Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sypialnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Sypialnia   30.03.16 23:04

First topic message reminder :

Sypialnia

Duża i w porównaniu do salonu dość pusta. Gdzieś po środku znajdowało się szerokie łóżko pokryte pościelą, kocami, niedźwiedzią skórą, masa poduszek. Po bokach małe szafki nocne ze świecami, pewnie jakąś szklanką po ognistej, na przeciwko samotne lustro — niezwykłe, magiczne zwierciadło przepowiadające przyszłość; obok szafa i komoda, na której leżały książki i stary, cicho tykajacy zegar, odmierzający każdą straconą minutę jego cennego czasu. NAD ŁÓŻKIEM WISI JEMIOŁA, BO DOBRZE NA NIEGO DZIAŁA


[bylobrzydkobedzieladnie]




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me


Ostatnio zmieniony przez Ramsey Mulciber dnia 23.12.17 17:47, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sypialnia   06.11.17 22:37

— Moją prywatność — powtórzył po niej cicho, choć wyraźnie, jakby nie rozumiejąc istoty sprawy, którą toczyli od dobrych kilkunastu minut. Nie był niedomyślny, doskonale wiedział, co próbowała mu przekazać, choć uparcie udawał, że jest inaczej. Mogła, a nawet powinna to wyrazić wprost i otwarcie, bez zbędnych gierek. Tak było wygodniej. Nie musiał niczemu przytakiwać, zgadzać się, a tym bardziej przyznawać do błędu — który notabene w jego mniemaniu wcale nim nie był — jakoby nie uwzględnił jej w swojej prywatności, strefie wolnej od nieproszonych gości. Nie zamierzał się dłużej z nią o to spierać — uzgodnili już, że w drodze wyjątku, specjalnie dla niej i po jej prośbie wprowadzi zmiany do swojego mieszkania, wykorzystując lukę, w którą miała się wpisać zarówno pod ludzką jak i ptasią postacią. Bronił się, zapierał przed nią nogami i rękami, a jednocześnie zatrzymywał blisko siebie, jakby jej energia dawała mu siłę, zaspokajała jego głód, uciszała wewnętrzne demony, by po chwili pozwolić im rozpocząć namiętne celebrowanie narodzin zła w czystej postaci.
Wysłuchiwał jej wyliczeń i pouczeń z beznamiętną miną, patrząc na nią tak, jakby rozprawiała o pogodzie za oknem, a nie poszczególnych elementach jego osobistego, prywatnego życia. Jakby próbowała zmienić kolor zasłon, gdyby kiedykolwiek przykładał do tego jakąkolwiek wagę, jakby kazała spać mu na wznak, zamiast jak zwykle na brzuchu; jeść kilka zdrowych posiłków dziennie zamiast jednego, w porywie dwóch, myć się mydłem o zapachu szałwii i lawendy zamiast zwyczajnym. I zupełnie mu to nie przeszkadzało. Mrugał powoli, utrzymując jej spojrzenie, oddychając powoli, trzymając ją wciąż tak samo blisko przy sobie. Nie odmawiał sobie tej przyjemności, pozwalając jej mówić — słuchał z zainteresowaniem, a na sam koniec westchnął głośno.
— A więc bardziej podobałbym ci się z brodą?— Nie oczekiwał od niej odpowiedzi, nie przytaknął również jej życzeniom, by nie zostawiać jej z obietnicą, że weźmie to pod uwagę.
Zarówno spokój, jak i wystudiowana nonszalancja ustąpiły wyraźnemu zaniepokojeniu. Nie potrafił zignorować jej słów, zlekceważyć ostrzeżenia, jakkolwiek odległe i nieprawdopodobne było. Chciał poznać szczególy, chciał móc temu wszystkiemu zapobiec, oszukać przeznaczenie, tak jak sądził, że czynił to do tej pory. Do tego wszystkiego potrzebna mu była ona, jej oczy, jej usta, słowa i wyobraźnia, w której zachowała to wszystko, co mogło go uchronić przed ziszczeniem się koszmarnej wizji.
—Jak?— powtórzył twardo i nieustępliwie, przyciskając ją jeszcze bliżej siebie. Ciemne brwi ściągnęły się ku sobie, niemalże łącząc tuż nad nosem, w pełnym chaosu niezadowoleniu. Jej delikatna dłoń, która spoczęła na jego palca uwiadomiła mu, że zaciskał na niej palce przy użyciu dużej siły. Zwolnił uścisk powoli, puścił jej ramię, dotykając jej ciała już ledwie krańcami palców. Opuścił też głowę, oddychając powoli, powietrze wydawało mu się zbyt gęste i ciężkie.
Miała rację, ale wolał udawać, że jest inaczej, dlatego przemilczał jej słowa, nie zamierzając się ustosunkować do niczego, co padło z jej ust, choć nie minęła się z prawdą ani o cal. Zadarł brodę, uniósł jedną z brwi w sceptycznym wyrazie. Wypiłby podaną przez nią fiolkę nawet wtedy, gdyby nie był umierający, a wszystko nie zależało je kilku kropel wywaru, który mu poda. Ufał jej, ufał na tyle, by powierzyć jej własne życie i nie krytykować jej działań, choć z przezorności(lub przekory) zwykł podważać większość zaleceń. Miał przed sobą inteligentną czarownicę, której intuicja może i przewyższała jego — wierzył jej słowom, jej ostrzeżeniom, które zupełnie jak teraz fundamentalnie zatrzęsły jego postrzeganiem i oczekiwaniami od tego, co nadejdzie. Chciał mieć pewność, że go nie zawiedzie, nie zawiedzie też samej siebie, bo jej porażka będzie zwiastować koszmarny początek końca.
Jeśli była gotowa — chciał tego.
Chciał ją.
Dla siebie.
Dla niego.
Ujął dłoń, wokół której oplotła palce, odejmując ją od jej twarzy i pociągnął w stronę łóżka, nadając płynnemu i delikatnemu gestowi zaproszenia, by usiadła. Nie czekał, aż to nastąpi. Kilka kroków dalej, przy regale na jednej z półek, wśród poprzewracanych książek leżały papierosy; sięgnął po jednego z nich. Nie odpalił od razu. Postukał nim od przodu i tylu o drewno, przerywając głuchą ciszę i przeciągające z jego strony milczenie. Nie zastanawiał się nad tym, co jej powiedzieć; gasił w sobie palący trzewia od wewnątrz niepokój, który zasiała. Zupełnie jakby czytając mu w myślach, wnioskując z jego oczu rozwiewała wątpliwości, potwierdzając jedynie to, co wiedział sam od dawna.
Przeciągnął papierosem pod nosem, wciągając w nozdrza zapach nierozpalonego tytoniu. Lubił go. Uspokajał.
— Rycerze Walpurgii— podjął wreszcie, chwytając swój skarb w obie dłonie i przekręcając go między palcami jednej i drugiej, skupiając na nim wzrok przez chwilę, a w końcu uniósł stalowoszare tęczówki chmurnego wzroku wprost na nią. Mógł sobie oszczędzić przydługich opowieści o tym, że nad Londyn nadciągają burzowe chmury, a oni wchodzą w stan wojny. Konflikt się jątrzył, niczym nieświeża, niemogąca zagoić od dawna rana. — to grupa czarodziejów popierająca ideę czystości krwi. Dba o dziedzictwo naszego, całkowicie magicznego świata, pozbywa się plugawych zdrajców, szlamu i wszystkiego, co zagraża prawdziwym czarodziejom. — Ale choć to ją nie interesowało nie zamierzał tego poranka zostawiać niedopowiedzeń i niedokończonych spraw. — Na jej czele stoi czarnoksiężnik, którego moc jest nieporównywalna z tym, co mogłabyś sobie nawet wyobrazić. Mogę cię zapewnić, że jest najpotężniejszym czarodziejem, jakiego kiedykolwiek spotkałem, najpotężniejszym jakiego ten świat kiedykolwiek zrodził. Czarny Pan. Lord Voldemort—  słyszałaś o nim w pogłoskach o Białej Wywernie. To wszystko, co dotarło do twoich uszu to prawda. Mówił spokojnie, patrząc w oczy, choć delikatny tytoń owinięty w cienką bibułkę wciąż przaślizgiwał się wolno w jego dłoniach. Był szaleńcem, był zapatrzonym w Niego i Jego sprawę sługą i nie traktował tego jak powód do wstydu, bynajmniej. Każde wypowiadane słowo wyrażała pewność i zdecydowanie, nie miał najmniejszych wątpliwości, co do prawdziwości własnych słów.— Zrzesza ludzi, który popierają jego wizję, wspierają jego idee, wspomagają go w każdy możliwy sposób. — Zdziwiłabyś się, jak wielu bliskich ci czarodziejów tkwi w tym po uszy. — Szmaragdowy blask na niebie, czaszka z wężem to jego znak. Ci, którzy mu wiernie służą noszą go na lewym przedramieniu — co już wiesz, widziałaś u  niektórych z nas. — Popełniliśmy dla niego zbrodnie, za które pocałunek dementora to za mało, nasze dusze są przeklęte. Obdarzył nas mocą, która wykracza poza granice, które do tej pory znałaś. A to dopiero początek — był tego pewien, karał surowo tych, którzy mu się sprzeciwiali i godnie nagradzał zasłużonych. — Ale to nie tylko krew, brud i walka. Dla niego zrzeszamy wybitnych czarodziejów. — Takich jak ty. — Alchemików, zaklinaczy przedmiotów, astronomów i uzdrowicieli. Wszystkich tych, których wiedza wspomoże w walce. Ty to robisz nieustannie— leczysz wojenne rany, nie pytając o ich pochodzenie, poisz eliksirami wzmacniającymi, dbasz, gdy organizm przestaje walczyć. Uczynił krok w jej stronę. — Nie znam lepszego uzdrowiciela. Twoja pomoc wśród tych badaczy byłaby nieoceniona — jeśli naprawdę chciała pomóc, miała ku temu doskonałą okazję. — I będziesz bezpieczna. Chroniona przez przyjaciół. — Sojuszników, pobratymców, których zadaniem będzie zapewnić jej wszystko, czego tylko potrzebuje, by spełniała swoje zadanie.
Włożył papierosa do ust i pstryknął w końcu. Pokój wypełnił się zapachem palonego tytoniu.




