Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Salon   30.03.16 11:40

First topic message reminder :

Salon

Salon to pierwsze pomieszcze w jakim się znajdziesz tuż po tym, jak przekroczysz progi mieszkania. Nie jest to zbyt wielki pokój; dość ciemny, całkiem przytulny, nieco przytłaczający dla osób kochających przestrzeń. Pierwsze co pewnie ujrzysz to liczne regały z księgami wszelakiego pochodzenia, masy pergaminów, piór, bibelotów. Walają się pewnie też na średniej wielkości biurku ułożonym pod jednym z dwóch okien. Na jednej z szafek stoją fiolki z różnymi zakupionymi eliksirami, kryształowe kule, kulki, słoiki z zawartością nieznanego pochodzenia. Czujesz się tu jak u Borgina i Burke'a? Niepotrzebnie. Przecież brak tu grubej warstwy kurzu i pajęczyn w kątach, a przez okna wpada całkiem spora ilość światła. W salonie znajduje się kominek.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey



Ostatnio zmieniony przez Ramsey Mulciber dnia 08.10.16 10:29, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:23

Miał zamknięte oczy, ale nie wsłuchiwał się w żadne konkretne dźwięki. Pokątna robiła się coraz cichsza, odgłosy miasta stawały się coraz bardziej stłumione i oddalone od miejsca, w którym mieszkał. Raz po raz przykładał papierosa do ust, a gdy wypalił pierwszego rozpoczął drugiego, nie otwierając oczu kiedy nie musiał. To był jego sposób na relaks i odpoczynek. Nie znał wylegiwania się na kanapie i zeznajamiania z literaturą niosącą rozrywkę i radość. Nie pamiętał też kiedy ostatni raz leżał na trawie w ciepłe dni i obserwował chmury, czy siedził godzinami nad brzegiem Tamizy, obserwując ludzi. Czas. Czas grał w jego życiu ogromną rolę i nie chciał go marnować na odpoczynek. Był zbyt ambitny, pracowity i żądny wiedzy, by sobie pozwolić na to. Nauczył się więc odpoczywania miedzy jedną chwilą a drugą, podczas takich czynności jak ta, które przynosiły mu ukojenie. Podczas częściowego czuwania nad młodą dziewczyną i palenia papierosa, na którego miał ochotę od dłuższego czasu.
Odłączył się na chwilę, nie spodziewając się gwałtownego ataku ze strony śpiącej lady Ollivander. Mogła go oczywiście wypchnąć z okna, a później zwalić wszystko na wypadek — co było całkiem kusząca wizją uwolnienia się od obowiązku zamążpójścia. Zresztą różdżkę miał w kieszeni marynarki, którą gdzieś po drodze ściągnął wraz z płaszczem. Nie słyszał jej cichych kroków. Opierał głowę o nierówne wykończenie okna, a kosmyki włosów wywijały mu się pod wpływem poprawiania głowy, gdy szukał dla siebie wygodnej pozycji. Dopiero poczuł jej ciepło i zapach, kiedy się zbliżyła, jeszcze przed tym jak go dotknęła. Najpierw z częściowej półdrzemki wrócił do świadomości, czując drgania powietrza obok siebie, słysząc cichy oddech. Otworzył oczy od razu skierowane na nią, nie ruszając się ani o centymetr. Obserwował ją czujnym, badawczym spojrzeniem, lecz nie wyrażał złości, czy rozgniewania, choć przecież patrzył tak, jakby miał złapać ją na jakimś gorącym uczynku. Jej ciepłe wargi przylgnęły do jego, a on odruchowo odwzajemnił ten drobny gest, wciąż chyba nie mogąc się przyzwyczaić do tak zaskakujących chwil.
— Jaki mamy dziś dzień? I co takiego chciałabyś oddać? Pierścionek już zawróciłaś — mruknął nieco uszczypliwie, ale przecież próbował być miły. Zreflektował się uśmiechem, jaki do niej skierował.— Nie jestem zły, oczywiście, że nie.
Kiedy wspomniała o małym czarodzieju zastygł w bezruchu, lecz w dość naturalnej pozie. Nie zesztywniał z powodu strachu, czy obaw. Zamyślił się nad tym, co powiedziała, a papieros, którego trzymał między palcami tlił się powoli, wpadając do salonu. Nie podejrzewał, że myśli o dzieciach. On sam do tej pory rozpatrywał to w prostej formie przyczyn i skutków, w której przyjdzie mu zapewnić sobie dziedzica. Ale rodzina? Nie znał tego tworu, nie wiedział na czym to wszystko polega, lecz pewien był, że nie przewróci do niczyjego życia do góry nogami. Taka po prostu kolej rzeczy.
Wypuścił powietrze nosem z lekkim opóźnieniem, jakby wstrzymał na moment oddech i zgasił papierosa w sposób, jakby miał podejść niezwykle poważnie do rozmowy, którą rozpoczęła.
— Jeśli wszystko dobrze pójdzie to właśnie tak będzie. Nie ma się czego bać, na każdego po prostu przychodzi pora — odpowiedział w końcu, zsuwając się z parapetu. Zabrał ze sobą opróżnioną szklankę i zamknął okno, bo przez tę dłuższą chwil, której wypalił dwa papierosy zdążyło się już ochłodzić w mieszkaniu. — Boisz się mnie? – spytał bez ogródek, nie chcąc już rozszerzać tego na możliwie zrobioną krzywdę i jej i dziecku. Jakby to rozważyć to było to prawdopodobne, ale czy ktoś taki jak Ramsey mógł robić sobie plany na przyszłość i analizować ją pod kątem umiejętności odnalezienia się w życiu rodzinnym.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:28

Lubiła na niego patrzeć, bo był dla niej zagadką, tajemnicą, którą chciała rozszyfrować. Sprawiał, że serce uderzało szybciej, a złość wypełniała kanaliki nerwowe, bo zdawał się rozniecać w niej ogień, a zaraz potem go gasić. Emocje, które uśpiła przez pięć lat życia obudził z łatwością, co początkowo wcale nie przypadło lady do gustu. Może to dlatego odczuwała lęk, którego źródła nie potrafiła zlokalizować? Gdyby jednak była świadoma życia, któfe wiódł... Wszystko nabrałoby innego wymiaru. Oczekiwała, że obdarzy ją szczerością, ale nie była w stanie tego wymagać, skoro sama jej nie ofiarowała. To szczyt hipokryzji, czyż nie? Problem w tym, że oboje należeli do osób, które szyły wygodne dla siebie scenariusze, choć ze strony Katyi nie była to perfidna pobudka, a możliwość zatrzymania w sobie jak największej ilości tajemnic.
Smak warg Mulcibera sprawiał, że chciałaje kosztować i uczyć się od nowa, tak jakby zapomniała. Skąpane były w nikotynie i whisky, która działa z połączeniem jego osoby jak najlepszy afrodyzjak. Odurzająco.
-Nie jestem pewna, ale chyba są święta - powiedziała zgodnie z prawdą, wszak sprawa rodziny Cornelii, a raczej śmierci jej rodziców stała się priorytetową. Musiała wygrzebać mordercę z pod ziemi, a miała go przecież na wyciągnięcie ręki. -Oddałam ci pierścionek? Doprawdy? - uśmiechnęła się drwiąco i bez trudu zaserwowała mężczyźnie kuksańca. Nie należał do najmocniejszych, a mimo to się z nim droczyła. Lubiła ten stan i świadomość, że nie zrobi jej krzywdy... Zaraz. Mógł ją zrobić. Doświadczyła tego. Nie wyjawiła jednak prawdy na temat drobnego prezentu, a może i zwrotu, który mu się w pełni należał?
Przyglądała się Ramseyowi z ciekawością, kiedy jego płuca zapadały się pod większą dawką dymu, a już po chwili odwracała twarz, gdy ten zaczynał ją mierzić. Przygryzła też policzek od środka, gdy dostrzegła konsternację, jakby nie będąc pewną czy nie posunęła się zbyt daleko. Chciała się też zreflektować, ale ubiegł ją, co zmusiło młodą aurorkę do przejścia na inną pozycję niż obrońcy własnych obaw, z których musiała się wyleczyć.
-Nie mówiłeś zbyt dużo o sobie... Wychowywał cię jakiś Rosier, dlaczego? Gdzie jest twoja mama? - zapytała bez ogródek i zsunęła się z blatu. Była ciekawska i nie kryła się z tym, ale małymi kroczkami odszukiwała drogi do zrozumienia Mulcibera, który krył w sobie wiele tajnych szyfrów, a zrozumienie ich byłoby iście wymagającym zadaniem. Nie spodziewała się też pytania, które padło z jego ust, bo ją zaskoczył. Odpowiedź nie byłaby jednak kłamstwem, bo obawiała się jego gwałtowności, której nie pojmowała. -Często mówisz o bólu, dlatego poszłam do... Biblioteki, by poczytać o tym - przyznała poważnie i stanęła na wprost. -Opowiesz mi jednak swój punkt widzenia? Co skłania cię do takich kroków? Dlaczego masochizm? - bez trudu sięgnęła do mulciberowej dłoni i splotła z nim palce, jakby jasno sugerując, że chce to poznać i rozmawiać z nim na tematy, które do tej pory stanowiły dla niej tabu. Czy to nie była oznaka zaufania, którym go obdarzyła? Bez lęku o jutrzejszy poranek i dzień po nim. Przygryzła też dolną wargę i stanęła tuż przed nim, by wlepiać czarne tęczówki w jego przystojną twarz, z której czytała reakcje. Uczyła się ich niespiesznie i nawet nie zwróciła uwagi, że wbijane zęby w mięciutką tkankę sprawiły, że pojawiła się na karminowych ustach kropelka krwi. -To twój sposób na rozładowanie? - szepnęła cicho i spuściła wzrok, bo czuła jak poliki pieką ją od nadmiaru pytań, które zadawała bez trudu i skrępowania. Wstyd wypełnił ją nagle i sprawił, że zastygła w jednej pozycji wsparta pośladkami o oparcie sofy.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:29

