Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pracownia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pracownia   24.03.16 10:31

First topic message reminder :

Pracownia

Do pracowni Cassandry nie ma wstępu każdy, mieści się w piwnicy nieopodal wejścia - aby zejść do środka, trzeba minąć jej trolla. Zwykle, kiedy nie można znaleźć Cassandry, zapewne jest tutaj.
W pracowni na niewielkim palenisku stoi niewielki żeliwny kociołek, raczej do podgrzewania eliksirów niż ich ważenia, Cassandra miała przyjaciółki, które tworzyły eliksiry o wiele sprawniej niż ona sama. Wnętrze oświetlają świece wetknięte w mało ozdobny świecznik stojący pośrodku stołu, na którym niemal zawsze widać pojedyncze kości lub preparaty z narządów powtykane w słoiki. Cassandra zajmuje się ich oczyszczaniem i dostarczaniem do Paliczków. Przy stole ustawiono krzesło i dziecięcy stołek.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.07.17 19:14

Szaleństwo błysnęło w oczach Vasyla wraz z morderczym zaklęciem, które rozświetliło pomieszczenie na kilka długich sekund. A potem śmierć zmyła obłąkańczy uśmiech z ust mojego syna i odeszła z nim pod ramię. I tak oto śmierć zabrała drugiego brata. Słowa bajki opowiadanej mi przez mamę lata temu wypłynęły nagle z czeluści mojego umysłu. Niemalże słyszałem jej miękki głos, kiedy opowiadała tę baśń tłumacząc ją na znacznie bliższy jej sercu rosyjski. A wraz z nim obiło się o mnie moje imię i nazwisko, które ukryłem wychodząc z więzienia. Ignotus Mulciber wszak umarł wiele lat temu. Nie sądziłem, że znajdę ślady mojej przeszłości, które kiedykolwiek skłonią mnie do ożywienia mojego dawnego ja. A jednak. Moje miejsce, mój syn, moja wnuczka. Świat nie skreślił mnie jeszcze na dobre. Wsłuchany w echo przeszłości widziałem, jak życie ucieka z Vasyla. Trzymałem go nieco za długo zanim pozwoliłem jego ciału opaść, a potem przyklęknąłem przy nim zasłaniając jego martwe oczy powiekami. Dopiero wtedy odwróciłem się do ryczącego i zagubionego trolla. W pomieszczeniu nie było już Lysandry, Cassandry ani Ramseya. Miałem zamiar dowiedzieć się, co się stało zanim zrobi to Umhra. Przez chwilę zastanawiałem się czy jest jakiś sposób, żeby go uspokoić. Szybko jedna zrozumiałem, że jedynie zobaczenie oby Vablatskych całych i zdrowych pomoże mu nad sobą zapanować. Korzystając z chwilowej dekoncentracji trolla, który nie miał pojęcia, gdzie nagle podziali się wszyscy ludzie, machnąłem różdżką nad martwym ciałem syna zamieniając je w małą drewnianą figurkę niedźwiedzia i schowałem do kieszeni. Nie byłem mistrzem w transmutacji, zaklęcie długo nie utrzyma go w obecnej formie. Na szczęście nie potrzebowałem wiele czasu. Zamieniłem się w chmurę dymu tuż przed tym, jak w miejscu, w którym przed chwilą jeszcze stałem, znalazła się pięść Umhry. W takiej właśnie postaci zwiedziłem lecznicę odnajdując wreszcie zarówno Lysandrę jak i Cassandrę. Stały obok siebie, matka wspierając się na córce. Zmaterializowałem się przy wejściu, w bezpiecznej odległości.
- Nie żyje - zakomunikowałem krótko na wypadek, gdyby wszyscy zniknęli z pokoju zanim wypowiedziałem słowa klątwy. Zrozumienie przyszło do mnie w chwili, kiedy spojrzałem na Lysandrę. Wiedziałem, że była moją wnuczką, teraz wiedziałem jeszcze, czyją córką. Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że w przyszłości może mieć do mnie pretensje za zabicie jej ojca. Popatrzyłem na Cassandrę badawczo, przyglądając się jej obolałemu ciału, które ciągle znajdowało się pod wpływem szoku, pojawiającemu się zawsze po zetknięciu z najpotężniejszym zaklęciem torturującym, jakie do tej pory stworzono.
- Musicie odpocząć - postąpiłem krok w ich kierunku. Doskonale wiedziałem, że Cassandra nie wypuści swojej córki zbyt łatwo. Nie po tym co się stało, nie w obecnym stanie, w którym z pewnością nie myślała zbyt trzeźwo. Przywołałem z dołu ognistą, której nie zdążyliśmy wypić i postawiłem koło łóżka.
- Połóż się, porozmawiamy później.
Nie wiem czy była to bardziej prośba, czy groźba, ale zdecydowanie jako uzdrowicielka powinna wiedzieć, że było to najlepsze, co mogła zrobić. Jako matka jednakże zapewne wcale nie podda się tak łatwo.
- Lysandra jest już bezpieczna - dodałem. - Obiecałem ci, że będę ją chronił, pamiętasz?
Rzuciłem spojrzenie w stronę Ramseya szukając jego wzroku, który jakoś wyjaśniłby, co właściwie się stało, że wszyscy nagle zniknęli. Jedno słowo w zupełności by mi wystarczyło, na to jednak będzie jeszcze czas, kiedy Cassandra ochłonie na tyle, by zacząć się na nas wściekać. A to pewnie nastąpi niebawem.