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sypialnia   07.11.17 2:35

Nie miała zwyczaju mówić wprost, nie czuła potrzeby. Nawet, kiedy chodziło o rzeczy błahe - jakkolwiek prywatność była ważna, Cassandra wzbudziłaby raczej gromki śmiech zapewniając, że ją szanuje, a już na pewno - po tym co zrobiła - wolała pozostawiać pewne aspekty w domyśle, nie nabierając się na jego kryjówkę niezrozumienia. Doskonale wiedział, co chciała mu przekazać, ale nie oczekiwała w zamian przeprosin, żalu, skruchy lub zapewnień, że za drugim razem zrobiłby to inaczej, gdyby nie popełniał błędów, nie miałaby go za co krytykować i musiałaby szukać powodów na siłę - tak rzeczywiście było łatwiej. Bynajmniej nie oczekiwała od niego entuzjazmu w odpowiedzi na jej porady, choć zainteresowanie brodą skwitowała subtelnym drgnięciem kącika ust.
- Wyglądałbyś jak dziadek mróz - stwierdziła bez zawahania, wspominając opowieść, jaką niedawno uraczył ich jego ojciec. - Ale do zimy jest jeszcze trochę czasu, zdążysz. - Zrobić niespodziankę Lysandrze, oczywiście. Nie miała zwyczaju mówić wprost ani wprost odpowiadać na wprost zadane pytania, a przynajmniej nigdy wtedy, kiedy nie było to konieczne. Czy ta sytuacja: była koniecznością? Przylgnęła do niego bezwiednie, zamykając oczy, kiedy padło nieustępliwe, ostre jak, mocniej wsłuchując się w ton jego głosu niż w faktyczne znaczenie jego słów. Znała to pytanie jeszcze zanim je zadał i wcale nie musiała być w tym celu jasnowidzem. Pokręciła głową, ostrzeżenie łatwo zamieniało się w samospełniającą się przepowiednię, obydwoje o tym doskonale wiedzieli. Sceptycznie uniesiona brew, zadarta broda, żadnym gestem nie mógł zaprzeczyć oczywistościom, ufał jej, dlatego odpowiedziała na to jedynie silnym, intensywnie zdecydowanym spojrzeniem, w którym kryła się nie mniejsza nieustępliwość od tej, którą zwykle popisywał się on. Też potrafiła być uparta - świadczył o tym fakt, że wciąż żyła. Zacisnęła palce mocniej, kiedy ujął jej dłoń, mniej z troski i z czułości, a bardziej - chcąc przekazać mu, że nie miała zamiaru się cofnąć. Za jego zaproszeniem, usiadła, nie odejmując od niego spojrzenia, zatrzymując się w każdej przedłużającej się chwili, długie milczenie z jego strony budziło w niej niepokój. Przygotowania - papieros - pleciony rytuał, który mógłby mu zająć mrugnięcie powieki, przeciągał tę chwilę umyślnie. Może się wahał, a może bał, tego nigdy miała nie zrozumieć. Nasilająca się cisza przekonywała ją jedynie, że sprawy, o które go pytała, były poważniejsze, niż mogła sądzić. Przekrzywiła lekko głowę, wsłuchując się w jego słowa, z uwagą, z napięciem, ze skupieniem, nie chcąc uronić ani jednego słowa, które mogłoby pozwolić jej rozumieć go lepiej.
Rycerze Walpurgii, słyszała to określenie, może raz, może kilka, z ust pacjentów, którzy u niej witali. Bezwzględnie przestrzegała jedna zasady, wedle której obcym nigdy nie zadawała pytań - ani nigdy nie przekazywała innym ich odpowiedzi. Czysta krew, wielcy czarodzieje, szlam i brud, mogła się tego spodziewać - po Mulciberach, po Deirdre, po arystokratach, którzy tak tłumnie pojawili się u niej po pożarze w Białej Wywernie. Nigdy dotąd nie zastanawiała się nad tym konfliktem, choć nie mogła zaprzeczyć, że dziedzictwo, jakie niosło za sobą jej czysta krew, było wyjątkowe. Znacznie potężniejsze niż u ludzi wychowujących się w mugolskich rodzinach, czy był to powód, żeby wytaczać im wojnę? Nie była co do tego przekonana - ale jeśli zdecydowali się tę wojnę wytoczyć, to nie miała zamiaru posłać ich na nią samych. Każdy żołnierz potrzebował medyka, była obok - zawsze, kiedy jej potrzebowali i zawsze, kiedy potrzebować jej będą. Nie czuła, że jej twarz zbladła, kiedy uniosła spojrzenie na Ramseya; wspomnienie potężnego czarnoksiężnika, Czarnego Pana wywołało u niej dreszcz grozy. Jeśli ten człowiek zaskarbił sobie szacunek takiej wagi u Ramseya Mulcibera, musiał być naprawdę potężny. Powoli zaczynała rozumieć - że to nie była zabawa i że nie było w niej miejsca na błędy. Że raz podjęta decyzja nie będzie mogła zostać odwrócona. Że potrzebowali jej bardziej, niż sądziła. Pokręciła lekko głową, z niedowierzaniem, odnajdując wszystkie wspomnienia o tym człowieku, wywołując wspomnienia doszczętnie spalonego pubu, straszne, brutalne, niszczące. Choć w pierwszej chwili ogarnął ją lęk - to czy nie przy takich ludziach jej przodkinie w przeszłości odnajdywały nie-sławę i wygody?
- Ty, twój ojciec - zaczęła wyliczać - Deirdre - tego mogła być pewna. - Magnus Rowle - o tym mówił, prawda? o czarnomagicznym rytuale z użyciem ludzkiej krwi, nie była głupia, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że chodziło o coś większego. Jednocześnie czuła, że nie powinna pytać o tamtą sytuację. - Edgar Burke - ryzykowała to nazwisko, ale miała pewność, że Burke był obecny w trakcie pożaru. Tak jak tego, że nie było tam Mii - która stanęła po drugiej stronie barykady, pojawiając się u boku aurorów. Teraz - rozumiała ich waśń. Uniosła na niego wzrok, z lekką obawą, nie będąc pewną, czy chce zagłębiać się w specyfikę ciążącej na nim klątwy. Otaczały ją potężne, złowrogie moce, do których musiała podchodzić powoli i ostrożnie, jeśli nie chciała w nich spłonąć. Nie musiała mówić, że nie stanie do walki, Ramsey ją znał i dobrze wiedział, że tego nie potrafiła.
- Możecie na mnie liczyć - odparła więc krótko, bo przecież już to robiła, już gościła u siebie ich wszystkich, dbając o ich bezpieczeństwo. Chroniąc przed śmiercią, przed ranami, ale i przed plotkami, które mogłyby sprowadzić im na karb niechciane służby. - Wczoraj i jutro, nie dam wam zginąć. - Powoli wstała, ignorując jego zbliżającą się sylwetkę, zakładając ramiona na piersi - bo coś wciąż nie dawało jej spokoju; podjęta przez nią decyzja była świadoma, ale nie pozbawiona wątpliwości. - Badacze - powtórzyła za nim głucho, układając sobie w głowie natłok przerażających informacji. - Chodzi o anomalie? - Badacie je, stąd wiesz, je powstrzymać? Wywołaliście je... ? -  Miałam wizję - wyznała, wspominając swoją rozmowę z Deirdre, wypowiedziane przez nią wtedy słowa kazały wierzyć jej, że to było ważne. - Jaką rolę odgrywa w tym feniks? - Czy symbolizuje to, za co zginęła Cornelia? Stawała po stronie jej oprawców, ale nie zamierzała oglądać się za siebie. Wojna nie znała sentymentów, a ona była silna. I ostrożna. Ale przede wszystkim - była matką, leniwym krokiem zbliżyła się do okna, za którym słońce zaczynało wznosić się już coraz wyżej.
- Powiedz, ile czasu minie, nim ci ludzie zainteresują się Lysandrą? - zapytała więc tym razem wprost, spoglądając w jego oczy w pół wyzywająco, w pół z lękiem, oglądając się na niego przez ramię. - Zobaczą ją, zjawiając się u mnie częściej. Lysandra jest córką Mulcibera, nosi nazwisko Vablatsky, jej krew jest czysta jak moja - Podejmowała ryzyko nie tylko za siebie, ale również za swoją córkę - musiała się upewnić, że jego słowa były przemyślane. Dar, który posiadała dziewczynka, winien być wystarczającym świadectwem dziedzictwa Vablatsky, ale póki Lysa miała tylko kilka lat, dar mógł być wciąż mylony z dziecięcymi fantazjami przez ludzi, którzy nie pojmowali jego potęgi. - Nie udowodnię jednak tej czystości w żaden sposób, nie potrafiąc wskazać ojca. - Który jest już martwy. Który zniknął. Którego ciała nigdzie nie ma.  - Jesteś pewien, że nic jej nie grozi?