Szczerość? Czym była szczerość w obliczu człowieka, który kreował rzeczywistość na swój własny, nieco pokrętny sposób? Był fałszem, kłamstwem, był obłudą i ulotną marą, która jawiąc się niczym pragnienie zamieniała się w koszmar. Mógł być wszystkim i niczym jednocześnie, a wszystko zależało od tego — co mógł z tego mieć. Zapomniał smaku bezinteresowności i działania zgodnie z głosem serca. No bo — jakiego? Kierowały nim potrzeby i cele, które przyćmiewały wszystko inne. Jej subtelność i szczera, niczym niewymuszona potrzeba bliskości z drugim człowiekiem nie wynikała z jej „dostępności”. Była nieszczęśliwa w świecie sztuczności udających prawdę. On przynajmniej nie udawał, że kłamał. Był więc w swoim jestestwie prawdziwszy od wielu osób, które znała.
— Święta — mruknął pod nosem i zmarszczył brwi, kierując swój wzrok gdzieś w stronę krajobrazu za oknem. To by się zgadzało, pomyślał. W końcu wszyscy mijani dziś ludzie dokądś się spieszyli, dokądś biegli, obładowani torbami i pakunkami. Prezenty. Kompletnie o tym zapomniał. Zapomniał też, że nawet gdyby jednak pamiętał, nie miał komu ich ofiarować. Ta myśl go uspokoiła, ale wywołała też dziwną nostalgię. Pamiętał bowiem krótkie i szybkie święta w domu, a także odwiedziny u Rosierów. Ten czas był więc jedynie powodem do spotkań towarzyskich, które miały przynieść odpowiednie profity wraz z pamięcią o sobie. To jak bezduszna tabliczka błagająca o niewymazanie z rodzinnego rodu. Dziś tak postrzegał poczynania starego Rosiera. I gdyby nie fakt, że Tristan darzył go ogromnym szacunkiem już dawno by o nim zapomniał, a wraz z nim o jego pieniądzach. Pogrzebał jednak idee i pobudki wyższe. Jakby to było, gdyby wbrew rozsądkowi walczył o coś… wielkiego? Ciekawie.
— Zupełnie straciłem rachubę czasu. Mam sporo pracy— przyznał szczerze i otwarcie, wypijając łyk świeżo dolanej ognistej. Smak słów, które wypowiedziała był gorzki. Czuł go na języku kiedy nabierał powietrza. Szybkie myśli przemknęły mu więc przez głowę, a jemu znów zachciało się palenia, pewnie po to, aby zająć czymś dłonie. To nawyk, choć mógł go rzucić po prostu sprawiał mu względną radość i koił. Pociągnął dwoma palcami za bibułkę i sprawnie ją obrócił w palcach wkładając do ust, robiąc ze zwykłej czynności tandetną sztuczkę.
— Powinnaś chyba coś o mnie wiedzieć — bardziej stwierdził niż spytał. Rozejrzał się po mieszkaniu palcami drapiąc się po twarzy w nic nieznaczącym geście i znów się zaciągnął, powoli karmiąc płuca dławiącym dymem. — Graham Mulciber jest moim bratem, znacie się. Po urodzeniu Rosier zabrał mnie ze sobą, uznając, że miał do tego prawo przez wzgląd na starą umowę z moim ojcem, który chciał się wycofać. Więc przez przeszło dwadzieścia lat byłem w połowie Rosierem. Jedną stopą wśród nich, drugą wśród gminu — mruknął, nie patrząc na nią. Udał się w stronę kuchni, jakby relacjonował mało istotne fakty zaistniałe na innym kontynencie co najmniej kilka dni wcześniej. — Moja matka, lady Rowle zostawiła mojego ojca, gdy okazało się, ze ma bękarta i wyszła drugi raz za mąż. Za Dolohova. I z nim ma również córkę. Dwudziestotrzyletnią Frank— dodał głośniej uruchamiając piec, aby przygrzać jedzenie, które zrobiła. Zaciągnął się jeszcze ze dwa razy w ciszy, będąc ze sobą sam na sam, aż w końcu ujrzał ją w progu. —  Czytałaś o bólu? I co takiego się dowiedziałaś? — spytał szczerze zdumiony, kompletnie nie rozumiejąc do czego zmierzała. Ból był dla niego towarzyszem przez całe życie. Już jako dzieciak musiał szybko dorastać, nie znając miłości, litości i łagodności. Miał być twardy, godny nazwiska, pewny siebie, a ból hartował jego ducha. Nauczył się więc z nim żyć, aż któregoś dnia stał mu się tak bliski, że zaczął go potrzebować. Bo tylko dzięki niemu coś czuł. Ale jak mógł jej to powiedzieć, jeśli nie nazywał tego w ten sam sposób co ona?[/b]— Nie jestem masochistą, lady Ollivander [/b]— mruknął z niezadowoleniem i oderwał się od blatu, ostatecznie stając do niej tyłem. Namieszał w garnku i odsunął papierosa, by popiół nie naleciał do późnej kolacji. Wtedy też jej łagodny dotyk splótł ich palce. Zastygł więc, puszczając łyżkę i odwracając się do niej bokiem. — Nie rozładuje mnie to — skłamał. — Po prostu nie robi to na mnie wrażenia.
Nawet gdyby chciał jej o tym opowiedzieć jakimś cudem, nie znał na to sposobu




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:29

Dwa odległe bieguny, które nigdy nie powinny się spotkać. Zależne od siebie, a zarazem tak bardzo odcięte od wspólnego jestestwa jakie dzielili do tej pory oddzielnie. To nie powinno się zmienić, a jednak ktoś ukształtował przyszłość za nich, by mieć pewność, że wykonają posłusznie wole starych i mądrych, ale czym byli głupcy w obliczu potężnych umysłów? Oboje w końcu ukrywali nad wyraz wiele, a każda kolejna karta mogła okazać się tą... Zdradliwą, ale któż w rozgrywce pozbawionej szczerości, mógł posiadać asa kier? Gdyby tylko zamkneła jego umysł na życie, które prowadziła, a swoim zaangażowaniem dopełniła własnych zamierzeń z okresu szkolnego, miałaby wspomnienia Ramseya podane na tacy. Potrafiłaby wejść do jego głowy i gwałcić raz po raz przeszłość, która nie dałaby mu spokój. Nie podejmowała się prób, których pragnęła. Nie prowadziła żadnych badań. Nie szukała sposobu, by cokolwiek zrozumieć, a przecież tylekroć rozmawiała o tym z lordem Malfoyem. Mieli położyć wspólnie kres zbyt wielu niejasnościom, ale odkąd na horyzoncie tliła się wizja zamążpójścia, a wybrankiem okazał się człowiek pokroju Ramseya, wątpiła. Nie chcieli w końcu tego ślubu, zostali zmuszeni. Okoliczności łagodzące sprawiły, że weszli w to bardziej, z innej strony, ale czy bezpieczniejszej? Odarci z pewnych słabości stanowili dla siebie zagrożenie. Cóż się w końcu mogło stać, gdyby wpadła w szal i niesiona złością spróbowałaby ingerować w sprawy, które jej nie dotyczyły? Ileż policzków wymierzyłby jej, by pokazać, że zuchwałość nie popłaca, a szacunek jest mu winna bez względu na wszystko?
Proble w tym, że Katya żywiła do niego chory respekt, który wypracował sobie brakiem lęku i strachu. Nie bał się dopuścić czynów, którym nie oddałby się obcy człowiek. Stał się więc dla niej ciekawą jednostką, którą była gotowa odkrywać, choć zapewne byłaby to ostatnia rzecz, której by się dopuściła.
Skinęła lekko głową i przygryzła policzek od środka. Ministerstwo? Praca tam? Uśmiechnęła się kącikowo i wzruszyła lekko ramionami.
-Dużo zleceń? Ja wzięłam nową sprawę. Odgrzebałam ją z odmętów archiwalnej dokumentajci - zaczęła powoli i choć nie kłamała, nie miała pojęcia, że to on jest zagubioną częścią. Jej przyszły mąż i człowiek, do którego żywiła ogrom zaufania. -Biuro stało się moim drugim domem, a księgi poduszką, więc gdyby nie fakt, że napotkałam na swojej drodze małą dziewczynkę, która wręczyła mi bombkę, to nie miałabym pojęcia, co dzisiaj jest za dzień - powiedziała zgodnie z prawdą i uśmiechnęła się lekko, bo przecież szybki spacer ulicam Londynu sprawił, że odnalazła się w rzeczywistości. Powaga Mulcibera sprowadziła ją jednak na ziemię, a gdy tylko wspomniał, że musi coś wiedzieć, zastygła w bezruchu. Przyglądała mu się z ciekaowścią. Taksowała raz po raz spojrzeniem, by zrozumieć co miał na myśli, a serce zakołowało w piersi lady, jakby oznajmiał jej najgorsze grzechy. Nie spodziewała się szczerości, a już na pewno nie tej, która jasno sugerowała, że...
-Twoja mama była szlachcianką... - szepnęła cicho i zmarszczyła brwi. Jeżeli zatem Ramsey odziedziczył po ojcu skazę, to znaczyło, że ich historia była niemal identyczna. Przełknęła więc głośniej ślinę i spuściła wzrok, bo coraz więcej rozsypanych puzzli pojawiło się na stole, a Ollivander brakowało sposobu, a może motywu, by w pełni je poskładać. -Czy cała twoja rodzina lubi zawierać dziwne umowy, które skazują ciebie i innych na konsekwencje płynące z ich decyzji? - spytała nagle i nawet nie przemyślała tego pytania, ale w tym momencie miała wrażenie, że Ramsey od zawsze był rzeczą, którą przekazywali sobie z rąk do rąk, a on winien tańczyć jak mu zagrają. Skarciła się za te myśli i zignorowała dalsze rozważania. Zirytowała się jednak na dźwięk stwierdzenia, że jedną nogą pochodził z gminu. Nie znosiła tych różnic, toteż spojrzenie Katyi od razu zapłonęło. -To nie ma znaczenia, że Rosierowie przestali traktować cię jak swego, bo nie jesteś z nimi spokrewniony krwią. Ta nie ma nic do rzeczy. Znam historię twojego rodu i wiem, że rosyjskie korzenie, w których występuje pierwiastek arystokracji jest równie wysoko ceniony, co wiele pseudo szlacheckich rodzin - mówiła z pełnym przekonaniem, bo w to wierzyła. -Jeśli jednak jesteś ponadprzeciętny i znasz swoją wartość, to dla salonowych bóbków... Stajesz się zagrożeniem, panie Mulciber i to przez wzgląd na to - po tych słowach dotknęła jego skroni i przygryzła policzek od środka, a po chwili spuściła słonie. -Fakt, że twoja matka była jednak lady sprawia, że historia lubi zataczać koło, nie sądzisz? Którego rodu nienawidzisz? - nie zapytała bez powodu. Musiał jednak o tym wiedzieć, bo przecież wielokrotnie zdarzało im się wymieniać pewne poglądy, które nie wymagały kontynuacji, a mimo to doskonale wiedzieli, o co im chodzi. Czy i tym razem tak było?
-Wszystko jest zależne od sposobu radzenia sobie z bólem, a także wartościami, którymi się kierujemy - mrukneła pod nosem, a kiedy tylko dostrzegła, że rozpoczął przygotowanie kolacji, cofnęła się w tył. Mogłaby stać w miejscu i zespalać ich dłonie, ale miała mu coś do powiedzenia. Coś niezwyklego istotnego, choć i to powinno poczekać. -Powiedziałeś, że możesz mi pokazać inny rodzaj bólu... Co miałeś właściwie na myśli? Chodzi o alghedonie? - spytała bez ogródek i oczekiwała odpwowiedzi. Tym razem autentycznej, toteż bez skrupułów skrzyżowała ręce na piersi i wywróciła teatralnie oczami w rozbawieniu. -Jesteś zagadką, a mnie niezwykle mierzi fakt, że muszę cię rozkładać na czynniki pierwsze jak każdego potencjalnego czarnoksiężnika, z którym muszę się mierzyć - szepnęła z rozbawieniem i zrobiła krok w przód. Twarz Ollivander przybrała nagle rozbawienia, które wykrzywiło jej usta w uśmiechu, a oczy rozbłysły tym światełkiem, którym obdarzała go za każdym razem, gdy był zbyt blisko. -Kto wie... Może tak naprawdę gonię też ciebie, ale o tym nie wiem? To byłaby niezwykła ironia - rzuciła i parsknęła pod nosem, pomimo że słowa, które wypowiedziała... Były tak kurewsko prawdziwe. -Zjemy razem kolację? - spytała i uniosła wymownie brwi, gdy dostrzegła, że to on wziął się za przyrządzanie dania, które było już gotowe. Sama nie była głodna, ale to przez chorobę i brak apetytu po eliksirach jakie piła w zbyt dużej ilości. Odwróciła się na pięcie i dała mu czas, by najzwyczajniej w świecie nie ślęczeć mu nad głową, a pozwolić przygotować potrawę według własnego uznania. W tym czasie wyciągnęła niedużą fiolkę z torebki i przygryzła policzek od środka. Szczerość. Musiała kłamać. -Pójdę do łazienki, trochę... Trochę się poprawię.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:32



