Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Jadalnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Aaron Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1193-aaron-lovegood http://www.morsmordre.net/t1334-aaronowy-ajay http://www.morsmordre.net/t1335-pan-milosc-i-dobro http://www.morsmordre.net/f199-manor-road-4 http://www.morsmordre.net/t1554-aaron-lovegood
Właściciel herbaciarni "Czerwony Imbryk"
27
Czysta
Żonaty
I'm just a man
I do what I can
Don't put the blame on me
10
1
2
0
4
5
3
3
Czarodziej

PisanieTemat: Jadalnia   14.03.16 21:46

First topic message reminder :

Jadalnia

Kuchenne zapachy kumulują się właśnie w tym miejscu. Przesiąknął nimi ręcznie haftowany obrus i obiadowa porcelana z drobnymi, florystycznymi elementami prosto z samego serca Indii. Nieodłącznym elementem zapachowym tego domu jest również aromat herbaty.
Aaron tchnął magię Indii w każde pomieszczenie.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Salome Despiau
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t4348-salome-minerva-despiau http://www.morsmordre.net/t4367-sir-lancelot http://www.morsmordre.net/t4366-niosl-wilk-razy-kilka http://www.morsmordre.net/t5031-s-m-despiau
Magizoolog stacjonarny, pretendentka do nagrody Darwina
25
Czysta
Panna
When I walking brother don't you forget
It ain't often you'll ever find a friend
6
19
1
0
5
0
0
4
Czarodziej
 mine

PisanieTemat: Re: Jadalnia   29.06.17 0:23

Dookoła zalęgła się cisza. Upojona atmosferą spotkania i aktorstwem najwyższych lotów osiadała w każdym kącie, by przykryć zebranych zaduchem swojego cielska. Była tak nieznośna i ciężka, że Salome trudność sprawiał nawet cichy oddech. Wszystko toczyło się w zabawnym kierunku, którego nie potrafiła ani nawet nie chciała zmieniać. Dopóki uwaga zebranych skupiona była na Harriett i jej (chociaż coraz mniej jej) towarzyszu, Despiau bawiła się wyśmienicie. Sama z reguły była niepoprawną psują, toteż uczestnictwo w ładnie zgranym performance z udziałem zgrabnie ociosanego kryształu pełnego mocno napigmentowanej farby było dla niej miłą odmianą. Zazwyczaj nie była złośliwa i być może to przez nagromadzenie negatywnych emocji, czy kłębiącej się w napięciu grozy nie potrafiła postawić się na miejscu kobiety i przejąć bardziej. Skorzystała na tym stukrotnie, przywłaszczając w posiadanie kolejny łyk alkoholu, smakując się w nim niby w dzikiej przygodzie. Na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech całkowicie niestosowny wobec sytuacji, toteż odwróciła twarz i markując kilka kaszlnięć spróbowała doprowadzić się do porządku. Prawie jej się to udało, gdy kolejny atak confundusa opętał wszystkich biesiadników, kierując ich spojrzenia na najmłodszego gościa. Salome zamarła.
Z uwagą wsłuchiwała się w ciężkie słowa, pozwalając kolorowym obrazom opanować jej wyobraźnię. Lysandra, co ją zdziwiło i jednocześnie zainteresowało, była rzeczowa, spokojna i opanowana. Zupełnie jakby przygotowywała się do tego przemówienia przez ostatnie kilka miesięcy, chociaż Despiau do głowy by nie przyszło oskarżanie dziecka o podobną złośliwość. Nie miała oczywiście pojęcia o zdolnościach, jakie matka przekazała jej w genach, tym bardziej zafascynowało ją niecodzienne odkrycie. Wrażenia jakie wywarła na niej wizja nie sposób było opisać, okoliczności bowiem tchnęły groteską i chociaż nagle okazało się jak szybko ludzie rozweseleni, znudzeni czy nawet zdegustowani potrafią połknąć trzonek od miotły wszystko wyglądało niczym małe przedstawienie. Albo raczej wyglądałoby, gdyby Bellona nie zbladła, Aaron zaś nie obudził w sobie nagle potrzeby odciągnięcia od niej uwagi. Zupełnie jakby dla niego nie była to pierwszyzna.
Salome nie miała wielkiego stażu w byciu dobrą siostrą, szybko jednak pojęła że i ona powinna coś zrobić. Nie zastanawiając się długo zebrała się w sobie i lekko, chociaż nagląco nastąpiła na nogę swojemu kompanowi. Nie użyła zbędnych słów, posyłając mu jedynie wymowne spojrzenie bardzo nalegające na to by pokazał wszystkim swoje maniery i zachował jak mężczyzna. Nie było w tym niczego nader skomplikowanego, co mogłoby przysporzyć mu trudności zwłaszcza, że to było jego (nie jej) towarzystwo. Skoro potrafił powiedzieć kilka słów o każdym ze zgromadzonych, nie mógł nie udźwignąć ciężaru ściągnięcia na siebie uwagi, która teraz przeskakiwała pomiędzy małą nimfą z Nokturnu a wyraźnie pobudzonymi gospodarzami. Sama bała się odezwać, wierząc że pokaleczy sobie język o słowa, jakich nie powinna i nie chciała używać. Nie złości, nie nagany wobec dziewczynki, ta bowiem była interesująca i… Nie potrafiła wyrazić tego słowami, jednak kilkulatka działająca z premedytacją byłaby dla niej większą abstrakcją niż troll górski szkolący się w użyciu piórka. By nadać sobie większej mocy przekazu uszczypnęła mężczyznę w udo, tym razem nie starając się tego zrobić bezboleśnie. Jej usta ułożyły się w bezgłośny ciąg sylab sumujących się na prostą komendę „no zrób coś, na Merlina”. Nie złapała jednak Bellony w ramiona, nie pogłaskała po głowie i nie wyszeptała że wszystko będzie dobrze. Siostra była już dużą dziewczynką i powinna umieć poradzić sobie z przeciwnikiem zamkniętym w ciele małej dziewczynki. Jeżeli nie – zawsze miała męża, na którego barki spadał ciężar wszelkiej powinności.
Ten jednak wyszedł, sznurując usta Salome na dłuższą chwilę. Nim wrócił, odliczyła od dziesięciu do zera i oparła się łokciami o stół, być może mało elegancko splatając dłonie w niewielką półeczkę, o którą oparła własną brodę. Pochyliła się lekko tak, by ani Apollinare, ani Cassandra nie przesłaniali jej małego widowiska.
- Używasz ciężkich sformułowań… Lysandro? – Kontrolnie uniosła wzrok na jej matkę szukając potwierdzenia nadanego jej imienia. Oczywiście że była wytrącona z równowagi. Kłamstwem byłoby stwierdzenie że wywód małej nie zrobił na niej wrażenia, tak samo jak kłamstwem był jej pozorowany spokój. Nagle nabrała ochoty na zaczerpnięcie świeżego powietrza, niespodziewanie bowiem zachciało jej się śmiać, zupełnie jakby sens słów ominął ją i radośnie pognał pomiędzy resztę gości. – Zdajesz się rozumieć je doskonale, a to znaczy, że musisz być bardzo, bardzo mądra. – Skupiła wzrok na małej twarzyczce, ciemnych włosach i znudzeniu, jakie wylewało się z niej pomiędzy zerknięciami w kierunku Mulcibera i Cassandry. Nie uśmiechała się, nie widziała bowiem potrzeby bycia oszukańczo przymilną. Powrót gospodarza skwitowała wyprostowaniem się i wpatrzeniem we własny kieliszek, który teraz poczęła obracać między palcami.