Our scars have the power to remind us
that the past was real.
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.07.17 22:34

Patrzyła na niego z mieszaniną bólu i złości; złości na siebie, złości na niego, złości na Vasyla, złości na cały ten cholerny, krzywdzący małe dziewczynki świat. Nie przejmowała się tym, że Lysie było ciężko ją utrzymać - najważniejsze, że była blisko i czuła jej bijące serce, jak lata temu, kiedy biło jeszcze pod jej piersią. Ramsey milczał, a przy drzwiach zmaterializował się jego ojciec, obwieszczając niewiarygodne nowiny. Skoro otaczali ją Ramsey i Ignotus, Vasyl musiał być martwy. Widziała walkę, nie mogła mieć wątpliwości. Tylko - skąd wzięła się tutaj? Jak, skąd... Jej dłonie jak szpony zacisnęły się wokół talii Lysy, czy to oznaczało, że ta mała wojna dobiegła końca? Że jej wizja nigdy się nie ziści, bo Ramsey i Ignotus oszukali przeznaczenie, że zabrali życie z jedynego, który rościł sobie do niej prawa, jedynego, który chciał zrobić jej krzywdę? Prześcignęła duchy, które ścigały ją latami, umknęła z rąk okrutnego fatum. I Lysa: była cała. Słowa docierały do niej jak z daleka - nie słyszała ich, a może słuchać wcale nie chciała. Śmierć odeszła, jak zaraza, która miała już nigdy nie wrócić.  Nie powstrzymała cisnących się do oczu łez, które zmieszane z węglem podkreślającym oczy rozmazały się na jej twarzy brzydkimi, smolistymi smugami. Była roztrzęsiona, nie do końca wiedziała, czy to sen, majaki szaleńca opętanego cruciatusem - czy może twarda, namacalna rzeczywistość. Byli tutaj - realni. Realni czy wyśnieni? Przycisnęła ku sobie bliżej córkę - czy ona była rzeczywista, czy to po prostu sama Cassandra leżała skuta kajdanami na oddziale psychiatrycznym Munga? To był tak potworny ból - żaden człowiek nie mógłby tego znieść. I tylko włos dzielił Lysę od zostania trafioną tym podłym zaklęciem. Tylko włos  - a może to się wydarzyło? Przestawała być pewna czegokolwiek, jej zmysły się pokruszyły, umysł - zaczął wątpić. Widywała ludzi, którzy zostali trafieni klątwą bóli, widywała i część z nich musiała dobić. Lysa, słyszysz mnie? Czuła każdy fragment swojego ciała, każdy mięsień, każdą kość, i choć studiowała anatomię już od dekady, przysiąc mogła, że części z tych mięśni nie znała. Była słaba. Musiała odpocząć. Osuwała się, tracąc czucie w ciele coraz mocniej, a jednak wciąż kurczowo wspierając się na córce, zbyt młodej, by była tego świadkiem i zbyt małej, by znieść ciężar ciała własnej matki.
W końcu - uniosła wzrok znad drobnego ramienia, obrzucając obojga gniewnym spojrzeniem; zaciskając zęby zbierała siły, przyzwyczajając się do bólu, nim zdołała się odezwać. Nieugięte źrenice miały w sobie siłę lwicy - mogła zostać zdruzgotana psychicznie i całkiem opaść z sił. Mogła już nie istnieć wcale, ale przy dziecku wytrwa mimo wszystko. Choćby po śmierci. Choćby zza grobu - jako okrutne banshee.
- Wynoście się stąd - wycedziła, ostro, warcząc jak przerażone zwierzę zapędzony w kozi róg. Ignorując cichy szept córki, uniosła brodę - wściekle, zajadle, z lękiem, z bólem, z wachlarzem gwałtownych i skrajnych emocji, które już dawno ją przerosły. - Już - warknęła ostrzegawczo, zupełnie jakby wciąż wierzyła, że była w stanie ich do tego zmusić, drżącą dłonią przyciągając do siebie głowę córki. Chciała być sama. Chciała nie czuć bólu. Chciała poczuć Lysę, prawdziwą, żywą, bezpieczną.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

