Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Lodowisko

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Lodowisko   28.03.16 2:44

Lodowisko

Najczęściej otwarte od początku grudnia do ostatnich dni lutego, oczywiście, jeśli tylko dopisze wystarczająco mroźna pogoda i płatki śniegu wirują wraz z osobami kręcącymi piruety. To mugolska ślizgawka, stworzona przez władze miasta w centrum parku. Tafla nie wspomagana jest żadnymi czarami wpływającymi na jej wytrzymałość, przez co niektóre miejsca bywają nadtopione, inne znów obfitują w nierówności, stanowiące przeszkodę dla mnie wprawnych łyżwiarzy. Pomimo to codziennie podczas zabawy na lodzie można dostrzec także czarodziejów, którzy korzystają z miejsca wraz z mugolami. Ślizgawkę w dzień okupują dzieci z rodzicami, grupki przyjaciół ścigających się między sobą lub popisujących się umiejętnościami... Natomiast wieczorami można natrafić tutaj na zakochanych trzymających się za dłonie lub skrycie szepczących romantyczne wyznania.


Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   21.04.16 0:41

| 22 grudnia

Czuł się nadzwyczaj lekko, gdy piechotą pokonywał ostatni odcinek drogi, dzielący go od umówionego miejsca spotkania. To było dziwne; biorąc pod uwagę huragan, jaki w ostatnich dniach przetoczył się przez jego życie – wyprowadzkę Juliusa, odejście Cassiopei, obfitującą we wrażenia rozmowę z Harriett – powinien być co najmniej przytłoczony. Niemal wszystko, co uważał w swoim dotychczasowym wszechświecie na pewnik, rozsypywało się właśnie w stylu iście widowiskowym, potwierdzając jedynie mugolskie powiedzenie o nieszczęściach, które zawsze chodziły parami. Albo, jak w tym przypadku, stadami, chociaż im dłużej się nad tym zastanawiał – a w ciągu ubiegłego tygodnia spędzał na myśleniu niemal każdą wolną chwilę – tym mniej był pewny całej tej niefortunności. Czy przypadkiem nie ziszczały się jego ciche nadzieje, te same, których nie miał nigdy odwagi wypowiedzieć głośno?
Odetchnął swobodnie mroźnym powietrzem, poprawiając kołnierz wełnianego płaszcza, żeby lepiej chronił go przez chłodem. Zima zadamawiała się w Londynie na dobre; cały park ukrywał się pod grubą czapą śniegu, błyszczącego lekko w wieczornym półmroku, skutecznie rozpraszanym przez wszechobecne, bożonarodzeniowe światełka. Święta znajdowały się tuż za rogiem i władze miasta zrobiły chyba wszystko, żeby żaden mieszkaniec o nich nie zapomniał, dekorując parki, większe ulice i reprezentatywne budynki. Percival nie dał się co prawda złapać w euforyczną atmosferę szczęścia, rodzinnego ciepła i miłości, ale barwne lampki wyjątkowo mu nie przeszkadzały; były nawet przydatne, bo wygodnie oświetlały rozciągającą się przed nim alejkę, znacząc drogę do pobliskiego lodowiska. A tam właśnie zmierzał, chociaż Inara jeszcze o tym nie wiedziała, odkąd zapobiegawczo zapomniał wspomnieć o ślizgawce w liście.
Zatrzymał się, przystając w pobliżu imponującej choinki i niemal odruchowo zerkając na tarczę ręcznego zegarka. Był wcześniej, rzecz niespotykana; prawie automatycznie wyciągnął z kieszeni tekturowe opakowanie, przypadkowo muskając palcami inny tkwiący tam przedmiot. Uśmiechnął się sam do siebie, gdy w powietrzu na ułamek sekundy błysnął płomień, a następnie do migoczących światełek dołączył kolejny ognik w postaci rozżarzonej końcówki papierosa. Nie, nie palił ze zdenerwowania, choć dłonie z jakiegoś powodu faktycznie lekko mu się trzęsły, gdy tak obserwował wylot najbliższej alejki, w przechadzających się od czasu do czasu sylwetkach wypatrując tej jednej. Ludzi w parku było niewielu; wyglądało na to, że większość londyńczyków dała się już na dobre porwać przedświątecznej gorączce i aktualnie tkwiła w porządnie ogrzanych mieszkaniach, przygotowując góry jedzenia na uroczystą kolację albo zawijając prezenty w kolorowy papier. Jedynie od strony lodowiska dobiegał go przytłumiony szum głosów, choć wydawało mu się, że i one nie były jakoś bardzo liczne, i przez chwilę dał się porwać irracjonalnemu przekonaniu, że również Inara zdecyduje się nie pojawić, ostatecznie trzymając się pierwotnej odpowiedzi.
Strzepnął bezgłośnie popiół na ścieżkę, tym samym próbując otrząsnąć się z nadmiaru myśli, które jednak korzystały z chwilowej samotności i ciszy, żeby zaatakować go całym arsenałem wątpliwości. Prawdę mówiąc sam nie wiedział, dlaczego tak uparcie nalegał na spotkanie; słowa Harriett, obijające się o wnętrze jego czaszki jak zacięta, odtwarzana w kółko płyta, koniec końców wytarły się tam na dobre, i choć początkowo próbował im zaprzeczać, to z każdym kolejnym dniem brzmiały coraz bardziej sensownie. Chciał wierzyć, że był w tym jakiś większy podstęp, ale wszystko zdawało się składać w logiczną całość, zupełnie jakby rzucone przez nią stwierdzenia uzupełniły luki w niekompletnej wcześniej układance. Nawet początkowa odmowa Inary potwierdzała ponurą wróżbę blondynki, a samego Percivala przyprawiła o krótkotrwały atak paniki, bo przez kilka niespokojnych godzin był przekonany, że już było za późno, chociaż nie potrafił jeszcze odpowiedzieć sobie na pytanie – na co właściwie miało być za późno.
Albo bardzo nie chciał na nie odpowiadać.
Ponownie zerknął na poruszające się wskazówki, ta dłuższa była już całkiem niedaleko złoconej dwunastki; wyprostował się nieznacznie, po raz pierwszy odczuwając subtelne zdenerwowanie. Nie wiedział, czego się spodziewać, choć większość niewiadomych, wbrew pozorom, znajdowała się po jego stronie równania. Nie był pewien, czy robił dobrze, czy nie mieszał niepotrzebnie w jej życiu, czy układane bezwiednie scenariusze nie miały wkrótce przerodzić się we wstęp do horroru; jeżeli Harriett rzeczywiście chciałaby namieszać mu w życiu i głowie, to mógłby jej teraz pogratulować spektakularnego sukcesu.
Nie wiedział niczego, za wyjątkiem tego, że naprawdę chciał się z nią zobaczyć.




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   21.04.16 1:58

Wciąż pamiętała, z jakim zdziwieniem otwierała list, by chwilę potem z jeszcze większą konsternacją, wywołującą znajome, niespokojne kołatanie - czytać treść - kilkakrotnie, wciąż od nowa analizując jego zawartość i bezskutecznie próbując zrozumieć. Cokolwiek. A jednak, postanowienia, które tyle czasu wbijała sobie do głowy, decyzje, przy których się upierała - tkały w jej sercu cienką, ochronną warstwę, pozwalającą zapomnieć. I to okazało się iluzją, a krucha, pleciona tyle czasu tama pękła, gdy leżąc z policzkiem przyklejonym do blatu stołu i rozlanym tuszem, tuż obok jej drobnych dłoni - otrzymała drugi list. Nie wierzyła ani swoim palcom, trzymającym pergamin, ani oczom, które uparcie doszukiwały się w treści czegoś, co zaprzeczyłoby narastającej fali błyskających ostrzegawczo świateł, jakie pojawiły się w jej głowie.
A ona? Zgodziła się. Znowu.
Nie chciała na umówione miejsce przenosić się teleportacją. Im szybciej bowiem, cieniutkie wskazówki zegara gnały do wyznaczonego celu, tym większą czuła niepokojącą euforię, wymiennie z narastającą paniką. Jej ciało prawdopodobnie nie umiało się zdecydować, wprawiając w lekkie drżenie każdą komórkę. Dlatego wolała się przejść, ze wszystkich sił, starając sobie powtarzać, że spotkanie nie miało żadnego znaczenia, że - tak jak poprzednie, pozostawi ją z ziejącą chłodem tęsknotą.
Dłonie co jakiś czas zaciskała na brzegach kaptura długiego płaszcza, spiętego na piersi posrebrzaną klamrą. Marna ochrona, przed białym puchem, co jakiś czas wdzierającym się pod materiał i osiadający na czarnych włosach, bezskutecznie próbując pozbyć się ich podczas ruchu. Co jakiś czas, zatrzymywała wzrok, na ciepłych promieniach świątecznych lampek, oświetlających drogę i - ją samą. Ot, drobna sylwetka, przemykająca pomiędzy nielicznymi, wieczornymi spacerowiczami. W większości zapewne śpiesząc się, by zająć przygotowaniami do zbliżających się świąt, albo - kolejnymi wyjazdami. Londyn zdawał się wtedy pustoszeć, jakby pochłonięty świąteczną ciszą i zamiast toczącej go mgły, darować mieszkańcom odrobinę spokoju. Przynajmniej - niektórym.
Ostatnie trzy tygodnie wręcz zbombardowały Inarę wydarzeniami i wieściami, próbując odnaleźć się w całości, niby ryba wpuszczona na otwarte wody. Znowu trafiła na listę panien na wydaniu, przyjmując wiadomość od ojca z niemym zaskoczeniem - chociaż, tak naprawdę nie powinna była się dziwić. Dotarły i słuchy, że drugi Nott pozostał bez narzeczonej - wprawiło Inarę, w kolejną, niezrozumiała emocję. Jak miała teraz tłumaczyć swoje zachowanie, swoje decyzje, kiedy "nie powinni" już nie działało? Zdecydowaną ostoją i odskocznią, pozwalającą zająć rozdrobniony na milion kawałeczków umysł - były badania i spotkania, w których wir rzuciła się, próbując zasłaniać pracą - nawet w pierwszym, odmownym liście, pisanym kilkakrotnie (kreślonym, wyrzucanym i zaczynanym od początku) do Percivala. Była nawet skłonna uwierzyć, że ktoś próbował zrobić z niej żarty, ale - nie umiała doszukać się fałszu. Albo nie chciała.
Zatrzymała się w alejce, starając przypomnieć sobie, czy była w ostatnim liście i zdaniu, nakreślonym percivalową ręką, jakakolwiek podpowiedź do tego, czego mogła się spodziewać. Bezskutecznie.
I ruszyłaby ponownie, gdyby nie sylwetka, którą dostrzegła na końcu parkowej uliczki.
Był tam.
Stał odwrócony do niej plecami, a mimo to bezbłędnie rozpoznawała postać, jednocześnie oświetloną blaskiem wszechobecnych światełek, jak i zatopiony w wieczornym mroku. Próbowała oddychać spokojnie, ale powietrze nie chciało mieścić się w płucach, co raz kotłując - to zbyt duży, to za mały haust. I stałaby tak jeszcze chwilę, gdyby nie nagły przechodzeń, który trącił ją ramieniem, przepraszając cicho i znikając zaraz gdzieś dalej. Wybudził ją z odrętwienia, snu? Poruszyła niemo ustami, odpowiadając mijającemu ją mężczyźnie, by w końcu ruszyć do przodu. Stawiała kroki cicho, a jedynym dźwiękiem, było delikatne skrzypienie śniegu pod stopami. Zatrzymała się dopiero kilka kroków przed Łowcą, wbijając wzrok w jego plecy, dostrzegając, unoszącą się nad jego ramieniem szaro-białą mgiełkę papierosowego dymu.
- Witaj - znajome, kojące ciepło, rozlało się po całym ciele, nie pozostawiając skrawka wolnego miejsca, przeganiając nawet irracjonalność myśli, które taranowały jej umysł. Znowu się uśmiechała, nieświadomie podciągając kąciki czerwonych warg do góry. Nawet jeśli stawiała kolejne decyzyjne mury, wszystko sypało się, nim zdążyła zdać sobie z tego sprawę. I nawet nie próbowała składać ich na nowo. Może przypomni sobie później. Ale teraz - nie chciała. Nie mogła.
Bo tak.
Bo był on.





