Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stoliki na uboczu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Stoliki na uboczu   04.04.16 22:47

First topic message reminder :

Stoliki na uboczu

Stoliki w Dziurawym Kotle dzieliły się na te, których goście pławili się w słońcu przebijającym się z trudem przez zabrudzone szyby, na te, które stojąc w centrum sali stanowiły serce pubu, na te, które kusiły ciepłem kominka, a także na te, które ukryte przed wścibskimi oczami stały sobie spokojnie w kątach kanciastego pomieszczenia. Wysokie, miękkie fotele tak różne od drewnianych krzeseł zapewniały komfort, a obecność podtrzymujących strop belek i prowadzących na piętro schodów dodatkowo osłaniała siedzących przy owych stolikach ludzi, gwarantując prywatność. I święty spokój.
Możliwość gry w czarodziejskie oczko, darta, gargulki, kościanego pokera


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   18.06.16 22:42

Wyjście z domu było słuszną decyzją – nawet, jeśli w planach nadal miałem wyłącznie wlanie w siebie taką ilość wina, która powali mnie na nogi. Zabierze ponure myśli. Zadziała lepiej, niż myślodsiewnia. Nigdy nie zagłębiałem się w tajniki magii umysłu – nie musiałem. Z moim niezdrowo optymistycznym spojrzeniem na świat wszystkie rany leczyły się same, znikały w odmętach przeszłości, wyleczone terapią śmiechową. Tym razem życie podniosło mi poprzeczkę, dając po mordzie jak zła wiedźma. Gryzły mnie jakieś bóle istnienia, ale nie mogłem dłużej zachowywać się w tak niedorzeczny sposób. Musiałem podołać swojej renomie Fantastycznego Pana Lisa. I najwyraźniej potrzebowałem spotkać Florence, żeby odzyskać pełną sprawność - w końcu grobowa atmosfera w biurze aurorów musiała zostać przełamana, choć przyznam, że Skamander i Potter dzielnie starali się błaznować na czas mojej niedyspozycji. Ale nie chodziło przecież wyłącznie o tych poważnych nudziarzy z pracy, którzy naoglądali się tylu śmiertelnych wypadków, że zapadli na demencję, albo po prostu na jakiejś akcji zostali masowo ograbieni z poczucia humoru. Nie mogłem zajmować myśli wyłącznie zmarłymi, podczas gdy ci, którzy jeszcze oddychali, prawdopodobnie potrzebowali mnie bardziej.
Mógłbym powiedzieć, że znam Florence tak samo, jak mógłbym powiedzieć, że nie znam jej wcale. Nie jest przecież moją przyjaciółką. Przyjaciółek nie zabiera się do łóżka, kiedy im smutno. Nie budzi się obok nich bez odzienia. Nie wymyka się też od nich oknem, żeby przypadkiem nie zostać przyłapanym przez brata. A jednak mówimy sobie o rzeczach, którymi zwykle nie dzieli się z przypadkowymi osobami – choć mając w pamięci nasze pierwsze spotkanie ciężko uznać to za regułę. Nasza barowa znajomość wyewoluowała do rangi osobliwego mechanizmu. Ale to działa. Nie pojmuję jak, ale działa. Jeden wieczór rekonwalescencji. Terapia ostateczna. Bez tajemnic. Bez granic. Do końca. Czasami jesteśmy tak pijaniutcy (znaczy ja jestem pijany, a Flo – zważywszy na jej gabaryty – pijaniutka), że powinniśmy być wdzięczni Merlinowi, że Pokątna leży tak daleko od Tamizy, bo w innym przypadku już dawno pływalibyśmy z rybami. Czasami mówimy sobie dobranoc, kiedy wstaje Słońce. Czasami nie widzimy się przez kilka tygodni. Wiem, że najbardziej lubi lody czekoladowe i herbatę z imbirem. Wiem też, że nie ma kawałka skóry pozbawionego piegów. A jednak ta wiedza nie przycznia się w żaden sposób do zdefiniowania naszej znajomości. Wystarcza natomiast do tego, bym rozpoznał, że Florence jest rozbita w drobny mak, myślami wędrując po innych wymiarach. Wyruszam więc z misją odnalezienia portali. Zaczynam od napełnienia obu pustych kieliszków winem.
- Co takiego zjadło ci pamięć? - Patrzę na nią wymownie, podając jej lampkę. Wino łagodzi obyczaje, to zawsze dobry początek. - Spoglądając na to, jakim wrakiem byłem przez ostatnie tygodnie, mam się już całkiem nieźle. - A teraz wręcz znakomicie. Zdaje się, że niesienie pomocy pulsuje mi we krwi – choć to dość podejrzane, bo z pewnością nie wyssałem go z mlekiem matki. - Urlop w tej chwili figuruje na ostatnim miejscu mojej listy życzeń. Tego, co ostatnio dzieje się w naszym społeczeństwie, nie da się ogarnąć umysłem. O czymś jeszcze wspomniał ci Garrett? - Upewniam się. Wiem przecież, że są dla siebie jak rodzina, choć po ostatnich wydarzeniach trudno byłoby zaprzeczyć, że między mną i Weasleyem narodziła się braterska więź.
Widywałem Florence w różnych stanach emocjonalnych, ale teraz przypominała raczej widmo ponuraka. Na taki stan należało przygotować najcięższą artylerię. I dużo wina - to na szczęście już mieliśmy.
- Mów. - Nie mogę przecież dopuścić do tego, żeby zajęła się tematem tak mało istotnym (a przede wszystkim nudnym), jak mój pobyt w Mungu i powrót do pracy. Czasami lepiej było wyrzucić z siebie to, co zalegało na żołądku – bez względu na to, czy była to przesadnie duża ilość alkoholu, czy też emocje. Te, wbrew pozorom, wyrządzały znacznie większe spustoszenie w organizmie. - Jak nie chcesz mówić, to znaczy, że jesteś cykor i ciepła klucha. Nie wiem jak ty, ale ja nie mógłbym żyć z tą myślą.
Przecież ci nie pozwolę tu tak sczeznąć w tym nieszczęściu, Fortescue.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Florence G. Fortescue
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t2957-florence-fortescue#48519 http://www.morsmordre.net/t3031-maskotka#49606 http://www.morsmordre.net/t2998-florka#49152 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3110-florence-fortescue#51096
współwłaścicielka lodziarni
27
Półkrwi
Panna
Sometimes the only payoff for having any faith - is when it’s tested again and again everyday
5
15
0
0
5
0
0
0
Czarodziej
Matka Florence z Pokątnej od dusz cierpiących