5
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   17.07.17 22:59

Docierające do jego uszu dźwięki z dołu nie nagliły go do zmiany pozycji, a nawet poruszenia się. Stał z boku niczym żywy posąg, czekając aż coś, cokolwiek się zmieni, a gdy to się w końcu stało, pochylił głowę, obserwując jak odzyskuje swoją dawną postać, pióra giną w rękach, czerń ustępuje bladym licom. Wydawała mu się bledsza niż kiedykolwiek wcześniej, trupio, chorobliwie blada, umęczona, wciąż cierpiąca. Na szczęście — żywa. Podążył za nią wzrokiem, gdy upadła na ziemię, cofając się pół kroku przed jej wątłą, lecącą sylwetką, choć w pierwszej chwili drgnął do tego, by ją złapać, uchwycić, nie pozwolić obić chudych kolan. Nie uczynił tego jednak, jakaś niewidzialna ręka go powstrzymała, zmuszając jedynie do przyglądania się — niechętnie, jak chwyta córkę w ramiona, jak jej oczy pokrywają się łzami, czyniąc z tego największa karę jaką mógł ponieść. Nie chciał na to patrzeć. Nie chciał być tego świadkiem, nie chciał słyszeć w jej słabym głosie drżenia, widzieć jej płaczu, bólu, czuć smrodu strachu, tego wieczora wyjątkowo obrzydliwego.
To było jedno z najbardziej przerażających doświadczeń jakich doznał, przynajmniej z tych, które pamiętał.
Jej spojrzenie zniósł. Zacisnął szczękę, wciąż patrząc na nią tak samo bacznym, naukowym wręcz spojrzeniem, próbując odepchnąć od siebie bijące w jej zielonych, lśniących oczach emocje, ocenić chłodno jej stan. Reakcja nie pojawiła się od razu, choć obecność Vitalija zarejestrował już w chwili, gdy zmaterializował się w progu. Przemilczał jego słowa, nie odpowiedział na jego wymowny, wymagający wjaśnień wzrok. Spoglądał na Cassandrę w bezruchu, nie tracąc nawet energii na zbędne mruganie powiekami. Nie siłował się z nią na spojrzenia. Patrzył na nią długo, pokutnie znosząc pełne wyrzutu spojrzenie.
Jego ojciec, Ignotus, miał w sobie więcej poczucia odpowiedzialności, zabłysnął refleksem i prawdopodobnie doskonałym instynktem, troskliwie chcąc otoczyć ją opieką. Nie miał mu tego za złe, właściwie gdyby wykrzesał z siebie cokolwiek byłyby to słowa pełne aprobaty — dobrze postąpił, dokładnie tak, jak powinien, być może jak on sam winien uczynić, tym bardziej, że on nie wycisnął z siebie nic podobnego.
Już nic nie zakładał. Pomylił się, błędnie założył, że myślą podobnie, że ich widzące przyszłość umysły mogłyby podążać podobną drogą, błędnie założył, że mu ufa — mimo wszystko, zgodnie z tym co jej obiecał. Opłakane skutki tej pomyłki miał przed sobą. Milczał, trawił swój błąd w sobie. W końcu spuścił wzrok na ziemię. Bezpieczne, nieruchome, pozbawione życia i energii deski. Pozbawione smutku i echa porażki, matowe, przykurzone, zniszczone czasem.
Tak jak on.
— Nie— odezwał się w końcu, kucając przed nimi. Spokojnie, beznamiętnie — chciał, aby dokładnie tak to brzmiało, starał się by tak było. Pusto, bezosobowo, jak cichy protest, nie dowód troski. — Poczekamy, aż nabierzesz sił, by nas stąd wyrzucić. Faktycznie.
Uniósł wzrok. Nie na Cassandrę, już nie. Jej widok sprawiał, że czuł smutek. Był dziwny, miał kwaśny, nieprzyjemny posmak, nie miał zapachu, więc wydawał się obcy, wrogi. Spojrzał na małą Lysandrę, nie mając wątpliwości, że wiele z tego, co się wydarzyło rozumiała. Była mądrym dzieckiem — lecz wciąż tylko dzieckiem, istotą, która nie była zdolna się skutecznie bronić, nie mogła stanowić dla nikogo zagrożenia niezależnie od tego jak dzielna i odważna była. Nie mogła zapobiec temu wszystkiemu co się stało, choć jak na ironię, jak oni dwoje również potrafiła widzieć przyszłość. Była jednak zdolna do jednej rzeczy, której nie mógł uczynić nikt inny, nieważne jak wielkie byłyby starania, a Ramsey wreszcie to zrozumiał.
— Będę na dole, jakbyś mnie potrzebowała — mruknął ostatecznie, podnosząc się z ziemi i częściowo wedle jej woli, zostawiając ją w sypialni samą z córką, przynajmniej teraz na chwilę; przecież wróci gdy uśnie, sprawdzi, czy nie męczą jej koszmary. I nie wyjdzie póki zgodnie z obietnicą nie będzie zdolna się go pozbyć.
Minął Ignotusa, racząc go krótkim spojrzeniem kogoś, kto nie chciał się tłumaczyć z niczego. Uciekł przed pytaniami, nie chcąc udzielić mu żadnej z odpowiedzi. Głowę spuścił, choć komuś takiemu jak on brakowało pokory. Wiedział, że ojciec nie jest niczemu winien. Zszedł na dół, by doprowadzić lecznicę do porządku, przywrócić ją do stanu sprzd końca i spróbować uspokoić trolla, ewentualnie zmienić go w głaz, gdyby nie okazał odrobiny dobrej woli, by przełamać dzielącą ich barierę języka.

