Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pracownia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pracownia   24.03.16 10:31

First topic message reminder :

Pracownia

Do pracowni Cassandry nie ma wstępu każdy, mieści się w piwnicy nieopodal wejścia - aby zejść do środka, trzeba minąć jej trolla. Zwykle, kiedy nie można znaleźć Cassandry, zapewne jest tutaj.
W pracowni na niewielkim palenisku stoi niewielki żeliwny kociołek, raczej do podgrzewania eliksirów niż ich ważenia, Cassandra miała przyjaciółki, które tworzyły eliksiry o wiele sprawniej niż ona sama. Wnętrze oświetlają świece wetknięte w mało ozdobny świecznik stojący pośrodku stołu, na którym niemal zawsze widać pojedyncze kości lub preparaty z narządów powtykane w słoiki. Cassandra zajmuje się ich oczyszczaniem i dostarczaniem do Paliczków. Przy stole ustawiono krzesło i dziecięcy stołek.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   13.06.17 15:38

| 17 kwietnia

Odzwyczaiłem się od czegoś takiego jak świętowanie czy rodzinne uroczystości. W zasadzie w dorosłym życiu sam nigdy dobrze ich nie poznałem. Dwa razy zdarzyło mi się obchodzić urodziny Grahama, kiedy razem z żoną zawarliśmy milczące porozumienie i chociaż przy jednym obiedzie w roku zapominaliśmy, że znosimy się tylko dlatego że za późno już, by się z tego wyplątać. Ona udawała, że nie wie, czemu wychodzę wieczorami z domów, a ja przez jeden dzień, że wierzę w jej oddanie względem mnie. Urodziny Grahama, jedyna rodzinna uroczystość w moim dorosłym życiu, były po prostu przerwą w nieustającej wojnie, jaką było moje małżeństwo. Chwilowym zawieszeniem broni. Oprócz tego pamiętałem tylko moje własne urodziny, jeszcze z czasów, gdy moich rodziców nie zgniotło truchło jakiejś przeklętej mugolskiej maszyny. Było to jednak na tyle dawno, że nie pamiętałem wiele oprócz Boeufa Stroganowa robionego przez moją mamę. I blin na deser. Dlatego niespecjalni wiedziałem, czego oczekiwać po uroczystościach teraz, kiedy przeżyłem już pół wieku i kiedy większość mojego życia przeleciała mi przez palce, gdy siedziałem zamknięty w celi, gdy jedyne, co miałem do świętowania było nadejście lata, kiedy w podziemnych lochach Tower of London robiło się tylko chłodno, a nie przeraźliwie zimno.
Nie byłem pewien, czy byłem szczęśliwy, że spędzę urodziny z synem, najbliższą rodziną jaką obecnie miałem. Krwią z mojej krwi, podobnym do mnie bardziej niż Graham kiedykolwiek mógł być wychowywany przez moją żonę, która nie potrafiła przekazać chłopcu tego, co trzeba, by zrobić z niego mężczyznę. Nie miałem okazji spędzić z nim wiele czasu, mogłem śledzić jednak jego cienie, odciski, które zostawił jeszcze za życia. I tyle wystarczyło, by wiedzieć, że więcej odziedziczył po swojej obłudnej, zdradzieckiej matce. Auror. Niezależnie od tego, kim był oprócz tego nie potrafiłem przełknąć tej jedynej i ostatecznej zniewagi. To właśnie takim jak on zawdzięczałem lata spędzone w więzieniu. Obrońcy szlam i mugoli. Strażnicy zgnilizny.
Był też jeszcze Vasyl. Równie dla mnie mglisty jak martwy Graham. Równie bezcielesny, pozbawiony w moich oczach materialnej formy. Duch, którego imię i bezosobowy głos pojawiały się w różnych miejscach tworząc obraz człowieka, który nie mógł być moim synem. Ramsey nie miał powodów, by kłamać o własnym bracie. Wierzyłem w list, który od niego otrzymałem. Nie byłem zły za problemy, w które wpakował się Vasyl. Nie miałem do niego pretensji o uzależnienia, w jakie popadł. To, co było jednak niewybaczalne to zdrada Czarnego Pana. Zdrada. Jedyna rzecz, której nie potrafiłem wybaczyć synom, porzucenie ideałów, zaprzedanie lojalności.
Powinienem jednak świętować. W towarzystwie ludzi zdecydowanie mi obecnie najbliższych. Nawet jeśli nie wiedziałem jak i chociaż nie zamierzałem mówić tego głośno, nawet, jeśli tak naprawdę czułem lekki strach.
Lecznicę Cassandry znałem dobrze, za dobrze nawet. Co nie zmieniało faktu, że zawsze czułem się znacznie lepiej przychodząc tu niezakrwawiony i umierający. Na przykład tak, jak teraz, w najlepszej szacie, jaką posiadałem, z papierową torbą, w której spoczywała biała koszula. Urodzinowy prezent dla Ramseya z okazji mojej rocznicy. Obiecana przy naszym pierwszym spotkaniu, na który chyba żaden z nas nie był wtedy gotowy. Siedząc przy stole, nad tortem upieczonym przez Cassandrę, zapijając go sokiem dyniowym, który kupiłem wcześniej na Pokątnej. Ognista czekała na lepsze czasy, kiedy Lysandra pójdzie spać.
- Muszę przyznać, że nigdy nie widziałem lukrowej pajęczyny na torcie - posyłam Cassandrze umiarkowany uśmiech, kiedy przyglądam się kawałkowi ciasta na moim talerzu. Mam szczerą nadzieję, że pajęczyna naprawdę jest z lukru. Zanim moje nadzieje zostały rozwiane postanowiłem szybko zmienić temat.
- Kiedy byłem mały - w końcu jestem już w wieku, w którym wręcz wypada z rozrzewnieniem wracać do szczenięcych lat - mój tato opowiadał mi dużo rosyjskich bajek.
Sam nie byłem pewien, czemu akurat przypomniała mi się jedna z nich. Równie popularna, co w Anglii baśń o trzech braciach, którzy pokonali śmierć.
- Jedna z nich była o Dziadku Mrozie. Potężnym czarnoksiężniku, który znał klątwę potrafiącą zamrażać dzieci. Nikt nie znał na nią ratunku. Zamrożeni chłopcy i dziewczynki na zawsze zostawali lodowymi rzeźbami, które ozdabiały zamek Dziadka Mroza - zamilkłem na chwilę przypominając sobie, co było dalej, ale okazało się, że mojej pamięci starczyło tylko na ten krótki fragment baśni. - Nie sądzicie, że ma to w sobie więcej uroku niż jakiś Czarodziej i skaczący garnek?
Zacząłem odgrzebywać stare opowieści mojego ojca. Muszę je sobie kiedyś przypomnieć. Może Lysandra byłaby nimi oczarowana podobnie jak niegdyś ja. W końcu nazwisko zobowiązuje, jakby nie spojrzeć płynęła w niej rosyjska krew. Ciekawiło mnie też czy ktoś Cassandrze opowiedział nasze baśnie. I czy Ramsey kiedykolwiek natknął się na opowieść z kraju swoich przodków. Jeżeli nie, następnym razem zamiast koszuli dostanie ode mnie egzemplarz rosyjskich baśni. Zapewne spisanych cyrylicą. W końcu nikt w Anglii nie zadał sobie raczej trudu, by je tłumaczyć.




Our scars have the power to remind us
that the past was real.