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   21.04.16 12:51

Przykryty śniegiem i oświetlony kolorowymi lampkami park, sprawiał wrażenie dziwnie nierealne. To nie był Londyn, który oglądało się codziennie; chociaż światła było zbyt dużo, żeby na wieczornym niebie było widać gwiazdy, to chwilami można było udawać, że ściśnięte kamienice i duszne uliczki nie istnieją, a jeśli już – to nie tutaj, nie zaraz za rogiem. Trochę kojarzyło mu się to z pamiętnym, opuszczonym placem zabaw, z tym że tamto miejsce i czas przesiąknięte były samotnością i nostalgią, a dzisiaj? Dzisiaj w powietrzu czuło się nadzieję, pełne skrywanej ekscytacji oczekiwanie, trochę szczęścia i… magię, rzecz niezrozumiała, skoro znajdował się w mugolskiej części miasta. Oczywiście Percival wiedział, że wkrótce śnieżnobiały puch zamieni się w szarobrązową, przemieszczaną z ulicznym kurzem breję, że w nowym roku korytarze ministerstwa będą tak samo ponure, jak zawsze, i że najprawdopodobniej w rodzinnej rezydencji czekają go święta życia, pogrążone w cieniu porażki po podwójnie zerwanych zaręczynach, ale tymczasowo o tym nie pamiętał, skupiony na prywatnej misji rozwiązania przynajmniej jednej sprawy.
Nadal nie wiedział, czego powinien był się spodziewać.
Po raz ostatni już zerknął na tarczę zegarka, orientując się, że godzina umówionego spotkania wybiła, ale zanim zdążył dopuścić do siebie jakąś irracjonalną, skażoną niepokojem myśl, usłyszał za sobą ciche skrzypienie śniegu. Witaj. Uśmiechnął się mimowolnie, wypuszczając z ust kolejny obłok szarawego dymu i odrzucając w połowie wypalonego papierosa poza ścieżkę. Niedopałek zniknął w świeżym śniegu i zgasł, ale Percival już tego nie widział, bo odwracał się właśnie na pięcie, odnajdując wzrokiem drobną, ukrytą pod czarnym płaszczem postać. Zawiesił wzrok na jej częściowo ukrytej pod kapturem twarzy, bez problemu odnajdując ciemne oczy, które w ostatnich dniach pojawiały się w jego myślach niepokojąco często. Czego w nich szukał? Odpowiedzi? Kąciki jego warg drgnęły lekko; póki co nie nawiedziło go żadne olśnienie, ale nie przejmował się tym zbytnio. Była tu, więc był również i czas. – Panienko Carrow – przywitał się, skłaniając nieznacznie głowę i podłapując ten lekko oficjalny ton. – Co panienka robi o tej porze w tak nietypowym miejscu? – zapytał z udawanym, nieco teatralnym zdziwieniem, wskazując w nieokreślony punkt w parku. Może i brzmiałby przekonująco, półmrok i rzucane przez światełka cienie częściowo ukrywały odbijającą się w zielonych tęczówkach wesołość, ale ostateczny efekt zepsuły żartobliwie, wkradające się między kolejne słowa nuty, których jakoś nigdy nie był w stanie powstrzymać w jej obecności. Nie zależało mu zresztą na widowiskowym przedstawieniu, dlatego szybko porzucił sztuczne formułki na rzecz szczerości. Z którą, swoją drogą, było mu znacznie bardziej do twarzy. – Cieszę się, że przyszłaś – powiedział, bo rzeczywiście tak było; mimo że w ostatnim liście jasno zgodziła się na spotkanie, to ten pierwszy, odmowny, skutecznie zasiał w percivalowej pewności siebie podstępne ziarno wątpliwości. Być może wychodziła wreszcie z niego ta słynna, nottowska buta, która zawsze przecież gdzieś tam w nim siedziała, nie dając się wyplenić ani kopniakom od losu, ani ludziom znajdującym się poza ochronnym, arystokratycznym kloszem, ani nawet niedawnemu kubłowi zimnej wody, który wylała mu na głowę Harriett. Tak czy inaczej, dopóki Inara otwarcie nie przesunęła innych obowiązków ponad niego, nie zdawał sobie sprawy, że do tej pory odruchowo uznawał znajomość z nią za oczywistość. A teraz było mu wstyd, że kiedykolwiek mógłby w ogóle tak pomyśleć.
Pozwolisz? – Wyciągnął ramię przed siebie, by następnie delikatnie pociągnąć ją w stronę oświetlonej alejki, nieco pod kątem odbijającej od tej, na której stali. Lodowisko nie było daleko, poblask otaczających je, żółtawych lamp stał się widoczny zaledwie po kilku krokach, a po paru następnych zza parkowych drzew wyłoniły się pierwsze, śmigające po lodzie sylwetki. Tak jak się spodziewał, nie było ich wiele, ale lodowisko trudno też było uznać za puste; po sporym owalu poruszały się przynajmniej dwa tuziny postaci. Całość otoczona została metalową barierką, kończącą się przy kanciastej budce z wypożyczalnią łyżew, w której siedział wyraźnie znudzony mugol, o twarzy ledwie wyłaniającej się spomiędzy wysoko postawionego kołnierza kurtki i wełnianej czapki. – A to – zaczął Percival, zatrzymując się zaraz przy maleńkim budyneczku – jest moje wyzwanie na dzisiaj. – Uśmiechnął się szeroko. Powietrze wypełnione było ludzkimi głosami i cichymi dźwiękami muzyki, na którą składały się – o ile się nie mylił – świąteczne piosenki. – Pomyślałem, że skoro oboje ostatnio zostaliśmy na lodzie, nie będzie lepszego sposobu na uczczenie tego faktu – dodał po chwili, z lekkim tylko zawahaniem. Nie był pewien, czy było to coś, z czego wypadało mu żartować, ale tak właściwie – załamywanie rąk wydawało się mieć jeszcze mniej sensu.
Zawiesił spojrzenie na twarzy Inary, czekając na jej reakcję trochę niecierpliwie.




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   21.04.16 19:35

Nie widziała dlaczego, ale w kieszeni płaszcza, nie licząc zgrabnie zakamuflowanej różdżki, znajdował się - list od Percivala. Jeszcze przed wyjściem śledziła nienagannie postawione litery na listownym pergaminie, kolejny raz zastanawiając się, czy czegoś nie przeoczyła. Stała więc w progu, nim Sebastian nie przypomniał, ze wciąż trzyma otwarte drzwi, wpuszczając stos wirujących, białych płatków.
Idąc alejką parkową, dłoń co jakiś czas, nie do końca świadomie, sięgała do kieszeni, jakby chciała się upewnić, że targający co jakiś czas wiatr, nie porwał niczego, co znajdowało się w środku. I mogłaby przysiąc, że mijane latarnie i lampki migały za każdym razem, gdy dotknęła palcami faktury listu. Gdy jednak przenosiła wzrok na dostrzeżone mgnieniem zjawisko, wszystko wracało do normy. Przecież - była w mugolskiej części, pozbawionej magicznych elementów, tak naturalnych dla czarodziei. Ale, nawet, gdyby chciała się zastanawiać dłużej - wszystko rozmyło się, kumulując całą uwagę i wyrazistość kolorów na mężczyźnie, który ją tu zaprosił.
I jeszcze niedawno, próbowała wyobrazić sobie jakikolwiek sensowny scenariusz, ale i te - runęły, niby rozbita szklanka na skalnym brzegu. Nie wiedząc czemu, podążyła wzrokiem za maleńkim ognikiem, wypuszczonym z męskiej dłoni, wraz z dogasającym papierosem. Odwróciła się dokładnie w momencie, gdy jadeitowa zieleń spojrzenia, spoczęła na jej twarzy. Wypuściła z westchnieniem ciepłe powietrze z ust, patrząc na Łowcę przez białą mgiełkę oddechu.
- Lordzie Nott... - odwzajemniła drgnienie ust, wciąż jednak stojąc w miejscu. Nieporuszona - Zdaje się, że zostałam zwabiona. Ktoś mi powiedział, że spotkam tu dobrą myśl - wypuściła z dłoni kaptur, pozwalając, by w końcu zsunął się na ramiona - Widział pan kogoś takiego? - przechyliła głowę, próbując zdmuchnąć z ramienia nagromadzony puch, który - tak jak przypuszczała, uczepił się jej włosów. W jej głosie, trudno było doszukiwać się powagi, zgrabnie przeplatając szlacheckie uprzejmości, z właściwą, inarową pogodą, której nie umiała powstrzymać, szczególnie, gdy w głosie Percivala, nie odnajdowała wcześniejszych kropel smutku, czy - pustki. Rzeczywiście - było mu do twarzy ze szczerością, która dla odmiany, wywołała pełgający na jej policzkach płomień - Ja też - odpowiedziała cicho, może nawet bardziej do siebie, bo chociaż tyle razy biła się  z rozsądkowowym głosem o władzę, teraz była po prostu szczęśliwa, nie żałowała zapominając, że przyjdzie jej za to znowu zapłacić. A może nie?
Do znudzenia powtarzała sobie, że są przyjaciółmi, że mogą się spotykać, że nic nie stoi na przeszkodzie, by znowu skapitulować... Kiedyś, była dumna ze swej silnej woli, która pozwalała jej na odmowę każdemu mężczyźnie. Bez wyjątku. A dziś, mogła się zapierać i udawać, że nie widzi nic, ale - otwierała oczy, patrzyła na Łowcę i zapominała, że mogło istnieć coś więcej, niż zgoda.
Potwierdziła skinieniem, ale poruszyła się dopiero, gdy poczuła dotyk dłoni. Zmrużyła oczy, niepewnie spoglądając na szlachcica - Gdzie idziemy? - zdążyła zadać pytanie, nim na horyzoncie dostrzegła poruszające się postaci i..błyskającą taflę lodowiska?
- Wyzwanie...no pięknie, jeśli chciałeś się ze mnie ponabijać, trzeba było przynajmniej uprzedzić - puściła ramię ramię Łowcy, minimalnie dłużej zatrzymując palce na oferowanym cieple - Na czym ma polegać? Bo jeśli na ilości upadków, to już wygrałam - nigdy nie jeździła na łyżwach. Kiedyś we Francji proponowano jej wielokrotnie tę dziwną rozrywkę, ale - uparcie twierdziła, że woli jeździć wierzchem. Przyglądała się wirującym na lodowisku sylwetkom, z niejasnym wrażeniem, że dostrzegała więcej par, niż pojedynczych osób. Próbowała zasłonić się pod aurą rozbawienia, ale myśl zagnieździła się i nie umiała pozbyć się jej z głowy, co - tym mocniej wybijało ją z rytmu. A wszystko w otoczce przyciszonych dźwięków melodii, głosów i śmiechu. Także, tego należącego do Percivala - Będziesz mnie musiał odnieść do dworku - dodała, jakby sugerowała groźbę, chociaż - w głos wkradł się nieco inny ton. Już raz ją tak przenosił, tylko przerzuconą przez ramię i mokrą od rzecznej wody. Wszystko podczas jednej z wypraw - Dobry pomysł - uniosła brodę wyżej, w zamyśleniu zadzierając głowę do góry, próbując spojrzeć na wciąż prószącą biel, dopiero potem odnajdując twarz Notta - Dziękuję - jedno słowo, nim na sekundę oparła głowę o męskie ramię, które przed chwilą służyło jej za oparcie. Nie czekała na żadną reakcję. Nie mogła jej oczekiwać. Nie od przyjaciela. Tak? Odsunęła się nim zgromiła się w myślach za nieprzemyślany gest, kryjąc zbyt łatwo dostrzegane zmieszanie. Zbyt często ostatnio ją wprawiał w podobny stań. A czarnowłosa - nie potrafiła przyzwyczaić się, z jaką lekkością mu się poddawała. Wciąż jednak było dobrze. W końcu, nie działo sie nic co mogłoby zmienić kierunek myśli. Przecież nie wiedział. A ona - wciąż nie mogła mu powiedzieć. Nawet, jeśli "nie powinna" już nie działało.
Skierowała swój wzrok ku mężczyźnie w budce. Skoro otrzymała wizję wyzwania, nie mogła się wycofać. Nawet jeśli miała zakończyć spotkanie z kilkoma siniakami. Zapewne jej własnymi.





