Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pracownia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pracownia   24.03.16 10:31

Pracownia

Do pracowni Cassandry nie ma wstępu każdy, mieści się w piwnicy nieopodal wejścia - aby zejść do środka, trzeba minąć jej trolla. Zwykle, kiedy nie można znaleźć Cassandry, zapewne jest tutaj.
W pracowni na niewielkim palenisku stoi niewielki żeliwny kociołek, raczej do podgrzewania eliksirów niż ich ważenia, Cassandra miała przyjaciółki, które tworzyły eliksiry o wiele sprawniej niż ona sama. Wnętrze oświetlają świece wetknięte w mało ozdobny świecznik stojący pośrodku stołu, na którym niemal zawsze widać pojedyncze kości lub preparaty z narządów powtykane w słoiki. Cassandra zajmuje się ich oczyszczaniem i dostarczaniem do Paliczków. Przy stole ustawiono krzesło i dziecięcy stołek.


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   01.06.16 10:56


24 grudnia


Pogoda nie sprzyjała spacerom, ale on sam nie wybrał się na obchód po nokturnie bez celu. Śnieg skrzypiał pod każdym jego krokiem, choć im dalej szedł tym bardziej zamieniał się w brudną papkę nie przypominającą ani błota, ani białego puchu. Kurz, brud, zastygła krew mieszały się ze spadającymi z nieba drobnymi płatkami, które osadzały się na jego szerokich ramionach. Tylko tam pozostawały białe i tylko na chwilę, nim nie rozpuściły się pod wpływem gorączki jego ciała, która przenikała przez ubranie. Schowany pod długim, ciemnym płaczem, który zakrywał mu też część twarzy znikał w tłumie równie szemranych typów co on sam, nikomu nie wchodząc w drogę i nie krocząc zbyt dumnie po miejscu, w które nawet męskie ego nigdy nie powinno ingerować zbyt jawnie. I szedł spokojnie i powoli, tuz przy wilgotnym murze tak długo, póki nie poczuł na sobie czyjegoś spojrzenia. W tym miejscu to zawsze było czymś w rodzaju znaku ostrzegawczego, więc zwolnił, a w końcu całkowicie się zatrzymał, aby nieco wyżej zadrzeć głowę i pozostawiając ją w cieniu kaptura rozejrzeć się dookoła. Szybko zorientował się do kogo należą dwa mętne kryształy, które przeczesywały wąską uliczkę. Skryte za stertą śmieci, niezbyt rzucające się w oczy, niezbyt zachęcające i intrygujące dla dorosłego czarodzieja. Ale ponieważ wiedział do kogo należą nie zignorował ich, a cofnął się i podszedł bliżej.
Kucnął tuż przed nią. Małą dziewczynką z potarganymi włosami, ubraną w niezbyt kolorowe i dziewczęce ubranka. Klęczała przy kałuży świeżo rozpuszczonego śniegu, stercie śmieci i bawiła się patykiem, ale przestała, gdy cień Mulcibera ją okrył szczelnie. Nic jednak nie powiedział, ona też się nie odezwała. Uniosła tylko na niego te swoje duże jelenie spojrzenie. Wyciągnął z kieszeni cukierka. Cytrynową landrynkę, taką samą którą sam miał w ustach i ssał leniwie. Dzieci lubią cukierki, szczególnie te którym daleko jest do pięknego świata szlacheckich dworków na obrzeżach Londynu. Dlatego gdy tylko włożyła go do buzi bez wahania wziął ją na ręce i ruszył dokładnie tam, dokąd początkowo zmierzał.
Nigdy nie lubił dzieci, nie miał z nimi styczności więc brakowało mu podejścia, choć pewnie wynikało to raczej z braku zainteresowania tym tematem. To jednak znał już dłuższą chwilę, nie było takie obce. Nie było też rozwydrzone i nieznośne, raczej ciche, zdystansowane, wychowane na tej brudnej ulicy, a nie w jedwabiach i atłasach przez co ich zachowanie wydawało się o wiele bardziej podobne, choć tak wiele ich różniło. Może właśnie dlatego ją tolerował, choć dla niego była bardziej małym zwierzakiem, maskotką niż dzieckiem, którego z zachowania wcale nie przypominała. Nie była irytująca, męcząca, a dojrzała jak na swój wiek. Zbyt dojrzała, zbyt szybko utraciła swoje dzieciństwo, ale jemu bynajmniej to nie przeszkadzało.
Wszedł do lecznicy bez zawahania, rozglądając się uważnie. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że Cassandry nie ma w zasięgu jego wzroku, więc musi być u siebie, ale niezbyt dokładnie się rozejrzał. Prawdopodobnie zawczasu wydał swój osąd, albo dziewczyna ukryła się gdzieś pod jego niezbyt uważnym spojrzeniem. Płaszcz zsunął się z dziecka, ale też tu, w jej domu, nie było potrzeby aby chronić ich przed wścibskim wzrokiem innych osób. Ruszył schodami w dół, wciąż trzymając małą Lysę na ręce, opierając ją sobie o biodro. Miała już sześć lat, nie była tak mała, jakby się wydawało, ale bez trudu utrzymał ją w ten sposób. Zatrzymał się dopiero na widok trolla, odwiecznego strażnika bram zatęchłego królestwa tych dwóch istot. Westchnął, ale mając córkę Cassandry na rękach nie mógł mu przeszkodzić. Być może wzięcie jej ze sobą leżało w interesie Mulcibera i przewidział taki obrót zdarzeń, a mając przy sobie taką kartę przetargową August nie mógł mu nic zrobić, choć istniał cień szansy, że wciąż go kojarzył. Lecz nawet jeśli, z pewnością go nie lubił, a stosunek Cassandry do mężczyzn wchłonął całkowicie, traktując każdego z nich jak wroga.
Minął go, czując w nozdrzach jego smród i czując na sobie jego niezadowolone spojrzenie, prawdopodobnie spowodowane swobodnością z jaką wszedł do środka i małą istota, którą trzymał i którą puścił dopiero, gdy znaleźli się w pracowni jej matki. W tym samym momencie przygryzł też landrynkę, stawiając dziecko na stołku, jakby tam było jej miejsce w tym koszmarnym domku dla lalek. Kłopot tkwił w tym, że i tu nie było Cassandry.
— Mama. Gdzie może być? — rzucił hasłowo, jakby podejrzewał u niej problem z komunikatywnością. Kucał i gryzł swojego cukierka tak samo jak ona, na co uśmiechnął się lekko, zastanawiając się czy go naśladowała, czy przedrzeźniała złośliwie. To drugie było bardziej prawdopodobne, zważywszy na charakterek mamusi.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   01.06.16 23:27

Nie przeżył. To nigdy nie było nic przyjemnego, stać nad człowiekiem, który wydawał ostatnie tchnienie, ale Cassandra przez lata praktyki zdążyła już na to zobojętnieć. Paskudne zaklęcie, mężczyzna stracił bardzo dużo krwi - ugodziło go gdzieś między żebra, przecinając materiał, wywołując silny krwotok i uszkadzając narządy. Jego twarz była blada, usta sine, Cassandra opuściła powieki na wybałuszone białka. Mężczyzna, który go tutaj przyniósł, będzie zawiedziony. Położyła przy jego boku starą szmatę, żeby wsiąkła w nią wciąż upływająca z niego krew, a następnie okryła ciało niegdyś z pewnością białym prześcieradłem - więcej już nic nie mogła zrobić. Jej dłoń powędrowała pod płachtę, do kieszeni szaty nieszczęśnika, jej palce natrafiły na trzy chłodne monety. Dwa sykle i knut, marna zapłata za trud, ale lepsza niż żadna; nie wierzyła, by przyjaciel, który go tutaj zostawił, kiedykolwiek po niego wrócił. Zwinnym ruchem różdżki oczyściła się z krwi, przez moment przyglądając się powiększającej się plamie na prześcieradle; krew przesiąkła przez pożółkły materiał. Niechętnie kopnęła miskę pod starą pryczą w taki sposób, by w razie potrzeby strużka krwi zaczęła skapywać do misy, nie na jej i tak brudną już drewnianą podłogę. Drgnęła, umarli milczeli, tymczasem ona wyraźnie słyszała kroki. Nie był to Umhra Umhra był o wiele cięższy i zwykle powarkiwał, kiedy się poruszał. Nie była to Lisa, Lisa była z kolei o wiele lżejsza. A jednak, z jakiegoś powodu troll nie zareagował.
W konsternacji obróciła się za siebie, wpatrując się w zamknięte drzwi lazaretu - czy właśnie zaskrzypiały drzwi piwnicy? Dzisiaj wigilia, a w ten dzień ponoć każdy dom winien być otwarty przed bardziej lub mniej proszonymi gośćmi. Wolnym krokiem, ostrożnie, uważając na to, aby nie została zauważona, Cassandra subtelnie wysunęła się przez drzwi lazaretu i pomknęła jak cień za tajemniczym jegomościem do swojej pracowni. Po drodze zerknęła spode łba na trolla - wydawał się spokojny. A nigdy spokojnym nie był, kiedy mijali go intruzi. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do jego nowego imienia, Lisa przechrzciła Augusta ledwie wczoraj na Umhrę.
Cassandra wystarczająco długo przetrwała na Nokturnie, żeby potrafiła dziś poruszać się niemal bezszelestnie, z kocią gracją; dobrze wiedziała, który ze schodków prowadzących w dół tej przytulnej piwnicy skrzypiał, a na którym mogła stanąć po cichu. Materiałowe pantofle pomagały jej stawiać kroki bez stukotu, dłonią uchwyciła materiał powłóczystej czarnej spódnicy. Biała koszula nie szeleściła, uważała na ruchy. Przystanęła u zejścia ze schodków, za mężczyzną, bez trudu rozpoznając w nim Ramseya - uważając, by pozostać w cieniu, a także by poza mroki nie wyszedł jej własny cień, który tak łatwo mógł ją zdradzić. Augusta... szlag, Umhrę! bez szwanku mijało wystarczająco niewiele osób, by rozpoznanie każdego z nich, nawet stojących jedynie tyłem, nie stanowiło dla niej większego problemu. Jej usta ułożyły się w wąską kreskę, kiedy usłyszała pytanie zadane jej córce. Ramsey nie miał podejścia do zwykłych dzieci, a co dopiero do Lisy - Lisy, która na pytanie o miejsce przebywania Cassandry, odpowiedziałaby zapewne tylko Ricie. Z pewnym zadowoleniem odnotowała również fakt, że źrenice córki nie uciekły od twarzy mężczyzny, choć zwrócona przodem do matki, z całą pewnością już ją dostrzegła. Ostrożność przede wszystkim, maleńka, dobrze pamiętasz tę lekcję. Łatwo było jej zapanować nad mimiką, kiedy przedrzeźniała gryzienie landrynki przez Ramseya. Rzadko jadła słodycze.
- Tracisz czujność, stary wilku - Odkryła w końcu przed nim swoja obecność. Lisa miała wizje, w których ludzi uosabiały zwierzęta; Ramsey był wilkiem, choć zapewne nawet o tym nie wiedział. Wypuściła z dłoni spódnicę, której materiał opadł lekko na kamienną podłogę piwnicy, kiedy obchodziła tę dwójkę. - Przyszedłeś nam złożyć świąteczne życzenia? - Stanęła za oparciem wolnego krzesła, wspierając na nim ramiona, na krótki moment przenosząc badawcze spojrzenie na Lisę. Wciąż w milczeniu gryzła landrynkę, wciąż tym samym gestem co Ramsey, niewątpliwie wykazując się wrodzoną - a może dopiero wyssaną z mlekiem matki - złośliwością. - Weszliście razem, czy Umhra cię polubił? - Imię, do którego sama jeszcze nie przywykła, musiało zabrzmieć obco, choć kontekst wciąż pozostawał oczywisty.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   02.06.16 12:21

Patrzył na Lysandrę przez cały ten czas, tak jak ona patrzyła na niego. Nie niecierpliwił się, nie gorączkował, nie wymagał od niej niczego, bo cóż mogłoby mu dać dziecko, szczególnie takie jak to? Skoro nie chciała udzielić mu informacji mógł jedynie czekać i ją obserwować, jak złośliwie go przedrzeźniała, będąc przez ten czas jego lustrzanym odbiciem. W ciemności rozjaśniającej przez blade światło z boku miała ciemniejsze oczy niż jej matka. Tak jak i on, bo jego wydawały się teraz całkiem czarne, choć przy dobrej pogodzie odznaczały się stalowoszarą barwą. Siedziała nieruchomo, mogąc go zaskoczyć w każdej chwili i najwyraźniej całą uwagę skierował na nią, nie chcąc stracić czujności. Była nieprzewidywalna, a udawanie nieszkodliwej i zobojętniałej na wszystko szło jej całkiem nieźle.
Cassandra za to pojawiła się niespodziewanie, choć była przecież wyczekiwana. Bezszelestnie zjawiła się za jego plecami, mogąc w jednej chwili barbarzyńsko poderżnąć mu gardło lub bardziej wyrachowanie wycelować w niego różdżką. Tylko po co? Nie była typem gwałtownej bestii, która porywała się w wirze emocji na wszystko, co jej się nie podobało. Podobna była do dzikiego kota, brudnego dachowca, który choć wyglądał mało okazale i zachęcająco miał o wiele lepiej wykształcony instynkt przetrwania od wszystkich rasowych sierściuchów, a życie nauczyło go radzić sobie w trudnych okolicznościach. Pozostawanie w tyle w masce chłodu i obojętności było jedną z tych niezwykłych umiejętności, które ułatwiały życie w takim miejscu jak Nokturn.
Lisa, jej córka, była więc jej najwierniejszym sojusznikiem, kiedy nawet w chwili, w której uświadomiła sobie obecność matki nie wydała jej. Może instynktownie, może całkiem świadomie wspierała jej przebiegłość, dzięki której górowała. Właśnie teraz, gdy zaskoczyła Mulcibera swoim przybyciem. Długo była z nimi? Długo im się przyglądała? Patrzył na dziewczynkę z potarganymi włosami jeszcze chwilę po tym, jak cichy głos Cassandry rozbrzmiał w pomieszczeniu. Patrzył na nią tak, jakby w jej oczach próbował ujrzeć jej odbicie, lecz bezskutecznie. Była smutna, nieszczęśliwa i jak na dziecko potwornie ponura, ale on nie był tu aby przynieść jej radość, nawet tym cukierkiem, chociaż miał ich w kieszeni jeszcze kilka. Dla takich jak one nie było już ratunku, bo brud przeniknął zbyt głęboko pod skórę, a straszliwości tego świata były zbyt przytłaczające dla wizjonerskiej duszy. I dla niego nie było ratunku, bo zbyt daleko zaszedł na swojej samotnej ścieżce.
Ostatni kawałek cukierka strzelił mu w zębach i w tej samej chwili odwrócił głowę nieco w bok, dając przynajmniej wrażenie, że jej nie lekceważy, wciąż tkwiąc do niej plecami.
— To niesamowite, jak otumaniające i zwodnicze bywa towarzystwo kobiet. Nawet tak młodych. Ale najwyraźniej ma doskonałą nauczycielkę, o czym zapomniałem — mruknął z nutą ironii, kierując swoje oczy znów na Lisę. Nie był w stanie wytłumaczyć się z postawionego zarzutu. Mała Lisa mogła wydawać się w jakiś sposób fascynująca, intrygująca i ciekawa, ale nie do tego stopnia, aby zapomniał o świecie, na Merlina! Wstał i wyprostował się całkowicie, ale tym razem jego zaskoczenie było widoczne w ściągniętych ku sobie brwiach i lekkiej konsternacji. Święta. Już dawno wyrzucił z głowy coś tak cudownego i radosnego. Z opowieści wiedział, jak powinno się je spędzać, jak wspólnie w gronie najbliższych celebrować te chwile, jak wytrwać przy stole przez dwa dni, chełpiąc się szczęściem i pomyślnością. Święta w jego głowie były więc tworem niepotrzebnym nie tylko dlatego, że nie miał czego i z kim dzielić.
— Pragnienie spędzenia z wami świąt nie dało mi spokoju, więc musiałem się tu pojawić. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że przez pośpiech zapomniałem prezentów. Mam dla Ciebie strojną suknię i szkatułkę ze złota, a dla małej Lisy psa. Liczę, że troll nie przerobi go na gulasz na dzień dobry. — W końcu stanął do niej przodem i zlustrował jej sylwetkę dość leniwie, jakby rozważał ile w tej kobiecie było z Cassandry, którą znał.
Musiał pomyśleć o dacie jaką mieli, stracił całkowicie rachubę czasu, ale to w gruncie rzeczy nie miało zbyt wielkiego znaczenia. Nie brał pod uwagę, aby miała marzenia tego pokroju. Suknia? Mogłaby ją spieniężyć, podobnie jak szkatułę. A Lisie o wiele bardziej przydałby się ojciec, ale to pozostawało zmartwieniem starszej Vablatsky.
— Jedyne czego mógłbym Ci życzyć to świętego spokoju, ale mogłabyś mnie wtedy wyrzucić — mruknął z fałszywym rozbawieniem i rozejrzał się po pracowni. Podszedł do osmolonego kociołka, z którego wciąż unosił się dziwny zapach, choć jego zawartość już dawno temu została opróżniona. Jakoś dopiero w chwili, w której Cass pojawiła się w swoim królewstwie mógł swobodnie się rozejrzeć. Nic tu się nie zmieniło. Ona też się nie zmieniła. Może jej oblicze wydawało się bardziej chłodne, a wzrok, który skrzyżowali na moment bardziej przeszywający. Tylko po jej córce było widać upływ czasu.
— Umhra?— spytał ze zdziwieniem, unosząc brwi wysoko, podobnie jak spojrzenie, które zatrzymał na wysokości twarzy kobiety. — Masz na myśli… trolla? Wymieniłaś go na nowszy model? — Z jakąś dziwną rezerwą spojrzał w stronę wejścia, chociaż był pewien, że to wciąż to samo stworzenie. Może rzeczywiście, święta ogłupiają, a jemu mieszało się w głowie. — Gdyby mnie polubił to byłaby dopiero gratka. Jeszcze postanowiłbym to jakoś wykorzystać... Właściwie zgarnąłem twoje dziecko z ulicy. Uznałem je za dobrą kartę przetargową na wejście . — Mam dziecko mogę wszystko. Przewrócił oczami. Nie mógł jej matkować, choć pewnie Nokturn nie był miejscem dla takiego dzieciaka, a większość kobiet zrugałoby ją za brak opieki. Jemu było to obojętne. Nie borykał się z zobowiązaniem tego typu, nie ciążyła mu na barkach żadna odpowiedzialność, z którą powinien się mierzyć każdego dnia. Może w innym życiu z innym charakterem i przeszłością pożałowałby trudnego losu Vablatskich i podziwiałby ledwie wiązany koniec z końcem. Dziś cierpiał na znieczulicę.
— Przyszedłem bo mi się nudziło. Pomyślałem, że pozawracam ci głowę, wysłucham o najnowszych ploteczkach z nokturnowego światka, napiję się herbaty, którą mi zaproponujesz — bez trucizny, a w końcu poproszę cię o przysługę. Zanim jednak odmówisz dajmy sobie trochę czasu, spędźmy kilka chwil wspólnie i daj mi zbudować dobry grunt. Ciężko znoszę odmowę— mruknął, uśmiechając się kącikowo i jak to on, podszedł do stołu, na którym leżały interesujące różności, których nie odważył się tknąć, choć z przyjemnością zaczął je oglądać.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   16.06.16 14:33

