Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Alan Bennett
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett http://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana http://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 http://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 http://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Kuchnia   31.03.16 17:32

First topic message reminder :

Kuchnia

Zwykła, najnormalniejsza w świecie kuchnia, w której znajduje się wszystko to, co w kuchni znajdować się powinno. Dużo bardziej przestronna, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Nie jest to mała kuchenka, w której dwie osoby to już tłok. Mieści się tu nawet niewielki stolik i kilka krzeseł, przy którym można w spokoju zjeść posiłek. Być może brakuje tu kilku rzeczy, jednak należy pamiętać o tym, że właścicielem mieszkania jest mężczyzna. Mężczyzna, który niezbyt często z niej korzysta w celach innych, niż zagotowanie wody na herbatę.  


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley http://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 http://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
Choć krwią zachłysnął się nasz czas, choć myśli toną w paranojach...
24
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   14.09.17 2:55

Nie lubił pojawiać się w Mungu, a pomoc uzdrowicielska była mu niezbędna, musiał pozostawać pod stała opieką medyków, odkąd utracił dłoń. Dziwna moc, która ją odcięła, przypominała coś na wzór czarnomagicznego kwasu, trucizny przywołanej przez tamte koszmarne węże; czasem wciąż czuł ból, a czasem w żyłach na ręce wciąż pojawiała się dziwna czarna maź. Jeśli chciał kiedykolwiek wrócić do dawnej formy, mimo niechęci, nie mógł tego zaniedbywać. I choć bezwstydnie wykorzystywał wszystkich znanych sobie medyków, czynił to chętniej, niż gdyby przestrzegał ścisłych szpitalnych kontroli, nie mając żadnego wpływu na wysyłane przez medyków do biura aurorów raportów związanych z jego zdrowiem. Tym razem padło na Alana: wsparty bokiem o pobliską ścianę pukał knykciami w drzwi, z chwili na chwilę coraz mocniej, przekonany, że Zakonnik nie słyszy jego wołania. Przerwał tylko na moment - słysząc wiązankę głoszonych epitetów. I na drugi, kiedy usłyszał kobietę pytającą Alana, czy zgłupiał. W zastanowieniu przekrzywił głową, niech pierwszy rzuci kamieniem, kto zachował rozum po wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie.
- Alan? - nie chciał przerywać tej sprzeczki, ale musiał. Ranną rękę uwiesił na chuście przeciągniętej przez szyję, był pewien, że to nic - jak zawsze - ale nie chciał narażać się mocniej bez potrzeby. Zmarszczył lekko brew, powarkiwanie i skamlenie nie wydawało się brzmieć jak Alan, a szamotanina wywołana ciągniętym za kark stworzeniem wprawiała go w coraz większą konsternację, kiedy tak stał pod drzwiami i czekał. - To ja - przedstawił się niezbyt bystrym zwyczajem przeciętnego gościa, słysząc przez ścianę wyraźne pytanie. Może to jednak był Bennett? Gdyby to jemu podniósł się głos do takiej skali, zapewne też nie chciałby nikogo widzieć. - Nie zajmę ci dużo czasu - obiecał, przygotowując w myślach kolejne tłumaczenia: kiedy, nagle, zamek w drzwiach zgrzytnął, otwierając przed nim przejście. Uniósł lekko brew, dostrzegając, że w drzwiach nie stał Alan, a dziewczyna, zdecydowanie zbyt mocno zaciskająca rękę na trzymanym wałku - był aurorem, potrafił dostrzec takie ruchy.