— Co to za sprawa?— spytał ze spokojem i uśmiechnął się lekko, zerkając w jej stronę z zainteresowaniem. Ne rozmawiali o pracy do tej pory, a skoro sama rozpoczęła temat to powinien go pociągnąć dalej — wiedział to. W jakiś sposób czuł, że ta sprawa będzie dla niego istotna, więc zaciągnął się papierosem i pozwolił, aby uśmiech poszerzył się nieznacznie, gdy wspomniała o świętach.
Cassandra coś wspominała. Coś zasugerowała. Przetarł palcami twarz, pamiętając o tym, że między nimi trzyma papierosa — nie chciał podpalić swoich włosów, zbyt mu było szkoda. — Nie, to nie zlecenia. Jesteśmy w trakcie badań. Sporo czasu zajmuje mi zbieranie konkretnych danych— rzucił, poniekąd licząc na to, że nie będzie musiał więcej o tym mówić. Badania same w sobie nie były żadną tajemnicą, ale nie chciał zdradzać szczegółów, a zawsze była to alternatywa dla jego nieobecności w domu. Nie mógł przecież przyznać otwarcie iż tkwił na nokturnie bawiąc się biżuterią w sposób, który powinien wzbudzić jej podejrzenia. Była aurorem, a on nie mógł się zapominać. Należało zachowywać czujność, bo wpadka mogła go kosztować życie.
— Owszem — skwitował i zgasił papierosa, którego tym razem nie dopalił. Wrzucił go do pustej butelki i wrócił do mieszania jakiejś potrawy, którą przyrządziła. Był głodny i chciał przed snem wrzucić coś na ząb, choć jeszcze nie zmagał go sen. — Więc w gruncie rzeczy to Rowleowie nie Rosierowie są moim kuzynostwem — mruknął leniwie, choć oczywistym było, że matka wychodząc za mąż za czarodzieja czysto krwistego bez tytułu straciła swoje szlacheckie przywileje. Mógł się zacząć rozwodzić nad faktem, iż kobieta z polowania, o którą była ostatniego czasu zazdrosna była w gruncie rzeczy jego kuzynką, ale sprawa była o wiele bardziej zawiła niż się wydawało.
Uniósł na nią wzrok ze zmarszczonymi brwiami. Nie był pewien, co miała na myśli, a jego wyczekujący wzrok domagał się rozwinięcia temau.
— Masz na myśli Rosiera? Byłem już dwa razy zaręczony, to mówi samo przez się — burknął pod nosem niechętnie i wyciągnął talerze. Tyle mógł zrobić, w końcu przywykł do samotności, choć przecież teraz to ona będzie dbać o dom. O to mieszkanie, czy jakiekolwiek inne, w którym zdecydują się zamieszkać.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej i pokręcił głową.
— Lady Ollivander, proszę nie zachowywać się tak jakbym potrzebował mentalnego wsparcia. Nie szukam pocieszenia, nie brak mi pewności siebie. Uznałem po prostu, że powinnaś wiedzieć jakie mnie relacje łączą z poszczególnymi rodami, jaką mam historię, tak jak ja znam Twoją. Ale tak, to prawda. Wszystko wskazuje na to, że histpria nieco się powtórzy. Mam nadzieję, że moi synowie będą wychowywać się przy mnie, a nie u obcych — powiedział nieco smętnie, ale zdecydowanie zbyt poważnie. To głównie zmęczenie wpływało na jego nastrój i powagę. Usiadł na krześle i orzetarł twarz dłońmi, a następnie oparł na splecionych palcach brodę, wpatrując się w nią, stojącą w progu i przyglądając.Sam zmarszczył brwi i spojrzał na nią z konsternacją, próbując cokolwiek wycztytac z jej ciemnych oczu, szczególnie kiedy ciągnęła temat bólu.
— Skąd znasz ten termin?— spytał po chwili i oparł ręce na stole. Nie uważał się za człowieka z problemami, nie uznawał, że ma jakikolwiek problem i choć ból nie stanowił dla niego żadnego problemu, a nawet sprawiał mu przyjemność nie uważał się za sadystę. Był zaciekawiony jej sposobem myślenia. Nawet przez cwhilę zignorował jej słowa na temat czarnoksięstwa. Po chwili jednak zaśmiał się, a twarz momentalnie mu złagodniała, tracąc oznaki napięcia. Nie mógł pokazać, że temat go stresował czy zwiększał intensywność zachodzących w umyśle procesów myślowych. — Jestem pracownikiem Ministerstwa Magii. Nudnym urzędnikiem. Wyglądam na czarnoksiężnika?— mruknął w końcu z pewnego rodzaju rezygnacją, która miała jej udowodnić jak bardzo się myliła. Oczywiście — nie myliła się wcale. To właśnie jego szukała. Był już na wyciągnięcie ręki.
— Tak, zjemy. Popraw się, jeśli potrzebujesz, ja poczekam — mruknął upijając jeszcze łyk ognistej. Spojrzał w głąb szklanki, myśląc o tym, że niedługo wpadnie w alkoholizm. Pił zdecydowanie zbyt dużo, sypiał zbyt mało, ale jak ktoś mu kiedyś poradził: wyśpi się po śmierci.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:35

Nie była pewna, czy powinna mówić mu o czymkolwiek. Jakby zareagował, gdyby wiedział? Wypuściła jedynie powietrze ze świstem i uśmiechnęła się blado, by w końcu zdecydować się na wyjawienie kilku słów prawdy.
-Znasz Cornelię? - zapytała nagle, a po chwili zreflektowała się, że przecież nie musiał kojarzyć wszystkich kobiet żyjących w Londynie. Skrzyżowała ręce na piersi w jakimś obronnym geście i spojrzała na swoje stopy, które wystawały spod długiej sukni. Spała bez butów, a co za tym szło - nie była pewna gdzie się w ogóle znajdują. To nie miało teraz znaczenia, bo ponownie wbiła tęczówki w Ramseya i uśmiechnęła się nikle. -Zamordowano jej rodziców, a ja chciałabym dopaść zwyrodnialca, który dopuścił się tamtej zbrodni - powiedziała z udawanym spokojem, a dłonie zacisnęły się w małe piąstki. Nie chciała się złościć ani denerwować, bo nie miała ku temu powodów, a skoro była już z narzeczonym, to winna zignorować wszelkie próby rozmów na temat pracy. Fakt, że dodał coś na temat badań sprawił, że uśmiechnęła się szeroko, bo ściągnął z jej barków ogromny ciężar. -Badania? To ciekawe - zamierzasz doprowadzić do rewolucji w czarodziejskim świecie? - była tym zaintrygowana, choć nie chciała wchodzić w kompetencje i zajęcia ministerialne Ramseya. Czyż to nie było nagięcie jego przestrzeni osobistej? Nie przypuszczała jednak, że macza palce w czarnej magii. Nawet do głowy, by jej to nie przyszło. Jawił się jako mężczyzna z klasą, genteleman, może gdyby nie skaza na krwi, tytułowałaby go w ten sposób, którego domagał się jego znajomy, ale czy doprawdy musiał posiadać szlacheckie nazwisko, by dawała mu więcej respektu niż nadmuchanym arystokratom?
-Znam lorda Rowle i jego żonę; poznaliśmy się w Oslo, zaś z Rosierami... - zawiesiła głos na wspomnienie Druelli, z którą psociła kiedy były małe, a także Tristana, który jawił się niegdyś jako młody panicz o nienagannych manierach i francuskim uroku. -Tak, z nimi też się znam - powiedziała z rozbawieniem, wszak nie potrafiłaby się przyznać, że psikusy, które czyniła z małą lady Rosier były czystą perfidią. Nie musiał o tym wiedzieć, a przynajmniej na razie.
-Och, a ja jeszcze ani razu - możesz czuć się wyróżniony, że padło na ciebie - prychnęła z nutą drwiny, ale tylko się droczyła. Nagły nastrój, w który wpadła był raczej przytykiem do tego, że lubiła się bawić i korzystać z możliwości gier słownych, a już bynajmniej - nie zamierzała rozłościć Mulcibera. Zmarszczyła też brwi, gdy wspomniał o mentalnym wsparciu i pewności siebie, a zaraz potem wypuściła powietrze ze świstem. -Doprawdy? Sądzisz, że znasz moją historię? - spytała szczerze i otworzyła szerzej usta. Czy to oznaczało, że wiedział o Percivalu, a może o Madison? Nie mógł - nie chciała  żeby posiadał informacje na ten temat. -Nasi synowie będą mieli oboje rodziców, a nasz pierworodny książę będzie najdoskonalszy - powiedziała butnie i była pewna tego, że właśnie tak się stanie. Ich syn winien mieć wszystko co najlepsze, a to było dla zeń najważniejsze.
Nie przyglądała się już narzeczonemu, bo czuła, że to najwyższa pora, by zażyć eliksir, który miał zadbać o unormowanie choroby. Dbała o siebie bardziej i z trudem dopuszczała do siebie wizję, że mogłoby się stać coś złego. Kiedy zatem znalazła się w łazience, dla niepoznaki puściła wodę i czekała na moment, w którym otrzeźwieje chociaż odrobinę. Wyszła po kilku minutach, a włosy wciąż miała w nieładzie, jakby zapomniała - dlaczego w ogóle udała się do innego pomieszczenia. Uśmiechnęła się jeszcze niewinnie i przysiadła obok mężczyzny. Bez trudu ujęła jego dłoń i ułożyła ją wierzchem na stole, by opuszkami rysować znaki na wewnętrznej stronie.
-Lubię przesiadywać w bibliotece, a książki sprawiają, że czuję się dobrze. Staram się pojąć frazy, którymi mnie raczysz i szukałam... Zrozumienia dla twojego pytania i wręcz niemej propozycji, w której to powiedziałeś, że potrafiłbyś mnie uderzyć, gdybym poprosiła... Musiałam zrozumieć czym jest coś takiego, to wszystko - uśmiechnęła się i odpuściła sobie czułą pieszczotę, którą go obdarowała. Nie obstawiała, że mógłby być sadystą, wszak nie przypominał psychopatycznego mężczyzny, który stłamsiłby ją bez trudu. Przygryzła policzek od środka i odwróciła na moment wzrok, bo fakt, że mogła pomyśleć iż jest czarnoksiężnikiem stał się dla niej nieznośny. Dopiero po upływie paru sekund wróciła do patrzenia mu w oczy i z pełnym przekonaniem mruknęła: -Nie, oczywiście, że nie uważam cię za kogoś tak bezdusznego, jakbym mogła? Sądzę, że jesteś... - zamyśliła się na moment, bo chęć do droczenia się wróciła ponownie, a skoro jeszcze nie jedli, nachyliła się do Mulcibera w konspiracyjnej pozie, jakby zdradzała mu właśnie największą tajemnicę świata. -Nudnym urzędnikiem Ministerstwa i działasz pod przykrywką, by czasem nie wzbudzić zazdrości innych, kiedy to poza murami naszego miejsca pracy stajesz się... Niezwykle pociągający i enigmatyczny - puściła mu oczko i lekko ucałowała kącik ust. Wróciła też do poprzedniej pozycji i wyprostowana niczym struna tkwiła przy stole, choć gorset ściskał jej żebra i talię. Musiała wstać, rozprostować się i wierzyła też, że powinna powoli przejmować swoje obowiązki, toteż sięgnęła po dwa talerze, a następnie nałożyła porcję dla Ramseya, a dla siebie... Jak dla wróbelka. -Widziałam zdjęcie w gabinecie profesora Slughorna. Byłeś w klubie ślimaka, prawda? Mamy ze sobą wiele wspólnego... - rzuciła przekornie i usiadła na swoim miejscu, by zacząć bawić się widelcem, który wbijała w jedzenie. -Smacznego, mój Królu.