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   20.06.16 23:47

To dzieje się za każdym razem, gdy Florence choć na chwilę zwolni kroku i pozwoli, by dogoniły ją koszmary. Ujawnia się u niej wtedy skłonność do fatalizmu, o który trudno ją posądzić na pierwszy rzut oka. Zatruwa jej umysł - zupełnie tak jakby miała osobistego dementora-stróża siedzącego na ramieniu i próbującego wyssać z niej wszelką nadzieję.
A przecież od lat tak zaciekle walczyła, by jej nie stracić.
Cierpki posmak wina na języku nieco ją ocucił. Pomaga też miłe ciepło, które rozlewa się teraz po jej ciele. Dociera nawet do jej dłoni - zaciśniętych w pięści tak mocno, że bieleją jej kostki - więc powoli je rozluźnia. Przyjmuje ofiarowane jej wino z taką wdzięcznością, jakby Fred podawał jej właśnie wodę na środku pustyni. Nieco spokojniej pociąga z kieliszka małe łyczki, ale nie odrywa przy tym ust od brzegu naczynia, więc trunku ponownie ubywa w zastraszającym tempie. Wpatruje się przy tym w niego intensywnie. Jest jakaś desperacja w jej spojrzeniu. Desperacja i lęk. Te dwa uczucia niezwykle rzadko goszczą w jej bursztynowych oczętach, które zwykle pełne są przecież figlarnych błysków. Szczególnie w jego towarzystwie! Mimo upływu lat, wciąż nie umiała orzec kim tak właściwie jest dla niej Fox. Nie mogła zaprzeczyć, że jest dla niej ważny. Czasem tak boleśnie potrzebowała jego towarzystwa, że aż wstyd było jej się do tego przyznać. On jednak pojawiał się i znikał, nigdy nie zagrzewając zbyt długo miejsca u jej boku - czego wcale od niego nie oczekiwała. Był jej odskocznią od rzeczywistości. Nie musiała być dla niego rozsądna ani odpowiedzialna, nie musiała do niczego się zmuszać. Od samego początku ich dziwnemu związkowi patronowała szczerość i Florence naprawdę to uwielbiała. Mogła powiedzieć mu absolutnie wszystko. Przynajmniej jeszcze do niedawna mogła... Bo co z tajemnicami, które powierzył jej ktoś inny?    
- Wpadłam w studnię bez dna. - odpowiada, gdy jej kieliszek jest już pusty. Tylko na jej górnej wardze ostała się jeszcze kropla wina, która w blasku świec wygląda niemal jak krew. Bez większego zastanowienia przesunęła językiem po ustach, zlizując cierpką słodycz.
- Cieszę się w takim razie, że czujesz się już lepiej. - wtrąca cichutko to zapewnienie i udaje jej się nawet ułożyć usta w lekkim uśmiechu; bardzo szczerym zresztą. Kiedy jednak słucha kolejnych jego słów uśmiech znika błyskawicznie, a w jej oczach pojawia się jakiś niepokojący błysk. Nim udaje jej się nad tym zapanować, jej ciałem wstrząsa fala histerycznego śmiechu. Szybko unosi jedną dłoń o ust, wstrząśnięta niepokojącym dźwiękiem, który wydostaje się właśnie z jej gardła.
- O Boże... Tak, wspomniał. - szepce wreszcie, kręcąc głową w niemym zaprzeczeniu. - Powiedział mi nawet zbyt dużo. - dodaje i w kącikach jej oczu czają się pierwsze tego wieczora łzy. Znów drżą jej dłonie, co łatwo dostrzec, gdy pośpiesznie ociera słone krople toczące się po policzkach. Jest absolutnie przerażona. Gdyby tylko była w stanie podnieść się z fotela, zapewne od razu wspięłaby się na jego kolana. Wcisnęłaby głowę w zagłębienie jego szyi, zacisnęłaby palce na ubraniu i ze wszystkich sił próbowałaby się uspokoić. Potrzebowała żeby ktoś ją objął i obiecał, że wszystko będzie dobrze. Nawet jeśli miałoby to być jedynie kłamstwo.
- Ja chyba nie mogę o tym mówić. - krztusi się zduszonym szlochem, wciąż niezdolna do ruszenia się z miejsca. - Chyba. Nie wiem. Sama już nie wiem co on mi wtedy mówił. Za dużo informacji, wszystko mi się pomieszało. - skryła twarz w dłoniach, uciekając tym samym przed jego wzrokiem. Jej ramiona uniosły się wysoko, gdy wymusiła na sobie głęboki wdech. Musi się uspokoić. Natychmiast.






I wish you were the one
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   13.07.16 22:37

Pośród ścian pubów rozrzedzona jest woń beztroski. Słychać stukot szkła i gwarne śmiechy, ale radosny nastrój okazuje się niewystarczająco silnym panaceum. Patrzę na Florence, jak tonie sama w morzu wszystkich nieszczęść. Przypomina mi raczej zjawę, niż żywego człowieka, a ja zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że z powodu egoistycznych pobudek na miesiąc zapomniałem o swojej osobistej misji szerzenia dobrego nastroju na tych ponurych szerokościach geograficznych. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdybym swoje wakacje przedłużył o kilka tygodni. Może witałbym nowy rok dźwiękiem marsza żałobnego? A to przecież Florence jest zawsze tą, która śmieje się najgłośniej (choć tu, w Dziurawym Kotle, Teddy dzielnie jej wtóruje). To ona konkuruje ze mną w rozdawaniu uśmiechów i zarażaniu bakcylem optymizmu. Jest jak wirus, którego ciężko zwalczyć – choć w tej chwili raczej bliżej jej do rozkładu. Pozwalam jej czasem schować się w moich ramionach, skrywając przed światem tajemnicę wylanych łez. Teraz ich nie ma. Próbuję zbadać tę osobliwość i postawić diagnozę. Co niszczy takie silne formy życia?
Doktor Fox w akcji.
Niby urodziłem się metamorfomagiem, ale nie potrafię przybrać maski obojętności, tak skrupulatnie pielęgnowanej w każdej szanowanej rodzinie. Mógłbym wzruszyć ramionami, zrzucając z siebie odpowiedzialność. Tylko co jeśli gnębiwtrysk, który dopadł Florence rozprzestrzeni się na cały Londyn? Co jeśli nie zduszę tego cholerstwa w porę? Prędzej popadnę w obłęd, niż doprowadzę do tego, bym został ostatnim radosnym człowiekiem w tym plugawym mieście. Prędzej popadnę w obłęd, niż pozwolę zniknąć uśmiechowi Florence.
- Zjadłaś bogina? - Przez chwilę przyglądam się jej wnikliwie, zastanawiając się, na ile postawiona teza może okazać się prawdziwa. Tymczasem na stole ląduje pusty kieliszek Fortescue, podczas gdy ja nie docieram nawet do połowy lampki. Nie czekam, tylko dolewam jej alkoholu. Jeśli faktycznie łyknęła jakieś smutki i gorycze, wino pomoże w trawieniu. - Pomyśl o tym inaczej. Jeśli studnia nie ma końca, nigdy nie roztrzaskasz się o dno. - Cierpienie nie jest moją mocną stroną. Po miesiącu prób zagłębienia się w nim stwierdzam, że nie nadaję się do tego sportu. Zdecydowanie nie wpływa korzystnie na zdrowie. - Złap mnie za rękę. - Dodaję po chwili i wyciągam do niej dłoń z przeciwległego końca stołu. - Możliwe, że pociągniesz mnie za sobą, ale może los się do nas uśmiechnie i schwytam cię w locie. Podejmuję ryzyko na własną odpowiedzialność.
Spadanie przez nieskończoność we dwójkę nie może być już aż takie straszne. Zawsze wierzyłem, że jestem stworzony do czegoś więcej, niż spłodzenia dziedzica i przyniesienia chlubie swojej rodzinie. Nierozsądnie wierzę, że w tej drugiej kwestii los się jeszcze do mnie uśmiechnie.
Zastygam w tej przedziwnej pozie, cierpliwie czekając na decyzję Florence. Tylko patrzę się na nią tak, jakbym próbował wedrzeć się jej do głowy, bo plącze się w zeznaniach, kiedy pytam o Garretta. I choć nie mogłem mieć pewności co do tematu tabu, świadomość mimowolnie podsuwała mi jedną odpowiedź.
Zakon Feniksa.
W ostatnich tygodniach chyba nic nie zaprzątało rudej czupryny Weasley'a bardziej niż testament Dumbledore'a. Nawet mnie przez pewien czas trudno było odpędzić się od ponurych myśli. Ale – mogłem się przecież mylić. Mogła być to kwestia o wiele bardziej błaha. Tylko czy sprawa lżejszej wagi tak bardzo przytłoczyłaby Flo?
- Dostałaś może od niego coś w... prezencie? Coś unikatowego? - Mówię tonem, jakbym pytał o to, co jadła na wczorajszy obiad. Prawidłowa odpowiedź zaoszczędzi mi z pewnością stawiania kolejnych teorii. Uparłem się w końcu, że dokonam cudownego uzdrowienia.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Florence G. Fortescue
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t2957-florence-fortescue#48519 http://www.morsmordre.net/t3031-maskotka#49606 http://www.morsmordre.net/t2998-florka#49152 http://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 http://www.morsmordre.net/t3110-florence-fortescue#51096
współwłaścicielka lodziarni
27
Półkrwi
Panna
Sometimes the only payoff for having any faith - is when it’s tested again and again everyday
5
15
0
0
5
0
0
0
Czarodziej
Matka Florence z Pokątnej od dusz cierpiących

