Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Kuchnia   30.03.16 23:14

Kuchnia

Mała i ciasna, zwykle bez ładu i składu. Niby wszystko do siebie pasowało, lecz nie miało własnego miejsca. To też brak porządku, kobiecej ręki i widoczna praktyczność wyrażana w pozostawianiu rzeczy tam, gdzie były najbardziej przydatne. To tam był też średniej wielkości stół i cztery krzesła, lecz jak w przypadku całego mieszkania i tam były jakiejś pergaminy i księgi. Może dla odmiany kucharskie? Może z zaklęciami. Może z bajkami na dobranoc?
Zaklęcie ochronne: Muffliato




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey



Ostatnio zmieniony przez Ramsey Mulciber dnia 09.09.17 12:54, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   19.10.16 14:51

17 marca

Zamknął drzwi za sobą, bo nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkodził. Ten wieczór chciał poświęcić czemuś co od dawna chodziło mu po głowie, lecz nie miał odpowiedniego materiału przy sobie. Dlatego zdecydował się zajrzeć do sklepu z amuletami, licząc na to, że znajdzie tam coś, co wreszcie wpadnie mu w oko. Musiało mieć w sobie to coś, co będzie odpowiednio eleganckie i niezbyt wytworne. Osoba, o której myślał musiałaby chcieć, aby ta biżuteria zdobiła jej szyję. Trzymane w szkatułce marnowałoby się całkowicie.
Potrzebował ciszy i spokoju, aby się skupić i oddać magii całkowicie. Używanie czarnomagicznych zaklęć zawsze wymagało wiele wysiłku, kradło mnóstwo energii, odbierało czarodziejowi to, co dobre... a przynajmniej tak mówią wszyscy, którzy przestrzegają przed jej używaniem. Mulciber sam w sobie nie zauważył żadnych widocznych zmian po tylu latach. Czy jego brak skrupułów i pierwiastka sumienia było jej wynikiem, czy to właśnie dane deficyty sprawiły, że zaczęła go pasjonować — niewiadomo. Pewne jest jednak to, że trening czyni mistrza, a on poświęcał każdą wolną chwilę na zgłębianie czarnomagicznej sztuki.
Musiał usunąć ze stołu to, co niepotrzebne — czyli poniekąd wszystko. Pergaminy, pióro, książki i filiżanki przeniósł na blat, szykując sobie miejsce robocze. I na pustym stole, przed sobą położył drewniane pudełko. Otworzył je z pewnego rodzaju fascynacją i dotknął palcami atłasowego materiału, w którym leżał amulet z białego złota. Rzadki materiał nie czynił go wiele wyjątkowym na pierwszy rzut oka. Wyglądał dość prosto i skromnie jak na szlacheckie standardy. Na samym środku spoczywał kamień. Czerwony jak świeża krew.
Wyciągnął różdżkę i skierował ją w stronę amuletu.
Tangeret Ventum, wypowiedział cicho, wpatrując się w biżuterię. Wiedział, w czym chce ją zamknąć już od dawna, więc bez zbędnej zwłoki wymówił kolejną inkantację, z należytą precyzją i dokładnością wykonując lekki ruch nadgarskiem.
Umbrasio. On jako wróżbita doskonale znał się na przesądach i złych znakach. Wiedział, że każdy przeciętny czarodziej nie będzie lekceważył ponuraka, będącego pierwszym zwiastunem śmierci i końca. Chodzące za każdym widmo naprzeiennie z obrazem czarnej, złorzeczącej wrony i stracha będą doskonałym początkiem ludzkiego obłędu. Umysł potrafi płatać figle, a w świecie, w którym magiczne istoty są tak samo realne jak i fantastyczne można łatwo zgubić drogę do prawdy. I o to właśnie mu chodziło. O nutę szaleństwa, która rozpocznie wewnętrzny rozpad człowieczego umysłu.
Obserwował jak ciemna iskra błąka się po srebrzystobiałym szlachetnym materiale, jak wsiąka w niego niczym woda w gąbkę. Cierpliwie patrzył jak czarna magia wnika w głąb przedmiotu, ale nie zwlekał.
Quietus, miało osłabić siłę głosu. Niech osoba nosząca amulet pozostanie cicha, zamknięta w swoim własnym świecie jawy i snu, koszmarów i marzeń, których nie będzie w stanie od siebie odróżnić. Coloritum rzucone w następnej kolejności miało zmienić kolor kamienia z czerwonego na szmaragdową zieleń. Bo wiedział, że będzie do niej lepiej pasować. Spodoba jej się. A libramuto miało sprawić, że okaże się niezwykle lekki i przyjemny w noszeniu. Kobiety i tak nosiły to co czyniło je pięknymi, niezależnie od tego, jaką cenę musiały za to zapłacić. Były jednak też takie, dla których wielkim atutem byłoby noszenie czegoś lekkiego jak piórko i tak pięknego, nawet jeśli przez chwilę, nim obłęd nie zrujnuje ich do reszty.


|zt ?




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   19.10.16 14:51

The member 'Ramsey Mulciber' has done the following action : rzut kością


#1 'k100' : 85

--------------------------------

#2 'k100' : 49

--------------------------------

#3 'k100' : 2

--------------------------------

#4 'k100' : 67


Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kuchnia   28.02.17 11:14

20 kwietnia 1956

Te same ulice, te same sztuczne uśmiechy skierowane do każdego z przechodniów i deszcz oczyszczający nawet z najcięższych win, które wcześnie spędzały sen z powiek. Londyn przez te jedenaście lat niewiele się zmienił, choć świat czarodziejów wywrócił się do góry nogami wołając o powrót do normalności. Czym jednak była ów powszedniość? Brakiem manier, tradycji i wszechobecną tolerancją doprowadzającą do upadku najważniejsze wartości, a przede wszystkim społeczną hierarchię. Przynależność to korzenie drzewa genealogicznego, a nie fart związany z wylosowaniem dłuższej zapałki. Dlaczego, więc w ważnych decyzjach głos zabierać miało szczęście? Nawet ono miało swój termin ważności i wszystkie szlamy powinny o tym pamiętać.
Drew popierał rewolucję gardząc liberalizmem, który uznawał za przejaw słabości plamiącej karty historii czarodziejów.  Jego powrót do kraju nie był w żaden sposób z tym związany niemniej jednak pozostanie w jego granicach już na pewno. Z przyjemnością oglądał szalejącą w oczach siłę dumnie kroczących wzdłuż pokątnej, lecz jeszcze większą radość sprawiała mu woń kryjących się po ruderach brudnokrwistych szczurów, którzy obawiali się wyciągnąć swój łeb poza okurzone cztery kąty. Świat wracał na dobre tory i jeśli zaszłaby taka konieczność sam złapałby za różdżkę nawet w chwili, kiedy jedyną dla niego korzyścią miałaby zostać ufajdana od krwi koszula.
Nie miał za wielu znajomych, właściwie nie oszukujmy się- w ogóle takowych nie posiadał. Jego indywidualizm i swego rodzaju przerost formy nad treścią umacniał mur samotności, którym otoczyła go w przeszłości własna matka. Czasem jednak miał odchyły od reguły i jeśli czuł, że pewna relacja przyniesie mu niezliczone korzyści to szedł w zaparte, aby ją pielęgnować. Podobnie sprawa miała się z interesantami, dzięki którym jego praca przynosiła coś więcej jak satysfakcję, gdyż powszechnie wiadomym było, że takowa galeonów nie dawała.
Ramseya znał jeszcze ze szkoły i choć nie dało się ukryć, że wzbudził jego respekt to nieszczególnie obawiał się pewnych reakcji. Powodem tego była nieświadomość odnośnie jego historii w trakcie dekady swojej nieobecności oraz fakt, że był mu potrzebny w kwestii rodzinnej przeszłości. Drew dużo podróżował po Rosji i posiadał informacje jakie wzbudzały ciekawość Mulcibera. Sam zainteresowany to potwierdzał, gdyż liczne, zakodowane listy  już wcześniej powiadamiały go o nowościach z poszukiwań. Na ostatni nie otrzymał jednak odpowiedzi, gdyż Drew postanowił dostarczyć go osobiście.
Huk rozległ się po salonie, gdy wychodzący z kominka szatyn poprawił niedbale swą pelerynę. Zdawał sobie sprawę, że wprosił się bez wcześniejszego pytania, lecz szlacheckie zasady były mu praktycznie obce, a już nie lorda, już nie Rosiera przestały obowiązywać. Rozejrzawszy się ciekawym wzorkiem po salonie ruszył w kierunku kuchni, skąd dochodziły jedyne dźwięki czyjejś obecności. Uniósł brew ku górze, a jego wargi wykrzywiły się w ironicznym wyrazie, gdy ujrzał Ramseya z różdżką gotową do zadania ciosu. Westchnąwszy przeciągle oparł się o futrynę drzwi i krzyżując ręce na piersi przechylił głowę nieco w bok sygnalizując mu, że ten obrazek wyglądał całkiem zabawnie. -Rzucisz na mnie Imperiusa, żebym zrobił Ci kanapki?- posłał mu niewinny uśmiech odpychając się ramieniem od ramy by pewnym  korkiem przekroczyć progi pomieszczenia. -Za brak ogórka będzie kara w postaci kolejnego z Twoich ulubionych zaklęć?- skupił na nim poważny, sztucznie przestraszony wzrok, bo wiedział, że ten od razu wyłapie aluzję.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   01.03.17 19:50