Anything that is
beautiful
People want to break
And you are
beautiful
I'm afraid
Powrót do góry Go down
Lysandra Vablatsky
avatar

Dzieci
Dzieci
http://www.morsmordre.net/t3996-lysandra-vablatsky#77495 http://www.morsmordre.net/t3997-mala-wieszczka
mała wieszczka
7
Czysta
Panna
wiatr kołysze w locie ćmy
wilki śpią mocno że aż strach
0
0
0
0
0
0
0
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Jadalnia   04.07.17 3:47

Nie rozumiała, że jej słowa mogły wzbudzić czyjąkolwiek niechęć - nie widziała bólu, który sprawiało czarnowidztwo bądź nie chciała go dostrzec, uparcie wierząc, że przepowiadając nawet najgorszą przyszłość, chroni innych. Nie miała pojęcia, czym spowodowany był nagły wybuch śmiechu wujka Ramseya, ale cieszyła się z jego aprobaty i przywołała na usteczka nieznaczny uśmiech; jej matka, Cassandra, standardowym brakiem wzruszeń utwierdzała ją w przekonaniu, że nie uczyniła nic źle. Lysa ukradkiem obserwowała zmieszanie na twarzy panny młodej, nie potrafiąc zdefiniować jego przyczyny - może miała nadzieję, że jej duszy odpowiada inne zwierzę i zawiódł ją fakt, że w sercu jest chudym psem na długich nogach?
Zmarszczyła lekko nos na wzmiankę o zepsutym soku - bez sensu, czemu ci dorośli chcieli go pić? - ale nie skomentowała tego słowem; miała już siedem lat i dobrze wiedziała, że czasem trzeba milczeć. Te chwile po prostu się czuje: dotyk chłodnych palców mamy, błysk w oku kobiety siedzącej po drugiej stronie stołu i dziwny zapach tego felernego napoju tworzyły atmosferę zduszającą niewypowiedziane słowa.
Spojrzała na Aarona, gdy ten mówił o tygrysach; z nieokreślonej przyczyny opuściła na chwilę spojrzenie, wbijając je w stopy, którymi bujała przez moment na boki, a potem zerknęła na Cassandrę - osobę, której w całym towarzystwie obcych osób podających się za jej rodzinę ufała najbardziej. Potrzebowała zachęty, by dalej słuchać wujka, który, mimo wszystko, pozostawał mężczyzną - a ci nigdy nie byli godni zaufania, słyszała przestrogi wielokrotnie. Przecież nie warto ich słuchać - gadają głupoty, tak, mamo?
Gdy przez chwilę tkwili tak w - nawet jeśli niezręcznym, to Lysa pozostawała na to ślepa - milczeniu po opuszczeniu pomieszczenia przez Aarona, mała wieszczka zerknęła na Ramseya, znów nie wypowiadając nawet słowa. Nie uszło jej uwadze, że niektórzy z gości odeszli już od stołu. Przyzwyczajona do rzeczywistości skrytego w mroku Nokturnu, nie miała pojęcia, jak przebiegają rodzinne spotkania. Częściej rozmawiała z trollem niż ludźmi - mama przestrzegała ją przed obcymi, a większość pacjentów w lazarecie i tak była nieprzytomna lub martwa. Spoglądając tak pokątnie na wujka Ramseya, oczekiwała odpowiedzi - a w zamian otrzymała nadlatujące zestawy herbaciane i specjały, na widok których szerzej otworzyły się jej oczy. Śledziła je spojrzeniem, zamierając w bezruchu. Powiodła wzrokiem ku nieznajomej Salome zadającej jej pytanie i dopiero teraz uświadomiła sobie, że wszyscy zwracają na nią uwagę. Speszyła się, nie wiedząc, co odpowiedzieć; jej policzki pociemniały, gdy pospiesznie odwracała spojrzenie ku mamie, niemo poszukując jej wsparcia i pomocy. Drgnęła dopiero wtedy, gdy odezwał się do niej Aaron; wbiła w wujka wzrok, uważnie słuchając jego pytania. Jej brewki nieznacznie uniosły się w zdziwieniu - a to wyparło narastającą nieśmiałość. Znów popatrzyła na mamę, potem na Ramseya, aż wreszcie zdecydowała się odezwać.
- Nie mogę - rzuciła tonem stwierdzającym oczywistość, a w jej dziecinnym jeszcze głosie zabrzmiała nawet upartość i pretensja - dlaczego wujek o to pytał, dlaczego nie rozumiał? - Jestem wieszczką - wymamrotała trochę ciszej, ale i tak uniosła brodę - jakby usilnie starała się pokazać, że jest dumna z daru czarnowidztwa. - Nie chcę wróżyć nieprawdy - dodała po chwili w gwoli wyjaśnienia, choć dalej nie rozumiała, że ktoś może nie dostrzegać różnicy pomiędzy wieszczeniem a wróżbiarstwem; uczyła się czytać z fusów, lecz niejednokrotnie miała okazję usłyszeć, że to tylko wizje pokazują prawdę, nawet jeśli nie zawsze pełną - fusy zaś nakierowywały, lecz nie ukazywały przyszłości tak bardzo wprost, jak prorocze sny. Za pomocą herbacianych, nietrafnych wróżb nie była w stanie nikomu pomóc - a właśnie to chciała czynić, zdradzając swoje wizje nieszczęśnikom, którzy zawitali w jej snach.


Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Jadalnia   05.07.17 13:14

Nigdy nie była szczególnie rodzinna. Jej własna matka trzymała ją na dystans, przekazując jedynie historie o ich przodkiniach, które, notabene, nie były niczym, czym porządna kobieta powinna chwalić się przy rodzinnym stole. Aaron był jednym z nielicznych krewnych, z którymi utrzymywała pewien kontakt, a ten obiad - jednym z nielicznych namiastek rodzinnych spotkań, jakich kiedykolwiek liznęła; ze wszystkimi przywarami: wzajemnymi złośliwościami, eskalującymi konfliktami i niedopowiedzianymi żalami, z których połowy nie dostrzegała ani pierwszym ani nawet trzecim okiem. Czasem się zastanawiała - jak by to wszystko wyglądało, gdyby udało jej się stworzyć dla Lysy normalny dom. Taki, w którym byli matka, ojciec, a na święta wyprawiało się przyjęcia dla rodziny, które zjeżdżała się z drugiego końca Anglii. Byłoby inaczej - ale każde doświadczenie kształtowało tak ją, jak i małą Lysą: rzeźbiły to, kim obie naprawdę były. Kątem oka kontrolnie zerknęła na Ramseya, zadziwiał ją swoją nonszalancją i obyciem, robił dobre wrażenie przypadkowymi gestami wobec jej córki i to, że z pewnością czaiło się za tym drugie dno, cel, którego nie dostrzegała, a który czaił się gdzieś za niezwerbalizowanymi piorunującymi spojrzeniami przecinającymi stół w trakcie całego obiadu, nie miało w tym momencie dla niej żadnego znaczenia.
Na Aarona liczyła ze względów zgoła odmiennych, był jej kuzynem, ciotecznym bratem, majaczącym cieniem męskiego oparcia, z którego mogłaby skorzystać, gdyby kiedykolwiek tego potrzebowała. Dotąd nie potrzebowała. Wpatrywała się w niego wyczekująco, mając nadzieję, że nie zawiedzie - i nie zawiódł. Nie obśmiał jej za coś, na co nie miała wpływu, nie okrzyczał jej za słowa, których nie wypowiedziała w złej wierze. Bał się - ale prawdy boi się każdy.
- Tygrysy atakują też, kiedy są głodne - uzupełniła ostrzegawczo jego wypowiedź; Lysandra rzeczywiście miewała jeszcze problemy z interpretacją - sny bywały zawiłe, a ona miała tylko parę lat - ale kuzyn nie mógł jej wmówić, że to, co mała Lysa czuje w swoich snach, jest nieprawdą. Nie mógł czuć - bardziej od niej. Głód to potężne uczucie, o wielkim potencjale metaforycznym, ale nie tylko - głód stanowi motywacje, głód jedzenia, głód władzy, głód bogactwa; głód spychał ludzi na kraniec przepaści. Dopiero po chwili odjęła spojrzenie od czarnych źrenic Aarona, przenosząc dłoń na ramię Lysy. Tak, mężczyźni zawsze mówią tylko głupoty. - Co ty na to? Masz ochotę poczytać więcej o tygrysach? - Książki, zwłaszcza książki zawierające wiedzę, zawsze były w jej domu mile widziane, ale Cassandra nie miała zamiaru wciskać ich córce na siłę.
Lekko uniosła brew, kiedy półwila bez słowa opuściła stół, a potem i mieszkanie Aarona - no, proszę, dramatyczna królowa tego balu właśnie została wyłoniona. Nie obejrzała się za nią, zupełnie jakby jej nieobecność wcale jej nie obeszła. Trochę obeszła - bez tej piękności siedzącej nad tą samą zastawą, Cassandra poczuła się znacznie pewniej. Ulokowała za to spojrzenie na twarzy Salome, chwalącej właśnie mądrość jej córki. Uśmiechnęła się ciepło, czując na sobie wzrok córki - i przygładziła jej włosy.
- Ależ tak - odparła więc za nią, bez fałszywej skromności i z niekrytą dumą - krew z krwi jej własnej. I po części Ramseya, ale w niewielkim stopniu. - Jest bardzo bystra. - Bystrzejsza niż wielu z was, widzi bowiem więcej i dostrzega więcej. Zawsze będzie. A los ułożył się tak, a nie inaczej, musiała bardzo szybko dorosnąć - o tym jednak Salome wiedzieć nie mogła.
- Wróżenie z fusów to niemądra zabawa - przytaknęła, bo przecież nikt nie chciał już tutaj widzieć ponuraków - szansa, że Lysandra dostrzegłaby w którejkolwiek filiżance coś innego, była niewielka - choć nie był to jedyny kształt, który znała. - Ale z przyjemnością napijemy się twojej osławionej herbaty, Aaronie. I zjemy coś na deser - dodała, zaglądając na patery obstawione pieczonymi owocami - poszukując wzrokiem czegoś, co mogłoby zasmakować córce, która tylko rozgrzebała obiad. Nałożyła jej pieczoną brzoskwinkę. - Niebawem my również będziemy się zbierać. - Z Aarona przesunęła wzrok na Ramseya i Lysandrę. - Dziękujemy wam za gościnność i to doskonałe przyjęcie. Nie będziemy powinniśmy wam więcej czasu, jestem przekonana, że chcecie się nacieszyć sobą. Lysa jest już zmęczona. Bellono, niezwykle miło było mi cię poznać, a kiedy Aaron znowu cię zdenerwuje i zapragniesz wbić mu coś w nogę... wiecie, gdzie mnie szukać. - To pewnie nie potrwa długo, na tym w końcu polegały małżeństwa. - Apollinaire - obdarzyła mężczyznę krótkim spojrzeniem - mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się w mniej przypadkowych okolicznościach.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Jadalnia   05.07.17 14:32