Jeśli był moment, w którym postronna osoba mogłaby się domyślać, że ta czarna kotka zdolna była zamienić się w lwicę, niewątpliwie był to moment, w którym Lisie mogłoby cokolwiek - lub ktokolwiek - grozić. Ramsey Mulciber był człowiekiem nieprzewidywalnym, takim, któremu zaufać całkowicie byłoby przejawem nieskończonej naiwności, lecz Cassandra wierzyła też, że Ramsey nie był głupi. Miała go za czarodzieja w swoim skurwysyństwie, które notabene nijak jej nie przeszkadzało, przebiegłego i inteligentnego -  w przeciwieństwie do większości drabów, z którymi układy zawierała na Nokturnie. Zwyczajowo stroszyła się, widząc swoją córkę sam na sam z mężczyznami jego pokroju, jednakże, zarówno on jak i uzdrowicielka z pewnością zdawali sobie sprawę z tego, że w tym miejscu, w tym momencie, w tej ciemnej piwnicy wypełnionej nieznakowanymi fiolkami, gdzie u szczytu prowadzącej do niej schodów wciąż przebywał jej wierny troll, miała nad nim wystarczająco dużą przewagę, by nie musieć się obawiać z jego strony żadnego... niepożądanego zachowania. Tacy jak ona nie ufali tak po prostu, raz opuściwszy gardę mogła już nigdy nie mieć okazji podnieść jej ponownie. Początkowo nie zareagowała na jego słowa, lecz minęła go z kocią gracją niemal się o niego ocierając, kiedy, wciąż stojąc plecami do niej, lekko odwrócił głowę. Każdy drapieżnik wie, jak skutecznie odwrócić uwagę od swojego małego, zwłaszcza ten pozornie niegroźny.
Usiadłszy już, splotła razem smukłe dłonie, wspierając łokcie o blat drewnianego stołu, kiedy pasmo kruczych włosów zsunęło się z wątłego ramienia, utkwiwszy spojrzenie na ubłoconej twarzy wielkookiej dziewczynki. Przez jej bladą twarz przemknęło coś na wzór na enigmatycznego uśmiechu.
- Dawno cię nie widziałam - rzuciła z roztargnieniem, dopiero teraz przenosząc zielone tęczówki na sylwetkę wciąż odwróconego tyłem do niej mężczyzny. Rzeczywiście, od listu, który jej wysłał, a na który odpisała tak opieszale, minęło nieco czasu. - Czujność, pamięć... coś jeszcze zaczęło ci przez ten okres szwankować? - Przeciągły, niski ton jej głosu pomimo wypowiadanych słów pozostawał naturalnie uprzejmy. Nic nie sprawiało jej równie radosnej satysfakcji, co podcinanie skrzydeł męskiemu ego. Zdawała się nie dostrzegać onej nuty ironii, w jej opinii wypowiedziane przez niego słowa były brutalnie prawdziwe, a jeśli o tym jeszcze nie wiedział - tym brutalniejszy będzie moment, w którym się o tym przekona. Właściwie, z jego słów odczytała raczej zawoalowany komplement, którego jednak nijak nie skwitowała; nigdy nie udawała skromnej, ale przymioty, jakie uważała za swoje atuty, trzymała zawsze jako zasłonięte karty.
Jego słowa skwitowała subtelnym uśmiechem pełnych ust; spotkali się - dwa bezdomne dachowce, Cassandra prawdopodobnie weźmie wieczorem Lisę na parapet, pokaże jej pierwszą gwiazdkę i poprosi o wypowiedzenie życzenia, które nawet niewyartykułowane dobrze zna i które będzie równie nierealne jak zawsze. Lysandra nie miała szczęśliwego dzieciństwa, podobnie jak jej matka nie miała szczęśliwego życia, ale sobie nawzajem dawały oparcie, które podparte melancholią dawało najpiękniejsze wspomnienia. Kątem oka zerknęła na Lisę, dziewczynka z podejrzliwością spode łba zerknęła na Mulcibera, najwyraźniej nie będąc pewną, czy wzmianka o psie była prawdziwa, czy nie. Włóczył się tu już kiedyś w pobliżu kudłaty pies, który wnet okazał się animagiem - i psów od tamtego dnia miały po uszy na całe życie.
- A karoca i diamentowa tiara? Wiesz dobrze, że nie zadawalam się byle czym. I ten pies, mam nadzieję, że rasowy- westchnęła teatralnie. Choć bynajmniej nie mówiła poważnie, ton jej głosu przyjął nutę prawie przekonującej przestrogi. - Wtedy przynajmniej istnieje szansa, że zamieni się w księcia. W kwestii Umhry pewności dać ci nie mogę, niestety czasem bywa bardzo... zazdrosny. - Dopiero teraz napotkała spojrzenie jego czarnych, błyszczących w cieniu oczu, równie nieprzeniknionych, co zawsze. Domyślała się, że było w nich równie wiele tajemnic, co w jej własnych, że Cassandry, którą znał, było równie wiele i niewiele zarazem, co Ramseya, którego znała ona. Dumnie uniesiona broda, proste plecy, pewność w ruchach; w swoim zamku z błota też była królową. Obserwowała uważnie jego ruchy, kiedy podchodził do pustego już kociołka, z którego ledwie przed godziną wyjęła wygotowaną psią czaszkę. Na jej twarzy wciąż malował się spokój. - Życzyć kłopotów nie wypada - przytaknęła jego słowom, już wyraźniej rozbawiona, bo i ona wyrzucać go wcale nie chciała. - Milcz więc, wypijemy toast za siebie nawzajem. - Świąteczny, a może noworoczny, bez różnicy. Skinęła głową na córkę. - Przynieś wino, kochanie. Druga półka, trzecia butelka od lewej strony. - Lisa wciąż nie potrafiła czytać, a nawet gdyby, większość butelek w domu Cassandry była nieoznakowana. Uzdrowicielka przez moment przyglądała się, jak jej córka posłusznie, choć nieco niezgrabnie, co wciąż było naturalne dla jej młodego wieku, zeskakuje ze stołka i pędzi na wyższy ku schodkom. Kiedy zniknęła, kobieta przeniosła znaczący wzrok na gościa. Zwolniło się miejsce przy stole.
- Och, oczywiście, że nie - zaprzeczyła natychmiast, zupełnie jakby stwierdzała najoczywistszą oczywistość. Troll był jej tak wierny, że nigdy i za nic nie wymieniłaby go na innego. Imię jednak sprawiało wiele problemów, również i jej, wpierw wywróciła oczyma, zastanawiając się, jak pokrótce przedstawić całą historię, kiedy wtem z piętra rozległ się cichy pomruk bestii; umhrraaah. Cassandra uniosła palec wskazujący, chcąc nakazać Ramseyowi czujność i syknęła, żeby go uciszyć - Słyszałeś? - dopytała, kiedy pomruk ucichł, troll Cassandry zwykle był milczący. -  Lisa próbowała go nauczyć mówić - westchnęła. - Zaparła się, że podoła, i... to chyba miało być umrzesz, wyjątkowo mu się spodobało to słowo, teraz w kółko je powtarza. A przynajmniej próbuje    - dodała z dezaprobatą, bo do prawidłowej artykulacji jeszcze trochę mu brakowało, zapewne nie tylko umiejętności, ale i narządów w krtani. - Więc mała się zaparła, że trzeba tak na niego mówić, bo inaczej będzie mu przykro. - Wzruszyła ramionami, jako matka nie próbowała już analizować logiki myślenia sześciolatki, choć z jakiegoś powodu podejrzewała, że wcale nie była daleka od logiki myślenia trolla, zwłaszcza takiego, który na swój sposób ją wychował.  - I teraz mamy Umhrę. - Ot i cała historia, troll rzeczywiście zaskakująco szybko zaczął reagować na swoje nowe imię, choć Cassandrę zastanawiało, czy tak samo zareagowałby, gdyby ktoś inny odezwał się w ten sposób do trolla. Jeśli ten pojmował sens owego słowa (a prawdopodobnie nie), mogłoby się to skończyć... różnie, ale czarownica nie chciała prosić o ten test Ramseya. Kiedy jednak wspomniał o Lisie, zmarszczyła czarną brew nad zabarwioną fioletem powieką. - Gdzie była? - zapytała po raz pierwszy w tej rozmowie tonem głosu, w którym coś drgnęło, jakaś wrażliwa nuta. Wysłała Lisę do apteki, ale prosiła ją przecież, żeby wróciła prosto do domu. Tymczasem nigdzie nie widziała specyfików od Mulpeppera; dotąd była przekonana, że mała jeszcze nie wyszła z lecznicy, a zajęta trudnym pacjentem nie była w stanie mieć na nią oko.
- Bez trucizny? - powtórzyła za nim z czymś w rodzaju zawodu. - Lisa - odezwała się stanowczo, słysząc tupot małych stóp na górnych schodkach prowadzących do piwnicy. - Weź czwartą od lewej butelkę, nie trzecią. I kieliszki. - Oparła się na krześle wygodniej, wznosząc spojrzenie ku twarzy Mulcibera, który stanął nad stołem, nad nią, po czym ze zrezygnowaniem przeniosła wzrok na leżące przed nim zawiniątko, w którym ukryte były ludzkie paliczki. Domyślała się, że nie przyszedł bezinteresownie, nie domyślała się jednak, jaki mógł mieć do niej interes. Czy ją to ciekawiło? Nie, wcale. Cassandra unikała kłopotów, a cała ta zapowiedź brzmiała jak jeden wielki kłopot i nic ponadto. Jej gość w swoim monologu nie dał jej jednak dojść do słowa wcześniej i odmówić, zanim przedstawił cały swój plan na dzisiejszą rozmowę, wysłuchała go więc do końca - niechętnie stukając opuszkami smukłej dłoni o blat starego stołu. Niech ci będzie, Mulciber.
- Manfred - zaczęła więc. Od plotek. Manfred był zabijaką znanym w większości spelun w tej części miasta, nikt mu się nie równał w walce na nagie pięści. - Oślepł całkowicie. Wyobraź sobie, był u mnie razem z żoną przed tygodniem, wykończyła go małżeństwa sprzeczka. Jego małżonka, Brenda, wbiła mu w prawe oko widelec w trakcie kłótni nad za słoną zupą. Bardzo się o niego martwiła, ale - niestety - nie udało mi się uratować jego wzroku. Przykre, ale wygląda na to, że będziemy musieli odnaleźć nowego mistrza. - Chciałeś plotek, to masz, wino zamiast herbaty zaraz przyjdzie. A teraz buduj ten dobry grunt, bo nie będzie ci łatwo.
Skrzyżowała ręce na piersi.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   02.07.16 1:10

Najbardziej ze wszystkiego nie lubił bezsensu, bo zwykle działania nie mające żadnego uzasadnienia — nie musiało być wcale racjonalne — były nieopłacalne. Nie porywał się więc na rzeczy, które nie przynosiły mu albo korzyści albo przyjemności, bo utrata energii w jego przypadku była równie irytująca jak marnowanie czasu. Skrzywdzenie dziecka, które wziął ze sobą z nokturnowego zaułka mijało się z celem, bo nic by w ten sposób nie osiągnął i jedynym powodem, dla którego nie zawahałby się ją wykorzystać była Cassandra. I oboje o tym wiedzieli. On doskonale zdawał sobie sprawę, że była jej słabym punktem i mimo braku elementu zaskoczenia w wyborze miejsca, w które ukłuje — skorzystałby z tego. Nawet jeśli nie przy pierwszej okazji. Ona za to musiała się liczyć z tym, że gdyby ich relacja gwałtownie uległa zmianie sięgnąłby właśnie po nią. Po małą Lysę.
Tylko po co?
Im dłużej ją obserwował tym bardziej wydawała się interesująca. Naszły go nawet myśli, że z czasem mogliby się dogadać, bo przecież nie była zwyczajnym dzieckiem. Nokturn był jej domem, a to od razu czynił ją inną, odstająca od normy. Byłaby przecież prześliczną dziewczynką, gdyby tylko ją umyć i odziać w słodkie stroje. Skradłaby serce niejednej damie. Jednak szybko zdał sobie sprawę, że nie potrafiłby rozmawiać z dziećmi. Nie tylko tym konkretnym, a w ogóle. Przed nim tkwił obraz nędzy i rozpaczy, którego wcale mu nie było żal. Wręcz przeciwnie. Uśmiechał się w duchu na myśl, że ciężkie warunki i dość jasna w przekazie szkoła jej matki uczyni ją silną i potężną. Musiała tylko… przeżyć, do tego czasu.
Cassandra skutecznie odwróciła jego uwagę, choć nie od razu. Emanował spokojem, który wraz z jego wzrokiem podążył w kierunku stołu.
— Poczucie humoru, jak sądzę — mruknął w odpowiedzi nieco żywszym tonem niż wskazywała na to jego obojętna mina. Jej drobna uszczypliwość była dla niego niczym miód na serce. Tego się spodziewał i tego oczekiwał, w końcu znał ją na tyle dobrze, że pojmował jej podejście do płci przeciwnej i siebie nie traktował jako wyjąteku. Im większą złośliwością się wykaże tym spokojniej się będzie czuł.
Uważnie rozejrzał się po miejscu, w którym byli, lecz należało to do jego stałych rytuałów. Poznawał przestrzeń, w którą wchodził, aby w razie zagrożenia, czy niespodzianki znać jego słabe i mocne strony. Przemknął spojrzeniem po licznych fiolkach, a później pojedynczych butelkach, by spocząć na słoikach z formaliną i różnymi obrzydliwymi częściami ciała, które się w nich znajdowały. W jakiś dziwny sposób jednak nie odrzucało go to wcale, tak jak nie mierził go zapach i widok krwi, czy rozkładających się tkanek. To miejsce pasowało do Cassandry, wiele mówiło o niej, a ona wiele o nim. Sam czułby się tu jak w domu, gdyby tylko miał, gdzie rozłożyć książki. Teraz chciał wyciągać wnioski, lecz zapach jodyny zmieszany z zapachem jej ciała skutecznie go rozpraszał. Tego zmysłu nie mógł oszukać ani wyłączyć.
— Czeka na zewnątrz — powiedział otwarcie i zbyt poważnie, pomimo iż jej słowa wydawały się mieć żartobliwy, kpiący wydźwięk. Ze zmarszczonymi brwiami wciąż skupiał się na wszystkim dookoła, jej samej dość pobieżnie, lecz zasługiwała na wiele więcej uwagi. — Ale obawiam się, że pantofelki okażą się zbyt małe na twoje stopy. Mimo, że są tak drobne.
Od razu wyczuł na sobie spojrzenie małej Lysy i również kątem oka rzucił w jej stronę. Tak przezornie, bez żadnej obawy, czy dystansu. Gdyby postanowiła napluć mu na buty, albo ugryźć rozgniewałaby go, marnując cały wieczór, który chciał spędzić z Cassandrą. Nie zamierzał jej więc do tego prowokować ani uszczęśliwiać na siłę, bo przecież rosła z niej mała feministyczna zdzira, która w przyszłości rozłoży mężczyzn na łopatki. A próbując w jakikolwiek sposób zyskać jej przychylność wyszedłby na głupca, który odwala niezwykłe szopki jak to czynią zalotnicy wobec ich matek. Był na to za dumny, a jego znajomość z Cass trwała zbyt długo, by postanowił się w to bawić. Bycie zalotnikiem, oczywiście.
Przystanął przy stole i uniósł rękę powoli, w mozolnym geście przeczesując włosy palcami. Kaptur płaszcza zmierzwił je, a i bez tego, wraz z zwiększającą się długością coraz to niesforniej się układały.
— Myślałem, że… Umhra jest księciem. Jedynym dopuszczonym do kamiennego zamku, w którego murach szukacie schronienia. Poza tym… zazdrosny?— Uniósł brwi, powstrzymując się przed dalszym komentarzem. Mógłby jedynie dodać, że nie ma powodu, poza tym jest t r o l l e m, ale miał przeczucie, że odpowie mu, iż on sam jest jednym z nielicznych mężczyzn, którzy tu dotarli. Do tego miejsca. Do cichego zakątka, bezpiecznej komórki, w której znały każdy zakamarek. Przemknęły się obok Umhry.
Toast! Dlaczego na myśl mu przyszła więc jakaś odurzająca esencja, którą z przyjemnością by go potraktowała? Jego myśli były już zboczeniem, ale nie mógł nic na to poradzić. Ostrożnie na nią spojrzał, a wyraz twarzy mu złagodniał. Nie był już tak ponury jak chwilę wcześniej i to nie wzmianka o alkoholu sprawiła, że się uspokoił. Powodził wzrokiem za małą dziewczynką, która zsunęła się z krzesła i zdjął płaszcz, bo zamierzał zająć jej chwilę, skoro już wiadome było, że mimo iż był niezapowiedzianym gościem — nie nieproszonym. Na razie.
— Och — mruknął i zaciągnął się powietrzem. Ciekawa etymologia imienia. Wciąż patrzył w tamtym kierunku, jakby obstawiał szansę, że potwór stanie natychmiast w drzwiach. Wolał jednak nie myśleć, że słowo, które tak przypadło mu do gustu miało głębsze znaczenie dla niego, bo było złą wróżbą w obecności Mulcibera. A on sam nie chciał skończyć jako pomyje w garze.
Przewiesił ciężki materiał przez oparcie i dopiero po chwili z cichym skrzpnięciem odsunął krzesło, by zająć miejsce naprzeciwko Cassandry. Powoli uniósł na nią wzrok i skrzyżował spojrzenie. Fakt, że nie mrugała przyprawił go o wrażenie, że poddaje go takiej samej analizie jak on ją, doszukując się w jej oczach czegoś… nowego. Nie wiedział, czy brak był czymś dobrym, czy wręcz przeciwnie. Choćby nie wiadomo jak długo ją znał nigdy nie będzie w stanie z pewnością stwierdzić, że zna ją na wylot. Wydawała się niezmienna, ale była zbyt mądra, aby pozostać przejrzaną i zapamiętaną. Widział dziwny rodzaj przygnębienia w jej oczach. Taki, z którym człowiek się godzi i żyje z nim dumnie jak z brzmieniem, które będzie dźwigać. I choć nie umiał w głowie przywołać jej uśmiechu, pomimo tych wszystkich lat, właśnie teraz zaskoczył się myślą, że pewnie byłaby piękną kobietą, gdyby jej twarz rozpromieniły wygięte w radości usta.
Zerknął na jej długie, ciemne włosy, które opadały na ramiona, a później na ułożone wzdłuż blatu dłonie. Szczupłe, blade palce, zakończone długimi paznokciami. To nie miało znaczenia. A jednak w jej przypadku nawet to mogłoby stać się narzędziem do ataku bądź obrony. A może w ten sposób głaskała Lisę do snu? Może lekko przeczesywała jej długie, potargane włosy...
— W zaułku, koło komisu — odpowiedział po chwili, wytrącony z lekkiego letargu. Szybko jednak powrócił do chwili, w której poczuł na sobie czyjś lepki i bezczelny wzrok. Dostrzegł też jakąś zmianę na jej młodej, pociągłej twarzy. Przechylił nieco głowę. Cassandra rzadko zdradzała jakiekolwiek emocje, dobrze się maskowała, więc każde drgnięcie jej warg, czy ledwie zauważalne ściągnięcie brwi było dla niego interesujące.
Zastukał palcami na zmianę w blat i wciągnął lekko powietrze w płuca.
— Jak drapieżnik na polowaniu. Cicho, nieruchomo. Tkwiąc w błotnistej kałuży rozpuszczonego śniegu. Mogłabyś być z niej dumna, ledwie ją zauważyłem. — Nie próbował wzbudzać w niej poczucia winy tymi słowami. Nakreślał jasno i konkretnie sytuację dziecka, które miało dużo szczęścia w swoim krótkim życiu. Nie śmiałby posunąć się dalej w swoich rozważaniach. — Sądzisz, że teraz wypiję ten toast? Mimo wszystko?— spytał z niedowierzaniem, unosząc brwi i odsunął się od stołu, opierając wygodnie na krześle, które zaskrzypiało. Stare drewno dało o sobie znać, a Mulciber dostał ostrzeżenie, że jeśli będzie się wiercił zbyt gwałtownie to wyląduje na podłodze. — Tak będziesz spędzać święta z małą? Tak miało być wskazaniem na to wszystko. Lecznicę, chorych, Nokturn. Gdzie miałyby się jednak podziać? Nie było w tym nic podchwytliwego, lecz Vablatsky jednak nie zapomniała o świętach. Nie było więc lepszej okazji, by z ciekawości spytać: jak chciałaby, żeby to wyglądało. Jemu było wszystko jedno. Chyba.
Jej dalszych słów słuchał dość pobieżnie, bo choć jego uwaga była skierowana na nią, a drugim uchem nasłuchiwał powrotu Lisy, ewentualnie przykrej groźby „umrzesz” w wykonaniu niezwykle elokwentnego trolla. Usłyszawszy co drugie słowo skomponował sobie całość plotki, a ponieważ znał jako tako temat (Mulciber naczelna plotkara), postanowił go rozwinąć:
— Brenda była widziana ostatnio u trucicielki za rogiem, więc może Manfred zwęszył pismo nosem i nie zamierzał zjadać zupy — odpowiedział leniwym tonem. Gdzieś przypadkiem słyszał kilka słów na temat żony Manfreda, o której wypowiadano się niezbyt pochlebnie, szczególnie w obliczu innych plotek o jego sympatyzowaniu z małymi chłopcami. Całokształt brzmiał mało optymistycznie.— Może widelec miał być tylko przykrywką. Gość od dawna może nie żyć Co takiemu po wzroku — westchnął, jakby rzeczywiście mu było go żal i ponownie spojrzał na Cassandrę. Chciał z nią poruszyć dość drażliwy temat, ale jeśli okaże się zbyt mało subtelny — Ramsey subtelny? — nie osiągnie tego, na co liczył. Kwestia jej jasnowidzenia i sposobu w jaki to wszystko przechodziła była kiepskim tematem do rozmowy, a prośba, aby dobrowolnie poddała się testom, w którym będzie musiała to znosić brzmiała raczej kiepsko.
Uśmiechnął się, jakby nagle uwierzył, że to mu w czymkolwiek pomoże. Tupot małych stóp roznosił się po pomieszczeniach. Po chwili dało się też słyszeć brzdęk szkła turlającego się po podłodze.
— Twoje doświadczenia we wróżbiarstwie i odczytywaniu przyszłości okazałyby się bardzo pomocne w nowym projekcie— zaczął bez ogródek, dość szybko i znów nachylił się nad blatem, jakby chciał przejść w jakiś konspiracyjny szept.— Wiesz, w poszukiwaniu sposobu aby to kontrolować. Czyli móc patrzeć w przyszłość w dowolnym momencie. A może i przeszłość. Nauczyć się kontrolowania czasu. Ale muszę mieć jeszcze jednego jasnowidza. Tylko nie odmawiaj — wypalił i zacisnął wargi. Sięgnął do kieszeni płaszcza, próbując w jej odmętach coś znaleźć. I kiedy udało się, obrócił w rękach papierośnicę. Zamierzał zapalić i nakarmić nikotynowy głód. — Słyszałaś, że Amelia Hopkirk trafiła do Tower? Niebywałe.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   11.07.16 16:02