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time


Ostatnio zmieniony przez Katya Ollivander dnia 09.06.16 19:33, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:35

Nie patrzył na nią przez tą chwilę. Imię, które podała nic mu nie mówiło, a nawet jeśli je słyszał to nie widział żadnego związku pomiędzy nim i sobą.
— Nie — odpowiedział więc od razu, bez specjalnych zmian w wyrazie swojej twarzy. Dla niego Cornelia była po prostu Cornelią, jedną z wielu kobiet o takim imieniu.
Męczyło go to przez chwilę i dopiero, gdy kontynuowała powrócił do nieco obojętnego wyrazu twarzy. Był jednak zaciekawiony, po prostu zmęczony. Spojrzał na talerze, przyjrzał się jedzeniu, by po chwili zabrać do czynności, w której w magiczny sposób sprawiał, że to wszystko znikało.
— Uhm. Jak zginęli?— spytał, zajmując się jedzeniem. Sztućce trzymał lekko, jakby nimi doskonale władał, ale przecież wychował się wśród arystokratów, więc nawet ułożenie palców na widelcu miało jakieś znaczenie, choć on nie przywiązywał do tego wagi. Weszło mu to w krew.
Zaśmiał się cicho, gdy wspomniała o rewolucji. Nie miała pojęcia, jak blisko prawdy była, a on w tej chwili pożałował, że nie może jej opowiedzieć o tym, co czeka czarodziejów, którzy się im przeciwstawią.
— W rzeczy samej. Planuję mały zamach stanu, ale w pojedynkę przygotowanie rewolucji idzie niczym krew z nosa. Sama rozumiesz — zadrwił i spojrzał na nią spode łba z cwanym uśmiechem, który od razu pokazywał, że to dość prowokujący żart. Pokiwał głową na znak aprobaty jej znajomości. To dobrze, że ich znała. To był bliski mu ród w jakiś sposób, w końcu wychował się wśród jego części. Czy znała Tristana? Czy znała Druellę i Darcy? Czy znała piękną Marie? Nie chciał wracać do tego tematu, więc spuścił wzrok, pozostawiając na swojej twarzy cień uśmiechu
— Czuję się wyróżniony. Lubię być pierwszy, choć jeszcze bardziej lubię znać grunt, nawet jeśli jedno z drugim się wyklucza — mruknął i ponownie uniósł na nią wzrok. Tym razem jednak odłożył sztućce i wsparł się rękami o stół, zawieszając głowę na szerokich ramionach. I przyglądał jej się chwilę w milczeniu, jakby zamierzał ją zdeprymować, lecz zupełnie coś innego krążyło mu po głowie. Doskonale bowiem pamiętał obraz jakiego doświadczył w dworku Ollivanderów jeszcze zanim jego stopa realnie tam stanęła.  Bez trudu mógł sobie przypomnieć też rozmowę z jej ojcem, który wcale nie był mu obcy — a także jego stosunek do własnej córki. Nie miał w sobie tyle odwagi, aby stanąć na miejscu Mulcibera, aby być gotowym wymierzyć ostateczny cios, czy oddać się w wir idei i życia według własnych potrzeb. To jednak było typowe dla arystokratów, którzy widzieli szansę w czarodziejach pokroju Ramseya. Tak. Znał więc jej historię, znał jej ból, bo doświadczył go na własnej skórze nawet jeśli była to niewinna wizja o przeszłości, która dotyczyła jego przyszłej żony.
— Nie przeraża cię to? Bycie żoną, matką?— spytał nie stąd ni zowąd, mrużąc lekko oczy. Nie czekał jednak na odpowiedź i od razu kontynuował: — Czego właściwie oczekujesz od swojego nowego życia? A może… na co liczysz, lady Ollivander? Że ofiaruję ci przyszłość usłaną różami?
Nie drwił z niej i nie próbował jej w żaden sposób dopiec. Ton jego głosu był dość obojętny, lecz nie oschły. Po prostu pozbawiony wyrazu, który mógł zabarwiać jego wypowiedź emocjonalnie. Chciał aby mu odpowiedziała szczerze i zgodnie z prawdą, a jeśli go okłamie… i tak kiedyś dojdzie prawdy, po prostu zajmie mu to więcej czasu. Bo to po kłamstwach człowieka poznaje się naprawdę, a nie po prawdzie, którą serwuje.
Spojrzał na jej dłoń, kiedy ujęła jego własną i zaczęła się nią bawić. Mówiła, ale on jej nie słuchał już, bo przypomniał mu się istotny fakt, którego nie poruszył podczas wizyty w Holcot. Dostrzegł srebrny pierścień, który nosiła na palcu, a którego nie posiadała w chwili, w której ofiarował jej własny, zaręczynowy. Czyżby musiała go wymienić? Ktoś musiał go jej sprezentować, a on chciał wiedzieć kto.
— Doprawdy?— mruknął na jej słowa odnośnie siebie, tylko po to by nie zlekceważyć jej wywodu. Tymczasem ujął jej dłoń ponownie i obrócił tak, że jej biżuteria była doskonale widoczna. Tym samym uniósł na nią spojrzenie, nieco również brwi, uśmiechając się prawie życzliwie. — Co to?— Niewinne pytanie, które zasługiwało na równie niewinną i prawdziwą odpowiedź. — Byłem w Klubie Ślimaka. A skoro zwróciłaś na mnie uwagę i zapamiętałaś, choć dzieli nas taka różnica wieku nie tylko masz wyjątkową pamięć, ale i słabość. Uraczysz mnie odpowiedzią skąd to się wzięło na Twojej dłoni, lady Ollivander? Tylko bez kłamstw.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey



Ostatnio zmieniony przez Ramsey Mulciber dnia 09.06.16 7:57, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   08.06.16 21:37