Płomień świecy tańczył w lekkim przeciągu, oddając się zrywom lekkiego, wiosennego wiatru, żółtawy wosk spływał po gładkiej strukturze i zasychał w połowie, tworząc rozmaite formacje i kształty. Okna były uchylone bynajmniej nie dlatego, że zapach parafiny był drażniący dla jego wrażliwego zmysłu powonienia. Było ciepło. W domu panował, w jego mniemaniu, zaduch, podsycany wysoką temperaturą palącego się kominka w salonie. Potrzebował świeżego powietrza, które nada niewielkim, zawalonym przedmiotami wnętrzom odpowiedniej temperatury i oczyści typowy dla tego miejsca zapach starych ksiąg i pieprzu. Sądził, że wraz z tym odpowiedzi na pytania i rozwiązania napłyną same.
Próbował rozczytać manuskrypty, które dostał od Rity, ale nie szło mu za dobrze. Nieznajomość cyrylicy wzmagała w nim dziecięcy gniew budowany na niemocy i brakach w posiadanej wiedzy. Dla niego było to wyjątkowo paskudną karą, a nauka obcego języka na własną rękę okazała się żmudna i trudna, choć w każdej chwili mógł poprosić zarówno Mię jak i swojego ojca o pomoc. Był jednak wytrwały i poprzysiągł sobie, że prędzej czy później poradzi sobie z językiem swoich przodków. Nie wiedział kiedy i gdzie Graham pozyskał te wszystkie manuskrypty. Od zawsze był zafascynowany historią Mulciberów, a ze słów Rity wynikało, że poszukiwaniom korzeni poświęcał każdą wolną chwilę. Tych wszystkich zwojów i pergaminów nie traktował jako schedy po zmarłym bliźniaku. W ręce Ramseya trafiły lata poszukiwań i ciężkiej pracy człowieka, który nosił to samo nazwisko, którego krew była ta sama, choć którego przekonania i działania z każdym rokiem zaczynały uciekać w innym kierunku.
Trzask w kominku był wystarczająco alarmujący, skoro nie spodziewał się tego wieczora gości. Uniósł wzrok znad jednego ze zwojów, na którym wyrysowany był stary herb rosyjskiej szlachty i odruchowo sięgnął po różdżkę. Bezszelestnie podniósł się z krzesła, wyciągając rękę przed siebie, gotów do błyskawicznego rzucenia zaklęcia na nieproszonego gościa, lecz nim go ujrzał, nasłuchiwał cichych kroków. Nie mógł ich przyporządkować do żadnego chodu, który miał w pamięci, ale ani jego wzrok, ani słuch nigdy nie były tak czułe na różnice jak węch. Świeże powietrze w mieszkaniu i dmuchający mu lekko wiatr w plecy skutecznie odganiały obcy zapach intruza. Czekał cierpliwie, aż sylwetka wyłoni się w przejściu, a gdy tak się stało, mięśnie lewego ramienia, w której trzymał różdżkę napięły się.
Drew Macnair. Poznał go od razu, choć od ostatniego spotkania minęło sporo czasu. Jego twarz była pociemniała od kilkudniowego zarostu, a ciemne oczy błyszczały w blasku świecy stojącej na stole. Miał wrażenie, że zmienił się, nieco postarzał, ale wciąż miał w sobie tę samą nonszalancję. Ramsey nie poruszał się przez pewną chwilę, analizując to co widział. Wiedział o jego metamorfomagicznych zdolnościach, ale równie dobrze mógł mieć przed sobą oszusta, który przechwycił jeden z listów, zyskując tym samym doskonały pretekst do pojawienia się w jego skromnych progach.
— To urocze, że to właśnie pierwsza twoja fantazja na mój widok— odparł niewinnie, pozwalając by kąciki ust uniosły się w pobłażliwym uśmiechu. Opuścił różdżkę powoli, nie spuszczając z niego wzroku. Ile to już się nie widzieli? Brak odpowiedzi na ostatni z listów mógł świadczyć o tym, że misja zakończyła się niepowodzeniam, a on umierał gdzieś w szczerym polu, dźgnięty jakimś dziwnym narzędziem przez wystraszonych mugoli. To byłaby wyjątkowo przykra i niechlubna śmierć.
— Liczyłem się z twoją śmiercią, więc twoja obecność właściwie mnie cieszy— przyznał, marszcząc brwi. Był zaintrygowany powodem tej niecodziennej wizyty. Nie wspomniał jednak na temat poruszany w ostatnim liście. Czekał, aż Drew sam przyzna, że udało mu się znaleźć coś ciekawego, bo raczej się nie stęsknił.
— Swoją drogą, nie jestem szczególnym fanem ogórka — dodał nieco markotniej, i za pomocą prostego zaklęcia przywołał szklankę, która od razu wypełniła dno ognistą. Miał przeczucie, że jego przyjaciel z przyjemnością przepłuka gardło czymś wyrazistym, niezależnie od właściwego celu spotkania. Wyciągnął ku niemu rękę, by przywitać go tak, jakby przez te wszystkie lata, czaił się gdzieś w pobliżu.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kuchnia   04.03.17 14:55

Zapach palonej świecy wypełnił jego nozdrza, a cichy podmuch wiatru mieszany z kroplami uderzającego o bruk deszczu rozkoszował uszy. Nie lubił hałasu, miał ochotę potraktować niewybaczalnym zaklęciem każdego nie umiejącego się zachować czarodzieja, a nawet dziecko krzyczące z bliżej niewyjaśnionego powodu. Brakowało mu litości wobec osób wyznających inne zasady, a kwestia jakiejkolwiek tolerancji, akceptacji była mu zupełnie obca. To zapewne było przyczyną jego rzadkich rozmów na temat poglądów oraz upodobań, gdyż brak cierpliwości mógł owocować rozlewem krwi. Nie unikał towarzyszy, lecz trzymał się wyznaczonych barier, które tak często zanikały zwłaszcza w okolicznościach nieco bardziej procentowych spotkań.
Ramsey się nie zmieniał. Jego aroganckie rysy podkreślone wyżej uniesioną brodą nadal stwarzały pozory nieśmiertelnego egoisty otoczonego bożą namiastką. Podobnie jak parszywie kpiący uśmiech zawieszony od ucha do ucha i oczy kodujące otoczenie bez musu, choć krótkiego skupienia się na danym punkcie.  Był cholernie dobry w tym co robił, a jego aktorskie zdolności wprowadzające wielu słuchaczy w błąd tylko umacniały go w rankingu największych szui Proroka Codziennego. Jego wzrost, także działał na korzyść, albowiem zawsze patrzył na kogoś z góry- nawet w chwilach, gdy jego racja odjeżdżała w zupełnie przeciwległym kierunku. Drew był niewiele niższy, jednak za każdym razem ów przeszywający go wzrok powodował nutę niepewności, czy aby melodia nerwów Mulciber’a właśnie nie dobiegła końca. Tym bardziej, że i z niego był spory kawał drania.
Obejmując wzorkiem całe pomieszczenie początkowo nie skupił się na rosyjskich manuskryptach, które tak bardzo zaszły za skórę jego koledze. Uśmiechnąwszy się bardziej ciekawie, jak z kpiną, podszedł bliżej stolika palcami rozsuwając dwa skoroszyty i z zastanowieniem przyglądał się ich treści. Wcześniej nie wiedział, że Ramsey miał jakiekolwiek informacje na temat własnej rodziny i nie dało się ukryć, że nieco rozdrażnił Macnair’a widok herbu rodu na jednej z kartek. Zaśmiał się ironicznie i opadał na krzesło znajdujące się naprzeciw towarzysza, by z jeszcze większą nonszalancją chwycić między palce szkło zdobione reliefem upijając z niego dość sporego łyka. -Nie chcesz znać moich myśli Mulciber, im mniej wiesz tym lepiej śpisz.- uniósł brew w chwili, gdy jego wargi zamoczyły się w bursztynowym płynie. Uwielbiał whisky oraz burbon toteż nie szczędził sobie go w każdej możliwej okazji. Był zdania, że alkohol otwiera umysł i zwalnia blokady, których nawet zaklęcia nie były w stanie zdjąć- iście ludzka natura.
-Marnowałeś mój czas?- zapytał gorzko chwilę po tym, jak uścisnął jego dłoń. Nie skupił się na wstawkach o śmierci, albowiem był przyzwyczajony, iż tylko z nią Ramsey potrafił zrymować słowo ‘życie’. -Cieszy? Cóż to za zmiana Panie „Już nie lordzie?”- zaśmiał się pod nosem nie odwracając  wzroku od jego przenikliwych oczu. Czuł jak atmosfera gęstniała z każdą chwilą, ale powodem tego była raczej dekada bez jakiegokolwiek spotkania niżeli wzajemna niechęć. Drew szanował i nawet można powiedzieć, że lubił Ramseya, gdyż wyznawane przez niego zasady były bliskie jego ‘sercu’.
-Nie wyglądasz na zorientowanego.- rzucił przenosząc wzrok na pergaminy, a następnie oparł się nieco wygodniej o oparcie krzesła. -Chyba, że Rosyjski stał się Twoją mocną stroną. Widocznie nauczycielka była godna poznania Cię z pewnymi- uniósł brew w kpiącym wyrazie -tajnikami ów języka.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   20.03.17 9:20

— Zwykle mnie to interesuje, ale przeraża mnie świadomość, w którą stronę mógłby pójść twój tok myślenia, Drew — odparł bez przesadnego przejęcia, choć uniósł przy tym brwi i uśmiechnął się do niego w sposób, który definitywnie kończył temat. Żartował tak, bo i Macnair wydawał się nieprzewidywalny w swoich dowcipach — urok specyficznego poczucia humoru. Myśli Drew były jednak bardziej cenne i interesujące niż mogłoby się wydawać. Pamiętał go ze szkoły jako kogoś, kogo czasem lekceważono, choć zupełnie bezpodstawnie. Jego sytuacja rodzinna bywała powodem żartów i docinek, ale z czasem, kiedy pierwsze fale złości i nienawiści mijały, nauczył się słabości zmieniać w siłę. A może po prostu Mulciber widział w nim coś innego niż wszyscy wkoło. Wewnętrzny magnetyzm promieniujący spod powierzchni skóry. Taki, który informował inne, podobne jednostki o pewnej niezwykłości schowanej pod powierzchowną normalnością. To co mówił, kiedy już się odzywał czyniło z niego interesującego kompana. Miał trafne spostrzeżenia, bystre uwagi, ale jednocześnie trudno było z całą pewnością przewidzieć jego ruchy — może właśnie dlatego potrafili się dogadać? Trafił swój na swego?
Uniósł szklankę z zamiarem upicia łyku, ale zatrzymały go kolejne słowa mężczyzny.
— A marnowałem?— spytał z przekorą, marszcząc brwi. Prośba o znalezienie informacji o Mulciberach, kiedy wędrował po mroźnej, dalekiej Rosji nie stanowiła głównego celu Drew, nawet by w to nie uwierzył, gdyby próbował go o tym zapewnić. Prawie był mu wdzięczny za to, że angażował w te poszukiwania wolną chwilę, ale doskonale wiedział, że i on sam na tym korzystał, odnajdując artefakty, na które nie trafiłby w innym przypadku, wiedzę — która według Ramseya była najcenniejszym skarbem, i niezawodne kontakty. A więc wszystko wskazywało na to, że mogli obaj żyć w ścisłej symbiozie, gdyby każdy z nich nie był urodzonym indywidualistą. Patrząc na niego uznał jednak, że wykaże się odrobiną dobrej woli, która mu się należy i wyjaśnił po koleżeńsku: — Mam to od niedawna. Mój brat to znalazł — ten sam, którego pochował na początku marca. Dopiero, gdy na moment zapadła cisza wykończył zawartość szklanki, odchrząknął, gdy ognista rozpaliła jego przełyk i rozsiadł się wygodniej, opierając z nonszalancją o krzesło obok.
— Cieszy mnie — powtórzył oczywistym tonem. — Jak widać, dosłownie spadłeś mi z nieba. Przydaj się na coś — posłał mu szeroki uśmiech i choć daleko mu było do długonogiej blondynki, której trzepotanie rzęs skłoniłoby Macnaira do działania, liczył na to, że jednak nie będzie taki trudny. Krótko patrzyli na siebie w jakiejś niewywiedzianej, podświadomej walce, która nie miała ani podstaw ani wytyczonych zasad. Przecież zawsze się dogadywali. Ramsey był dość skryty, wycofany, ukrywał wszystkie swoje prawdziwe zamiary, więc nigdy — chyba nigdy? nie mieli powodów do zgrzytów. Kiedy spojrzał na manuskrypty, Ramsey odłożył szklankę na blat i sięgnął po leżącą obok paczkę czarodziejskich papierosów, którą po chwili rzucił kompanowi pod nos.
— Rosyjski jest moją mocną stroną, po prostu właśnie dokonuję historycznej próby wydobycia ukrytego talentu spod zgnilizny swoich korzeni — wymamrotał z niesmakiem i zaciągnął się papierosem. Z Rowle'ami łączył go już nie tylko mały szkolny romans, ale cała rodzina od strony matki, którą mógłby nienawidzić, gdyby jeszcze stać go było na takie uczucia. Kiedy prawda wyszła na jaw to płomienne uczucie spopielało jego trzewia, ale dziś dzięki temu nie czuł już nic.
Wypuścił dym w bok i przebiegł wzrokiem po kuchni, w której nie było nic niezwykłego i nic się tez nie zmieniło od wczoraj, lecz dzięki temu nie musiał zmagać się z drwiącym spojrzeniem Drew.
Zwoje miał zanieść ojcu, który nie miałby z tym najmniejszych problemów, ale trzy dni temu zginął syn i brat, z ich różdzek notabene, podejrzewał, że może nie mieć chęci na zgłębianie tajemnic rodzinnych. Z Mią, która szybko rozszyfrowałaby owe zapiski był ostatnio w napiętych relacjach i nie zamierzał łamać swoich postanowień, więc pozostało mu udręczanie się z tym w samotności. Aż do tej chwili.
— Wróciłeś do Anglii i uznałeś, że nie masz co robić w piątkowy wieczór, więc postanowiłeś odwiedzić najbardziej rozrywkowego czarodzieja jakiego znasz? — spytał w lżejszym tonie, ponownie spoglądając na swojego rozmówcę, a zawadiacki uśmiech zajął pół jego twarzy. — Fantastycznie, jestem akurat w nastroju do imprezowania — dodał, po czym zaciągnął się głęboko. Zaśmiał się też po chwili, przypominając, że nie odprawili Vasilowi stypy, może to rzeczywiście idealna okazja.
— Co cię do mnie sprowadza, Drew?