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   24.04.16 21:14

Nie kłamał. Dobre myśli rzeczywiście towarzyszyły mu przez ostatni tydzień częściej niż zwykle, to znaczy – pojawiały się w ogóle, przychodząc w najbardziej niespodziewanych momentach i co prawda pozostając tylko na chwilę, ale za to pozostawiając po sobie ulotne uczucie ciepła. Nie chodziło tu oczywiście o jakąś cudowną odmianę; jego życie nadal pogrążone było w dosyć ponurej mieszaninie chaosu i utraty, ale czasami miał nadzieję, że kiedyś wreszcie uda mu się wydostać z tego zamkniętego koła samoumartwiania i tkwienia w zaprzeczeniu. Być może miało to coś wspólnego z faktem, że więcej przebywał na zewnątrz, niejako równoważąc spędzane w zamkniętym biurze godziny; posiadanie nadmiernie rozentuzjazmowanego szczeniaka wymusiło na nim obowiązkowe spacery i kilka dni temu przez przypadek znalazł w swojej okolicy magiczną księgarnię, o której nigdy wcześniej nie miał pojęcia. Zresztą – w dokładnie ten sam sposób odkrył, że pośrodku parku, który do tej pory oglądał tylko z okien mieszkania, wyrosło całkiem spore lodowisko.
Tamtego wieczoru również myślał jasno i prawie optymistycznie, a im dłużej przebywał w towarzystwie Inary, tym więcej wątpliwości rozpływało się w mroźnym powietrzu. Wiedział, że nie umykały na zawsze, i że pewnie jeszcze tej samej nocy będzie mu dane powrócić do standardowego zestawu pytań, zaczynającego się od czego ty właściwie chcesz, a kończącego na co będzie jutro, za tydzień i za miesiąc, jednak aktualnie nie pamiętał nawet o tym, skupiając się tylko na znajomym głosie, szczerym uśmiechu i kolorowych lampkach, odbijających się w ciemnych oczach. – Niestety, nie widziałem nikogo takiego – odpowiedział, z nieco teatralną troską, dźwięczącą w głosie. – Ale bardzo chętnie potowarzyszę panience w poszukiwaniach – zaoferował, kłaniając się nisko i wykonując dramatyczny gest ręką, zupełnie jakby mieli właśnie udać się na wojnę. Albo co najmniej w niebezpieczną i karkołomną podróż.
Nie odpowiedział jej, gdy zapytała o miejsce ich krótkiej wędrówki, uśmiechając się tylko szerzej i pozwalając, żeby zobaczyła na własne oczy. Dopiero kiedy dotarli do barierek, odwrócił się do niej ponownie, oczekując entuzjazmu… i unosząc brwi coraz wyżej, w miarę jak kolejne słowa opuszczały jej usta. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie jeździłaś na łyżwach – powiedział, tym razem nie musząc uciekać się do sztucznego zdziwienia ani rozbawienia, bo obie emocje przebijające się właśnie przez grającą muzykę, były jak najbardziej autentyczne. Mimowolnie przypomniał sobie Hogwart i przylegające do błoni jezioro, które co roku niezawodnie zamarzało, tworząc wymarzoną ślizgawkę. Przez ułamek sekundy miał zamiar zapytać, jak to się stało, że przez siedem lat nie dała się nikomu namówić na łyżwy, zanim sobie przypomniał, że Inara nie postawiła przecież stopy w brytyjskiej szkole magii. – No to w takim razie czuję się więcej niż zobowiązany, do uzupełnienia tych rażących braków w twojej edukacji. – Prawdę mówiąc on sam nie jeździł od prawie dziesięciu lat, ale tego się chyba nie zapominało. Podobno. Prawda?
Parsknął cicho, słysząc jej mało przerażającą groźbę. – Jeszcze chwila i pomyślę, że się bo… – zaczął, ale ostatni wyraz urwał się w połowie, a Percival spojrzał w dół, na opierającą się o jego ramię kobietę. Gest w teorii nie był niczym nadzwyczajnym, nie znali się przecież od dzisiaj, dlaczego więc zamilkł tak nagle, jakby nie chcąc zakłócać niczym tych kilku sekund? – Na razie za nic mi nie dziękuj – powiedział, mówiąc dużo ciszej niż wcześniej. Wyciągnął rękę, ale wtedy Inara zrobiła krok do tyłu, odsuwając się od niego, więc ostatecznie tylko lekko otoczył ją ramieniem, kierując w stronę metalowych barierek. Skinął głową mężczyźnie w budce, chociaż najpierw musiał kilka razy odchrząknąć, żeby wybudzić go z płytkiej drzemki. – Jedna para dla mnie i jedna dla tej czarującej damy – poprosił, by chwilę później odebrać dwa komplety dosyć sfatygowanych łyżew.
Nieokryte rękawiczkami dłonie zdążyły mu już zmarznąć i zdrętwieć, więc sznurowanie butów za kostkę przysporzyło mu nieco kłopotów, ale koniec końców podniósł się - dosyć chwiejnie - do pionu, czekając, aż Inara zrobi to samo. Odruchowo zerknął na siebie, na białą taflę lodowiska, przez moment śledząc wzrokiem przemykające w tę i z powrotem sylwetki. Być może minęło zbyt dużo czasu, odkąd zdarzyło mu się pozwolić sobie na coś tak prostego i spontanicznego, ale na chwilę w jego myśli wdarła się niepewność. – Gotowa? – zapytał; trudno powiedzieć, czy rzeczywiście się upewniał, czy po prostu próbował przekuć entuzjazm na działanie. Odnalazł spojrzeniem jej twarz, o sekundę za długo zatrzymując się na zaczerwienionych od mrozu policzkach. Wyciągnął przed siebie obie ręce, czekając, aż brunetka poda mu swoje. – Z góry przepraszam, jeśli okażę się beznadziejnym nauczycielem.




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   25.04.16 0:05

Ostatnim razem, gdy widziała się z Percivalem, zgubiła rękawiczki. Właściwie - zostawiła je na wyblakłej huśtawce przy pamiętnym, opuszczonym placu, ale - nie chciała tam wracać. Na pewno nie sama. Nie bez niego. Uświadamiała to sobie za każdym razem, gdy wędrowała ulicą, chowając zmarznięte dłonie w kieszenie płaszcza, tam doszukując sie ciepła, chociaż - odnajdowała je częściej w myśli oraz imieniu, niż jakiejkolwiek materii, której prawdziwej formy - nie mogła widzieć. Przynajmniej - uparcie powtarzała sobie zdanie do momentu, gdy otrzymała ten jeden konkrety list. A potem drugi i trzeci.
Prawdą było, że większość czasu spędzała nad organizacją badań, w których - odnajdowała iluzoryczny spokój. W dzień, bezbłędnie skupiała się na informacjach, eliksirach, kociołku i kolejnych ingrediencjach, których właściwości testowała. Wszystko jednak znikało, gdy zostawała sama w sypialni, żegnana jeszcze słowami ojca, który - nie zawsze zostawał na noc, poświęcając swój czas na nocne dyżury. Pokój Inary, nosił wyraźny ślad jej bytności. Począwszy od rozstawionej sztalugi, po płótna i kartki, wśród których niejedna nosiła miano kreślarskich śladów.
Wiedziała, że chwila, z którą zamykała powieki, najczęściej łączyła się z wizjami i obrazami, które - w ciągu dnia odpychała, nie pozwalając zaprzątać jej umysłu. Kiedy zapadała ciemność, Inara znowu miała przed sobą sylwetkę mężczyzny, który zatrzymywał na niej pytające spojrzenie zielonych źrenic. To samo, które widziała teraz, pośród wieczornych cieni, umykających przed błyskającymi światłami lampek.
Nie mogła zatrzymać warg, których kąciki mknęły do góry z każdym słowem i teatralnym gestem mężczyzny. Nie potrafiła się też uwolnić od wrażenia, że ów wieczór stanowi klucz do nieodgadnionej tajemnicy, przed którą wciąż, uparcie się broniła. Nawet, jeśli kapitulowała równie często. I za każdym razem, przyczynę odnajdowała w kłaniającym się własnie Łowcy, a potem prowadzącym ją ku..jeszcze większej tajemnicy, której nazwa brzmiała "lodowisko".
- Rzeczywiście, nie chcę ci tego mówić - bo mi przeszkadza w tym kobieca duma - zaciskała czerwień warg w wąską linię, by wypuścić w końcu powietrze ze świstem, w śmiechu. Nie wytrzymałą długo napięcia i obrazu rosnącego zaskoczenia na absurdalnie przystojnej twarzy Percivala - ...ale oczywistość moich wypowiedzi, chyba nie da się inaczej określić - nie miała powodu udawać, ani ukrywać tego faktu. Nawet namawiana, nigdy nie pozwoliła wyciągnąć się na śliską powierzchnię jakiegokolwiek lodowiska - czy sztucznego, czy naturalnie tworzonego podczas mrozów. Nie miało większego znaczenia. Inara uparcie odmawiała. Do dzisiaj.
- W takim razie się zgramy - zmrużyła oczy, na chwilę zawieszając wzrok na utkwionych w nią oczach, z ciepłą ulgą odkrywając, że wciąż potrafi się w nich pogrążać, bez nagłego zatrzymania, bądź przyspieszenia akcji serca. Przynajmniej - przez chwilę - W zamian będę uzupełniała rażące ubytki w twojej artystycznej edukacji. Tylko może już nie dzisiaj - śmiech przerodził się w cichy oddech, a słowa skropliły się do jednego momentu, krótszego, niż obserwator mógłby zapamiętać, a jednak znaczącego, dla niespokojnego rytmu, jakie wybijało serce alchemiczki. Jedno, dwa uderzenia i mogła się odwrócić, pozornie tylko, pozwalając umknąć prawie niesłyszalnego brzmienia percivalowych słów.
Nie spięła ramion, gdy poczuła otaczające ją ramię, zaatakowana nagle wonią, która tak wirowała przy niej już od spotkania na kamienistym brzegu Weymouth. Bez, trawa i siarka, która wciąż kojarzyła jej się z zapachem skóry Łowcy, gdy podczas wypraw przychodził do jej alchemicznego namiotu. Drgnęła jednak nieznacznie, czując nawet przez fakturę płaszcza, jak palce mężczyzny, zatrzymują się na jej plecach, pozostawiając przy zetknięciu niezmywalny, płonący ślad.
Oddychała przez usta, wypuszczając krystalizującą się na mrozie, białą mgiełkę, przez którą od czasu do czasu patrzyła, niby przez zamazane lustro. Podziękowała kiwnięciem głowy mugolowi w budce, który podał jej łyżwy. Tylko na chwilę zatrzymując je w dłoniach i znacząco zerknąć na sprawcę całego przedsięwzięcia. I pomijając fakt, że odczuwała niepokój, próbując wyobrazić siebie na tafli lodowiska, to z rozbawieniem przystąpiła do sznurowania butów. Musiała zdjąć rękawiczki, w które ostatnio się zaopatrzyła, odkładając je obok siebie. Nie umiała odwrócić orzechowych tęczówek, które co jakiś czas mknęły ku siedzącemu tuż obok arystokracie. Palce, miał smukłe, ale nie brakowało w nich siły, której wielokrotnie zawierzała, zaciskając na nich swoją dłoń. Dawno temu. A może nie aż tak? Z niechęcią wróciła do swego zadania, by w końcu dopełnić dzieła.
Odetchnęła głęboko, zanim - oczywiście chwiejnie - podniosła się do góry. Obie dłonie automatycznie rozłożyła na boki, próbując złapać równowagę. Nie powinno być trudne, prawda? Skoro radziła sobie w jeździe wierzchem, powinna podołać i tutaj. Prawda? - Chyba tak - zareagowała na pytanie, nieco ciszej niż zamierzała, nie będąc pewną ile z jej entuzjazmu dało się wyczytać. Złapała jednak najbardziej możliwy - stabilny - punkt, by w końcu unieść głowę do góry, wystarczająco szybko, by zmierzyć się z zielenią percivalowych źrenic. I co teraz? chciała zapytać, ale słowa umknęły na moment przed tym, jak Łowca kieruje ku niej obie ręce. Zamrugała, próbując odczytać coś więcej z jego twarzy, na której wciąż tańczyły wieczorne cienie - Ty nie umiesz być taki - wyciągnęła  dłonie, by pozwolić spleść się ich palcom, na kolejny moment, próbując zatrzymać nagłe przyspieszenie, które wybijało niekontrolowany rytm w okolicach piersi. Miała wrażenie, że mężczyzna wyczuje przez złączone dłonie tak nienaturalną reakcję, ale - zapomniała o tym, w kolejnej chwili zalana irracjonalnym ciepłem. Nawet, jeśli mróz znaczył chłodem ich dłonie w niemal równym stopniu. I z grającym w rytm oddechów uśmiechem, pełgających w oczach iskrach, które odbijały światło, pozwoliła sie poprowadzić na srebrzystą taflę lodowiska - Tylko mnie nie puszczaj - dziś, to on był jej nauczycielem i nie sądziła, by był to ostatni raz.