Nie wiedziała czy może mu zaufać. Nagle przypomniał się jej istotny fakt związany z Ramseyem i ojcem. Mieli pakt, a mężczyzna bez ogródek się do tego przyznał, gdy wymierzył przyszłej żonie pierwszy policzek. To było niezwykle przykre, ale nad wyraz dobrze zapamiętała tę scenę. Słowa jakimi ją wtedy raczył, wbijały się w nią i siały ogromne spustoszenie. Nagle w głowie Katyi pojawiło się wiele obrazów z przeszłości, a im dłużej pozwała wspomnieniom zalewać ją z każdej strony, tym bardziej uciskający ból pulsował w skroniach. Spuściła wzrok, zła na siebie i dopiero po upływie kilku chwil wróciła do patrzenia na towarzysza.
-Cornelia jest moją kuzynką - powiedziała zgodnie z prawdą, a następnie przygryzła policzek od środka. -Jej tata i mój byli braćmi - szepnęła pod nosem, bo tajemnicą nie było, że niegdyś jeden z Ollivanderów został wydziedziczony. Czy to właśnie tamte wydarzenia sprawiły, że Malakai stał się zgorzkniały i jeszcze bardziej nienawidzący mugolaków? Katya poszła w końcu w ślady zapomnianego krewnego, a teraz miała zostać oddana człowiekowi, który bez zahamowań był w stanie naprowadzić ją na właściwe tory myślenia.  -W aktach sprawy jest napisane, że zginęli w pożarze, ale ja uważam inaczej... - zawiesiła głos, bo nie chciała kontynuować dalej tego tematu. Nie wiedziała kto jest wrogiem rodziny jej wujka, a już tym bardziej - kto pragnąłby śmierci dwóch czarodziejów. Zdawała sobie sprawę, że ojciec bywa bezduszny, ale nie sądziła, że do tego stopnia. Dlatego skupiła się na jedzeniu, które kompletnie ją nie interesowało, a atmosfera zaczynała robić nad wyraz gęsta. Nigdy nie spowiadała się ze swojej pracy, a teraz nie dość, że zrobiła to sama, to jeszcze wydusiła z siebie o kilka słów za dużo.
Uśmiechnęła się na dźwięk słów Mulcibera i pokręciła z rozbawieniem głową. To było doprawdy zaskakujące, że tak szybko podłapywał żart i przesuwał granicę luźnego dowcipu dalej, jakby miały być naprawdę dużą sprawą.
-Działając w pojedynkę, możesz być pewien, że cała sława spłynie właśnie na ciebie. Powinnam cię wspierać w ów przedsięwzięciu czy odsunąć się na bezpieczną odległość? - zapytała bez cienia złośliwości, wszak sama nie znosiła, gdy ktoś wchodził jej w drogę. To dość oczywista zależność, że pewne osoby wolały spokój i brak patrzenia na ręce przez kogokolwiek. Jakim więc człowiekiem był Ramsey Mulciber?
-Och... To dość ciekawe upodobania, mój drogi. Wierzę, że potrafisz spełnić zachcianki, którymi będę cię zasypywać, wszak to mi obiecałeś - rzuciła dość przekornie i pokręciła z rozbawieniem głową. Nie była próżna czy interesowna, ale jeżeli powiedziano A to trzeba było powiedzieć też i B.
-Królu... - zaczęła powoli, bo nagły dystans i dociekanie stały się dla niej niekomfortowe. Nie wiedziała skąd się to wzięło, a przecież wydawało jej się, że nie uraziła jego osoby. Robiła wszystko, by go nie zdenerwować, a doskonale liczyła się z tym, że bywa zbyt zuchwała i bezczelna. Odkąd przekroczyła próg mieszkania mężczyzny, była grzeczna i usłuchana. Starała się schować prawdziwą naturę. -Zostaliśmy do tego ślubu zmuszeni, a ja staram się zaakceptować fakt, że to ty będziesz rościł sobie prawa do tego, co powinnam ci dać. Staram się za mało? Nie okazuję ci należytego szacunku? - kluczowe pytania i kluczowe odpowiedzi. -Dlaczego mam się obawiać bycia żoną? Owszem, lękam się tego, co stanie się po ślubie, ale przyjmę to i będę twoją wizytówką, której nie będziesz się wstydził. Bycie matką jest zaś mentalnym spełnieniem większości kobiet. Co może być piękniejszego od ofiarowania pierworodnego syna mężowi? - zapytała bez ogródek i spuściła wzrok. Nie czuła się atakowana, ale z pewnością przyparta do muru, co w jej przypadku działało na niekorzyść. Wystarczyło ją spłoszyć, by zamknęła się na dobre w swojej samotni i nie pozwoliła do siebie dotrzeć. -Moje życie z dala od ojca... Zawsze będzie piękniejsze - szepnęła dość obojętnie i spuściła wzrok na swoje palce. Może i zdawał sobie sprawę - czym był dla niej każdy policzek, który został jej wymierzony, ale cóż więcej mogła mu zdradzić, gdy na jego życzenie cała niepewność zalała jej wolno bijące serce. -A ty się boisz bycia mężem i ojcem?
Wzrok Ramseya ją deprymował od samego początku. Przyglądał jej się nagminnie, a fakt, że podejmowała się czasami ów gry był raczej próbą przełamania oporu. Nagle stał się jednak zbyt oschły i ciekawski, jakby nie reagował już na bliskość narzeczonej. Było to dla niej zastanawiające, ale nie szukała na silę scenariusza, który zwiastowałby brutalny koniec młodej arystokratki. Wypuściła powietrze z płuc i gdy tylko dotknął drobnej dłoni lady Ollivander, a zaraz potem zaczął przyglądać się pierścieniowi, zastygła w jednej pozycji.
Przeraził ją fakt, że docieka do czegoś o czym nie byłaby w stanie mu powiedzieć, a może gdyby chciał, to sam wstąliłby do Zakonu? Naiwnie wierzyła, że nie ma nic wspólnego z czarną magią i jest tym za kogo się podaje. Szukała w głowie logicznej odpowiedzi, ale nic sensownego nie przychodziło jej na myśl, toteż wyswobodziła swoją dłoń i cofnęła się w tył, by podejść do swojej torebki, z której wyciągnęła nieduży pakunek. Serce łomotało w piersi, a pamięć o tajemnicy związanej z tajnym ugrupowaniem zaczęła rozsadzać jej czaszkę. Ściągnęła na siebie kłopoty i doskonale o tym wiedziała.
-Sądzisz, że to od innego mężczyzny? - nie łapała kontaktu wzrokowego z Ramseyem, wszak nie umiała kłamać. Nigdy. I, mimo że ozdoba nie należała do nikogo wcześniej, a żaden z potencjalnych kandydatów na narzeczonego nie ofiarował jej oznaki przynależności, tak czuła się w sposób okropny, że nie jest w stanie wydusić prawdziwej odpowiedzi. Głos ugrzązł jej w gardle. -To tylko biżuteria, ale jeśli ci przeszkadza, ściągnę ją - z obawy przed teoretycznym gniewem, już teraz chciała go udobruchać. Bez trudu podeszła też do mężczyzny i wręczyła mu ozdobne pudełeczko, w którym znajdowała się kula do przewidywania przyszłości z pięknie zdobioną nóżką. -Przepraszam, że zniszczyłam poprzednią. Mam nadzieję, że ta wynagrodzi ci niedogodności, mój Królu - szepnęła i stanęła na wprost Mulcibera, pomiędzy stołem, a nim. Wsparła się pośladkami o kant blatu i patrzyła na niego z ciekawością. -Gniewasz się na mnie?




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time


Ostatnio zmieniony przez Katya Ollivander dnia 09.06.16 19:33, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   09.06.16 10:32

Katyę i jej ojca łączyło coś więcej niż aktualna umowa o tym, że weźmie jego córkę za żonę i będzie mógł zrobić z nią, na co tylko będzie miał ochotę. Znali się od dawna, choć niezbyt dobrze, ledwie z ze słyszenia, trochę z widzenia. Wiedzieli o sobie nieco, a spotkanie w dworku zdawało się być oficjalnym poznaniem i wyrażeniem własnych oczekiwań względem siebie. Mógł czynić pannie Ollivander co tylko chciał i w gruncie rzeczy decyzje Malakaia, czy jego widzimisię było dla niego niezwykle mało istotne.
Wszystko powoli zaczynało się jednak rysować w jedną całość. To nie Cornelia była tutaj punktem zwrotnym opowieści, ale jej ojciec. Brat Malakaia, ten sam Ollivander którego odwiedzili z Morfeuszem wiele lat wcześniej i ten sam, który zginął z różdżki, która pozostawała w kieszeni jego marynarki. Spojrzał w tamtym kierunku odruchowo, czując jak oddech mu się spłyca, a serce uderza mocniej. Sprawa była zamknięta już od dawna, nie stwierdzono niczego niezwykłego. Pożar. Śmierć w płomieniach. Zabiła ich natura.  Dlaczego więc odgrzebywała ich sprawę właśnie teraz?
Uniósł na nią spojrzenie, starając się nie dać po sobie poznać, że znał temat o wiele lepiej niż ona. Zachował kamienną twarz, co nie było wcale takie trudne, starając się wyrzucić z głowy możliwe niewłaściwe zachowania. Przekrzywił nieco głowę i wypuścił powietrze powoli z płuc.
— Dlaczego szukasz w starych sprawach jakiegoś fałszu, skoro to, co się aktualnie dzieje w Londynie jest o wiele bardziej ciekawe i podejrzane? Dekrety Pani Minister?— mruknął pod nosem i posłał jej przeciągłe spojrzenie, jasno sugerujące, że są tematy o wiele ciekawsze od sprawy, którą prowadziła. Nie powiedział jednak, że to cholerna prywata, którą niepotrzebnie wygrzebuje z archiwum, bo jego irytacja wzbudziłaby jej podejrzenia. Nie mogła jednak widzieć jakiegokolwiek związku pomiędzy nim, a swoim wujem. Nie było nic, co mogłoby sprowadzać ich do wspólnego punktu. I nie było nikogo, kto by to poświadczył. Poza Malakaiem.
— Jak to mówią, ojców sukcesu jest wielu, porażki tylko jeden. Albo więc będę ojcem prawdziwej rewolucji w ministerstwie, albo zgniję w więzieniu sam — zażartował, uśmiechając się szeroko. Chciał aby uśmiech zmył jego nerwy i obawę o jej ostatnie działania.
Kim jednak była Cornelia? Czy mogła coś wiedzieć?
— Spełnianie zachcianek to nie mój obowiązek. Ale to nagroda, na którą możesz sobie zasłużyć, wszystko więc zależy od Ciebie.— Puścił jej oczko i wrócił do jedzenia, które było całkiem smaczne, pomimo iż odgrzewane. Nie był zbyt wymagający, nie miał francuskiego podniebienia, chociaż potrafił docenić wyjątkowość najznakomitszych potraw. I jadł przez cały czas, kiedy robiła wywód na temat małżeństwa i ich wspólnej drogi. Patrzył na to jak sztućce dzielą kawałki na pół, jakby to w tej chwili było najistotniejsze. Dopiero kiedy skończyła mruknął coś niezrozumiałego pod nosem, wytarł usta chusteczką i rzucił ja na talerz pomiętą i zużytą. Oblizał wargi nim się odezwał, nieco sceptycznie i chłodno, aczkolwiek konkretnie podchodząc do tematu:
— Nie obawiam się tego. Jest to dla mnie nowość po prostu. Szybko rozeznaję się w sytuacji, ale kiepsko idzie mi adaptacja do warunków, które nie idą zgodnie z moim stylem życia i działania. Mam po prostu nadzieję, że się dogadamy i uda nam się żyć w porozumieniu, bez zbędnych konfliktów. — Kiedy oparł łokcie o blat, splótł dłonie przed sobą i oparł na nich częściowo brodę, palcami, zakrywając usta, kiedy zrobił przerwę na chwilową zadumę. – Oczywiście, kłótnie się zdarzają. Ale jesteśmy na tyle dorośli, że potrafimy robić to, co do nas należy i umilić sobie współżycie. Jak myślisz, lady Ollivander? — Uśmiechnął się lekko na chwilę, ale zaraz potym gdy ujął jej dłoń i dostrzegł pierścionek mina nieco mu zrzedła. Nie miał podejrzeń, ale różne myśli krążyły mu po głowie, szczególnie wtedy, gdy wyraziła zakłopotanie. Była zmieszana? Dlaczego, skoro to nie prezent od innego mężczyzny? Zmrużył oczy w ciekawości, pocierając palce o siebie, gdy ponownie przyłożył dłonie do twarzy. Miał sceptyczny wyraz, nieco chłodny, bo nie rozumiał jej zachowania.
— Skąd to masz? — spytał krótko, obserwując jak odeszła od stołu. Odwrócenie się do niego tyłem odebrał jako próbę ukrycia twarzy, która szybko zdradziłaby kłamstwa i strach o to, że pozna prawdę, a to sprawiało, że chciał ją poznać jeszcze bardziej. — Chcę po prostu wiedzieć skąd ten pierścień i dlaczego masz go od niedawna. Widziałem go już kiedy spotkaliśmy się w dworku Twoich rodziców. Chcę wiedzieć kto Ci go dał i w jakim celu.
Czy miała go ściągnąć? Nie odpowiedział. Nie był na tyle apodyktyczny w tej kwestii, aby mogła nosić jedynie biżuterię ofiarowaną wyłącznie przez niego, ale jeśli był to podarek od mężczyzny... nie wypadało go jej nawet mieć, nie mówiąc o noszeniu. I tego właśnie próbował się dowiedzieć, a ona podstępnie odciągała jego uwagę podarunkami świątecznymi. Niechętnie odebrał pakunek, nie spuszczając z niej wzroku.
— Cóż to?— spytał oschle, bo temat pierścienia interesował go o wiele bardziej niż prezent. Dopiero co wspomniał jednak o kłótniach i porozumieniu, więc postanowił nie awanturować się przedwcześnie. Otworzył pudełko i spojrzał na kryształową kulę. Uniósł lewą brew w geście zaskoczenia, po chwili wyciągając ją na stół. Nieodłączny rekwizyt wróżbity.
— Niedogodności? Tą też postanowisz we mnie rzucić w geście zamachu na moje życie?— spytał zapobiegawczo, unosząc na nią stalowe spojrzenie i westchnął, jakby jej gest nieco załagodził sytuację, choć wcale tak nie było. Nie zmniejszył jego ciekawości i nie sprawił, że był mniej skupiony na uzyskaniu odpowiedzi na temat pierścienia. — Nie gniewam się. Po prostu chcę, żebyś mi to wyja...
Nie dokończył. Przeraźliwy chłód ogarnął jego ciało. Miał wrażenie, że zrobiło się tak zimno, że jego ciepły oddech odznaczał się parą, lecz jedynie on tego doświadczał. Katya zdawała się nie poczuć niczego. Wiedział, cóż to oznacza, do czego to dąży. Gęsia skórka pokryła jego ręce, a dreszcz przeleciał mu wzdłuż kręgosłupa. Powietrze tężało z każdą chwilą, robiło cię coraz bardziej gęste, mętne, uciążliwe w oddychaniu. Przymknął powieki, tylko na chwilę. Kiedy rozchylił je ponownie były białe jak mleko. Był ślepy na to, co działo się w czasie rzeczywistym, w jego mieszkaniu na Pokątnej. On sam zaś znalazł się gdzieś indziej. Kroczył przez ciemny, nieco ponury choć bardzo elegancki pokój. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony niż zwykle, a wiedział, że ma przed sobą jeszcze trochę pracy. Coś chodziło mu po głowie, lecz nie mógł sobie przypomnieć co. Szukał czegoś, lecz nie pamiętał czego.
Wszedł do gabinetu, który zachował się w klimacie klasyki z dodatkiem drewna w kolorze mahoniu i materiałów o butelkowej zieleni. Czuł się jak u siebie. Był u siebie. To było przecież jego biuro. Zasiadł za biurkiem, nie rozglądając się w około, bo przecież doskonale znał to miejsce. Odsunął szufladę, a jego oczom ukazał się podniszczony dziennik w czarnej, skórzanej oprawie. Wystawało z niego kilka kartek, jego odręcznych notatek. Otworzył go, położywszy na blacie i wziął w dłoń jeden świstek papieru, bardzo stary. Czas odbił się na nim wyraźnie. Widać to było w brudzie na pergaminie, w poszarpanych brzegach. Nawet atrament był nieco wyblakły, a jednak treść, która na nim widniałam musiała być ważna, skoro zachował to przez tyle lat. Though wise men at their end know dark is right, because their words had forked no lightning they. Do not go gentle into that good night. [...]