Ostatnio zmieniony przez Ignotus Mulciber dnia 23.07.17 22:07, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

5
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   16.06.17 10:34

Minęły dwa dni odkąd zgodził się zostać, by czuwać nad zdrowiem i życiem dziecka swojego brata; chronić je przed nim samym, przed jego szaleństwem, głupotą i bezmyślnością, której uzasadnienia wciąż nie mógł odszukać — byli braćmi z jednego ojca, miał trudność, aby w Vasylu odnaleźć choćby jedną najmniejszą cząstkę pasującą do Ignotusa. Był mu obcy; nie tylko dlatego, że kiedy natknął się na niego na Nokturnie, gdy był w towarzystwie Cornelii i Grahama, a przedstawiono ich sobie nie poczuł względem niego niczego. Był mu obcy bowiem poza nazwiskiem nie reprezentował sobą zupełnie nic. Poznał go jako chaotyczną kompilacją gwałtowności, słabości względem używek, niczym nieuzasadnionej agresji i bezsensu. Kupę kości i mięśni o oczach błyszczących obłędem i szybko rosnącym gniewem, tak samo jak namiętnością i żądzą. Był łatwy i trudny zarazem, zazdrosny o Grahama, gdy Ramsey był obok, choć ostatecznie i tak wygrał w swoim poważaniu, zatrzymując go dla siebie. Minęły dwa dni, w których niechętnie przeorganizował swoje plany i zadania, dostosowując je po raz pierwszy w życiu do kogoś, choć nic z tego nie miał, poza wdzięcznością za honorowe dotrzymanie danego słowa.
Tego wieczora mieli jednak celebrować urodziny Ignotusa. Cassandra, znalazłszy wolną chwilę, upiekła tort. Najprawdziwszy tort! Ukradkiem przyglądając jej się w progu nie mógł wyzbyć się wrażenia, że widok ten był przedziwny. Na stole nie dostrzegł krwi, ludzkich cząstek, kości, narzędzia choć wcale nie odbiegały od tych, do których widoku przywykł, posłużyły do czegoś innego. Bez trudu zdołał sobie to wytłumaczyć, uświadamiając sobie, że miała pod opieką sześcioletnią córkę, której urodziny pewnie co rok wyprawiały w ten sposób, spędzając je z Ritą i Umhrą we czwórkę. W końcu racjonalnie uznał, że tak to powinno wyglądać, również dla Ignotusa. Może nie znał go zbyt dobrze, lecz widział w nim postać o wiele bardziej odpowiedzialną i związaną z rodzinnym tworem niż on sam, który czegoś podobnego w życiu nie doświadczył.
Stwierdzenie, jakoby cieszył się z tego spotkania było lekkim nadużyciem. Był jednak zadowolony z takiego obrotu spraw, a świadomość, że będzie mógł się Ignotusowi przyjrzeć na dobrze mu znanym, stabilnym gruncie, napawała go przyjemnym wyczekiwaniem. Był gotów, by go poznać, by obserwować jego ruchy, słuchać tego, co ma do powiedzenia i ze spokojem przyswajać wiadomości. Nie wiedział skąd się to brało — zrzucał na swoją wrodzoną chęć odgadnięcia każdego. Naturalnie był go ciekawy, a uczucie to pojawiało się każdorazowo, kiedy był w pobliżu, od pierwszej chwili, gdy zagrodził mu drogę na korytarzu w galerii sztuki, zwracając uwagę na plamę z wina. Doskonale pamiętał ten moment, w którym pożałował jego koszuli i obiecał, że kupi mu nową. Nigdy nie byłem dobry w zaklęciach czyszczących, dodał. On również nie był, a kiedy z okazji własnego święta wręczył mu podarek był zaskoczony — nie tym, że dotrzymał słowa, lecz faktem, iż za sprawę honoru przyjął głupią i swobodną obietnicę, a przynajmniej wtedy wydała mu się nieistotna. Zmusiło go to do myślenia. Wcale nie w drodze rewanżu, bez zbędnych słów i wzniosłych życzeń ofiarował mu drobiazg, krwawą pieczęć, przewidując, że w nadchodzących czasach może okazać się przydatna.
Kawałek tortu zjadł od razu, w ciszy, bez zbędnego grzebania widelcem w słodkiej brei. Z czegokolwiek było ciasto, nie mogło wpłynąć na chęć zjedzenia go. Zwykle jadał mało, w pośpiechu, a kucharzem był beznadziejnym, więc żyjąc w samotności jadał to, co nawinęło mu się pod rękę. Apetyt miał na wszystko, co mu podsunęła Cassandra, nie wybrzydzając ani razu; jedzenie było potrzebne by przetrwać, nie po to, by delektować się jego smakiem i marnować czas i złoto, na urozmaicanie tak prozaicznej potrzeby. I również w ciszy, ze spuszczonym na szybko wyczyszczony talerz, słuchał słów Ignotusa. Po raz pierwszy miał okazje wysłuchać czyjejś opowieści; zwykle to on wymyślał jakieś bajki Mii, gdy próbowała zniknąć, ukryć łzy i dławiące ją cierpienie.
Dopiero jakiś dziwny i niepasujący do tego domu szmer zmusił go, by uniósł głowę i spojrzał w kierunku schodów, jak zwierzę, które stawia wysoko uszy do góry i nasłuchuje nadchodzącego niebezpieczeństwa. Dwa dni spędzone w tym miejscu, bez otępiających jego zmysły eliksirów znieczulających i zwykle odczuwanego tu bólu wystarczyły, by zapoznać się z tym miejscem, rozpoznając odgłosy skrzypiących podłóg i ścian. Trwało to jednak zbyt krótko, by wzbudzić niepokój, wzmogło czujność na moment, wyrywając go z myśli przy rodzinnym stole.
—Niewielu zna właściwą wersję Czarodzieja i skaczącego garnka— odezwał się w końcu, spoglądając na Ignotusa. — Zdaje się, że najpopularniejsza odsłona była zmodyfikowana przez szlam. Tamta opowiadała o tym jak garnek chronił niewinnego czarodzieja przed mugolami, którzy z pochodniami i widłami czyhali pod jego domem na jego życie, lecz garnek połykał sąsiadów, aby czarodziej mógł wciąż uprawiać magię. Obiło mi się o uszy— wyjaśnił zapobiegawczo pochodzenie swej nikłej wiedzy na ten temat, po czym wzruszył ramionami i odchylił się wygodnie na krześle. Historia o Dziadku Mrozie rzeczywiście mogła mieć w sobie więcej uroku i pewnie gdyby był mały i miał okazję ją usłyszeć od ojca zachwyciłby się od pierwszej chwili.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.06.17 3:30

Urodziny, zabawne święto. Swoich tak naprawdę nigdy nie świętowała - jako dziecko była zbyt samotna, zawsze zajęta sławna matka rzadko o nich pamiętała, a przyjaciół - nie miała. Przestała sama o nich pamiętać, kiedy skończyła dwadzieścia parę lat - mijający upływ czasu przypominał jej bardziej o wszystkich porażkach, którym musiała w przeszłości sprostać, aniżeli o czymkolwiek przyjemniejszym. Rocznica jak każda inna - niekoniecznie warta upamiętniania. Urodziny po raz pierwszy w formie podobnej do tej obeszła z Lysandrą, kiedy skończyła rok. A potem dwa lata. I trzy, i tak aż do dzisiaj. Nauczyła się nawet robić ten tort, jakby łudząc się, że dzięki niemu Lysa choćby na moment zapomni o wszechobecnym kurzu i krwi. Nie musiała zapominać, nie znając innego życia nie mogła tęsknić za czymś, czego nigdy nie miała. A jednak, dla Cassandry kolejne rocznice Lysy wydawały się coraz to boleśniejsze, przypominające o nieuchronnym fatum i tym, że w ich życiu - wciąż - nic się nie zmienia. Przymknęła oczy, usiłując odegnać wspomnienia, Lysa nawet nie siedziała z nimi przy stole, a ta rocznica nie należała do niej, tylko do Vitalija Mulcibera, którego widziała właśnie na miejscu małej dziewczynki. Nie odbierało mu to ujmy, zawsze budził u niej respekt - jak śpiący niedźwiedź Mulciberów, gotowy przebudzić się w każdej chwili. Ojciec, syn... i wnuczka, to mimo wszystko najbardziej rodzinne urodziny, na jakich kiedykolwiek była. Te z Ritą spędzali we czwórkę - kolejne przykre wspomnienie, czy na kolejnych urodzinach Lysy po raz pierwszy zabraknie trucicielki? Bolesna wyrwa w sercu po raz pierwszy od jej zniknięcia zabolała ją tak mocno.
- Lysa zrobiła - czuła się w obowiązku pochwalić córkę, która ozdobiła ten tort lukrową pajęczyną. Uznała, że ta ozdoba będzie ładna - może wydawała się nieco koślawa, jak to rysunki siedmioletnich dziewczynek, ale było widać, że jest pajęczyną - a to już coś. Odwzajemniła umiarkowany uśmiech podobnym, z zaciekawieniem wsłuchując się w jego historię. Była świadoma swojego rosyjskiego pochodzenia, historii własnej rodziny, ale urodziła się i dorastała w Anglii. Nie znała rosyjskich bajek - nikt jej ich nigdy nie opowiadał. Ojca nie miała - była Vablatsky - dziadka tym bardziej, chowała ją samotna matka, która potrafiła sobie znaleźć ciekawsze zajęcia od wychowywania własnego dziecka. Nigdy nie przestanie mieć jej tego za złe. Słysząc mroczną historię, odruchowo obejrzała się przez ramię, wypatrując dziecka - na szczęście, dziewczynka nie usłyszała bajki bez morału.
- Zima zawsze ma w sobie dużo uroku - odparła lekko, być może rozpaczliwie usiłując podchwycić temat, żeby Vitalij nie opowiadał już więcej bajek. Musiał przyznać, że i on nie był najlepszym ojcem. - A lód - magii. Ciekawi mnie, jak wygląda rosyjska zima. Musi być dużo silniejsza niż nasza. Potężniejsza - Jak to żywioł - nieokiełznana. To mówiąc, wstała od stołu, podchodząc do jednej z szafek, z której zabrała wino, przywołując zaklęciem accio trzy szklane kielichy. Powróciła z naczyniami, stawiając je kolejno przed starszym i młodszym Mulciberem, temu ostatniemu wręczając również butelkę. Swój - zostawiła na skraju stołu, zbierając talerzyki po cieście. Nie usłyszała szmeru, choć porwała instynktownie głowę widząc nagłe spięcie Ramseya. Zmarszczyła lekko brew, nie rozumiejąc - po czym zebrała brudne naczynia, z zamiarem wyjścia  z nimi po schodkach zimnej piwnicy - do kuchni. Być może pracownia Cassandry nie była najbardziej reprezentatywnym miejscem  w lecznicy, ale zarazem jedynym, w którym mogli mieć pewność, że nikt im nei przeszkodzi.  Jednym uchem, sprzątając, słuchała historii Ramseya.
- Garnek obronny - westchnęła cicho,, z czymś, co można by było pomylić z rozmarzeniem. - Przydałby mi się taki - stwierdziła z zastanowieniem, obracając się na pięcie - i kierując się w stronę kuchni nieśpiesznym, rozleniwionym za sprawą spotkania krokiem.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.06.17 18:06