Było oczywistym, że nie ufała mu do końca – Cassandra była jak kocica, niezależna, chodząca własnymi ścieżkami, nieprzywiązująca się do ludzi, ale jak o nic troszcząca o swoje dzieci. Mała Lysandra była całym jej światem i prędzej podłożyłaby własne gardlo pod wyciągnięty nóż, niż dałaby skrzywdzić swoją córkę – gdyby to tylko było takie proste, skazanie jej samej na śmierć oznaczało też śmierć Lisy, a przynajmniej znacznie zwiększało na nią szansę. Dlatego też -  jak kot obserwujący podejrzanego drapieżnika - w milczeniu przyglądała się Ramseyowi wciąż patrzącego na Lisę, w napiętym zniecierpliwieniu oczekując, aż przeniesie uwagę na nią. Gdyby była rozsądniejsza, być może nigdy nie zdradzałaby światu, jak wiele znaczy dla niej to dziecko z niechcianego ojca - być może, bo przecież z tej samej przyczyny Lisa była bezpieczna. Cassandra była uzdrowicielką na Nokturnie, na ten moment jedyną. Gdyby zabrakło tutaj jej - spora część okolicznych drabów miałaby naprawdę duży problem. Zakażenia, czarna magia, pobicia, typowe codzienne zwady tych ludzi wymagały fachowej opieki. Dlatego Lisa na ulicy była bezpieczna, kiedy każdy wiedział, że jest to jej dziecko. Dlatego, gdyby zaczęła krzyczeć, Ramsey nie wyszedłby z tej ulicy żywy.
A przynajmniej w to wierzyła.
Nie lubiła robić sobie wrogów, wolała szukać przyjaciół, zwłaszcza wśród ludzi takich jak Mulciber, których samo pojawienie się może wywołać trwogę. Miała o nim jak najgorsze zdanie – a to oznaczało, że chciała go trzymać jak najbliżej. Uśmiechnęła się wdzięcznie na jego zgrabną odpowiedź, ani nie zrażona, ani nie speszona, wciąż błądząc spojrzeniem szmaragdowych tęczówek po jego kamiennej twarzy. Aura spokoju sprawiała, że wyglądał na jeszcze bardziej niebezpiecznego – każdy wie, że tylko małe psy szczekają głośno.
- Powiedziałabym, że to akurat niewielka strata – odparła nieco bardziej przychylnym tonem, zadowolona, że podjął tę grę. - Poczucia humoru nigdy nie miałeś. – Jej wzrok cały czas podążał za nim, jak wzrok pantery, do jamy której wdarł się intruz, na którego ta polować nie chciała. Patrzyła uważnie, jak błądził spojrzeniem, jak odnajdywał się w pomieszczeniu i obwąchiwał znany teren na nowo. Rejestrowała każde poruszenie jego ciała, jakby gotowa do skoku w przypadku poruszenia zbyt nagłego, zbyt nieoczekiwanego - właściwie instynktownie, właściwie bezwiednie. Wierzyła, że nic jej nie groziło, lecz gdzieś na poziomie podświadomym nie była w stanie wyzbyć się wyuczonych na Nokturnie zupełnie naturalnych odruchów, które równie skutecznie wszczepiała Lisie, a które równie naturalnie przychodziły Ramseyowi. Rozglądał się po pomieszczeniu jak ogar węszący zwierzynę, wiecznie czujny wilk nasłuchujący niespodziewanego – robił wrażenie.
- Suknia dla mnie, a pantofle dla Lisy? Pomyliły ci się miary, Ramsey, wierzę, że następnym razem naprostujesz tę karygodną pomyłkę i sprawisz odpowiednie prezenty nam obu. Nie chciałbyś zostać przez nas zapamiętany jako mężczyzna pozbawiony dobrych manier. Prawda, królewno? – zwróciła się do Lisy, chcąc przejąć jej spojrzenie, na wypadek, gdyby mała coś kombinowała; nie, ona też nie chciała psuć sobie tego wieczoru – a wiedziała, że dziewczynka miała jeszcze w sobie za mało dystansu, żeby zrozumieć podobne żarty i nie wziąć ich do siebie. Zbyt mocno.
Kątem oka zerknęła na mężczyznę, który w tym momencie zbliżył się do stołu.
- Ależ skąd, on jest królem tego zamku – odparła kategorycznie, trochę jakby podkreślała rzecz najoczywistszą; książę mógł być młody, przystojny i szalony, Umhra był brzydki, budził respekt, a drżało przed nim wielu – dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że brzmiało to nieco jak Ramsey –  zdecydowanie bardziej pasowało do niego określenie króla. Oznaczałoby to, co prawda, że Umhra rządzi również całym tym królestwem, ale prawdą nie od dziś wiadomą było, że światem rządzą mężczyźni, ale nimi - kobiety. Uwagę o zazdrości skwitowała jedynie niewinnym uśmiechem, prowokowała, Umhra nie lubił nie tylko mężczyzn – nie lubił nikogo - choć miał zdecydowanie więcej przyjaciółek niż przyjaciół. Troll słuchał poleceń wydawanych przez trzy kobiety i żadnego mężczyznę, siłą rzeczy był do nich bardziej uprzedzony. Cassandra wielokrotnie zapierała się również, że to właśnie Umhra był mężczyzną jej życia: mówiącym stosunkowo mało, nieszczególnie ruszającym się z miejsca, nieplączącym się bez sensu pod nogami, nigdy pijanym, zawsze wiernym i niesamowicie oddanym. A do tego, co najważniejsze, silnym. Słoiki, co prawda, otwierał wyłącznie stukając nimi o podłogę tak długo, aż szkło pękło, nie był najlepszym rozmówcą i wbrew zdarzającym się insynuacjom, których swoją drogą wcale nie dementowała, nie sypiała z trollem – ale uzdrowicielka była już dość duża, by zaakceptować ten dość przykry fakt, że ideały nie istnieją. Nawet, jeśli ten tutaj mógłby się o niego otrzeć, jak przyznała w myślach, wodząc spojrzeniem wzdłuż linii jego ramion, kiedy ściągał z nich chroniący przed grudniowym mrozem płaszcz. W milczeniu sprzątnęła stół - aktualnie nie było na nim miejsca, żeby postawić kielichy. Przełożyła płonącą świecę bardziej na bok, uchwyciła zawiniątko ze świeżo oprawionymi kośćmi w dłonie, niedelikatnie przerzucając je na podłogę pod stolikiem. Zmarszczyła brwi, wsłuchując się w dalsze słowa Ramseya, badawczo przenosząc wzrok na schody, u szczytu których zniknęła już jej córka. Jego słowa... właściwie ją uspokajały, wyobraźnią widziała obrazek, który przed nią malował: małą, niepozorną, właściwie niewidoczną dziewczynkę, która ucieknie pamięci wcześniej, niż ta ją odnotuje. Bardzo dobrze, kochanie.
- Jestem pod wrażeniem, że nie wydrapała ci oczu, kiedy ją zabrałeś – rzuciła jako szczerą, luźną myśl, samej się nad tym zastanawiając. Lisa dobrze znała relacje matki z innymi, musiała mu zaufać, a Cassandra nie mogła się zdecydować, czy odebrać to raczej jako osiągnięcie Ramseya czy raczej jako głupotę córki. Nie powinna była dać mu się tak łatwo podejść - ale miała tylko sześć lat. Słyszała jej kroki stawiane na kolejnych schodkach zejścia do piwnicy.
- Ramsey, nie obrażaj się jak baba – poprosiła lekko zniecierpliwionym tonem, kiedy szkło odstawiane przez dziewczynkę brzdęknęło o stół, a czarownica wyjęła butelkę spod pachy małej, zanim ta spadła na podłogę. Jeden z kieliszków był lekko uszczerbiony, zapewne stąd poprzednio słyszany hałas. Cassandra nic nie powiedziała, nie mogła winić sześciolatki za niezdarność. - Boisz się, że otruje cię mała dziewczynka i samotna matka? Zresztą, po pierwsze, gdybym naprawdę chciała cię zabić, byłbyś już martwy. – Bez chwili zawahania wręczyła mu butelkę, aby czynił honory. – Po drugie, lubisz ryzyko. Mam nadzieję, że radzisz sobie z otwieraniem wina lepiej niż mój troll – dodała, najwyraźniej uznając temat wzniesienia toastu za rozwiązany i zamknięty.
- Nie, oczywiście, że nie tak – zapewniła go od razu, chwytając w prawą dłoń krwisty kryształ zawieszony na szyi, żeby pobawić się nim smukłymi palcami. – Wynajęłam statek wycieczkowy, mamy w planach wypłynąć w rejs do Nowego Świata, ja, Lisa i Umhra, płyniemy we trójkę. Zawsze chciałam zobaczyć Amerykę, skorzystam z niepowtarzalnej okazji ujrzenia na własne oczy tych wszystkich cudów, o których tyle się mówi. – Zatrzymała krytyczne spojrzenie na jego twarzy, choć melodia jej głosu nie zmieniła się nawet o pół tonu. Oczywiście, że spędzi święta tak, jak inaczej miałaby? Nie była uzdrowicielką z powołania, wszystko to, co robiła na Nokturnie, robiła tylko po to, żeby przeżyć – jeśli już musiała się upadlać, to mimo wszystko lepiej było handlować cudzym ciałem niż własnym, nawet jeśli to ciało miało być martwe. Była silna – więc nigdy nie musiała przed sobą udawać, że znalazła się w lepszym położeniu, niż przedstawiała to rzeczywistość. - A ty? Co masz zamiar robić? Może wybierasz się do rodziny? - Której? – Spójrz na mnie, naprawdę sądzisz, że kocham to miejsce? – dodała, wciąż patrząc w jego nieprzenikliwe, drapieżnie błyszczące w półmroku oczy.
- Och – jej źrenice lekko się powiększyły, kiedy wspomniał o trucicielce, tym razem nieszczęśliwie się nie zgadały z Ritą – naprawdę nie wiedziała, że Brenda odwiedziła również jej drogą przyjaciółkę. –  A jeśli to tylko krzywdzące plotki? Przyszła do mnie razem z Manfredem, była taka zatroskana, czy uratuję to oko… – zamyśliła się, nawet nie zauważając, że wymsknęła jej się liczba pojedyncza, kiedy wspominała o całkowitej utracie wzroku; cóż, mieli z Manfredem pewne niewyrównane rachunki. Gdyby tylko wiedziała o ich konflikcie, porozmawiałaby na ten temat z Brendą dużo wcześniej. – Ludzie bywają tacy zakłamani – westchnęła z żalem, współdzieląc jego zatroskany ton. Wypuściła z palców trzymany kryształ i wspierając brodę na drobnej, bladej dłoni. – Tak czy inaczej tytuł mistrza się zwolnił, nie będziesz kandydować? – Nie zastanawiając się nad tym, czy Ramsey w ogóle interesował się bójkami na pięści, zmierzyła go oceniającym spojrzeniem, rozmyślając, na ile poradziłby sobie w podobnych walkach; przypuszczała, że gdyby tylko chciał, dałby sobie radę całkiem nieźle, może nawet bardzo dobrze. Kiedy jeszcze pracowała w Mantykorze i zajmowała się opatrywaniem ran po nielegalnych pojedynkach – wciąż czasem robi to dorywczo - zawsze bawił ją widok tłukących się mężczyzn. Wyglądali jak jelenie na rykowisku przepychające się rozbuchanym ego jak przerośniętym porożem.
Lecz kiedy Ramsey zaczął drażliwy temat, Cassandra spoważniała. Odsunęła się lekko od stołu, sadowiąc się wygodniej w oparciu krzesła, nie odejmując wzroku od niezaproszonego gościa, zastanawiając się, czy właśnie nie stał się tym nieproszonym. Kiedyś uciekała – uciekała co sił, gnała jak sarna przez las, nie chcąc zetknąć się ze straszliwym losem. Uciekała od snów, wizji, majaków, uciekała od dziedzictwa, którego nijak nie mogła wyplewić z krwi. Traciła nad sobą kontrolę – poddana straszliwym czarnym wizjom, na które nie mogła ani nie potrafiła zamknąć oczu. Odwróciła wzrok na bok, wyniosłość wyraźniej zarysowała się na jej twarzy zupełnie jakby wierzyła, że niedostępność ją przed tym obroni. Tak było kiedyś – lecz czy teraz nie próbowała zapanować nad swoim darem? Czy nie zdecydowała się wreszcie wyjść mu naprzeciw i sprawić, że wreszcie to ona zawładnie nim, a nie on nią?
Ale czy była na to gotowa? Prosił, żeby mu nie odmówiła, więc milczała jak grób.
- Przeszłość, przyszłość, czas… – zaczęła w końcu grobowym głosem. – Powiedz, Ramsey, dlaczego ludziom tak bardzo zależy, żeby nauczyć się go kontrolować? Przecież my dwoje jak nikt inny wiemy, że fatum nie da się odmienić. – Więc po co ci to? – Nie da się na nie przygotować – Miała tyle mrocznych wizji, lecz ani jednej nie była w stanie zapobiec. – Rzeka płynie, my w niej, a nurtu kijem nie odwrócisz. Zakładam, że widzisz w tym jakikolwiek cel? – Jej twarz ani drgnęła, kiedy wspomniał o Amelii Hopkirk. – Wiem, końcem października – odpowiedziała bez emocji. – Minęłyśmy się na schodach. – Myślami była na tyle daleko, że nawet nie skrzywiła się na przypomnienie swojej odsiadki. Do Ramseya nawet jej to pasowało: próbować złapać kontrolę nad czymś, nad czym kontroli mieć się nie dało. Ale był silny – niewiele rzeczy mogło wzbudzić u niego lęk, niewiele też zdawało się istnieć rzeczy, które mogły go przerosnąć. Ale może on nie miał się czego bać, ona miała dziecko.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   18.07.16 15:00