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   22.07.16 1:31

Jest coś cudownie kojącego w jego obecności i kolejnych kieliszkach wina, które tak szczodrze jej oferuje. Wypity alkohol powoli rozluźnia jej ciało; nie kuli się już na fotelu jakby ją coś bolało. Pomaga też uważne spojrzenie lisich oczu, które czuje na sobie nieustannie. Florence jest jak kwiat, a ludzie są jej słońcem. Wystarczy zostawić ją samą i więdnie w przeciągu kilku dni. Ale jedna wyciągnięta do niej dłoń, kilka słów, odrobina uwagi - i już budzą się w niej nowe siły do życia. Wciąż nie jest dobrze. Otrząsnęła się z apatii, która spowijała ją jak całun od kilku długich dni. Nadal jednak bije z niej ta dziwna nerwowość; coś na granicy histerii i niedowierzania. Oczy ma rozbiegane, gdy rozgląda się z przestrachem po Dziurawym Kotle, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że wokół jest tylu ludzi. Niemal spodziewała się, że zaraz ktoś podejdzie i na nią nakrzyczy za wyjawianie powierzonych jej tajemnic. Nikt jednak nie zwraca na nich uwagi, ich stolik naprawdę jest na uboczu. Wraca więc spojrzeniem do Foxa, a jej usta wykrzywiają się w nerwowym uśmiechu.
- Raczej dementora. - śmieje się bez humoru z samej siebie, bo będąc na skraju załamania ma zawsze dwie drogi: śmiech lub łzy i jeśli tylko może wybiera to pierwsze. Oddycha więc głęboko, dusi w sobie atak paniki, intensywnym mruganiem przegania łzy. Gdy widzi wyciągniętą w swoją stronę dłoń, chwyta ją bez sekundy wahania. Jej palce jak zawsze wydają się dziwnie małe i delikatne w porównaniu do jego. Zna jego dłonie doskonale, nie raz już miała okazję się im przyjrzeć - poczuć je na sobie - są ciepłe i trochę szorstkie. Ten dotyk przynosi jej ulgę, daje punkt zaczepienia w rzeczywistości. Upewnia się, że nie jest sama. Jest tutaj ktoś kto się o nią troszczy. Jednocześnie niesie ze sobą przypomnienie, że jest na świecie takich osób więcej. Kolejny oddech przychodzi jej nieco łatwiej, więc uśmiecha się z wdzięcznością i mocniej zaciska palce na jego dłoni.
- Jestem stanowczo za mała żeby Cię pociągnąć za sobą. - zapewnia, siląc się na lżejszy ton. Próbuje chyba w ten sposób zapewnić go, że już jest lepiej. Już ją złapał. Teraz jeszcze musi wrócić na powierzchnię i odzyskać równowagę. Udało jej się już tyle razy, dziś też musi! Milczy jeszcze przez moment, wyraźnie bijąc się z myślami. Zawsze to po niej widać: skubie wtedy zębami wargi i marszczy brwi w niemej batalii ze słowami, które dobiera tak rozważnie. Wreszcie głośno wypuszcza powietrze i przytakuje delikatnym skinieniem głowy.
- Dostałam. Piórko. - odpowiada zdawkowo, uznając, że to nie będzie wielkie naruszenie zasad, ale zdejmie choć odrobinę ciężaru z jej barków. Nawet jeśli Frederick miałby nic z tego nie zrozumieć...
Trudno powiedzieć co sprawia, że wszystkie elementy układanki w ułamku sekundy wskakują na odpowiednie miejsca. Może kiedy tak wpatruje się w twarz przyjaciela dostrzega błysk zrozumienia w jego oczach? Nagle uświadamia sobie, że jego pobyt w Mungu podejrzanie pokrywa się z czasem włamania o którym opowiadał jej Garry, a którego nie dokonał przecież sam. No i przecież to Fox! Gdzie kłopoty, tam i on! Usteczka Flo otwierają się i układają w nieco głupiutki wyraz wyrażający najszczersze zaskoczenie. Wpatruje się w Fredericka szeroko otwartymi oczyma, w których widać, że właśnie poskładała wszystko do kupy.
- Och. - wyrywa jej się i jak widać znów wznosi się na wyżyny elokwencji. Palce prawej dłoni wciąż kurczowo zaciska na jego dłoni, ale lewą rękę uniosła już o ust, by zasłonić nią swoje zdziwione usteczka. - Och... Ty wiesz. - stwierdza, gdy wreszcie jest w stanie wykrztusić z siebie pełną sentencję. I z całego tego zdziwienia, aż zapomniała, że jeszcze przed momentem umierała ze strachu.






I wish you were the one
Powrót do góry Go down
Lily MacDonald
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 http://www.morsmordre.net/t3545-kukulka http://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 http://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 http://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Iluzjonistka
26
Mugolska
Panna
Creagan an fhithich!
5
13
0
0
0
0
8
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   30.09.16 19:59

|03.03.1956?


Siedziała przy stoliku i nerwowo wystukiwała jakiś rytm na szklanym kuflu. Miała ostatnio gorsze dni. Właściwie to od dwóch dni? Była bardziej nerwowa. Od informacji o wybuchu, o tym całym referendum, przerażały ją te sprawy. Do tego pojedynek na który sama się zgłosiła w przypływie jakiejś głupiej odwagi. Łatwo było sprawić, że podskakiwała, wystarczył byle trzask gdzieś z tyłu. Dlatego trochę żałowała doboru miejsca, a jednak w liście napisała, że będzie właśnie tutaj.
Zerkała więc co chwila w kierunku drzwi wypatrując Greengrassa. Na niewielkim, drewnianym stoliku stało jedno ciemne piwo, o które lekko stukała paznokciami, co jakiś czas trochę popijając. Na wieszaku niedaleko wisiał jej jasny, zimowy płaszcz razem z czapką i szalikiem. Ona sama jeszcze nie zdążyła się rozgrzać, jeszcze była zarumieniona przez nagły atak ciepła po wejściu z zimnej ulicy.
Wiedziała, że gdyby Leo dowiedział się o tym spotkaniu, byłby wściekły. Miał w sobie bardzo wiele tłumionej złości, a Lily domyślała się, że za gniewem kryje się cała masa innych emocji. Nie mogła patrzeć na to, co się działo i na to, jak wyglądał. Szczególnie, że pamiętała dobre relacje braci i nie wierzyła, że Travis tak po prostu zapomniał, co oznaczało dla niego słowo "brat". Wierzyła w nich obu.
Posłała więc Kukułkę z krótką notatką: propozycją spotkania, wspominając przy tym, że chodzi o Leonarda. Właściwie Greengrass w ten sposób dowiedział się chyba, że w ogóle wróciła z Francji. Domyślał się, że o czymkolwiek wiedziała? Zrobiła to wczoraj, bo choć była w Londynie od półtorej miesiąca, potrzebowała trochę czasu, żeby to przemyśleć. Nie lubiła się wtrącać w cudze sprawy.
Znów uniosła swój kufel i napiła się trochę, opierając plecami o ścianę.
- Przyjdziesz.
Wymamrotała pod nosem do Travisa, którego wciąż nie widziała. Była pewna, że przyjdzie.




Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Powrót do góry Go down
Travis Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 http://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 http://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 http://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 http://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234
opiekun i łowca smoków w Peak District
26
Szlachetna
Kawaler
Never laugh at live dragons.
9
16
0
0
0
0
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   01.10.16 10:20

Nie przyjdę. Obiecał sobie, kiedy znana mu sowa zapukała w szybę okna. Akurat wtedy, kiedy wychodził spod prysznica. Chłód wiatru hulającego na zewnątrz zmroził mu ciało, a reszty dokonała treść trzymanego w dłoniach listu. Lily. Po co innego miałaby chcieć się spotkać jeśli nie po to, żeby rozmawiać o Leo? Czuł wewnętrzne rozdarcie myśląc o swoim byłym bracie. Tak mocno do niego podobnym - wizualnie. Nad innymi podobieństwami nawet nie chciał myśleć. Długie minuty stał w samym ręczniku na środku komnaty zachodząc w głowę czy przyjść na to spotkanie. Nie chciał. Nie potrafił? Przełknął głośno ślinę zbierającego się poczucia winy, które stanęło mu w gardle. Nie powinien. Gdyby tylko ktokolwiek z rodziny się dowiedział, że ma jakieś kontakty z Leo… Byłoby z nim naprawdę źle.
W końcu się ocknął z dziwnego letargu. Usiadł na łóżku, a wydobywając z szuflady nocnej szafki różdżkę, spalił pergamin na popiół. Celem zachowania tajemnicy, celem spoglądania jak wypala się imię MacDonald na papierze - nie był pewien. Kiedy został już tylko popiół brudzący mu palce, wytarł dłonie w ręcznik i sięgnął po zdjęcie w ramce, które leżało na dnie najniższej z szuflad. W zdobionej srebrem ramce, fotografią do dołu. Byli na niej obaj - obejmujący się ramieniem, machający do obiektywu. A nad nimi, na wysokiej odległości - lecz takiej, którą objął kadr - leciał Trójogon Edalski. Byli wtedy szczęśliwi, ze wspólnymi planami na przyszłość. I on to wszystko zniszczył. Jego bliźniak swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem zepsuł wszystko, co razem budowali. Travis poczuł nagle, jak wzrasta w nim złość. Rzucił z impetem zdjęciem na swoje miejsce, z hukiem zamykając szafkę. Nie chciał go widzieć, nie chciał o nim słyszeć.
Po południu się uspokoił. Wieczorem był już zmartwiony. Dlatego przyszedł do Dziurawego Kotła. Z myślą, że cos mu się stało. Leo miał kłopoty, na pewno to jest powodem, dla którego mieli się spotkać z Lily. Czuł się źle, kiedy tak wizualnie obnosił się ze swoim pochodzeniem. Już nawet nie chodziło o status krwi MacDonald, raczej… myślał wciąż o bracie, który nie miał teraz nic. Żadnych pieniędzy, zaszczytów, nazwiska, rodziny. Greengrassowi wydawało się, że jest zwykłym bufonem, człowiekiem bez serca, bez honoru. Szaty parzyły mu skórę, tak jak ciepło tego miejsca, kiedy wszedł doń z zimnego podwórza. Nie dostrzegł jej od razu, chwilę kluczył między stolikami, aż jej rudość rzuciła mu się w oczy. Przysiadł się.
- Cześć - rzucił do niej niemrawo. Żadnego szczęścia, luzu typowego dla Travisa. Był człowiekiem przybitym, nieprzytomnym. Zamyślonym. Nie powinien był tutaj przychodzić. Był przecież zdrajcą. Zdrajcą braterskiej krwi.




WHEN OUR WORDS COLLIDE

Powrót do góry Go down
Lily MacDonald
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 http://www.morsmordre.net/t3545-kukulka http://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 http://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 http://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Iluzjonistka
26
Mugolska
Panna
Creagan an fhithich!
5
13
0
0
0
0
8
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   01.10.16 14:34

Przyszedł. Spojrzała na niego, kiedy siadał na przeciwko i kompletnie nie wiedziała, jak zareagować. Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa i nie mogła uwierzyć, że między dwiema tak podobnymi, identycznymi jak dwie krople wody osobami mogło stać tyle złości, urażonej dumy, nieporozumień. Bo w jakiś sposób nadal patrzyła na tę sytuację jak na nieporozumienie. Przecież wiedziała, że obu z nich zależy na drugim.
Lily zdarzało się myśleć, że po części szczęście rodząc się mugolakiem. Jasne, widziała spojrzenia wielu szlachetnie urodzonych, słyszała pogardliwe osoby i wiedziała, że są ludzie, którzy dopatrują się w tym powodu, by nią gardzić, ale miała przecież tych kilka wyjątkowych osób, które jej wystarczyły. A i wśród wyżej urodzonych bywały wyjątki! Jak choćby dwaj bliźniacy, którzy może i nie przyznawali się do tego publicznie, ale stali się w szkole jednymi z jej lepszych znajomych. Z jednym udało się jej nawet zaprzyjaźnić.
Jednocześnie dzięki swojemu statusowi była całkiem wolna. Nikt niczego od niej nie oczekiwał. Nie musiała się bać skandali. Nie musiała być doskonałą laleczką do pokazywania wśród ludzi, porcelanową damą na salonach. Jej rodzice ani myśleli zmuszać ją do małżeństwa z kimkolwiek, nie narzucano jej zachowań, ani znajomości. Wszelkie dramaty i skandale miały jakby... mniejszy rozmach?
- Cześć.
Patrzyła na niego chwilę, później znów utkwiła wzrok w kuflu, wsłuchując się w rytm wybijany przez jej paznokcie. Co ja mam ci właściwie powiedzieć? Jeszcze chwilę temu miała cały plan, a teraz wszystko prysło, zniknęło, nie było tego. Wszystko brzmiało nie tak.
A może Travis jest tylko porcelanową laleczką? Przystojny i pociągający, odważny, oto Greengrass, człowiek który panuje nad smokami! Oto człowiek, który odrzucił brata. Zrobiłby to, gdyby nie spojrzenia obrazów w jego domu, monet w jego skarbcu, wielkich nazwisk na balach?
- To trochę zabawne. - powiedziała w końcu coś zupełnie innego, niż zamierzała z początku. - Nie boisz się olbrzymich bestii, a przerażają cię myśli ważnych ludzi.
Uniosła na niego wzrok i w jednej chwili pożałowała własnych słów. Nie zamierzała go obrażać. Nie o to jej chodziło. Bała się, że Travis podniesie się i zdecyduje odejść, więc zaraz odezwała się znowu.
- Wybacz. Nie mam podstaw, żeby was oceniać.
Wpatrywała się chwilę w jego oczy. Bardziej bawiła się swoim kuflem, obracając go w dłoniach i stukając palcami, niż okazywała jakiekolwiek zainteresowanie jego zawartością. Kim ona jest, żeby kogokolwiek oceniać? Nie zna życia na salonach. Nie magicznych.
- Nie uważam cię za tchórza. I dlatego napisałam. On cię potrzebuje. I myślę, że ty jego w jakiś sposób też. - byli braćmi, w dodatku bliźniakami. Takiej więzi nie da się przecież po prostu zerwać, zapomnieć o niej, wymazać gumką! Travis nie jest socjopatą. Posiada uczucia. Nawet, jeśli to, co robił jego brat go odrzuca...
- Leo też nie jest słaby. Ale... - znowu na niego spojrzała. Doszukiwała się reakcji, czegokolwiek, co mogłoby wróżyć, że osiągnęła cel. - Przecież nie przestał się dla ciebie liczyć, prawda?
Reakcję Travisa znała tylko ze słów jego brata. Nie wiedziała, co tak na prawdę myślał, co czuł, co nim na prawdę kierowało.




Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Powrót do góry Go down
Travis Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 http://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 http://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 http://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 http://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234
opiekun i łowca smoków w Peak District
26
Szlachetna
Kawaler
Never laugh at live dragons.
9
16
0
0
0
0
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   05.10.16 14:40

To nie było nieporozumienie. To było utracone życie. Ich wspólne życie. Wspólne marzenia, plany, aż wreszcie ich realizacja. Bez względu na to jak mocno Travis kochał swojego bliźniaka, nadal to właśnie jego obarczał winą za to co się stało. Były lata pięćdziesiąte, nie potrafił zrozumieć miłości Leo do innych mężczyzn. Już pomijając obrzydzenie, jakie czuł na samą myśl - jego brat wiedział czym się podobne występki kończą. Jak mógł być tak nieostrożny? W ich własnym rezerwacie? To prawda, tereny były ogromne, szansa była niewielka, lecz i tak istniała. Czasem Greengrass myślał, że mężczyzna zrobił to specjalnie. Chciał, żeby go zauważono. Tylko dlaczego? Ta myśl bardzo często go nawiedzała przed pójściem spać, kiedy był nieprzytłoczony całą stertą problemów z minionego dnia. Jedynie nie potrafił doszukać się odpowiedzi na tak postawione pytanie. To wykraczało poza jego zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Przypuszczenie było tak absurdalnym, że aż dawał sobie spokój z podobnymi wnioskami. Do następnego razu, oczywiście. Miał nie dowiedzieć się prawdy - unikał bliźniaka jak tylko mógł. Wyjechał na pół roku, a po powrocie udawał przed wszystkimi, że nic nie miało miejsca. Tylko on wiedział jak wiele nosi w sobie bólu, żalu oraz tęsknoty za czasami, które nigdy nie wrócą. Ponieważ on, Travis, nigdy nie zrozumie. Nie zostawi ich wspólnego dziecka bez opieki. Tiberius miał już tylko jego. Tylko on mógł w przyszłości współdecydować o Peak District. Nie było już Noah, nie było już Leonarda. On sam został na polu boju i jak mu Merlin świadkiem, zamierzał walczyć do końca. O to, co miało być ich, a już nigdy nie będzie.
Wiele niewesołych myśli nawiedzało mu głowę dzisiejszego dnia. I teraz, kiedy się przysiadł, kiedy siedział naprzeciwko Lily nie mogąc pozbierać się w całość. Czuł się rozbity na miliony małych kawałeczków, jak piasek przesypywany przez klepsydrę, który nigdy nie będzie całością. Może marną zbieraniną wielu cząstek, lecz nic poza tym. Bez skrępowania pozwolił, żeby ten czas mijał na wspólnym milczeniu, wreszcie przerwanym przez MacDonald. Nie dbał o swoją opinię w jej oczach - nie mógł sobie na to pozwolić. Dbał o swoją opinię w s w o i c h własnych oczach, a ta nie malowała się już tak kolorowo.
Zawrzało w nim. Ogniki zdenerwowania zatańczyły w jego oczach, nadal skoncentrowanych na blacie stolika. Zacisnął dłonie w pięść, poczuł się właśnie bardzo oceniony. I niezrozumiany. W myśl zasady - winny się tłumaczy - uparcie milczał dając sobie czas na ochłonięcie. Wcale nie chciał wybuchać złością już w pierwszych chwilach tego spotkania. Przeprosiny na moment ostudziły ogień, który w nim buchał; przełknął ślinę. Poderwał głowę ku górze, dał barmanowi znać, że potrzebuje się napić. Piwa, whisky, czegokolwiek. Na trzeźwo prawdopodobnie nie podoła.
- To nie jest istotne - odezwał się w końcu. - Ani to, czego on potrzebuje, ani to czego ja potrzebuję. Te potrzeby nigdy nie będą ze sobą kompatybilne, już zawsze będą się rozmijać i nigdy nie staną naprzeciw sobie. Nie ma co tego roztrząsać - dodał gorzko, hardo wpatrując się w usianą piegami twarz. Nie był tchórzem, dlatego nie mógł siedzieć z podkulonym ogonem kiedy jej się wydawało, że wie oraz rozumie wszystko. - Przestał, kiedy zniweczył w pył nasze obietnice. - Sprostował dobitnie. - Tylko po to mnie tu sprowadziłaś? Sądziłem, że Leo ma kłopoty. - Odpuścił. Wydostał ciężkie powietrze ze swoich płuc, napięte dotąd mięśnie uległy rozluźnieniu. Z wielką wdzięcznością na twarzy odebrał swój alkohol mieniący się bursztynem w przezroczystej szklance.




WHEN OUR WORDS COLLIDE

Powrót do góry Go down
Lily MacDonald
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 http://www.morsmordre.net/t3545-kukulka http://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 http://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 http://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Iluzjonistka
26
Mugolska
Panna
Creagan an fhithich!
5
13
0
0
0
0
8
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   10.10.16 23:18

Lily wcale nie myślała, że rozumie wszystko. Właściwie nie była pewna, czy rozumie samego Leonarda, choć spędziła z nim wiele czasu i długo go słuchała. Żadnemu z braci nie czytała w myślach, choć chwilami bardzo by tego chciała. Byłoby łatwiej, zdecydowanie. Może i to wszystko nie było jej sprawą. Czuła się nie na miejscu w ogóle prosząc Travisa o to spotkanie.
Puk-puk, wiem o twoim życiu i będę ci je układała.
Po raz kolejny pomyślała, że nie powinno jej tu być. Nie lubiła się wtrącać i narzucać. Ale czuła, że jeśli chociaż nie spróbuje, nie będzie mogła spojrzeć Leonardowi w oczy. Mówiła, że będzie obok i nie pozwoli mu się do reszty załamać. Chciała mu pomóc. Właściwie chciała pomóc im obu, nawet jeśli jeden z nich sobie tego nie życzył, chciała chociaż, żeby wiedział, że jest taka możliwość.
Dopiero ostatnie zdanie wypowiedziane przez Greengrassa dodało jej trochę pewności siebie. Bo przecież przyszedł. Przyszedł, bo martwił się o brata.
- Unika... dawnego środowiska. Właściwie mało co wychodzi. Nie ma kłopotów w sposób... no wiesz. Raczej to, co w nim siedzi. - nie wspominała o problemach finansowych. Trochę się bała, że Travis uzna, że Leo ją tu przysłał, bo potrzebuje pieniędzy. Znów zaczęła odwracać wzrok. Nigdy nie była pewna siebie, a ta rozmowa była bardzo trudna. Układała sobie wszystko w głowie setki razy, ale w tej chwili do jej głowy nie przychodziło nic, co brzmiałoby dobrze. Chwilami zaczynała żałować, że tu przyszła.
- Nie jestem członkiem waszej rodziny. Wiem, że to wasza sprawa, że mnie tam nie było. Nie chcę ci mówić, co powinieneś, a czego nie powinieneś, bo skąd mam to niby wiedzieć. - znów obracała swój kufel między palcami, raz na jakiś czas zerkając na rozmówcę, ale głównie wzrok skupiając raczej na naczyniu -  Ale... twój brat mieszka koło mnie. Nadal jest twoim bratem. Jest wrakiem człowieka. Oberwał już za to, co zrobił. Bardzo mocno. Jeśli jednak nie chcesz go całkowicie tracić, może... po prostu daj mi znać. Nikt by nie musiał o tym wiedzieć.
Znów na niego spojrzała. Musiała spróbować. To sprawa między tą dwójką i nie sądziła, żeby Travis miał ochotę opowiadać jej o swoich uczuciach do brata, o tym jak mu źle, jak sam odebrał to, co się stało. Naciskanie na podobne rzeczy nie było z resztą jej celem, już wystarczająco czuła się nie na miejscu, w ogóle przychodząc tu rozmawiać z nim o jego rodzinie. Chciała tylko, żeby wiedział, że gdyby chciał jakichkolwiek relacji z bratem to ona chętnie mu je ułatwi.
Czuła, że źle zaczęła tę rozmowę, ale czuła też, że nie ma to znaczenia. W tym wszystkim i tak nie chodzi o nią, a o Travisa i jego brata. Napiła się w końcu swojego piwa.




Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Powrót do góry Go down
Travis Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 http://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 http://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 http://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 http://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234
opiekun i łowca smoków w Peak District
26
Szlachetna
Kawaler
Never laugh at live dragons.
9
16
0
0
0
0
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   13.10.16 15:53

Prawdopodobnie gdyby nie Lily, Travis nie miałby żadnego kontaktu z Leonardem. Niekiedy mógł się uspokoić czytając, że jego bliźniak miał gdzie mieszkać lub jakoś sobie radził. Nie życzył mu źle, ba, pragnął, żeby ten odnalazł swoje szczęście. On sam nie potrafił wybrać życia wydziedziczonego, tułającego się bez celu czarodzieja. Może nawet nie chciał? Nie mógłby się już więcej zajmować smokami - przeżyłby wiele, lecz z pewnością nie to. Te gady były całym jego życiem, musiałby chyba zginąć, żeby w pewnym momencie przestać żałować. Niestety skłamałby również, gdyby powiedział, że życie bez Leo było dla niego czymś normalnym. I nigdy o nim nie myśli; zapomniał o jego istnieniu. Ten temat nadal go gdzieś w środku dręczy, tylko nie umie z tego wybrnąć. Greengrass odnosił wrażenie, jak gdyby ktoś go postawił w samym centrum antycznej tragedii, ponieważ każda decyzja prowadziła do którejś z form autodestrukcji. Czasem wydawało mu się, że MacDonald tego nie rozumie. Czyżby to było spowodowane znaczącymi różnicami między tą dwójką? Były takie chwile, że mężczyzna się nad tym zastanawiał.
- Nie dziwię się - zaczął. W tym krótkim zdaniu nadal pobrzmiewała nuta złości doprawiona rozczarowaniem. - To, co zrobił… Zresztą, doskonale wiesz co zrobił. Chodzi o to, że… sam sobie nawarzył tego piwa, a oczekuje, że wypije je za niego ktoś inny - dodał, kończąc wypowiedź ciężkim westchnięciem. Jakkolwiek próbował być na niego wściekły, tak słabo mu się to udawało. Zaraz górę brało jego miękkie serce oraz wciąż zachowana braterska miłość. Jedno z najbardziej destrukcyjnych uczuć jakie mogło istnieć.
I wtedy zaczął się zastanawiać. Nad kolejnymi słowami rudowłosej. Uniósł spojrzenie znad falującej cieczy uwięzionej w szklance. Poniekąd miała rację. Leo już oberwał za to, co się stało. Poniósł najwyższą cenę swojego wyboru. Pytanie tylko… czy Travis chciał być częścią tej pomyłki. Zrujnowanego życia. Tej rozpaczy zalewającej egzystencję jego brata. Upił szybko kilka łyków nie krzywiąc się nawet z powodu intensywnego pieczenia gardła.
- O czym nie musiałby wiedzieć? Wszyscy wiedzą - wycedził podczas odkładania szklanki na blat. - A ja… nie wiem. Czy potrafiłbym na niego spojrzeć… - Bez obrzydzenia. - … normalnie - zakończył dosyć miernie swoją wypowiedź. Nie był przygotowany do tej propozycji. Nie był też gotowy do spotkania z bratem. Do zmiany nastawienia. Do wszystkiego. - Potrzebuje pieniędzy? - spytał nagle. Szukał ratunku dla swoich rozszalałych wyrzutów sumienia.




WHEN OUR WORDS COLLIDE

Powrót do góry Go down
Lily MacDonald
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 http://www.morsmordre.net/t3545-kukulka http://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 http://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 http://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Iluzjonistka
26
Mugolska
Panna
Creagan an fhithich!
5
13
0
0
0
0
8
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   13.10.16 23:30

Odetchnęła głęboko.
- Nie wie, że tu przyszłam. Nie sądzę, żeby czegokolwiek od was oczekiwał. - trochę się bała, że Travis wścieknie się na nią i sobie pójdzie. Bo skoro nie jest tu na prośbę jego brata znaczy, że się za mocno miesza. I może skoro owy brat sam tego nie chce, na prawdę także nie zamierza szukać kontaktu z bratem. A jednak ona w to nie wierzyła. I chyba chciała pomocy, bo postać Leonarda ją przytłaczała.
Ona stresowała się wszystkim i bała się wszystkiego. Myślenie o tym, co dzieje się za ścianą, w głowie kogoś, komu obiecała jakoś pomóc było dość ciężkim dodatkiem. Choć pisała się na niego z własnej woli.
- Nie wypije go za niego nikt inny. Nie twierdzę, że ty i twoja rodzina na tym nie ucierpieliście, ale swoją porcję konsekwencji ponosi. Czy tego chce, czy nie. - dodała po chwili i znów napiła się ze swojego kufla, znów mówiąc w piwo wbijała wzrok. Trochę łatwiej było jej mówić przy alkoholu, choć nadal nie tak łatwo, jak by tego chciała.
Nie potrafiła myśleć jak Travis, a i on jak ona. Byli zbyt różni. To na pewno.
- O twoim kontakcie z nim. Jeśli będziesz go kiedyś chciał. Nie mówię, że teraz. Po prostu... jeśli kiedyś będziesz chciał. - odwróciła wzrok. Nie było sensu naciskać. Nie brzydziło jej to, co robił Leonard. Znaczy... może i owszem, na pewno nie miała ochoty głębiej o tym myśleć, ale była w stanie uwierzyć w jakieś uczucie, którym się kierował. Była niepoprawną romantyczką i tego chyba nic nie zmieni. Choć dostrzegała kilka dziwnych rzeczy w tej i tak już dziwnej sytuacji. Starała się jednak zrozumieć, że nie chodzi o sam fakt, a o to, że to wszystko działo się w takim miejscu. Przez to, że Leonard dał się przyłapać, ucierpiał nie tylko on.
Na ostatnie pytanie zerknęła na niego. Uśmiechnęła się niepewnie, bo... trochę cieszyło ją, że Travis chce cokolwiek zrobić, jakkolwiek pomóc bratu. Mimo wszystko.
- Tak. Nie może znaleźć pracy. - starała się go w coś wcisnąć u siebie, ale nie było miejsca do którego by się nadał. Nie zamierzała go wyciągać na scenę, nie była idiotką, o stolarce i majsterkowaniu nie wiedział wiele. - Nie jestem w stanie mu cały czas pożyczać. Namawiam go, żeby poszukał między mugolami, tak by było łatwiej, ale najpierw musi się o nich czegoś nauczyć.
Dodała. Póki co to by było zbyt niebezpieczne, to na pewno. Myślała, że wyobraża sobie, jak małe musi mieć o nich pojęcie czarodziej czystej krwi, a jednak okazało się, że ktoś nadal jest w stanie ją zaskoczyć.




Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Powrót do góry Go down
Travis Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 http://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 http://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 http://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 http://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234
opiekun i łowca smoków w Peak District
26
Szlachetna
Kawaler
Never laugh at live dragons.
9
16
0
0
0
0
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   02.11.16 10:43

Trudno mu było patrzeć na Lily. Bał się, że w jego spojrzeniu wyczyta wyrzuty sumienia. To, jak było mu głupio. I bez względu na sytuację, tęsknił za Leo. Byli zawsze nierozłączni. Wszystko robili razem. I nagle to się urwało. Koniec, nie ma wspaniałego duetu braci Greengrass. Został tylko popiół, gorzki posmak utraconej relacji, zmiażdżonych w s p ó l n y c h planów. Trudne do przełknięcia konsekwencje. To nie tak, że tylko Leo cierpiał. On, Travis, także. Tylko na co dzień tego nie okazywał - bo i po co? - nikogo to nie interesowało. Jego zadaniem było odciąć się od hańby, którą okrył ród bliźniak. I nikt nie pytał go o zdanie; czy mu z tym dobrze, czy tak właśnie wyobrażał sobie dalsze życie. Jego zdanie było gówno warte, a co za tym idzie, miotał się w sobie jak motyl w zamkniętym słoiku. Pragnął wydostać się z więzienia konwenansów jednocześnie nie tracąc tego, co do tej pory zyskał. Zjeść ciastko i mieć ciastko - ot, naiwne myśli młodego mężczyzny.
- Unosi się dumą. Typowy Gryfon - mruknął. Bez dezaprobaty, raczej ze zrozumieniem. Wbrew pozorom byli do siebie bardzo podobni w wielu sprawach, nie tylko jeśli rozchodziło się o wygląd. Na to spostrzeżenie musiał wypić kilka kolejnych łyków alkoholu. Mimowolnie nawiedzały go przyjemne - niegdyś - wspomnienia z lat szkolnych. Kiedy stanowili szalony, kreatywny oraz nie do pobicia duet wychowanków Godryka. To było tak dawno…
Skinął jej głową. Co miał powiedzieć? Tak, wie, że Leo cierpi. Wszyscy przez niego cierpią, włącznie z nim samym. Tylko czy coś z tego wynika? Nikt nie cofnie czasu, nikt już nie naprawi tego, co zostało zrujnowane. Travis mógł to skwitować jedynie westchnieniem. Ciężkim, cierpiętniczym. Zmieszanym z niedowierzaniem wywołanym następnymi słowami MacDonald. Nie mógł sobie tego wyobrazić. Jak staje w progu jego mieszkania, a oni obaj udają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. To nadal pozostawało czystą abstrakcją. Łowca potarł dłońmi oba policzki, odstawiając na dłuższą chwilę prawie pustą szklankę na blat. Było ciężko.
- Nie wiem czy kiedykolwiek zechcę. Lecz będę pamiętał. - Ukrócił dalsze rozwijanie wyjątkowo niewygodnego tematu. Zdjął ręce z twarzy układając je na stoliku. Patrzył na Lily, tym razem wyjątkowo pewnie jak na siebie. Jak na siebie w tej sytuacji. Wszystko nagle układa się w logiczną całość. Arystokrata, który próbuje odnaleźć się wśród niższych stanem. Wręcz mugoli. To nie mogło się udać. Ani przez chwilę nie zastanawiał się czy ojciec się o tym dowie. Po prostu wyjął z pojemnej kieszeni płaszcza całkiem sporą sakiewkę wypełnioną galeonami. Które skrupulatnie od jakiegoś czasu odkładał.
- Daj mu to. Tylko wymyśl dobrą bajeczkę, podejrzewam, że ode mnie nie przyjmie jałmużny. - Zastrzegł od razu. Znał Leo, wiedział, jaki… jest? Był? Przygryzł wargę ze zdenerwowania i dopił do końca swój trunek.




WHEN OUR WORDS COLLIDE

Powrót do góry Go down
Lily MacDonald
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3510-lily-macdonald#61296 http://www.morsmordre.net/t3545-kukulka http://www.morsmordre.net/t3544-zostan-moim-przyacielem#62383 http://www.morsmordre.net/f102-fleet-street-187-9 http://www.morsmordre.net/t3580-lily-macdonald#64284
Iluzjonistka
26
Mugolska
Panna
Creagan an fhithich!
5
13
0
0
0
0
8
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   05.11.16 13:21

Uśmiechnęła się lekko do swojego kufla, nadal bardziej się nim bawiąc, niż interesując jego zawartością. Raczej zostawi je na stole, niż wypije do końca. Choć ta sytuacja ją stresowała, denerwowała (niewiele jest rzeczy, które Lily MacDonald nie stresują), Lil jakoś nie miała większej ochoty na alkohol w jakiejkolwiek postaci.
Nic jednak nie powiedziała, bo doszła do wniosku, że wypominanie w tej chwili, jacy są podobni byłoby raczej podłe. Choć to prawda, czasem pod każdym względem trudno ich było odróżnić i Lil w szkole miewała z tym problem. Oczywiście: to, co się stało obu ich zmieniło na różne sposoby, ale przecież wciąż każdy z nich pozostawał sobą.
MacDonald sądziła, że kiedyś Travis zechce spotkać brata. Może nie teraz, nie w najbliższym czasie, ale przyjdzie ten moment. A może to nie jej sądzenie, a jakaś skryta nadzieja? Bardzo możliwe. Chyba po prostu na prawdę życzyła im dobrze i liczyła, że zdołają odbudować choć trochę ze swojej dawnej więzi. Liczyła, że ona nie zniknęła całkowicie, a jedynie została nadwyrężona.
Uśmiechnęła się słabo, kiedy Greengrass wyciągnął sakiewkę. Skinęła lekko głową.
- To na pewno. Do tego zrobiłby mi awanturę. - uśmiechnęła się pod nosem. Na to na pewno nie miała ochoty. Po prostu nie będzie wyciągała wszystkiego na raz. Kiedy będzie potrzebował, niech myśli, że jakoś zorganizowała pieniądze i tyle. Liczyła, że stanie na nogi, zanim te się skończą, choć trudno jej było wyobrazić sobie Greengrassa wykonującego jakąś podrzędną pracę między mugolami. W końcu jednak będzie musiał. Z drugiej strony może nauczenie się nowego zawodu między czarodziejami będzie dla niego łatwiejsze, niż nauka o mugolskim świecie? Choć życie między czarodziejami naraża go na bycie rozpoznanym, a to wiąże się chyba wyłącznie z nieprzyjemnościami.
- Chyba powinnam już iść. Powiedziałam, co chciałam. Chyba, że chciałbyś coś wiedzieć?
Spytała jedynie. Gdyby któryś z jej braci był zmuszony do izolacji, pewnie chłonęłaby każdą informację o nim. Tylko co Travis mógłyby chcieć wiedzieć? A może nie ma ochoty już dłużej o tym słuchać? Czekała po prostu na jego reakcję.




Maybe I'm scared because you mean more to me than
any other person.