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   25.04.16 15:34

Zawsze miał problemy z określeniem jednego, konkretnego punktu w przeszłości, w którym spotkali się po raz pierwszy. Miał wrażenie, że istniała w jego życiu zawsze; pamiętał, że kiedyś, jeszcze zanim wszystko stanęło w płomieniach, miał w zwyczaju odruchowo odnajdywać ją wzrokiem, za każdym razem, gdy rzeczywistość zdawała się zamazywać mu przed oczami. I nie chodziło tylko o wypatrywanie przyjaznej twarzy na arystokratycznych przyjęciach; rzadko się do tego przyznawał, ale niemal automatycznie szukał jej nazwiska na liście członków wyprawy, gdy tylko dostawał pergamin do ręki, a czasami odwracał się gwałtownie przez ramię, tknięty wrażeniem, że jej ciemne włosy mignęły mu na korytarzu ministerstwa, chociaż wiedział, że było to raczej mało prawdopodobne. Sam twierdził, że po prostu lubił mieć obok siebie zaufaną osobę, jednak była to tylko część prawdy; być może nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ani wtedy, ani teraz, ale Inara stanowiła jedyny realny łącznik między obiema połówkami jego życia, podzielonego pozornie nieprzenikalną barierą, izolującą obowiązki szlachcica od odważnych marzeń niedorosłego wielbiciela podróży. Brzmiało to patetycznie i prawie śmiesznie, ale to właśnie ona przypominała mu, kim był, jeśli zbyt mocno zaczynał przechylać się na jedną ze stron – zarówno na rozległych bezdrożach, jak i wśród zawiłych korytarzy dworków i rezydencji.
Przypominał sobie o tym wszystkim teraz, pozwalając sobie na dłuższe niż wypadało krzyżowanie spojrzeń i zastanawiając się, jak to się stało, że nadal przy nim była. Jeszcze cztery-pięć miesięcy wcześniej był przekonany, że zniknęła z jego życia na dobre, pozostając daleko za spalonymi mostami. To, że ich ścieżki w ogóle ponownie się przecięły, zasługiwało na miarę największego zbiegu okoliczności roku – bo w przeznaczenie, zrządzenia losu i inne bzdety nigdy nie wierzył – ale prawdziwe zaskoczenie stanowił fakt, że tak najzwyczajniej w świecie wrócili do relacji opartej na swobodzie i zaufaniu. Miało się wrażenie, jakby poprzednie dwa lata nigdy nie zaistniały, i być może dlatego w jej towarzystwie zdarzało mu się o nich zapominać. Nie wracał myślami do przeszłości na opuszczonym placu zabaw i nie robił tego również dzisiaj; tak właściwie, cały jego przeciążony nadmiernym przejmowaniem się umysł przebywał aktualnie na zasłużonym urlopie, dobrowolnie oddając władzę tej bardziej lekkomyślnej części jego osobowości. I tylko jedna wątpliwość ukłuła go lekko, pozostawiając po sobie chwilowe uczucie odrętwienia: gdzie byłby teraz, gdyby nie znalazł błyszczącego w trawie, niebieskiego wisiorka?
Zaśmiał się na wzmiankę o jej cierpiącej, kobiecej dumie. – Lepiej zostaw ją za tymi barierkami – powiedział, uderzając dłonią o lodowaty metal. – Inaczej będzie bolał ją każdy upadek – dodał, w zwyczajnie się z nią drażniąc, a milcząco gratulując sobie pomysłu z lodowiskiem. Uśmiech zszedł mu z twarzy tylko na moment, gdy wspomniała o nauce rysowania; przewrócił teatralnie oczami. – To dopiero będzie katastrofa – mruknął, po czym parsknął cicho śmiechem, bo mieszanka entuzjazmu, ciekawości i radości nie pozwoliła mu zachowywać długo powagi.
Nie potrafił (i nie próbował) oderwać od niej wzroku, przyglądając się, jak kończyła sznurować buty, a później rozłożyła ręce szeroko, w oczywistym odruchu próbując złapać równowagę. Niegasnący uśmiech na jego twarzy zaczął już wydawać mu się wręcz idiotyczny, nie znikając nawet wtedy, gdy z pozoru nie było żadnego powodu do wesołości – a może po prostu twarz zamarzła mu w tym wyrazie? To by wiele tłumaczyło, ale zamiast cokolwiek tłumaczyć, tylko ścisnął mocniej jej palce, gdy oboje znaleźli się na lodowej płycie ślizgawki. Przez sekundę nogi zadrżały mu lekko i miał przerażające wrażenie, że rzeczywiście zapomniał jak się jeździ, ale wystarczyła chwila, żeby odnalazł właściwy rytm. Zaczął jechać tyłem, początkowo bardzo powoli, ciągnąc Inarę za sobą. – Zobaczymy – powiedział, unosząc wyżej brwi. Nigdy nie rozumiał tej wiary, którą w nim pokładała, ale z jakiegoś powodu ufała mu bardziej, niż on ufał sam sobie. – Nie puszczę – zapewnił, odnajdując wzrokiem jej spojrzenie. Zapewne powinien był mieć oczy dookoła głowy, żeby uchronić ich przed kolizją z innymi łyżwiarzami, ale znów złapał się na bezkarnym przyglądaniu jej twarzy, a fakt, że zdążył zwrócić uwagę na każde drgnięcie policzka i na przyprószone białymi płatkami włosy uświadomił go, że robił to zbyt długo.
Odchrząknął, przyspieszając nieznacznie. – Postaraj się złapać równowagę – powiedział, obserwując uważnie, czy przypadkiem jej nie traciła, choć nie był pewien, czy w razie potrzeby byłby w stanie uchronić ją przed upadkiem na czas. – Spróbuj zacząć odpychać się od tafli, jak już poczujesz się pewniej. – Nie miał pojęcia, jak inaczej mógłby to wytłumaczyć. – Ale nie pozwól, żeby wyprzedziły cię własne stopy – dodał szybko, przypominając sobie własną naukę jazdy na łyżwach, choć wtedy łyżwy zastępowały mu ulepszone zaklęciem podeszwy butów, a lodowisko – przyprószona śniegiem tafla jeziora. Tak czy inaczej, niespodziewany upadek na cztery litery pozostawał niezmiennie tak samo nieprzyjemny.
Obrócił się przez ramię, sprawdzając, czy przypadkiem nie groziło im wpadnięcie na kogoś innego i przelotnie zauważył, że pokonali już połowę pierwszego okrążenia. – I najważniejsze – powrócił wzrokiem do kobiety – postaraj się nie myśleć za bardzo o tym, co robisz. Opowiedz mi coś – poprosił, starając się odwrócić jej uwagę od uważnego pilnowania własnych stóp. Co, wbrew pozorom, zazwyczaj bardziej przeszkadzało niż pomagało. – Na przykład, jak idą ci badania? – zapytał, wypowiadając pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy; najprawdopodobniej dlatego, że to właśnie tego argumentu użyła, odmawiając mu spotkania po raz pierwszy.