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sypialnia   08.11.17 14:21

Przez chwilę zastanawiał się o kim mówiła, zaskakując w odpowiedni punkt z opóźnieniem, przypomniawszy sobie historię opowiadaną przez Ignotusa w dniu jego urodzin. Nic dziwnego, nie skupił się wtedy na niej za bardzo, nie pozwolił sobie na wejście w skórę małego chłopca, słuchającego ojcowskich bajek z zapartym tchem; więc utracił sens opowieści w wydarzeniach z tamtego dnia, do których też nie zamierzał wracać ani w rozmowie, ani nawet myślami. Dziadek Mróz z długą brodą — przez chwilę próbował to sobie wyobrazić, z marnym skutkiem, wiec zaniechał dalszych prób nie rozwodząc się nad jej fantazjami.
— Od zawsze gustowałaś w dziwnych typach — skwitował z niesmakiem, kończąc tym pozytywnym akcentem drążony temat, zanim jego wypowiedź rozpocznie niechcianą lawinę słów. Prognoza przyszłości rozmyła się w powietrzu; nie opowiedziała mu o tym, co ujrzała w zwierciadle. Wiedząc jak czarne i straszne bywały jej wizje dopasował to do własnej wersji możliwych wydarzeń; odpowiedział sobie za nią. Nie szkodzi, że zupełnie mijał się z prawdą, to nie było ważne. Czuł jak dziwny ciężar uciska jego pierś, ale to była tylko ona, gdy przycisnął ją do siebie bardziej. I nie chciała mu zdradzić prawdy; dopadło go ukłucie zawodu z jej strony. Chłód bijący z jej ciała przenikał przez ubranie; nieświadomie spowalniał mu oddech, wyłączał, koił wraz z zapachem, którym się rozkoszował, choć jeszcze chwilę temu stroszył sierść jak rozjuszony wilk.
Była jak omen.
Pewny uścisk dłoni rozwiał wątpliwości i uświadomił, że dobrze zdawała sobie sprawę z możliwych konsekwencji; przestała być neutralna w konflikcie, o który do tej pory się ledwie ocierała w lecznicy, ratując życie czarnoksiężnikom. Opowiedziała się po ich stronie, chcąc czy nie, wypowiadając tym samym wojnę wspólnym wrogom. Patrząc na nią czuł satysfakcję. Zasili szeregi Rycerzy Walpurgi i wspomoże ich w nadciągającym chaosie, czyniąc zaledwie (i aż) dokładnie to, co robiła do tej pory. A jednak wiele się zmieni — do jej lecznicy będzie ściągać więcej potrzebujących, którym będzie musiała poświęcić więcej czasu, otrzyma dostęp i możliwości, o których do tej pory jej się nawet nie śniło, będzie mogła się rozwijać, bezpiecznie (i bez obaw o dziecko) zdobywać wiedzę, która znajdowała się poza zasięgiem, a to wszystko za wsparcie, jakiego im udzieli. Nie pożałuje, był pewien, wiedział też, że nigdy go nie zawiedzie, nie tylko z obawy przed konsekwencjami.
Gdy wymieniła nazwiska, pokiwał lekko głową i zaciągnął się papierosem, powoli odwracając się do niej tyłem. Ostatnie nie wywołało w nim ani poruszenia, ani zdziwienia — wielu czarodziejów z wielkich rodów udowodniło, że wspierają ich poczynania, dlatego swobodnie kontynuował za nią:
— Quentin Burke, Cadan i Eir Goyle, Apollinare Sauveterre, Brynhild Borgin, Sigrun Rockwood i wielu innych. — Same znane jej nazwiska; jeśli wewnętrznie miała jakiekolwiek wątpliwości, powinny je ostatecznie rozwiać. Nie tylko on i Deirdre będą strzec jej spokoju. Motywy nie miały znaczenia, dla wszystkich stanie się strategicznym sojusznikiem.
Odsunął górną szufladę i zajrzał w jej otchłań.
— Czarny Pan ofiarował nam sposób na ujarzmienie anomalii, naprawienie ich w najkorzystniejszy dla nas sposób. — Przytrzymawszy papierosa wargami, odsunął lewą ręką ubrania, drugą zaś wyciągnął pergamin zwinięty tak ciasno, że mógłby wśród natłoku rzeczy pozostać całkiem niezauważony. Powolnym krokiem zbliżył się do niej, rozplątując cienki sznurek i nie rozwijając zwoju, przekazał go Cassandrze — stanowił część tego, po co tu przyszła i co teraz zasłużenie mogła otrzymać. To tylko jedna z rzeczy, z którymi przyjdzie jej się zapoznać. Wtajemniczona w ich działania pozna również ich plany — być może będzie musiała się przygotować na ich nadejście, gdy opuszczą Azkaban. — Jednostka badawcza ma pomóc nam przywrócić temu światu właściwy ład i porządek, dotyczy to również anomalii. Powstają z czarnej magii, ale nikt nie wie skąd się wzięły, czy raczej, w nie w jaki sposób powstały. — Prędzej czy później dojdą do tego. — Feniks… Słyszałem jego śpiew nim nadszedł maj, ogień trawił cały świat, a potem wszystko wybuchło —  Widział to. Nie bezpodstawnie wiązał aktualną sytuację z tymi czarodziejami. Im szybciej Cass obarczy winą za anomalie wspólnych wrogów, tym łatwiej jej będzie stanąć przeciwko takim jak Cornelia. — Co w niej było?– W wizji, naturalnie, interesowało go to bardziej. Przypomniał sobie, że Deirde pytała go, czy rozmawiał o swoich z Cassandrą. Musiała wiedzieć coś istotnego. — Zakon Feniksa jest wszystkim, czego próbujemy się pozbyć. Zrzesza szlamolubów, zdrajców krwi, zwolenników nauk Dumbledora. Do tej pory w tajemnicy przed światem walczył z terrorem Grindelwalda, czarną magią, ideą czystości. A teraz? — Nie ukrywali się już, Czarny Pan ujawnił ich światu w dniu, gdy spłonęła Wywerna; był jednak pewien, że zdradzając swoich pobratymców, Crispin wyśpiewał im wszystko, co wiedział, prawdopodobnie zdawali sobie już sprawę nie tylko z tego za czym idą, ale i kim są. Ta tchórzliwa gnida, by ratować swój zad zrobiłaby wszystko. — Teraz będą musieli zmierzyć się również z nami. — Westchnął, przenosząc wzrok na papierosa, którego wyciągnął z ust. Mimo to słuchał jej uważnie, gdy wyraziła swoje obawy, wcale nie bezpodstawne. Chciała bezpieczeństwa, dążyła do tego, by znaleźć dla siebie najlepsze miejsce i przetrwać, ale ponad własne życie ceniła dziecko. Oczekiwał nadejścia wątpliwości wcześniej, jakby ich rozwianie było kluczowym elementem, a jednak podjęła decyzję zanim zdążył ją o czymkolwiek zapewnić. Nie zastanawiał się jednak nad istotą tego, nie było już odwrotu.
Obrócił twarz i spojrzał jej prosto w oczy.
— Nie zrobiłaś tego?— spytał wyraźnie zaskoczony, parafrazując jej słowa sprzed chwili. Odniósł zgoła odmienne wrażenie; Ignotus twierdził, że bez trudu potrafiła wskazać ojca swojej córki. Potrzebowała poręczenia, a tylko oni dwaj mogli je dać. Nieco marsowy wyraz twarzy zastąpił tymczasowe, niezbyt głębokie zdumienie. — Nikt nie będzie kwestionował mojego wyboru i nie podważy mojego słowa.— Wprowadzając ją ręczył za nią własną głową, którą straci, jeśli się wobec niej myli, a to niemożliwe, przecież zawsze ma rację. Nie przeceniał swojej pozycji wśród Rycerzy Walpurgii. Niewielu mogło mieć w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia, a ci, którzy mieli — zwykle ufali jego osądom. Gdyby zaś stanęła przed obliczem samego Czarnego Pana, poznałby prawdę. Nawet przez chwilę nie pomyślał, że cokolwiek mogłoby jej przy nim grozić z czyjejkolwiek strony.
Powoli obrócił się w stronę okna, zmrużył oczy, gdy mozolnie wychodzące ponad dachy budynków promienie majowego słońca zalały jego twarz. Otoczyło go przyjemne ciepło, dzień zapowiadał się pogodnie, ale wiedział, że to tylko złudzenie.  
— Jeszcze jedno — podjął nagle, twardym i ostrzegawczym tonem, choć nie przypominał ani warkotu, ani podsyconego złością syczenia. Zachował powagę, bo nie żartował i życzył sobie, by nie zlekceważyła tego upomnienia. Żadna, nawet największa słabość względem niej nie uratuje jej przed gniewem, który nadejdzie, jeśli o tym zapomni. — Możesz mówić innym, co ci się żywnie podoba. Ale nigdy więcej nie zatajaj przede mną kłamstw, które mnie dotyczą. To obraża moją inteligencję i bardzo mnie drażni.
Liczył, że była na tyle ostrożna, by wziąć sobie tę przestrogę do serca i zastanowić, nim następnym razem wykorzysta go bezwiednie do własnych celów nie informując go o tym.
Zaciągnął się powoli, głęboko, pochłaniając jak na gwałt sporą część nikotyny. Nie wynikało to z nerwów, nie zamierzał tracić czasu; zaraz potem wyrzucił na zewnątrz zaledwie do połowy wykończonego papierosa. Wypuszczając dym powoli, pierwszą falę ustami, resztkę nosem, chwycił za skrzydła i zamknął okno. Zaskrzypiało złowrogo, drewno musiało zawilgnąć, od bardzo dawna tego nie robił. Odwrócił się do niej, z marszu wbijając w nią intensywne spojrzenie szarych oczu. Jeśli miała do niego jeszcze jakąś sprawę to był właściwy moment, by ją poruszyła. Chwilowa bezczynność, na jaką sobie pozwolił, umożliwiła mu przyjrzenie się jej. Jeszcze niepewnej wagi wiedzy, jaka znalazła się w jej rękach i siły, jaka ją wypełni z biegiem czasu. Będzie patrzył jak buduje wiarę w siebie, doceniając wreszcie swój dar, który czynił ją wyjątkową i niepowtarzalną, jak umacnia się jej pozycja w świecie bez strachu, bez lęku, bez obaw. Z nim nie musiała się niczego bać, staną się potęgą, a świat padnie do ich stóp.
W końcu wyciągnął ku niej dłoń i podążając za nią spojrzeniem sięgnął do jej niezbyt misternie spiętych włosów. Wplótłszy w nie palce delikatnie, zgrabnie chwycił spinkę, którą rozszerzył bez trudu i pociągnął; miękkie, krucze kosmyki wyswobodziły się i opadły ciężko na jej plecy.