|zt Ramsey




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   18.07.17 0:16

Cassandra była słaba. Słabsza niż chciała, żebyśmy widzieli. Jej próba utrzymania się na nogach, pozostania przytomną była godna podziwu, ale naturlnie skazana na porażkę. Oczywiście, że to wiedziałem, nie jest pierwszą ofiarą Cruciatusa, jaką oglądałem. I tak dobrze że przeżyła. Równie silne zaklęcie na tak małym stworzeniu, jakim jest ptak, może być śmiertelne. Wlecenie w promień klątwy było niebezpieczne, bezmyślne. Oczywiście robiła to by chronić Lysandrę. Dla córki, dla mojej wnuczki gotowa była na większe poświęcenia. Ramsey... Ramsey nie był temu winny. Chciał jak najlepiej, nie wątpiłem, że jego zaklęcie trafiłoby Vasyla mijając małą wieszczkę o cale. Nie zrobiłby tego, gdyby nie miał absolutnej pewności, że da radę. Wystarczyło mi jednak jedno spojrzenie, by rozpoznać bijące z jego zgarbionej i wycofanej sylwetki poczucie winny. Rezygnacja i przerażenie promieniowały od niego stając się niemalże namacalne. Pozwoliłem mu odejść, wyjść z pokoju, bo potrzebował uciec od Cassandry równie mocno, jak ona obecnie nie chciała go widzieć. Albo mnie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie zamierzałem wyjść dopóki albo nie położy się grzecznie do łóżka, albo nie zemdleje z wycieńczenia. W drugim przypadku byłoby nawet wygodniej, miałbym pewność, że pozostanie wypocznie i nie zacznie robić jakichś zupełnie idiotycznych rzeczy wiążących się z wstawaniem.
- Obawiam się, że nie jesteś teraz w swojej najlepszej formie - zauważyłem uprzejmie. - Oszczędź sobie trochę upokorzenia i połóż się do łóżka póki dajesz radę robić to względnie o własnych siłach. Inaczej poczekam aż jeszcze trochę osłabniesz i obiecuję, że cię do niego zaniosę.
Tym razem z pewnością była to groźba. Wypowiedziana w prawdzie tonem niezwykle uprzejmym, odpowiednim do popołudniowej herbatki, ale zamierzałem zrobić dokładnie to, co ode mnie usłyszała. Dla jej dobra, nawet jeśli w najbliższej przyszłości, a może nawet i nigdy zupełnie tego nie doceni.
- Mam wrażenie, że nie powiedziałaś mi wtedy wszystkiego - wspominając dość zabawną wycieczkę do wesołego miasteczka dawałem jej czas na podjęcie decyzji, czy naprawdę chce akurat teraz sprawdzać, czy jestem człowiekiem słownym. Piłem do przemilczanej przeszłości między nią, a Vasylem, nad którą bardzo roztropnie dobierając słowa przemknęła. Wtedy nie naciskałem, nie zamierzałem robić tego także teraz. Moja obietnica wciąż jednak była aktualna - porozmawiamy. Kiedy jednak odzyskasz siły na tyle, by samodzielnie wygnać z domu tych, których tu nie chcesz. Nie wykorzystam twojej słabości, choć może byłoby to najprostsze rozwiązanie i kto wie czy nie najlepsze.
- Utrzymam twój ciężar znacznie lepiej niż Lysandra, która też powinna odpocząć - dodałem próbując uderzyć w inną strunę, gdyby poprzednia miała nie zadziałać. Jeśli nie ze względu na siebie, to może chociaż na córkę odłoży na chwilę swój upór na bok i faktycznie położy się do łóżka pozwalając swojemu ciału zregenerować się na tyle, by nie potrzebować niczyjej pomocy do stania. Obdarzyłem ją bardzo szarmanckim uśmiechem oferując swoje ramię, gdyby postanowiła nie uwieszać się na małym dziecku i przyjąć oferowaną pomoc. Miałem czas i mogłem czekać. Jeżeli Cassandra myślała, że była uparta, to najwyraźniej wbrew temu, co sama twierdziła i w co niewątpliwie wierzyła, zupełnie nie znała Mulciberów.