- Spokojnie - uniósł przed siebie obie dłonie, a przynajmniej tak mu się wydawało, bowiem wciąż czuł istnienie prawej, wysuwając prawą rękę z chusty; dość szybko, kiedy asymetria rzuciła mu się w oczy, zorientował się, że nie do końca mu to wyszło - i ze zrezygnowaniem opuścił je z powrotem. Rozpostarte dłonie miały być znakiem pokoju i braku zagrożenia, nie trzymał w ręku żadnego narzędzia, nawet rózdżki. Ubrudzona mąką dziewczyna z wałkiem mimo wszystko nie przypominała kogoś, kto mógłby czaić w mieszkaniu Alana z krwiożerczymi zamiarami, o ile to było mieszkanie Alana. - Chyba pomyliłem - zaczął, wycofując się pół kroku, by raz jeszcze spojrzeć na numer na drzwiach jego mieszkania, nie pomylił. - Nieważne - dodał - szukam - zatrzymał spojrzenie na jej twarzy zdeterminowany wyrazić swoją pilną potrzebę. Aż do teraz nie przyszło mu do głowy, że może robić coś niewłaściwego, dobijając się do mieszkania mężczyzny, w którym była kobieta. Wyminął ją, zachowując bezpieczną odległość - nie chciał oberwać tym wałkiem - niepewnie rozglądając się w poszukiwaniu właściciela mieszkania. - Szukałem Alana - wyjaśnił w końcu, fraza zgłupiałeś wciąż odbijała się w jego głowie pustym echem - uzdrowiciel chyba nie zaczął się przed nim chować? - możesz go zawołać? - W takim razie - może jej usłucha? Z obawą jego spojrzenie przeniosło się znów na trzymany przez nią wałek - a może niesłusznie stawał przed nią nieuzbrojony i powinien zacząć martwić się o uzdrowiciela? Niewątpliwie słyszał słowa sprzeczki i - przynajmniej jeszcze - nie rozpoznawał w niej dziewczyny z Kruczej Wieży.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Sally Moore
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3629-sally-moore http://www.morsmordre.net/t3806-sroka http://www.morsmordre.net/t3719-sally-moore http://www.morsmordre.net/f152-winchester-street-45-4 http://www.morsmordre.net/t4370-sally-moore#93745
Asystentka Julii Prewett
23
Mugolska
Panna
Silly Sally
6
17
0
0
0
0
26
13
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia   02.10.17 14:57

Do naszych uszu (moich i Tajfuna) dobiegł męski głos nawołujący Alana. Nie rozpoznałam go od razu, nie potrafiłam przypisać do osoby człowieka, którego sylwetka była w moich wspomnieniach niewyraźnym cieniem poruszającym się w mrokach jaskini pod wieżą. Całe to wydarzenie było dla mnie odległe, a przynajmniej starałam się je trzymać w ryzach i nie pozwalać się zbliżać, zaprzątać głowę. Nie mogłam jednak oszukiwać się, że nie miało wpływu na moje życie. Siedziałam w końcu nie w swoim domu i z nieufnością podszytą strachem wpatrywałam się w drzwi za którymi stał wyraźnie ktoś nieustępliwy. Panikowałam nie bardzo wiedząc co powinnam zrobić. Alan mógł mnie uprzedzić że ktoś ma zamiar przyjść! Wyglądało jednak na to, że to była raczej nie zapowiedziana wizyta. Alan raczej nie zapraszałby kogoś pod swoją nieobecność. Był uporządkowanym człowiekiem. Wierzyłam w to. Więc co dalej...? Powinnam otworzyć? A może przez zamknięte drzwi powiedzieć, że Pana Bennetta nie ma w domu? Ale czy to nie przysporzy mu kłopotów? Moja obecność tutaj była dalej tajemnicą czy już tak niekoniecznie...? Teoretycznie gazeta mówiła, że to koniec, że mogę jako czarownica mugolskiego pochodzenia pokazywać się wśród ludzi, przemierzać bez obaw Pokątną. Niby tak, lecz to wcale nie oznaczało, że te antymugolskie nastroje zelżały. Teraz po prostu nie było publicznego przyzwolenia do kaźni. Piętnowanie wcale się nie skończyło, zadawanie się z kimś mi podobnym nie było mile widziane, a Alan był szanowanym uzdrowicielem. Nie chciałam tego burzyć. Osoba za drzwiami mogła być przecież krytycznie nastawiona, zrobić problem. Albo opatrzenie zrozumieć moją kobiecą obecność pod dachem mężczyzny. Alan był przecież kawalerem.  
Stałam więc na przeciwko tych drzwi nic nie robiąc. Pies skrobał drzwi łazienki od wewnątrz łapą, człowiek za drzwiami zaś ręką, a ja stałam. Ostatecznie opór (człowieka) i dziwnie znajoma nuta w głosie sprawiła że się przemogłam. Nie oznaczało to, że straciłam na czujności - byłam sama w domu świadoma, że Alan mi tym razem nie pomoże. Zaciskając rękę na wałku odblokowałam i uchyliłam drewniane skrzydło. Od razu z badawczą nieufnością spojrzałam na wysokiego i szerokiego mężczyznę. Nie mogłam nie odczuwać niepokoju. Nieświadomie wycofałam się o pół kroku do tyłu.
