z ziemi i wybiegła z chmary bahanek, gotowa do zaatakowania nieznajomego mężczyzny, czyniącemu krzywdę Bottowi. Świat zachwiał się lekko, ale biegła, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że słyszała trzask deportacji. Zniknął. Rozejrzała się płochliwie, szybko poszukując wzrokiem znajomej postaci, przeczesując ciemne okolice polany w obawie, że zabrał ze sobą przyjaciela. Dostrzegła go jednak, nie dając sobie szans na odpoczynek, w kilku wyjątkowo niezgrabnych krokach zmniejszając odległość, jaka ich dzieliła.
- Bertie - rzuciła z ulgą równą przerażeniu. Powietrze uwięzło jej w płucach na jego widok - z bliska wszystko przedstawiało się dokładniej, dając pełny obraz tortur, widocznych nawet w ciemności, w mdłym świetle nocy. Odetchnęła nerwowo, wpatrując się zatrwożona w rany po zerwanych płatach skóry, a dreszcz przebiegł ją na myśl, że sam czyni sobie krzywdę. - Bertie, nie! Nie rób tego - poprosiła rozpaczliwie, zrywając się, by odciągnąć jego dłonie od zranień. Nie miała wiele siły, ale być może wystarczająco, by zapobiec gorszym szkodom. Rozejrzała się szybko po okolicy - bahanki mogły w każdej chwili doznać kolejnego ataku wściekłości i przybyć do nich, ale teraz oddaliły się nieco, zajęte walką ze swoimi własnymi pobratymcami. Coś było bardzo nie tak.
- Bertie, gdzie jest twoja różdżka? - jęknęła, rozglądając się po trawie. Nic, nigdzie, nie widziała jej. - Zabrał ci ją? - zapytała szybko, nie puszczając nadgarstków przyjaciela, z ogromnymi wyrzutami sumienia sprawiając mu tym prawdopodobnie ból - poparzenia na jego ciele były poważne, a tak przynajmniej jej się wydawało - cud, że zdołała go poznać. Dzisiejsze zbiegi okoliczności mogła zawdzięczać tylko i wyłącznie szczęściu. Nie puszczała, nie mógł powiększać ran.
- N-nie wiem - przyznała cicho, nie przestając szukać w otoczeniu drogi ratunku. Nie mogła narażać go na teleportację. Bała się prób, nie potrafiła też teleportować kogoś więcej, niż siebie.
- Tak, wiem, masz rację - mruknęła szybko, wciąż płochliwie oceniając sytuację. Błędny Rycerz? Nie. Miotły? Za żadne skarby, nie mieli ich nawet skąd wziąć. Kominek? - Kominek - szepnęła, wpatrując się w niego z coraz większą nadzieją, szukając wzrokiem znajomych tęczówek. Ledwo trzymał się na nogach, ale nie mieli wyjścia. - Kominek, Bertie, musimy znaleźć kominek - mamrotała, próbując odtworzyć w myślach plan całego ogrodu. Wejście było kawałek stąd, ale gdyby się udało...
- To czarna magia, nie znam jej. Spróbuj przypomnieć sobie inkantację, proszę - powoli zmierzała już w kierunku, jaki wydawał jej się prawidłowy - polana z każdej strony wyglądała podobnie, przynajmniej w środku nocy. Nie puszczała wciąż jego rąk. - Mogę spróbować Finite, ale nie chcę zrobić ci większej krzywdy. Musimy dotrzeć do Munga, Bertie, muszą zająć się oparzeniami, wyglądasz strasznie - zdawało jej się, czy drżała?

| 70/220 (-40)




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott http://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 http://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
20
0
0
0
0
1
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Enklawa bahanek   20.08.17 19:05