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kuchnia   25.03.17 15:13

-Jakbyś wiedział, to nawet użycie każdego z niewybaczalnych zaklęć nie dałoby Ci odpowiedniej zemsty.- uśmiechnął się w charakterystyczny sposób nie dając po sobie poznać, że właściwie to powiedział prawdę. Często obracał ją w żart, kiedy kwestie były bardzo delikatne, aby tylko być szczerym nie ponosząc przy tym odpowiednich dla czynu konsekwencji. Nie miał problemu z kłamstwami, generalnie prawił ich naprawdę wiele, ale dlaczego miał oszukiwać dobrego kolegę, którym był dla niego Ramsey? Współpracowali, na swój dziwaczny sposób sobie pomagali, zatem czerpał z ów znajomości wiele korzyści i nie chciał tego zaprzepaścić. Mała, skrywana tajemnica była jedynie kamizelką kuloodporną oraz przetargową kartą, kiedy miała nadejść odpowiednia pora. Zawsze był zapobiegawczy, nie ostrożny. Cały Drew.
Szkolne czasy były dla niego tematem tabu, do którego nie lubił wracać. Gardził pewnymi zasadami, które mimo przynależności oraz krwi osłabiały jego pozycję i nie wyobrażał sobie ponownie przechodzić tamtej wewnętrznej walki. Nie potrzebował popleczników, osłów chodzących za nim, jakoby miał przejąć władzę nad światem, ale szacunku, który w jego pracy był niezwykle ważny. Osoby nie mające za grosz uznania nie dostawały zleceń, a dokonywane przez nich odkrycia zawsze były tylko ‘skradzionym’ tropem. Jednak z drugiej strony sytuacja, z którą musiał się zmierzyć nadała kształt jego zainteresowaniom, umocniła charakter i mur indywidualności skrupulatnie otaczający jego emocje. Wszystko miało swoje drugie dno, a on z każdego takowego wyciągał jak najwięcej korzyści i satysfakcji. Dzięki temu stał się bezwzględny.
Podniósłszy brew upił łyk alkoholu z uwagi na jego słowa, ale nie odpowiedział skupiając swą uwagę na drobnych literach zapełniających stare pergaminy. Widział sporo dopisek o innym charakterze pisma, jakoby ktoś starał się uzupełnić tekst o swoje spostrzeżenia, ale dopiero po chwili zorientował się, że większość zakończona była znakiem zapytania.
-Wątpliwości, niejasności.- zaczął przeciągając ostatni wyraz, po czym usiadł naprzeciw Ramseya, a swego rodzaju kpina pojawiła się na jego twarzy. Nie był to wyraz złośliwości, raczej charakterystyczna cecha. -Nigdy nas nie opuszczą.- zastukał palcami w szkło bez konkretnego rytmu, przypuszczanie chcąc dać mu okazję pomyślunku nad wypowiedzianymi słowami. -Nawet my- wyjątkowi indywidualiści mamy okrutnego kompana przypominającego istną karmę. Nie ma w końcu nic gorszego niż niewiedza. Prawda Mulciber?- westchnął zamykając leżący przed nim skoroszyt uznając, że zbyt bardzo zaburzałby jego uwagę. Ciekawość zawsze była pierwszym stopniem do innego, rzekomo gorszego świata, a mimo to nie wzbudzała, choć odrobiny strachu w obu zasiadujących przy stole mężczyznach. -Marnowałbyś, gdyby historia zatoczyła koło, jednak sądząc po żyle buzującej na czole wraz z każdym spojrzeniem na manuskrypty, nic nie odkryłeś.- zwieńczył nie mając przecież pojęcia, że czarodziej posiadający tyle rosyjskiej krwi w swoich żyłach ledwo umiał się w ów języku przedstawić.
-Chcesz mi właśnie powiedzieć, że potrzebujesz słownika?- zaśmiał się ironicznie na jego słowa odnośnie zgnilizny i pokręcił głową, bo przyjął to jako lekki żart nie sądząc, że może być, aż tak źle. Chwyciwszy papierosa z paczki odpalił go i opadł na oparcie wysokiego krzesła zupełnie nie dbając o zasady dobrego wychowania. Czuł się jak u siebie. -Dowiedziałeś się czegoś istotnego? Wolałbym uniknąć kolejnych historii miłosnych wieńczonych głową na palu, toteż jeśli nie ma konieczności, abym to czytał pozwól mi zdać się na twoją intuicję.- nie spuszczał wzroku z jego twarzy wypuszczając dym z ust, aż w końcu się nim zachłysnął na kolejne słowa. Uderzywszy się kilkukrotnie w pierś i starając się odkaszlnąć, odzyskał swobodny oddech powracając spojrzeniem do jego oczu.
-Faktycznie twoja rozrywkowa natura mnie porywa. Nie wiem czy jestem w stanie ją udźwignąć. Ta kompozycja świateł, wygląd pomieszczenia, wykwintny barman- myślisz o konkurencji dla dziurawego kotła?- uniósł kącik ust pozwalając sobie na radosny uśmiech, bo w końcu czuł się swobodnie w jego towarzystwie. -Chęć ploteczek, stęskniłem się.- udał poważnego puszczając mu oczko z szelmowskim wyrazem twarzy ale na pewno towarzysz spostrzegł, że nie było w tym krzty prawdy. Macnair nigdy nie marnował czasu na głupoty.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   25.03.17 20:32

Jego słowa nie podniosły go na duchu i nie uspokoiły błądzących w tę i z powrotem myśli. Spojrzał na niego z niepokojem, szczerze pragnąc, by okazało się to jakimś żartem, podkreślającym jego specyficznie — podobnie jak i Mulcibera — poczucie humoru. Oscylowanie na granicy prawdy i kłamstwa było również jego częstą zagrywką, ale wynikało głównie z kapryśności jego natury. Zwykł wybierać drogę, która finalnie miała okazać się bardziej zaskakująca. Zawartość fałszu w jego działaniach miała drugorzędne znaczenie, przynajmniej dla niego. I to właśnie ta niepewność, którą wywołał Drew sprawiała, że patrzył długo w jego oczy, nie mrugając swoimi, ale i tak nie był w stanie z nich nic wyczytać. Pozostawało mu więc bycie ostrożnym i czujnym, choć lata temu, jeszcze w szkole, dogadywali się całkiem nieźle. Gdyby nie byli sobą, mogliby zostać przyjaciółmi, lojalnymi sobie kompanami, którzy dla wzajemnego dobra byliby w stanie skoczyć w płomienie. Rozumieli się przecież aż za dobrze, myśleli podobnym tokiem. Ale byli sobą, a to pomimo tych wszystkich podobieństw i względnych sympatii spuszczało między nich cienką zasłonę, utrzymującą lekki, zapobiegliwy dystans.
Słuchał go uważnie, kiedy mówił, przeciągał głoski w ten teatralny, śmieszny sposób. Ramsey nie miał wątpliwości, że pomimo swojego lekkiego i nonszalanckiego stylu bycia był potężnym czarodziejem, z którym wygranie pojedynku mogłoby mu sprawić trudność. Jego życiowe doświadczenia, nieugięty charakter, niezłomność i wewnętrzna siła w połączeniu ze zdobytą wiedzą od razu stawiały go w roli kogoś, kogo należało brać za sojusznika, nie wroga.
Nachylił się nad stół, opierając przedramionami o blat, kiedy mówił. Niewiedza, podobnie jak bezsilność były najbardziej znienawidzonymi i dziś jednocześnie najbardziej odległymi odczuciami jakie znał. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest wszechwiedzący i nigdy się taki nie stanie, ale za wszelką cenę próbował zdobyć jak największą ilość informacji, pojąć jak najwięcej sensacji, odkryć tajemnic i zdobyć umiejętności. Jego ambicja często zmuszała go do podjęcia decyzji, ale wybór zawsze okazywał się prosty. Wiedza ponad wszystko. Koszt nie miał znaczenia.
— Słuchaj, Drew-indywidualisto — zaczął, podrapawszy się po czole, gdzie miała znajdować się owa żyła, po czym przyłożył do ust papierosa, którym się zaciągnął w tej krótkiej pauzie. — Jako wróżbita przewiduję, że karma przypierdzieli ci w pysk zanim ja to zrobię— odparł ze spokojem, wypuszczając dym z ust i wskazał palcami, między którymi tlił się papieros w manuskrypt. — A teraz to tłumacz, o panie, znawco rosyjskiego.
Mógł się wydawać rozdrażniony, lecz wcale nie był, wręcz przeciwnie, towarzyszyło mu dziwne, stłumione rozbawienie. Chciał jedynie ukrócić bezsensowną wymianę uprzejmości pomiędzy nimi, ale nie miał wątpliwości, co do tego, że Drew właściwie zrozumie jego intencje. I niestety, miał rację. Choć w żyłach Mulcibera płynęła rosyjska krew nie znał języka w ogóle. Już nauka francuskiego przychodziła mu z trudem, był opornym uczniem dla wszystkiego, co uważał za zbędne i niepotrzebne. W Hogwarcie Borgia dbała o poprawę jego wymowy i względną płynność w podstawach, ale szybko znaleźli inny wspólny język. I chodziło w tym przypadku o degustację win. Słowa Drew brzmiały niczym zniewaga, więc w jego głowie ponownie rozpalił się dawno odkładany na później pomysł przyswojenia języka, który powinien być mu od zawsze bliski.
— Po co mi słownik, skoro teraz mam ciebie— zauważył, wskazując w niego palcem. — Może łaskawie podzielisz się ze mną rewelacjami ze wschodu. Mam nadzieję, że wycieczki były równie interesujące co niebezpieczne i poza niezwykłymi artefaktami przywiozłeś stamtąd niezwykłą wiedzę, która poprawi mi humor — jakby wyłącznie o humor chodziło, a nie o jego jestestwo i dobro rodu Mulciberów, których na wyspach było ledwie kilku, a on jako prawdopodobnie jedyny na tę chwilę mógł przedłużyć ród w tym miejscu.— Bo o ile sobie przypominam to ty miałeś czegoś się dowiedzieć — przypomniał mu z szerokim uśmiechem, zbierajac na kupę wszystkie pergaminy. Jeżeli nie zamierzał wejść w rolę uprzejmego tłumacza, nie było powodu, aby zagłębiał się w dzieje Mulciberów.
— Miłosne historie, kończące się wbijaniem na pal, dla mnie bomba — powiedział z większym entuzjazmem, uśmiechając się szerzej na samo brzmienie tego prologu. Pochylił się w jego stronę, wyczekując niezwykłych bajek, ale nim miał szanse cokolwiek usłyszeć, Drew doświadczył kłopotów z oddychaniem. Prawie się tym zmartwił. Patrzył na jego zmagania beznamiętnie, bowiem nie potrafił magii leczniczej, a od czuwania nad jego własnym oddechem była niezastąpiona Cassandra, więc gdyby tylko problemy Drew okazałyby się poważne, zmarłoby mu się na tym krześle. Na szczęście miał niebywałe poczucie humoru.— Jestem duszą towarzystwa, nieposkromionym zdobywcą parkietów i królem prywateka propos towarzyskich spotkań, przypomniał sobie o nadchodzącym obiedzie u Lovegoodów. — Dziurawy kocioł ostatnio był naprawdę dziurawy — zaznaczył, posyłając mu porozumiewawcze spojrzenie, ale jeśli Drew nie było w kraju nie mógł o tym słyszeć. — Poza tym to nie jest odpowiednie miejsce, nie chciałbym żebyś zarzygał moją drewnianą podłogę— stwierdził śmiertelnie poważnie, odchylając się na krześle w tył. Pokręcił głową, spoglądając gdzieś w bok, a ciszę pomiędzy nimi przerwał teatralnym westchnięciem. — Ploteczek...
Przez dłuższą chwilę milczał, błądząc wzrokiem po własnej kuchni, próbując wybić sobie z głowy fakt, że sam też odwiedzał różne osoby w celu wymiany ploteczek. W myślach szukał czegoś interesującego z przełomu ostatnich miesięcy, bo gdyby brał pod uwagę ostatnie lata i ilość nagromadzonych informacji, również tych nieistotnych, które spychał gdzieś w odmęty podświadomości, zajęłoby mu to dobrą godzinę.
W końcu jednak przybrał odpowiednią minę i powrócił to opierania się łokciami o stół. Zaciągnął się papierosem i spojrzał na Drew, starając się, aby jego ton głosu brzmiał wystarczająco plotkarsko. — Caesar Lestrange którego znasz ze szkoły przecież — zaginął kilka miesięcy temu i pozostawił słodkie Wenus które mogłoby być twoim ulubionym domem publicznym, gdybyś nie opuścił Anglii — kompletnie bez opieki. I moja cudowna Giovanna musi zmagać się z interesem sama. — Drew na pewno odnalazłby się w towarzystwie pięknych kobiet z Wenus, może powinien go tam kiedyś zaprowadzić.
Zaciągnął się po raz ostatni, unosząc brwi wyczekująco, a szeroki, sardoniczny uśmiech błyskawicznie wykrzywił jego twarz. Czy o to mu chodziło?