- Jestem spokojna - ściągnęłam brwi w niezadowoleniu. Emanowałam w tym momencie istnym stoicyzmem biorąc pod uwagę to w jak niekorzystnej sytuacji się znajdowałam. Mógłby to docenić. Ten człowiek. Taksowałam go nieufnym, badawczym spojrzeniem dopiero po chwili pozwalając sobie na przekierowanie go z jego twarzy na dłonie...dłoń...w której nie było różdżki czy innego narzędzia. Cóż..tak, to ewidentnie wyglądało, to co stało mu się w prawą dłoń (a może już rękę...?), za dostateczne usprawiedliwienie na niezapowiedzianą wizytę. Przygryzłam wargę, czując wyrzut sumienia. Trochę mnie ten widok zszokował no bo nigdy nie widziałam człowieka bez ręki. Trochę na tyle, że ta moją czujność szlag trafił, a on w tym czasie tak sobie po prostu zaczął iść w moją stronę. Nie wyminął mnie bo jak oparzona zaczęłam się cofać do tyłu powiększając mój dystans miedzy nim, a mną na tyle na ile pozwalała mi długość pokoju. Poczułam zbulwersowanie jego swobodą. Czy mu odbiło? Co ten człowiek wyprawiał, jak się zachowywał...?!
- Dość! Przestań się tak pałętać jak u siebie, panie...panie TO JA. Co to w ogóle za zwyczaj by przekraczać próg mieszkania bez zaproszenia ze strony gospodarza, pan się w stodole chował? I buty. W butach. Pan je ciągle ma na nogach. Butów miejsce jest tam. Może nie mieć pan i dwóch rąk ale póki ma pan stopy, i buty, i wchodzi pan do czyjegoś domu, a nie obory, to je się ściąga. Tam. Już. - Trzymając wałek wskazywałam kąt przy drzwiach w którym była półka na obuwie bezwstydnie, a nawet z oburzeniem wystosowując wobec mężczyzny imperatyw. Łapałam się absurdalnych niedociągnięć ze strony gościa. Musiałam. Czułam bowiem jak cała sytuacja wymyka mi się spod kontroli, wszystko się sypie. To nic więc, że człowieka nie znałam, był jak drzewo, się wpraszał i szukał Alana ważne było to, że robił to wszystko w butach na środku salonu bez mojego przyzwolenia.
- Alana nie ma - bąknęłam, zadzierając podbródek  - W sensie - jest w pacy. Wróci pewnie za chwilę. Zbliża się koniec jego zmiany - Dodałam już trochę zmieszana zawieszając spojrzenie na jego ranie. Wyraźnie przez chwilę walczyłam z sobą patrząc to na niego, ranę, drzwi i zegar.
- Jesteś jego przyjacielem, w sensie, Alana, prawda? - Przygryzłam wargę tracą nieco na pozyskanej w sztuczny sposób pewności siebie - Zamknij drzwi, zaparzę kawy - ostatecznie stwierdziłam, gdy adrenalina zaczęła jakoś wolniej w moich żyłach płynąć.


Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley http://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 http://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
Choć krwią zachłysnął się nasz czas, choć myśli toną w paranojach...
24
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   06.10.17 14:16

Oczywiście, że była spokojna - wyrażała to każdym fragmentem ciała, a zwłaszcza dłonią zaciśniętą na wałku do ciasta, jakby ten był w tym momencie najpotężniejszą i najbardziej złowieszczą bronią; cóż, poniekąd rzeczywiście w tym momencie nią był. Patrzył na jej twarz uważnie, nie bez czujności, bo mimo wszystko dziewczyna zachowywała się dziwacznie - cofała się jak przez dzikim zwierzem, choć przecież wcale nie dawał jej powodów strachu. Nie zapominał też, że wyraźnie słyszał dialog - nie mógł się jednak zdecydować, czy bardziej podejrzewa dziewczynę o to, że zrobiła coś głupiego, czy może bardziej Alana o to, że zawstydził się mieszkaniem z kobietą. Biorąc pod uwagę sens zasłyszanego dialogu, druga opcja wydawała się w tym momencie bardziej prawdopodobna, przeczył jej jednak hardo trzymany w ręce wałek. I późniejsze apodyktyczne słowa, których wysłuchał z narastającym zdziwieniem; zawsze zapominał o butach, we własnym mieszkaniu często ich nie ściągał - Lorraine dawno straciła do tego cierpliwość - ale nie był przyzwyczajony do krzyczących na niego z tego powodu obcych ludzi. Przecież to nawet nie było jej mieszkanie, a jego buty były prawie czyste, wcale nie chodził dzisiaj po błocie - czy goście naprawdę nie zasłużyli na odrobinę szacunku? Już zbierał słowa, żeby nagadać paniusi, która najwyraźniej myślała i wyobrażała sobie zdecydowanie zbyt wiele, nabrał więc powietrza i spiął prawą rękę, fantomicznie zaciskając nieistniejącą pięść, odparowując jej harde i przepełnione złością:
- Przepraszam - Może nieco cichsze, niż miał to w zamiarze, wycofując się z powrotem pod drzwi, ale wciąż spozierając na nią spode łba; zapewne gdyby tego nie robił, zdołałby dostrzec, że miał dziurę w jednej ze skarpet. Kraniec kciuka lewej stopy lekko wystawał, rzucając się w oczy na tle czarnego materiału - naprawdę nie ściągał butów często. Posłusznie zsunął ze stóp buty z niezadowoloną miną, bo nikt nie lubił przyznawać się do błędu, niezręcznie odkładając je lewą ręką na odpowiednią - dokładnie tą, którą wskazała - półkę. A to przecież nie był nawet jej dom, do cholery. - Chrzaniona oaza spokoju - burknął pod nosem, mając nadzieję, że znerwicowana panienka tego nie usłyszy - naprawdę nie chciał oberwać tym wałkiem, dziewczyna wyglądała na krzepką - przyglądając się jej wciąż nieco podejrzliwie, kiedy zapewniała, że Bennett był nieobecny - co tu się właściwie działo? Może nie powinien się wtrącać - i na pewno nie robiłby tego, gdyby tylko nie potrzebował jego pomocy. Co dziwne, jej rysy wydawały się znajome - zupełnie jakby ją już wcześniej widział, krewna Alana? Nie - niemożliwe - różnili się temperamentem znacząco.
- Można tak powiedzieć - odparł, nie chciał brzmieć wymijająco ani zagadkowo, po prostu nie lubił mówić nieprawdy; nie znali się z Alanem długo, ale zdążyli spleść swoje losy w sposób, który nie pozostawiał miejsca na brak zaufania. Albo, który w żaden sposób nie uzasadniał chowanie się przed nim w łazience, wciąż słyszał stamtąd dziwne skrobanie, które rozumiał coraz mniej. - Nie przedstawiłem się - przypomniał sobie, bo gdzieś w jej wprawiającym w osłupienie potoku słów zgubił szanowne - i trochę zawstydzające - pan To Ja. - Mam na imię Brendan, Brendan Weasley - Nieskoordynowany, dziwaczny ruch prawej ręki być może miał być jej wyciągnięciem zanim kolejny raz z rezygnacją przypomniał sobie, że nie ma dłoni, którą mógłby wyciągnąć; lewa wciąż była zbyt niezręczna. - Myślałem... myślałem, że Alan mieszka sam - dodał tonem roztargnionego usprawiedliwienia, choć przecież niepotrzebnego  - dobrze wiedział, że nie zrobił nic złego, a tutaj wciąż działo się coś nie w porządku. Skinął głową, zatrzaskując za sobą drzwi barkiem. Nie dostrzegał, że jego uwaga brzmiała jak podręcznikowy przykład towarzyskiego faux pas. - Mogę na niego zaczekać? - I tak miał zamiar to zrobić, ale coś wzbudzało w nim obawy przed zrobieniem tego wbrew woli tej dziewczyny - to samo, co podpowiadało mu, że rozsądniej będzie zadać to pytanie zanim drugi raz wejdzie wgłąb mieszkania. Odprowadził ją spojrzeniem, kiedy zniknęła za drzwiami po kawę. Być może jej propozycję powinien uznać za zaproszenie, ale przestał być już pewien czegokolwiek. Obejrzał się na kanapę - odganiając złośliwą myśl, czy powinien jej jeszcze zapytać, czy może na niej usiąść - kiedy po raz kolejny jego uwagę przykuły dziwne odgłosy z łazienki. Merlinie, Alan, co ty wyprawiasz? Dziewczyny tutaj nie było - nie będzie krzyczeć - a uzdrowiciel... naprawdę chował się przed nim w łazience? Brzmiało równie absurdalnie, co nieprawdopodobnie, ale przecież nie mógł udawać, że nic nie słyszy. Z lekkim wahaniem, cichym krokiem, niemal się skradając, podszedł bliżej drzwi i nacisnął klamkę - a ostatnie, co pamiętał, to przygważdżająca go do ziemi kula czarnej sierści, której kłaki będzie wypluwał przez najbliższy miesiąc - czym sobie na to zasłużył? - z jego ust wymsknęło się siarczyste przekleństwo. - Alan?! - jęknął krótko potem, bo choć anomalie wywoływały parszywe skutki, to pierwszy raz widział, żeby zamieniły kogoś w wilkołaka - nagle wszystko stało się jasne, nerwowość dziewczyny, brak uzdrowiciela, dziwne skrobanie...