Wpatrzony przed siebie, na pokryty materiałem obrus, pokiwał lekko głową z aprobatą na słowa Cassandry dotyczące okoliczności poznania gospodarzy — dosadne, konkretne i jasno przedstawiające sytuacje były jak najbardziej na miejscu, wyjawiały wiszące uciążliwie w powietrzu niedopowiedzenie i wydały mu się zabawniejsze w swym brzmieniu niż mdła otoczka błyskawicznie zreflektowanego Aarona. W końcu sięgnął po kielich z winem, by upić z niego dwa, dość spore łyki, jednocześnie ignorując uszczypliwą uwagę swej towarzyszki w kierunku uciekającej Harriett i całe to śmieszne zamieszanie jakie nastąpiło. Powietrze nagle wydało się czystsze, kiedy pokój opuścił Benjamin, jakby wraz z jego odejściem ściany znów mogły zacząć oddychać; a może to po prostu Mulciber przestał się dławić tym, co typ wokół siebie roztaczał. Jednym uchem przysłuchując się męskim wyjaśnieniom zwrócił twarz w prawą stronę, w kierunku przejścia, gdzie przez chwilę widział drobną sylwetkę jasnowłosej czarownicy. Siedząc z brzegu stołu miał sposobność ukradkowego zerknięcia w tamtym kierunku, choć jej perypetie z nieokrzesanym olbrzymem były ostatnią rzeczą, jaka go ciekawiła. Wciąż nie był w stanie zrozumieć jej wyborów, którym brakowało sensu i racjonalności. Gdy kątem oka mignął mu materiał jej sukni, a do uszu dotarły dalsze słowa gospodarza, próbującego załagodzić sytuację, która według niego nie wymagała wcale czynności łagodzących, przeniósł wreszcie na niego wzrok.
— Wieszczenie przyszłości przez dziecko nie powinno być główną rozrywką dorosłych podczas takich spotkań — mruknął  tuż po słowach Lysandry, wcale nie zamierzając brać jej w obronę, doskonale wiedziała jak sobie poradzić z wujem, którego poczucie humoru dość mocno kulało. Miała też matkę, która jak nikt w razie ataku mogła ją ochronić przed wszystkimi. Nie mógł się jednak powstrzymać przed tą drobną uwagą. — Wino jest pyszne, podobnie jak wszystko do tej pory— lepiej, by więcej ponad pochwałami nic nie mówił. Nie musiał nic mówić, miał tu tylko być, towarzyszyć Cassandrze i jej córce w rodzinnym obiedzie, trwać w spotkaniu, które dla nich mogło być istotne. Nigdy nie rozmawiali o rodzinie ani o tym co miało im dać przybycie tutaj. Nie pytając o to akceptował oczekiwania Vablatsky w ciemno, cierpliwie wyczekując tego, co nastąpi; spoglądając w końcu na usypiającą nad winem Selinę i nieobecnego, milczącego Foxa.
Zerknął w głąb filiżanki, na dnie której rzeczywiście spoczywały herbaciane fusy. Nie zamierzał się bawić, lecz po herbatę też nie sięgnął. Nie z przekory ani złośliwości, wino mu smakowało, toteż dokończył i odstawił kielich na bok. Alkohol dobrze łagodził ostrość zjedzonej wcześniej zupy, a choć podany podwieczorek wyglądał apetycznie nie był w stanie nic już zmieścić. Delektował się rozmaitością wszelakich aromatów, części składowych słodkich potraw, smakowitych deserów, których zapachy wydały mu się o wiele bardziej nęcące niż wygląd.
Przytaknął skinięciem głowy Cassandrze, zerkając ledwie na jej smukłe dłonie, gdy nakładała córce jedzenie, zaraz po tym uniósł wzrok na gospodarzy, uśmiechając się uprzejmie choć zachowawczo. Wieczór był doskonały — spokojny, bez dramatów, niezapowiedzianych gości, awantur, uszczypliwości i nonsensów. Pewnie byli z siebie niezwykle zadowoleni, musiało być dokładnie tak, jak sobie zaplanowali.
— I mamy nadzieję, że nie byliśmy tymi nieznośnymi gośćmi— dopowiedział, rezygnując z zaoferowania powtórki w przyszłości. Szczerze liczył, że nie będą mieć szansy spotkać się w już w takim gronie i przynajmniej aby aurora spotkał jakiś przykry wypadek.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
35
20
0
0
0
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Jadalnia   11.07.17 20:35

- A zatem niech moja pomyłka pozostanie naszym wspólnym sekretem. - To zawsze zacieśnia więzy. - Nie chciałbym podpaść pannie młodej. - Dodałem, uśmiechając się przepraszająco, po czym zająłem wyznaczone miejsce.
Kurtyna milczenia, która opadła w chwili, kiedy wszyscy zajęli wyznaczone miejsca, zdawała się nie do zniesienia. Nie wiedziałem, jakie nastroje panowały w rodzinie Lovegoodów, pewne było natomiast to, że stół w jednej chwili zamienił się w pole minowe. Nikt poza mną i Benjaminem nie mógł wiedzieć, jak ryzykowne było ulokowanie go między dwiema kuzynkami – podobnie jak nikt najpewniej nie był świadomy tego, że po drugiej stronie obrusu zasiadał morderca i czarnoksiężnik, na którego czekała pusta cela w Azkabanie. Mulciber. Odkąd tylko jego parszywa twarz wyłoniła się z kominka, nie odrywałem od niego wzroku - musiał to zauważyć. Nie kryłem niechęci ani do niego, ani do nazwiska, które nosił. W cztery oczy spotkaliśmy się tylko raz – lata temu, gdy podejrzewano go o morderstwo rodziców Cornelii. Jak zwykle – brakowało jednoznacznych dowodów. Nie wystarczyło ich nawet na tyle, by posłać go to Tower. I choć sprawa została odroczona, na dobre gnijąc w archiwach Ministerstwa, ostatnie miesiące były zbyt mocno usłane trupami, w niepokojący sposób powiązanymi z Ramseyem. Graham. Cornelia. Rossa. I o ile ten pierwszy nie był szczególnie bliski mojemu sercu, trudno było mi nie łączyć z aurorem morderstwa Cornelii. A Mulciber zdecydowanie miał jakiś problem z rodziną Ingissonów.
No i należał do Rycerzy Walpurgii.
Siedziałem w milczeniu, obserwując rozgrywający się na moich oczach teatr; Benjamina podejmującego niezręczne próby podtrzymania konwersacji, zmieszaną Hatsy, niepokojąco milczącą Selinę, szepczącego Appolinare, przede wszystkim jednak przyglądając się kobiecie, która przyprowadziła ze sobą Mulcibera. Musiał być jej w szczególny sposób bliski, skoro zdecydowała na to, by towarzyszył jej podczas rodzinnej uroczystości. Nie wiedziałem, kim była – ale byłem niemal pewien, że nazwisko Cassandra Vablatsky już kiedyś pojawiło się w moim życiu.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre http://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 http://www.morsmordre.net/t4232-powidoki http://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 http://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
27
Czysta
Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
5
18
0
0
0
15
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jadalnia   22.07.17 14:41