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kuchnia   27.03.17 4:04

Wzrok Mulcibera nie spowodował u niego wewnętrznego paraliżu, choć zapewne większość istot momentalnie padłaby na zawał. Z jego oczu niewiele można było wyczytać, ale domyślał się, że dokładnie analizował wcześniej wypowiedziane słowa i ważył ich wartość. Był godnym przeciwnikiem z idealnie ukształtowaną maską na swej twarzy, co utrudniało przewidzenie kolejnych ruchów oraz działań i skutecznie wprowadzało w błąd. Szaleńcza, sadystyczna natura była już tylko wisienką na torcie, której miał okazję skosztować każdy kto zaszedł mu za skórę. Drew nie planował dołączyć do ów grona i choć miał świadomość prawdy, która w końcu musiała ujrzeć światło dzienne, to póki co nie miał powodu użycia najsilniejszej ze swoich kart.
W innym życiu zapewne byliby dobrymi kumplami i przyjaciółmi, którzy piątkowe wieczory spędzali w nocnych klubach wśród tłumu pięknych kobiet. Pili najdroższy alkohol prześcigając w miłosnym rankingu i oglądali Mistrzostwa Świata w Quidditchu z workiem galeonów dla zwycięskiego zakładu. Mieli emocje, potrafili współczuć tudzież bezinteresownie pomagać i dbać o siebie wzajemnie jakoby  byli braćmi. Jednak rzeczywistość była zupełnie odwrotna zważywszy na ich czarne charaktery, historię oraz priorytety, co skutkowało wzajemnym szacunkiem i chęcią współpracy, a nie emocjonalną więzią. Obydwoje mieli ów świadomość, dzięki czemu żaden nie mógł czuć się oszukany.
Macnair wychodził z założenia, iż nawet największy talent nie jest w stanie pokonać wybitnie oczytanego czarodzieja mającego pojęcie na wiele tematów. Wiedza była nieodłącznym elementem jego codzienności, gdyż bez zgłębiania się w nią nigdy nie udałoby mu się znaleźć nawet bezwartościowego artefaktu. Mnóstwo czasu spędzał nad kształtowaniem własnych umiejętności oraz poznawaniem starożytnych języków i run, które umożliwiały mu dalsze podróże w coraz mroczniejsze miejsca. Cała historia świata spisana była na kartkach setek ksiąg kryjących w sobie nie tylko wiedzę, ale i wskazówki dla tych umiejących czytać między wierszami, co stanowiło swego rodzaju wyjątkowy przewodnik po narodowych bogactwach.  Szanował ludzi podzielających jego zdanie oraz zapał, stąd towarzystwo Ramseya nie budziło w nim demona pragnącego jedynie śmierci zidiociałego rozmówcy.
Uniósł brew, a jego warga zadrżała w kpiącym uśmieszku, gdy wspomniał o karmie. Nie ukrywał faktu, że rozbawiło go to stwierdzenie. -Twój prawy sierpowy jest równie mocny, co kremowe piwo.- rzucił w odwecie, by po chwili ponownie zaciągnąć się papierosem. Często żartowali prześcigając się w ripostach, ponieważ to samo poczucie humoru pozwalało choć na moment wyłączyć wszelkie hamulce. Bywali naprawdę chamscy mocno sobie dogryzając, ale nigdy nie spowodowało to chęci strzelenia rozmówcy w twarz, czy zgaszenia na jego czole żarzącej się jeszcze fajki. Pływali po tych samych wodach, grali do tej samej bramki i nadawali na identycznej częstotliwości, więc wzajemne towarzystwo nigdy nie było tylko przykrym obowiązkiem.
Rzuciwszy spojrzenie we wskazanym przez niego kierunku pokiwał przeciągle głową robiąc przy tym znudzoną minę. -Nie stać Cię na takiego tłumacza Mulciber. Musiałbyś sprzedać swoją najnowszą kolekcję skarpet i zadbać, żeby jakiś frajer uwierzył, że nosiłeś je tylko na stopach.- wzruszył bezradnie ramionami rozkładając przy tym szerzej ręce i westchnął dając mu do zrozumienia, iż mówił naprawdę poważnie. -Chciałbym to zobaczyć. Bawiłbym się lepiej jak podczas morderstwa brudnej szlamy.- uśmiechnął się złowieszczo, bo choć nigdy sam nie zabił to wielokrotnie był powodem odejścia ludzi do drugiego świata. Wiedział, że Ramsey podzielał jego zdanie odnośnie czystości krwi i puszczania się czarodziejów z mugolami, także nie miał żadnych oporów do wypowiedzenia owych słów.
Drew dobrze władał rosyjskim, choć nie miał korzeni w tamtym rejonie świata. Był mu on niezbędny podczas pracy i licznych podróży, albowiem większość obywateli ów kraju nie władało angielskim. Mówił oraz czytał płynnie natomiast podczas pisania łapał się często na prostych błędach gramatycznych, czy braku niezbędnego słowa. Rzadko jednak zdarzało mu się przelewać myśli na papier w nieojczystym języku, więc mus składania liter po rosyjsku pozostawał tylko w chwili wysyłania sowy we wschodnie strony. -Czyżby rosyjski nie lorda Mulcibera opiewał o liczenie do dziesięciu? Wstyd.- zaśmiał się pod nosem mówiąc dokładnie to co myślał. Nie należał do osób gryzących się w język, co często skutkowało awanturami i niechlubnymi oskarżeniami o buractwo oraz chamstwo. Było mu to obojętne. -Daj to.- zasugerował chwytając między palce jeden z pergaminów i przysuwając go do siebie objął tekst wzrokiem. Dym tytoniowy wypełnił jego usta oraz płuca jeszcze nim zaczął czytać. -Lord Sasza niezadowolony był z wyboru twojego imienia. Uważał, że znał się lepiej na obecnych trendach niżeli twój drugi tata.- zacisnął wargi jakby przeczytał coś naprawdę poruszającego i chwyciwszy w wolną dłoń szkło upił sporego łyka. -Już wiem dlaczego nie chwaliłeś się nigdy rodziną, dwóch ojców to istna patologia. Nie boisz się, że odziedziczyłeś ich skłonności? To by wyjaśniało z jakiego powodu tak dziwnie się na mnie patrzysz.- spojrzał na Ramseya czując, że zaraz ten chwyci za różdżkę i wpakuje mu do ust trochę ślimaków, żeby choć na chwilę się zamknął.
-Moje wymiociny podniosłyby wartość tego parkietu.- uśmiechnął się szelmowsko w oczekiwaniu na ripostę. -I może w końcu zmusiłyby Cię do tego żebyś tu posprzątał.- ściągnął brwi rozglądając się po kuchni, która emanowała faktem, iż rządził w niej jedynie samiec. Sam nie musiał martwić się o bałagan, bo Ana miała bzika na tym punkcie. Nie planował jednak mówić tego głośno toteż jedynie kpiąco się uśmiechnął na myśl, że kiedyś sprawi mu naprawdę idealny gwiazdkowy prezent. Choć bardziej kuszące były walentynki.
Chciałby podzielić się nowymi rewelacjami ze wschodu, jednak niestety takich było niewiele i co gorsza w większości historii miała udział jedna z jego ofiar. Ana towarzyszyła mu w wyprawach i choć nie koniecznie było mu to na rękę to lubił wykorzystywać jej dar do własnych celów. Z resztą w końcu mogła mu się na coś przydać i w jakiś sposób odwdzięczyć za dach nad głową, czy uratowanie życia. Drobnostka. -Ciągle dowiaduje się nowych rzeczy i wydaje mi się, że złapałem pewien trop odnośnie ciekawego artefaktu. Jednak nim wyruszę w poszukiwania to muszę dowiedzieć się jaka klątwa go strzeże, bo nieśpieszno mi na spotkanie z Mojrami i ich nożyczkami.- skwitował zgodnie z prawdą, bo nigdy nie ukrywał, że lubił własne, egoistyczne życie i nie chciał szybko z niego rezygnować. -Sprawdziłem też ostatnie plotki o Mulciberach.- dodał po chwili, a następnie zamoczył wargi w ognistej. Zdawał sobie sprawę, że dla Ramseya to najważniejsza kwestia związana z jego wizytą, więc nie chciał trzymać go dłużej w niepewności. Wsunąwszy dłoń w kieszeń spodni wyciągnął niewielkich rozmiarów  starą, srebrną zawieszkę, na której można było dostrzec jego rodowy herb. -Wilk stojący na tylnych łapach. Kobiety z głowami niedźwiedzi. Przypomina Ci to coś?- spytał podając mu część biżuterii i ponownie oparł się o oparcie krzesła. Znalazł to w jednym z barów na Syberii, gdzie zapewne nieświadomie ktoś użył jej jako ozdoby pustej butelki po wiekowej whisky. Krążyło wiele plotek oraz mitów odnośnie korzeni Ramseya i wiele z nich kierowało na mroźne tereny, dlatego też pojechał tam, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.
Caesar zaginął?- przechylił głowę w zastanowieniu, bo nie miał o tym pojęcia. W zasadzie nie obchodziło go to w ogóle, bo gość był mu praktycznie obcy, ale niecodziennym było, aby czarodziej czystej krwi znikał bez śladu. Na wzmiankę o Wenus uśmiechnął się szubrawo, bo choć nie korzystał z usług domów publicznych to widok pięknych kobiet zawsze aprobował. -Sugerujesz coś?- zapytał, gdy ten dokończył wypowiedź. Oparłszy łokcie o stół chwycił kolejnego papierosa i nie spuszczając wzroku z towarzysza zapalił go rozkoszując się śnieżnobiałym dymem. -Powinieneś zrobić w końcu coś szalonego i wyjść z domu na przykład.- odchrząknął zaraz po wypowiedzi i zaśmiał się kpiąco wiedząc, że Ramsey doskonale zrozumiał puentę.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend


Ostatnio zmieniony przez Drew Macnair dnia 01.04.17 1:03, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   30.03.17 21:14

Wiedza była kluczem do wszystkich drzwi. Wiedza była potęgą. Wiedza pozwalała na zwycięstwo, władzę, prestiż, worek z monetami. Wiedza była wszystkim, czego tacy jak oni dwaj mogli pragnąć, jeśli trafiała w odpowiednie ręce. Nie chodziło wyłącznie o ilość posiadanych, tudzież przeczytanych ksiąg, choć niewątpliwie to, co w sobie zawierały wzbogacały umysł każdego czarodzieja. Prawdziwa wiedza była ulotna jak chwila i jednocześnie trwała jak marmur. Wymykała się między palcami, przeciekała jak rozlane skrzacie wino, formowała się w coś trudnego do identyfikacji. Była przekazywana z ucha do ucha, w ciemnych uliczkach przez szemranych typów. Była przekazywana z pokolenia na pokolenie, wraz z bagażem doświadczeń seniorów rodów, była bólem i cierpieniem uzyskanym z biegiem lat, była kwintesencją popełnionych błędów i odniesionych sukcesów. Wskazywała życiową drogę, jak gwiazdy na niebie, północ i południe. Naprawiała to, co zepsute, umożliwiała samodoskonalenie i dążenie do niedoścignionych ideałów.
Drew rozumiał to doskonale. Choć pod wieloma względami byli podobni, w wielu się różnili. Stale i niezmiennie łączyło ich jednak dążenie do posiadania wiedzy, która otworzy wszystkie drzwi, na które patrzyli, o których choćby myśleli. Właśnie dlatego był człowiekiem, który rozumiał go bez słów, wyprzedzał często tok jego myślenia, odpowiadał na pytania, których jeszcze nie zdołał zadać, stając się tym samym potencjalnym wrogiem, kimś przed kim należało strzec się jeszcze dokładniej. Zbiezność celów i zainteresowań pchała ich w jednym kierunku, ale uciekający czas, może nawet społeczne upośledzenie Mulcibera uniemożliwiało im złożenie braterskiego zaprzysiężenia przyjaźni, lojalności, która łączyłaby ich interesy na stałe. Byli indywidualistami o podobnych aspiracjach, czasem sposobach działania. Doskonale zgrywali się na krótką chwilę, bo długotrwałe obcowanie groziło kataklizmem.
Ramsey, patrząc na niego, widział czarodzieja, który mógłby mu zaszkodzić, ale był bardzo wartościowym sprzymierzeńcem. Jego wiedza była nieoceniona, a zdolności imponujące. O wiele łatwiej byłoby im w świecie szczerych przekonań i przyjacielskich rozwiązań, gdzie darzyliby się wielkim zaufaniem, ich sen byłby spokojny, a świadomość, że posiadali plecy jedynie utwierdzałaby ich w posiadanej sile. Ale to nie był ten świat, nie ten czas, nie ta rzeczywistość.
— Jeśli kremowe piwo wystarczy na knockout, to wolę nie myśleć, co cię spotka po wypiciu tej szklanki — powiedział, a długo chowany entuzjazm w końcu się ujawnił. Zmęczenie, które mu doskwierało i ciężkość nagromadzonych myśli uleciały gdzieś w eter, poprawiając znacznie nastrój. Może to ognista, która rozrzedzała jego krew. Może to papierosowy dym, którego smak wciąż czuł na podniebieniu. Bezwzględny morderca kubków smakowych. Do czego, na brodę Merlina, miałby mu być smak.
— Nie stać mnie na zwłokę, Drew. Nie jesteś droższy niż dziwki w Wenus — mruknął, unosząc brwi w wyrazie pewnej oczywistości. Ze znalezieniem tłumacza języka rosyjskiego nie miałby większego problemu, wystarczyło wysłać jeden list do ojca lub jednej z kuzynek, które z przyjemnością zaangażowałyby się w zadanie, przy okazji ucząc historii własnego rodu. — Nie masz pojęcia, gdzie je nosiłem — mruknął jeszcze z rozbawieniem, zaciągając się papierosem powoli i głęboko. Kto avadą wojuje od avady ginie, jak głosiło przysłowie. Dla psychiki Drew byłoby lepiej, gdyby nie wyobrażał sobie nic więcej i nie ciągnął tego tematu.
Patrzył na niego przez chwilę, jakby zamierzał zweryfikować jego prawdomówność. W gruncie rzeczy nie wątpił ani w jego umiejętności, ani ciekawość. Spędziwszy w Rosji tyle czasu musiał być tym tematem przynajmniej częściowo zainteresowany, a przynajmniej Mulciber na jego miejscu by był, pragnąc o swoich wrogach i sojusznikach dowiedzieć się jak najwięcej, tym bardziej jeśli miał obracać się latami na obszarze ich przodków. Nie skomentował jego przytyku dotyczącego znajomości rosyjskiego. Wprawdzie słyszał, że coś mówił, lecz puścił tę uwagę mimo uszu, spozierając z manuskryptów na niego i odwrotnie. W końcu sięgnął do nich ręką i przesunął je w jego stronę. Oczywiście to był podarek od Rity, chciał mieć go na oku, mając pewność, że przypadkiem nie spłonie. Pochylił się nad stołem, wyczekując jakiejś sensownej informacji. Przez chwilę poczuł nawet lekkie ukłucie zniecierpliwienia — czy Drew nie mógł przeanalizować tego szybciej i podzielić się z nim tymi rewelacjami? Zamiast tego usłyszał coś, co sprawiło, ze mrugnął po raz pierwszy od dłuższego czasu. Co?
Zaśmiał się głośno, odchylając do tyłu.
— Powinienem cię nienawidzić — odparł, powstrzymując w końcu śmiech i dolał sobie ognistej, gdy w jego szklance zaświeciło dno. Spoważniał nieco, bo historia jego rodziny, ta konkretna historia jego własnej rodziny należała do tematów, których nigdy z nikim nie poruszał i nic nie wskazywało na to, aby miało się coś zmienić. Upił więc łyk trunku i westchnął głośno, z niewysłowionym zawodem. — Dziwnie się na ciebie patrzę, bo jesteś brzydki, a ja nie lubię się otaczać brzydkimi ludźmi.
Pewnie z obiektywnego punktu widzenia Drew był przystojnym mężczyzną i kobiety chętnie się za nim oglądały, nawet te, którym nie wypadało w ogóle na niego spojrzeć, ale kompletnie nie był w typie Mulcibera. Posłał mu niewinny uśmiech, wzruszył ramionami, nawet się nie zastanawiając nad tym, czy jego słowa odnoszą się w jakikolwiek sposób do prawdy. Nie zwykł porównywać siebie z kimkolwiek, więc ocena innych samców pod tym kątem nigdy nie zaistniała nawet na horyzoncie jego zajęć. Mógł mu tylko życzyć jak najwięcej udanych podbojów, byle daleko.
— Przecież jest czysto — odparł z prawdziwym wyrzutem. Zranił go. Zranił go na wskroś, wskazujac, że jego mieszkanie jest brudne. Może od dawna nie używał żadnych zaklęć sprzątających, ale przynajmniej książki nie walały się po podłodze, Drew siedział na czystym krześle (chyba) i nic nie kleiło się do butów. W tym miejscu zawsze brakowało kobiecej ręki. — Ale jeśli uważasz inaczej... śmiało. — Wskazał ręką na kuchnię, proponując mu posprzątanie jej. Nawet jeśli wymagało to użycia jednego zaklęcia, Ramsey lubił swój nieład i wszystko w nim potrafił znaleźć. Każda rzecz była pod ręką, pragmatyzm liczył się najbardziej.
W końcu przeszedł do rzeczy, dzieląc się z nim nowinkami na temat podróży. Nie zamierzał mu w tym przerywać, był równie zainteresowany efektami jego wypraw. Zmrużył nieco oczy, w skupieniu przysłuchując się jego słowom, a kiedy wyciągnął to coś, jego oczy błysnęły. Błyskawicznie rozpoznał wzór. Widział to samo w herbie Mulciberów na jednym z pergaminów, które leżały na stole. Chwycił metalową blaszkę i obrócił ją w palcach, analizując każdy szczegół, zabrudzenie, zagięcie rysę. Wszystko, co udało mu się dostrzec, ale Drew szybko streścił mu historię znaleziska.
Uśmiechnął się. Bo czemu by nie.
— Tak, to jest... — nie dokończył. Uniósł na niego wzrok i skinął głową, w ramach niemego podziękowania. — Wyjść z domu? Czyżbyś chciał, bym oprowadził cię po mieście i pokazał największe atrakcje dzisiejszego Londynu? — spytał niewinnie, w podobnym tonie do Drew, wciąż oglądając prezent.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kuchnia   01.04.17 3:04