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Sally Moore
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3629-sally-moore http://www.morsmordre.net/t3806-sroka http://www.morsmordre.net/t3719-sally-moore http://www.morsmordre.net/f152-winchester-street-45-4 http://www.morsmordre.net/t4370-sally-moore#93745
Asystentka Julii Prewett
23
Mugolska
Panna
Silly Sally
6
17
0
0
0
0
26
13
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kuchnia   10.10.17 21:20

Boże, Sally, czy ty na głowę upadłaś?! No nie. Jeszcze nie. Przełamałam ślinę, choć miałam wrażenie, że mielę w ustach garść piachu. Gość był z dwa, jak nie trzy razy szerszy ode mnie i to bynajmniej nie z powodu jakiejś otyłości, a ja się czepiałam butów. Butów! Były dla mnie brzytwą na tym tonącym okręcie, a przynajmniej tak sobie to tłumaczyłam. Po prostu panikowałam i jak normalny człowiek zamiast stać w osłupieniu to ja musiałam robić coś. Jak zwykle. Tak, jak teraz - przyparta do muru i przytłoczona pewnością siebie tego człowieka, zirytowana tym i rozjuszona wyszłam dokładnie tym samym mu na przeciw.
- Nic się nie stało - zmrużyłam złowrogo ślepia zdobywając się na podobny mu ton przez co właściwie to zabrzmiało tak, jakby świat co najmniej stracił z tego tytułu na wartości. Nie chciałam tego. To była jego wina! Mógł być grzeczniejszy to i mi łatwiej też byłoby taką być dla niego. Nawet mi się głupio zrobiło na moment jak patrzyłam i w ciszy czekałam aż te buty na miejsce odłoży nie dowierzając po części, że to się w sumie dzieje. Na moment. Uniosłam podbródek wyżej - Właśnie tak - dlatego, że to chrzaniona oaza spokoju to panują tu zasady ale o tym następnym razem będzie Pan pamiętał - zjeżyłam się autentycznie splatając w obronnym geście ręce pod piersiami. To miejsce dokładnie tym właśnie się dla mnie stało po odsieczy, po tamtej nocy - było oazą, azylem, skrawkiem powierzchni na której mogłam bez obaw zamknąć oczy. Nie zamierzałam więc puszczać mimo uszu podobnych uwag udając, że jestem głucha.
Zlustrowałam go uważniej. Można tak powiedzieć nie do końca do mnie przemawiało. Trudno mi było sobie wyobrazić taktownego, ułożonego Alana posiadającego takiego przyjaciela. Chociaż może mój osąd był zbyt pochopny, nieodpowiedni. Wyraźnie jednak było widać, że potrzebował uzdrowicielskiej różdżki. Nic mi się nie stanie więc chyba jeśli go ugoszczę do powrotu Alana. To niedługo. Nie wydawał się stanowić zagrożenia. Był trochę nieokrzesany ale raczej nie potrafiłam powiedzieć, że agresywny. Przypominał mi pod tym względem nieco Tajfuna i sobie pomyślałam, że może podobnie muszę podejść do tego mężczyzny ale potem dowiedziałam się jak ma na nazwisko. Zmieszałam się. Wszystko było takie świeże. Wlepiłam swoje spojrzenie w podłogę.
- Och, Weasley...Przykro mi z powodu waszej straty. Barry był...barwną osobą - Nie złożyłam kondolencji żadnemu Weasleyowi na pogrzebie. Trzymałam się na uboczu uważając, że tak będzie najodpowiedniej. Nie chciałam mącić w niczyjej głowie. Ostatecznie też nie użyłam też słowa dobry. Nie byłam co do tego już taka pewna, chociaż chciałam w to wierzyć całym sercem. W jednej chwili wszystkie butne emocje wyparowały, ami samej zrobiło się ponuro, smutno i żal Brendana, gdy tak w pokracznie próbował nadganiać swoje towarzyskie niedociągnięcia. Dostrzegłam to poruszenie prawej ręki. Ja jednak nie podeszłam i nie wyciągnęłam do niego swojej. Coś mnie powstrzymywało.