Our scars have the power to remind us
that the past was real.
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Pracownia   18.07.17 2:10

Kuliła się jak spłoszone zwierzę, obejmując ramionami córkę; cofnęła się - gdy kucnął naprzeciw nich. Odruchowo, zbyt dobrze znała jego brata. Zbyt mocno pamiętała ból, który jej sprawiał - był niczym w porównaniu z tym, którego zaznała od Ramseya, na własnej skórze pojmując, jak potężnym czarnoksiężnikiem był. Nie powinna tego lekceważyć, nigdy. Patrzyła na jego beznamiętny protest - i przeszedł ją dreszcz strachu, którego choć bardzo nie chciała, nie potrafiła nie pokazać. Wydał jej się apodyktyczny jak Vasyl, choć dobrze wiedziała, że Vasyl nie patrzyłby na nią w ten sposób. Była rozbita, złamana, przepełniona zbyt dużą ilości uczuć, których nie potrafiła uporządkować - potrzebowała czasu, żeby zrozumieć. Otrzeźwieć. Patrzyła, świadoma tego, jak żałośnie musiała wyglądać, wstydząc się łez, które nie wypełniały jej powiek już od wielu lat. Poczuła ulgę, kiedy wyszedł, ulgę, bo zszedł jej z oczu, ulgę, bo wciąż był niedaleko, jakby duch Vasyla miał powrócić i straszyć je jeszcze po śmierci. Nie odpowiedziała mu, odwracając wzrok w bok - przecierając wilgotny policzek o ciemne włosy córki, walcząc z chęcią sięgnięcia na pobliską toaletkę po flakon i roztrzaskaniem go za młodszym Mulciberem, wsłuchując się w odgłos kroków schodzących po drewnianych schodach. Czuła dziwną pustkę - zawód - złość. Strach, panikę i wciąż żywe wspomnienie bólu - to było zbyt wiele. Być może usłyszane później słowa Ignotusa miały w sobie mądrość, ale ona - nie potrafiła myśleć racjonalnie. Zaklęcie przyćmiło wszystko.
- Przegryzę ci tętnicę, jeśli się zbliżysz - przyrzekła, butnie - karykaturalnie - przenosząc na niego rozgniewany wzrok zaczerwienionych oczu odcinających się od cery bledszej niż zwykle, jej głos przesiąknął osłabioną chrypką. Była coraz mniej pewna tego, przed czym się właściwie broniła; reakcja Remseya utwierdziła ją w przekonaniu, że wszystko wokół mogło jednak dziać się naprawdę. Że to nie był tylko wytwór jej wyobraźni. Kurtynę ponownie zdarł Ignotus, wspominając ich wcześniejsze spotkanie - początkowo nawet nie zrozumiała, co miał na myśli. Minął czas, nim zwolniło bicie jej serca, oswobodzonego z widoku kata, nim chaotyczne myśli uporządkowały się w spójną całość, która wydawała się mieć sens. Ten ból, straszny ból - nie potrafiła pozbyć się wspomnienia. Wyrzut Ignotusa nie miał żadnego znaczenia, ale