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sypialnia   01.12.17 20:03

Odchyliła się, obrzuciwszy jego twarz przeciągłym spojrzeniem, po czym skinęła głową, przytakując jego słowom - być może pierwszy raz od niepamiętnych czasów przyznając mu rację. Miał ją, od zawsze gustowała w dziwnych typach, nie miała zamiaru bronić przed nim ani Grahama, który był miły, ale to wszystko, co może o nim powiedzieć, ani - chroń Merlinie - Vasyla, który dał życie jej córce, nie dając jej jednak nic oprócz oddechu - tak jej, jak i własnego. Ostatni ocalały spośród trójki braci był z nich wszystkich najdziwniejszy, momentami jeszcze mniej przewidywalny niż Vasyl. Być może pociągnęłaby ten temat, schodząc na dwuznaczne poziomy flirtu, gdyby nie woal powagi rozciągany dalej przez Ramseya, rozumiała to - rozumiała, że nie dołączała do zabawy, tylko do wojny, choć w każdym przypadku wojna była jedynie zabawą dużych chłopców. Mogła się spodziewać Quentina - po Edgarze - ale jego imię oznaczało, że zaczęła pojmować ogrom tej sprawy; oznaczało to, że wielkie rody zaczynały opowiadać się po stronie owego Czarnego Pana. Jeśli tę ścieżkę obrała Eir, Brynhild i Sigrun, nie mogła stać bezczynnie dłużej - była uzdrowicielką i miała zamiar upewnić się, że każde z nich przeżyje ten koszmarny konflikt. Już wiedziała: że wszystko, o czym dotąd słyszała, było zaledwie preludium do prawdziwego spektaklu. Spektaklu, którego główny aktor wydawał się coraz ciekawszy - naprawdę miał tak ogromne możliwości, że był w stanie dotrzeć do źródeł anomalii? Zapanować nad nimi? Obserwowała ruchy rąk Ramseya, odebrała od niego zwinięty w rulon pergamin, ostrożnym, delikatnym uściskiem. Czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy to jest tylko sen... ? Zmarszczyła lekko brew, od razu rozwijając pergamin  - nie wczytując się w niego dokładnie, a jedynie wodząc spojrzeniem po kolejnych literach, upewniając się, że Mulciber sobie nie żartuje, wciąż większą wagę przykładając do jego słów, niż do trzymanego papieru.
- Jeśli istnieje sposób na ich powstrzymanie, musi istnieć również sposób na ich poznanie - odparła bez zastanowienia, przymykając powieki; nie sądziła, że przychodząc tutaj otrzyma tak wiele. - Dostanę dostęp do waszych badań? - Otworzyła roziskrzone oczy, kierując źrenice ku jego tęczówkom. Nie była głupia, wiedziała, że choć Ramsey mógł za nią poręczyć - gdyby nie był gotów tego zrobić, nie wypowiedziałby żadnego ze słów, które właśnie padły, nie był osobą, która bezmyślnie składa przyrzeczenia - ale to wciąż nie on stał na czele tego wszystkiego; Cassandra miała dość pokory, by zachować w tym względzie konieczną cierpliwość - o ile była konieczna, nie mogła tego wiedzieć. - Powinnam coś zrobić, żeby to przyśpieszyć? - I  mali i duzi chłopcy mieli swoje zasady, jeśli miała się z nimi bawić - musiała je poznać. Założyła ręce na piersi, podchodząc bliżej okna i spojrzała przez szybę na jaśniejące niebo, pamiętała noc, w którą to wszystko się wydarzyło - w którą tajemniczy wybuch nagle zniszczył świat, który znali. Więc za to wszystko odpowiedzialny był feniks? Zbyt wiele pytań - zbyt mało odpowiedzi, z niejasnej wypowiedzi potrafiła wywnioskować, że nie był swoich słów pewny. Ale ona mu ufała. I ufała jego wizjom.
- Dzieci - odparła na jego słowa, krótko, z lekką melancholią i zdziwieniem; to wszystko układało się w dziwnie spójną całość - kataklizm najmocniej zadziałał wszak właśnie na dzieci, dopiero teraz była w stanie dostrzec korelację między wizją a aktualnymi wydarzeniami. - Uwięzione dzieci - skonkretyzowała. - Feniks zawodził, może płakał. Nie pamiętam - Minęło trochę czasu, miesiąc lub więcej, odkąd miała tę wizję. - Odniósł porażkę. Była wieża w Hogwarcie i zawodzące kruki. Byłam jednym z tych dzieci, opuszczonym i pozbawionym pomocy. Ktoś miał po mnie przyjść, ale nie przyszedł. Czarne ptaki zadziobały feniksa, zmarł. A ludzie wokół zamienili się w kamienie. - Odetchnęła głębiej, przenosząc wzrok w bok; wizja była tak realna, że wciąż budziła u niej lęk. - Po co zwolennicy mugoli mieliby wywoływać... to wszystko? - Nie próbowała ich bronić, szukała sensu: to wszystko musiało być ze sobą logicznie powiązane - w sposób, którego jeszcze nie rozumiała. Kwestia czasu, tę zagadkę dało się rozwiązać, jeśli rzeczywiście posiadali więcej informacji - a wszystko wskazywało na to, że tak. Będzie musiała usiąść nad tym pergaminem, przejrzeć jego zawartość. Upewnić się, że go rozumie. Chciała chronić Lysandrę - a to mogło w tym pomóc, choć jak ćma umyślnie podlatywała bliżej ognia. Wierzyła, że była od ćmy mądrzejsza - że potrafi zatrzymać się w locie, zanim jej skrzydła zamienią się w suchy popiół. Nie była wojowniczką, nigdy nie będzie, nie potrafiła walczyć i nigdy się tego nie nauczy - chciała pomóc im umiejętnościami, które posiadała. Słowa Ramseya wywołały na jej skórze dreszcz. Wiedziała, że mówił poważnie. I że mówił prawdę: tacy jak oni będą poważnymi, silnymi i morderczymi przeciwnikami. Dziwnie było zacząć o tym myśleć w kategoriach "my", w które wliczyłaby samą siebie.
Początkowo go nie rozumiała - nie zrobiła: czego? Niezbyt subtelne kłamstwo, jakim obdarzyła Ignotusa, nie znaczyło dla niej wszakże zbyt wiele. Na jego dalsze słowa pokręciła głową, byli dorośli i brali udział w wojnie, Cassandra o tym postanowiła i nie mogła się już wycofać - nie chciała też tego czynić - musiała jednak zadbać o interesy własnego dziecka.
- Nawet po twojej śmierci? - Rozumiała jego słowa, Mulciber najwyraźniej w wewnętrznych kręgach organizacji znaczył wiele. Ale nawet przywódcy otaczający protekcją rodzinę kiedyś odchodzili, zostawiając bliskich samym sobie: nie miała zamiaru pozwolić mu na śmierć, sprowadzi go do życia nawet z zaświatów - to jedyne, co potrafiła z całą stanowczością. - Co jak cię zabraknie, Ramsey? - Na wojnie można zginąć w każdej chwili: z tym trzeba się pogodzić. I przygotować na taką możliwość, nie będzie chronił jej zawsze. - Wtedy twoje słowo wciąż będzie brane pod uwagę?
Zmrużyła lekko oczy, pomimo wcześniej rzuconej aluzji i wyraźnego odniesienia do jej drobnego kłamstwa, nie rozumiejąc jeszcze jego ostrego tonu. Dopiero po chwili: zaznała olśnienia, nie próbowała tego przed nim zataić, po prostu nie uznała tego faktu za wystarczająco istotny, żeby go o tym informować. Być może błędnie, gdyby zdążyła go uprzedzić, mogłaby uniknąć pewnych... niezręczności.
- Powiedziałeś mu - nie pytała, właściwie również nie stwierdzała faktu, raczej miała nadzieję, że zaprzeczy. Uchwyciła natarczywe spojrzenie i nawet nie drgnęła, kiedy obok siebie poczuła dłoń, uwalniającą kurtynę jej czarnych włosów; przeciągnęła lekko szyję, pomagając im rozsypać się na jej plecach i odsłaniając biel skóry - nie zrobiła jednak nic ponadto, wyczekująco utkwiwszy spojrzenie w jego stalowych źrenicach. Zrobiłeś to, choć mogłeś dla mnie skłamać - szmaragd tęczówek rozjaśniła iskra złości, zawodu. Niezadowolenia.
Przysięgałeś ją chronić, Ramsey.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sypialnia   07.12.17 20:09