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   26.04.16 23:17

Pamiętała, kiedy pierwszy raz widziała Percivala. Około-piętnastolatka z wybujałą wyobraźnią i nieoszlifowaną ciętością języka, z intensywną, artystyczną potrzebą odzwierciedlania świata twarzy, jaki ją otaczał. Nie rozstawała się ze zwiniętą kartką papieru, zazwyczaj wciśniętą w cholewkę wiązanego bucika. A nawet jeśli to nie wystarczało, potrafiła poradzić sobie z dostępnymi materiałami. I tak było, gdy pierwszy raz go spotkała.
Zazwyczaj starsza, a przynajmniej pełnoletnia część arystokracji, nie zwracała większej uwagi na podlotki, chyba, że nie potrafiło się zgadnąć, kim się było. Inara na tyle rzadko bywała w Londynie, że - przyglądano jej się z plotkarską ciekawością, przynajmniej dopóki u jej boku nie pojawiał się ojciec. Notta dostrzegła z otwartego na salę bankietową balkonu, z którego obserwowała gości, od czasu do czasu zatrzymując się dłużej na czyjejś twarzy. I tak było z nim.
Nie zastanawiała się, dlaczego przykuł jej uwagę, szczególnie, że niejedno dziewczęce spojrzenie, wodziło za nim tęsknie. Inara przyzwyczajała się do wizjonerskich zrywów, które kazały jej sięgnąć za najbliższy możliwy materiał i pośpiesznie odzwierciedlić to, co urzekło jej wzrok. Najbardziej zapamiętała moment, gdy kolejny raz szukając jego sylwetki w tłumie, natrafiła - znacznie bliżej, utkwione w niej dwie jadeitowe źrenice, należące do młodego mężczyzny. Prawdopodobnie musiała przedstawiać interesujący widok, siedząc na balkonowej barierce, oparta o przylegająca do niej ścianę budynku, z zamazaną serwetką, którą schowała za siebie, tak jak dłonie, w roztargnieniu poplamione atramentem. Przez kilka sekund  wpatrywali się w siebie, nim Inara wygięła usta w uśmiechu, a on, pomimo chmurnej aury unoszącej się przy nim, odwzajemnił gest.
Potem wspomnienia zacierały się, burząc gdzieś barierę, w której mówili sobie po imieniu i posyłali znaczące, porozumiewawcze gesty rozbawienia i porozumienia, gdy trafiali na szlacheckie wieczorki.
Dziś, jedynym świadectwem, że pamięć nie psociła zbyt mocno, była nieco zamazana serwetka, z której spoglądały rysy młodzieńca, który teraz wypatrywał jej oczu, jako mężczyzna, wywołujący niezmienne, jeszcze większe wrażenie, niż za pierwszym razem. I nie tylko na niej, bo uwieszane na nim kobiece spojrzenia, taksujące nienaganną sylwetkę, przystojne, szlacheckie rysy - szukały jego uwagi, irracjonalnie skupionej..na niej?. Czy jednak się myliła?
- Za tymi barierkami, chyba muszę zostawić więcej niż swoją dumę - śledziła gest, jaki wykonał, mając ochotę dźgnąć go palcem pod żebra. Zamiast tego wydęła wargi, notując w myślach, że jeszcze mu się z tą nauką przypomni, szczególnie, że gest który planowała uczynić, więcej wywołałby zamieszania w jej - i tak nadszarpniętej - samokontroli, niż zostałby uznany za jakąkolwiek karę. Chyba, że chciała atakować samą siebie. Dziś i tak za dużo walczyła sama ze sobą, targana sprzecznymi wrażeniami, tak własnymi, jak i odbieranymi. I ciężko było jej wskazać, z którymi ma się identyfikować, albo zgadzać. A wzrok, który na sobie czuła co jakiś czas, ani trochę nie ułatwiał jej zadania, wciąż rysując na jej skórze niewidzialne, palące wzory.
Nie czuła się pewnie, gdy w końcu stanęła - prawie - prosto. A mimo to, nawet na chwilę nie dopuściła myśli, że mogłaby zrezygnować z wyzwania. Moment, w którym znalazła się na lodowej tafli, wywołał w niej niekontrolowane westchnienie, które zdusiła, zaciskając wargi w cienka linię, która trwała do momentu, gdy odruchowo podniosła głowę wyżej, na swego dzisiejszego nauczyciela. usta samoczynnie gięły się do uśmiechu, ale zaraz, niemal jak na komendę słów Percivala, niebezpiecznie przechyliła się do przodu - Łatwo powiedzieć - znowu powinna była kierować słowa ku Łowcy, ale Inara co chwilę skupiała uwagę na stopach, które w końcu bez większych kolizji, poruszały się po tafli, nadając aktualności rytmu, w jakim poruszał się jej towarzysz - Jak mam im nie pozwalać na coś takiego, jak zaczynają nabierać własnej woli? - mimo, że słowa podsycone były lekka irytacją, to ciężko było jej nie śmiać się z samej siebie. Starała się nie pochylać, bo - i podczas jazdy konnej było to niewskazane. Odnajdowała jednak pewien plus w swojej sytuacji. Uwaga, która do tej pory rozpraszała się za każdym razem, gdy krzyżowała wzrok z zielenią tęczówek, wciąż zbierająca spustoszenie w próbach poukładania zburzonych postanowień. Zdecydowanie bardziej wolała sprawdzać, czy rzeczone stopy, nie wyprzedzają ją, bądź też, zostają gdzieś w tyle, tym samym wykładając jej ciało na bolesny upadek.
Powoli odnajdowała właściwy rytm, sprawiając, że nie hamowała pędu, jaki osiągnął Percival. Wciąż kurczowo zaciskała palce na jego dłoniach, nie dopuszczaj, by chociaż na chwile rozluźnił uchwyt. problemem były raczej wyżłobienia, czy nagłe podwyższenia na nie tak równej tafli, uformowanej naturalnie, bez magicznych ulepszeń. I spódnica. Chociaż nie sięgała kostek, co jakiś czas owijała się wokół nóg, wywołując nagłą, chwiejną próbę złapania równowagi.
- Opowiedzieć? - powtórzyła za mężczyzna, jak echo, tym razem patrząc wprost w znajome oczy, znowu zamieniając miejscami niepokoje. Możliwość upadku zatarła się, plasując ją próbie uchwycenia równowagi wrażeniowo-zmysłowej, której źródło wrzucało w jej umysł coraz głupsze myśli - Początki podobno zawsze są trudne - zaczęła, jednoczenie nawiązując do swojego uczniowskiego położenia w dziedzinie jazdy na łyżwach - Jesteśmy po pierwszym spotkaniu, więc raczej niewiele zdziałaliśmy. A teraz...dużo czasu zajmują mi sprawy organizacyjne - ogarnęła ją narastająca fala gorąca, gdy skojarzyła, że był to argument, za którym kryła swoją pierwotną odmowę - nie mogła jednak opuścić wzroku, tonąc całkowicie, pozbawiona jakiejkolwiek deski ratunku. Zamrugała, chcąc wybudzić się z odrętwienia, które groziło podwójnym niebezpieczeństwem i mentalnego, i fizycznego upadku. Chciała przeprosić, ale nie mogła, wciąż nie mogąc znaleźć właściwego wytłumaczenia, dla swej próby...ucieczki. Przed nim - ...ale jeśli nam się uda - wróciła do właściwego, spokojniejszego rytmu słów. Mówienie o badaniach, pozwalało na chwilowe oderwanie się od niechcianych, szczypiących intensywnie myśli - To będziesz miał...- "miał?!, jakie "miał"?! - znał, będziesz znał - poprawiła się czując, jak język plącze się w słowach. Nie mówiąc o tym, że swobodnie mógł zobaczyć, jak cała paleta emocjonalnych barw, maluje jej oblicze - sławną alchemiczkę - dokończyła na wydechu, nie wiedząc właściwie, po co się odzywała. Brawo. Znowu poległa. I nie miała gdzie uciekać, wciąż uwięziona tak w spojrzeniu, jak i w zaciskających się na jej dłoniach, palcach.





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   29.04.16 1:16

Było w tym wszystkim coś zaskakująco właściwego: w lekkim, swobodnym poruszaniu się po przyprószonym śniegiem, miejscami pofałdowanym lodzie; w nieskrępowanych zdenerwowaniem czy napięciem uśmiechach; w delikatnie zdrętwiałych od mocnego uścisku palcach, i w cieple, które powoli rozchodziło się od samych ich koniuszków, wędrując niespiesznie w górę ramion. Miał wrażenie, że dawno nie czuł się już tak wyjątkowo, mimo że przecież dookoła nie było teoretycznie nic wyjątkowego; z kiepsko nastrojonego radia płynęły kiczowate, świąteczne piosenki, jakiś mugol śpiewał o pocałunkach pod jemiołą, nieopodal migotała imponujących rozmiarów choinka, ozdobiona – skąd ten pomysł? – nie świecami, nucącymi pod nosem elfami, ani nietoperzami, tylko kolorowymi kulkami, które mrugały chłodnym światłem w rytm muzyki. Dookoła nich śmigali anonimowi ludzie, kompletnie niezwracający na nich uwagi, ale za to sprawiający, że Percival i Inara niejako wtapiali się w to osobliwe zbiorowisko, stając się częścią przedświątecznego obrazka, który spokojnie można by sfotografować i umieścić na bożonarodzeniowej pocztówce, oczywiście – nieruchomej, bo z jakiegoś powodu tylko w takich lubowali się mugole.
Może właśnie to o tę zwyczajność chodziło, może to właśnie jej najbardziej mu brakowało; choć nie zdawał sobie z tego do końca sprawy, jego ostatnie kontakty międzyludzkie składały się w większości z pozszywanych ze sobą dramatów. Na co dzień nie zwracał na to uwagi, do pewnego stopnia przyzwyczajony już, że każda relacja musiała być na swój sposób trudna, nie pamiętając, że można było inaczej. Że granice między całą gamą emocji nie musiały być niewyraźne i zamazane, jak w przypadku Katyi; że przeszłość nie musiała stanowić wbitego, ropiejącego ciernia, jak ta, którą dzielił z Cassiopeią; że nie wszyscy znikali bez słowa jak Julius, że nie każdy wymagał od niego niemożliwego, jak jego ojciec, i że nie zawsze… miłość? musiała stanowić element zakazany. Dziś czuł się po prostu dobrze, nie zawracając sobie głowy ani przeszłością, ani przyszłością, trzymając się tylko tych drobnych, ściskających go kurczowo palców, a jedyne, czym się przejmował, to to, żeby nie pozwolić ich właścicielce upaść na twardy lód.
No i może jeszcze tym, jak pięknie wyglądała, z zaróżowionymi od mrozu (tylko?) policzkami i tym charakterystycznym blaskiem w oczach, który sprawiał, że nawet ciemne jak mocna kawa tęczówki, zdawały się jaśnieć.
Nie potrafił powstrzymać lekko zachrypniętego, donośnego śmiechu, który rozniósł się po lodowisku w ślad za jej uwagą o wymykających się spod kontroli nogach. – Zawsze wiedziałem, że jedyną osobą, która będzie w stanie ci się sprzeciwić, będziesz ty sama, nie spodziewałem się, że będzie mi dane oglądać tę walkę – powiedział, nadal uśmiechając się szeroko, mimo że płatki śniegu zaczęły już wpadać mu do ust, roztapiając się na języku i pozostawiając po sobie uczucie chłodu. Jednocześnie zwolnił jednak nieznacznie, pozwalając Inarze na odzyskanie właściwego rytmu i na kilka chwil opuszczając wzrok na jej stopy. Gdy już upewnił się, że poradziła sobie z uciekającą równowagą, ponownie przyspieszył i podniósł głowę, pozwalając, by ich spojrzenia skrzyżowały się po raz kolejny.
Słuchał uważnie, tylko pozornie dzieląc uwagę między wychwytywanie jej słów, a trzymanie się ustalonej trasy; wydawało mu się, że wraz z mijającym czasem, ślizgawka bardziej pustoszała, chociaż mogło to być również i złudzenie, związane z faktem, że zwyczajnie przestał zwracać uwagę na otaczających ich mugoli. Podążał za kolejnymi zdaniami kobiety, w gruncie rzeczy naprawdę ciekawy tego, co mówiła; bez problemu potrafił sobie wyobrazić jej skupiony wyraz twarzy, zawieszonej kilkanaście centymetrów nad parującym kociołkiem. Jej alchemiczny talent zawsze był czymś, co milcząco podziwiał, zwłaszcza że on sam w Hogwarcie z ogromnym bólem, trudem i poświęceniem wyłuskał SUMa z eliksirów, o mały włos nie wysadzając przy tym pracowni w powietrze. Uparcie twierdził, że zwyczajnie brakowało mu cierpliwości, choć Slughorn raczej się z nim w tym nie zgadzał, uważając go za przypadek beznadziejny, który stojąc nad delikatną i wymagającą całkowitej uwagi miksturą, zamiast o składnikach, myślał o nadchodzącym meczu Quidditcha.
Uśmiechnął się z przekąsem do własnych wspomnień i pewnie nawet nie zauważyłby drobnego, wciśniętego w zdanie słówka, gdyby nie nagła zmiana tonu i szybkie poprawienie się Inary, z jakiegoś powodu nagle… zmieszanej? Uniósł wyżej brew, trochę z zainteresowaniem, a trochę z rozbawieniem, przyglądając się badawczo, jak jej policzki robią się nieco ciemniejsze. Być może mógłby oszczędzić jej następnych chwil, gładko zmienić temat i puścić mało dyskretną korektę mimo uszu, ale… Coś błysnęło mu w oku, a kąciki warg powędrowały jeszcze wyżej. – Miał? – powtórzył, ani na moment nie odrywając od niej spojrzenia. Odruchowo ścisnął mocniej jej dłonie, jakby się spodziewał, że będzie chciała od niego uciec. Zacisnął usta w chwilowym, udawanym skupieniu, zupełnie jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał, chociaż oczy nadal mrużyły mu się lekko. – Właściwie masz rację, dobry alchemik to skarb. – Pokiwał głową. Wciągnął do płuc porcję mroźnego, czystego powietrza. – Chyba powinienem się z jakimś ożenić – dodał po chwili, wyrzucając z siebie te słowa na wydechu i nie przykładając do nich absolutnie żadnej wagi, dopóki nie padły.
Zaśmiał się znowu, ale tym razem jakoś dziwnie krótko; jego myśli automatycznie i nie do końca świadomie pomknęły do zeszłotygodniowej rozmowy z Harriett, do wymienionych listów, do długich rozmyślań, jednak i tak to nie dlatego na chwilę zgubił rytm, robiąc kilka fałszywych kroków, które zburzyły harmonijny układ jak nieprawidłowo wygrane na pianinie dźwięki. Gdzieś między jednym oddechem, a drugim, uświadomił sobie dwie rzeczy: że mógł wcale nie zabrzmieć tak niewinnie i jednoznacznie, jak początkowo zamierzał.
I że ani trochę mu to nie przeszkadzało.