Powrót do góry Go down
Travis Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 http://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 http://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 http://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 http://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234
opiekun i łowca smoków w Peak District
26
Szlachetna
Kawaler
Never laugh at live dragons.
9
16
0
0
0
0
0
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   10.11.16 12:33

Travis świadom był ciążących na nich podobieństwach. Zresztą, do pewnego momentu nie traktował tego jako ujmę. Raczej coś naturalnego, że bracia bliźniacy mają wiele wspólnych cech. Niestety przekonał się, że także wiele ich różni. Nie mógł nic na to poradzić, nie wtedy, kiedy mleko się rozlało. Gdyby tylko Leo wcześniej przyszedłby do niego ze swoimi problemami… drugi Greengrass z pewnością nie zrozumiałby tych dewiacji kierujących bratem, lecz z pewnością starałby się mu pomóc. Służyłby dobrą radą. Zalecił mu wyjazd zdrowotny do oddalonej od Wielkiej Brytanii kliniki? Na pewno wierzyłby w moc uzdrawiania tak przykrych dolegliwości. Czasem przebąkiwało się o eksperymentalnych technikach leczenia tego typu osób, może nie byłoby dla niego za późno? Światu powiedziałoby się, że podupadł na zdrowiu fizycznym - wszystko po to, żeby nikt się nie czepiał - a po jakimś czasie wróciłby odmieniony. W y l e  c z o n y. I mogliby wieść swoje poukładane życie już do końca ich dni. Spełnialiby się pracą w rezerwacie, byliby zwyczajnie szczęśliwi. Do Travisa nie przemawiał w żaden sposób fakt, że to była wizja szczęścia tylko i wyłącznie jego, nie Leo. Z drugiej strony, gdyby [Leo] wiedział jak ta historia się zakończy, jakie konsekwencje przyjdzie mu ponieść - może nie zdecydowałby się na taką lekkomyślność? Zakładając nadal, że to był niefortunny wypadek, nie działanie z premedytacją…
Nie dostrzegał niedopitego przez Lily piwa zajęty swoimi wewnętrznymi rozterkami. Gdzieś w środku był wdzięczny rudowłosej, że zgodziła się z nim spotkać. I porozmawiać. Po prostu jeszcze ten żal za utraconymi marzeniami był w nim zbyt silny. Musi upłynąć więcej czasu zanim podejmie próbę konfrontacji twarzą w twarz.
Kiwnął MacDonald głową dopijając szczątki whisky brudzącej grube dno szklanicy.
- Dziękuję - powiedział jedynie. Aż? Głos mu zadrżał, wzrok wbijał w swoją dłoń ciasno obejmującą puste naczynie. Czy chciałby coś wiedzieć? Wiedział tyle, że jego brat był nieszczęśliwy. Nie mogło być inaczej po tym, co się stało. A on nie potrafił mu tego szczęścia zapewnić. Odmienić nieodmienionego. Jedyne, czego mu życzył, to właśnie tej stabilizacji oraz zadowolenia z siebie - skoro nie posiada nawet tego, to czy chciał wiedzieć coś więcej? Nie.
- Odprowadzę cię - zaproponował wstając z krzesła. Wysupłał jeszcze z sakiewki kilka monet, które położył na stole płacąc za siebie i za Lily. Pomógł też się jej ubrać, a kiedy oboje byli gotowi, opuścili mury Dziurawego Kotła - w przypadku Greengrassa - z dziurą w sercu.

zt x2




WHEN OUR WORDS COLLIDE

Powrót do góry Go down
Leonard Mastrangelo
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
http://www.morsmordre.net/t1754-leonard-mastrangelo http://www.morsmordre.net/t1897-andromeda#26044 http://www.morsmordre.net/t1898-mow-mi-leonardo http://www.morsmordre.net/f138-pensford-avenue-31 http://www.morsmordre.net/t1929-leonard-mastrangelo
malarz, brygadzista
35
Półkrwi
Kawaler
a dumb screenshot of youth
watch how a cold broken teen
will desperately lean on a superglued human of proof
8
15
1
0
0
0
0
8
Czarodziej
 I czemu to takie nic jest właśnie czymś dla mnie?

PisanieTemat: Re: Stoliki na uboczu   03.01.17 15:23

|1 kwietnia
Noc była wyjątkowo cicha, ale tego się po niej spodziewał. To był ten czas, kiedy po jakimś wielkim wydarzeniu świat nie pozwalał ci o nim zapomnieć. Nie wrzucał cię w kołowrotek codziennych zdarzeń, ale dbał o to, żebyś miał dostatecznie dużo czasu, aby rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i karmić się domysłami.
Wrócił do domu po spotkaniu Zakonu i tam pragnął zostać. Najlepiej zakopać się w wymiętej pościeli, wśród znanych czterech kątów, które ostatnimi czasy stanowiły jego azyl. Czuł jednak już od momentu przekroczenia progu, że to nie będzie dobre wyjść. Nieprzyjemny swąd zdrady unosił się w powietrzu. To ten dzień, kiedy nie będzie mógł obojętnie wpatrywać się w biel sufitu, wyobrażając sobie wspaniały gwiazdozbiór ponad nim. Mózg pracował na zwiększonych obrotach, a więc to właśnie on obróci się przeciwko niemu. Leonard nie chciał poddać się od razu, więc postanowił starannie poukładać wszystkie pędzle w pracowni. Dało to jednak efekt odwrotny do zamierzonego, bo nie był w stanie nie zobaczyć stojących pod ścianą płócien. Skrzywił się, odrzucił trzymane w ręce przybory i opuścił pomieszczenie. Kiedyś potrafił spędzać w nim całe dni, a teraz nie umiał spędzić tam paru minut. Wszystko się obróciło, ale nie o upragnione sto osiemdziesiąt stopni, tylko o trzysta sześćdziesiąt, aby znów umieścić go w punkcie wyjścia. W dodatku sprawiło, że czuł się trochę nieswojo we własnym domu. Niechciane wspomnienia mimowolnie kołatały się po głowie, a zapach, który powinien już dawno wywietrzać wciąż wdzierał mu się do nosa.
Nic dziwnego, że koniec końców spasował i teleportował się na Pokątną. Spokój, jaki panował na ulicy był zupełnie odmienny od tego panującego w jego mieszkaniu. Tutaj czuło się pulsowanie Londynu. Ta ulica, chociaż niewidzialna dla mugoli, stanowiła jedną z żył tego miasta i niewątpliwie prowadziła do miejsca, które zdruzgotało niejedną wątrobę. Uśmiechnął się bezwiednie, czując spływające na niego uczucie wywoływane niewątpliwie tylko przez ten uroczy lokal. Poniekąd czuł się tutaj najbardziej jak w domu. Panujący we wnętrzu gwar powitał go kojąco niczym stara przyjaciółka, na której może się wesprzeć i zwierzyć. Bez bycia ocenianym. Mimo imponującego wzrostu chwilę zajęło mu odnalezienie Lisa. Może to nawet lepiej, bo wybrane przez niego miejsce gwarantowało im upragnioną prywatność. Idąc do stolika pomachał stojącemu za barem Frankowi, zachęcając go ruchem głowy do dołączenia. Zdjął płaszcz i zarzucił go na oparcie fotela.
- Mam nadzieję, że nie czekasz długo - powitał go, zajmując z ulgą fotel, który jęknął cichutko pod jego ciężarem.




so i tried to erase it but the ink bled right through almost drove myself crazy when these words 

led to you


Powrót do góry Go down
 

Stoliki na uboczu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 5Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

 Similar topics

-
» Stoliki w głębi sali
» Bar i stoliki w Dziurawym Kotle
» Kawiarnia Solace
» Stoliki
» Stoliki na pierwszym piętrze [SW]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Dziurawy Kocioł-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18