Wiedza była czymś nieopisanym. Słowa były jej częścią podobnie jak każda jednostka i cały otaczający ją świat. Nie było osób wiedzących wszystko, a Ci którzy byli na tyle głupi, aby uważać inaczej stawiając siebie w świetle chwały, ginęli najszybciej. Proste równanie.
-Będziesz musiał zostać moim rycerzem na białym smoku, który bezpiecznie doprowadzi mnie do łóżka.- zastygł w pewnej powadze, ale ów sztuka nie sprawdziła się na dłuższą metę toteż jego wargi wygięły się w ironicznym wyrazie. Pewną ulgą było, że Ramsey nie miał w sobie żadnego pierwiastka człowieczeństwa, albowiem jeśli faktycznie coś by się stało to zostawiłby go prędzej na ziemi, jak odprawił na Nokturn. Drew miał świadomość, iż miejsce jego zamieszkania musiało zostać tematem tabu z uwagi na sytuację, więc mając pod plecami jedynie twardą podłogę nawet by się nie obraził. Kto wie, może przyrządziłby jeszcze śniadanie? Beznadziejnie gotował, ale w tym przypadku byłby to wielki atut – szczególnie podczas wypowiedzenia smacznego.
Zaśmiał się szyderczo pod nosem, gdy ten uraczył go jakże miłym porównaniem i po chwili przysunął się do krawędzi krzesła, aby móc oprzeć łokcie na stole. Patrzył na niego przenikliwym wzrokiem i choć cisnęło mu się na język milion ripost to starał się odnaleźć tą jedną, uderzającą w sedno. Z resztą wymowna cisza była w tej sytuacji jeszcze bardziej przejrzysta niż wszystko inne. -Wcale się im nie dziwię, że za seks z tobą żądają całego worka galeonów. W końcu w tym zawodzie trudno o nieprzyjemności, a ty niestety…- spojrzał na niego z wymalowanym smutkiem na twarzy. -Jesteś jedną z nich. To przykre, że dziwki przez ciebie przestają lubić swój zawód.- wzruszył ramionami nachylając się nieco bardziej w stronę blatu, na którym widać było coraz więcej spalonego tytoniu. Faktycznie Ramsey miał rację w kwestii tego, że nie chciał sobie wyobrażać skarpetek na różnych częściach jego ciała, a tym bardziej ciągnąć ów tematu. Jasnowidz jakich mało!
Drew nie należał do osób, które wnikały w historie rodziny tudzież interesy wrogów, albowiem był zbyt zajęty dążeniem do własnych celów. Jeśli jakiś wszedł mu w drogę to za wszelką cenę starał się go pozbyć nie musząc przy tym respektować rodzinnej przeszłości. Oczywiście jeśli jakiekolwiek nazwisko pojawiało się na skoroszytach będących częścią obranego tropu to próbował dowiedzieć się na jego temat wszystkiego. Każda informacja mogła mieć kluczowe znaczenie dla ogółu, bądź zawierać niezbędną wskazówkę, także nie lubił pomijać chociażby rzekomo nic nie wartych szczegółów. Był dokładny i konsekwentny w swoich działaniach, a mimo to zdarzało mu się popełniać błędy, do których oczywiście nawet z różdżką przytkniętą do gardła by się nie przyznał.
Historia miejsc, w których przebywał podczas podróży była mu znana na wylot, ponieważ był to jeden z pierwszych elementów spędzających sen z powiek. Był zdania, iż każdy respektujący swój zawód poszukiwacz winien znać przeszłość terenów, a przede wszystkim ludzi tam mieszkających, gdyż to było podstawą skutecznej misji. Przebywał ogrom czasu w lokalnych barach nie z uwagi na swoje uzależnienie od whisky, ale przez wgląd na długość języków osób pod wpływem. Nikt nie znał większej ilości plotek, ciekawostek i legend, co miejscowi. Wielokrotnie właśnie dzięki temu dzierżył w dłoni nowy artefakt, bądź manuskrypt mający ogromną wartość dla zainteresowanych jego treścią.
Ród Mulciberów nie cieszył się na zimnych terenach dobrą sławą, co właściwie nie było szczególnym zaskoczeniem. Wystarczyło spojrzeć na Ramseya – jego mocne rysy, cyniczny wyraz twarzy i aura rozsiewanego mroku, jakoby w jego towarzystwie ciągle panowała noc. Tutaj nie chodziło o kwestię sympatii, ale towarzyskiego wycofania i dosłownego społecznego upośledzenia, na który nie cierpiał tylko on, lecz cała jego rodzina. Korzeni nie można było wyplewić i zasiać nowych, więc nawet gdy wychowywał go ktoś inny to w żyłach nadal płynęła ta sama krew, organizm posiadał te same geny. Historia została napisana i nie można było jej oszukać.
-Przecież ty nie masz uczuć, więc jakim cudem miałaby ci doskwierać nienawiść? Z definicji ów słowa?- zaśmiał się pod nosem znając go już szmat czasu i mając świadomość, że emocje zawsze były dla niego kwestią sporną, obcą. Nie negował jednak ów uwagi, bo nie dało się ukryć, że lubił jego towarzystwo – nawet można było  odważyć się na stwierdzenie, że prawdopodobnie byłby w stanie zmarnować chwilę na towarzyskie spotkanie przy ognistej. Ramsey na swój psychodeliczny sposób go rozumiał i popierał w działaniach, co bardzo szanował i cenił. Mieli podobne cele, wizje i stawiali wiedzę na pierwszym miejscu wraz z potęgą, która była jej niewypowiedzianym głośno synonimem. Gdyby nie wewnętrzny indywidualizm z pewnością tworzyliby zgrany duet. -Mam lepsze zajęcia niżeli spoglądanie w lustro przez kilkanaście godzin w celu ułożenia grzywki pod odpowiednim kątem, Mulciber.- uniósł brew kręcąc głową z niedowierzaniem w kwestii jego głupoty, a następnie dopił do dna whisky i podsunął mu szkło z banalnego powodu. -Jednak już wiem dlaczego w ogóle ich nie masz. W końcu nie lubisz otaczać się brzydkimi ludźmi.- dodał rozejrzawszy się dość wymownie po mieszkaniu licząc, że zrozumiał kolejny przytyk. Obydwoje byli nader nadęci, pewni siebie i egoistyczni, aby mieć jakiekolwiek kompleksy.
Widział jego wzrok, kiedy obracał w palcach niewielkich rozmiarów, rodzinną pamiątkę. Zrozumiał wtedy jak trudna dla niego musi być historia, której nigdy nie dane było mu poznać. Spędzał dzieciństwo w kłamstwie, którego nogi okazały się jednak zbyt krótkie, a upadek nader silny, żeby nie pozostawił blizn. W jednym momencie stracił poczucie przynależności, co było niczym obdarcie ze skóry – dosłowne obnażenie wszelkiej prywatności i wspomnień. Lawirowanie między prawdą i fałszem nie mogło skończyć się dobrze, a on był tego najlepszym przykładem. Trzymane pod kluczem emocje, wewnętrzna pustka i bezwzględność w swoich działaniach. Drew go rozumiał, przynajmniej tak sądził.
-Mulciberowie zasiedlali Syberię, to już ustaliliśmy. Słyszałem plotki o jakimś więzieniu, lecz nie wiem na ile są prawdziwe. Szczerze powiedziawszy Rosjanie niechętnie mówią na temat twojej rodziny poza tym, że wygnano ich z uwagi na wierność innej dynastii niż tej panującej i zawsze kwitują ów uwagę szerokim uśmiechem. Strzegliście mocno niewygodnej historii albo ktoś postarał się o to, by dla osoby postronnej znalezienie czegokolwiek graniczyło z niemożliwym.- zamilkł na moment, bo choć miał jeszcze pewne informacje to wolał w pierwszej kolejności sprawdzić ich autentyczność. -Uważam, że wycieczka w tamte rejony to dobry pomysł.- spojrzał na niego wykrzywiając wargi w cwanym wyrazie, a jego oczy rozbłysły. -Podszkolisz język.- dodał dając mu tym samym do zrozumienia, iż mogą wybrać się razem. Nie potrzebował kompana, ale jeśli ktoś tak pilnie strzegł przeszłości to w pewnym momencie mogło dojść do starcia, a wtedy zdecydowanie lepszym pomysłem byłby duet.
-Czuję, że ta wycieczka skończy się szybciej niżeli zacznie, bo zaprowadzisz mnie do Venus. Największa i najpiękniejsza atrakcja, prawda?- pokręcił głową radośnie, bo nie dało się ukryć, że poniekąd miał rację.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   06.04.17 21:12