Otulona szczelnie całunem niewiedzy żyła w ciemności na własne życzenie przez wiele lat. Wszystko działo się pod jej nosem, lecz ona konsekwentnie odwracała wzrok, udając, że nie widzi tego, co oczywiste; zatykała uszy, zamykając się na dwuznaczne zapowiedzi nadchodzącej wojny, a w końcu otwarte deklaracje jednej — a może obu? — ze stron. Nie naciskał, nie popychał — stan rzeczy miał się dobrze; nawet bez świadomości tego, co czyni wspomagała tych, którzy potrzebowali jej wsparcia, nie narażał ich niepisanej wieloletniej umowy na szwank. Ratowała ich wszystkich, gdy balansowali na granicy życia i śmierci. Ale świat się zmieniał, a oni potrzebowali silnych, oficjalnych sojuszy. Cicha pomoc przestała im wystarczać, a ciemność zaczęła przeszkadzać. To był dobry moment, by się zdecydować. I choć nie złożył przy tym żadnej deklaracji, głębokich zapewnień, zamierzał zapewnić jej — przede wszystkim jej — bezpieczeństwo, korzystając przy tym ze wszystkich możliwych środków, dostępnych opcji. Cena mogła być wysoka, był gotów ją ponieść byle tylko włos nie spadł jej z głowy.
Uśmiechnął się, a może to tylko kąciki ust wykrzywiły się w jakiś sardoniczny sposób; niewiele wiedzieli o anomaliach, a jeśli ktokolwiek podjął się jakichś badań na ten temat, nic o tym nie wiedział. Jej pytanie utwierdziło go jednak w przeświadczeniu, że podjęła dobrą decyzję — a on wraz z nią, odpowiadając na wszystkie jej pytania, wprowadzając ją w świat zwolenników dawnego szkolnego znajomego, dziś, jednego z najpotężniejszych czarnoksiężników na świecie.
— Dostaniesz dostęp do czego będziesz miała ochotę — odpowiedział enigmatycznie, nie zamierzając i nie chcąc określać co jej wolno, a czego nie; jego ton brzmiał obiecująco, zważywszy na okoliczności sytuacji jaka panowała aktualnie na Wyspach. Patrzył w jej zielone oczy nieprzerwanie, tonął w głębinach spojrzenia, którego powinien nienawidzić, za wszystko, co mu czyniła. — I otrzymasz to, co będzie ci potrzebne, by odnieść sukces we wszystkim, co się nam przysłuży.
Podrzędnym obowiązkiem Rycerzy było dostarczenie takim jak ona, badaczom wszystkich materiałów i środków, które pomogą im na tej rozpoczynającej się wojnie. Część z nich lekceważyła to, lekceważyła wiedzę i to, co dzięki niej można osiągnąć, ale samymi zaklęciami i posłuszną różdżką nie uda im się wygrać. Potrzebowali planu, a wraz z nim pułapek, sztuczek i świadomości z czym naprawdę mają do czynienia, a ona, Cassandra Vablatsky, miała wiele wnieść do ich organizacji. I wniesie, to tylko kwestia czasu.
— Napiszesz list — poradził, nie rozkazał, bo głos miał miękkie, melodyjne brzmienie, a i tak wiedział, że to uczyni bez wahania. Zupełnie tak jakby ją prosił, czego nigdy względem nikogo jednak nie uczynił. — Do Czarnego Pana, Lorda Voldemorta. I przedstawisz się w nim z najlepszej strony.— On potrafił rozpoznać prawdziwą wartość swoich popleczników, docenić ich zaangażowanie, umiejętności. Nie mógł obojętnie spojrzeć na kogoś takiego, jak Cassandra, uzdrowicielka i wróżbitka, dziedziczka daru Vablatsky, którego nigdy nie doceniała, a który miał wielką i niezwykłą moc.
Śledził ją wzrokiem, nie ruszając się zbyt wiele. Niezaburzone niczym powietrze pachniało wiosną i nią; słodkim miodem, któremu opierał się, zachowując trzeźwość myślenia. Starał się, odpierał wzrastające pożądanie każdą komórką swojego ciała, każdą myślą — okrutną i obrzydliwą, która powstrzymywała go przed wyciągnięciem ku niej swoich lepkich rąk. Powstrzmywał się, wiedząc, że gdy zaciśnie je na niej już jej nie puści żywej, a tym bardziej wolnej Drgnął niespokojnie, gdy podzieliła się z nim swoją wizjąm a jego wzrok zaszedł mgłą. Pogrążył się we własnych myślach, choć wciąż patrzył w jej kierunku.
— Też to widziałem — nie tak dokładnie, nie w pełni, lecz jej słowa wypełniły wszystkie luki, dzięki czemu obraz stawał się wyjątkowo zgodny. Dawno temu, przypadkiem, jak zwykle, dopadło go to nieoczekiwanie. Czy to widok małego czarodzieja, czy może czarnego ptaka wywołał w nim te dreszcze? — Ludzie zmienieni w kamień — byli tam razem z nim. Pamiętał to wyraźnie, a gdy opowiadała znów czuł się tak, jakby tam był. W skórze bezbronnego, zrozpaczonego chłopca. Przypomniał sobie tamten strach — nie swój, należący do kogoś innego, lecz tak silny, że paraliżował go nawet w tej chwili. Wizje zawsze napawały go wszystkim, czego nie doświadczał na co dzień. Wypełniały go od emocji, których nie potrafił nawet nazwać, uczuć, o których istnieniu nie wiedział. Ale nie były jego. Nadchodziły wraz z przyszłością.
Przypomniał sobie, że w Proroku Codziennym pisano o szturmie na Hogwart. Czyż w swej wizji nie znajdował się w pokoju wspólnym Slytherinu? Feniks, płonący,zawodzący. To nie mógł być przypadek
— Feniks przegrał — powtórzył głośno, bardziej do siebie niż do niej, analizując wszystkie związane z wrogą organizacją sny na jawie. Wytrącił się z indywidualnych rozważań, przypominając sobie o niej; nie mogła mu dać o sobie zapomnieć na długo, zapach był zbyt silny. — To, co powiedziałaś, jest ważne. Nawet jeśli nie wiemy dlaczego.— Podzieliła się z nim tym, co zobaczyła — dobrze. Odruchowo zerknął w stronę zwierciadła. Dwóch jasnowidzów w posłudze Czrnemu Panu to potężna broń; nawet jeśli nie potrafili zrozumieć i odnieść tego co widzieli do panującego wokół chaosu — On będzie potrafił. A jej wizje, jej wróżby śmierci i nieszczęścia dotrą do Niego również za sprawką Mulcibera. Zwycięstwo smakowałoby tak słodko; za wcześnie jednak by o tym myśleć.
— Wywoływanie celowo czegoś, co rodzi się z czarnej magii nie ma sensu. Nie są tacy głupi, feniks zawiódł. Coś poszło nie tak, jak zakładali — powtórzył jej słowa, odwracając wzrok od zwierciadła wprost na nią. Od samego początku wiedział, że tak było, tak też powiedział Deirdre. Od lady Ollivander wiedział, z czym walczą, przeciwko komu się mierzą i miał pewność, że nie kłamała. Proste i jasne idee klubu sympatyków feniksa stawiały sprawę dość jasno, nie było tam miejsca na czarną magię, ani pochodne jej plugastwa.  