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   30.04.16 3:00

Robił to specjalnie.
Niezrozumiała pewność zakwitła w jej myślach, kołując wokół każdej, kolejno oswabadzanej cząstki umysłu. Nie była pewna skąd, ale coś wiedział. Czy Inara była, aż tak nieostrożna? Czy tak łatwo poddawała się targającym ją emocjom, by pokazać mu ich prawdziwe źródło?
Gdy widzieli się ostatnio, na pamiętnym, opuszczonym placu, wydawał się - nie widzieć jej, nie patrzył tak - jak robił to teraz, trwając w jej źrenicach nieporuszony, z uśmiechem, z dobrą myślą, którą serwował jej za każdym razem, gdy krzyżowali spojrzenia.
Co się zmieniło? I..czemu pozwalał, by tonęła w jego gestach, wciąż mocniej zapominając, jakie postanowienia stawiała jeszcze przed wyjściem? Miała przecież zapomnieć o nim, a teraz,  gdy trzymał jej dłonie, które tak zaciskała, gdy co chwilę bezczelnie? zamykając jej drogę ucieczki (powinna uciekać?). I mimo, że czuła, jak jej świat wywraca się do góry nogami - nie potrafiła wykrzesać z siebie, ani jednej rozsądnej myśli, a przynajmniej - żadnej nie umiała posłuchać. Gdyby tak było - trzymałaby się swojej pierwotnej odmowy, prawdopodobnie teraz, próbując dociec i wyobrazić sobie, dlaczego Percivalowi tak zależało na spotkaniu. I - (nie)stety, nie żałowała, nawet, gdy zalewały ją kolejne fale zmieszania (odzwierciedlanych przez potęgujące gorąco policzków), które powoli stawały się stałym elementem wieczoru.
Zareagowała na jego śmiech pozornie nadąsaną miną, ale na twarzy (szczególnie z tak bliskiej odległości) mógł widzieć malujące się fale rozbawienia. Oczywiście - wolałaby odnaleźć się w wyzwaniu na równi z mężczyzną, ale ciężko było znaleźć tu większe minusy. Wystarczyło, że był z nią, a wszystkie inne doznania schodziły na dalszy plan.
- Jestem zaraźliwa, uważaj - mruknęła tylko, rozchylając umalowane czerwienią wargi, by złapać pośpieszne hausty mroźnego powietrza. Tylko po to, by znowu zafałszować rytm oddechu, gdy natrafiła na nierówny grunt. Uspokoiła się tylko na chwilę, bo w kolejnej musiała walczyć z drgnieniem powiek, gdy natrafiała na wpatrzone w nią tęczówki. Znowu. Co w niej widziałeś? I czy cokolwiek widziałeś?
Jazda na łyżwach nie wydawała się już tak niepokojąca, nie licząc może wciąż nierówno bijącego serca, wciąż zmieniając proporcje uderzeń. I nie była już pewna, które z wrażeń, które jej serwował Percival, było najbardziej płonące, wypalając ścieżki tak w myślach, jak w ciele. Przynajmniej do momentu, gdy przez JEDNO nieprzemyślane słowo, nie stała się absolutna kapitulacja.
Przez króciusieńki moment wierzyła, że nie zauważył, że jej pomyłka umknęła mu w całości słów, które wypowiedziała. O naiwności!. Wystarczył przecież jeden, tak charakterystyczny błysk w zielonych oczach, by zrozumieć, że oto szykowała się dla niej kara. I to nie byle jaka.
"Miał", powtórzył na głos, a ona - choć bardzo chciała - nie potrafiła odwrócić spojrzenia, w których czaiła się..panika? Silniejszy uścisk na dłoniach uprzedził zamysł, jaki w pierwszej chwili chciała popełnić. I gdzieś pomiędzy kolejnymi uderzeniami  serca, a znikającymi jak echo sekundami - po prostu zamarła, czując jak na jej wargach, zamiast uśmiechu, osiadają roztapiające się płatki śniegu, będące ostatnim, niesamowicie zajmującym wrażeniem, nim dotarło do niej znaczenie każdego, wypowiedzianego w skupieniu słowa, wypływającego z ust Łowcy.
- Znajdę ci jakiegoś, Percy.. - Nie odezwała się więcej, tylko jego imię zamarło na ustach, zapominając o wszystkim. Dosłownie.
W pierwszej kolejności niepamięci uległ - i tak urwany oddech. Niby po co był jej potrzebny, gdy powietrze wokół przestało istnieć? Tak, jak serce, które prawdopodobnie wyparowało, albo spłonęło. Dalej - ruch, wszystko w jej mniemaniu się zatrzymało, łącznie z jej stopami. I najważniejsze - zapomniała nawet krzyknąć, gdy - nie rejestrując kiedy, ani jak - natrafiła na większą, lodową nierówność. Gwałtownie zjechała na bok, wyrywając się z precivalowego uścisku i z uwięzionym w gardle krzykiem, dała się wyprzedzić swoim stopom (zgodnie łamiąc zasadę, której ją uczył), które - z racji pędu, jaki do tej pory osiągnęli, przy kolejnym okrążeniu, wywołała spory zryw. Jej ciałem rzecz jasna. W następnej chwili czuła już uderzający i atakujący jej ciało chłód oraz twardość powierzchni, na której znalazła się, boleśnie hamując łokciem i - nieprzyjemnie wykręconą stopą. Następujący dalej moment zaanonsował ostry ból taranujący zmysły, wyraźnie zaznaczając, że nie była kotem, który upadał na cztery nogi. Inara upadła na jedną, boleśnie, wywołując chwilową bladość i cienie przed oczami, zamglonymi aktualną utratą stabilności. Z tego wszystkiego całkowicie zapomniała, że jeszcze niedawno miała zamiar bardzo spektakularnie spłonąć, pozostawiając po sobie, co najwyżej, nieco zdziwionego Percivala.

przepraszamzawszelkieewentualnesplackowanieposta





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   30.04.16 7:04

Nigdy nie potrafił bezbłędnie jej rozczytywać. Drobne gesty, urwane w połowie uśmiechy, uciekające spojrzenie i wypływający na policzki kolor – wszystko to w przeważającej większości przypadków pozostawało dla niego nieodgadnione, w żaden sposób nie zaspokajając pragnienia poznania tego, co chodziło jej aktualnie po głowie, a co najwyżej je podsycając. To było nietypowe; odkąd pamiętał, uczył się przecież reguł subtelnej gry pozorów, odkrywał znaczenie starannie wystudiowanych gestów, poznając alfabet tego niepisanego języka, spotykanego na arystokratycznych salonach częściej niż faktyczna mowa. Przez jakiś czas wydawało mu się nawet, że był w tym całkiem niezły; uprzejme wymiany zdań, ostrożne negocjacje czy tylko pozornie nieistotna gadka-szmatka nie sprawiały mu trudności. Mówił to, czego od niego oczekiwano i wychwytywał to, co miało zostać wychwycone, a jednak tego wieczoru znowu ponosił osobistą porażkę. Różnica polegała na tym, że Inara niczego nie udawała; z jej spojrzenia, gestów, uśmiechów, biła szczerość, i to właśnie ta szczerość raz po raz zbijała go z tropu, sprawiając, że chciał próbować bardziej.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak na nią wpływał, tak samo jak był zupełnie nieświadomy faktu, że w jej oczach zachowywał się inaczej. Owszem, czuł się inaczej, słowa Harriett oświetliły mu sytuację całkowicie odmiennym światłem, wyciągając z cienia kwestie, które do tej pory pozostawały dla niego ukryte, ale wszelkie zmiany w jego działaniach miały charakter czysto podświadomy, związane bardziej z wyłączeniem niepotrzebnego myślenia, a nie nadmiernym analizowaniem wszystkich za i przeciw. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie planował, nie rozpatrywał w głowie możliwych scenariuszy, nie bawił się w poważnego stratega, ważącego uważnie każdy swój ruch i oceniającego ewentualne straty, zanim jeszcze nastąpiły; nie posiadał ukrytych motywów ani planów awaryjnych, szedł praktycznie na ślepo, narażając się na bolesny upadek, ale…
Było mu z tym dobrze.
To dlatego uśmiechał się częściej niż zwykle, dlatego też pozwalał sobie na spontanicznie łapanie za słówka i droczył się niegroźnie, lekko, bez złośliwości. Nie chodziło o naumyślne wpędzenie jej w zakłopotanie – nigdy specjalnie by tego nie zrobił – ale raczej o wciąż nieostrożne poruszanie się po odkrytym na nowo świecie, który dla odmiany zmuszał go do patrzenia naprzód, a nie pełnego strachu oglądania się za siebie.
Nie zdążył jej odpowiedzieć; słowa zatańczyły mu gdzieś w pobliżu ust i tam się zatrzymały, wyprzedzone przez nagłą czujność i ukłucie niepokoju, gdy zauważył nadchodzącą katastrofę na ułamek sekundy przed tym, zanim nastąpiła. Za późno jednak, by zareagować – jego stopy wciąż ciągnęły go do tyłu, kiedy poczuł gwałtownie szarpnięcie, a drobne dłonie wymsknęły mu się spomiędzy palców (jak mógł do tego dopuścić?), które zamiast tego zacisnęły się na pustym, mroźnym powietrzu. Nie zdołał zatrzymać się na czas; w momencie, w którym w końcu udało mu się zahamować, Inara już upadała, lądując na twardym lodzie z głuchym łupnięciem. Znalazł się przy niej sekundę później, w jakimś naturalnym odruchu klękając na lekko nierównej powierzchni i studiując spojrzeniem drobną sylwetkę. – W porządku? – zapytał cicho, jedną ręką chwytając ją delikatnie za ramię, a drugą asekurując plecy i pomagając jej podnieść się powoli do pozycji siedzącej. Widział, że pobladła, miał jednak nadzieję, że wynikało to bardziej z chwilowego strachu, niż bólu. – Nie uderzyłaś się w głowę? – upewnił się, z troską wyraźnie dźwięczącą w łagodnym głosie. W jakimś automatycznym, nieprzemyślanym geście odgarnął z jej czoła kilka luźnych kosmyków, które opadły jej na twarz w trakcie upadku. Dopiero później pozwolił sobie na ponowne podciągnięcie kącików ust w górę, tym wyżej, im szybciej krótkotrwała, irracjonalna panika rozpływała się w chłodnym powietrzu. – Mówiłem, że jestem beznadziejnym nauczycielem – zauważył, przywołując swoje słowa sprzed kilku minut i mimowolnie brzmiąc trochę przepraszająco.
Zaczekał cierpliwie, aż wyrówna jej się oddech i dopiero później się poruszył, przykucając zaraz za nią, gotowy, żeby pomóc jej się podnieść, co wbrew pozorom, wcale nie było takie proste – zwłaszcza gdy miało się na nogach łyżwy. Nachylił się, łapiąc ją pewnie pod pachami; serce jakby mu przyspieszyło, gdy uświadomił sobie, że jego twarz znalazła się nagle zaraz przy jej policzku. – No dobra, moja alchemiczko. – Nie mógł się powstrzymać. – Wstajemy. Na trzy – dodał. Jej włosy łaskotały go lekko w twarz, a do nosa wdzierał się doskonale już znajomy zapach bzu. Teraz dosyć intensywny, ale w żadnym wypadku nie nachalny; raczej po prostu obecny. – Raz – zaczął odliczać. Miał nadzieję, że Inara nie wychwyciła dziwnego, kompletnie niewytłumaczalnego drżenia w jego głosie, jeszcze minutę wcześniej spokojnym i pewnym. – Dwa. – Wzmocnił uchwyt, upewniając się, że gładki materiał płaszcza nie wyśliźnie mu się przy wstawianiu. Wstrzymał oddech, przygotowując się do podniesienia ich obojga. – I trzy.