Lukrowana pajęczyna rozpływała się w ustach pozostawiając po sobie smak cukru. Nie byłem fanem słodyczy, jadłem je rzadko, kiedy dziwnym zrządzeniem losu ktoś postanowił mnie nimi poczęstować. Jak łatwo się domyślić, nie zdarzało się to zbyt często. Tort upieczony przez Cassandrę był jednak wyjątkowo smaczny. Może dlatego że cukiernictwo było ukrytym talentem uzdrowicielki, który może miałby okazję ukazać się światu, gdyby życie nie zmusiło jej do zamieszkania na Nokturnie, a może na jego smak wpływały okoliczności. Dość... Niezapomniane i niepowtarzalne.
- Miała doskonały pomysł - stwierdziłem lekko rozbawiony. A raczej ukontentowany. Lubiłem Lysandrę. Jej ciekawskie oczy i spojrzenie zdecydowanie zbyt dojrzałe jak na małe dziecko. Na Nokturnie dojrzewa się szybciej, a dar widzenia przyszłości nie pomaga w zachowaniu dziecięcej naiwności zbyt długo. A jednak Lysa miała w sobie wystarczająco dużo beztroski, by wzbudzać sympatię swoimi czasem przemądrzałymi odpowiedziami. Lukrowa pajęczyna była zdecydowanie urocza i dużo bardziej pasowała do młodszej z panien Vablatsky.
- Podobno tutejsza zima w porównaniu z rosyjską zimą nawet nie jest - potwierdziłem przypominając sobie stare opowieści o Mulciberach, o Syberii, o fortecy zagubionej pośród nieustającej zamieci śnieżnej, w której niejeden stracił życie zgubiwszy drogę. Nigdy na własnej skórze nie przekonałem się, jak jest w rzeczywistości. Skłonny byłem jednak uwierzyć w to, że faktycznie żyjąc w Anglii niewiele wie się o mrozie. Wystarczyło posłuchać tego, co mówili absolwenci Durmstrangu, którzy z pogardą wręcz odnosili się do tych centymetrów śniegu, które zasypywały czasem londyńskie ulice.
- Biedny to czarodziej, który żeby bronić się przed szlamem potrzebuje garnka.
Baśnie pozostawały baśniami. Niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Budowały alternatywny świat pełen innego rodzaju magii niż ta, którą posługujemy się na co dzień. Najpiękniejsze zaś były te, które działy się na granicy prawdy i fikcji. Odpowiednio podkoloryzowane, napisane tak, by oczarować swoją niesamowitością, a jednocześnie pozostawić okruch nadziei, który sprawia, że bardzo chciało się w nie uwierzyć. A przynajmniej tak zawsze wyobrażałem sobie baśnie opowiadane przez matkę, kiedy miałem tyle lat, co Lysa i z szeroko otwartymi oczami wpatrywałem się w kolorowe obrazki ozdabiające strony książki, które wiąż były żywe w mojej pamięci.
- Trolle zazwyczaj są lepsze od garnków - zauważyłem, gdy Cassandra zbierała talerzyki. - A przynajmniej równie dobre.
Podziękowałem skinieniem głowy za kieliszek. Moje oczy powędrowały za przekazaną Ramseyowi butelką. Zobaczyłem wówczas błysk niepokoju w jego oczach, gdy odwracał głowę od schodów. Sam nic nie usłyszałem. Nie lekceważyłem jednak intuicji syna i spróbowałem wsłuchać się w dochodzące do nas odgłosy. Okazało się to jednak niepotrzebne. Po chwili wszyscy bardzo wyraźnie usłyszeć mogliśmy dziewczęcy pisk dobiegający z góry, a zaraz po nim głośny huk. Potem rozległ się ryk, którego nie sposób pomylić z niczym innym. Każdy, kto słyszał wściekłego trolla, o ile przeżyje, nigdy nie będzie miał więcej wątpliwości, gdy zetknie się z nim ponownie. Nie czekałem na reakcję Cassandry. Wiedziałem też, że Ramsey podąży za mną. Wyciągając różdżkę ruszyłem w kierunku, z którego dochodziły hałasy. Drzwi do kuchni zamieniły się w drzazgi. Dosłownie. W progu unosił się brązowy pył, w którym błądziło kilka większych kawałków drewna. Szyba w oknie została wybita. Umhra stał obok wejścia rycząc głośno i wymachując łapami. Lysandra znajdowała się na drugim końcu pokoju. Zakrwawiony mężczyzna obejmował ją mocno za szyję, w drugiej ręce trzymając różdżkę, którą mierzył to we mnie, to w trolla. Najwyraźniej przestraszona Lysa użyła magii próbując uwolnić się z łap porywacza raniąc przy okazji i jego. Niestety za słabo.
- Puść ją - nie ukrywałem wściekłości, która wybrzmiała w moim głosie. Doskonale wiedziałem, kim był nieproszony gość. Podobne odbicie patrzyło na mnie z lustra, gdy patrzyłem w nie trzydzieści lat temu. Vasyl był zniszczony przez uzależnienie, ale rysy twarzy pozostawały niezmienne. Pamiętałem, co napisał mi w liście Ramsey. O zdradzie Czarnego Pana za odrobinę śnieżki. Czyżby mój młodszy syn upadł aż tak nisko, żeby porywać małe dziewczynki?
- Odłóż różdżkę - mierzyłem w niego gotów do rzucenia zaklęcia. Jedyne, co mnie przed tym powstrzymywało to Lysa, której używał jako tarczy. Podpisał na siebie wyrok już dawno, kiedy postanowił zdradzić Czarnego Pana. Może i byłem jego biologicznym ojcem, obecnie jednak nie czułem nic oprócz wściekłości za to, jak bardzo splugawił moje nazwisko. Nie powinien go nosić ani odrobiny dłużej. I skoro nadarzyła się okazja, miałem zamiar ją wykorzystać i pobyć się Vasyla raz na zawsze. Nie zasługiwał na to, by żyć i istniał tylko jeden sposób, bym mógł zmazać moją hańbę. Ale najpierw musi uwolnić Lysandrę. Dziewczynce włos nie może spaść z głowy.