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Katya Ollivander
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth http://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 http://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
25
Szlachetna
Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
8
6
0
0
0
0
0
1
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Salon   09.06.16 21:11

Nie miała pojęcia, że Ramsey i Malakai zawarli jakąkolwiek umowę. Pisaną czy też nie, to wciąż swoistego rodzaju ugodę zakrawającą o jestestwo młodej aurorki. Tak nieświadomej, niepewnej i pozbawionej trzeźwego patrzenia na świat, a naiwnie idącej ku światłu, którym miał okazać się ożenek z Mulciberem. Chciała ufać temu, że to właśnie on da jej wolność, za którą tęskniła i pragnęła, bo nie było przecież niczego piękniejszego jak pozostanie dzikim ptakiem, ale... On już mówił, że nie można żyć pogonią za jutrem, skoro w obowiązkach znajdzie się bycie żoną i matką.
Nie przypuszczała, że Morpheus, którego tak ceniła, a także przyszły małżonek są zwyrodnialcami. Zwykłymi mordercami pozbawionymi honoru, bo przecież postrzegała ich jako mężczyzn dojrzałych i przesiąkniętych wrodzoną klasą, której aura sprawiała, że człowiek mógł chcieć więcej i więcej. Oboje czarowali sobą i to właśnie dlatego Katya próbowała zdystansować się względem narzeczonego, a także lorda Malfoya. Byli w końcu przyjaciółmi, a zmowa przeciwko niej mogłaby kosztować ją życie, o ile poznałaby prawdę. Teraz była bezpieczna, tak jak i oni, a dzięki temu nie musiała się o nic martwić. Ramsey w końcu nie mógł być zły i bezduszny, prawda?
-Możliwe, że masz rację, ale to jednak mój krewny i wolałabym mieć pewność, że naprawdę zginął w nieszczęśliwym wypadku, a przecież... - zawiesiła głos i zamyśliła się przez moment. Nie była pewna, czy faktycznie nie szuka dziury w całym, ale sądziła, że jest w stanie poradzić sobie z taką sprawą. Dla niej to była wartość sentymentalna i, pomimo że na twarzy mężczyzny malowało się wiele, to nie skupiała się na tym, jakby pogrążona we własnych rozmyślaniach zawędrowała zbyt daleko. -Przemyślę to, czy w ogóle jestem w stanie poradzić sobie z czymś takim - powiedziała spokojnie, ale nie była tego pewna. Ba! Wolała już nie analizować niczego, jakby otwarcie przyznawała się do porażki. Dopiero słowa wypowiedziane przez rozmówcę sprawiły, że uniosła wysoko brwi.
-W więzieniu? O czym ty mówisz? Planujesz zrobic coś, za co powinnam cię zamknąć od razu, by nie dopuszczać do potencjalnego złamania prawa? - zapytała bezczelnie, a twarz jej stężała. Jeżeli przyznawał się do występku, to nie mogła pozostać na to bierna, choć uśmiech jakim ją obdarzył, zmusił dziewczę do odpuszczenia. Lubiła kiedy obdarzał ją tym wyrazem i sprawiał wrażenie pogodnego. Działało to na nią kojąco, ale dzisiejszy chłód, który od niego bił... Stał się nieznośny.
-Och - jęknęła i nie skupiała się na bezczelnej odpowiedzi, którą resztkami sił powstrzymała w sobie. Co się z nim stało? Dlaczego taki był? Zachodziła w głowę, ale to zmuszało ją też do cofnięcia się, wszak czuła się nieswojo. Próbowała za wszelką cenę uniknąć nerwowej atmosfery między nimi, a po ostatniej nocy sądziła, że wszystko pójdzie w inną stronę. Najwidoczniej myliła się, a Ramsey zmieniał maski w zależności od nastroju, co było dla niej dość problematyczne. Nie mogła jasno określić kim dla niej jest, co znaczy i jak bardzo go szanuje, bo kiedy lęk przyćmiewał swobodę, a niepewność naturalność, płoszyła się i uciekała. Stawała się bardziej mrukliwa i jakby nieobecna.
-Myślisz, że będziemy umieli żyć bez konfliktów? Traktujesz mnie inaczej... To przez to, co się między nami wydarzyło? Sądziłam, że mogę ci ufać... - szepnęła ledwie słyszalnie i spuściła wzrok na jedzenie, którego nie ruszyła. Straciła apetyt i to przez to, że atmosfera z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej ciężka, a Mulciber trzymał władzę. Nienawidziła oddawać w końcu kontroli, bo nie była tego nauczona, ale co jej pozostało? Uniosła wzrok na mężczyznę i skrzyżowała z nim spojrzenie. -Nie wszystko zależy ode mnie, mój drogi - powiedziała zgodnie z tym, co uważała i była już bardziej skupiona na tym, że coraz bardziej wpadała we własną pułapkę. Cóż mogła mu powiedzieć? Skąd miała pierścień? Kto jej go dał? Nawet gdyby chciała wydusić z siebie o kilka słów za dużo, to brakowało jej powietrza w płucach. Nie byłaby w stanie przyznać się do tego, że jest w Zakonie, który ma swoje idee i chroni ich jak niczego innego. Zastygła więc w bezruchu, a chłody wzrok mężczyzny poczuła na plecach. Ziemia zapadała się pod stopami, a serce waliło w piersi, bo brakowało perspektyw na to, że cokolwiek uda się ugrać i przeczekać. Był zbyt ciekawski, a Katya uciekała od tego tematu na wszelkie możliwe sposoby. Wierzyła, że kula odwiedzie go od drążenia niewygodnego tematu, ale nie - on wciąż dociekał.
-Czy to ważne? - spytała w końcu, a irytacja wypełniła każdy kanalik nerwowy w ciele młodziutkiej lady Ollivander. Nie ukrywała w końcu kochanka ani innego zainteresowanego jej ręką, bo nie widziała ku temu powodów. Nie była w końcu też zainteresowana zmianą narzeczonego, ale ta rozmowa szła w złym kierunku.
-A ty zamierzasz mnie znów uderzyć i pokazać, że jesteś panem? - odpowiedziała od razu na jego zarzut i pokręciła z dezaprobatą głową. Takie momenty jak ten sprawiały, że Katya traciła grunt pod nogami. Nie miała pojęcia, co powinna zrobić i jak to zrobić, by tylko wszystko skończyło się dobrze. Oddychała coraz ciężej i doprowadzała się do stanu czystej niepewności, ale nie potrafiła jasno określić - czego teraz chce. Zamierzała nawet wyjść, bo nie potrzebowała kolejnej kłótni i kiedy on mówił, że się nie gniewa, była gotowa do ruszenia w swoją stronę.
-Choćbym chciała, to nie potrafię ci tego wytłumaczyć, Królu, na Merlina! - krzyknęła i miała wrażenie, że przerwała mu w pół słowa, ale to on zamilkł. Przyglądała mu się w niemym szoku, który malował się na jej dziewczęcej buzi i wypuściła powietrze z płuc. Nie chciała go rozłościć do tego stopnia, że schodziłby na zawał, ale przecież nie zrobiła nic złego. Oczywiście, w jej własnym odczuciu. Otwierała szeroko oczy i zastygała w bezruchu, kiedy raz po raz przyglądała mu się z niewypowiedzianym pytaniem. Sięgnęła opuszkami do mulciberowej dłoni, gdy zacisnęła się na podłokietniku  i poczuła, że zapada się w sobie, wszak nie chciała oglądać go w tym stanie. Strach narastał w niej z każdą chwilą, bo nie wydusiła z siebie ani jednego dźwięku, tylko patrzyła. Tkwiła obok i przyglądała się temu, co się z nim działo. Zmrużyła lekko oczy i wypuściła ze świstem powietrze, kiedy to dotarło do niej, że dzieje się coś złego.
-Ramsey... - szepnęła cicho i ujęła jego policzek, gdy tęczówki pokryły się bielą, a świat zawirował. Oddychała z trudem, bo klatka piersiowa zapadała się nieustannie. -Ramsey... - powtórzyła raz jeszcze i zacisnęła palce na ramieniu mężczyzny, kiedy do reszty straciła z nim jakikolwiek kontakt. Łzy stanęły w kącikach jej oczu i jedna z nich spłynęła po bladym policzku. Obwiniała się, że sprowokowała go do... Właściwie, do czego? Czym był ten stan? Jak mogła go określić? Cóż się działo?
Nagła pustka zmusiła ją do cofnięcia się i wydostania z pułapki, w którą wpadła. Pozwoliła tkwić Mulciberowi w jednej pozycji, a zaraz potem szarpnęła nim dwukrotnie. Zaczęła desperacko krzyczeć, by się obudził, bo uparcie wierzyła, że to właśnie sen spowił jego powieki, ale głowa mu tylko opadła i nie ruszał się już. Oddech miał ciężki, a klatka piersiowa unosiła się w nierównomiernie. Próbowała go wybudzić i ciągle sięgała do jego ramion, a także twarzy, by zmusić go do podniesienia wzroku, ale nie patrzył. Spał i to było szokujące, bo co jeśli jednak nie?
-Na Merlina, Ramsey! - krzyknęła nagle i zaryzykowała - nawet za cenę kary, którą by jej wymierzył. Zamachnęła się lekko i wymierzyła mu policzek, a po chwili rozluźniła ramiona, bo straciła wiarę w to, że wszystko jest w porządku. Nie rozumiała tego stanu. Nie pojmowała, bo była na to zbyt głupiutka, by wiedzieć, że czystym przypadkiem, a może swoją gwałtownością doprowadziła go do utkwienia w świecie, z którego sam nie mógłby wyjść. A jeśli nawet, to ile miało to trwać? Sięgnęła po swoją pękniętą różdżkę i podeszła do okna, by otworzyć je na oścież. Wystrzeliła czerwoną iskrę, która miała przywołać magiczne pogotowie. Nie posiadała pomysłu na to co powinna, a czego nie, toteż wolała zostawić go ratownikom. Czekała na nich w nerwach, złości, ale też czystym smutku, bo martwiła się. Tak, po prostu. To było powodem, dla którego czekała oparta o bok krzesła i tuliła policzek do jego dłoni, jakby głupio wierząc, że się zaraz obudzi i powie, że tylko żartował, ale... To nie nastąpiła. Dwaj medycy stanęli w progu i ustąpiła im od razu miejsca, bo jedyne o co mogła prosić, to ratunek, który miał nadejść jak najszybciej. Właśnie teraz. Nie odstępowała go jednak ani na krok, bo gdyby to zrobiła, to wyszłaby na tchórza, prawda?