Obiad przemijał w atmosferze w ogóle nie przypominającej tych, które zapamiętał ze spotkań u babki Lovegood. Tam jeden głos unosił się nad drugim, jedna część stołu śpiewała harmonizując swoje głosy – sprawdzając, czy nadal pamiętają przyśpiewki sprzed lat. Inna rozprawiała o nurtach w sztuce, wujek Jose jak zwykle stał zamiast siedzieć i opowiadał o kolejnej przygodnie, którą rzekomo przeżył jeden z jego znajomych – wszyscy wiedzieliśmy, że to wymysł jego wyobraźni, ale posiadał w sobie pierwiastek bajarza, a jego historie zawsze wprawiały w dobry nastrój. Tutaj było… spokojniej. Statycznej, ale jednocześnie napięcie zdawało się tak wyczuwalne, że niemal oczywiste. Dyskusje prowadzono zachowawczo, każdy ważył słowa i nikt nie mówił niczego bezmyślnie – nie przeszkadzało mi to. Zajadałem się zupą, obserwując zebranych, w tym moją drogą kuzynkę w przegranej walce z winem, które trafiło również w szkło moim okularów. Ściągnąłem je, by chusteczką z kieszeni przetrzeć je, a następnie ponownie wsadzić na nos.
Mała Lysa skupiła uwagę chyba każdego w pomieszczeni, zwłaszcza dlatego, że wcześniej siedziała cicho. Od zawsze zdawała mi się małym, opanowana jak jej matka z bijącą z oczu mądrością. Jej słowa zdawały nieść się nad potrawami i talerzami zebranych trafiając prosto do Aarona.
Uniosłem lekko brew ku górze na słowa Lysandry, razem z nią uniósł się kącik. Ciekawiła mnie reakcja Aarona, dostała dość ponurą wizję przyszłości – bo tym były jej słowa, byłem tego więcej niż pewien. Pierwszy odezwał się Ramsey i nie mógł celniej wyrazić moich własnych myśli. Sam uniósł i swój kielich tylko na kilka chwil zerkając w stronę przyjaciela i krzyżując z nim spojrzenia. Upił odrobinę trunku w momencie w którym Cassandra tłumaczyła Lysie co też popijają.
Oniemienie zaistniałe na twarzy Aarona było ciekawe, chyba dlatego że w pewnym momencie mógłbym przysiąc iż zobaczyłem w nim złość. Szybko zgasła jednak, pewnie odpędzona przez niego samego. Był panem tego domu, musiał rozprawić się z sytuacją i ciekaw byłem jak też postąpi.
- Nareszcie herbata! – zakrzyknąłem zbyt przesadnie i nad wyraz radośnie zaklaskując w dłonie, jakbym czekał na nią od samego początku spotkanie – tak też było, ale to nie miało znaczenia. Kompletnie nie przejmowałem się propozycją zarzuconą przez kuzyna – a nawet, jeśli miałbym szczerym, jakaś mała wróżba z pewnością by mi nie zaszkodziła. Pomogła pewnie też nie, ale niech tam – raz się żyje.
Coś łapał mnie zbyt przesadny entuzjazm.
Dlatego też postanowiłem przymknąć się na chwilę odkładając kieliszek i łapiąc za herbatę. I choć zdawać się mogło, że mój kuzyn nacierpiał się już wiele, ja nadal nie zrobiłem tego, co razem z Seliną uskutecznialiśmy od zawsze.
Rozmowy ponownie zaczęły się, choć opuszczenie stołu przez Bena i Harriett oraz pojawienie się deseru zdecydowanie świadczyło o powoli zbliżającym się końcu spotkania. Moje myśli potwierdziła Cassandra swoimi słowami. Spojrzałem w jej stronę unosząc filiżankę z herbatą.
- To pewne, Cassandro – nie odmówiłbym sobie takiej przyjemności. – zapewniłem kobietę spokojnie. Czułem jakiś dziwaczny, lekki ciężar na sercu? Czyżby szczęście? Dawno nie było gościem w moich progach. Roślina zawsze mnie rozluźniała, a może to tylko wino zaczynało szumieć w głowie. Niemniej jednak uniosłem filiżankę, a potem przytknąłem ją do ust, by za chwilę potoczyć po całej sali mało przystający komukolwiek dorosłemu siorb. Zerknąłem na Seliną wzrokiem namawiając ją by się przyłączyła, a potem na Aarona znad filiżanki kolejny raz siorbiąc wprost z filiżanki, poważając wszystkie zasady – zwłaszcza te dotyczące herbaty.




I won't compromise. I won't live a life on my knees.
You think I am

nothing.

Powrót do góry Go down
Bellona Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1565-bellona-greyback http://www.morsmordre.net/t1574-mars#15674 http://www.morsmordre.net/t1573-bell#15671 http://www.morsmordre.net/f181-trout-road-45 http://www.morsmordre.net/t1749-bellona-lovegood#20570
hodowca i treser chartów angielskich
25
Czysta
Zamężna
Tygrys, tygrys w puszczach nocy
Świeci blaskiem pełnym mocy.
Czyj wzrok, czyja dłoń przelała
Grozę tę w symetrię ciała?
19
11
0
0
0
0
2
5
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Jadalnia   26.07.17 11:58

Wszystko zaczynało się rozpadać. Goście kurczyli się, choć nie podobało mi się, że wychodzili nie pożegnawszy się ze wszystkimi. Czy popełniliśmy błąd zapraszając ich tutaj? Aaron znał ich lepiej ode mnie, widocznie nie przewidział takiego obrotu spraw. To spotkanie nigdy nie było pod kontrolą, a w obecnym stanie wymknęło się już na odległy kontynent. Wstawałam i na nowo siadałam nie wiedząc co zrobić z samą sobą, jak się zachować. Nerwowo przygryzałam wnętrze policzków starając się jednocześnie nie dać po sobie poznać jak mocno jestem zestresowana tym wszystkim. Przyszli w większości obcy dla mnie ludzie, którzy swoim zachowaniem niczego nie ułatwiali. Nie sądziłam, że znajdę się w centrum uwagi (nie zabiegałam o nią), ale miałam wręcz nadzieję, że przynajmniej wszystko przebiegnie w miarę gładko. Myliłam się. Czułam się jak podczas maratonu po lesie, jak płocha zwierzyna uciekająca przed myśliwym, pod którą los podkładał jeszcze kłody. Musiałam się jakoś opanować, zrobić cokolwiek, by odzyskać wewnętrzną równowagę.
- Zachowywał się zbyt głośno w lesie – odparłam na temat przewinienia Aarona, oczywiście żartując. Ta wersja brzmiała po prostu lepiej od tej, w której mylę go ze zwierzyną. Byłam jednak pewna, że wybaczy mi to drobne obejście od prawdy.
Gdyby nie ta przepowiednia małej, jak się okazało, wieszczki, być może zebrałabym się na odwagę pozostania duszą towarzystwa. Niestety zaczynałam się dusić własnym rojeniami. Zupełnie bezsensownie.
- Oczywiście, że mamy Cassandro. Zaraz przyniosę – odezwałam się, gdzieś pomiędzy kolejnymi oddechami czując ulgę, że wreszcie realnie mogę wstać od stołu oraz pójść po coś do kuchni. Ta chwila wytchnienia okazała się zbawienna; wróciłam nawet z lekkim uśmiechem. I sokiem, oczywiście, który znalazł się przed Lysandrą. Nie myślałam już o słowach kilkulatki, które nie powinny wzbudzić we mnie tylu emocji. Moja psychika dość długo dostawała w kość, była nadzwyczaj wrażliwa na różne bodźce i słowa, ale nie powinnam dać się zdominować uczuciom. Nie byłam już tamtą osobą, powinnam się odciąć od własnych demonów grubym murem.
Nie minęła chwila, jak sam Aaron postanowił wstać. Posłałam mu blady uśmiech mający w rezultacie go uspokoić. Jego propozycja wydawała mi się dziwna, widocznie gościom również skoro tak stanowczo zaprotestowali.
- Faktycznie nie ma potrzeby kontynuowania tego tematu. Jeśli będziemy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o naszej przyszłości, wiemy do kogo się zwrócić – powiedziałam pojednawczo. – Ale herbata to świetny pomysł – szepnęłam do męża, czując błogi spokój. Od razu przypomniał mi się tamten wieczór kiedy biłam się z Elliott i po którym Aaron przygarnął mnie do siebie na kubek ciepłego napoju. Wtedy też czułam miłe ciepło rozlewające się po ciele.
- To my bardzo dziękujemy za przybycie. Cieszymy się, że zechcieliście spędzić z nami trochę czasu. – Choć mogliście go spożytkować w dużo bardziej produktywny sposób. – Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. – Może niekoniecznie w takim składzie. – I że nie będę musiała nigdy więcej maltretować nogi naszego drogiego pana Lovegooda – dodałam tuż przed pojawieniem się deseru na stołach. Uśmiechnęłam się do niego, chcąc podtrzymać wrażenie, że jest już dobrze. Ucieszył mnie entuzjazm Apollinare, ucieszyła mnie lżejsza atmosfera, nawet jeśli daleko jej było do miana idealnej. Skoro spotkanie dobiegało powoli końca, to pewnie każdy czuł już pewną ulgę.