Our scars have the power to remind us
that the past was real.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.06.17 23:38

Nie podejmował dobrych decyzji już od dawna. I choć podświadomość zdawała się informować go o tym na bieżąco wybierał trwanie w tym, a nawet zapadanie się głębiej podejmując z każdą chwilą coraz więcej decyzji nie do odwrócenia. Vasyl tylko dwóch rzeczy był pewien w tym momencie. Musiał opuścić kraj; zdrada Czarnego Pana była podpisaniem wyroku śmierci istniała jednak możliwość, że poza granicami Wielkiej Brytanii nie będzie go szukał. Tak oto pozostała podjęta decyzja numer jeden. Numer dwa narodziła się z krwi, jego krwi. Był ojcem; dowiedział się o tym gdy błąkał się po ulicach jako kundel. Miał córkę i nie zamierzał jej zostawić. Była krwią z jego krwi, jego dziedzictwem, własnością którą należało odebrać. Należała do niego i z nim już od dziś miała być.
Zaczaił się niedaleko mieszkania Cassandry czekając na okazję. Mała Lysa musiała kiedyś zostać sama. Vasyl nie chciał zabijać Cassandry; nie z powodu jakiejś nachodzącej go nostalgii, czy na wzgląd dawnych czasów. Bał się, że jego córka mogłaby nigdy nie wybaczyć mu zabójstwa matki. To mogłoby doszczętnie popsuć jego plany na wspólne życie z nią.
Kuchnia była pusta przynajmniej przez większość czasu, ale w końcu udało mu się doczekać swojej chwili. Zacisnął palce lewej ręki na różdżce i machnąwszy niż sprawnie otworzył sobie okno, przez które dostał się do środka. Ruszył w stronę dziewczynki.
-Musimy iść. – zarządził ciągnąc ją za nadgarstek w stronę zapasowego wyjścia którym sam się tu dostał. Ale zanim zdążył zrobić krok potężny huk kawałki okiennego szkła wbiły się prawe ramę Vasyla przynosząc ból; jednak nie utrudniając mocniej poruszania się. Troll wył wściekle alarmując pozostałych i mężczyzna zdawał sobie sprawę, że musiał stąd zniknąć teraz póki nie było za późno.
Pociągnął dziewczynkę kolejny krok, ale kroki na schodach zaalarmowały go o nadchodzących jednostkach. Objął Lysę prawą dłonią za szyję, tak, by nie była w stanie mu się wywinąć ani uciec. Była w tej chwili jego jedynym ratunkiem. Bez niej przed sobą zginąłby na miejscu. Wiedział, że żaden z mężczyzn nie wyceluje w niego śmiertelnym zaklęciem. Przynajmniej nie teraz, nie w tej chwili gdy istniało prawdopodobieństwo, że zielony promień mógłby trafić Lysę.
Spojrzenie zogniskował na starszym z mężczyzn, widoczna w spojrzenie wściekłość rozbrzmiewała też w głosie, ale wypowiedziane słowa w nie sprawiły, że Vasyl puścił dziewczynkę. Wręcz przeciwnie, przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie, spluwając ze złością na podłogę obok.
-Ojcze. – wypluł z ust krzywiąc się z pogardą i obrzydzeniem, nawet nie spoglądając na przyrodniego brata, niewiele czekając machnął różdżką. – Bucco. – zadecydował posyłając klątwę w stronę swojego rodziciela. Nie zamierzał poddać się bez walki, nie zamierzał też uciekać bez tego, po co tu przyszedł.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

5
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   18.06.17 0:04

Lód zawsze był mu bliższy niż płomień, toteż skwitował słowa Cassandry, a po chwili Ignotusa lekkim uśmiechem. Niektórzy wywyższali niszczycielską siłę ognia, uznając go za najsilniejszy i najgorszy z żywiołów. Mógł topić lód, lecz woda przecież go gasiła. Zimno było tak samo złowieszcze i groźne jak parzące języki płomieni. Szybko stwierdził, że zima w Rosji musiała być piękna. Nigdy wcześniej o tym nie myślał, nawet kiedy dowiedział się o swym pochodzeniu, lecz w tej chwili naszła go chęć odwiedzenia krajów przodków; w zimie lub w lecie, obojętne. Przez chwilę zastanawiał się, czy Ignotus miałby podobną ochotę, czy zgodziłby się na taką eskapadę; Ramsey nie znał języka, nawet jego podstaw, a jego ojciec byłby niczym pochodnia rozświetlająca mrok obcego, dzikiego lasu.
Pokiwał głową dla potwierdzenia, jak zwykle, niewiele się odzywał. Słuchał ich wymiany zdań, poglądów, nie uczestnicząc w tym równie żywo co Ignotus, który chyba chciał zrobić dobre wrażenie. Udawało się, w jego mniemaniu — dość mocno ograniczonym przez niemożność wcielenia się w rolę rodzica, czy prawdziwego członka rodziny. Przysłuchiwał mu się z zainteresowaniem, zastanawiając na ile szczery i prawdziwy mógł być — czy wobec nich, teoretycznie bliskich, praktycznie prawie obcychch osób pozostawał pozbawiony masek, które miał szansę zaobserwować w innych sytuacjach. Może Lysa, gdyby tu z nimi siedziała, doceniłaby jego starania. Był przecież jej dziadkiem.
Umhra był znacznie lepszym obrońcą niż garnek, jakikolwiek by on nie był. Nie odpowiedział jednak nic, pozostawiając sąd starszemu, bardziej doświadczonemu czarodziejowi, z którego słowami miał się zgodzić — jego przytakniecie było zbędne; nie musiał zaznaczać podobnego stanowiska w żaden sposób. Jednym machnięciem różdżki uniósł butelkę skrzaciego wina, które pozostawiła Cassandra, szybko sprawiając, że kielichy zapełniły się po brzegi. Nim jednak butelka dotknęła blatu stołu rozległ się krzyk dziecka. Szkło pękło, uderzając o podłogę, rozlewając alkohol po deskach, kiedy zareagował instynktownie. W każdej innej sytuacji jego reakcja pozostawałaby chłodna i spokojna, lecz tu chodziło o życie Lysy, a także jego słowo. Nie popatrzył nawet na Cassandrę, by wyczuć w powietrzu gwałtowny i nagły przypływ paniki. On sam odczuł zastrzyk adrenaliny, zdawszy sobie sprawę z powagi sytuacji.
Zaraz za Ignotusem wybiegł po schodach na parter, lecz zatrzymał się nim dotarł do kuchni. Do pomieszczenia wbiegł czarodziej, agresywne pomruki musiały należeć do trolla; było ich tam dwoje z jednej strony. Stojąc krótko niczym posąg przysłuchał się kilku puszczonym w przestrzeń słowom; to wystarczyło, by zarysować w jego głowie obraz dramatycznej sytuacji. Choć Cassandra była tuż za nim, cofnął się, zamiast pójść w przód, do nich, dołączyć, stanąć ramię w ramię z wrogiem. Błyskawicznie przemyślał ich położenie, w kilka chwil przypomniał sobie rozkład kuchni, rozmieszczenie przedmiotów, drzwi, okno, szafki, stół. To zmusiło go do odwrotu. Minął Cassandrę, po kilku krokach zmieniając się w czarną jak smoła mgłę, która wyleciała przez uchylone drzwi.
Noc była już późna, Nokturn świszczał pustkami, z daleka słychać było ujadanie bezpańskich psów, jęk jakiegoś czarodzieja w odległej, ślepej uliczce. Czarny dym nie wzniósł się w powietrze, zatoczył półkole, wpływając przez wybite okno samotnie stojąceogo budynku. Zmaterializował się od razu, przy świszczącej wiatrem dziurze, odcinając potencjalną drogę ucieczki czarodziejowi, który miał być jego bratem. Szybko wyciągnął różdżkę przed siebie, stając mu na drodze — aby uciec będzie musiał pokonać jednego z nich — Vasyl był w potrzasku; zamkniety w pomieszczeniu, do którego dotarł, chcąc porwać własne dziecko. Miał na uwadze fakt, że trzymał ją blisko; nie wiedział jak bardzo, póki się nie zmaterializował; błyskawicznie zaniechując rzucenia jakiejkolwiek krzywdzącej klątwy, gdyby ten tchórz, ten plugawy pomiot zdecydował się nią osłonić.
— Imperio — wypowiedział momentalnie, ryzykując tym, że Vasyl okaże się szybszy. Lecz nawet jego ruch, unik, ucieczka dawały szansę Ignotusowi na kolejny atak. Mieli przewagę; musieli tylko na ułamek sekundy odciągnąć od niego małą Vablatsky.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   20.06.17 13:09