/zt x2




meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   13.08.16 15:25

Kontynuacja z Salonu Luster

Zdenerwował ją i to było zdecydowanie za mało powiedziane. Teraz to ona m a r n o w a ł a czas na wyniosłą, męską dumę, która nie potrafiła docenić talentu jej przyjaciółki. Ramsey teoretycznie mógł wszystko jako kierownik badań, ale nie może nagle rezygnować z tak istotnych członków zespołu. Nigdy w życiu ktoś tak publicznie, nawet jeśli w obecności świadków wątpliwiej krwi, nie obraził kogoś jej bliskiego. Traciła czas, bo nie zdążyli nic ustalić. Ona żądała terminów, jakiegokolwiek działania, który doprowadzi ich do kolejnych, bardzo ważnych wniosków. Nie mogła zrozumieć zachowania Ramseya. Nie powinien odwracać się plecami. Dlaczego wyszedł w połowie spotkania i wyrzucił Darcy z grupy? Nie wiedziała jak powinna go przekonać. Nie zgodzi się na żadne roszady w badaniach. Zbyt wiele ryzykowała, aby spełzło to na niczym. Nie mieli c z a s u na kłótnie i waści.
Wybiegła na mroźne powietrze, czując przyjemne szczypanie w policzki. Śnieg skrzypiał pod trzewikami, a futro zsuwało się z delikatnych ramion. Ciągle łapała się na tym, że straciła apetyt, a ciuchy niestety powoli zaczynają na niej wisieć. Nie chciała kłopotać Emery o zdejmowanie kolejnych miar. Musiała wypytać się Evandry o jakiś eliksir, który poprawi jej apetyt, ale każdy bulgoczący płyn kojarzył jej się tylko z Arthurem. Wciągnęła rękawiczki na dłonie, poprawiając automatycznie futro. Gdzie jest na Merlina numer 3, jęknęła w myślach, przyspieszając kroku. Kamienice zlewały się w jedno, a nawet nie mogła odpalić różdżki, aby oświetlić sobie bardziej ulice. Nie powinna za nim wybiegać i iść do jego domu, a jednak oczekiwała jakiś wyjaśnień. W końcu znalazła kamienicę, a dostała się do środka dzięki uroczej staruszce. Patronusem wezwała służkę do mieszkania Ramseya, jeszcze plotek by jej brakowało do tego nieszczęścia. Zapukała delikatnie w drzwi.
- Mulciber, wiem, że tam jesteś, masz trzy sekundy, inaczej użyję bombardy - zakomunikowała słodkim głosem, a przecież już podczas poprzednich spotkań wiedział, że Constance nie cofnie się przed niczym. Niekoniecznie chciała mu się chwalić, że ostentacyjnie spaliła wypowiedzenie współpracy Darcy. Dowie się niedługo, tylko niech ją wpuści!




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   14.08.16 0:57

Nie był zły, ale jakiś dziwnie rozgorączkowany. Nigdy nie tracił nad sobą panowania, nie pozwalał aby emocje wzięły nad nim górę. Zazwyczaj pozostawał zdystansowany i nie wiedział jak to się stało, że dziś po prostu nie wytrzymał. Nie doszukiwał się tego w samych kobietach, które zgromadził w jednym miejscu. Każda z nich była uzdolniona w swojej dziedzinie i miała obszerną wiedzę na tematy raczej Ramseowi odległe. Do humorków i nastrojów szlachcianek, a także wygórowanych wymagań był przyzwyczajony. To obecność Darcy tak na niego wpływała. Wciąż miał w głowie ich ostatnie dwa spotkania i te emocje, które ze sobą niosły. Na co dzień przepuszczał to wszystko przez siebie, nagle zaczął chłonąć jak gąbka, zostawiając w sobie tyle syfu, że zaczynało go to niepokoić. Dał upust swojej złości chociaż nie krzyczał, nie rzucał przedmiotami a nawet zaklęciami. Ale wnikliwy obserwator mógł dojrzeć zmiany zachodzące na jego twarzy, błyski i pioruny lecące z jego oczu, napinanie się poszczególnych mięśni. A w końcu nie wytrzymał.
Wszedł do mieszkania, trzaskając drzwiami z impetem. I od razu skierował się do łazienki, gdzie oparł się rękami o umywalkę, kiedy już przemył twarz lodowatą wodą. Stał tak przez dłuższą chwilę, oddychając głośno i powoli, uspokajając rozkołatane ze złości serce. Nie wiedział ile czasu minęło. Dopiero stłumiony znajomy głos wyrwał go z lekkiej zadumy. Otworzył oczy i wbił wzrok w ścianę, w miejscu, w którym powinno wisieć zwierciadło. To jednak stało odwrócone tyłem tuż obok, bo nie chciał w nie patrzeć.
Wcale nie chciał tu Constance. Nie chciał nikogo. Liczył na cisze i spokój, widząc, że rzucając się w wir zajęć po prostu się ogarnie, a ona będzie drążyć temat i wiercić mu dziurę w brzuchu. Doskonale wiedział, że nie znosiła impertynencji i jego bezczelności i przyszła mu właśnie to wypomnieć, pewnie zaznaczając przy okazji, że te badania były dla niego tak ważne, a teraz dobrowolnie je niszczy.
Ale był mężczyzną i nie musiał uciekać przed Constance.
Przetarł wilgotnymi dłońmi włosy, układając je lekko na bok, bo poczuł, że był rozkopany i ruszył w kierunku drzwi. Otworzył je, ale nie stanął w progu. Od razu w milczeniu skierował się w głąb salonu, zostawiając je otwarte, tylko dlatego, że ona nie pozwoliłaby mu prowadzić rozmowy ze sobą na korytarzu, a na wzniosłe i eleganckie zaproszenia na filiżankę herbaty nie miał ochoty. Sięgnął jedynie po karafkę z ognistą i nalał do jednej z czystych szklanek, które stały na komodzie (na której zgromadzone były również inne przedmioty, jak księgi z zaklęć, astrologii, czy historii magii).