Emanował spokojem nie dlatego, że nie czuł żadnego zagrożenia. Najmniej obawiał się wielkich bandytów, czy czarodziejów broniących porządku, którzy jasno wyrażali swoje poglądy, jak również i plany. Stawał się czujniejszy przy tych, którzy oferowali mu przyjaźń i byli wobec niego życzliwi, a najbardziej czujny był przy kobietach. Były zwodnicze. Zdradzieckie. Kusiły spojrzeniem, kokietowały uśmiechem, nęciły przypadkowym dotykiem, a ich zapach wodził wnikał w jego umysł tak bardzo, że z czasem odnosił wrażenie, że nawet jego ubranie jest nim przesiąknięte. Wydawały się niepozorne i niegroźne, ale każdy czarodziej, który uważał je za gorsze i niewarte uwagi był głupcem, bowiem to właśnie one korzystały z najbardziej diabelskich sztuczek manipulacji. Ich atak był najczęściej niespodziewany — nie licząc rozhisteryzowanych arystokratek. A on był tylko mężczyzną. Nie nieomylnym, nie pozbawionym instynktów i potrzeb.
Cassandra, ta od przepowiedni, źródło nieszczęścia. Była dla niego sojusznikiem, lecz takim, na którego należało mieć oko. Nie mógł być pewien, że źle odczytawszy jego intencje nie otruje go dla własnego bezpieczeństwa, albo nie rzuci zaklęciem, kiedy odwróci się plecami. Przynajmniej się nie uśmiechała, nie zwodziła go czymś co mogło sprawiać pozory życzliwości. Ale czy miałaby ładny uśmiech? Zaczarowany w jakiś odmienny, rzadki sposób, niepowtarzalny przez wzgląd na to, że robiła to tak rzadko, a może nawet nigdy? Przez chwilę, kiedy już patrzył na nią uważnie, oceniając czy miałaby powody do tego, aby mu zaszkodzić (oczywiście, że nie miała) powziął sobie za cel rozbawienie jej, by sprawdzić, jak mogłaby wtedy wyglądać. Ale szybo sobie przypomniał, że sprawa, z którą do niej przyszedł wcale nie była zabawna i mogłaby ją szybciej doprowadzić do złości niż wyrażenia radości, nawet w tak minimalnym stopniu, a to zbliżało go do cienkiej granicy, której dziś nie chciał przekraczać. Nie mógł więc ryzykować, kiedy ona, niczym niebezpieczna kocica czyhała na każdy jego ruch będący sygnałem zagrożenia.
— Moje poczucie humoru byłoby zabójcze, Cass. Śmiertelnie zabójcze — odparł i uniósł wzrok nieco w górę, w lekkiej zadumie. Nastroje zmieniały mu się niczym pogoda w kalejdoskopie. W niezrównoważony sposób potrafił się śmiać rozbawiony jakąś sytuacją, by za chwilę stać się śmiertelnie poważnym, sprawiając wrażenie złego lub poruszonego. A teraz zmarszczył nawet brwi, jego wzrok stał się nieco nieobecny, aż w końcu drgnął jakby ktoś wybudził go ze snu i spojrzał na kobietę, która śledziła jego poczynania, upewniając się, że nie zwróci się przeciwko niej. — Tak, czy siak, pewnie masz rację.
Wzruszył ramionami. Zupełnie od niechcenia.
— Wystarczy tych utraconych z biegiem czasu cech, Cassandro — odparł, również spoglądając na Lysę. Był pod wrażeniem sposobu, w jaki porozumiewała się z matką. Łączyła ich szczególna więź, coś niezwykłego. To było takie widoczne… choć może tylko dla niego? A może zupełnie oczywiste, jak w przypadku każdej matki i córki, będąc jednocześnie czymś, czego Ramsey nigdy nie zrozumie. — Szybko się uczę, a na własnych błędach najszybciej, mimo iż jest ich tak niewiele. Następnym razem wezmę ze sobą godne Was prezenty. Takie, które Was uszczęśliwią — podkreślił, przenosząc w tej samej chwili wzrok na Cassandrę. Chciał uchwycić jej spojrzenie, gdyż w jego własnym czaiło się wyczekiwanie na jej odpowiedź.
— Królem… — mruknął i skinął głową w krótkim geście zrozumienia, po czym wciągnął powietrze do płuc, nie komentując kwestii trolla. Zerknął jedynie zapobiegawczo w tamtą stronę, jakby rozważał jego nagłe pojawienie się w obronie swojej Królowej. Nie zaprzątał sobie tym głowy jednak. Był zadowolony, że August, a raczej Umhra nie zjawił się by dotrzymać im towarzystwa lub pełnić funkcji mało zgrabnego kelnera-przyzwoitki, który z zazdrości nie pozwoli im spędzić ani chwili sam na sam. O wiele bardziej wolał patrzeć na Vablatsky, która pomimo tego, iż była mała i chuda wcale nie wyglądała na słabą. Wręcz przeciwnie. Spojrzał w jej emanujące bystrością i smutkiem oczy. Była nieprzeciętnie inteligentna. To rzadkość u kobiet, ale przecież wyrobiła w sobie najlepsze odruchy, budząc prawdziwy instynkt przetrwania na Nokturnie.
Oparł na blacie łokieć, a na rozłożonej dłoni ułożył brodę. W tej pozie przypominał bardziej znudzonego nastolatka niż nazbyt poważnego czarnoksiężnika. Ale właśnie w tej pozycji było mu najwygodniej przyglądać się Cassandrze, która porządkowała stół — czy cokolwiek robiła, bo nie zwracał na to uwagi. Postukał palcami o policzek i wydał z siebie przeciągły, leniwy pomruk potwierdzenia.
— Byłaby lekkomyślna, gdyby zaatakowała silniejszego, nawet w tak desperackim akcie samoobrony — dopowiedział, spuszczając wzrok na blat. W jakimś dziwnym odruchu wcisnął sobie kciuki w wewnętrzne kąciki oczu, przecierając je z pyłków i kurzu. A może zwizualizował sobie jej słowa. Albo zmęczenie dawało o sobie znać. Tak pewnie by sobie to tłumaczył, gdyby musiał to uzasadnić. — Widocznie mamy o wiele lepsze relacje niż mogłoby ci się wydawać. Ufa mi — stwierdził, podając dość śmiałą tezę, pomijając dalszy ciąg, który miał w głowie, jakoby to jednak była intuicja albo instynkt samozachowawczy. Wiedział w jaki sposób Cassandra wychowywała Lisę bo ją znał. Śmiało mógł więc wysnuć proste tezy na temat tego, w jaką stronę pchała swoją ukochaną córkę. Nie negował tego — nie śmiał, bo się do tego nie nadawał. To była jedna (może jedyna) ze wszystkich rzeczy, do których otwarcie się przyznawał. Cierpliwości się uczył, podobnie jak ludzi. Każdy był inny i do każdego trzeba było znaleźć właściwe podejście, a dzięki wnikliwej obserwacji można było odnaleźć słabe i mocne punkty każdego. Ale wizja ojcostwa była odległa (w jego mniemaniu, bo o żadnym swoim dziecku nigdy nie słyszał), a gdyby taki przypadek jednak się zdarzył z pewnością będzie zwiastował jego wychowawczą porażkę. Małżeństwo, potomstwo… to niosło ze sobą relacje zbyt intymne mentalnie, więc wykluczał to z powodu towarzyszącemu temu niepotrzebnemu zagrożeniu. Wychowanie Lisy i to, co starsza Vablatsky jej wpajało było jej sprawą.
— Nie masz powodu, aby się mnie pozbyć — stwierdził, prostując plecy i odkładając na stół obie dłonie. — Chyba, że widziałaś z moim udziałem coś, co się jeszcze nie zdarzyło, a co Ci nie przypadło do gustu.— Nie mógł wiedzieć, co zrobi lub do czego się kiedyś przyczyni póki tego nie ujrzy. Cassandra miała tak samo, więc nie mógł odrzucać ewentualnych wizji Cass ze swoim udziałem. Czysta przezorność.
Ryzyko.
— Tak, to prawda — odpowiedział krótko i posłał jej sardoniczny uśmiech, po chwili sięgając po butelkę wina, którą przyniosła mała Lysa. Wstał od stołu i może przez chwilę tylko pomyślał o tym, by jednak zaklęciem przywołać korkociąg, ale szybko porzucił tę myśl, nie wierząc, że pomiędzy różnorakimi narzędziami jakimi Cassandra leczyła swoich pacjentów można go było znaleć. Może się mylił i nie doceniał jej, ale mógł sobie równie dobrze poradzić bez niego. Wyciągnął różdżkę i przyłożył ją do szyjki butelki, by po chwili rzucone „waddiwasi” wystrzeliło korek w górę, jak ten od szampana. Poleciał w kierunku schodów i z głuchym puknięciem uderzył w podłogę, ale Mulciber zdążył już wetknąć różdżkę za spodnie. Porwał szmatkę z szafki — taką, która nie była umazana krwią, ani nasączona cuchnącymi eliksirami i przewiesił sobie przez ramię.
— Panno Vablatsky — mruknął, nalewając jej wina do kielicha, gdy już stanął przy niej bawiąc się w ten kelnerski teatrzyk. Miał dobry humor i liczył na to, że uda się go poprawić również jej, nawet błaznowaniem, które nigdy mu nie przeszkadzało — miał do siebie zbyt duży dystans, a ponieważ zdarzało mu się to rzadko nawet duma nie mogła na tym ucierpieć. W końcu od samego początku starał się ją pozytywnie nastroić. A kiedy wypełnił i swój kielich, rzucił swoją „serwetę” na drugi koniec stołu i wrócił na swoje miejsce. Uśmiechnął się krótko, szybko i sztucznie na jej słowa o świętach spędzonych w ten właśnie sposób. Czyżby właśnie o tym marzyły? A przynajmniej marzyła Cassadra? O wyrwaniu się stąd na dobre i poszukiwaniu nowego, lepszego świata?
Nie patrzył na nią, ale i bez tego czuł jej nieprzychylne spojrzenie na sobie. Wpatrywał się w kielich przez chwilę, trzymając go i rozlewając wino po ściankach póki nie skrzyżował z nią wzroku.
— Nie mów tak, jakbyś nie miała innego wyjścia, Cass. Przestań usprawiedliwiać swoje położenie i zrzucać winę na brak powodzenia, to do niczego nie prowadzi. — Jego ton głosu obniżył się nieco i ściszył. Na samo wspomnienie o bliskich twarz mu stężała, spojrzenie pociemniało.— Wybrałem się do Ciebie, powinno wystarczyć— uciął temat, starając się nie okazać rozdrażnienia, jakie wywołało w nim jej pytanie.— Jakby ci ktoś zaproponował, żebyś się stąd wyniosła to i tak byś nie skorzystała, więc po co ten uszczypliwy ton, Vablatsky? Nie uwierzę, że nie masz nikogo z kim nie wolałabyś spędzić tego czasu zamiast ślęczeć tu nad gnijącymi zwłokami i zarabiać marne grosze. Zrób sobie wolne przez dwa dni. Jeśli nie chcesz uszczęśliwić samą siebie zrób to dla Lisy— westchnął, na przekór jej odwracając spojrzenie w innym kierunku, byle tylko na nią nie patrzeć w tej chwili. Mógł oczywiście wysunąć taką propozycję, ale był ostatnią osobą, na której propozycję by przystała, więc nawet nie myślał o tym. Miał się nie wtrącać w sprawy jej i Lisy, ale hedonistyczne podejście nie pozwalało mu zrozumieć, dlaczego się tak męczy i na to samo skazuje własne dziecko. Nie wiedział dlaczego go to w ogóle obchodziło — niewiele kwestii go poruszało, zaprzątało jego głowę jeśli nie dotyczyły niego samego. A jednak patrząc na Cassandre czuł pewnego rodzaju bezsilność, która go irytowała.
Ale to nie było dobre. I do niczego dobrego nie prowadziło.
— Zdrowie. Za to spotkanie. — Powinien był poczekać, aż ona upije pierwsza, a może czy poprze jego słowa. Ale nie zrobił tego. Przyłożył kielich do ust i przechylił, upijając dwa głębsze łyki. Zaschło mu w gardle, chciał to zapić i przywrócić myślom właściwy tor. Milczał przez chwilę, a jedyne co docierało do niego to dźwięk jej głosu i swój własny oddech.
— Ludziom nie można ufać. — Wiedziała to. W końcu to powszechnie znana prawda, mógł to przemilczeć. Trollom też nie można ufać, ale tego już nie dodał, zapewne podświadomie wdzięczny, że swoich porównań do Umhry nie wyraziła głośno, bo pewnie poczułby się niezwykle dotknięty. Na pewno byłoby mu przykro…
Dopiero gdy sam się przyłapał, że myślami odpłynął, obrócił twarz w jej kierunku. — Skąd. Tytuł mistrza na pewno nie spodobałby się Umhrze, przez co nawet ca piętnaście lat będzie o tym pamiętał i uniemożliwi mi schadzki z Twoją córką. — Posłał jej przeciągłe spojrzenie i odsunął kielich na bok, nachylając się znów w jej stronę, równocześnie z tym, kiedy wykonała odmienny ruch. Cierpliwie i w ciszy jej się przyglądał, próbując wyczytać cokolwiek z jej ładnej twarzy, jakąkolwiek emocję, zwiastun nadciągającej odpowiedzi. Cienki mur powstał między nimi, zwiększając dzielący ich dystans, ale wcale nie traktował tego jak złowrogą wróżbę. Wiedział, że nie będzie łatwo, a przekonanie jej może graniczyć z cudem, ale nie zamierzał się zniechęcać. Nie odpowiedział jej też od razu, pozwalając wyrzucić z siebie wszystkie cisnące się na usta wątpliwości, aby ostatecznie rozwiać te, które miały największe znaczenie.
Nie mógł się zgodzić z tym, że losu nie da się odmienić. Uparcie wierzył, że możliwość wróżenia i przepowiadania przyszłości nie jest przekleństwem, które ukazywało to, co nieuniknione.
— To dar, który czyni nas lepszymi od innych, Cass — zaczął całkiem cicho. — Pozwala nam wysunąć się na prowadzenie, bo widzimy rzeczy niedostępne dla innych. Mamy szansę zmienić bieg wydarzeń. — Odrzucał od siebie widmo nieuchronności przeznaczenia, do którego zmierzała teoria, że wszystko i tak prowadzi do jednego. Miał manię kontroli wszystkiego, a więc również i czasu, który był poza ich zasięgiem, to przecież proste. Dlaczego? A dlaczego nie? Dążył do tego, by pojąć to, co niedostępne i trudne do zrozumienia i wejść na wyższy poziom wtajemniczenia.
— Nie chciałabyś umieć spojrzeć w przyszłość i dowiedzieć się, czy Lysa będzie bezpieczna? Czy będzie szczęśliwa? Czy jej się powiedzie… lepiej od Ciebie?— Właściwie zniżył ton praktycznie do szeptu, wciąż pochylony nad stołem w jej stronę i patrzył na nią nieustępliwie. Nie zamierzał przebierać w środkach, a ponieważ Lysa była jej słabym punktem — od razu wyciągnął najcięższe działa. Chciał żeby Cassandra mu pomogła osiągnąć sukces w tej dziedzinie, ale przecież mogli pomóc sobie wzajemnie. Tak wiele ścieżek i możliwości mogłoby się przed nią otworzyć, gdyby posiadła siłę panowania nad swoi darem. Tak wiele mogliby razem ugrać.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   11.08.16 0:09