Zastanawiała się, czy trolle rzeczywiście były lepsze od garnków - silniejsze, na pewno, ale to jeszcze nie znaczy, że lepsze. Każde rozwiązanie miało swoje wady i zalety, troll zajmował dużo miejsca i śmierdział, garnek tych wad nie miał, choć z całą pewnością nie był tak silny i, zależnie, z jakiego materiału został wykonany, był też zapewne mniej wytrzymały. Nie znalazłaby miejsca na drugiego trolla, ale garnki mogła trzymać w mieszkaniu nawet trzy lub pięć. W stadzie byłyby równie groźne, co troll, a w kryzysowej sytuacji można je było jeszcze zduplikować. Westchnęła, stojąc już tyłem do stołu, słysząc pogardliwą wzmiankę Vitalija, nie odpowiedziała jednak nic. Zdawała sobie sprawę z siły obojga Mulciberów, nie miała zamiaru podkreślać własnych słabości. Choć niosła brudne talerzyki z zamiarem odniesienia jej na miejsce, początkowo nie weszła do kuchni; skręciła  w ostatniej chwili, żeby zerknąć do lecznicy, gdzie wciąż leżał mężczyzna, który dotarł do niej zeszłej nocy - obrzuciła go jedynie spojrzeniem, kontrolnym, eliksiry uspakajające niebawem powinny przestać działać, a on - powinien się przebudzić. Jeszcze nie teraz. Cofnęła się w progu, kiedy - nagle - usłyszała Lysę, szklane talerzyki wypadły jej z rąk, roztrzaskując się na większe, ostre fragmenty. W pierwszym odruchu schyliła się, by podnieść jeden z nich, lecz wówczas drogę przebiegł jej Vitalij, rozległ się ryk Umhry - jak wiele miała dzisiaj szczęścia, że towarzyszyli jej Mulciberowie? ... a może tylko jej się tak wydawało?
- Ramsey - Zniknął. Rozpłynął się we mgle, czarnej jak noc, zamiast ruszyć na miejsce - przecież oboje wiedzieli, co oznaczał ten krzyk, wiedzieli, że to musiał być Vasyl. Jej przepowiednia nie mogła kłamać, wrócił do Londynu, opuścił więzienie, do którego sama go wcześniej wpakowała, i dowiedział się o ich córce, której nigdy dotąd nie widział. Będzie chciał ją porwać, to oczywiste, żeby przepowiednia mogła się zwieńczyć, jej finałem miała być bowiem krzywda dziewczynki. Własnej córki. Przeklęty zwyrodnialec. Ale ona - nie była już Cassandrą, którą znał, bezdomną wystraszoną fretką błakającą się po mrocznym Nokturnie. Wiele się nauczyła, o magii i o życiu ogółem. Umiesz liczyć, licz na siebie, nawet, jeśli Mulciberowie nie mieliby ochoty pomóc - dla bezpieczeństwa Lysy gotowa byłaby mu wydrzeć z piersi serce gołymi rękami. Jej ciało obrosły ciemne pióra, w kilka chwil przeobraziła się w ptasią formę i, rozpaczliwie trzepocząc czarnymi skrzydłami, wpadła do kuchni, skąd, jak się słusznie wydawało, dobiegły ją odgłosy. Był już tutaj Vitalij  - i, ku jej uldze, również Ramsey. Dopadła do stojącego najbliżej Vitalija, wbijając się szponami w jego ramię, kruczym wrzaskiem przestrzegając dawnego kochanka. Długo się nie widzieli, całe lata; długie lata, które Vasyl spędził w więzieniu. Myślała, że ta chwila przyjdzie jej łatwiej. Bez dziwnego paraliżu w piersi, bez strachu, z którym mierzyła się przez siedem lat życia Lysandry, bez strachu, który wiązał ją, kiedy uderzył po raz pierwszy. A jednak - stał tak blisko jej córki, że jeden jego ruch mógłby wystarczyć, żeby skręcić jej kark. Zatrzepotała głośno skrzydłami, odnajdując błyszczącym okiem spojrzenie Lysy, bądź dzielna. To nie potrwa długo. Wyrwij się na bok, zabiorę cię stąd, a ten pan tu zostanie. Słyszała ostrzeżenia Vitalija, gorzkie i ostre, a napięcie wiązało jej gardło ciasnym jak pętla szubienicy supłem; dziewczynka była wszystkim, co miała. I całym jej światem.
Uważajcie na Lysę, ona jest najważniejsza. Pierwsze zaklęcia przecięły powietrze, wrona odbiła się od ramienia Vitalija, z łopotem przecinając powietrze przed trollem, nie powinien się do nich zbliżać - nie, póki Vasyl trzymał dziewczynkę.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   21.06.17 21:39

Ramsey pojawił się w obłoku czarnego dymu tuż pod oknem gotów do ataku. Gotów bronić Lysandry. Gotów zwrócić się przeciwko własnemu bratu. Był dorosły, a z Vasylem raczej nie łączyły go ciepłe uczucia. Bratobójstwo jednak było dość radykalnym sposobem wyrażania braku sympatii w rodzinie i jeśli mogłem, to wolałem jednak tego uniknąć. Nawet jeśli oznaczać miało to zabicie własnego syna. Mogłem czuć wobec niego odrazę, złość, obrzydzenie, nie zmieniało to jednak faktu, że byliśmy spokrewnienie najbliżej, jak się dało. I nawet jeśli on nie zamierzał okazywać mi litości, nie chciałem wdawać się z nim w pojedynek, który skończyłby się dla niego długą i bolesną śmiercią. Niewiele zrobiłem dla niego w życiu, ale syn pozostawał synem, choćbym nie miał dla niego nic poza nieskończoną pogardę. Nie mogłem jednak być pewien, co planuje Ramsey ani Cassandra, a niespecjalnie mieliśmy czas na ustalanie planu działania. Wszystko działo się niezwykle szybko i wyjątkowo sprawnie. Zdawałem sobie sprawę z ciężaru, który pojawił się na moim ramieniu i pazurów, które rozcięły skórę. Nie pozwoliłem sobie jednak nawet na chwilę dekoncentracji. Całą uwagę poświęcałem Vasylowi i Lysandrze, rzeczy dookoła odnotowując w prawdzie, ale nie rozwodząc się nad nimi dłużej niż zaledwie ułamki sekund. Szybko przekonałem się, że słusznie. Nie byłem nawet zły, że obrał mnie na swój cel. Zagonione w kozi róg zwierzęta właśnie to robią - atakują. A tym właśnie teraz był mój syn - bezrozumną bestią kierującą się instynktem zamiast logiką. Odbiłem jego czar w ścianę, która znajdowała się na lewo ode mnie. Na ziemię posypał się tynk, ale zniszczenie kawałka domu było zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż posłanie zaklęcia ponownie w stronę Vasyla, który mógł zasłonić się Lysą albo w trolla. Nie miałem pewności, jak tak gruboskórne istoty jak Umhra reagują na podobne zaklęcia, ale to chyba nie był odpowiedni moment na eksperymenty.
- Wypuść ją - postąpiłem krok do przodu zmniejszając odległość między nami, ciągle uważnie obserwując Vasyla, zastanawiając się, co mógł zrobić za chwilę. Był on jednak zupełnie nieprzewidywalny. Owładnięty szaleństwem i desperacją nie kierował się racjonalnym myśleniem. Imperius Ramseya pomknął w stronę mojego młodszego syna. Zaciskając dłoń na różdżce czekałem na odpowiednią chwilę. Nie chciałem ryzykować, że moje zaklęcie trafić może przestraszoną dziewczynkę. Pomijając samo obrzydzenie, jakim napawała mnie myśl o skrzywdzeniu Lysandry, Cassandra pewnie nigdy by mi tego nie wybaczyła. Nie zamierzałem narażać się uzdrowicielce w tak głupi sposób. Rozejrzałem się jeszcze szybko po kuchni podejmując decyzję, co robić.
- Wypuść ją Vasyl zanim zrobisz coś, czego pożałujesz - spróbowałem jeszcze raz. W końcu komu, jak nie własnemu synowi powinienem dać o jedną szansę za dużo? I chociaż miałem nadzieję, że z niej skorzysta, niespecjalnie w to wierzyłem. Jego zrozpaczone spojrzenie, w którym lśniło szaleństwo należało do człowieka, który nie cofnie się przed tym, co raz sobie postanowił. Nie tak wyobrażałem sobie rodzinne spotkanie. Miało na nim być zdecydowanie mniej trupów. Bo o tym, że przynajmniej jedna osoba żywa z tego zlotu nie wyjdzie, byłem przekonany. Osobiście planowałem tego dopilnować.