just fake the smile

Powrót do góry Go down
Aaron Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1193-aaron-lovegood http://www.morsmordre.net/t1334-aaronowy-ajay http://www.morsmordre.net/t1335-pan-milosc-i-dobro http://www.morsmordre.net/f199-manor-road-4 http://www.morsmordre.net/t1554-aaron-lovegood
Właściciel herbaciarni "Czerwony Imbryk"
27
Czysta
Żonaty
I'm just a man
I do what I can
Don't put the blame on me
10
1
2
0
4
5
3
3
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jadalnia   01.08.17 20:09

Nie podobało mu się to. Zresztą nikt nie powinien się temu dziwić. Nagle on i jego małżonka stali się centrum uwagi – tej niechcianej, niepożądanej, nadającej spotkaniu rytm marszu pogrzebowego. A przecież żadne z nich nie miało tego w zamiarze. Plany wyglądały inaczej – przynajmniej w głowie samego Aarona. Miało być rodzinnie, powtarzał to sobie po raz kolejny, jakby w ten sposób miał zamiar zakląć panującą w salonie atmosferę, którą nawet ciężko było określić jednym słowem; miało być tak, jak jeszcze nigdy. A okazało się tymczasem, że poglądy i nagła wizja wypowiedziana przez Lyssandrę, przeważyły nad wolą pana domu i zabarwiły klimat tego domu niepojętym ciężarem.
Kątem oka dostrzegał podenerwowanie Bellony i pluł sobie z brodę, że ona, w tej chwili pani tego domu, nagle poczuła się najbardziej skrępowana w towarzystwie, które miało jej być rodziną. Co poszło nie tak, na samego Salazara?
Myśl podchwycenia ich zainteresowania wróżeniem z fusów też prędko została zweryfikowana przez wszystkich gości. Gdyby usłyszał myśli Apo, na pewno by się z nim zgodził, bo tak, owszem, zakwitła w jego wnętrzu złość, szybko jednak ściął ją precyzyjnym ruchem, bo pokazanie słabości w tym momencie mogło zakończyć się jedynie okrutną porażką. Jeszcze pół roku temu nic takiego nie miałoby miejsca.
Może pożar w Indiach pożarł nie tylko herbaciane krzewy, ale także i cząstkę jego człowieczeństwa.
Może. To tylko domysły. W dodatku jego własne.
- Dziękujemy za wasze dobra słowa, moi drodzy – mówił, na przekór temu, co podpowiadała mu szczerość. Bo to, co usłyszał, nie było do końca dobre. Ale zaledwie nadgryzienie tematu pozwoliło mu pozostawić pewien margines błędu. – Dobrze was tutaj widzieć. Wszystkich razem. Być może przepływające nam przed nosami ostatnie wydarzenia wybijają nas z codziennego rytmu, ale nie dajmy się zwariować – płytka zmiana tematu pomogła mu w być może naprawieniu atmosfery, na której można już było powoli wieszać topory. Odchrząknął cicho, zerkając na Bellonę, która już obok niego zasiadała z powrotem. Odebrał jej uśmiech i odwzajemnił go swoim własnym, delikatnie zarysowującym się na ustach, który jednak nosił w sobie gram zniecierpliwienia tą dziejącą się przed nimi sceną. – Dobrze was było również tutaj gościć, ale zanim skierujecie swoje stopy do wyjścia, spróbujcie ciasteczek z kminkiem. Są idealne do herb… - jego spot reklamowy przerwał nagle dźwięk, który Aaron doskonale znał jeszcze z czasów dzieciństwa. Naigrywanie się z jego rodzinnej pasji było dla niego kiedyś istną ujmą i za każdym razem, gdy Selina i Apollinare siorbali ze swoich filiżanek, Aarona przejmowały zimne dreszcze. Teraz jednak, mając na uwadze rozwijający się mały koszmar, pomyślał, że to dobry pretekst na rozluźnienie atmosfery. – Apo, widzę, że wciąż powracasz wspomnieniami do czasów naszego dzieciństwa. Bez wątpienia, Cassandro – jeśli dojdzie do takiej sytuacji, będę pierwszym, który zaproponuje udanie się do twojej lecznicy. A tymczasem… liście herbaty wystarczy zalać wodą z imbryków. – zadzwoniły delikatnie drobne miseczki, w którym znajdowały się przeróżne dodatki, którymi operował w „Czerwonym Imbryku”. Słodkie esencje podobne do syropów, płatki kwiatów, kawałki suszonych owoców, aromatyczne przyprawy i wiele innych, egzotycznych aromatów. Do każdego z gości podpłynęły odpowiednie naczynia. Obok Bellony znalazł się malutki flakonik z niemal przezroczystą, odrobinę gęstą esencją wanilii; obok Salome ułożył się spodek z płatkami bławatka, obok Apollinare’a znalazł się podobny, ale z goździkami; Cassandrę zaopatrzono w szafran i tuż obok podleciał do niej flakonik z esencją z czerwonych jabłek, dla Lyssy, Ramsey dostał esencję z granatu; Selinie należały się jagody acai, a Fred dostał miseczkę z pociętymi na kawałki suszonymi morelami. – Spróbowałem odczytać was i przelać myśli na herbaciane mieszanki. Sami oceńcie, czy mi się to udało.
Obiad zmierzał ku końcowi. I być może był to jeden z niewielu dobrych akcentów dzisiejszego dnia.