Byłaby zawiedziona, gdyby usłyszała inną odpowiedź - miała o Ramseyu wyrobione zdanie. Nie był cwaniaczkiem, na tych nie mogła patrzeć, nie był też lalusiem, mniej męskim niż ona ani tępym osiłkiem, nie był też tchórzem - który rzucałby pogróżki na wiatr. Był drapieżnikiem, milczącym i szybkim, potężnym wilkiem unoszącym nos do wiatru. Takim, który nie musi szczekać, żeby o sobie przypominać - takim, którego obecność wzbudzała szacunek. Cassandra czuła przed nim respekt, zarówno kiedy patrzyła na niego jak na sojusznika, jak i wtedy, kiedy widziała w nim potencjalnego przeciwnika. I za to go ceniła. Obserwując zmianę jego nastroju napięła mięśnie i wpyrostowała się na krześle, tylko krótkim rzutem oka upewniając się, że ma przy sobie różdżkę, że obok, w alchemikaliach, leży nóż łatwy do uchwycenia od jej strony, że od schodów prowadzących do piwnicznego zejścia wciąż wydobywa się przeciągłe umhraaah będące dla niej silniejszym gwarantem jej bezpieczeństwa niż nóż czy różdżka.
- Nie wątpię - przyznała więc, umyślnie przeciągając głoski, wypatrując jego nieobecnego spojrzenia aż do momentu, w którym ten wzruszył ramionami. Gest ten sprawił, że w oczach Cassandry gęsta, duszna atmosfera, jaka w jednej chwili zacieśniła się pomiędzy nimi opadła jak mgła, znów pozwalając uzdrowicielce na więcej swobody. Nie powinna tracić czujności i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, czarodziej, który siedział naprzeciw niej był nie tylko śmiertelnie zabójczy, był też nieprzewidywalny - a może to Cassandra u wszystkich doszukiwała się ukrytych zamiarów, przyzwyczajona do konieczności utrzymywania ciągłej przezorności? Tak czy inaczej, skinęła mu głową na znak, że się z nim zgadza, dość już tego, co utracone.
Kącik jej ust wygiął się dopiero teraz, teraz, kiedy Ramsey zapewnił ją, że następnym razem przyniesie prezenty godniejsze ich dwójki, kpił czy rzeczywiście miał taki zamiar, bez znaczenia. Podchwyciła jego wyczekujące spojrzenie, nieprzeniknione wąskie źrenice jej oczu, w których odbijał się płomień gorzącej świecy, których tęczówki skrzyły się jak szmaragd i w których na zaledwie ułamek sekundy, odbiło się zadowolenie.
- Mężczyźni rzadko wiedzą, jak zadowolić kobietę - odparła jednak z powątpiewaniem i prowokacyjnie, nie odejmując wzroku od jego twarzy. - A dwie to kobiety jeszcze większe wyzwanie. Umiejętność uczenia się na własnych błędach jest natomiast rzadka i cenna, mogę jej pogratulować. - Wśród mężczyzn to naprawdę nie zdarza się często, jak przekonała się na własnej skórze. - Być może dzięki temu kiedyś podołasz. - Wypowiedziała te słowa tak, jak gdyby wypowiadała wróżbę, powoli, wyraźnie artykułując, w zamyśleniu, choć nie miała przed sobą fusów, nie trzymała karty Tarota ani nawet nie patrzyła na linie rysujące się na jego dłoni, które z nie mniejszym powodzeniem mógłby rozczytać on sam. Upuściła trzymany wisior, pozwalając opaść mu na białą skórę dekoltu, badając wzrokiem linie jego szczęki, kiedy przyglądał się Lisie. Bez wątpienia miał rację, bez trudu złapałby, a nawet i zabił małą, gdyby tylko tego chciał, nawet bez oczu, ale...
- Dokąd byś poszedł, gdyby wgniotła ci oko do czaszki, Ramsey? - zagadnęła właściwie od niechcenia, nie oczekując odpowiedzi. Może by się jej udało, może nie, gdyby - potrzebowałby bardzo szybkiej pomocy. Organizm czarodzieja był bardzo wytrzymały, niemniej w podobnych przypadkach wymagał natychmiastowej interwencji. Deportowałby się? W tym stanie - wątpliwe. Najbliżej miałby Cassandrę, która nie kiwnęłaby palcem, gdyby skrzywdził Lisę. Być może go nie doceniała od tym względem, ale nie sądziła, by zemsta na dziecku okazała się dla niego ważniejsza od zachowania zmysłu widzenia, trzecie oko czasem zawodziło i nie zastępowało pierwszego. - Ale naturalnie masz rację - dodała bez zająknięcia, niemal od razu, trywializując temat, bez cienia emocji widocznego na jej twarzy. Wierzyła, że przemyśli sobie jej słowa w wolnej chwili.
Przeniosła wzrok na małą, słysząc śmiałą tezę, jakoby Lisa miała mu ufać. Znała swoją córkę lepiej niż ktokolwiek inny, a już na pewno lepiej niż Ramsey, lecz nie potrafiła stwierdzić, czy miał rację. Wiedziała, że to, co wpajała jej od kiedy tylko Lisa nauczyła się rozumieć, nie szło na marne, wiedziała, że trafiło jej się oddane, lojalne i niezwykle posłuszne dziecko, które słowa matki spijało z jej ust jak święty nektar i za taki też go uważała. Nie sprzeciwiłaby się jej ani nie zignorowała jej ostrzeżenia, ale przecież Ramseya sama traktowała nieco inaczej. Był jednym z niewielu mężczyzn, którzy mogli siedzieć w tym miejscu, na tym stołku, w jej pracowni; co zabawniejsze, kiedy o tym pomyślała, szybko doszła do wniosku, że przebywali tutaj właściwie wyłącznie Mulciberowie. I Vitalij Karkarow. Czy mogłaby się do niego przyzwyczaić? Absurdalna myśl, choć realniejsza, niż mogło się jej zdawać... i niż była w stanie do siebie dopuścić.
Uśmiechnęła się, nie rozchylając ust, a na jej twarzy malował się spokój. Cassandra nigdy nie wdzięczyła się jak podlotek, jej uśmiech nie był radosny, szczęśliwy ani roześmiany, jej uśmiech nie był nieszczery - był uśmiechem kogoś, kto nie cieszył się chwilą i kogoś, kto zniósł w życiu więcej, niż był w stanie unieść. Nie zdradzała ani przychylności ani niechęci, ani nawet odpowiedzi na jego rozważania, które nie były wszak pytaniem. Miał rację - nie miała powodów, aby chcieć się go pozbyć. Miała za to powody, aby utrzymywać z nim pozytywne stosunki, wiele wszak czerpała z tej znajomości.
Ale on lubił ryzyko. Gdyby zdradziłaby mu odpowiedź, ryzyka by nie było.
Śledziła wzrokiem jego ruchy, kiedy otwierał butelkę, naturalnie, że miała korkociąg, nie ukończyła szkolenia w Mungu i musiała sobie czasem pomagać niecodziennymi środkami, poza tym był niezbędny przy okazji zakładania magicznych protez. Paliczki miewały wyjątkowe zamówienia, które wymagały wyjątkowych środków - ale nie odezwała się słowem, obserwując, może z ciekawości, a może dla zabawy, jak poradzi sobie bez niego. Całkiem nieźle, przyznała w myślach, podążając wzrokiem za korkiem wylatującym w tył, kątem oka obserwując błaznującego Ramseya. Jej usta drgnęły, ale się nie roześmiała - nonszalanckim gestem chwyciła swój kielich, podstawiając go dżentelmenowi, aż puchar napełnił się krwistym winem. - Panie Mulciber - odpowiedziała, obrzuciwszy go przeciągłym spojrzeniem. Nie pasował jej do roli kelnera. Był na niego zbyt dumny, zbyt uzdolniony i zbyt niebezpieczny, być może dlatego potrafił mieć ten dystans - nie musiał nikomu nic udowadniać, a już na pewno nie jej. Wyciągnęła długie palce, wpatrując się w wino kołyszące się za szkłem i założyła nogę na nogę, unosząc kraniec długiej, powłóczystej spódnicy.
Dała mu mówić - nie przerwała, milczała, wciąż wpatrując się w wino, choć ktoś taki jak Ramsey musiał zauważyć zmianę na jej twarzy, uśmiech zniknął, a w oczach błysnęły drapieżne iskry. Przesunęła się na kraniec krzesła, odkładając kielich i wciąż przypatrując się rozmówcy  - z wyrazem, który choć nic nie mówił, to wydać się musiał niepokojący. Dopiero, kiedy w piwnicy nastała cisza mącona jedynie cicho tlącym się płomieniem świecy Cassandra niby od niechcenia uniosła dłoń nad bałagan znajdujący się na krańcu stołu, spokojnym, powolnym ruchem.
- Cieszę się, że przyszedłeś - szepnęła, chcąc przykuć jego wzrok, jej niski, kokieteryjny nawet ton głosu przeciął powietrze jak muzyka, patrz na mnie, Ramsey. Nachyliła się mocniej nad stołem, lewą ręką biorąc w dłoń wisior, chcąc ruchem przykuć jego spojrzenie. Na mnie patrz, nie w bok, daj mi zbadać tęczówki swoich oczu, spójrz w tę zieleń, skrytą pod malowanymi na czarno powiekami i gęstym wachlarzem czarnych rzęs, czarnych jak moje i Twoje serce, czarnych jak nasze źrenice. Zieleń, głęboką jak Avada Kedavra. Patrz na mnie, Ramsey. - Choć oceniasz mnie szybko - Powoli poruszała ustami, to nieważne, co mówię, patrz na mnie, Ramsey. Jej dłoń na ślepo odnalazła rękojeść noża, który w jednej chwili - mając nadzieję, że wykorzysta jego dekoncentrację - porwała i cisnęła nim w stół tuż przed niego, na pół ostrza w drewno. Zmrużyła drapieżnie oczy, patrząc wciąż na swojego gościa - już nie jak czyhający kot, a zbierający się do ataku. Nie chciałam cię trafić, ale następnym razem to zrobię, Mulciber, przysięgam. - Za szybko - dodała, kiedy rękojeść wciąż trzęsła się w powietrzu. - Gdybym usprawiedliwiała swoje położenie, leżałabym teraz w rynsztoku z poderżniętym gardłem. Jak ci się wydaje, jaki mam wybór? Naprawdę sądzisz, że propozycja wyniesienia się stąd załatwiłaby sprawę? Wiesz, miałam kiedyś taką - Być może to nerwy sprawiły, że zebrała się na szczerość, nic nie wzburzało jej tak mocno, jak sugestia - choćby nieświadoma - że mogłaby być złą matką. Być może chciała się upewnić przed samą sobą, że tak nie było. - Od arystokraty. Był stary, mógł sobie pozwolić na taką ekstrawagancję. Chciał wziąć mnie do siebie, na swoje bagna, których ponoć był panem, a na których nosiłabym szmaragdy, tiule i jedwabie. Jadłabym ze złotej zastawy, chodziła po ręcznie tkanych dywanach, udawała, że nie widzę wstrętu na twarzach jego półwilich, niewiele młodszych ode mnie córek i co noc gryzła jego ramię, wijąc się w słodkiej ekstazie pod jego spoconym ciałem tak, by nie zauważył mojego obrzydzenia. Niektórzy pieniądze cenią sobie bardziej niż własną godność, tego nie nauczę mojego dziecka. Tutaj, niezależnie od tego, jak to wszystko wygląda, jesteśmy wolne i należymy tylko do siebie. Dalej, oświeć mnie. Dokąd jeszcze mogę stąd odejść? - Każde jej słowo było nasączone jadem, nabrzmiałe agresją, gotowością do skoku, każde słowo było przysięgą - odezwij się jeszcze raz na ten temat, a znajdę drugi nóż i wbiję ci go prosto w gardło. Nigdy nie zrzucała winy na brak powodzenia. Walczyła i ciężko pracowała, by osiągnąć to, co miała, walczyła jak lwica, by chronić Lisę - nauczyć ją radzić sobie w życiu. Ramsey nigdy tego nie zrozumie, życie od mężczyzn wymagało mniej niż od kobiet. Nie lubiła tego miejsca, ale innego nie miała. Nawet na dwa dni, nie miała dokąd pójść - ona i Lisa, były jak bezdomne psy pod walącą się budą, a Cassandra nie lubiła się nad sobą rozczulać, nie lubiła litości i nie lubiła, kiedy niepowodzenia wytykali jej inni. Nie sądziła, by Ramsey miał w tym jakikolwiek cel inny niż głupie gadanie. Umilkła, prostując pozycję, unosząc brodę lekko ku górze i sięgając dłonią po kielich, bez słowa wtórując jego toastowi. Zdrowie, Mulciber, mruknęła w myślach, upijając łyk wina, w tym momencie naprawdę żałując, że jednak nie jest zatrute.
- Nie pozwalaj sobie, Ramsey - przestrzegła, wciąż ostrym jak brzytwa tonem. - Umhra trochę rozumie nasz język, a nie jestem przekonana, czy zwrot za piętnaście lat będzie dla niego dość jasny. Wokół jest cisza, echo niesie nasze słowa. - Założyła ręce na piersi, wysłuchując jego słów - dar. Przekleństwo, nie dar. Odkąd była małym dzieckiem, noc za nocą, dzień za dniem, przy wstrząsach całego ciała dręczyły ją najbardziej ponure wizje przyszłości - jej, jej bliskich, jej pacjentów, jej szkolnych przyjaciół, jej rodziny, jej... jej dziecka. Najstraszliwszą z wizji, które miała, była ta, w której Vasyl krzywdził jej córkę. Cassandra wierzyła w fatum, wierzyła, że losu nie dało się odmienić, nie przestając jednak walczyć. Walczyć o przyszłość, o szczęście i zdrowie Lisy. Mamy szansę zmienić bieg wydarzeń, słyszała jego głos jakby z oddali. Czyżby?
Nie czuła się lepsza od innych ze względu na swój dar, czuła się od nich inna. To przez niego straciła wszystko, co miała - przyjaciół, rodzinę, profesję. Nic mu nie zawdzięczała, o wiele go oskarżała... choć, nie mogła temu zaprzeczyć, wizja narzucenia temu darowi kajdan, wzięcie go za pysk, zmuszenie do posłuszeństwa, wydawała się jej niezwykle kusząca.
- Widziałam już przyszłość Lisy - odpowiedziała, uciekając wzrokiem. Nie wspominała mu o tym, bo i po co, niewielu mówiła. Słowa Cassandry musiałby być dla Ramseya zrozumiałe, jeśli jej trzecie oko widziało jej przyszłość, to przyszłość ta musiała być czarna i okrutna. - Udowodnij mi, Ramsey - Jej szept zamienił się w prośbę, ostry dotychczas ton złamał się w jednej sekundzie, przechodząc w drżenie. - Udowodnij mi, że można zmienić bieg wydarzeń, a bez lęku spojrzę w przyszłość i ci pomogę. Zagraża jej ojciec. - Wiesz, kto nim jest, twój brat, ten najmniej udany, urodzony przez dziwkę. Nie obchodzi mnie jak, spraw, żeby nigdy jej nie skrzywdził. Przecież nie proszę o jego głowę, jeśli to za wiele, możesz mu tylko wyrwać obie ręce. - Póki to jego będę widzieć... nie chcę patrzeć.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   12.08.16 23:18

Lekki wiatr zawiał od strony schodów, ktoś zapewne wszedł, a podmuch nieco świeższego powietrza wniknął aż do pracowni Cassandry i owiał twarz Mulcibera, kiedy ten przymykał oczy z uśmiechem. A w końcu przerodził się w głośny śmiech. Dźwięczny i szczery. Była zabawna i chyba przez ten czas, w którym jej nie odwiedzał zapomniał jak bardzo. Dał upust swojemu rozbawieniu, by ostatecznie unieść na nią wzrok, taki sam jak spogląda się na młodszą siostrę, czy koleżankę, której nie można traktować serio.
— Wiedzą często, po prostu się tego wstydzą — odpowiedział, kręcąc głową. — Syndrom egocentrycznego zdobywcy, nie udawaj, że nie wiesz— dodał konspiracyjnym szeptem. W końcu mężczyźni mieli ważniejsze rzeczy do zrobienia niż zadowalanie kobiet, na przykład udowadnianie światu, że są prawdziwymi mężczyznami, a tacy nie traktują kobiet na równi z sobą. Nie mogło im więc zależeć na przyjemności poza swoją własną, a więc wszystko sprowadzało się prędzej czy później do nowoczesnej sztuki niewolniczej. Ale tam gdzie u Mulcibera kończyła się despotia, rozpoczynała się gra pozorów, którą lubił o wiele bardziej. — Lubię wyzwania — dodał ostatecznie, nieco poważniejąc, choć przecież wszystko wskazywało na przekomarzania, a nie prawdziwą zachętę do działania. Jeśli miałby ją zaskoczyć lub spełnić oczekiwania odnośnie prezentów — mógłby to zrobić dla własnej przyjemności, celów, które tylko on potrafił sprecyzować, a może zabawy. Cassandra w jego oczach nie była kobietą, którą można było przekupić złotem, czy elementami świata, o którym pewnie nie raz myślała. Była doskonałą manipulatorką. Nie miała szlacheckiej urody, nie nosiła jedwabiów przeszywanych złotą nicią, a we włosach nie nosiła kwiatów. Jej ciało nie pachniało najlepszymi perfumami, znacznie częściej jodyną, a mimo to nie traciła w sobie tego uroku, który nie tylko przyciągał mężczyzn, ale z pewnością zapewniał jej przetrwanie. Każdy jej ruch był doskonale przemyślany, płynny, mozolny, jakby zmuszała do patrzenia na nią i oceniania jej wdzięków, których przecież nie prezentowała w żaden ostentacyjny sposób. Drapieżny kot, który był nie tylko piękny, ale i potwornie niebezpieczny. Czaił się w zaroślach i mruczał przyjemnie, gotów w każdej chwili do ataku.
— Donikąd — odpowiedział zupełnie obojętnie. — Jakby Lisa wgniotłaby mi palce w oczodoły, wykrwawiłbym się pewnie. Nawet gdybym nie zrobił jej nic wątpliwe, że pomogłabyś mi skoro Twoja córka zmuszona byłaby do ataku. Pewnie uznałabyś, że mi się należy, więc moje dalsze działania byłyby bez znaczenia, a skutek taki sam — wyjaśnił, nie dopowiadając, że skrzywdzenie Lisy nawet na ślepo byłoby jedynie marnym aktem złośliwej zemsty, nie tyle na dziecku co na Vablatsky, że nie wpoiła córce komu należy ufać. To niosło niekorzystne skutki dla ich obojga, problem w tym, że Cassandra musiałaby żyć dalej ze świadomością śmierci dziecka, a Mulciber w ostatnich chwilach nie wahałby się, by zabrać ze sobą jak najwięcej ludzi. Taka już jego natura.
W gruncie rzeczy nie wierzył, aby jej dziecko ufało komukolwiek poza matką. Miała wiele cech Cassandry, a jej milczenie czyniło ją o wiele bardziej zwodniczą. Małomówne dzieci były podstępne i wredne, a przede wszystkim nieprzewidywalne. Mógł jedynie naiwnie liczyć, że krew Mulciberów, która płynęła w jej żyłach czyniła go jej nieco bliższym, a może jakaś niewyjaśniona telekineza uczyni ich sojusznikami, nie wrogami.
Nie był kelnerem, a ona nie była damą, choć przecież takie właśnie zaszczyty przyjęli. Oboje byli władcami spalonego tronu, wielkim państwem w tym śmieciowym królestwie, bardziej kpiącymi z życia, niż z utęsknieniem doświadczającymi codzienności szlachetnie urodzonych. Ale Mulcibera to nie bolało. Nawet ta służalcza poza wobec niej w tej jednej chwili. Był w stanie stać się aktorem każdej roli, aby sięgnąć celu, niezależnie od własnej dumy i godności, która szybciej by go zgubiła i strąciła w czeluści zapomnienia. Daleko mu było do postaci pięknego  lwa. Był bardziej dziki, nieoswojony. Nie przechadzał się z mocno zadartą głową po swoim terenie; skradał, pozostawał w ukryciu. Warczał rzadko, lecz nigdy po to by wystraszyć. Teraz milczał, oceniając jej wygląd w nieco mniejszym stopniu niż analizował jej słowa. Lubił brzmienie jej głosu i przeciąganie dźwięków, tak jakby chciała go w ten swój magiczny sposób zahipnotyzować.
Krótka cisza, przerwana brzmieniem jej głosu. Po jej nikłym uśmiechu nie pozostał nawet cień.
Naturalnie, skupił się na jej ruchach. Przeciągnął wzrokiem od jej oczu przez całą twarz na dekolt, na którym tkwił wisior tak namiętnie molestowany przez jej smukłe palce. Nawet jej głos był przyjemny, wdzierający się bardzo sprytnie do męskiej głowy i siejący tam zamęt. Właśnie dlatego nigdy nie lekceważył mądrych kobiet. Były tylko kobietami; mogły być słabe, ale potrafiły mamić i mącić, ogłupiając w ten sposób mężczyznę. Cassandra była na tyle przebiegła, że jej zachowanie nie wskazywało na żadną zmianą w jej nastawieniu. Płynnie przeszła do działania, a on reagował dokładnie tak, jak chciała, niczym marionetka w jej dłoniach. Dopiero przy jej następnych słowach, jego oczy nieznacznie się zwęziły, bo odebrał je jako złowieszczą zapowiedź. Lecz nim zdążył nawet sięgnąć po różdżkę miała już w dłoni nóż. Ostrze błysnęło w migotliwym blasku świecy, a on jedyne co mógł zrobić to się odsunąć gwałtownie, choć wynikało to raczej z obronnego instynktu niż przemyślanego ruchu. Gdyby celowała w jego pierś rękojeść noża teraz ledwie wystawałaby z jego torsu, ale w rzeczywistości ta zadrżała w powietrzu. Odsunięciu się od stołu na krześle towarzyszyło nieprzyjemne trzeszczenie. Wstrzymał na moment oddech, ale nie zrobił nic więcej. Nie przypadło mu do gustu jej ostrzeżenie, choć było bardziej dosłowne i wyraźne niż się tego spodziewał. Patrzył na nią niewzruszony przez chwilę spod wpółotwartych oczu, leniwie ją obserwując gdy uraczyła go wyjaśnieniem. Humor mu się zmienił i już nie był wcale taki dobry, jak wtedy gdy ją zobaczył. Przygryzł policzek od środka, ledwie powstrzymując się od lekceważącego mlaśnięcia. Do tej pory traktował ją niezwykle poważnie i jak sojusznika, ale jak widać nie podzielała jego intencji, a sabotażu nie mógł zaakceptować. Nie z nią, bo przecież mogła mu naprawdę zaszkodzić. Więc przyglądał się raczej emocjom, jakie wyrażała jej twarz niż skupiając się na samych słowach, które uleciały gdzieś w eter. Na chwilę się wyłączył, myśląc o tym, że mógłby złapać ją za kark lub włosy i szarpnąć w swoją stronę, przycisnąć do blatu, ale niestety była zbyt daleko, pozostawiając jego wizje w świecie marnych i ulotnych fantazji. Ale mimo to nagle i niespodziewanie, jak atakujący drapieżnik, zerwał się z krzesła, które przechyliło się w tył, balansując na krawędzi. Chwycił ją za nadgarstki i pociągnął w swoją stronę, nie przejmując się tym, że sterczący z blatu nóż, wbił mu się w bok. Zaciskał palce na jej przegubach, przyciągając ją do siebie, tak, że niemalże stykali się nosami. Czuł zapach jej skóry, włosów, widział zmniejszające się gwałtownie źrenice.
— Po co tyle agresji, hm? — spytał, mierząc się z nią na spojrzenia. Nie znał się na magii leczniczej ani trochę. Udowodniła mu, że nie powinien jej traktować pobłażliwie i lekceważyć jej umiejętności, poniekąd potwierdzając również to, że może nie powinien jej ufać. Tyle przykrości na raz. Ale świadkiem wciąż była Lisa, więc po chwili uśmiechnął się szelmowsko i przywarł policzkiem do jej policzka, aby szepnąć jej kilka słów na ucho, w nieco milej wyglądającym geście, aby przynajmniej pozornie załagodzić to, co wyglądało jak atak. — Jesteś w stanie zmienić bieg wydarzeń. Ale nie w ten sposób, Skarbie.
I puścił ją, rozluźniając palce. Wyprostował sie powoli, nabierając powietrza w płuca, porwał z blatu nóż i minął przewrócone krzesło, aby oprzeć się pośladkami o jakąś szafkę, z dala od niej. Z kieszeni wyciągnął magiczne papierosy, które miały wyciszyć jego irytację, która nim teraz szargała pod niewzruszoną miną.
— Niestety, masz ograniczony wybór — no tak, szokujące. — Więc te lata powinny Cię nauczyć wybierania tego, co korzystniejsze i bardziej opłacalne. Ale rozwiałaś moje wątpliwości— mruknął, nie zamierzając dłużej ciągnąć tego tematu, choć był zadowolony, że udało mu się ją sprowokować do czegoś więcej. — Mógłbym cię przygarnąć na dwa dni, ale bez trolla. Mam za małe mieszkanie.
Nie mówił poważnie. A może mówił? To było bez znaczenia, nie miało brzmieć jak propozycja. Teraz to i tak nie miało znaczenia, a Mulciber nabrał chłodnego dystansu do tego spotkania, chociaż po chwili go to rozbawiło. Opuściwszy głowę uśmiechnął się pod nosem lekko, chowając usta za dłonią, w której trzymał papierosa. Zabawne, bo i on dał się sprowokować w nędznej zagrywce. Nie mogła go skrzywdzić. Nie znała na to sposobu.
Jej kolejne słowa sprawiły, że główny argument spłonął jak piórko puchowej pościeli. Ale już nie wzdychał. Bawił się nożem, którym go zaatakowała. Może mruknął coś pod nosem. Znalezienie Vasila zajmie mu czas, a on potrzebował odpowiedzi już teraz. Nie mógł czekać, zwlekać, bawić się z nią w głupie gierki.
— Lisa… — zaczął, ale te słowa nie mogły mu przejść przez gardło. —  Ojciec jej nie zagraża. Nie wiadomo nawet gdzie jest, pewnie już nie żyje, już dawno wylęgły się z niego larwy, a jeśli jednak to nie dam mu skrzywdzić Lisy — wyrzucił w końcu wraz z potokiem innych słów, jakby ukryta obietnica w potoku innych, mniej ważnych lub całkiem nieistotnych słów była dla niego mniej patetyczna i obciążająca.
Ramsey kłamał na potęgę i przychodziło mu to z dziecinną łatwością, gdy zalezało mu jedynie na tym, by dostać to, czego aktualnie chciał. Ale w jego życiu było niewiele osób, którym mógł coś powierzyć — niefortunnie się złożyło, że Cassandrze powierzał swoje zdrowie i życie — o, ironio —i nigdy do tej pory go nie zawiodła. To wymagało od niego odrobiny lojalności, a więc złożenie jej obietnicy bez pokrycia nie tylko byłoby wyrazem pustych słów, ale w jej mniemaniu zapewnie i zdradą(dla przypomnienia, Cassandra była kobietą). Przedmiotem tej wiszącej w powietrzu transakcji było dobro jej córki, więc z pewnością nie odpuściłaby Mulciberowi takiej zagrywki, a utrata tak dobrego uzdrowiciela byłaby dla niego wyrazem bezmyślności.
Tyle mógł jej zaoferować na ten moment. Nie miał czasu aby szukać Vasila i próbować wyperswadować mu koncepcję skrzywdzenia swojej córki, a nie zamierzał narazić ich współpracy na szwank przez niedotrzymane słowo. Zupełnie mu się to nieopłacało i wszystko wskazywało na to, że będzie musiał sobie radzić w badaniach bez niej. Chyba, ze ta nędzna — zważywszy na obecność Ramseya w życiu Lisy i częstotliwość ich "spotkań" — obietnica miałby Cassandrze wystarczyć, aby uwierzyła, że nie tylko nie czeka Małej krzywda z jego strony, ale zrobi wszystko, co w jego mocy, aby Vasil się do niej nie dobrał.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.08.16 13:22