Our scars have the power to remind us
that the past was real.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Pracownia   23.06.17 17:55

Miał cel. Jeden, który jaśniał i przyćmiewał wszystkie inne od czasu, gdy dowiedział się, że miał córkę. Musiał ją znaleźć i zabrać ze sobą, wychować, patrzeć jak dorasta. Nie widział jej nigdy wcześniej, ale wiedział, że pozna ją od razu – nie mylił się.
Miała mądre, ale i jednocześnie bezbrzeżnie smutne spojrzenie – dokładnie jak jej matka. Ale i mądrość - mimo młodego wieku – oraz doświadczenie – to zaś przypisywał sobie. Była idealna. Była jego i z nim być powinna.
Musiał myśleć, znaleźć wyjście z potrzasku w którym się znalazł. Nie mógł pozwolić, by odebrali mu małą Lysę, przynajmniej nie po dobroci. Jeśli będzie trzeba zabierze ją ze sobą na drugi świat, nikt nie wie czy życie tam nie jest lepsze niż to tutaj? Na pewno będzie, przynajmniej dla niego i jego pięknej, mądrej córki. Ten kraj nie miał nic do zaoferowania. Przynajmniej nie dla niego.
Zaklęcie rzucone przez Vasyla pomknęło w stronę jego ojca i wleciało w ścianę, gdy starszy mężczyzna odbił je z wprawą. Ramsey zmaterializował się po jego stronie – otoczyli go. Zdawał sobie z tego sprawę – zdawali i oni.
Obił zaklęcie, które powędrowało w jego stronę z różdżki przyrodniego brata i warknął zły – niczym pies, w którego się zmieniał. Rzucać na niego imperio, niebywałe, niedorzeczne wręcz. Okręcił twarz noszącą znamiona życia jakie ostatnio prowadził w kierunku ojca. Mierzył go uważnym spojrzeniem kilka sekund, po których wypełnił pomieszczenie w którym się znajdowali śmiechem. Okrutnym, ponurym, przesiąkniętym złem, rozdrażnieniem i frustracją. Zanim zrobi coś, czego pożałuje, dobre sobie. Vasylowi zdawało się, że jego jednostka została ukierunkowana na podejmowanie złych decyzji i każda, którą podejmował okazywała się nie taką. Ale pewien był jednego, ta decyzja była dobra, musiała być. Nie mógł i nie chciał podejmować innej. Nie zamierzał też się wycofywać.
- Decollatio – zadecydował kierując różdżkę ponownie w stronę ojca. Musiał szybko myśleć, mieli przewagę liczebną, ale nie chcieli skrzywdzić dziewczynki – on też nie chciał, była jego córką. Musiał znaleźć stąd wyjście, a potem uciec z kraju i tam spokojnie żyć. Zacząć życie, nowe, lepsze.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

5
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   23.06.17 18:50

Nigdy nie dostrzegał między nimi nic, co mogłoby ich łączyć; już nawet jego brat bliźniak, czasem będący raczej przeciwieństwem niż drugą, gorszą połową, miał w sobie więcej podobieństw. Szaleńczy błysk w oczach Vasyla, płytkie urywane oddechy, chaotyzm ruchów. Był kimś obcym, jakąś cząstką, która stała obok, poza światem, do którego należał on, Graham, czy Ignotus — spoiwo całej trójcy. Był szują, gnidą, sukinsynem, którego logika rozkładała Ramseya na łopatki. Był nieprzewidywalny — trudno było przewidzieć jego zachowanie, o toku myślenia nie wspominając. Był pasożytem, którego należało się pozbyć. Udowadniał to z każdą chwilą. Usuwanie szkodników, zabijanie, nie było trudne. Wystarczyło mieć w sobie wystarczająco dużo odwagi, by się zdecydować i odpowiednio dużo umiejętności i pewności siebie, by wykonać to poprawnie. A z czasem przychodziło to coraz łatwiej, jak pływanie, z każdą  kolejną próbą wychodziło coraz lepiej, coraz sprawniej, a obawy i lęki powoli przemijały. Ramsey uczyniłby to bez mrugnięcia, żadnego zachowania, pozbawiony wątpliwości. Żadna wewnętrzna rozterka nie mogłaby go powstrzymać przed odebraniem mu życia, gdyby tylko miał taką potrzebę, gdyby tak postanowił. A uczyniłby to brutalnie i boleśnie, by dać mu nauczkę.
W tym wszystkim najtrudniejsze okazało się zadbanie o czyjeś życie, byt kogoś innego niż on sam. Nie obejmował tego naturalny instynkt samozachowawczy, a nawet pewność za własne czyny i wytrzymałość. Jak się go pozbyć, aby nie uczynić krzywdy dziecku, jak umożliwić jej ratunek, nim ten szaleniec podejmie jakąś bezmyślną decyzję. Jak ocalić kogoś, nad kim nie miał żadnej kontroli, nie miał wpływu na decyzje i działania?
— Zrób co ci każe — odparł lodowatym tonem, mierząc go wzrokiem, tuż po tym jak odbił rzuconą w jego kierunku klątwę. Nie zamierzał wysyłać mu sygnałów ostrzegawczych, ale Ignotus czekał, zwlekał — po co? — szanował go, próbował zrozumieć jego tok myślenia, sposób działania. Na to poświęcił tą chwilę pomiędzy świszczącymi w powietrzu zaklęciami, nim już instynktownie jego ciało spięło się gotów do działania. Nie mógł dłużej zwlekać, gdy kolejne czarnomagiczne zaklęcie pomknęło w stronę ojca, tego, który go nie zaatakował, który nie podniósł na niego ręki. To był ten moment, ta chwila, w której skupiał się właśnie na nim — wiedział, że się obroni, zdąży uchylić, odbije zaklęcie. Oczy jego brata skupiły się na nim. Musiał działać.
Spojrzał na wronę, która wzniosła się w powietrze sunąc jak strzała w stronę swej tarczy. Nie wiedział, czy zamierza zaatakować Vasyla, czy tylko przemknie w powietrzu, a może skieruje się na Lysę, by ją ochronić. Błyskawicznie przeanalizował trzy możliwe scenariusze. Nawet jeśli uda jej się uczynić mu krzywdę trzymał dziecko na tyle blisko, by nawet ostatnim tchnieniem ją zamordować. Jeśli nie zareaguje będzie próbował zmusić ich wszystkich do wycofania się pod groźbą zabicia córki. Jeśli zaś dotrze do Lysy, znajdzie się najbliżej niego, narażona na jego gniew i pierwszy — może skuteczny — akt nienawiści. W tym wszystkim nie było miejsca na reakcje czarnoksiężników, każdym zaklęciem mogli ugodzić Lysandrę, każdym ruchem i działaniem wyrządzić jej szkodę, a jednocześnie nie mógł pozostać bierny, kiedy próby Ignotusa petraktacji z tą gnidą, z tym synem, plugastwem, spełzły na niczym. Zdawał sobie sprawę, pewnie jak i sam Vasyl, że jego szansę na przeżycie malały z każdą chwilą, a nadzieja na wyjście cało z tej sytuacji tkwiła w małej wieszczce, która pozostawała jego ostatnią nadzieją.
W sekundę podjął decyzję, mając jedynie nadzieję, że różdżka mu nie zadrży, że zaklęcie pomknie dokładnie tam, gdzie chciał, gdzie celował i mierzył — w pierś Vasyla; licząc, że jego ryzykowna decyzja zmusi Cassandrę do wyboru scenariusza, który sam założył, a jej matczyny instynkt zdoła odciągnąć córkę jak najdalej, nawet jeśli zaledwie kilka cali; że jeśli wydarzy się coś, czego nie przewidział, Ignotus zachowa zimną krew.
Był pewny.
— Crucio!
Zgnijesz z bólu, Vasily, twoja głupota zeżre cię od środka, obłęd zapanuje nad twym ciałem, nad umysłem. Zniszczy cię od wewnątrz, ból rozpruje kawałek po kawałku, zniszczy, unicestwi. Na dobre. Cierp, cierp do granic możliwości, braciszku.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   23.06.17 23:07