| jeżeli macie ochotę pokończyć w następnej kolejce posty, droga wolna!; dziękuję wszystkim za przybycie! Pwease


Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Jadalnia   02.08.17 11:09

Zmrużyła oczy jak wspomniana polująca tygrysica, kiedy wsłuchiwała się w słowa Ramseya - mądre słowa, słowa biorące w obronę jej córkę. Patrzyła jednak wciąż na Aarona, zastanawiając się, czy do końca zdawał sobie sprawę z wagi swojej niedorzecznej propozycji. Wierzyła, że jej kuzyn nie chciał w ten sposób ośmieszyć siedmiolatki, a raczej - wierzyć w to głęboko chciała, zapewne kierowały nim zbędne emocje. Być może w innych okolicznościach, innego dnia, weźmie go na słówko, żeby tę sprawę jeszcze wyjaśnić. Uprzejmie skinęła głową Apollinaire'owi, po czym - dziękczynnie - Bellonie, za sok, który pojawił się przed Lysą. Herbata, która pojawiła się przed nimi, tylko pozornie nie różniła się od innych; pyszności przygotowane przez pasjonata herbaty takiego jak Lovegood musiały zachwycić. Przypadł jej szafran, miał wspaniały aromat; rzeczywiście Aaron bezbłędnie odnalazł jej smaki. Esencja z jabłek niewątpliwie została przeznaczona dla dziewczynki, obserwując, jak ta dojada nałożone jej wcześniej owoce, przysunęła jej filiżankę bliżej, pobieżnie przy tym spoglądając na granatowy flakonik znajdujący się przy Ramseyu - po barwie trudno było rozpoznać właściwe substancje. Nie mogła odmówić, zostaną jeszcze chwilę, choćby po to, by dopić legendarną herbatę Aarona Lovegooda. Lubiła Czerwony Imbryk i tamtejsze specjały - kuzyn nie zawiódł i tym razem. Dopiero, kiedy filiżanka opustoszała, Cassandra odwróciła wzrok na swoich towarzyszy, wstając od stołu i wygładzając czarną szatę, w której zjawiła się na tę okazję.
- Doskonały wybór i wspaniały teinowy spektakl - pochwaliła kuzyna, spoglądając na Lysę - wyglądało na to, że jej również smakowała jabłkowa esencja, wolnym, spokojnym krokiem przeszła za jej krzesło. Jedną dłoń złożyła na oparciu córki, drugą, zimną, na karku Mulcibera; czas się zbierać. - Zbyt dawno nie miałam już przyjemności skosztowania twojej herbaty, Aaronie. Niedługo nawiedzę cię na Pokątnej. Bellono, powtórzę to - podeszła bliżej kobiety, już pani Lovegood, delikatnie ją obejmując i całując powietrze przy jej uszach na pożegnanie. - Niezwykle miło było mi cię poznać. Was wszystkich, oczywiście  - dodała z czystej kurtuazji, jaką winna była Aaronowi z racji pokrewieństwa, choć z osób, których faktycznie poznała, w pomieszczeniu zostawało ich coraz mniej. - Do zobaczenia. -  Dziewczynka była znudzona, powiodła wzdłuż sylwetki Ramseya spojrzeniem, chwytając rączkę Lysy, która zsunęła się już z krzesła, z ulgą nieumyślnie wymalowaną na jej drobnej buzi - dzieci nigdy nie lubiły spotykać się z dorosłymi na podobnych uroczystościach, ale to był przecież ślub jej wujka. Wolnym krokiem, oczekując towarzysza, przeszła pod kominek, ostatnimi spojrzeniami żegnając się z pozostałymi gośćmi. Przenikliwe spojrzenie Fredericka Foxa raz za razem rzucane na Ramseya nie umknęło jej uwadze, lecz zdawała się go nie dostrzegać. Nie chciała wzbudzić większej czujności, niż było to konieczne - nie była głupia i zdawała sobie sprawę z tego, jak wielu mógł mieć wrogów. Wrogów, których lekceważyła, bo przecież Ramsey był dość potężny, żeby sobie z nimi poradzić - ale jednocześnie wrogów, których nie chciała drażnić. Tylko tuż przed opuszczeniem jadalni Aarona, spróbowała uchwycić jego wzrok choć na chwilę.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Jadalnia   07.08.17 23:42