Śmiej się, Ramsey, śmiej, śmiech to zdrowie, a tacy jak ty potrzebują dużo zdrowia. Cassandra była zbyt doświadczona i zbyt pewna siebie, by obeszło ją pobłażliwe spojrzenie Mulcibera. Uniosła lekko ku górze lewą brew w udawanym zdumieniu i uniosła bliżej twarzy kielich wina, upijając zeń łyk -  w oczekiwaniu, aż jej gość wróci ze swoimi myślami do niej. Dopiero kiedy skończył ponownie obdarzyła go spojrzeniem, składając dłonie razem w oczekiwaniu na mądrość, którą od niego usłyszy, po czym pokręciła przecząco głową. Od niechcenia.
Nigdy nie udawała, że o tym nie wie, raczej jej to po prostu nie obchodziło. Szowinistyczny świat zdominowany przez mężczyzn kończył się jej zdaniem dokładnie tam, gdzie Pokątna przechodziła w mroczną aleję Śmiertelnego Nokturnu, świata pozbawionego jakichkolwiek zasad: nawet szowinistycznych. Nikt nie zmusi jej do ślubu, bo była wolna, nikt nie zmusi jej do urodzenia dziecka, bo jednym zaklęciem mogła się go pozbyć. Nikt jej nie zlekceważy – bo na Nokturnie zbyt łatwo było zginąć, kiedy było się po prostu głupim. Vasyl nauczył ją, że słabości nie powinno pokazywać się światu.
Wstydzą, czy nie, nie potrafią – odparła więc krótko, bo nieszczególnie interesowały ją przyczyny, dlaczego tego nie robili. Dobrze radziła sobie bez nich  - nie pragnęła ich bliskości, nie chciała zależności i nade wszystko ceniła sobie wolność, swoją i Lisy. Cassandra była wysoce ponad częste kobietom westchnienia za idealnymi mężczyznami i nie widziała powodów, dla których miałaby żałować, że jej nie zadawalali. Potrafiła natomiast wymienić przynajmniej pięć powodów, dla których żałować powinni oni – choć nigdy nie zdarzyło jej się mówić o nich w niezobowiązującej rozmowie, bo równie mocno co imponującą siłę, ceniła sobie w mężczyznach inteligencję – która swoją drogą zdawała się być u nich rzadsza niż białe pióra u kruków. Myśleli, owszem. Ale nieczęsto.
Ramsey był inteligentny. Prawdopodobnie dlatego uważała go za aż tak niebezpiecznego – był utalentowanym czarodziejem, to oczywiste, był brutalny i niewątpliwie skłonny do czynów, o których wolała nawet nie myśleć. Ale to jego intelekt sprawiał, że nieobliczalność przerażała zamiast śmieszyć. Cassandrę nudzili mężczyźni, którzy zbyt dużo mówili i zbyt często przypominali światu słowem o tym, jacy są męscy i niebezpieczni, Ramseyowi wystarczały drobne sugestie, ciche przypomnienie o tym, kim był, wystarczało spojrzenie i milczący kontakt wzrokowy. Imponował jej. Jako jeden z nielicznych – imponował naprawdę. Lubiła silnych mężczyzn – silnych talentem i silnych charakterem. Dlatego też, kiedy powtórzył, że lubi wyzwania, w jej rozszerzonych w półmroku źrenicach odbił się wyraz zadowolenia. Samotny, śmiertelnie niebezpieczny drapieżnik – nie niepozorny, ale atakujący z cienia, taki, na którego ludzie zamykają okna i zasuwają zasłony, słysząc, że gdzieś tam krąży - czający się w gęstym mroku jeszcze mroczniejszej ulicy, widziała go w tej roli dużo razy. Oczyma wyobraźni. I cieszyło ją, że nie stali po przeciwnych stronach - przynajmniej póki co. Nie potrafiła porównać go do zwierzęcia, a już na pewno nie do takiego, jakie dało się spotkać w Londynie. Był raczej cieniem, mogącym być wszędzie i nigdzie brakiem światła, który zabije, zanim się go dostrzeże. Szczekają małe psy, duże warczą, Ramsey nie musiał. Kto miał rozum, ten wiedział, kiedy odwrócić wzrok. Kto nie miał, sam był sobie winien.
Jej usta drgnęły, a wyraz zadowolenia nie zniknął z błyszczących źrenic, kiedy wpatrywała się w Ramseya wypowiadającego słowa jeżące jej włosy na karku. Mała Lisa była jedyną istotą, jedyną ideą, na której naprawdę jej zależało, nieoczywista reakcja nie była tarczą przed tym, by Ramsey to dostrzegł – wiedział to. Bardziej obawiało ją, że Ramsey zrozumie to, co powiedziała wcześniej, kiedy przez myśl jej nie przeszło, że Ramsey rzeczywiście zasłużyłby sobie na wydłubanie mu oczu przez jej córkę. Zgrzyt w jej głowie odbił się ciężkim echem, ale nie dała tego po sobie poznać.
- Byłoby warto? – Patrzyła mu prosto w oczy pomimo wątpliwości kotłujących się w jej głowie. Patowa sytuacja wracała do punktu wyjścia, nie warto było go drażnić, a Lisa zachowała się rozważnie, dając mu się zabrać do domu. – Poczułbyś satysfakcję i słodki smak potwornej zemsty, pokonując w ten sposób tę zdradziecką… sześciolatkę? – Co nie znaczyło, że Cassandra miała zamiar powstrzymać się od drobnej uszczypliwości.  Nie wątpiła, by miał jakiekolwiek opory przed zabiciem dziecka, Ramsey był zdolny do wszystkiego – prawdopodobnie, nie wiedziała tego na pewno, lecz była w stanie w to uwierzyć. Mimo to wydawało jej się, że nie byłoby to najbardziej chlubne osiągnięcie w jego życiowej karierze złoczyńcy. Kątem oka zerknęła na Lisę, dziewczynka nie powinna tego słuchać. Ale Cassandra wpadła we własną pułapkę, nie miała jak jej od tego powstrzymać. Wiedziała dobrze, że gdyby poleciłaby jej poczekać na piętrze, resztę wieczoru spędziłaby z uchem przyklejonym do drzwi przy zejściu do tej piwnicznej pracowni lub do podłogi, na piętrze ponad nimi, a żadne z nich nawet by jej nie usłyszało. Dzieci potrafiły być bardzo sprytne, jeśli tylko chciały, a uzdrowicielka nigdy nie lubiła mamić się pozorami. Być może dlatego była tak wrażliwa na każdą wspominkę o niej jako matce. Jako matka nigdy nie była kotem. Była lwicą.
To, ze się uchylił, sprawiło jej jedynie większą satysfakcję. Nie próbowała go trafić, chciała go ostrzec – dobitnie i dosadnie – przekazać, że jego usta wypowiedziały o jedno zdanie za dużo, choć oczywiście mogłaby: znała jego anatomię lepiej niż on sam i miała dość czasu, by odnaleźć wzrokiem najbardziej odsłonięte miejsca witalne na tych fragmentach jego ciała, których miała szansę sięgnąć. Odruch obronny obnażył jego uczucia, pokazał, że naprawdę poczuł się w tym momencie zagrożony – nie zlekceważył jej. Mądrze, Mulciber, zdawały się mówić jej oczy, oczy, w których odbijała się jedynie chłodna kalkulacja, nie złość. Ze złością byłaby dużo ostrożniejsza i nie tak pochopna, w otwartej walce nie miała z nim wielkich szans – ale nawet mała żmija mogła powalić tygrysa, jeśli zaatakowała w odpowiednim momencie. Gdyby chciała go zabić – wino naprawdę byłoby zatrute, jeśli nie tym, to następnym razem. Nóż z dużo większym powodzeniem wbiłaby mu w plecy, kiedy odwróciłby się do niej tyłem, wychodząc z lecznicy – nie siedząc naprzeciw niego, szybszego i silniejszego. Była świadoma swoich słabych stron, dlatego nauczyła się do perfekcji korzystać z tych silniejszych.
Dostrzegłszy jego nagły ruch, cofnęła się odruchowo – ale nie zdążyła, a z jej ust wydobyło się niezadowolone mruknięcie, kiedy poczuła uścisk na nadgarstkach, szarpnięcie, w jednej chwili przyciągające ją bliżej mężczyzny. Zacisnęła dłonie w pięści, na krótko zatrzymała powietrze w płucach, nim spojrzała mu prosto w oczy – stalowe, nieprzeniknione, błyszczące złowrogą iskrą, oczy z gatunku tych, które widzi się po raz ostatni przed śmiercią. Jeśli mnie skrzywdzisz, Mulciber, też nie wyjdziesz stąd żywy. Jeden mój krzyk, a Umhra będzie obok. Jeśli nie zdążę, krzyknie Lisa.
Nie próbowała szarpać nadgarstków, siłowanie się z Ramseyem nie miało z jej strony żadnego sensu. Jak przygnieciona przez wilka – znieruchomiała. Początkowo się opierała, lecz czując jego miażdżącą i zdeterminowaną przewagę, przysunęła twarz bliżej jego tak, jak tego chciał i patrząc mu w oczy tak, jak tego chciał. Ale nie pokornie – z dumą i złością, która dopiero teraz zaiskrzyła w jej tęczówkach. Odjęła wzrok od jego twarzy jako pierwsza, spoglądając w dół, jakby przypatrując się fakturze jego skóry, znajdującej się tak blisko, że czuła jej zapach i ciepło. Powoli cierpły jej dłonie, a ból miażdżonych nadgarstków wykrzywił jej ciałem, kant stołu boleśnie wbijał się w jej brzuch. - Wystraszyłeś się? – zapytała z udawaną troską, powracając ku niemu spojrzeniem. Przechyliła głowę, wyciągając białą szyję, kiedy otarł się o nią szorstkim policzkiem. - Nigdy -więcej nie próbuj mi sugerować, że mogę zrobić coś więcej dla swojego dziecka – odparła wciąż bez uwidocznionego strachu prosto do jego ucha, umyślnie drażniąc je ciepłym oddechem – powoli, cicho, przeciągle. Wyrazu jej twarzy – z tej pozycji – dostrzec nie mógł, lecz gdyby mógł – ujrzałby przymrużone w zadowoleniu oczy. - Nigdy. - A gdyby dotknął jej piersi, poczułby szybkie i silne uderzenia przerażonego serca.
Wysunęła dłonie od razu jak zwolnił uścisk, opadając na oparcie krzesła, bezwiednie przesunęła dłonią wzdłuż czerwonych pręg na nadgarstkach. Na moment zastygła w bezruchu, kiedy obserwowała jak ostrze błyska w półmroku, odbijając płomień świecy, wyjęty z drewna, w ręce Ramseya. Powiodła za nim wzrokiem dalej, śledząc jego ruchy. Uważnie. Nieufnie. Nie powiedziała jednak nic, prawdopodobnie nie chcąc go dodatkowo drażnić.
- Nie pal tutaj – zastrzegła, kiedy tylko dostrzegła papierosa na wierzchu, pracownia była w piwnicy, naprawdę ciężko było wywietrzyć gryzący dym, który osadzał się na jej preparatach, a przede wszystkim zawadzał dziecku. Nie patrzyła już na niego, przeniosła wzrok przed siebie, opierając łokieć o oparciu krzesła, sprzeczne emocje bezlitośnie kotłowały się w jej głowie. Skóra na uniesionym do pionu nadgarstku wciąż była czerwona.
- Mamy całkiem duży dom – odparła, nawet nie odwracając się ku niemu, jakby od niechcenia. – Co nam po małym mieszkaniu? Poczekamy na lepszą propozycję, ale jesteśmy wdzięczne za dobre chęci. Niestety nie możemy zostawić Umhry samego, nie radzi sobie dobrze z samodzielnym gotowaniem i mógłby przez to niechcący pozbawić mnie stałych klientów. –  Jej wzrok utkwił gdzieś na schodkach prowadzących do wyjścia, gdzieś tam siedział teraz jej troll – bynajmniej się nad nim nie rozckliwiała. Jej twarz przybrała powagi, lecz wciąż nie odwróciła się ku niemu, słysząc imię swojej córki. – Kochanie – przemogła się w końcu, na twarz dziewczynki również nawet nie patrząc, w jej głosie zabrzmiała czułość zarezerwowana tylko dla niej. – Idź na górę, proszę. Posprzątaj w lecznicy.
Odczekała, aż dziewczynka zsunie się z taboretu i umknie w drzwiach, kilkakrotnie po drodze się na nich oglądając. Jej sukienka była ubłocona, nic się nie stanie, jak przesiąknie również krwią.
- Wiem, co widziałam – powiedziała w końcu, zwracając się znów do Ramseya. Złość gdzieś uleciała z jej głosu, być może w momencie, w którym odezwała się do dziecka, być może wcześniej, dziecinne przepychanki – za jakie miała wyciągnięcie noża na swojego gościa, pomimo tego, że ów gość wciąż ten nóż trzymał – i  jakimi darzyli się wcześniej, wydały się jej nieistotne w kontekście ważniejszych kwestii. – A skoro to widziałam, wciąż jest żywy – dopiero teraz odwróciła wzrok w jego stronę, jej twarz spoważniała, w oczach jęła czaić się determinacja, a usta drżały, szukając właściwych słów. Czy naprawdę musiała mu to tłumaczyć? To, potęgę trzeciego oka? Jak często miewali błędne wizje? Przychodziły rzadko, niespodziewanie jak grom z jasnego nieba, ale przychodziły prawdziwe. Nie wiedziała, czy wciąż kpił, czy powiedział to tylko po to, żeby dała spokój – ale nie mogła tego zostawić w taki sposób. Skąd mógł wiedzieć, czy Vasyl jej zagraża? Skąd mógł wiedzieć, że tak nie było? Okłamywał ją? Próbował zbyć? Nie była naiwna. Ani przesadnie ufna. – Jak? – Wciąż na niego patrzyła i pytała tym razem całkowicie poważnie. W jaki sposób mógłby go powstrzymać? Odwiedzi ich, kiedy znowu będzie czegoś chciał, a Lisa do tego czasu… Umilkła, wstając z krzesła, kształt jej nóg wyraźnie rysował się przez cienki materiał powłóczystej spódnicy, kiedy obeszła stół i oparła się o jego kant, upięte włosy spływały wzdłuż ramienia dumnie wyprostowanej sylwetki - królowej swojego zamku błota. Stanęła naprzeciw Ramseya, z rękoma założonymi na piersi. Buta też uleciała gdzieś z jej twarzy, rysowała się na niej już tylko troska, złośliwości przysłonił mroczny cień strapienia.
Jak masz zamiar to zrobić, Ramsey?