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   16.08.16 9:59

Pierwszy raz widziała go jak nie kontroluje swoich emocji. Było to coś kształcącego, ale przede wszystkim stresującego. Nie rozumiała nagłego wybuchu Ramseya. Może Darcy nie była aniołeczkiem, ale on też do nich nie należał. Zaskoczył Constance swoją uczuciowością. Zwykle powściągliwy, z udawanym, bezczelnym uśmiechem atakował jej myśli prawie każdego dnia, gdy rozmyślała o badaniach. Nie była przygotowana na taki wybuch ukrytej agresji. Chociaż przy członkach grupy badawczej zachowała jakiś spokój, cały czas podczas przydługiego spaceru przygryzała swoje wargi, skubała skórki od paznokci i wpatrzona w jeden punkt zastanawiała się, co mu powie. Zacznie go szantażować? To byłaby najlepsza z opcji, ale jakież karty nosił przy sobie Ramsey? To on był nieprzewidywalny. Nawet jeśli posłużyłaby się rodami, nie miała, czym go zaszantażować. Jej obecność w grupie badawczej była gwarantem, więc i to nie wchodziło w grę. Odliczała kolejne zdania, które mogłaby powiedzieć, ale upragniony numer zbliżał się nieubłaganie. I co miała zrobić, gdy słów brakowało, a w głowie jedynie kręcił się obraz?
Nie chciał się otwierać. Niewiele mówił o sobie, o niewiele też pytał. Constance, w odróżnieniu do Ramseya, nie przekraczała granic. Zostawiała mu pole do popisu, cały czas pamiętając, że Caesar nie będzie zadowolony z tej znajomości. W myślach wciąż przygotowywała scenariusz. Słysząc kroki i charakterystyczny trzask teleportacji obok siebie, podskoczyła. Służka przeprosiła za tak nagłe wtargniecie, ale patronus ją zdenerwował. Nie tylko ją. Cisza za drzwiami i szybkie otwarcie zamków. Tak, zdecydowanie nie chciała rzucać bombardy. Widziała, że brał prysznic, jeszcze kropelki wody z włosów spływały po jego włosach prosto na skronie. Poczuła się lepiej, gdy nie musiała rozmawiać z nim z otwartymi drzwiami na obskurnej klatce schodowej, ale nie na tyle dobrze, aby nie odczuwać swojego przyspieszonego serca. Cisza wypełniła przestrzeń pomiędzy trójką, a służka zauważając napiętą atmosferę, cofnęła się o kilka kroków, chcąc wtopić się w cień.
- Ramseyu – powiedziała spokojnie, wciąż szukając odpowiednich słów. Zaczęło wirować jej w głowie. Dwoił się i troił przed oczami. Szybko złapała się oparcia kanapy, zaczynając szybciej oddychać. – Emocje to zły doradca – słowo po słowie wypowiadała wolno, chcąc zrozumieć swój organizm. Co się dzieje, dlaczego tak się źle czuje? Momentalnie pobladła bardziej na twarzy, a wtedy czerwień ust jako pierwsza rzucała się w oczy. Była na niego wściekła, że z taką łatwością wyrzucił Darcy z grupy, co jeśli ona będzie następna? Spaliłam twój list, a z ust wydobył się tylko świst powietrza.
- Darcy – zaczęła mówić, ale nim zdążyła wypowiedzieć kolejne słowo, osunęła się na ziemię, tracąc przytomność.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Salon   17.08.16 17:25

Wmawianie wszystkim, że jest okej nie stanowiło dla niego nigdy problemu, skoro był w stanie wmówić to przede wszystkim sobie. A jednak dziś wyszedł z siebie, stracił równowagę, kontrolę. Cóż gorszego mogło mu się przytrafić, tworząc gigantyczną rysę na jego wizerunku? Pogubił się w tym, co czuł, bo było to na tyle rzadkie, że potrzebował czasu, aby wymyślić bezpieczny i odpowiedni sposób na radzenie sobie z tym. Ale najprostszym i najszybszym było utopienie wszystkiego w hektolitrach Ognistej i właśnie to zamierzał uczynić, kiedy pozostawił za sobą otwarte drzwi. I nie było to zaproszeniem Constance do środka. W tej chwili nie zamierzał być ani uprzejmy ani tym bardziej szarmancki. Było mu wszystko jedno, co zrobi, a skoro chciała skrytykować jego zachowanie, oby zrobiła to szybko.
Upił łyk i przez chwilę patrzył przez okno na ośnieżone ulice, na Pokątną, na białe dachy budynków i kontrastujące z nimi ciemne okiennice starych kamienic. Dopiero gdy lekko obrócił głowę, dostrzegł, że wraz z panną Lestrange weszła z nią służka. Ale i ona była mu obojętna. Skupił się tylko na brzmieniu głosu Constance kiedy wypowiadała jego imię. Brzmiało w jej ustach tak miękko, melodyjnie, aż zamyślił się nad tym na moment, jakby rozważał, czy w innej rzeczywistości zamiast typowo angielskiego nosiłby rosyjskie, pasujące do nazwiska. Do rodu. Do ojca.
— Darcy? — spytał głucho, jakby tylko to dotarło do jego uszu i odwrócił się, by na nią spojrzeć, bardziej wyczekująco niż z zaciekawieniem. I wtedy ujrzał jej bladą jak kreda twarz, mętne spojrzenie, chwiejną posturę. Runęła niespodziewanie w dół. W odruchu puścił szklankę, która z rozbiła się z trzaskiem o ziemię, by chwycić kobietę zanim uderzy głową o ziemię, albo co gorsza, o kant stolika przy którym się znalazła. — Constance?— spytał kontrolnie, ale przeczuwał, że nie otrzyma odpowiedzi. Była nieprzytomna i zupełnie bezwładna w jego ramionach. Nie poczuł ani strachu, ani nerwów z tego powodu, już dawno temu przewidując, że coś podobnego ją spotka. Uprzedzał ją, więc teraz prawie ze spokojem przyciągnął ją do siebie. Nie miał pojęcia, na ile poważne to było i kiedy się obudzi, ani tym bardziej z czego to wynika, ale wziął ją na ręce, choć jego lewa dłoń szybko zaplątała się w jej powłóczystą suknię. Z lewej strony dotarło do niego westchnięcie i nerwowe przebieranie nogami, ale postanowił się nie denerwować postawą jakiejś służki, która kompletnie nie wiedziała, co powinna teraz zrobić. Ułożył lady Lestrange na sofie i przysiadł obok, by chwilę na nią popatrzeć. Miał niepowtarzalną okazję obserwować damę, nie czując na sobie nagannego wzroku i nie słuchając wyczerpujących kazań na temat tego jak powinien, a jak nie powinien się zachowywać. teraz mógł robić co chciał całkowicie bezkarnie, więc chwycił cienkie pasmo jej jasnych włosów i odgarnął je z pięknej twarzy na bok, by nie przeszkadzało mu w kontemplowaniu jej szlacheckiej urody.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   24.08.16 9:12

Co było w porządku? Ich relacje czy osobne życia? Constance mogłaby napisać całą powieść na temat życia szlacheckiego w prawdziwej odsłonie. Broniła jego jak lwica, ale nie rozumiała, dlaczego ma się bratać z wrogiem. Wszystko nagle rozpadało się na miliony kawałków. Nie widziała w Ramseyu człowieka z lodowatym sercem, który nie jest zdolny do jakichkolwiek uczuć. Obydwoje je ukrywali, bo świat mógłby wykorzystać je przeciwko nim. Ta dwójka nie chciała wyjść na słabych. Tworzyli z własnego organizmu zbroję, która z każdym nieszczęściem tworzyła kolejną warstwę dystansu. Ramsey łamał granice, łomem przedzierając się do rozsądku Constance. Caesar nie byłby zadowolony, to wciąż dudniło w głowie szlachcianki, która w Mulciberze nie tylko widziała bystrego mężczyzna, ale przede wszystkim naukowca. A z nim stworzy cos pięknego: lustro, które będzie widziało przyszłość. Byle nie jej, już Ramsey za dużo powiedział. Nie była jego matką, aby jeszcze raz go strofować i lepić jego decyzje jak z plasteliny. Masz być tak i koniec. Jednak nim Constance zdążyła powiedzieć coś więcej, zemdlała.
W tym czasie służka nie wiedziała, co ma zrobić. Najpierw otworzyła szeroko buzię, patrząc to na Ramseya, to na ułożone na podłodze ciało Constance. Podskoczyła z dźwiękiem pogruchotanej szklanki, kręcąc się wokół osi i nie wiedząc, jakie ma teraz instrukcje. Zwykle czekała na to, co powie Constance, a teraz… Lord Lestrange nie mówił nic o takich przypadkach, a ona zgodziła się, wręcz została zmuszona, aby pojawić się w mieszkaniu na Pokątnej. Wiedziała przecież, że chodzi tylko o badania, ale nerwowa wiadomość pani i ten mężczyzna wybił ją z równowagi i straciła wszelką czujność.
- Na małe gumochłony, co się stało, lorda trzeba powiadomić! – zaczęła panikować i prawie wbiegła z powrotem do kominka, gdy zdała sobie sprawę, że nie może zostawić tu swojej pani. Do czego zdolny byłby ten mężczyzna? Chciała go uderzyć w ręce, gdy podnosił ciało Constance.
- Co pan wyprawia, krzywdę pan jej zrobi!! Proszę wysłać zawiadomienie do lorda, ja już… – zaczęła, ale jako służba nie miała przy sobie różdżki. Constance wiele razy jej mówiła, że ona nie potrzebuje takiego atrybutu. Wszak była nisko postawiona, a ona cóż, poradzi sobie sama. Jednak nie zakładała, że kiedykolwiek będzie nieprzytomna. Szła za nim jak jego cień, stopa przy stopie, ciało przy ciele, bacząc na każdy jego ruch. Nie myślała nawet, że może z nim walczyć. Była drobną służką, która ewentualnie mogłaby wskoczyć do kominka, aby uniknąć rozszczepienia pod wpływem teleportacji w nerwowej chwili.
- Ależ proszę nie dotykać! Zgłoszę wszystko lady! Szklanka wody, gdzie pan ma wodę, może trzeba ją... – znów urwała jakby samo układanie zdań w obliczu tej sytuacji było niemożliwe. Kręciła się w kółko, wciąż nie wiedząc, co ma zrobić. Straciła kontrolę nad sytuacją, a musiała zaopiekować się lady. Gdy Ramsey dotknął policzka Constance, ta powoli próbowała otworzyć oczy. Powieki wydawały się zbyt ciężkie, ale ciepło jego dotyku budziło ją z nieprzytomności. Jeszcze jedna próba i urwany oddech. Ponownie zamknęła oczy, przerażona panującym w pomieszczeniu silnym światłem.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Pokątna 3/6-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17