Zwykle wolał kiedy nie patrzono w jego kierunku, chyba, że były to atrakcyjne kobiety, a on miał wolny wieczór. Dziś uciążliwe spojrzenie Foxa, które było jak upierdliwa brzęcząca mucha wałęsająca się wokół talerza z rosołem nieustannie poprawiało mu humor. Nieco ignorował je przez większość czasu, bowiem przy stole i wokół działy się rzeczy ciekawsze niż on; rozlewająca wino Hatsy, uciekający półolbrzym, usypiająca od dłuższego czasu nad alkoholem dziewczyna aurora (musiała być wyjątkowo zmęczona jego towarzystwem), błyskotliwy jak zwykle przyjaciel, młoda para, poszukiwana niegdyś właścicielka problematycznej księgi, rezolutna wieszczka i prawdopodobnie najbystrzejsza kobieta przy tym stole, która była j e g o partnerką. Ciekawsze było też jedzenie, które wyjątkowo przypadło mu do gustu, lecz przecież nie był zbyt wybredny i jadł z zaufanego źródła wszystko — może poza zupą z brukwi. Spojrzenie aurora wwiercało się w niego nieustannie, ale dawkował sobie przyjemność nie odpowiadania mu tym samym i uśmiechania się zbyt często. Zostawił to sobie na deser.
I zgodnie z tym, co sobie założył, milczał, przyglądając się młodej parze z zaciekawieniem. Ona kłamała lepiej od niego, zdążył to już zauważyć wcześniej, lecz za wszelką cenę i całkiem skutecznie próbowali zachować fason. Nie widział powodów do nerwów, poza drobnym incydentem z czerwonym winem nie zdarzyło się nic, co prawdopodobnie mogło popsuć ich wieczór. Może poza wyjątkowo trafionym towarzystwem o wyjątkowo ironicznym usadzeniu. Spotkania rodzinne nie były wcale takie złe, stwierdził w duchu. Może gdyby Graham żył, Vasyl żył, a ich matka nie była sprzedajną dziwką też napelnialiby kielichy krwią swoich wrogów, choć o wiele bardziej prawdopodobne wydał mu się stojący pod ścianą Vasyl i oni rzucający nożem do jabłka w jego zębach. Cassandra mogłaby rzucać nożem i widelcem. Unosząc wzrok na Aarona pomyślał też, że mogliby tego spróbować w przyszłości. To świetnie rozluźnia atmosferę.
Dopiero opróżniwszy kielich z wyjątkowo smacznym winem sięgnął po herbatę. Nawet on słyszał o wyjątkowych specjałach serwowanych w Czerwonym Imbryku, nie mógł odmówić sobie sprawdzenia jego talentu. I nie żałował; zapach, który się uwolnił połechtał jego zmysły. Słodki i kwaśny jednocześnie, o nieco cierpkiej i głębokiej nucie, która zdawał się wnikać do gardła i zalegać na krańcach podniebienia. Smak nie dorównywał temu, co poczuł jego nos, lecz to wystarczyło, by potwierdzić krążące o Lovegoodzie plotki. Szelest spódnicy i ciche szuranie nóg krzesła o podłogę było wyraźną informacją o zakończeniu tego wieczoru — przynajmniej dla nich. Pozwolił sobie na ostatni łyk herbaty, gdy zimna dłoń uzdrowicielki, która zawsze na rozgrzanym ciele wywoływała mimowolny dreszcz, oderwała go od krótkiej, nieco idyllicznej chwili.
— Twoje myśli trafiły w samo sedno, Aaronie — odparł wreszcie, znalazły się przy gospodarzach. — Zdajesz się czytać z nas jak z otwartych ksiąg — zażartował; lecz nie, Aaron nie chciał tego o wiele bardziej niż oni. Powinni zrekompensować się propozycją, lecz nie wypił wina dostatecznie dużo, by wpaść na równie idiotyczny pomysł. Ograniczył się do drobnych uprzejmości, a później życzył wszystkim: — Spokojnego wieczoru— I tobie Fredericku, przede wszystkim, spokoju. Uśmiech wykwitł w końcu na jego twarzy. Nim odwrócił się plecami miał szansę zmierzyć się z nim spojrzeniem. Obaj przecież wiedzieli. W głowie niemalże słyszał tykanie zegara odmierzającego moment.
Wraz z Cassandrą i jej córką zniknęli w zielonkawych płomieniach kominka, żegnając wyborne towarzystwo. Wiedział, że nie ominie go przydługie, pełne wyczekiwania spojrzenie; był zmęczony, a raczej powinien być. Jakoś się wymiga. Innym razem jej wszystko wyjaśni i o wszystkim opowie, zdradzając to, co tylko będzie chciała wiedzieć, żywiąc nadzieję, że jak zawsze, zechce wiedzieć tylko to, co musi.

|zt nokturnowe trio fluffy




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Apollinare Sauveterre
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4149-apollinare-sauveterre http://www.morsmordre.net/t4299-rembrandt#90382 http://www.morsmordre.net/t4232-powidoki http://www.morsmordre.net/f208-horizont-alley-21-3 http://www.morsmordre.net/t4236-apollinare-sauveterre#86874
artysta, krytyk, dyrektor Galerii Sztuki
27
Czysta
Kawaler
Sztuka zawsze, nieustannie zajmuje się dwiema sprawami: wiecznie rozmyśla o śmierci i dzięki temu wiecznie tworzy życie.
5
18
0
0
0
15
3
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Jadalnia   19.09.17 19:07

Lubiłem ten stan, gdy siadaliśmy razem i wszystkie troski toczące się w naszych życiach, w całym naszym świecie, na chwilę trafiły na wartości. Lubiłem te momenty w których mogłem być po prostu sobą, bez nagminnego pilnowania każdego jednego ruchu, bez zastanawiania się, co powiedzieć, by zyskać przychylność rozmówcy. Przychylność ludzi siedzących przy tym stole - przynajmniej w większości - już miałem, nie musiałem więc zakładać maski, która do złudzenia przypominała moją twarz. Choć i oni nie znali wszystkich moich demonów.
I tak, herbata była tym, na co zawsze czekałem w obecności Aarona - mogłem już kroczyć śmiało w kierunku granicy trzydziestu lat, jednak do dziś niezmiernie bawiła mnie jego reakcja na głośny siorb choć teraz doskonale potrafiła już nad nią panować. Przypisywałem sobie - i Selinie, oczywiście - zasługę za to, że mógł bez skrzywienia twarzy i chęci mordu spojrzeć na kogoś, kto śmiał tak zbezcześcić jego świętość. To nie tak też, że swoim zachowaniem chciałem urągać jego pasji. Sztuka była wszędzie, a on odnalazł ją właśnie w parującej filiżance, w momencie, gdy wrzątek zalewał specjalną mieszanką ziół. Każde z nas odnajdowało sztukę i ulotność chwili w czymś innym i ciężko było nie zgodzić się, że wszystko to było sztuką, czasem wymyślną jej odnogą, czasem taką, którą zna każdy pospolity człowiek. Dlatego właśnie krew Lovegoodów była tak dobra, tak podgrzewająca pasję, pozwalająca na to, by każdy odnalazł swój własny sposób na poszukiwania piękna.
Spoglądałem za wychodząca Cassandra z małą Lysą i przyjacielem, który towarzyszył im dzisiaj, tutaj, przy wspólnym stole pełnym przyjaciół. Spojrzałem na Selinę, potem na Bellonę i Aarona, by finalnie zatrzymać spojrzenie na Salome.
- Jak zwykle wybitna herbata, kuzynie. Na wróżnie z fusów jednak się nie pokuszę, nigdy nie posiadłem wiedzy na temat tego rzemiosła. - uniosłem lekko kącik ust, nawracając słowami, nie otwarcie, do przepowiedni małej Lysy. Podniosłem się z krzesła. - Odprowadzę cię, Salome. - zaproponowałem spokojnie, nie prosiłem, stwierdzałem fakt. Odprowadzę - o ile nie planujesz pozostać tutaj dłużej. Niezależnie od wyboru który podjęła opuściłem posiadłość kuzyna w dobrym humorze, witając z ulgą świeże powietrze. W jakiś sposób obiad pełen wrażeń, choć miły, był równie wykańczający.

|zt




I won't compromise. I won't live a life on my knees.
You think I am

nothing.

Powrót do góry Go down
 

Jadalnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

 Similar topics

-
» Jadalnia
» [P2] Jadalnia - Zebranie Kolczatki
» Jadalnia w zamku Bestii
» Jadalnia
» Jadalnia [Parter]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Przedmieścia :: Manor Road 4-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17