sama jesteś placek. < 3




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   02.05.16 0:45

W którym momencie mogła stwierdzić, że go znała? I czy - kiedykolwiek mogła tak powiedzieć? Zdawało się, że łącząca ich relacja, została zatopiona, gdy stracili kontakt, po jednej z wypraw, bez większej przyczyny. Dziś wiedziała, że miał szczególne powody, by nie pamiętać o sylwetkach z przeszłości, która - w sierpniu, tak dziwnym zbiegiem okoliczności - trąciła ich ścieżki ponownie. Jeden maleńki, błękitny wisiorek, za sprawą którego - znowu się spotkali, odkrywając, że nie muszą zaczynać niczego od początku. Może - inaczej, bo Inara odkryła - całkiem niedawno, że wciąż będąc jej przyjacielem, nie potrafiła patrzeć tylko, jak na przyjaciela.
Nawet gdy zamykała oczy, bezbłędnie odgadywała, rozbrajającą minę i drgające kąciki ust, gdy karmił ją nieprzemyślanym słowem, które - choćby w intencji najbardziej uczciwe (chyba), dudniły w jej uszach, promieniując na całe ciało. Te same wyrazy kiedyś z łatwością odbijała, nie zastanawiając się nad podwójnym znaczeniem, ani źródłem. Rozumiała - ale inaczej, zupełnie, jakby ostatnio ktoś założył na nią pryzmat, przez który wszystko nabierało innego sensu, chociaż - wciąż pozostając takie samo. Zupełnie jak kolor, widziany w innym świetle. Jakiego światłą, nabawiła się Inara?
Zastanawiała się oczywiście, w którym momencie, rozpoczął się proces relacyjnej przemiany, gdzieś dziesięć lat tamu, na szlacheckim przyjęciu i w szkicowanej twarzy młodego mężczyzny, a pełen sprzeczności obraz, jak jej się aktualnie jawił, bezsprzecznie znajdował swój ostateczny wynik w..nim.
Zaprzeczała, tak długo, jak rozsądna część jej osobowości nie została zagłuszona przez narastające fale niepokojącej, acz paraliżująco przyjemnej radości, za każdym razem, gdy odbijała swoje źrenice w jego oczach. Dzisiejszego wieczoru, już dawno przekroczyła limit i granicę, by mogła się wycofać. Kolejne próby doprowadzały tylko do katastrofy, rozbijając iluzoryczną pewność, że wszystko było jak dawniej, że nie peszą wypowiadane słowa, że nie urywa kontaktu spojrzeń, przy zbyt częstym ich krzyżowaniu, a dłonie, wcale nie szukają pretekstu, by zostać zamknięte w jego uścisku. Zbyt łatwo mógł z niej czytać, nawet jeśli nigdy nie skrywała swoich emocji, pozwalając na ocenę. Miało to jednak swoje uzasadnienie. Inara - samej zaglądając w źrenicowe zwierciadła duszy, dawała możliwość spojrzenia i na nią właściwie, chociaż - nie każdy chciał. Była otwarta, nauczona, że zamykanie się działało na krótką metę. Potem opadało się po samodzielnie zbudowanej linii pochyłej - wprost w ciemność.
Podobna ciemność, na kilka krótkich sekund mignęła w ciemnoorzechowych oczach, gdy upadek zamroczył zmysły, nieznośnie wydłużając moment chłodu, wnikającego w ciało, zetknięte z lodową powierzchnią. Ból pozostał, czując nieprzyjemne uczucie ciągnięcia, w okolicach kostki. Dopóki jednak się nie poruszała, pozostawała wolna od mimicznych drgnień, oznajmiających jej stan.
Niepokój minął ze świadomością dotyku, który delikatnie uniósł ją do pozycji siedzącej, odrywając falę zimna sączącą się w jej plecy - Chyba..tak - mrużyła oczy, próbując uspokoić rozedrgane ciało - Nie - tego była pewna, gdzieś w przebłysku osłaniając ramieniem głowę przed uderzeniem. Nie czuła przecież zawrotów, które najskuteczniej oznajmiały o zmianach. Ale - nawet lekko zamroczona, drgnęła nieznacznie, czując na twarzy ciepły dotyk percivalowej dłoni. Jedną ręką wciąż przytrzymywała się mężczyzny, drugą oparła o lodowe źródło jej nieszczęścia - Albo trafiłeś na nieznośną uczennicę - oddychając już spokojniej, była niemal pewna, że wszystko wróciło do normy...łącznie z niekontrolowanymi reakcjami, za każdym razem, gdy zmniejszał między nimi dystans, a - znowu nie miała gdzie i po co uciekać. Zacisnęła wargi, w pierwszej chwili spinając ciało, gdy Łowca znalazł się za nią, z oczywistym zamiarem podniesienia jej do pionu. Nie poruszyła się jednak i nie odezwała do pierwszych słów. Na kolejne, ze świstem wypuściła powietrze, ale apogeum jej nastąpiło, gdy twarz mężczyzny, znalazła się niebezpiecznie blisko jej policzka. Blokowała odruch odwrócenia się, grożący...czymś, czym nie powinna była zaprzątać głowy. I tak dzielnie skupiała się na eliminowaniu napływających doznań, że umknęło jej odliczanie, które burzyło jej spokój i krew tym mocniej, gdy czuła na odsłoniętej skórze, ciepły oddech. Zdążyła zarejestrować tylko "trzy" i gwałtowne szarpnięcie do góry, z próbą postawienia jej na własne nogi (albo łyżwy). I cały upadkowi spektakl dobiegłby końca, gdyby nie jeden drobny fakt, który uświadomiła sobie z chwilą, a właściwie próbą przeniesienia ciężaru na lewą nogę. Fala bólu momentalnie popłynęła w górę, paraliżując jej ciało, które na moment uwiesiło się na podtrzymującym ją mężczyźnie. Zacisnęła zęby, ale ze słyszalnym świstem wypuściła resztki powietrza z płuc - Chyba..koniec lekcji - wydusiła, wciąż zaciskając palce na przedramionach Percivala, mając cichą nadzieję, że nie wyłożą się na lodowisku - tym razem we dwójkę. Inara na pewno nie ułatwiała utrzymania się w pionie, opierając cały ciężar na Łowcy, chwiejnie stojąc na niekontuzjowanej nodze. I prawdopodobnie, gdyby do końca rozumiała cały obraz jaki prezentowała, musiałby się zastanowić, czy nie łatwiej byłoby jej zwyczajnie zemdleć z nadmiaru wrażeń. Jej plecy ciasno przylegały do ciała mężczyzny, z głową opartą o jego pierś, prawdopodobnie chowając się, aż pod jego brodą. Jego ramiona oplatały jej sylwetkę, ograniczając ruch (którego i tak nie miała ochoty wykonywać), ale i chroniąc ją przed kolejnym upadkiem - Skręciłam kostkę - była córką uzdrowiciela, potrafiła rozpoznać taki uraz, nawet jeśli nie umiała sobie z nim poradzić. Właściwie - nie wiedziała absolutnie co miała teraz zrobić i jak uplasować Percivala w możliwych scenariuszach, które ścigały się poziomem absurdalności.

To też wiem ;p





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Percival Nott
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott http://www.morsmordre.net/t1542-tatsu http://www.morsmordre.net/t1531-percy http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
organizator smoczych wypraw badawczych
32
Szlachetna
Żonaty

it's a small
crime
and I've got no excuse

5
25
0
0
0
10
5
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowisko   02.05.16 23:09