Cassandra krótko pokręciła głową. Nie miała zamiaru rozmawiać o tym w obecności Lysy. - Wiedziałam - mruknęła tylko krótko, poniekąd przyznając mu rację - nie powiedziała mu wszystkiego. Wiedziała, że Vasyl przyjdzie, była w końcu jasnowidzem widzącym tylko czarną przyszłość. Nie chciała z nim rozmawiać, nie chciała niczego - chciała tylko zostać sama. Słowa Ignotusa powoli pomagały jej wrócić do rzeczywistości - przekonać się, że wszystko wokół działo się naprawdę, z wolna ukoić myśli. - Ramsey też wiedział - dodała cierpko, mówiła mu o planach brata. I tak jak jego ojciec, przysiągł jej pomóc - bardziej niż on wiedząc, co właściwie przysięga. Mógł przygotować się lepiej. Nie dać się zaskoczyć. Opracować plan, zamiast zdawać się na niebezpieczny chaos. Nie usprawiedliwiała się, próbowała dać mu do zrozumienia - że więcej mówić nie ma zamiaru.
Spojrzała na niego z dołu, wciąż klęcząc na podłodze, przy córce, z niepewną miną obrzucając wzrokiem jego wyciągnięte ramię. Poczuła się dziwnie - zupełnie jakby komuś na niej zależało. Niecodziennie. Obco. Płochliwie. Jej uścisk na ciele Lysy zelżał, ale nie miała zamiaru jej wypuścić z objęć. Lysa była zmęczona, ale chciała być silna - dla matki, Cassandra o tym wiedziała. Nie powinna jej na to pozwalać, była tylko dzieckiem, ale jednocześnie - tak bardzo bała się oddać ją światu. Miała w pamięci swoją wizję - wszystko, co mogło się stać, sekunda po sekundzie, tu, poza Nokturnem, w jego mieszkaniu, każdy fragment obrzydliwej i ohydnej wizji. Vasyl był wrakiem człowieka, skończonym sukinsynem. - Mam nadzieję, że cierpiał - dodała coraz mniej przytomnie, wspierając słaniającą się głowę już nie o córkę, a o kraniec pobliskiego mebla - Lysa sama przetarła jej twarz, z węgla i łez, rękawkiem sukienki. Prawdziwa i żywa jak nigdy, ale Cassandra nie potrafiła się zmusić nawet do delikatnego uśmiechu. - Zasłużył na to za wszystko to, co zrobić zamierzał - dodała gorzko, jakby wypluwała zbyt gorzką kawę, krzywiąc się i wyginając ciało pod wpływem bólu. W ustach każdej innej osoby te słowa zabrzmiałyby zapewne śmiesznie - ale ona widziała przyszłość. Najczarniejszą, najstraszliwszą przyszłość. - Powiedziałam, że macie się stąd wynosić - powtórzyła, choć jej głos - był już ledwie słyszalny, opadała z sił, wzrok tępo zbłądził w bok, a prawa dłoń - bezwładnie opadła na bok.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
27
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Pracownia   20.07.17 0:05