Była cała. W złym stanie, ale jeśli nic się nie wydarzy... tylko jakim cudem ma się nic nie wydarzyć? Gdzie są co się dzieje? Gdzie... złapany za ręce syknął i spojrzał na nią bezradnie. Nie potrafił tego wyjaśnić. Miał mętlik w głowie i nie miał sił. Nic nie rozumiał. Chyba powoli przestawał nawet próbować rozumieć cokolwiek, całkowita dezorientacja odbijała się z resztą w jego spojrzeniu zaraz obok lęku, czy wyczerpania.
- Nie mogę.
Chwila, dwie, trzy, zaraz jednak musiał wyrwać rękę, nie mógł się powstrzymać, nie był w stanie. Zaklęcie było od niego silniejsze, był bezsilny wobec obcego czaru, którego nie miał szans zdjąć. Dlatego ten ktoś zniknął? Nie chciał walczyć z Sue, doskonale wiedząc, że robi to żeby mu pomóc, z całej siły próbował wytrzymać, jednak tej siły z każdą chwilą miał mniej. Był wykończony. Spojrzał znów na Suzie, która wydawała się mniej zdezorientowana, jednak także przerażona. Musimy uciekać.
- Różdżkę? - zmarszczył brwi. Pokręcił głową. Ile czasu minęło? Pytanie, jakie zadała mu Lovegood wydało mu się zabawnie abstrakcyjne, bezsensowne,choć jednocześnie pocieszające. Ona nie wie. Nic nie wie. Więc nie jest w to zamieszana. Choć to niczego nie wyjaśnia, ta myśl była cholernie pocieszająca. - Suzie, co to za miejsce? Co ty tu robisz? Gdzie oni są?
Zaczął ją zalewać pytaniami, które kłębiły mu się w głowie tylko potęgując chaos, jaki w sobie miał po części wymieszany ze zwyczajnym otumanieniem, które z każdą chwilą wzrastało. Wszystko jednak traciło na znaczeniu, kiedy znów rozglądał się dookoła i wypatrywał. Nikogo nie widział. Póki co? Nie mogą tak stać w miejscu. Kominek? Ona nic nie wie. Muszą być w Londynie. Zoo? Co ona tu robi?
Ile minęło czasu? Wpatrywał się w nią zaledwie chwilę
- Do Munga?
Zadał pytanie niemal bezrozumnie. Był w szoku i nie do końca cokolwiek do niego docierało. Czy może iść do Munga? Czy go tam nie złapią? Pozwolił się prowadzić, starał się spieszyć, starał się jak mógł i dawał z siebie wszystko, jednak kroki stawiał raczej koślawe, wiercąc się i nie mogąc nad tym zapanować. Do Munga? Czuł się otępiały. W każdej chwili czekał, aż chory sen wreszcie się skończy, aż wszystko okaże się wytworem jego umysłu zmęczonego, może pobudzonego jakimś dziwnym eliksirem, chyba chorego skoro stworzył cały ten koszmarny scenariusz, jednak nie mogło być rzeczywistością.
Tylko ile mógłby trwać taki koszmar? Znów na nią spojrzał, nie wytrzymując, choć wiedział, że skończy się to kolejnym kawałkiem oderwanej skóry, musiał wyrwać rękę, musiał choć mdłości narastały, choć ból był koszmarny, a znacznie gorsze od niego było jeszcze poczucie bezsilności.
Kiedy opuścili miejsce w którym znajdowały się bahanki, otoczenie wydało mu się bardziej znajome. Zoo? Uśmiechnął się słabo na ten absurd, znów spojrzał na nią, jednak nie próbował już zadawać więcej pytań.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Susanne Lovegood
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood http://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
opiekunka zwierząt, naczelny treser królików
23
Półkrwi
Panna
walking in my sleep
like the naked trees
will they wake up again?
do they sleep, do they dream?
10
0
5
0
20
0
9
0
Czarownica
now take me home, home where I belong