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   23.08.16 21:52

Patrzył na nią przez pewien czas, a może odpowiedniejszym byłoby stwierdzenie, że podziwiał ją w jakiś dziwny, utajony sposób. Nie była kobietą ze snów, salonową księżniczką, ani wyrafinowaną kurtyzaną, która swoim ciałem i wdziękiem zarabiała na życie. Nie miała być ozdobą mężczyzny ani jego służką, ani tym bardziej zabawką, choć właśnie do takiego widoku kobiet przywykł. Była matką, a w jego oczach dość niezwykłą, bo znała smak poświęcenia, wierności i miłości do swojej pociechy, którą nie wychowywały ani guwernantki, ani ciotki, czy kuzynki. Każdego dnia walczyła nie tylko o własny byt, ale również przyszłość dziecka, a zależało jej na tym, by móc co wsadzić do ust, ale również i do głowy, wpajając od najmniejszego pewne wartości. To było godne podziwu. On sam nie miał matki, ani takiej ani żadnej innej, dlatego nie odważyłby się krytykować jej poczynań. Cassandrze można było wiele zarzucić, lecz nie to, że nie dbała o swoją córkę. I widział to właśnie teraz, patrząc w jaki sposób ją traktuje, słuchając sposobu w jaki do niej mówi i analizując co próbuje jej tym przekazać. To była jej potworna słabość, czuły punkt, ale w jej oczach widział siłę i odwagę, która mówiła, że nie usunęłaby tej słabości za żadne skarby.  
Był świadom błędów, jakie mógł popełnić, poddając się jej zasadzkom, jej czarom, które nie wymagały użycia magii. Była przecież kobietą doskonale potrafiącą odnaleźć się w trudnym świecie nieustannej walki dobra ze złem; manipulatorką, w obecności której podniecającym było bycie manipulowanym. Patrzył więc w jej oczy, na drobny, prosty nos, wąskie, kształtne usta, zamiast skupiać się na dłoniach, które mogły go w każdej chwili sprawdzić na ziemię. Ale znał ryzyko. W myślach powtarzał sobie: trudno. Chciał zaryzykować, poczuć ten smak. Jej smak; akt rozpaczy, zemsty, złości, nienawiści. To wszystko czego on sam przez wiele lat próbował się wyzbyć sądząc, że to sprowadzi go na złą drogę. Tego co w jego mniemaniu zbyt dużo mówiło o samym człowieku nie dlatego, że poddawało przypadkowej ocenie, a zbyt dogłębnej analizie silnych i słabych stron. Bycie obojętnym, z nikim niezwiązanym, nie posiadających wobec nikogo żadnych względnych uczuć było smutne, tragiczne, ale racjonalnie ekonomiczne i zapewniające (przynajmniej w teorii) bezpieczniejszą przyszłość.
Każdy jej ruch zawracał mu głowę. Kierował tam wzrok choć wcale nie uznawał to za istotne, a po prostu przyjemne. W jej towarzystwie czuł się hedonistą, który za kroplę egoistycznej swawoli mógłby zrobić wszystko. A przecież na co dzień był zbyt poukładany, chłodny w ocenie i pochłanianiu takich drobnych gestów i emocji.  
— Nie — odpowiedział po chwili milczenia, nie chcąc odsłaniać kart od razu, choć przecież i tak znała go na tyle, że pewnych rzeczy nie musiał mówić, aby zrozumiała. — Oczywiście, że zabicie sześciolatki nie przynosi satysfakcji, powinnaś o tym wiedzieć — dodał leniwie, nachylając się bardziej w jej stronę.  — Zabicie  t w o j e j  sześciolatki byłoby potworną zemstą na tobie — szepnął, uśmiechając się sympatycznie.— Ale nie chciałbym mieć powodu, by się mścić na tobie. Jesteś zbyt potrzebna— cenna, Cassandro — wymówił jej imię niemalże z czułością, jakby kryło się w tym coś więcej.
Rzadko kiedy targały nim emocje i pozwalał im brać górę. Nie ulegał im, tak jak nie ulegał zazwyczaj wdziękom pięknych kobiet, czy fałszywie atrakcyjnym propozycjom (biznesowym) mężczyzn. Najzwyczajniej w świecie kalkulował wszystko, co tylko się dało, jakby wierzył, że w ten sposób może rozważyć i przewidzieć wszystko. Nie mógł, nie potrafił, ale przyznanie mu pewnych faktów było gorsze niż wypowiedzenie podstawowych zwrotów grzecznościowych, jak przepraszam, czy proszę. Kalkulował więc też ryzyko, z którym wiązały się jego poczynania. Zaciskał palce na delikatnych przegubach Cassandry bo to był wciąż element, którym ją przewyższał. Siła. Nie korzystał z niej zbyt często, a już na pewno nie po to by żałośnie pokazać jakąkolwiek przewagę. Tym razem było to takie samo upomnienie jej jak to, które otrzymał od niej kilkanaście sekund wcześniej przy użyciu noża. Dziecinne, choć niebezpieczne gierki. Niezależnie od maści, od koloru sierści, oboje mieli kły i pazury i musieli o tym pamiętać.
Chciał przekornie odpowiedzieć jej, że będzie mówił i robił dokładnie to, na co miał ochotę, lecz fraza była tak przereklamowana, że szkoda mu było energii na to, by faszerować ją tak pustymi słowami nawet z czystej złośliwości. Uśmiechnął się jedynie szeroko i fałszywie na znak przyjęcia do wiadomości, choć równie dobrze mógł to zignorować. Kłótnie z Vablatsky nie były dla niego korzystne i opłacalne. Była jedną z tych osób, którym chcąc nie chcąc musiał ufać(nawet jeśli było to ograniczone zaufanie). Przyjacielem i potencjalnym wrogiem jednocześnie, kimś od kogo mógł się uczyć tak długo, póki nie popełnił błędu, czyniąc o jeden krok za dużo w daną stronę. Pewnych pomyłek się nie wybacza, więc starał się być ostrożny. Dlatego i do Lysy wychodził z wyuczoną sympatią, okazując jej maksimum swojej cierpliwości.
Mógłby przysiąc, że głośne bicie jej serca odbijało mu się echem w głowie, ale to co słyszał to było jego własnym, donośnie łomotającym wnklatce piersiowej. Puścił ją bo nie chciał jej krzywdzić. Przyjął jej ostrzeżenie, wydał w jej kierunku swoje i na tym powinni zakończyć, zanim posuną się ktok dalej. A przecież o tym myślał, prawda? Trzymając w rękach nóż, bawiąc się nim, gdy już zaciskał w ustach papierosa myślał o tym jak szybko wbiłby się w jej ciało, czy zatrzymałby się w połowie, czy był na tyle ostry, że przeciąłby skórę gładko, czy może poszarpał ją na strzępy. Mógłby sobie wyobrazić zapach krwi, który towarzyszyłby temu zjawisku. Uniósł na nią wzrok, skupiając się na jej smukłej sylwetce, długich ciemnych włosach i temu lekceważeniu, którym go w tej chwili uraczyła, robiąc wszystko był na niego nie patrzeć.
Zignorował jej zakaz palenia, podsumowując go krótkim „za późno” wypowiedzianym pod nosem. Nie z braku szacunku do niej. Nie przyswajał niektórych komunikatów, nawet prostych w tonie, który mu nie odpowiadał. Nazywano to złośliwością, ale nie wykazywał w tej chwili żadnych emocji i nie uśmiechał się irytująco. Po prostu zaciągnął papierosem, czując jak brzydki nałóg hamuje jego zapędy i uspokaja rozbudzone nerwy. Nie chciał się na nią wściekać za to, jak się zachowała. Wykazałby się głupotą psując umyślnie ich stosunki. Nie chciał tego przyznać przed nią, a jeszcze bardziej przed samym sobą, że najzwyczajniej w świecie jej potrzebował. Jako uzdrowicielki — bo nie znał drugiej takiej, która bez zbędnych pytań poskładałaby go do kupy, gdyby zaszła taka konieczność; ale też jako kobiety, która po prostu momentami była do niego podobna.
Nie skomentował również kwestii mieszkania, bo niczego jej nie proponował. Patrzył na nią, paląc powoli papierosa i zastanawając się, czy (i kiedy) znajdzie swoją upragnioną propozycję. Gdyby był skłonny do takich rozważań pewnie życzyłby jej jak najlepiej, choć odnaleziony książę z bajki budziłby w nim złość i zazdrość, że ktokolwiek może zajmować jej myśli na dłużej. Nie musiał być z nią blisko, lecz świadomość, że poświęca komuś swój prywatny czas, ten, który był (był?) cenniejszy od tego zawodowego. Zaborczość podpowiadała aby ten czas poświęcała jemu.
— Do zobaczenia— powiedział, uśmiechając się nienaturalnie wesoło i uniósł powoli rekę, by pokiwać dziewczynce, która wolno wchodziła schodami w górę. I on na nią patrzył. Obserwował jak się oddala i ciekawsko podgląda mamusię, która się w końcu odezwała i uraczyła go odrobiną uwagi. Ale teraz to on był skupiony na jej córce, póki nie zniknęła w drzwiach, a on momentalnie spoważniał.
— Skoro jesteś przekonana…— mruknął z nonszalancją odrywając się od szafki, przy której stał, by zrobić krok w jej stronę. Zgasił papierosa i wrzucił go do pustego kociołka, zostając jedynie z nożem w dłoni. — Chciałem cię w tych badaniach dlatego, że cię szanuję i…  bo chciałem… się z tobą czymś podzielić — powiedział radośniej, ale oczywiście entuzjazm był elementem teatrzyku, który właśnie przedstawiał, bo inaczej brzmiałoby to zbyt patetycznie i uczucuiowo. Odrobina kpiny i głupiego rozbawienia potrafiła zepsuć nawet najwznioślejszą chwilę. — Moje argumenty Cię nie interesują, okej. Szkoda, liczyłem na współpracę. Ale twoja obecność w badaniach to jednak trochę za mało, żeby się zaczaić na własnego brata — jakby kierowały nim rodzinne dylematy — Więc mogę Ci jedynie obiecać, że zrobię co w mojej mocy, żeby ochronić twoją córkę przed nim. Albo.... nie tylko przed nim — zamyślił się, mrużąc oczy.— — Jakim cudem według Ciebie Vasily miałby się dowiedzieć? Nikt o tym nie wie. Przynajmniej na razie… — Przystanął bok niej bokiem, zwrócony bardziej w kierunku schodów, jakby się zastanawiał, czy Lysa rzeczywiście poszła, słuchając nakazu matki. Spojrzał na nóż, który obracał w dłoniach i prychnął pod nosem. — Tak samo jak ty to robisz na co dzień. Jaka odpowiedź by cię satysfakcjonowała, Cassandro? Nie wezmę jej ze sobą. Nie będę chodził za nią krok w krok, całymi dniami po Nokturnie. Ale taki sojusznik dla niej jak ja to dość cenny prezent. Szczególnie jeśli w ramach lojalnego wypełnienia obietnicy powstrzymałby własnego brata przed… głupstwem. A Vasil nigdy nie dowie się, że jest jej ojcem. Nawet jeśli by tu wrócił i ktoś kiedykolwiek mu coś zasugerował… możesz mu wcisnąć cokolwiek — odpowiedział prawie szeptem i ujął ja za brodę, zmuszając do tego, by na niego spojrzała. Nie po to by jej pokazać, że ma do tego prawo. Zrobił to, bo chciał spojrzeć jej w oczy i sprawić sobie przyjemność.
Uniósł brwi niby wyczekująco, ale nie spodziewał się ani odpowiedzi ani szczególnej reakcji na jego słowa. Zaoferował jej to, co miał do zaoferowania. Lojalnie dotrzymałby danej jej obietnicy, nie zważając na konsekwencje, ale choć to on przyszedł z propozycją i czegoś od niej chciał, nie mogła stawiać aż tak wygórowanych warunków. Choć może gdyby była nieco bardziej cyniczna i mądra potrafiłaby to na nim wymusić w mgnieniu oka.
— Jeśli zmienisz zdanie… daj mi znać. Ta propozycja ma swój termin ważności.— Odsunął rękę i lekko skinął głową w jej stronę w ramach pożegnania. Obrócił nóż, ujmując go za ostrze i podał kobiecie. Równie dobrze mogłaby wykonać jeden drobny i niezbyt gwałtowny ruch, aby wbić mu go w brzuch. No dalej, no śmiało. — Cassandro.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   09.09.16 18:42