Nie traktowałem jej groźby poważnie. W tym stanie nie byłaby w stanie nie tylko przegryźć mi tętnicy, ale nawet zbliżyć się do mojej szyi. Udałem jednak, że jej słowa zrobiły na mnie wrażenie i nie podszedłem bliżej. Cassandra kuliła się przede mną przerażona i zagubiona. Gdybym zbliżył się bez jej zgody, mógłbym wzbudzić w niej tylko panikę i chęć bronienia Lysandry przed zagrożeniem, które dla matki gotowej umrzeć za własne dziecko, wcale jeszcze nie minęło. Nie miałem jej za złe, że mi nie wierzy, chociaż nigdy jej nie okłamałem. Nie była sobą. Żeby dojść do siebie, musiała odpocząć. I tu zataczaliśmy koło. Nie zamierzałem wyjść, dopóki nie położy się bezpiecznie do łóżka, a ona nie zamierzała kłaść się do łóżka dopóki nie wyjdę. Z naszej dwójki to jednak ja mogłem pozwolić sobie na oczekiwanie. Byłem w dużo lepszej formie niż Cassandra, nie mdlałem z wycieńczenia. Dla odmiany.
- Cierpiał - odparłem głucho. - Od lat.
Nie znałem go, nie wiedziałem, jaki był, co lubił, jak żył zanim się stoczył. Mogłem słyszeć opowieści, historie, plotki, ale nie przekonałem się nigdy o niech na własne oczy. Widziałem to jednak w jego spojrzeniu, które podobne było do mojego, lśniło taką samą nienawiścią. Cierpiał. Nie potrzebowałem dorabiać sobie bajek o tym, że śmierć była dla niego łaską, bo nie była. Życie jest cenne, a on swoje mógł odzyskać, właśnie to próbował zrobić. Tylko obrał złą drogę, podjął najgorsze możliwe decyzje, z których nie było już odwrotu. Sam podpisał na siebie wyrok, w głupi, niepotrzebny sposób. Nie żałowałem klątwy, którą go uśmierciłem, żałowałem wszystkiego, co zrobił wcześniej, a co prowadziło do tego właśnie momentu. Jakby los kpił sobie z niego i ze mnie krzyżując nasze ścieżki tylko po to, by dać mu życie i by je odebrać. Zignorowałem słowa Cassandry. Zarówno te, które kazały mi się wynosić jak i te o Ramseyu. Nie chciałem z nią o tym rozmawiać, nie teraz i nie tutaj, kiedy była tak słaba. To byłoby w pewien sposób nieuczciwe wobec niej, jakbym nie dość dawał jej powodów do złości oglądając ją tak podatną na ciosy, niezdolną obronić osoby, o którą troszczyła się najbardziej na świecie. W tym stanie nie mogła być dla Lysandry tarczą. A ja byłem niechcianym świadkiem jej słabości. Na szczęście miała Ramseya i mnie, nawet jeśli nie do końca chciała dopuścić do siebie tę myśl.