To nie miało żadnego sensu. Vitalij chciał z nim rozmawiać, nie pojmując powagi sytuacji - ona wiedziała, wiedziała doskonale, do czego to wszystko miało doprowadzić - wiedziała, bo widziała to w snach. Ramsey, obiecał - że te sny się nie ziszczą, a jednak, dotąd wszystko szło po myśli Vasyla. Był otoczony, ale cóż z tego, kiedy nie mogli na poważnie  zacząć działać. Sama powstrzymała Umhrę przed jakimkolwiek ruchem, wszak ramiona potwora były niezborne, niezręczne i mogły, oczywiście, że mogły, natrafić na Lysandrę. Trzeba było szybko unieszkodliwić tego drania - w sposób, który zapewni jej córce całkowite bezpieczeństwo. W sposób, który niemożliwi mu zasłonięcie się małą jak żywą tarczą, wszyscy jej goście znali magię, której nie wytrzyma wątłe ciało małej dziewczynki. Wpatrywała się w jej twarz czarnym, błyszczącym okiem, chcąc dodać jej otuchy, złapać kontakt - zrozumienie - Lysandra była nie tylko bardzo mądra, ale i niezwykle rezolutna. Będzie wiedziała, kiedy powinna uciekać: nie ufała obcym, a zwłaszcza mężczyznom, Vasyl był głupi, jeśli sądził, że jej córka pójdzie z nim po dobroci. Nie było w niej nic z ojca, nigdy go nie miała. Vasyla mógł zastąpić ktokolwiek inny, dziecko należało tylko i wyłącznie do niej. Nie rozkazem, nie łańcuchem przymusu, jakim chciał ją właśnie skuć, a matczyną miłością, bezgraniczną ufnością i absolutnym przywiązaniem. Kochała ją nad własne życie.
Nie powinno jej dziwić, że Vitalij najwyraźniej równie wysoko stawiał życie własnego syna, łączyła ich wszak więź tożsama z tą, którą odczuwała ona sama. A jednak - zrozumieć tego nie potrafiła. Być może dlatego, że Vitalij był ojcem, nie matką, a być może dlatego, że przez ostatnie lata wpatrzona była w niespokojną, straszną i czarną przyszłość małej Lysy, że czekała na ten moment od kiedy dowiedziała się o jej istnieniu, od kiedy jej maleńkie serce zabiło po raz pierwszy - jeszcze pod jej własnym. Że poza Lysą nie widziała świata, a w obliczu zagrożenia - i właściwie zawsze - liczyła się tylko ona. Rozmowa z nim do niczego nie prowadzi, Vitaliju, będzie chciał zrealizować fatum, które wyśniłam; jeśli istniało coś, co mogło go przed tym powstrzymać, to była to tylko śmierć.
Tę - obiecał jej Ramsey. Ufała mu i wierzyła, że chciał tej obietnicy dotrzymać, lecz nie ufała mu bezgranicznie. Nikt nigdy nie byłby w stanie poświęcić dla Lysy tyle, co ona sama, dlatego, kiedy tylko zaczęła tracić kontrolę nad sytuacją, straciła też kontrolę nad sobą samą. Umknęła w bok, gdy z różdżki Vasyla błysnął czarny promień straszliwej klątwy; nastroszona i wściekła, każde z tych zaklęć mogło, odbijane w niewielkim pomieszczeniu, przypadkiem, trafić dziewczynkę. Wiedziała, że Vasyl odczuwał w tym temacie najwyżej daleko idącą obojętność - miała go za skończonego sukinsyna, równie dobrze mógłby omyłkowo odciąć jej nogę, zgwałcić w ciemnym zaułku i tam porzucić na długą i bolesną śmierć, najczarniejsze wizje przetaczały się przez jej głowę, mącąc w umyśle i odbierając rozsądek - w tym momencie pożałowała, że jej animagiczna forma nie była tęgim niedźwiedziem, który mógłby mu rozerwać gardło i wypruć wnętrzności. Że nie była na tyle biegła w rzucaniu klątw, by zagrozić mu odcięciem głowy. Znała ten śmiech, który nagle wypełnił jej kuchnię, znała go aż zbyt dobrze; arogancki, zbyt pewny siebie, napuszony i podły. Kiedyś - wywoływał u niej dreszcz grozy, dziś miał wywołać pogardę - lecz, jak na złość, wywoływał grozę jeszcze większą; kiedyś byli tylko we dwoje, dziś między nimi stała mała Lysa. Zatoczyła półokrąg nad głowami Vitalija i Ramseya, kierując się ku Vasylowi, wyciągając szpony zdeterminowane wyrwać mu z piersi serce. Nieważne, że nie były do tego zdolne.
Lecz wówczas - usłyszała inkantację wypowiedzianą przez Ramseya - czy on do końca stracił rozum? Nie wątpiła, że celem zaklęcia był Vasyl, ale wystarczyło lekkie drżenie dłoni, nagły ruch wystraszonego dziecka lub refleks jego oprawcy, żeby zaklęcie niewybaczalne powaliło Lysę. Wynoście się stąd, wynoście się stąd wszyscy, więcej z was szkody, niż pożytku. Zapikowała w dół, wchodząc prosto w promień zaklęcia - a cruciatus zrzucił ją z powietrza na posadzkę, opadła z głuchym łomotem i przeraźliwym, kruczym wrzaskiem. Nie widziała już - jak Lysa gryzie rękę Vasyla, chcąc oswobodzić się z jego uścisku.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   24.06.17 0:19

Nie powinienem chyba być zdziwiony reakcją Vasyla. Obłęd w jego oczach, determinacja w głosie i rozpacz w działaniu jasno dawały do zrozumienia, że na żadne pertraktacje nie zamierzał przystać. Ale ja i tak musiałem spróbować, żeby potem móc patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Wiem, że gdyby nie to, do końca życia prześladowałaby mnie niedająca się poskromić myśl, że pozwoliłem mu umrzeć, kiedy wciąż istniała szansa na ocalenie. Był przecież moim synem, na wszystkie klątwy świata. Cokolwiek się nie działo, nie mogłem zaprzeczyć tej jednej rzeczy i musiałem mieć pewność, że nie ma dla niego ratunku zanim pozwolę mu umrzeć. Nie było. Czułem złość. Na niego i te wszystkie głupie decyzje w życiu, które podjął, ale przede wszystkim na to, że nie mogłem być przy nim, gdy był dzieckiem, żeby nauczyć go wybierać dobrze. Był w tym ponury sarkazm, zamykając mnie w Tower, uznając za potwora, Wizegamont stworzył innego, znacznie gorszego, który nie narodziłby się, gdybym pozostał na wolności. Lista przewin Vasyla była długa, a najpoważniejszą była bez wątpienia zdrada. Część mnie jednak chciała uratować go przed nim samym niezależnie od tego, że ratunku już nie było. Jego śmiech pozbawiony wesołości wzbudził we mnie obrzydzenie. To, co zostało z mojego syna nie miało już w sobie nic ze mnie. Uśmiechnąłem się do niego w odpowiedzi. Nie byłem tylko pewien, czy zdąży pożałować wszystkiego, co zrobił. Był chorobą, pasożytem, którego należy pozbyć się jak najszybciej. Wstydem, hańbą, który musiał zniknąć. Brudem, który trzeba zmyć. Nie miałem czasu myśleć zbyt wiele, kiedy leciało we mnie kolejne zaklęcie. Wiele rzeczy stało się jednocześnie. Cassandra wzbijająca się w powietrze, klątwa Ramseya mknąca w stronę Lysandry i Vasyla smuga czaru zmierzającego w moją stronę. Zmieniłem się w czarną mgłę pozwalając przelecieć mu przez całą długość kuchni i zatrzymać się dopiero na kolejnej ścianie powodując więcej bałaganu w lecznicy. Tym chyba jednak nikt się jeszcze nie przejmował. Leciałem tuż obok Cassandry w stronę Vasyla nie do końca pewny, co ona planuje. Straciłem na chwilę orientację, kiedy skręciła nagle rozmijając się ze mną. Dopiero po mojej materializacji tuż przed Vasylem zrozumiałem, co musiało się stać. Głośny ptasi skrzek przepełniony agonalnym bólem musiał należeć do uzdrowicielki, która osłaniając córkę przed klątwą sama naraziła się na jej działanie. Zostawiłem ją Ramseyowi korzystając z faktu, że Lysandra najwyraźniej także postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. A raczej w zęby. Za mną usłyszałem ryk wściekłego trolla. Najwyraźniej skrzywdzenie Cassandry popchnęło go do działania. Zanim zdążył mnie powstrzymać stałem jednak przed Vasylem z różdżką przytkniętą do jego gardła. Był niższy ode mnie. Żeby spojrzeć mi w oczy, musiał zadrzeć nieco głowę. A mój wzrok pozostawał nieprzenikniony, kiedy wypowiadałem słowa klątwy.
- Avada kedavra - cicho, tak, że w hałasie ptasich skrzeków i ryczenia trolla słyszałem to tylko ja, mój młodszy syn i znajdująca się wciąż obok Lysandra. Zielone światło, które wypełniło pomieszczenie, każdy mógł już jednak poznać. Wolną ręką przytrzymałem bezwładne ciało nie pozwalając mu opaść na posadzkę zbyt szybko, żeby nie pociągnęło za sobą dziewczynki. Spojrzałem na nią, uwolnioną z objęć Vasyla, bezpieczną. Nie czułem pustki ani smutku, tylko piekącą złość, która wypełniała mnie chyba całe moje życie. I tak jak do tej pory maskowałem ją za nieprzeniknionym spojrzeniem i twarzą bez wyrazu. Dopiero upewniwszy się, że Lysie nic się nie stało, pozwoliłem zwłokom upaść na ziemię.