Rozpuszczone włosy opadły kaskadą. Ostrą spinkę opuścił bezwładną na podłogę — nadepnięcie jej nie było większym niebezpieczeństwem niż nastąpienie na rozbite przez nią szkło, gdzieś nieopodal. Zdążył już zapomnieć o rozciętej skórze, krew odbiła się plamami na drewnianej podłodze. Zbliżył się do niej tak, że niemal stykali się piersiami, a jej oddech odbijał się od jego piersi. Palcami lekko przemknął po jej sylwetce, aż odnalazł jej różdżkę. Oparł się pokusie, by ją zniszczyć, będzie jej jeszcze potrzebna, więc odrzucił ją gdzieś w bok. Z cichym stukotem potoczyła się po podłodze wprost pod zwierciadło, ale nie podążył wzrokiem za tą — na ten moment — całkiem bezużyteczną rzeczą.
— Po mojej śmierci — zadumał się na moment, oglądając jej twarz. Wciąż lekko, jakby obchodził się z lalką, a nie kobietą, podążył spojrzeniem wzdłuż smukłej szyi. Zamruczał pod nosem w zamyśleniu; nieco wyolbrzymionym, trochę pokazowym. Mógł przecież odpowiedzieć jej na to od razu, niepotrzebnie przeciągał chwilę. A jednak przynosiło mu to wiele satysfakcji; w międzyczasie przecież zaczął rozplątywać szarfę oplatająca jej pas. Nie miał z tym problemu, szelest materiału zaburzał panującą między nimi ciszę przerywaną jedynie oddechami. Dopiero, gdy ją rozwinął, mocnym szarpnięciem przypomniał jej o swej obecności i tym, że nie miał już ochoty ja jej gierki i zabawy. Zmęczył się unikami przed nią i odpieraniem jej ciosów, choć zwykle nie stanowiło to dla niego nic poza pierwszorzędną rozrywkę. Brzegi materiału, który ją otulał opadły wzdłuż ciała, a materiał szaty rozsunął się bezwolnie. — Po mojej śmierci oczy niektórych pewnie zwrócą się w stronę twojej córki, a wtedy zaczną się zastanawiać. I zadawać pytania. A nikt poza mną nie będzie mógł tego potwierdzić. — Czarny Pan, znając jej wartość, nie pozwoliłby jej skrzywdzić, lecz to zachował dla siebie. W tej chwili pomiędzy nimi, nikt nie mógł jej obronić. Tym razem nie otaksował jej spojrzeniem tak, jak zawsze, choć zawsze czynił to namiętnie i z pasją. Tym razem miał na to czas, delektował się jej widokiem, wykorzystywał każdą uciekającą chwilę, bo była jego własną, mógł ją trwoić wedle uznania, a właśnie  teraz na to miał ochotę — na obejrzenie jej całej, dokładnie, od koniuszka palca po czubek głowy. Pozwolić sobie na eskalację czegoś, co rozgrzewało już wystarczająco gorące ciało. Nie pożądanie, a żądza, zagnieżdżała się w jego trzewiach. Gorąca, bezwzględna i zła, łaknąca bólu i krwi. Palcami obu dłoni rozsunął materiał, który odsłonił jej nagie ciało; nie była przecież arystokratką, która marnowałaby złoto na zbędne okrycia i nikomu niepotrzebną, a przede wszystkim zupełnie niepraktyczną bieliznę. Zsunął ją wpierw na krańce jej kościstych, wystających ramion, potem pozwolił opaść na ziemię, ześlizgnąć się po białym jak ludzka kość ciele. Bez brzmienia, bez dźwięku — niezauważalnie, a jednak nie oparł się pokusie zachwycenia się nią całą, wreszcie kobiecą  i okazałą.
— Cóż, mógłbym uznać Lysandrę za swoją— choć nie była jego dzieckiem i wobec nikogo innego nie uczyniłby takiego wyjątku. — Gdybyś wyszła za mnie za mąż.— Bękarta wychowywać nie zamierzał, nawet jeśli było nim tak wyjątkowe dziecko. Oderwawszy wzrok od jej ciała, utkwił go w jej zielonych, wciąż roziskrzonych tęczówkach. Kobieca bierność nigdy mu nie przeszkadzała — bynajmniej, miał władzę nad wszystkim, robił dokładnie to, co chciał; i ona mu nie sprawiała żadnych problemów. Nie potrzebował ani inicjatywy, ani bezsensownego buntu, który trzeba uciszyć, marnując niepotrzebnie energię. W swoim życiu musiał sprawować kontrolę, nad sobą i nad innymi, nad nią — pragnął — musiał całkowicie, by mieć ją w garści, jak ptaka w klatce. Mógł obiecać wszystko, co chciała, stworzyć dowolną iluzję, a nawet swobodę. Na jego warunkach.— Nie — zaprzeczył gładko, odpowiadając na jej pytanie. Skłamał bez mrugnięcia okiem, nie zamierzał jednak rozwodzić się nad kwestią tego, co przyznał, lub nie przyznał swojemu ojcu. Do tej sytuacji zapewne by nie doszło, gdyby go o niej uprzedziła; gdyby poprosiła go o pomoc z uratowaniu tej beznadziejnej sytuacji, w której się znalazła. Postanowiła sobie radzić sama i sama będzie przełykać gorycz kary, jaka ją czeka ze strony starszego Mulcibera. Nie skrzywdzi jej — tego był pewien. Pozbawiwszy dziecko ojca, nie odbierze mu matki, tym bardziej takiej, która teraz należy już do Rycerzy, a jemu jest potrzebna do tego, by przeżyć. Wziął to wszystko pod uwagę, nim jej odpowiedział. Nie zamierzał popełniać więcej błędów — nie względem niej, bo tych popełnił już wystarczająco i trudno mu będzie się wydostać z tego, co już się wydarzyło. Idąc za ciosem złożył jej propozycję, której już nie powtórzy. Łaskawie, będąc lekarstwem na jej dolegliwości.
Zmniejszył to, co między nimi zostało, objął ją w talii — smukłej, pozbawionej dowodów dawnej brzemienności. Uśmiechnął się lekko, zdradziecko.
— Jak mogłabyś mnie o to oskarżać?— Mimo to spytał ze smutkiem w głosie. — Jesteśmy względem siebie uczciwi. — Czyż nie? Od nikogo nigdy nie żądał szczerości — od niej wymagał tego całkowicie, nie dopuszczając kolejnych wpadek i bajeczek. Zaufał jej, powierzając własne życie w jej smukłe dłonie — te same, które teraz ujął i ułożył sobie na gorącym karku. Nie mogła go więcej oszukiwać, jeśli nie chciała wiedzieć, czym jest prawdziwy gniew. Nie zamierzał o to prosić. Żądał bezwględnie, popychając ją w tył, dłońmi coraz silniej przylegając do skóry, zaznaczając to, co od dawna należało do niego, a o co nigdy się nie upomniał. Kształtne biodra, gładkie uda, pomiędzy którymi nie miał oporu się znaleźć. Szaleństwo Vasyla było obłędem, nieprzemyślanym i pozbawionym ładu — zbyt emocjonalnym, by mogło zakończyć się sukcesem. Ale nim nie dyrygowały emocje. Chłodno kalkulował, a każda nieopłacalna transakcja musiała zostać dostatecznie wynagrodzona.