Skrzywił się mimochodem, nie mogąc dłużej ukrywać, że te żarty są mu nie w smak. Dobrze się dogadywali... te dziesięć, piętnaście lat wcześniej i wszystko wskazywało na to, że nic się nie zmieniło. Teraz jednak byli nieco starsi, niekoniecznie dojrzalsi, a ich poczucie humoru bardziej brutalne. Ale świadomość, że wciąż balansują na granicy kiepskiego dowcipu chroniła go przed mdłościami i myślą o tym jak paskudnie byłoby, gdyby to było prawdą. Ze strony Macnaira, o siebie się nie obawiał. Mimo temperamentu Drew, niebywałej inteligencji, błyskotliwości i zaradności, wolał kobiety.
Nie skomentował w żaden sposób jego słów. Spojrzał na niego z grymasem, nieudolnie odwzajemniając ironiczny wyraz. Szybko jednak pozbył się nieprzyjemnego widma, a także nieco teatralnego wyrazu niezadowolenia. Jego kolejna uwaga była zabawna i spowodowała, że na twarzy Mulcibera wykwitł szeroki uśmiech, bliski stwierdzeniu "od ucha do ucha".
— Uwielbiam sprawiać przykrość. Jestem jedną wielką chodząca nieprzyjemnością. — Uniósł szklankę w niemym geście toastu i nim Drew cokolwiek odpowiedział stuknął się z jego szkłem, by wypić za swoje, ich zdrowie. Za spotkanie po latach i jak zwykle bezbłędną ocenę samych siebie. Któż mógł lepiej połechtać jego echo niż człowiek pokroju Drew, choć szczerze wątpił, by ten wiedział do czego był gotów się posunąć i co uczynić drugiemu czarodziejowi zupełnie bez powodu. W szkole znali się dobrze, choć żaden z nich nie zdradzał sekretów temu drugiemu. Jeśli o nich wiedzieli to tylko dzięki swoim zdolnościom czytania siebie nawzajem. Minęło jednak wiele lat od tamtej pory, zginęło wiele ludzi, zniszczonych zostało wiele rodzin, spłonęło kilka domów. Choć Ramsey wiedział, że ludzie się nie zmieniają, a jedynie ich priorytety nie mógł mieć pełnej pewności co do swojego towarzysza.
— Dlaczego nie pozwolisz mi być po prostu człowiekiem? — spytał, chmurniejąc momentalnie. Westchnął ciężko i wbił wzrok w blat. Nigdy nie miał większych trudności z gwałtowną zmianą wyrażanych emocji i choć ich nie czuł, dlaczego miałby ich nie używać? —  Chcę nienawidzić, czuć pasję... To musi być...doprawdy, intrygujące doświadczenie — mruknął smętnie na moment wykrzywiając usta ponuro, by za chwilę wybuchnąć śmiechem. Drew zdawał się go rozumieć i dobrze odczytywać pokrętne intencje, przynajmniej tak długo, póki Mulciber nie próbował ich ukryć. Mogli iść łeb w łeb, dokonując podobnych wyborów i choć był tak inny od Tristana, który kiedyś był dla niego jak młodszy brat, nie oponował.
Na jego wspomnienie o lustrze, Ramsey pokiwał głową na znak wielkiego prawdopodobieństwa, ale przecież słowa te dalekie były od prawdy. Nie spoglądał w lustro częściej niż musiał się ogolić, a i o tym zapominał. jego naturalna pewność siebie nie miała wiele wspólnego z wyglądem, tak naprawdę nie przepadał za swym własnym odbiciem w lustrze, widząc w nim groteskę wobec własnego intelektu i bezwzględności, która powodowała gnicie od środka. Nie obchodziło go jednak zdanie innych, nie dokuczały mu uszczypliwości. Potrafił korzystać ze wszystkiego co miał i umiał, bez wyjątku, robiąc z tego najlepszy pożytek.
— Przemawia przez ciebie zazdrość — odparł z fałszymym niesmakiem, litościwie spoglądając na niego wzrokiem. Otaksował go raz i drugi, jakby zamierzał mu coś zasugerować i w ostatniej chwili ugryzł się w język. W końcu jednak spoważniał, wziął głęboki wdech, a na jego twarzy nie pozostał cień rozbawienia. Dolał Drew alkoholu, butelka była w połowie pusta — ich tempo wskazywało na to, że szybko sięgną po następną, chociaż Mulciber wolał zachować przy tym człowieku w miarę trzeźwy umysł. Nie wiedział czegóż sie po nim spodziewać, nie mógł z wiadomych przyczyn zawierzyć jego słowom, chociaż intuicja nie alarmowała go w żaden sposób. Macnair był jednak równie bystry, co przebiegły, więc był w stanie doskonale ukrywać drugie dno tego spotkania.
Drew był świadkiem jego historii. Był w pobliżu, kiedy tracił grunt pod nogami, kiedy na moment stracił kontrolę nad własnym życiem. To dawało mu przywilej zagłębiania się w tę historię, ale jednocześnie czyniło go człowiekiem, którego zlekceważenie byłoby potwornym błędem. Wiedział dużo, a przcież obaj zawsze dążyli do tego, by wiedzieć jak najwięcej i potrafić to odpowiednio wykorzystać.
Oglądał coś, co winno być rodzinną pamiątką. Coś co dla niego samego nie miało żadnego znaczenia, nie wzbudzało w nim ani odczuć, ani wspomnień, ale być może Vitalij uśmiechnie się na widok emblematu. Dla niego był niebywały względem odtwarzanej historii rodziny, uczenia się jej na nowo, od podstaw. Był dowodem na to, że legendy były prawdziwe i nie stanowiły wymysłu chorej, pełnej zawiści wyobraźni.
Uniósł na niego wzrok, obracając w palcach przedmiot. Kiwnął głową na znak potwierdzenia. I jego ojciec wspominał o Syberii. Wysłuchał słów Drew uważnie i choć pozornie niewiele informacji ze sobą przyniósł, dla Ramseya był to cały zbiór wiadomości pisanych pomiędzy wierszami. Tym bardziej Macnair zasługiwał na jego szacunek.
W końcu znieruchomiał na chwilę, uśmiechając się leniwie. Wycieczka w głąb dalekiej, mroźnej Rosji była doskonałym pomysłem.
— Doskonały pomysł — odparł bez wahania, unosząc szklankę, by upić z niej w końcu łyk. Męska wycieczka, wspólne interesy mogły przynieść im wiele korzyści, ale życie Mulcibera wymagało przetasowania i szybkiego dostosowania do nowych planów. — Potrzebuję ledwie kilku dni — zapowiedział od razu, wyrażając zainteresowanie propozycją. — Ale... opowiedz mi, przyjacielu, co jeszcze ciekawego znalazłeś w dalekich krajach. Przecież nie zajmowałeś się jedynie moją historią. — Znalazłeś artefakty wynagradzające trud i poświęcenie?
Oby tak. Szkoda, by wiele lat zycia poszło na marne, choć szczerze wątpił, by Macnair nie znalazł sensu w swoich poszukiwaniach. Tak jak on, potrafił wyciągnąć naukę nawet z błędów i porażek i uznać ich przebycie i wyniesione wnioski za osobisty sukces.
— Venus... Legendarne Venus... Mógłbym cię komuś przedstawić, ale jeszcze nie mam pewności, czy jesteś jej godzien.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
http://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair http://www.morsmordre.net/t4416-avari http://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen http://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 http://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
2
4
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kuchnia   11.04.17 20:24

Zawsze miał cięty język balansując na granicy dobrego smaku we własnych żartach i czasem zdarzało mu się ją przekroczyć nie zważając na etykietę. Nie miewał do takowej awersji, jednak czarny humor był jego ulubionym toteż mimowolnie prawił co mu ślina na język przyniosła. Nie należał do osób, które szczególną uwagę przykładały do mowy pięknej zatem rzadko kilkukrotnie zastanawiał się nad własną wypowiedzią starając się tym samym dobrać najbardziej stosowne słowa.
Uniósł brew spoglądając na niego nieco bardziej troskliwym wzrokiem, albowiem tempo zmieniającej się mimiki twarzy wraz z fałszywie dobieranymi emocjami było niepokojące. Przypominał rozwydrzone dziecko, które na uspokojenie dostało czekoladową żabę tudzież obrażoną szlachciankę mającą ponownie przemienić się w kochającą, niemarudzącą żonę po otworzeniu kartonu z nową parą butów. Pewnie gdyby go nie znał pomyślałby, że powinien jak najszybciej trafić do Munga na oddział urazów pozaklęciowych – może sam rzucił na siebie klątwę?
Westchnąwszy przeciągle na jego uwagę nie mógł ukryć uśmiechu błądzącego na ustach. Od dawna wiedział, że Mulciber specjalizował się w sprawianiu przykrości i jak nikt inny potrafił doprowadzić człowieka na skraj wytrzymałości, jednak za każdym razem, gdy o tym wspominał towarzyszył mu ten sam psychodeliczny wyraz twarzy, który zaś poprawiał nastrój Drew. Miał on nikłą wiedzę na temat jego socjopatycznych historii, ale to wcale nie zaślepiło mu oczu w kontekście oceny osobowości, bo już niedługo po poznaniu przykleił mu łatkę wpływowego, cynicznego manipulatora. Cholernie szanował takie charaktery. -Fakt.- skwitował z nutką kpiny w głosie. -Samo patrzenie na Ciebie sprawia ogromną przykrość i wyrazy współczucia.- puścił mu oczko przepełnione sarkazmem, a następnie stuknął w jego szkło własnym i upił kilka łyków naprawdę wybitnie dobrej ognistej. Nie spuszczał wzroku z towarzysza, gdyż mimo pewnych, wspólnych interesów wiele mogło zmienić się podczas jego nieobecności toteż czujność zawsze była wskazana. Nie ufał nikomu, a przede wszystkim przebiegłym draniom, których Ramsey mógł zostać bezapelacyjnym liderem.
Zaśmiawszy się pokręcił głową, bo nie wierzył w ani jedno jego słowo. Bycie człowiekiem wiązało się z licznymi zobowiązaniami, uczuciami oraz emocjami, a takowych ów mężczyźnie brakowało – z resztą podobnie jak Macnairowi z tą różnicą, iż ostatnie czuł, lecz perfekcyjnie ukrywał. Niejednokrotnie wypełniała go złość, gniew tudzież niepewność, ale nigdy nie dał tego po sobie poznać, chyba że właśnie taki był jego plan bądź pewna granica została przekroczona zwalniając w nim wszelkie hamulce. -Nie męczy cię bycie takim pustym tworem, który nawet nie potrafi kogoś znienawidzić do takiego stopnia, by przestawiać mu żuchwę przy każdym spotkaniu?- zapytał zupełnie mimowolnie i dość odważnie, bo wiadomym było, iż Ramsey miał cienką linię cierpliwości. Chciał poznać opinię na ten temat, gdyż w końcu sam towarzysz przyznał, że strzępy jego duszy nie wypełnia dosłownie nic wieńcząc to śmiechem i tym samym upewniając Drew w swego rodzaju upośledzeniu. Nie powinien się zatem obrazić? -Nie jest w stanie dzielić pasji, ani nawet mieć ochoty spotkać się z najlepszym kumplem, któremu rzekomo powinien ufać?- uniósł brew poważniejąc w oczekiwaniu na jego kontrę. Sam miał problemy ze współpracą toteż lista jego przyjaciół nie miała chociażby jednej pozycji, ale nie zmieniło to faktu pewnej ciekawości.
-Moja zazdrość opiewa o Twoją garderobę, która doczekała się już trzeciej starości.- rzucił kpiąco po czym zamoczył wargi w alkoholu. Przyjęte tempo stanowiło duży atut owego spotkania, albowiem obydwoje wydawali się bardziej rozluźnieni i nieco mniej markotni pod wpływem mocy ognistej. Wstępnie Macnair liczył na poważną rozmowę, przekaz informacji i odebranie odpowiedniej zapłaty, jednak na ten moment był skłonny spędzić z towarzyszem nieco więcej czasu, gdyż o dziwo dobrze się bawił.
Historia Ramseya stanowiła ogromnego asa w rękawie, jednak Drew nie miał powodu, aby takowego wykorzystać. Biznes kwitł, a jego owoce stanowiły odpowiednią zachętę do lojalności, więc nie planował żadnych autodestrukcyjnych misji w najbliższej przyszłości. Miał ogromny respekt do swojego kompana, co przeważyło nad podjęciem decyzji o uratowaniu dziewczyny, ale jeśli wszystko między nimi będzie układać się po jego myśli to po prostu sam dokończy dzieła pozbywając się jej na rosyjskich ziemiach. Ana była tylko środkiem zapobiegawczym, hipoteką i lekiem na wszelaką zdradę, więc w przypadku jej braku stawała się zbędna.
Spoglądał na emblemat obracany między palcami, a w głowie tliło mu się setki myśli, które winien był przedstawić. Były to jednak tylko teorie, niesprawdzone plotki i domysły, których osobiście nie brał pod uwagę przed znalezieniem odpowiednich, naocznych dowodów. Profesjonalizm stanowił podstawę jego zawodowej wizytówki, więc gdyby mącił w głowie opierając się tylko o niepewne informacje straciłby na poważnym wizerunku. -Zatem przygotuj się odpowiednio i nie zapomnij różdżki. Wycieczka pociągiem bywa naprawdę intrygująca.- kącik jego ust poszybował do góry wykrzywiając usta w cwaniackim wyrazie. Był przyzwyczajony do dalekich wypraw i poświęcenia sprawie, a także cierpliwości stanowiącej fundament, ale miał wątpliwości, czy aby na pewno jego przyszły towarzysz również się nimi charakteryzował.
Nie chciał mówić o swoich porażkach, a tym bardziej wyciągniętych z nich naukach. Poszukiwania były jego pasją i chorą ambicją toteż zdradzanie tego, co udało mu się odkryć w ogóle nie wchodziło w grę. Uśmiechnął się zatem na jego słowa i dopiwszy zawartość szklanki rozglądnął się za kolejną butelką mając świadomość, iż akurat tego trunku w ów mieszkaniu nie brakowało. -Zanudziłbym cię ów opowieściami, przyjacielu.- rzekł wyraźnie dając znać, iż uznał temat za zakończony.
Nie krył oburzenia na jego słowa, które okazały się istną strzałą w godność. -Uważasz, że nie jestem godzien zwykłej dziwki?- ściągnął brwi lustrując go wzrokiem i choć wcale nie miał mu tego za złe to liczył, że ten szybko się zrehabilituje.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kuchnia   19.04.17 23:24