- Sally Moore - odpowiedziałam stojąc tam gdzie stałam - Mieszka sam. Gdy tylko rynek mieszkań się ustabilizuje po tamtej nocy mnie tu już nie będzie - poprawiłam go nie chcąc by sobie coś pomyślał. Wiele zawdzięczałam Alanowi i nie chciałam by z mojego powodu był oceniany - Alan to dobry człowiek. Nie myśl o nim niczego nieodpowiedniego. Gdyby nie on spałabym dziś pod jakimś mostem - usprawiedliwiłam Bennetta. Byłam gotowa go bronić. Dobrze wiedziałam, że nie odmówiłby mi pomocy i z tego też tytułu mógł się narażać na opinię innych.
Skinęłam głową. Niech na niego czeka. Ja sama zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią odwróciłam się i pokierowałam w stronę kuchni mając w zamiarze zaparzyć kawy. Gdy tylko znalazłam się w innym pomieszczeniu poczułam się momentalnie okropnie zażenowana całą sytuacją i wcale nie chciałam tam do niego wracać. Jakby nie było - krzyczałam na kalekę któremu wczoraj chowano w ziemi rodzinę.
- Boże... - mruknęłam do siebie przykładając jedną dłoń do policzka w geście niedowierzania. To brzmiało bardzo źle, lecz najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że ja to faktycznie zrobiłam. Właściwie w rzeczywistości było jeszcze gorzej - krzyczałam na kalekę któremu wczoraj w ziemi chowano rodzinę, a który był wśród ludzi ratujących nas, mugoli, z tamtej wieży. To tam słyszałam jego głos po raz pierwszy, rozmazana sylwetka trzymająca się za ranione, bezwładne ramie...To przez to taki był teraz...? Bez ręki...?
Tak mi się wstyd zrobiło, że musiałam przejść po kuchni trzy razy - dopiero po tym odłożyłam wałek i zawisłam nad kociołkiem w którym podgrzewałam wodę na pierogi, a którą teraz zamierzałam potraktować zmielone ziarna kawy. Myślałam przy tym, jak tego człowieka przeproszę. Otworzyłam spiżarkę bo jak się denerwowałam to gotowałam i tym sposobem prócz milionowej ilości naleśników i pierogów to miałam upchnie trzy placki jagodowe. Jeden taki był wielkości talerza obiadowego. Nie były słodkie i w sumie średnio do kawy chyba pasowały ale no... Wetknęłam w niego stołową łyżkę. Przy pomocy chochli zalałam kubek z kawą. Najpierw go trochę urobię i przekupię, a potem przeproszę - zadecydowałam dogaszając płomień pod kociołkiem bo nie będę mogła go pilnować. Już miałam iść gdy usłyszałam huk, szczek,przekleństwa.
- Nie, nie, nie, nie... - nerwowo mamrotałam wybiegając z kuchni w stronę łazienki, wiedząc co zastanę i się nie rozczarowałam - Tajfun rozlał się na nieznajomym całym sobą w geście euforii i wdzięczności, że oto został oswobodzony. Chcąc to okazać próbował wylizać twarz Brendana jakby była co najmniej nasmarowana masłem. Jeśli ten próbował się zasłaniać zwierz podważał jego ręce pyskiem.
- Tajfun! - Warknęłam i tupnęłam o podłogę z mocą taką, że niemalże straciłam kapcia. Zwierzę zareagowało na bodziec nieruchomiejąc i patrząc niewinnie na mnie - Tu! - wskazałam palcem punkt koło swojej nogi, patrząc na niego gniewnie. Ten w odpowiedzi z czołgał się z Brendana i niczym żołnierz w okopach tak podczłapał do mnie, kładąc się pod moimi nogami. Ogon majtał mu się nieustannie, oczy śmiały. Chciałam sięgnąć w jego kierunku ręką łapiąc go za obrożę, lecz ten nagle się zerwał wiedząc co będzie potem i zaczął biegać w koło - podłodze, meblach, meblach, podłodze... zatrzymał się nagle unosząc wyżej tyłek i rozpłaszczając się przednimi łapami na podłodze. Szczeknął.