Istniało bardzo niewiele osób, które do siebie dopuszczał; nie tylko teraz, ale od zawsze, odkąd tylko pamiętał. Trudno powiedzieć, czy był to wynik chłodnego wychowania, czy cecha wrodzona, ale odruchowo trzymał ludzi na dystans, oferując im absolutne minimum – dokładnie tyle, ile było konieczne, żeby nie uznali go za wrogo nastawionego. Tyczyło się to niemal wszystkich: niezliczonych ciotek, wujków i kuzynów, znajomych ślizgonów, współpracowników, wpływowych przedstawicieli arystokracji. Był uprzejmy, grzeczny, miły w ten starannie wyważony i odmierzony sposób, ale nic więcej; żadna z tych osób nie mogłaby powiedzieć, że go znała, bo zdradzał na swój temat niewiele, jakoś zawsze potrafiąc przekierować rozmowę na wygodniejsze dla siebie tory. Inna sprawa, że mało komu to przeszkadzało, zdecydowana większość doskonale wiedziała, co chciała usłyszeć, a ponieważ wiedział to również i Percival, to obie strony kończyły pobieżne i sztuczne rozmowy w stanie względnego zadowolenia.
Prawie zawsze.
Od czasu do czasu trafiał się ktoś, kto bezceremonialnie przebijał się przez wszystkie warstwy percivalowych murów, albo – co zdarzało się jeszcze rzadziej – kto był za nie dobrowolnie i z pełną świadomością wpuszczany. Jego rodzeństwo stanowiło jeden przykład, Katya drugi, Ben trzeci. Czwarty aktualnie trzymał w ramionach, pomagając jej odzyskać utraconą równowagę i zastanawiając się mgliście, kiedy właściwie postanowił obdarzyć ją całkowitym zaufaniem. Pamiętał ich pierwszy wspólny wyjazd, a dokładniej moment, w którym zjawiła się na odprawie, młoda, piękna, po szkole o egzotycznie brzmiącej nazwie i z szanowanym nazwiskiem. W porównaniu z całą resztą grupy, wyglądała jak kwiatek wśród kamieni i był prawie pewien, że doczekała się od niego co najmniej kilku złośliwych słów, zanim okazało się, że w rzeczywistości była w porządku. I że jej eliksiry, niejednokrotnie, uratowały im wszystkim życie.
Dzisiaj wydawało mu się, że od tamtych chwil minęły dekady, ale chociaż poczucie upływającego czasu płatało mu figle, to o jednej rzeczy był przekonany – że gdzieś w międzyczasie oddał Inarze kawałek swojej duszy. Tej naiwnej, nieco czystszej, wierzącej w szczęśliwe zakończenia, która teraz, po dwóch latach rozłąki, stanowiła jedyny niezepsuty fragment poszarpanej całości, mimo że jeszcze do niedawna myślał, że przepadła na zawsze. Może to dlatego nie chciał jej sobie odpuścić, może to dlatego spanikował, gdy Harriett uświadomiła mu, że jeżeli czegoś nie zrobi, to ją straci; i wreszcie, może to dlatego czuł się przy niej tak dobrze i swobodnie, bez zawahania przełamując narzucone (przez obie strony) granice i nie mając z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.
Nadal trzymał ją mocno, gdy mimo jego asekuracji, ugięły się pod nią nogi, uświadamiając – chyba ich oboje – że nie skończyło się jedynie na niegroźnym stłuczeniu. Zaczekał, aż oprze ciężar ciała na sprawnej stopie, a fakt, że oboje jeszcze stali, mógł zawdzięczać jedynie swojemu poczuciu równowagi, wyrobionemu przez lata treningów Quidditcha. – Piękny ci sprawiłem prezent na święta – powiedział, trochę żartobliwie, a trochę przepraszająco. – Trzymaj się – dodał, wyplątując z uścisku jedno ramię i przyciągając ich oboje do krawędzi lodowiska. Na szczęście zdążyli dojechać prawie do końca okrążenia, więc do otaczającej płytę metalowej barierki nie było daleko i jakoś udało mu się przetransportować Inarę do tej samej ławeczki, na której niedawno przebierali buty. Pomógł jej na niej usiąść, puszczając ją dopiero, kiedy się upewnił, że miała stabilne oparcie. – Zaczekaj – powiedział, przyklękając przy niej i pomagając jej pozbyć się łyżew, najpierw ze zdrowej nogi, później – dużo delikatniej i ostrożniej – z tej skręconej. Faktycznie nie wyglądała najlepiej, kostka zdążyła już całkiem poważnie spuchnąć.
Uśmiechnął się, chociaż czoło marszczyło mu się nieznacznie w wyrazie słabo skrywanej troski. – Domyślam się, że przez ostatnie dwa lata nie zdążyłaś zrobić kursu magii leczniczej? – zapytał, ważąc w głowie dostępne rozwiązania. Nie było mowy o deportowaniu się z placu pełnego mugoli, ani właściwie – o użyciu jakichkolwiek innych zaklęć. Zresztą, żadne z nich nie zgłębiło jeszcze sztuki teleportacji łącznej, a Percival nie miał zamiaru pozwolić jej wracać teraz do dworku na własną rękę. O uraz się nie martwił, Adrien na pewno był w stanie naprawić proste skręcenie jednym machnięciem różdżki, ale musieli najpierw jakoś wydostać się z parku. Jedyna możliwa opcja wydawała mu się jednocześnie całkiem oczywista, ale…
Zawahał się. Właściwie, dlaczego nie?
Nie spodoba ci się ten pomysł, ale nie protestuj jeszcze – uprzedził, siadając obok i szybko zmieniając własne łyżwy na buty. Oddał obie pary przysypiającemu mężczyźnie w budce, po czym wrócił do Inary, nachylając się nad nią i ponownie obejmując ją jednym ramieniem. – Złap się mnie – powiedział i zaczekał, aż spełni jego prośbę; początkowo wydawało się, że chciał po prostu pomóc jej wstać, ale w następnej chwili przeniósł drugą rękę pod jej kolana i pociągnął w górę, biorąc ją na ręce. Wiedział, że była drobna, ale i tak wydała mu się dziwnie lekka; inna sprawa, że ich twarze znów znalazły się nieprzyzwoicie blisko siebie, wywołując u Percivala przyspieszone bicie serca, czego tym razem nie był w stanie ukryć. – Wiem, że obiecałem cię odnieść do dworku – przypomniał, celowo przywołując jej własne słowa – ale obawiam się, że to byłaby dosyć długa i mroźna podróż, więc jeśli pozwolisz, odstawię cię do najbliższego kominka. – Uśmiechnął się pod nosem, gładko skręcając w znajomą alejkę. Jego głos wybrzmiał i przez chwilę wydawało się, że nic już więcej nie powie, ale najwyraźniej uznał, że Inara nie zadowoli się tą lakoniczną informacją. – Mieszkam dwa kroki stąd – wyjaśnił w końcu, wypowiadając wszystkie cztery słowa szybko i na jednym wydechu, co w sumie uczyniło z nich jeden długi zlepek sylab.




where does the time go?


Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow http://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa http://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
21
0
0
0
10
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowisko   05.05.16 0:33

Mogła być daleko stad. Mogła nie ulegać namowom nestora i..ojca, trwając w postanowieniach, którymi toczyła się niby murami. Mogła zostać we Francji, wciąż gnać gdzieś kolejnymi statkami, zwiedzać kraje, albo - pozostać w ukochanym kraju. Wiedziała, że Adrien zgodziłby się, nawet - jeśli zbierałby na swoje barki kolejne konsekwencje..jej decyzji. Mogła to wszystko, wciąż pozostawione w swej sercowej pustce, niezależna, wolna i..nieszczęśliwa?
Nagłe tchnienie, musnęło jej myśli, pozostawiając po sobie niedokończone zdanie. Czy nie była we Francji szczęśliwa? Czy nie była dumna, że tak łatwo odpierała od siebie mężczyzn, którzy się wokół niej kręcili? A jeśli było inaczej, niż wierzyła i tylko uciekała, naznaczona przekleństwem, które sama na siebie rzuciła w dziecięcej przysiędze? I ucieczka matki, nie miała  z tym nic wspólnego? Winna była ona sama, a teraz - zbierała zwielokrotnione niewiedzą uczucia?
Tylko..dlaczego kumulowały się w jednym mężczyźnie, który - powinien był zostać zapomniany, przez dwuletni czas, jaki się nie widzieli? Wystarczył błękit jej zgubionego wisiorka, by trafili na siebie, niby zagubieni we mgle wędrowcy. Gubiła się przecież wielokrotnie, nawet - podczas wypraw, gdy znosiła początkowe złośliwości, udowadniając, że rzeczywiście jest warta swojej pozycji. A Pecival przebił się ponad jej mury, niepostrzeżenie stając się bliższy niż przewidywała. I podejrzewała. I dostrzegała.
Wrażenie zagubienia, towarzyszyło jej teraz, wciskając się gdzieś pomiędzy "wciąż nie powinnam", a "czemu nadal tak nieprzytomnie szukam jego spojrzenia?..by zaraz potem umykać, niby spłoszona łania, którą przecież nie była. Nie ona. Nie dziewczyna, która rzucała wyzwania, która nieco bezczelnie zaglądała spotykanym w oczy, która - bez zająknięcia mówiła - co myślała. Dlaczego (który już dziś raz pytała?) wszystko umykało jej niby plażowy piasek spomiędzy palców? Nie miała jak zatrzymać potoku, który doprowadzał ją jednocześnie do szału i tkliwej radości. Nie była paranoiczką, a wciąż mieściła w sobie dwie siły, naprzemiennie walczące o dominację. A czarnowłosa nie potrafiła wskazać, której miała kibicować. Nawet, gdy przebijał się przez to wszystko ból.
- Może to odwdzięka, za mój prezent - uśmiechnęła się krzywo, wciąż czując pełznące do góry, promieniujące fale bólu. Dopiero gdy pewniej oparła się na drugiej stopie, ból zelżał. Milcząco kiwnęła głową, pozwalając się poprowadzić do bramki, a w następnej kolejności do ławki, na której usiadła z westchnieniem ulgi. Nachyliła się, ostrożnie przesuwając się na bok, próbując - bez powodzenia zdjąć łyżwy. Wystarczył niepewny ruch, a znów jej usta drgały, hamując grymas bólu. Jak -  w tym stanie - miała dotrzeć gdziekolwiek?
Nie czuła się komfortowo, gdy Percival przy niej klęknął, pomagając pozbyć się w końcu łyżew. ostatni raz..buty zdejmował jej ojciec, jeszcze kiedy była dzieckiem. I to śpiącym - Wyobraź sobie, że nie. Fuchę uzdrowicielstwa zostawiłam Adrienowi - widocznie nie było z nią tak źle, gdy próbowała odpowiadać żartem. Tylko usta zdradzały, że co jakiś czas coś nieprzyjemnego działa na jej zmysły, chociaż...mężczyzna przy niej działał wprost proporcjonalnie...przyjemnie?
Próbowała znaleźć możliwie sensowny sposób wydostania się z lodowiska, a przynajmniej gdzieś - gdzie mogła użyć magii. Nie była pewna, czy teleportacja byłaby bezpieczna, może jakoś wezwać ojca? Zanim zwerbalizowała swoje myśli, usłyszała niezwykle zajmującą wypowiedź Łowcy. Zmarszczyła brwi w próbie wyczytania z twarzy mężczyzny, jakiejkolwiek podpowiedzi. Nie było to łatwe, wciąż mając wrażenie, że jej policzki ciemnieją za każdym razem, gdy próbuje skupić się na jego oczach - To brzmi jak groźba - oparła dłonie obok siebie, nie zmieniając konsternacji malującej się na twarzy. Włosy miała już wystarczająco wilgotne, w kilku miejscach potargane i nadal niesforne. Nawet teraz musiała zgarnąć je z policzka.
Bez sprzeciwu wykonała polecenie Percivala, jeszcze nie przewidując swej nieoczekiwanej pozycji. Zanim jednak zareagowała, jej stopy oderwały się od ziemi, a ona sama znalazła się...na rękach u szlachcica. I dopiero wtedy powinien nastąpić armagedon, albo spektakularne wybuchy, które..miały miejsce tylko w jej sercu - To wygląda na porwanie. Czy to jest właściwy moment, żebym zaczęła protestować? - musiał ją słyszeć doskonale, wystarczająco mocno zaciskała dłonie na jego karku, głowę opierała o bark, niemal dotykając ustami skóry na odsłoniętej szyi Notta. Jej oddech przyśpieszył, pozostawiając na materiale kołnierza białe drobinki skrystalizowanego powietrza. Gdzie miała trzymać dłonie? Gdzie miała patrzeć? I właśnie wtedy - odpuściła, po prostu przymykając oczy, przesuwając twarz wyżej, bliżej niebezpieczeństwa, jakie niosły tak kruche odległości. I jego obecność - Nie obiecałeś, to była moja groźba - otworzyła oczy, ale to nie był dobry pomysł. Jej głos zadrżał, wplatając niespokojną nutę, której nijak nie umiała się pozbyć, tym bardziej szaleńczo bijącego serca, a może..dwóch serc? Czy zmysły już tak pogubiły się we własnych ocenach, że drugi ton, wybijał się równie mocno co w niej?
Rozluźniała palce jednej ręki, czując jak w opuszkach narasta mrowienie, rozchodzące się coraz dalej, wzdłuż dłoni, którą zsunęła z męskiego karku, zatrzymując - mniej lub bardziej świadomie, na wysokości percivalowej piersi, zaraz zaciskając się gwałtowanie na guzikach płaszcza - Gdzie? - pytanie było bezsensowne, ale z nagłego braku powietrza, albo zbyt dużej ilości powietrza? (nie była pewna) nie była w stanie wykrzesać choćby jednego słowa więcej. Chyba umarła, ale zaciskając powieki, świat wcale nie chciał się zatrzymać, ani tym bardziej Percival, prowadząc ich oboje do siebie.
I to był dobry moment, żeby powiedzieć coś mądrego, ale - umysł Inary przechodził zawał i nawet jeśli pojawiały się tam myśli, ginęły śmiercią tragiczną. Odpuściła.

zt x2 Pwease Pwease Pwease





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
 

Lodowisko

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Bexley-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17