Our scars have the power to remind us
that the past was real.
Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Pracownia   09.07.17 13:14

Był w potrzasku, otoczony z każdej strony i zdawał sobie z tego sprawę. Jednak w wyniszczonym, szalonym umyśle nadal tliła się nadzieja, jedna mała możliwość, która pozwoliłaby mu na opuszczenie tego miejsca wraz w tym – kim – po co przybył. Zamierzał zacząć nowe życie, daleko od miejsca w którym podejmował same błędne decyzje. Nowy start, nowe życie. On zostałby taki sam, a może nawet stałby się odrobinę lepszy - dla niej, dla swoje pięknej Lysy w której oczach biła mądrość. Przyzwyczai się do niego w końcu, na pewno pokocha go też pewnego dnia. Na początku będzie ciężko, ale na pewno uda im się pokonać wszelkie przeciwności. Miał plan i nie zamierzał z niego zrezygnować.
Zerknął w kierunku Ramseya. Zrobić co każe? Nawet przez myśl mu to nie przeszło. Nawet przez chwilę nie zastanowił się nad tym by posłuchać słów, rozkazów, które dyktował mu ojciec. Miał własny plan, własną drogę, był już dorosły, nie musiał słuchać nikogo. I nie zamierzał.
Kolejna klątwa przecięła powietrze. Crucio zdziwiło odrobinę Vasyla, był pewien, że trzymając dziewczynkę nic mu nie grozi. Nikt nie spróbuje dotkliwiej go zranić w obawie, że może wyrządzić krzywdę małej. Pomylił się – po raz kolejny. Zacisnął dłonie na różdżce zamierzając się bronić, ale nim wypowiedział inkantacje wszystko potoczyło się swoimi torami.
W promień wleciał kruk, przyjmując na siebie ciężar klątwy. Padł na podłogę pomieszczenia ciało drżało przepełnione bólem, które niosło zaklęcie. Mała Lysa wbiła w jego dłoń dotkliwie zęby, odnajdując w zelżonym uścisku szansę. Wyrwała się z uścisku. Vasyl chciał ruszyć za nią, złapać ją ponownie, ale materializacja ojca uniemożliwiała to całkowicie. Tak samo, jak różdżka przytknięta do jego gardła. Uniósł spojrzenie ku górze, prosto w twarz ojca, jego stworzyciela i kata. A potem, zanim jeszcze rozbrzmiały słowa zaklęcia uśmiechnął się uśmiechem szaleństwa, ono też zatańczyło w jego oczach nim zgasły wraz z sercem zastopowanym mocą zaklęcia.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

5
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   10.07.17 9:03

Czarna smuga przecięła powietrze, a wrzask pełen bólu i cierpienia zaświszczał w uszach tłumiąc wszystkie inne odgłosy dźwięczące do tej pory w małym pomieszczeniu. Przerwał działanie klątwy od razu, gdy tylko się zorientował, co tak naprawdę się wydarzyło i stał jeszcze kilka sekund w całkowitym bezruchu, słysząc przepełniony paniką trzepot skrzydeł uderzających o podłogę. Cassandra, Lysandra, Vasily, Ignotus, a na końcu i Umhra, troll, który w momencie ryknął i zerwał się z miejsca.
Zamachnął się, a trzymana w lewej dłoni różdżka ze świstem sunęła w powietrzu w akompaniamencie wypowiadanego głośno "Horatio". To zaklęcie nie było dla niego problemem. Czas zwolnił, a w końcu zatrzymał się całkowicie — wszystko co było martwe i wszystko co żyło zastygło nieruchomo na kilka chwil. Podszedł bliżej, spoglądając na mającą miejsce dwa kroki od niego scenę. W tym wszystkim nie usłyszał wypowiadanego przez ojca zaklęcia, lecz wydobywającego się z jego różdżki zielonkawego blasku nie mógł pomylić z niczym innym, choć gdyby nie kradzież cennego czasu pewnie by tego nawet nie dostrzegł. Spojrzał bratu w oczy po raz ostatni, przemknął spojrzeniem wzdłuż jego ramienia, z którego objęcia wyrywała się dziewczynka. Wpierw jednak zwrócił się sobą do nokturnowej uzdrowicielki. Kucnąwszy przy niej wziął ją obiema rękami pewnie, później przyciskając do piersi wronie ciałko — tylko tak mógł utrzymać ją stabilnie, przy rozłożonych w popłochu skrzydłach i zostawić lewą rękę wolną, by wziąć pod pachę dziecko. Uczynił jak zamierzał, odbierając Vasilowi córkę i wynosząc je obie z pokoju. Zabrał je daleko od miejsca zbrodni, do jednego z pokojów na piętrze, w ostatniej chwili, nim czas znów ruszył, puszczając młodą Vablatsky w progu i układając jej matkę w animagicznej formie na łożu.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   10.07.17 15:00

Czym był ten ból? Przeszywający - rozdzierający - jak dłoń, która wyszarpywała jej z piersi serce, jak rozżarzony węgiel napchany jej w gardło, jak szczur przegryzające się przez jej skórę prosto do żołądka. Jak powoli odcinana ręka, noga. Jak świeża rana zasypywana solą. Pamiętała swój poród, moment, w którym jej ciało naprawdę zostało rozerwane - nawet wtedy nie bolało tak, jak dzisiaj. Nie poczuła nawet, że spadła na podłogę, wydając z siebie przeraźliwy krzyk, który jednak nie pomagał poradzić sobie z tym bólem ani trochę. Wciąż był silny. Zbyt silny. Zwyciężał. Czuła go w każdym fragmencie ciała, a spazmy odbierały trzeźwość umysłu. Nie była w stanie nawet myśleć o córce, ból ją pokonał. Szmaragdowe światło obeszło ją obojętnie, przyćmiona strachem i cierpieniem, jakiego dotąd nie znała, nie zrozumiała, czym było. Na kilka krótkich chwil - zapomniała, gdzie była, nieświadoma wszystkiego, co działo się wokół i oślepiona brutalnie krwistą włócznią cruciatusa.
Chociaż to przecież trwało tylko chwilę.
Ból zniknął, tak po prostu. Ból, straszny ból, ostatkami sił rozdziawiła czarny dziób, podejmując wysiłku powrotu do ludzkiej formy; na próżno. Ból, tak potworny ból - czy on powróci? Skąd się tam wziął, nie pamiętała. Ból. Okrutny, palący, rozdzierający; duszący, miażdżący, piorunujący. Przylgnęła skrzydła do ciała, nietrzeźwą myślą nie będąc w stanie powrócić do wspomnień: zatrzymała kolejny skrzek w gardle, chcąc machnąć skrzydłem - lecz zamiast trzepotu, to jedynie poruszyło się równie leniwie, jak leniwie przez ostatnie chwile płynął czas. Ból, straszny ból. Chrzanić ból, musisz wrócić do siebie. Minęła dłuższa chwila, nim czarne pióra przemieniły się w czarne włosy kontrastujące mocniej niż zwykle z białą jak kreda skórą twarzy.
- Lysa - Jej usta poruszyły się bezgłośnie, wydając chrapliwy pomruk, który ledwie przypominał imię jej córki. Nie uniosła głowy z poduszki, gdy jej wzrok padł na córkę, widok trzeźwiący bardziej niż wiadro lodowatej wody. - Lysa - w końcu dźwignęła się, patrząc tylko na nią, choć jej dłonie drżały, z nosa sączyła się strużka krwi, a zawroty głowy nie pozwalały jej utrzymać prostej pozycji. Nie wiedziała, skąd wzięła się w tym pomieszczeniu - czym ono było? czy to jej sypialnia? niemożliwe, czy one umarły? - dostrzegała obok mężczyznę, lecz nawet na niego nie spojrzała; to mógł być Ramsey, to mógł być Vasyl, to mógł być każdy; nie wiedziała, kto wygrał to starcie, a paraliżujący lęk nie pozwalał jej odwrócić głowy - przypominała żałosny cień siebie, pozbawiony dumy, wewnętrznej siły i pozornej odwagi. - Lysa - powtórzyła po raz trzeci, sczołgując się - właściwie spadając - z łóżka - na drżące kolano, nie miała sił stać na nogach. Na czworaka, nie zważając na nic, doczołgała się do córki, i, biorąc ją w objęcia ukryła twarz w jej włosach, wspierając się na jej dziecięcym ciele. Po raz pierwszy od tak dawna jej oczy zalśniły łzami, Lysa nie powinna tego oglądać. Nie powinna przez to przechodzić. Nie powinno jej tutaj w ogóle być. Czuła, że traci przytomność, ale nie mogła na to pozwolić. Ktokolwiek jeszcze tutaj był - gotowa była jej chronić. Zagryźć. Zadrapać. Wydłubać oczy. Miała siłę to zrobić, miała...
To tak strasznie bolało.
Wspierając bok głowy na ramieniu córki - nie będąc w stanie utrzymać jej samodzielnie - obróciła się, odnajdując wzrokiem Ramseya, lekko rozchylone usta wydały z siebie jedynie mało zrozumiały, chrapliwy pomruk, a oczy - nie wyrażały nic poza wspomnieniem bólu i lękiem.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
 

Pracownia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.
» Opuszczona pracownia
» Pracownia Eliksirów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Lecznica-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17