- Tajfun! - znów szczenięce, wtarabanienie się na Brendana, a potem odbicie w stronę kanapy i frywolna szarża na mnie z zamiarem naskoczenia na mnie. Ledwie w porę się uchyliłam wykorzystując chwilę by złapać go za obrożę - szarpnęło nim, a potem on mną, lecz się nie oswobodził. Próbował się wyszarpać, lecz przyciągnęłam go do siebie łapiąc go za nadmiar futra na karku
- Panie Weasley, czy Pana głowa mocniej zabolała?! Co Pana napadłoby otworzyć te drzwi?! - no może miał potrzebę, lecz nie słyszał, jak tam coś się telepie...? Moja wina że go nie ostrzegłam...? - Nic Panu nie jest? Proszę mi pomóc i otworzyć drzwi szerzej! - chciałam na nowo psa zaciągnąć do łazienki. Z nim na wolności nic nie będzie się dało zrobić. Nie, kiedy w domu był nowy człowiek, a on był z tego powodu tak niezdrowo podekscytowany.


Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley http://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 http://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 http://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 http://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
Choć krwią zachłysnął się nasz czas, choć myśli toną w paranojach...
24
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kuchnia   17.10.17 2:43

Świetnie, usłyszała. Ze zbolałą miną spojrzał na nią - jakby się zapowietrzył - nie powiedział jednak nic, usprawiedliwiając się przed sobą, że wyklął ją w myślach wystarczająco mocno. Może i nie był u siebie, ale ona tez nie była; nie rozumiał dwuznaczności, która kryła się pod tym sformułowaniem, dwuznaczności tak oczywistej, kiedy w zjeżonych zawziętych gestach rozpoznał wreszcie dziewczynę z Kruczej Wieży. Dziewczynę, którą Ministerstwo - w najlepszym wypadku - usiłowało zamordować. Lub przeprowadzić na niej nieludzkie eksperymenty, na które okazała się zbyt dojrzała - dojrzalsza od dziewczynki, która znalazła się pod opieką pani Bagshot. A ona - najwyraźniej pod opieką Alana. Dobrze, że chociaż Bennett dopilnował, co stało się z ocalonymi - on sam nie zdążył o tym pomyśleć. Ale, jakby zaskoczeń było mało, dziewczyna znała Barry'ego. Nie powinno go dziwić to aż tak, czarodziejski świat był jeszcze mniejszy niż mugolski, a Barry lubił towarzystwo, od pamiętnej nocy zaskakiwała go jednak każda wzmianka o Barrym. O Barrym, którego - wierzył w to - zamordował, podejmując wraz z innymi decyzję o otwarciu skrzyni. Pewnych przewinień nie zmyje z serca żaden żal, wspomnienie kuzyna wystarczyło, żeby złość i niezadowolenie zniknęły z jego twarzy, ustępując goryczy, z którą wciąż nie potrafił się pogodzić - na tyle, że niemal nie usłyszał eufemizmu, jakim go określiła. Był barwny, pobłądził, ale mógł odnaleźć drogę z powrotem do domu. Gdyby tylko los - gdyby tylko oni - dali mu na to więcej czasu. Żałował każdej ofiary, ale setki trupów zamieniały się w bezosobowe statystyki, osobista tragedia ściskała gardło najsilniej. Nie widział jej na pogrzebie - większość czasu spędził z najbliższą rodziną, starając się dać oparcie tym, którzy potrzebowali go najbardziej - ciotce, rodzice nigdy nie powinni grzebać własnych dzieci i siostrze, która jak na swój wiek pojawiła się na zdecydowanie zbyt wielu pogrzebach. Skinął głową, zapamiętując jej imię, za pierwszym razem, kiedy się spotkali, nie było miejsca na wymianę grzeczności. Przez chwilę na nią patrzył - inaczej niż wcześniej - przyjmując jej słowa, choć nie odpowiadając na nie w żaden sposób. Jeśli miał jakiekolwiek wątpliwości, czy nie jest po prostu podobna do tamtej dziewczyny - nie widział wszak ciepłego pożegnania jej i Alana, zostając wtedy wewnątrz złowieszczego budynku z Foxem - to jej słowa te wątpliwości natychmiast rozwiały. Tamta noc, tak bolesna dla mugolaków, których oni, czarodzieje silniej zakorzenieni  w magicznym świecie, tak niegościnnie i wstrętnie powitali w swoim świecie. Wstydził się za to, wstydził się za Ministerstwo i wstydził się za błękitną krew, z którą wbrew swojej woli był powiązany.