Cassandra zdawała sobie sprawę z tego, że Lisa była jej słabością, która czyniła jej życie mniej bezpiecznym, mniej stabilnym i mniej przewidywalnym i choć nie była to sytuacja komfortowa, godziła się z nią. Córka była wszystkim, co Cassandra naprawdę miała, cenniejszym od jakichkolwiek pereł, klejnotów czy diamentów, była jej córką, zrodzoną z niej samej, ojciec czy krew Mulciberów krążąca w jej żyłach nie miała dla niej samej żadnego znaczenia - nie istniały. Biologia nie miała znaczenia w konfrontacji z nadnaturalną więzią, jaka - jak wierzyła - łączyła ją z córką. Nie przetrwanie było tym, na czym zależało jej w życiu, próbowała przetrwać tylko dla niej, a więc i tylko dzięki niej. Czy więc do końca można ją było określić słabością? Była boją, której się uwiesiła, kołem ratunkowym pośrodku oceanu, gdzie zepchnięta do ostateczności pośród rekinów wciąż trzymała się na górze. Dziewczynka była źródłem jej wszystkich silnych cech - o czym uzdrowicielka również wiedziała, ale o czym miała zwyczaj mówić niechętnie. Ramsey był po prostu silny. On sam - jak skała, o którą brutalnie rozbijały się kolejne fale. Mógł sobie pozwolić na wyrzeczenie się rzeczy, których nie potrzebował, bo radził sobie bez nich - i tą siłą jej imponował. Kiedy patrzyła w jego oczy strach przeplatał się w niej z fascynacją, coś pociągającego z czymś odrażającym, a jednak wartym ryzyka. Myśl o próbie manipulacji jego osobą była dla niej kusząca - bo któż nie chciałby się pochwalić oswojeniem takiego człowieka - ale i przerażająca, bo ona sama nie mogła wiedzieć, do czego byłby zdolny, gdyby naprawdę go sprowokowała. Niedorzecznie ten strach pociągał ją jeszcze bardziej, nie lubiła mężczyzn słabszych od niej samej, dlatego nie lubiła mężczyzn w ogóle. Ale Ramsey, jego marazm, z jakim podchodził do świata i brak litości, z jakim zwracał się ku wrogom  - był dość intrygujący, by nie patrzyła na niego jak na każdego innego. Dlatego też, kiedy dostrzegła wzrok, którym wodził za jej ruchami, jej usta składały się w wyraz zadowolenia, nie w uśmiech, ten błąkał się na jej ustach rzadko, raczej w grymas wypoczętej lwicy.
I wyraz ten trwał, kiedy uniosła spojrzenie wprost ku jego oczom, kiedy nachylony zwracał się ku niej tak bezpośrednio, obojętnie kontynuując temat pozbycia się Lisy. Pozornie obojętnej, jak wierzyła, interpretując ton jego głosu. Nie chciała mieć w nim wroga, wystarczył jej wróg w jego bracie  - i krwawa wojna, jaką ten mógł jej wytoczyć, a jaka prześladowała ją w snach. - Zemsta, której naprawdę się pragnie, smakuje słodyczą, nie goryczą - szepnęła, raz jeszcze spoglądając wprost na niego - przeciągle. Tak, ta zemsta byłaby potworna i uderzyłaby w Cassandrę mocniej, niż jakiekolwiek tortury, nie zamierzała tego ukrywać ani przed sobą samą ani przed nim, domyśliłby się tego każdy, kto znał ją choć trochę. Zastanawiało ją raczej podejście Ramseya - co czułby? Zawód? Satysfakcję - nie. Ból, czyżby? Stratę. Była cenna, cokolwiek to oznaczało w jego ustach, dla niej znaczyło dość, by nie obawiała się z jego strony skrytobójczego ataku, być może dlatego, kiedy wciąż ściskał jej nadgarstki, prócz strachu w jej ciele kołatała emocja, do której o wiele trudniej byłoby się jej przyznać przed sobą samą - podziw dla jego siły, stanowczości, czy gwałtowności, do jakiej dał się jej sprowokować, przyjemny dreszcz czegoś, co... nie było tylko strachem, a co rozbudzała niebezpieczna czułość spleciona z niewypowiedzianą przez niego groźbą.
Zmrużyła ślepia, patrząc na wciąż trzymanego przez niego papierosa, gniewnie, niezadowolona, wodziła spojrzeniem za kłębami wydychanego przez niego kłębu dymu składające się w fantazyjne i jakże fascynujące dla wróżbitów wzory. Nie tutaj, Ramsey, powtórzyła w myślach, milcząc tak długo, aż ten nie zareagował i nie zgasił papierosa - uniosła głowę wyżej, jakby chcąc podkreślić swoją pozycję w swoim królestwie, kiedy zbliżył się w jej stronę, choć doskonale zdawała sobie sprawę z noża, który wciąż trzymał w ręce - i uciekała do ostrza kątem oka, właściwie bezwiednie, kierowana wyuczonym na Nokturnie instynktem przetrwania. I patrzyła na niego bez wyrazu, być może chciał się z nią czymś podzielić, ale dla niej było to jedynie wyrzeczenie. Pomoc, o którą prosił, miała ją kosztować wiele, wiedziała, co ujrzy w zwierciadle przyszłości i był to widok, od którego całe życie, całe swoje nowe życie, to rozpoczęte po narodzinach Lisy, uciekała. Ją, małą Lisę, martwą, zamordowaną przez jej rzekomego ojca, a wcześniej skrzywdzoną - brutalnie, boleśnie, nieadekwatnie. Fakt, że ją szanował, był dla niej komplementem - ale aby zdobyć się na to wyrzeczenie, musiała wpierw doprowadzić do tego, by ujrzany w lustrze obraz okazał się nieprawdziwy. A do tego doprowadzić mogła tylko śmierć Mulcibera. Bratobójstwo to wiele, prosiła o wiele, ale jej zdaniem rachunek był adekwatny.
Ale Ramsey odmówił.
- Nie jest aż tak tępy, żeby nigdy się nie domyśleć - mruknęła w odpowiedzi, zakładając ręce na piersi. Zawiodła się, ale nie miała zamiaru kontynuować tematu, coś za coś, odmówił, tak działały przecież interesy. Jego nagła bliskość wcale nie sprawiła, że poczuła się pewniej; przeciwnie, stał nad nią jak cień - cień czegoś, co nieuchronne i cień czegoś, co było czarniejsze niż wronie skrzydła.
Oczywiście, że jej ze sobą nie weźmie, nawet, gdyby Ramsey nagle zmienił profesję na niańkę do dzieci, Cassandra nigdy nie pozwoliłaby się Lisie oddalić na tak długo. Nie mógł być blisko niej - dlatego zadała to pytanie, dlatego chciała wiedzieć jak miał zamiar dochować obietnicy, którą złożył. Śmierć Vasyla była jedynym rozwiązaniem. Czy zdawał sobie sprawę ze słów, które właśnie wypowiedział? Mogła mu wcisnąć wszystko, to prawda, być może by jej uwierzył we wszystko. Na przykład, w to, że ojcem jest Ramsey - gdyby miała szczęście, wtedy jako pierwszego zaatakowałby jego. I zginąłby, nie był tak potężny jak Ramsey, wobec tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Gdyby jednak miała pecha - najpierw zabiłby ją, a dopiero potem poszedłby do Ramseya. Wyjście drastyczne, ale ostatecznie skuteczne, małą Lisą zajęłaby się Rita, a zagrożenie wreszcie by ustało - czy nie o to chodziło?
Uniosła brodę, którą ujął w dłoń, spojrzała na niego, tak, jak tego pragnął - lecz tylko na chwilę, bo w momencie w jej źrenicach rozjaśniały iskry gniewu. - Nie dasz rady go zatrzymać - oznajmiła, choć czuła, że mówi rzecz oczywistą, czy Ramsey o tym nie wiedział? Jak mógłby go zatrzymać, kiedy go tutaj nie będzie? Vasyl nie musiał planować tego, co miał zrobić, to było fatum, jego i Lisy nieuchronne przeznaczenie, mogła być chwila, moment, w którym Cassandra odwróci wzrok, jak ten przed chwilą, kiedy Ramsey zebrał ją z ulicy. Moment, moment miał wystarczyć, by odebrać Cassandrze wszystko, co miała i cały sens jej życia. - Składasz mi obietnicę, której nie dotrzymasz, bo nie jesteś w stanie. Ani ja, ani tym, nic nie zrobimy, kiedy ten moment nadejdzie. Bo nas przy niej nie będzie. Jeśli nie zrobi tego, wierząc, że jest jej ojcem, to zrobi to z zazdrości. Nie znam motywacji, znam skutek, a moja interpretacja poszlak może być błędna. Nie dam się oszukać. Chcesz więc mojej pomocy, nie dając mi w zamian nic prócz czczej obietnicy. Możesz nie być najlepszy w rachunkach, ale powinieneś zauważyć, że nie jest to najlepsze równanie dla mnie. - Westchnęła, posiadanie sojusznika było lepsze niż jego brak, ale Cassandra nie mogła się zdecydować, czy była gotowa, by spojrzeć w przyszłość świadomie. Przyszłość swoją, nieistniejącą przyszłość Lisy... a może sam moment mordu. Była jasnowidzem, wierzyła nieuchronność losu, wyższy plan, który ustawiał ich na szachownicy życia. Lisa była na tej szachownicy pionkiem - pierwszym do stracenia, choć cenniejszym niż wszystkie inne, bo strzegącym królowej. Jedynym wyjściem było zabić Vasyla i tylko taka odpowiedź by ją usatysfakcjonowała. Tylko wtedy mogłaby mieć pewność, że nic jej nie zrobi. Wyrwać mu obie ręce, powybijać zęby, połamać nogi - wtedy też nie da rady, skoro nie chciał go zabijać. Póki chodził między nimi, gdziekolwiek znajdował się w tym momencie, był dla Lisy potencjalnie niebezpieczny. Cassandra miała go za świra, kogoś, kto nigdy nie pomyśli racjonalnie, kogoś, kto szybciej zrobi niż pomyśli, a w takiej sytuacji protekcja Mulcibera nie dawała jej  zupełnie nic.
Spojrzała w dół, ku rękojeści ostrza wysuniętego ku niej, ujęła je delikatnie, nie poruszając jednak dłonią, jej wzrok uniósł się znów wprost na jego twarz - paskudnie uśmiechniętą, zadowoloną z siebie, bezczelną i egoistyczną. Nie poruszyła przy tym głową wciąż podtrzymywaną przez jego dłoń na podbródku. Miała ochotę dźgnąć go tym nożem teraz bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej  - i to właśnie byłaby zemsta smakująca goryczą. Nie uczyniła tego jednak, odłożyła nóż za siebie, na blat stołu. I już więcej na swojego gościa nie spojrzała.
- Wyślij mi sowę z datą spotkania, może przyjdę. - Nie miała zamiaru za nim wypisywać listów oznajmiając, czy przemyślała sobie tę absurdalną propozycję, nie miała też zamiaru prosić się go o cokolwiek w tej materii. Przemyśli sprawę - i może przyjdzie, a może nie. - Znasz drogę do wyjścia - Nie pożegnała się, bez słowa obeszła stół zastawiony specyfikami - by wrócić do swojej pracy, miała kilka kości do oszlifowania. Mogła to zrobić jutro. Albo za tydzień, właściwie to nie było nic pilnego.
Ale chciała teraz.

/zt x2




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Rita Sheridan
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t600-margerita-sheridan http://www.morsmordre.net/t714-poczta-rity#2428 http://www.morsmordre.net/t605-rita-sheridan http://www.morsmordre.net/f100-smiertelny-nokturn-13-3 http://www.morsmordre.net/t989-panna-rita
Trucicielka, lichwiarka, hazardzistka
30
Czysta
Panna
The black heart angels calling
With kisses on my mouth
There's poison in the water
The words are falling out
1
2
16
3
0
1
0
1
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia   07.12.16 0:15

|wpraszam się tak jak zapowiedziałam! Data jakoś w połowie marca, wybierz jak Ci najbardziej pasuje

Miesiąc. Dokładnie tyle spędziła w drodze. Po raz pierwszy od ostatniego roku nauki w Hogwarcie opuściła Nokturn na tak długo. Wytrwale podążała za listą nazwisk i adresów aż skreśliła wszystkie pozycje - upewniając się tym samym, że zrobiła wszystko do czego się zobowiązała. Wróciła do domu ze stertą dokumentów zapisanych cyrylicą, kilkoma przeklętymi przedmiotami i nadmiarem złota. Wszystko to na nic. Bo przecież nie było już tego komu oddać. Wszystkie te rzeczy piętrzyły się teraz na jej kuchennym stole, a ona od dwudziestu minut wpatrywała się w nie paląc papierosa za papierosem. Wciąż owinięta podróżnym płaszczem, z włosami rozwianymi przez kapryśny wiatr, siedziała na swoim jedynym fotelu i zastanawiała się co tak właściwie powinna ze sobą zrobić. Przez ostatnie dni przy zdrowych zmysłach trzymało ją wyłącznie poczucie obowiązku. Parła przed siebie, zaciskając zęby i zajmując się ściąganiem cudzych długów. Obiecała sobie, że czas na zastanowienie przyjdzie dopiero wtedy, gdy będzie miała z głowy tę przysługę. Ostatnią przysługę. Teraz gdy już się zatrzymała, powoli zaczynała otrząsać się z szoku. Zaczynała rozumieć co się tak właściwie stało. Rzeczywistość miała gorzki smak, od którego zaczynało ją mdlić. Jak do tego doszło? Przecież dokładnie pamiętała ich ostatnią rozmowę - zupełnie jakby to było wczoraj. Obiecał jej wtedy, że dobrze na tym zarobi. Pogoni jego dłużników, bo przecież zna się na tym jak nikt inny. Odbierze złoto i kilka innych drobiazgów, a potem podzielą się zyskami. Oczy pewnie zaświeciły jej się chciwie na myśl o złocie, bo szydził z niej później przez kilka długich minut. Czy to nie zabawne? W tej chwili bez wahania oddałaby to wszystko. Złoto, swój czas, cały ten wysiłek. Oddałaby mu wszystko i zrobiła dwa razy tyle byle tylko przestał być tak całkowicie i nieodwołalnie martwy. Cholerny buc.
Wrzuciła niedopałek papierosa do kominka, w którym wciąż zalegał popiół z tamtego dnia, gdy Graham wręczył jej wspomnianą listę i zaproponował swój kuszący układ. Wyjechała w pośpiechu myśląc, że im wcześniej ruszy w drogę, tym szybciej wróci do domu. Posłała krótki list z wyjaśnieniami do Cassandry, a potem wyszła zamykając drzwi na głucho. Miało jej to zająć tydzień, góra dwa. I oto wróciła po miesiącu do mieszkania pokrytego kurzem i zimnego jak kostnica. Obrzuciła swoje lokum spojrzeniem pełnym niechęci i powoli podniosła się z fotela. Jej twarz wykrzywiał grymas obrzydzenia, gdy omijała szerokim łukiem stół i stojące na nim schludne stosiki zdobytych dóbr. W zlewie zalegały dwa spleśniałe kubki po herbacie; zastane powietrze cuchnęło stęchlizną. Jej wnętrze wypełniało zimne i śliskie poczucie obcości, jakby była nie na miejscu. Nie u siebie. Nie mogła tu teraz zostać. Musiała wyjść. Teraz. Zaraz. Natychmiast! Niemal wybiegła z mieszkania, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Bała się, że jeśli zostanie tam jeszcze chwilę dłużej to obrzydliwe uczucie wypełni ją całą i rozpadnie się na tysiąc kawałków w tym ponurym miejscu, które jeszcze miesiąc temu zwykła zwać domem.
Szybkim krokiem przemierzała aleję Śmiertelnego Nokturnu, kierując się do jedynego miejsca, w którym jak sądziła może znaleźć ukojenie. Mijani ludzie przyglądali jej się nieco mniej dyskretnie niż zazwyczaj - może dlatego, że wyglądała na poruszoną, a może dlatego, że dawno jej tutaj nie było? Któż by to zgadł. Jak zwykle jednak nikt nie wchodził jej w drogę; bez trudu dotarła do drzwi lecznicy i w dwóch susach przeskoczyła schodki prowadzące do drzwi. Przez myśl jej nie przeszło, by zapukać (przecież od lat wchodziła tutaj jak do siebie). Po prostu nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do środka stając od razu twarzą w twarz z trollem zamieszkującym przedsionek. Specyficzny odór stworzenia wydał jej się niemal przyjemny, tak bardzo ucieszyła się na jego widok. Jej wargi wykrzywił nieco histeryczny uśmiech, gdy miękkim tonem powitała strażnika domostwa Vablatsky. Mimo długiej nieobecności musiał rozpoznać jej zapach lub głos, bo po chwili wahania zamruczał nisko i wycofał się powoli do swojego kąta.
Rita nie zwlekając ruszyła dalej przed siebie. Najpierw skierowała się do lecznicy, wzywając przy tym cicho imię przyjaciółki. Gdy nie znalazła tam nikogo poza jednym śpiącym (lub martwym? Prawdę mówiąc nie przyjrzała się zbyt dokładnie) jegomościem, niemal wbiegła na piętro, gdzie znajdowały się pokoje mieszkalne. Tam jednak również nie było ani śladu Vablatsky czy jej córy. Oddech Rity znacząco przyspieszył i to bynajmniej nie z powodu całej tej bieganiny. Panika chwytała ją za serce, gdy nawiedzała ją przerażająca myśl: a co jeśli ich też już nie ma? Co jeśli odeszły, zniknęły, umarły? Przecież powinna tu być, powinna nieustannie ich pilnować! Wróciła na dół, nieomal przewracając się przy tym na brzegu swojej własnej szaty. W ostatniej chwili złapała się futryny, wzbudzając przy tym kolejny niski pomruk Umhry. Czy trolle umieją się śmiać? - zaatakowała ją abstrakcyjna myśl, gdy uchylała drzwi pracowni w duchu modląc się, by znaleźć tam uzdrowicielkę.
- Cassandro? - zawołała, nie zdając sobie nawet sprawy z histerycznej nutki pobrzmiewającej we własnym tonie. Jakiś szyderczy głosik zawodził w jej głowie, że przecież na pewno jej tam nie ma, bo gdyby była to przecież usłyszałaby ją dużo wcześniej. Nie ma jej, nie ma.
- Cass, gdzie jesteś? - pytała, wkraczając jednocześnie w skrywającą pracownię ciemność.






She wears strength and darkness equally well
The girl has always been half goddess, half hell.

Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   20.12.16 0:32

Brzydki, szary ponury Nokturn, czarny jak noc, czarny jak serca mieszkających tutaj czarodziejów; kiedy na Nokturnie ktoś znikał, zwykle nikt się nie zastanawiał nad tym, dokąd się udał. Nie mieli przecież perspektyw, nie wynosili się stąd ot tak, a jeśli, to nie miało to większego znaczenia, dla nich – i tak stawali się wtedy na swój sposób martwi. Niedostępni. Przecież nikt nie chciał być widziany tutaj – na ulicach ziejących samą śmiercią – jeśli choć odrobinę dbał o swoją reputację. A jeśli ktoś próbował odejść – zadbać musiał bardziej niż odrobinę. Ludzie pamiętali. Ludzie nie wybaczali.
Siedziała przy stole, tuż obok leżała gliniana miseczka, w której lśniły, odbijając światło trzech świec, białe wypolerowane paliczki przygotowane dla sklepu o tej samej nazwie. Naprzeciw niej, wspięta na dziecięcym taborecie, siedziała córka, trzymająca w rączce talię kart, układając przed Cassandrą układ Tarota. Uzdrowicielka wspierała głowę na łokciu, odpoczywając po pracy, ale i ciesząc się bliskością córki – spokojnej, bezpiecznej i coraz umiejętniej rozkładającej karty. Jej usta składały się w subtelny uśmiech, kiedy przyglądała się konsternacji na twarzy dziewczynki, usiłującej przypomnieć sobie znaczenia poszczególnych figur. Była jeszcze zbyt młoda, by odnaleźć się w siedzi powiązań znaków, ale tym sposobem powoli mogła oswajać się z posiadaną przez nią mocą. Uniosła lekko lewą brew, kiedy kolejną odsłoniętą kartą okazała się hierofanką – a do nich dobiegło wreszcie histeryczne nawoływanie krzątającej się od dłuższego czasu po domu Rity. Nie przesłyszała się? Nie, wołanie rozległo się drugi raz. A ona przecież poznałaby ten głos wszędzie.
Często się zastanawiała, co się właściwie wydarzyło. Wiedziała o Grahamie – żałowała, że nie pojawiła się na jego pogrzebie, ale nadto obawiała się, że spotka tam Vasyla. Dostała od niej list, ale mijały dnie, mijały noce, minęły tygodnie, a ona nie wróciła. Czy kiedykolwiek miała w swoim życiu kogoś, kto był dla niej równie bliski, co ona? Czy kiedykolwiek potrafiłaby zaufać komukolwiek tak mocno, jak mocno ufała Ricie? Czy kiedykolwiek pozwoliłaby dopuścić do siebie kogokolwiek tak blisko, jak blisko dopuściła ją? Ją, tą, która zniknęła. Tak po prostu, pewnego dnia wyjechała, a potem nie wróciła już nigdy. Z początku się martwiła, a zmartwienie szybko przerodziło się w złość i rozgoryczenie; wykańczała ją obezwładniająca niepewność o los czarownicy. Brak jakiejkolwiek wizji karmił ją bezustannie złudną nadzieją co dnia, aż w końcu ta nie umarła – jeśli mógł odejść Graham, możliwe było wszystko. Od dawna nie trafił do niej nikt zatruty jej trucizną. Nie odjęła spojrzenia od karty, wodząc spojrzeniem wzdłuż konturów narysowanej postaci, ni stąd ni zowąd wpadając w niezrozumiały dla siebie popłoch; nie codziennie umarli powstawali z grobów.
- … Rita? – odezwała się po dłuższej chwili na ślepo, o wiele ciszej, lecz w pustych piwnicach jej głos poniósł się bez przeszkód, odbijając się od ścian głuchym echem. Drgnęła, odejmując dłoń, na której się wspierała, od twarzy.  Z obawą spozierając na córkę. Miała omamy, czy ona naprawdę wróciła? Bez zapowiedzi, wytłumaczenia, bez listu, bez zapewnienia, że nic jej nie jest! Poderwała się z krzesła, o wiele wolniej, niż by mogła, powłóczysta spódnice rozlała się po kamiennej podłodze jak cień. Cassandra została przy stole – złożywszy na nim obie dłonie – wpatrując się w płomień migoczących świec. – Rita, tu jesteśmy – dodała, ani trochę nie podwyższając tonu swojego głosu.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
 

Pracownia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Pracownia alchemika
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.
» Opuszczona pracownia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Lecznica-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17