- Opowiadałem wam bajkę o Dziadku Mrozie - powiedziałem po chwili widząc, że nawet pomimo wyganiania mnie z pokoju wsłuchuje się w moje słowa. - Rodzice bali się Dziadka Mroza chowając przed nim swoje dzieci. Nie było jednak miejsca, w którym byłyby one bezpieczne - mój głos był monotonny, ale to raczej nie za jego sprawą, ciało Cassandry wreszcie przegrało walkę z jej wolą i uzdrowicielka osunęła się na podłogę. Złapałem ją zanim zdążyła upaść i położyłem na łóżku przykrywając kocem.
- Chodź, Lyasndro - zwróciłem się do wnuczki z łagodnym uśmiechem, którym nie obdarzyłem jeszcze nikogo od czasu wyjścia z Tower. - Mama będzie lepiej spać, jeśli położysz się obok niej. A musi teraz porządnie wypocząć.
Poczekałem aż córka ułoży się koło mamy i wtuli w jej bok zanim dodałem ciągle z tym samym uśmiechem.
- Dziadka Mroza można było jednak łatwo przekupić - spojrzałem na wnuczkę kończąc bajkę. - Wystarczyło dać mu w prezencie odrobinę magii. Dlatego dzieci czarodziejów zawsze były bezpieczne. Rodzice kładli koło ich łóżek małe, zaczarowane figurki, które Dziadek Mróz zabierał zamiast dzieci. Na przykład takie - machnąłem różdżką tworząc iluzję kolorowej matrioszki koło łóżka. - Teraz, jeśli przyjdzie po ciebie ktoś zły, będzie musiał najpierw wziąć zabawkę, a zanim wróci, będę tu, żeby położyć kolejną. I kolejną, żebyś zawsze była bezpieczna.
Lysandra chyba próbowała wyburczeć coś mądrego pod nosem, ale nie zrozumiałem, bo była prawdopodobnie zbyt zmęczona żeby powiedzieć to wyraźnie. Zostawiłem ją więc z mamą widząc, że jest spokojna i wróciłem dopiero po chwili z kubkiem gorącego mleka z masłem i miodem. Nawet udało mi się go nie przypalić. A potem zostawiłem dwie wieszczki w sypialni pozwalając Morfeuszowi zadziałać swoją leczącą wszystko magią i zszedłem do Ramseya wręczając mu w dłoń najmocniejszy alkohol, jaki znalazłem u Cassandry w szafkach. Usiadłem obok niego pociągając z własnej szklanki. Milczałem, bo czasem właśnie wspólnej ciszy potrzeba najbardziej. Umhra siedział już spokojny i dłubał między palcami u stóp. Dopiero po chwili wyjąłem z kieszeni drewnianą figurkę niedźwiedzia, w którą zamieniłem ciało Vasyla. Zdążyła stracić już nieco swoje kształty. Wrzuciłem ją w ogień paleniska i patrzyłem w płomienie milcząc, wspominając opowiedzianą przed chwilą bajkę, której nigdy nie opowiedziałem mojemu najmłodszemu synowi.

zt x2




Our scars have the power to remind us
that the past was real.
Powrót do góry Go down
 

Pracownia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.
» Opuszczona pracownia
» Pracownia Eliksirów

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Lecznica-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17