- Alan to dobry człowiek - powtórzył za nią bez zawahania, wiedząc, że mówi prawdę. Z roztargnieniem odprowadził ją za drzwi, zapewne kuchenne, tuż przed tym, kiedy lekkomyślnie sprawdził łazienkę - wciąż nie rozumiejąc, co ten dobry człowiek robi w tym momencie. Słyszał, że nie było go na zebraniu Zakonu i miał nadzieję, że padł kolejną ofiarą anomalii, jeśli okaże się, że ten wybuch rozprzestrzenił klątwę likantropii, powinni być straceni już na zawsze. Przeklęci albo gorzej. Nie czuł dłużej podejrzliwości względem dziewczyny - nie sądził, by rzeczywiście coś zrobiła Alanowi - ale nie mógł być pewien, czy to skrobanie mimo wszystko nie pochodziło od niego: tak jak nie mógł być pewien, czy olbrzymie bydlę, które go przygniotło, to nie było wilkołakiem, w którego zamieniał się uzdrowiciel. Stosunkowo szybko doszedł do wniosku, że wilkołak mimo wszystko wyszczerzyłby kły, zamiast mlaskać ozorem jego twarz - nie mógł mieć pewności, być może tylko przygotowywał sobie podłoże na smaczniejszy posiłek - osłaniał się, oczywiście, przed psią mordą, mocno zaciśnięta pięść spinała mięśnie, przygotowując go na tę nierówną walkę z nadczłowiekiem. Który reagował na imię Tajfun i najwyraźniej rozumiał proste komendy. To tylko pies, Weasley. Pieprzony, radosny, cieszący się z wizyty gościa pies. Nie miał pojęcia, że Alan miał psa - skąd mógłby mieć - zresztą zwierzę równie dobrze mogło należeć do niej. Imię nosiło w sobie więcej prawdy, niż jakiekolwiek spostrzeżenie: przez pokój rzeczywiście przeszedł jak tajfun. Nie rozumiał jego pozycji - próbował atakować? - kiedy obniżył pysk do rozpostartych łap i uniósł wyżej ogon, na pewno próbował atakować. Ledwie moment później podjął kolejną szarżę prosto na Brendana - nie miał zamiaru poddać się temu żywiołowi, natychmiast uniósł różdżkę i z refleksem godnym swojej profesji, wypowiadając inkantację protego, wyczarował przed sobą solidną, silną tarczę, od której pies odbił się jak piłka - skamląc? - i poleciał dalej. Nie opuszczając różdżki bez zrozumienia patrzył na te harce, jak i bez zrozumienia przyjmował fakt, że pies nie atakował Sally.
- Mnie?! - Przesadziła. Strofowała go od początku, mógł przyznać się do popełnienia błędu z brudnymi butami, ale, psidwacza mać, jaką klasyfikację nadało Ministerstwo tej bestii? Czy to w ogóle można było trzymać w domu? - Kto normalny trzyma w domu taką bestię?! W każdej chwili mogła odgryźć rękę - niefortunne sformułowanie - tobie albo Alanowi. Na jak długo powstrzymają ją drzwi łazienki? Rozum ci odjęło? On ma wściekliznę. Trzeba go oddać w miejsce, w którym potrafią się zajmować takimi... takimi bydlętami - cokolwiek to właściwie było, być może na drugi rzut oka rzeczywiście najbardziej najbardziej przypominało psa, ale przecież ani trochę się jak pies nie zachowywało. Było jak... tajfun. Mimo wyraźnie odczuwanego oporu, cofnął się i, nie opuszczając różdżki, odchylił drzwi łazienki, wierząc, że dziewczyna - skoro wciąż żyła - wiedziała, co robi. Kiedy tylko wpakowała psa do środka, zatrzasnął drzwi, barykadując je samym sobą; z ciężkim westchnieniem ulgi oparł się o nie tyłem głowy i przymknął oczy - jakby dopiero co pozbył się co najmniej upiora. Byli uratowani. Ocaleli, choć mogli zginąć.
- Masz na to pozwolenie? - zapytał już nieco spokojniej, wciąż oddychając głęboko; był pewien, że to stworzenie go wymagało. Musiało wymagać: było przecież kompletnie dzikie i nieprzewidywalne. Lekko odsunął się od drzwi, wciąż podtrzymując je ramieniem, nie wierzył, żeby ta konstrukcja wytrzymała kolejną diaboliczną szarżę.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
 

Kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Harley Street 11/3-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17