My haunted lungs, ghost in the sheets
I know if I'm haunting you
you must be haunting me
Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
Jednostka badawcza (Rycerze Walpurgii)
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sypialnia   23.12.17 17:48

Dostanie dostęp do wszystkiego, czego chciała - brzmiało to obiecująco. Wciąż nie była pewna czego właściwie chciała, ale to nie miało większego znaczenia. Miała zamiar dotrzeć do ich wiedzy i uważnie się jej przyjrzeć, być może poduczyć w kwestiach, które dotąd były jej obce. Nie wątpiła, wiedziała - sądziła - że Ramsey nie składałby jej nigdy obietnic bez pokrycia, zwłaszcza w sprawie, o której wiedział, że była dla niej tak ważna. Bo obok Lysandry - nic równie ważnego nie istniało, robiła to dla niej. Ich cele były zbieżne, więc miała zamiar się im przysłużyć - tak jak chciała pomóc odnieść im zwycięstwo. Dla Ramseya, dla Deirdre, dla Eir, dla wszystkich, na których jej zależało - dla wszystkich, którzy byli jej bliscy. Podejmowała ryzyko, ale większym ryzykiem wydawało się stanie w boku; była mu wdzięczna, że zaufał jej na tyle, że jej o tym wszystkim powiedział. Że pokazał jej tajemniczy pergamin dotyczący anomalii, że dzięki niemu będzie mogła zaprzestać dalszej bezczynności. List do Czarnego Pana: oczywiście. Nie potrzebowała rozkazu ani sugestii, chciała jedynie wskazówek, jak poradzić sobie z nowym wyzwaniem, odnaleźć się w meandrach stopni i rozkazów, znaleźć własną drogę i miejsce pomiędzy tymi, którzy służyli rycerskiej sprawie dłużej. Powoli skinęła głową; miano owego czarnoksiężnika budziło w niej grozę. Respekt, którego wystarczającym uzasadnieniem musiał okazać się pożar w Białej Wywernie. Lęk, dodatkowo wzmagany potęgą czarodziejów, którzy mu służyli. Wiedziała, do czego zdolny był Mulciber, tak starszy, jak i młodszy, znała talent Eir, a jej mąż zawsze wydawał się czarodziejem, z którym należy się liczyć, spośród nich wszystkich jednak najsilniejszym szacunkiem darzyła Edgara Burke'a, niekoronowanego władcę okrytych cieniem ziem, na których żyła  - jeśli oni ukorzyli się przed tajemniczym czarnoksiężnikiem, ten musiał być zdolny do czynów wszechpotężnych, musiał być kimś wielkim. Wyjątkowym. Uniosła Mulciberowi spojrzenie spode łba, niepewne, nie pozbawione wątpliwości. Mętna wizja, której wtedy nie rozumiała, zaczynała układać się w obraz, który przynajmniej zaczynał mieć sens - a powiązań którego wciąż w żaden sposób nie rozumiała. Przetarła lekko skroń, razem ze wspomnieniami wizji wracały towarzyszące jej emocje, ból, strach, utracona nadzieja; szaleństwo Vablatsky szło w parze z talentem, to dlatego odrzucała go tak długo. Miał rację, to było ważne, ale brakowało im ostatniego elementu układanki, czegoś, co spięłoby te wizje w całość i dopełniło obrazu. Czyli już tamtej nocy - niechcący - stała się częścią tego? Częścią czegoś większego, niż na ten moment potrafiła zrozumieć? Było - przeznaczeniem. Od zawsze w nie przecież wierzyła. Ktoś już spisał jej historię, właśnie otwierała jej kolejny rozdział. Przełomowy, wiedziała o tym.
Nie cofnęła się: czuła już ciepło jego ciała, ich ciał, zetkniętych kurczącym się dystansem; patrzyła mu prosto w oczy, wyzywająco, choć kiedy odebrał jej różdżkę coś w jej oczach drgnęło, przysłaniając dumę i prowokację najeżonym popłochem. Przymknęła lekko powieki, słysząc stukot drewna, kiedy lęk subtelnie wywoływał dreszcz na jej plecach, dreszcz, który nie do końca był nieprzyjemny. Nie oponowała, kiedy przeciągnął dłonie do jej szarfy, nie drgnęła, kiedy materiał pasa opadł, rozchylając poły jej szaty; przeciwnie, wzruszyła wątłymi ramionami, zsuwając rękawy na zgłębienia zgiętych łokci - bez cienia wstydu. Nie była podlotkiem ani pruderyjną damą, wbrew obyczajowi, nagość ani jej nie zawstydzała, ani nie przerażała - lęk ze źrenic gdzieś umknął, zamiast niej znów zaiskrzyły prowokacyjne iskry - a może to była tylko maska, która nieopacznie zsunęła się na kilka szczerych chwil.
Mimowolnie uniosła się lekko wyżej, prostując kręgosłup i prezentując się od najlepszej strony, kiedy materiał szaty ostatecznie miękko opadł na podłogę wokół jej nagich stóp, drgnęła, nachodząc na niego palcami, był miększy, przyjemniejszy i cieplejszy, a zakryte w ten sposób stopy mogłyby odjąć zgrabności łydkom. Blade usta wykrzywiły się prowokacyjnie, może przez wzgląd na sytuację, może w odpowiedzi na jego słowa. Propozycję?