PisanieTemat: Re: Enklawa bahanek   21.08.17 17:27

Ukąszenia piekły nieznośnie, ale bardziej kłopotliwa była świadomość stanu Bertiego - w porównaniu do niego wydawała się cała i zdrowa. Zacisnęła szczękę, nawet nie próbując dać bólowi upustu w jakimkolwiek dźwięku; prowadziła go tylko ostrożnie przez polanę, ze wszystkich sił starając się utrzymać jego ręce z dala od skóry. Był tak inny, tak nieswój - jak cały świat wokół niej, konsekwentnie walący się pod nogi od połowy kwietnia. Pokręciła głową, zaciskając mocno powieki.
- Próbuj, Bertie, nie daj się temu - prosiła, zerkając za siebie. Starała się wyłapać zmiany otoczenia wokół, ale drzewa wokół polany wciąż zasłaniały widok na resztę ogrodu. Lumos powtarzała w myślach, skupiając się na tym kojącym słowie, jakby samym swoim istnieniem miało im pomóc. Chciała rozjaśnić drogę, ale nie mogła pozwolić sobie na oderwanie choćby jednej dłoni od nadgarstków Botta, poza tym obawiała się, że po drodze mogą trafić na kolejnego zwyrodnialca. Wtedy nie byłoby już tak łatwo, słabli z każdą chwilą, niepokój napędzał serca. Nie miała pojęcia, co działo się z nim, posiadając tylko marne strzępki informacji, zawierające się w zdaniu nie wrócił z odsieczy. Tak, jak Justine. Jak Eileen. Myśli gnały jak szalone, z nerwów kotłowało się w głowie, jad bahanek sprawiał, że świat z wolna zaczynał wirować; szla na drżących nogach, wyzbyta swojego tanecznego kroku - w ryzach trzymała ją tylko świadomość, że mają szansę z tego wyjść, nadzieja, marny okruch, który ostatnio tak łatwo było zamieść pod obrus. Powróciła do Bertiego spojrzeniem, słysząc odbite pytanie. Zmarszczyła brwi, w myślach dopowiadając sobie, że nieznajomy musiał zniknąć razem z własnością Botta.
- Oni? - zapytała i zatrzymała się na chwilę, gdy przerażenie zmroziło ją do szpiku kości. Oni? - Jest ich więcej? - szept wydawał się jej za głośny, mimo wszystko. Byli na otwartej przestrzeni, idealnie widoczni, nie było szans, by poruszali się cicho - nie w takim stanie, nie w takich okolicznościach. Nie mogła zmusić go do biegu, choć sama czuła, że w razie potrzeby nogi zniosłyby ten wysiłek - przez myśl nie przeszło jej zostawienie go na polanie. - Nie, nie odpowiadaj - pokręciła głową szybko, wznawiając podróż. Nie chciała wiedzieć, ale spodziewała się wszystkiego, nie chcąc dać się zaskoczyć. - Potem, wyjaśnię ci później - krótka obietnica, zakładająca, że później nadejdzie - miała nadzieję, że niedługo.
Czy był tu przez cały ten czas? Tak blisko, w miejscu, które tak dobrze znała i kochała? Był sam? Możliwe, że przeniosło go tylko w inny zakątek ogrodu? Czy byli tu wszyscy, których brakowało po odsieczy? Kolejne pytania rodziły się tłumnie w jej głowie, ale starała się skupić umysł na teraźniejszości. Myśli o ewentualnej obecności kogoś, kto również może potrzebować pomocy, wracały najzacieklej.
- Tak, dokładnie tak, do Munga - powtórzyła spokojnym, cierpliwym szeptem, rozglądając się na boki. Pustki. Zaczynali wychodzić z polany. - A potem pójdziemy do domu, do Rudery, Bertie, i  będziemy mogli porozmawiać - obiecała. - Powiedz mi tylko, jaka jest szansa, że inni... - urwała, gdy wyszarpnął rękę z jej dłoni. - Nie, nie, nie, walcz, Bertie, błagam - musimy współpracować, ja i twoja siła woli - już blisko, wytrzymaj jeszcze trochę - prosiła, z wysiłkiem odciągając palce od okropnej rany. Czuła, jak łzy spłynęły po jej policzkach. - Nie chcesz mi zrobić przykrości, prawda? Wydostaniemy się stąd i zdejmą z ciebie ten czar - niewidzialną dłonią trudniej było zapanować nad sytuacją. Artemis. Kolejny raz uchwyciła rozpaczliwą myśl. Musiał być bezpieczny, był daleko od tego miejsca, nie był powiązany z Zakonnikami, w Ruderze jest bezpiecznie, w Ruderze nic się nie dzieje. Spojrzała w lewo.
- Tu, widzisz? Już blisko - szepnęła, widząc światło, ale szmer wskazywał na zamieszanie. Nasłuchiwała chwilę. Coś działo się wszędzie, w całym ogrodzie. Ryzykowali. Zerknęła szybko na przyjaciela, podchodząc bliżej niewielkiego budynku - robiło się jaśniej. Głęboki oddech. Nie wyglądali na wrogów, krzątali się i Sue miała wrażenie, że pomagają... ale komu? W końcu dostrzegli ich - dwójka pracowników ogrodu, kojarzyła ich. Milczała, zbywając falę pytań, których nawet nie była w stanie zapamiętać.
- Musimy znaleźć się w Mungu - powtarzała tylko. Zielony proszek Fiuu czekał na kominku.

| ztx2




I'm walking in the air

I'm floating in a moonlit sky; the people
far below, they greet us as we fly


Powrót do góry Go down
 

Enklawa bahanek

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley :: Ogród magizoologiczny-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18