W przeciwieństwie do Drew Ramsey rzadko mówił to, co naprawdę myślał, obdarowując rozmówcę ledwie skrawkiem tego, co tkwiło w jego głowie. Skrawkiem dobrze zawoalowanym w odpowiednie frazy, które miały wywołać określone reakcje, konkretne efekty, przynieść mu upragnione owoce. Był w rzeczywistości skryty choć potrafił zasypać każdego potokiem mniej lub bardziej sensownych słów, a płynność w balansowaniu pomiędzy prawdą i fałszem umożliwiała mu bycie człowiekiem nieokreślonym. Mało kto go naprawdę znał, mało kto mógł w fali kłamstw doszukać się prawdziwej cząstki, bo na progu trzydziestki tkwiła już tak głęboko, że on sam miałby problem ją dojrzeć w gęstwinie gnijących w jego duszy chwastów. Cenił sobie jednak ludzi szczerych, bo byli łatwiejsi w obyciu. Drew miał w sobie taki pierwiastek szczerości, który zamiast ułatwiać utrudniał przejrzenie jego prawdziwych intencji. Był zdolnym i sprytnym czarodziejem, który świetnie zdawał sobie sprawę, że w prostocie i obłudnej prawdzie można znaleźć zalążek sukcesu. Prawdzie, która w dowolnym momencie mogła uczynić go przyzwoitym kłamcą, nikt bowiem nie spodziewałby się po nim takiego zwrotu akcji. Pamiętał, że Macnair potrafił wykorzystywać nadążające się okazje, więc pozostawał ostrożny, choć niegdyś lubił tego skurczybyka i nawet po tylu latach budził w nim coś na kształt sympatii — zadowolenia z rozmowy, która zamiast nudzić bawiła i zmuszała do podjęcia partyjki niewidzialnych czarodziejskich szachów.
Uniósł na niego wzrok, gdy szkło brzdęknęło i pozwolił sobie na subtelny, choć usatysfakcjonowany uśmiech.
— Czujesz ból? Teraz?— spytał kontrolnie, oceniając prawdziwość jego wątpliwego komplementu, choć sam jeszcze nie wiedział, czy chciał znać odpowiedź na to pytanie i co by go rzeczywiście zadowoliło. Zamyślił się, mruknął coś niezrozumiałego pod nosem odchylił się na krześle wygodniej, bujając na dwóch jego nogach przez krótką chwilę. — Znam kilka oślepiających zaklęć. Niektóre są bardziej skuteczne od innych więc jeśli mogę ci jakoś pomóc, przyjacielu...— zaproponował, unosząc na krótką chwilę obie dłonie, wysyłając sygnał, iż jego propozycja pozostanie nią przez pewien czas, lecz jak każda okraszona dobrą wolą Mulcibera miała krótki termin ważności.
Pytanie Drew zmusiło go, by przestał się kołysać, a palce przeniosły się na blat, wystukując tylko Mulciberowi znaną melodię, która akurat rozbrzmiała w jego umyśle.
— Rogate węże to fascynujące stworzenia— zaczął powoli, śledząc wzrokiem ruch swoich palców, które zadudniły o blat w tej krótkiej pauzie.— Wiesz, że choć nie gromadzą się w grupy, wcale nie stronią od towarzystwa? W przeciwieństwie do innych czarodziejskich węży, te gatunki pochodzące z Europy i osiągające niezbyt wielkie rozmiary nie próbują odstraszać potencjalnego zagrożenia, sprawiając często wrażenie niegroźnych i chętnie ofiarując cenne strużyny ze swoich rogów alchemikom. W pobliżu ich kociołków jest zazwyczaj ciepło i wilgotno, a nierzadko w okolicy czają się myszy, którymi mogą się zadowalać przez pewien czas. Kiedy w pobliżu pojawi się inny wąż nie atakują, choć niechętnie dzielą swoim terytorium. Ostatecznie dwa gady mają większe szanse zabić dorosłego czarodzieja i zagwarantować sobie pokarm na kolejny miesiąc. Są sprytne i w przeciwieństwie do wielu innych gatunków drapieżników są w stanie tolerować swoją obecność choć traktują się jak wrogowie— wyjaśnił, przerywając w końcu rytmiczne, melodyjne stukanie na rzecz dokończenia swojego drinka. Dłuższa cisza zawisła pomiędzy nimi, gdy Mulciber wcale nie pospiesznie sączył resztki ognistej whisky. Czuł ostry, perfumowany smak w gardle, który połechtał go przyjemnie, więc uśmiechnął się sardonicznie, zdradzając poprzedzające słowa myśli — Uczucia to entropia, Drew, fatalnie wpływają na zdolność jednostki do przetrwania.
Być może potrafił nienawidzić, lecz zapominał, że emocje są w stanie przejąć nad nim kontrolę, jeśli do tego dopuści. Pilnował się, pamiętał o tym, by nie oddać sterów prostym pobudkom i żądzom, a jednak hedonistyczny pierwiastek nakłaniał go, by pomimo nierównego rachunku zysków i strat ryzykował. Chciał być — i zwykle był ponad tym.
— Pasji… — powtórzył po nim głucho, przyglądając mu się ostrożnie. — Wystarczy mi pasja, żądza, nienawiść innych — odparł po nieco przedłużającej się chwili milczenia. Jeszcze nim poszedł do Hogwartu wiedział, że blokowanie napływających emocji, a więc wiążących się z nimi uczuć i sentymentów uczyni go silniejszym, skuteczniejszym tworem. Nie chciał zaznać smaku straty, niepewności, bólu, smutku i zazdrości. Wyzbył się ich kosztem możliwości odczuwania tego, co w rozumieniu innych było dobre, odnajdując substytuty ludzkiego szczęścia we własnych sukcesach i zrealizowanych celach. Emocje innych chłonął zaś zapalczywie, przyglądając się ich odczuwaniu z niezmienną fascynacją. Ten widok go sycił, podniecał, pozostając nieosiągalną egzotyką doznań. — A ty? — spytał, przechylając głowę, a jego ton zabrzmiał nieco poważniej. — Jesteś pełny tego wszystkiego i wystarczająco usatysfakcjonowany? Możesz mi udzielić jakiś rad?
Nie wiedział jakiej odpowiedzi oczekiwać. Sympatyczny wyraz twarzy mógł nadać jego słowom drwiącego wydźwięku, lecz ciekaw był jego stosunku, choć wątpił, aby zdradził szczery. Właśnie dlatego nie odrywał od niego wzroku, analizując jego twarz skrupulatnie, doszukując się w niej drobnych drgań powiek i zmieniających wielkość źrenic, będących łatwą oznaką fałszu.
Potem spojrzał po sobie, wygładzając marszczący się na piersi materiał, a za moment kontrolnie zmierzył Drew wzrokiem, szybko rozważając swoją ewentualną modową wpadkę. Nigdy nie interesował się tym szczególnie, ale pokładał wszystko w intuicji w kwestii własnego — dobrego, oczywiście — gustu.
— To jest klasyka — burknął pod nosem, jawnie manifestując swoje niezadowolenie przytykiem. Zdał sobie sprawę, że rzucając zaklęcia niewybaczalne nigdy nie pomyślał o tym, by lepiej się przy tym prezentować. Szybko jednak porzucił tę trywialną myśl — była niepraktyczna. Nie pasowała do niego.— Prawie jak za starych, dobrych czasów. — Myśl o podróży pociągiem w odległe, wschodnioeuropejskie rejony mimowolnie przywiodła wspomnienie pierwszej podróży do Hogwartu i towarzyszącej wszystkim adrenaliny i ekscytacji. Uśmiechnął się szeroko, nie wspominając o tamtym ponurym dniu, który w jego snach i wyobrażeniach wyglądał zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. — A więc ja i ty? Nie boisz się, że zapijemy się na śmierć? Cóż za bzdura. Przecież takie wybitne umysły nie pozwoliłyby sobie na jakikolwiek uszczerbek. — Mam nadzieję, że masz mocniejszą głowę niż kiedyś. Pamiętam, jak opisywałeś Griseldę Pettigrew przez sen. Zastanawiałem się wtedy, czy polałeś sobie oczy spirytusem, czy przegrałeś walkę z marzeniami.
Wzruszył ramionami, posyłając mu szeroki uśmiech i wylał resztę bursztynowego trunku do szklanki gościa, swoją własną pozostawiając pustą.
— Daj spokój — żachnął się, marszcząc brwi. — Lubię słuchać nawet tych nudnych historyjek, a noc jest młoda. Jeszcze zdążę cię poprosić abyś przestał — jakby Ramsey kiedykolwiek o coś prosił, dziękował. Podsunął mu szklankę pod nos i rozwalił się na krześle, splatając ręce na piersi w ostentacyjnym oczekiwaniu. Umierał z ciekawości, chciał wiedzieć jak najwięcej o wyprawach Macnaira, a przede wszystkim ile na nich zyskał i czego się nauczył. No dalej, Drew, podziel się ze mną swą wiedzą.
Na widok jego oburzenia nieco spoważniał, otwierając szerzej oczy, lecz kąciki ust mu zadrżały w hamowanym uśmiechu.
— Sęk w tym, że to nie jest zwykła dziwka— poprawił go bez nadmiernie pouczającego tonu. Spuścił jednak wzrok na stół, zachowując dla siebie wszystkie swe myśli o Deirdre. Była Śmierciożercą i gdyby wystarczająco się postarała połknęłaby Drew na śniadanie. Kiedy on sam zawitał do Wenus i spojrzał w jej czarne jak obsydiany oczy nie miała tyle śmiałości i pewności własnej potęgi, co dziś. Gdyby tak było być może ta trudna walka o dominację wcale by się nie skończyła bez rozlewu krwi. Lub byłoby jej więcej niż to pamiętał. — Ale jak cię nie zechce to na pewno dostaniesz wystarczająco dobą nagrodę pocieszenia — prowokował dalej, zerkając na niego po raz kolejny z przyjemnością. Był ciekaw jak daleko może się posunąć i jak szybko Drew pęknie, gotów zmierzyć się ze słodyczą Miu.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
 

Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Pokątna 3/6-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17