Ślub z Mulciberem oznaczałby nie tylko utracenie pewnej wolności, ale również przyjęcie jego nazwiska, przez siebie i przez jego domniemaną córkę: jeszcze niedawno nie zrobiłoby to na niej wrażenia, ale Cassandra zdążyła zapomnieć o tym, co działo się wczoraj: dziś i jutro miało inne barwy. Sam Mulciber miał swój udział w tej przemianie, Vablatsky z wolna wypowiadane z dumą, Lysandra powinna zanieść jej dziedzictwo dalej, niestłamszona męską zaborczością. Nie wątpiła, że Ramseyowi byłoby w podobnym układzie znacznie wygodniej, ale wybrał kobietę, która lubiła chodzić swoimi ścieżkami. Była dzikim ptakiem, który nigdy nie pozwoli zamknąć się w garści, który potrzebował wolności i autonomii, który nie lubił klatek i więzów. Który sam stawiał warunki i nie tańczył do melodii granej przez innych. Wiedziała, że nigdy więcej nie da się spętać kajdanami zależności. Milczała, oddając się na jego widok, upewniając się, że to, co ma przed sobą, cieszy jego oczy.
Nie zaprzeczył słowom Cassandry. Zrobił to, czego od niego oczekiwała: nie zaprzeczył przed własnym ojcem, że Lysandra jest jego córką. Poniekąd był jej ojcem, niczego więcej od niego nie oczekiwała, niż zapewnienia jej bezpieczeństwa - wychowywać i tak miała zamiar ją sama. Obietnica Ramseya wciąż go wiązała, choć do jej złożenia nikt go nie przymusił. Sam tego chciał. Uniosła lekko dłoń, przysuwając palcem wzdłuż linii jego ust, do kącika zdradzieckiego uśmiechu; łapczywy uścisk na jej talii nie pozwalał jej odejść, choć mogła przemienić się w ptaka i zniknąć - tak po prostu. Jak zawsze.
Wcale nie chciała znikać.
Nie zadał pytania, snuł luźną dywagację, jak kiedyś, więc tym razem nie zamierzała odpowiadać.  Pogłębiła swój uśmiech, gdy zaczął mówić o szczerości. Od pewnego czasu był zadziwiająco szczery. Zbyt szczery, wciąż pamiętała rozkład szachownicy.
- Od kiedy? - mruknęła więc jedynie, bo gra, którą toczyli, nigdy nie miała ustalonych zasad; nie dało się oszukiwać, nie ustaliwszy wcześniej reguł, ale bez nich niemożliwa była także uczciwość. Nie zniknęła. Nie uciekła. Nie cofnęła się, zginając palce, by wbić ostre paznokcie w kark Mulcibera; był ciepły, choć miała pewność, że potrafiła rozgrzać go silniej. Zasługiwał na odrobinę przyjemności po wszystkim, co przeszedł - po wszystkim, co dla niej zrobił, konsekwentnie odsuwając od siebie myśl o tym, jak bliski jej się stał przez te długie lata. Może nawet najbliższy.
Wyczuwała groźbę rzuconą między wierszami, każda groźba wypowiadana przez Ramseya winna wzbudzać trwogę i grozę, bo Cassandra wiedziała, do jak bardzo makabrycznych czynów był zdolny. Ale w niej wcale nie wzbudzała: nie dlatego, ze nie obawiała się konsekwencji, a dlatego, że nigdy nie oszukałaby go w sprawie, która byłaby naprawdę ważna - prawie nigdy, wybiórcza prawda czasem miała na celu ochronę niedoinformowanych. Nigdy nie dał jej powodów, by mogła żywić chęci bądź pragnienia zdrady, Mulciber był jej bliski i zależało jej na niej. Mniejsze kłamstwa, takie jak kwestia Lysandry, nie miały jej zdaniem większego znaczenia. Lysandra nigdy nie była mniejszą sprawą, ale nieprawda miała ją chronić; Cassandra nie znała Ignotusa, nie mogła wiedzieć, czy uzna jej prawa do dziecka, które według Vasyla było przecież Mulciberem. Sądziła, że przyznanie się własnemu ojcu do nieswojego dziecka mogło go sporo kosztować - zaimponował jej, że to zrobił. Nie szukała wzrokiem różdżki, nie próbowała odnaleźć w sobie dzikiej, zwierzęcej natury i zamienić się we wronę, nie uciekała, bo przecież miała przestać uciekać.
Zsunęła dłonie na jego plecy, nie przestając wbijać paznokci w jego skórę; była pewna, że poczuła pod paznokciami gęstą, ciepłą krew, tylko na moment położyła podbródek na jego ramieniu, zamykając powieki. Vasyl też miał silny dotyk, ale z nim mocniej kojarzyła jej się opuchnięta, pobita twarz i smród taniego alkoholu, zapach tchórza, smak rynsztoku, Ramsey w niczym go nie przypominał, choć podobno byli braćmi. Z jednego ojca, ale różnych matek, zbyt różnych; dotyk Vasyla nie odejmował tchu, nie składał niedopowiedzianych obietnic, nie był jak śmiercionośna opoka. Odkąd uciekła przed młodszym z braci nie zaufała w pełni żadnemu mężczyźnie, wierzyła, że wciąż nie ufała, bo świetnie wychodziło jej okłamywanie samej siebie. Splotła smukłe dłonie na krańcach ręcznika przewieszonego przez jego szyję, przesuwając go tak, by oplatał przód jego krtani, a krańce zwisały z tyłu, pociągnęła je w dół, wiedząc, że i tak nie ma dość sił, by naprawdę uczynić mu krzywdę; chciała odebrać mu dech, przyśpieszyć tętno, wyzwolić płonącą adrenalinę, dziś dzikie i mroczne serca zabiją jednym rytmem. Czuła jego ciało, coraz bliżej, między nogami; nie czekała dłużej, podciągnęła się na ręczniku, zarzucając nagie nogi na jego biodra, włosy kruczą kaskadą przysłoniły nagą pierś.
Chodź, Ramsey, poczujesz, jak kocha prawdziwa wiedźma.

/zt x2 Pwease




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
 

Sypialnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Sypialnia Gościnna
» Sypialnia Marco - piętro
» Sypialnia gościnna
» Sypialnia numer 4
» Sypialnia numer 6

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Pokątna 3/6-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18