Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Selina Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
1
24
1
0
0
0
36
11
Czarodziej

PisanieTemat: jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach   16.04.16 21:12

Czerń i biel, krążące wokół, ciasno przy sobie, niczym para kochanków, a jednak nie mieszająca się ze sobą. Widziany obraz był kompletnie czysty i niezakłócony, a jednak tak bardzo kontrastowy. Dlaczego to właśnie biel była odpowiednikiem męskiego pierwiastku? Dlaczego to mężczyzna z całym jego testosteronem miał pozostawać symbolem rozumnej jednostki, podczas gdy to kobieta była czernią, targana emocjami, nierozumna, przyziemna i materialna? Dlaczego to właśnie "kobiecy" duch przemieniał się w upiora, gdy był źle potraktowany, a męskiemu było bliżej do bóstwa? Te wszystkie wierzenia i twierdzenia, które umniejszały płci żeńskiej na wartości tylko wprawiały ją w większą irytację. Kilka gram diabelskiego ziela potrafiło ją jednak zawsze uspokoić. Obraz mnicha oraz jego wizji wszechświata, która zamykała się w czarno-białym kręgu, towarzyszyła jej również w stanie uniesienia. A może to jej się tylko śniło? Nie była w tym śnie gui ani po. Była hun. Kompletna, bez tego drugiego elementu. A chwilę potem ocknęła się z potem na czole, jakby trawiona gorączką. A może jednak przemieniała się w złego ducha? Czy nie powinna obudzić się z uśmiechem?
Minęły dokładnie cztery dni od kiedy pożegnała się ze swoim przewodnikiem w parku Wielkiej Gobi, tym samym przesiadając się z końskiego grzbietu na miotłę. Chciała obejrzeć tybetańskie góry z wysokości. I stamtąd ruszyć... gdzie ją wiatr poniesie. Nie miała przecież żadnego planu. Nie potrafiłaby działać według ustalonego wcześniej grafiku. Słyszała jednak zbyt sporo o tybetańskich szamanach i była zbyt bliska tego miejsca, by nie sprawdzić mitu. Odwiedzić miejsca wojny między dwoma grupami. Nie cierpiała podobnej, bezsensownej rzezi w imię wyższej racji. Nie sympatyzowała się z żadną z grup. Ale głuche lasy, legendy o duchach zaklętych w drzewach... czy odmówiłaby sobie kilku wieczorów grozy?
Dokładnie szesnaście godzin później stała na bazarze, robiąc najbardziej prozaiczną rzecz jaką można było sobie wyobrazić. Przystanęła przy jednym ze straganów, zbliżając swój nos do maleńkich ziaren. Nie zdawało się to być jej celem, ale coś uchwyciło na tyle jej wzrok, by się tutaj zatrzymała. Po dokładnie trzystudwudziestupięciu dniach od początku jej podróży i studwudziestusiedmiu od ostatniego razu, gdy widziała na oczy swojego kuzyna, ta piekielna, cholerna herbata wywołała u niej coś na rodzaj tęsknoty za domem. Już po chwili odchodziła z małą torebeczką wypełnioną wonią jagód goyi. To były jej pocztówki. Coś, co przypominało jej o danej osobie, tylko z rdzeniem miejsca, w którym się znajdywała. Nie poszukiwała jednak pamiątek, które nie miały dla niej żadnej wartości. Co przedmiot mógł za sobą nieść? Był tylko zbędnym ciężarem. Wszystko czego potrzebowała to kilka gram ziela, notatnik, różdżka miotła i nieco monet, by znów nie wstrzymywać się na jakże czasochłonne odpracowywanie wydatków. Nie miała na to czasu. Ani chęci. Jakże mogłaby przebywać w jednym miejscu dłużej jak chwilę, gdy jeszcze tyle było do zobaczenia i zrobienia?
Nie miała pojęcia, że jej drogi niedługo wkrótce ponownie się skrzyżują z pewnym nieznajomym. To nie tak,  że przeczuwała, iż się tutaj pojawi, prawda? Czysty przypadek. A może zrządzenie losu?
Dokładnie trzy godziny i szesnaście minut później obmywała ranę w strumieniu, który biegł jakieś sześć mil od miasta. Wydała z siebie głośny syk, gdy raz jeszcze skierowała strumień wody na kostkę. Próbowała przejść przez tą cholerną rzeczkę, ale noga jej się omsknęła i skaleczyła się o pieprzony kamień! Wyglądało to doprawdy paskudnie. A zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że zawsze olewała magię leczniczą, bo jej siostra była w tym prymuską. Wszystko przez nią! Wszystko!
Wydała z siebie dźwięk pełen frustracji i raz jeszcze zaburzyła cichy szmer wody głośnym pluskiem, gdy uderzyła dłonią o taflę wody. Wewnętrzny spokój. O. No właśnie.
Z nogą wsadzoną do wody, butami i tobołkami porzuconymi gdzieś po drodze, sięgnęła do przemoczonej kieszeni szaty, by wyciągnąć cenne zawiniątko. Jedno zaklęcie, by liście się osuszyły, a ona mogła odetchnąć na nowo. Dopiero wtedy odchyliła nieco głowę do tyłu, zapominając o pulsującym bólu. Pustka. To, oprócz łysych drzew, gór i wszechobecnej natury. Otaczała ją pustka. Czy nie powinna jej nieco wypełnić?
-Hej-ho!-krzyknęła w ścianę drzew, czekając, aż las jej odpowie, a głos odbije się setkami razy.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
35
15
0
0
0
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach   16.04.16 22:57

Jeśli na ziemi istniały cuda większe niż magia, to Tybet zdecydowanie do nich należał – i może dlatego pozostawałem w tym miejscu już od trzech miesięcy, co wydawało się zaskakująco długim okresem jak na gnanego przez żywioły podróżnika, który błąkał się po obcych krajach w poszukiwaniu własnego miejsca na świecie. Nigdzie jeszcze nie udało mi się zaznać takiego spokoju jak w wysokich Himalajach, które przemierzałem niczym najprostszy mugol, choć przecież mógłbym przelecieć nad nimi na latającym dywanie, które w Azji wschodniej cieszyły się znacznie większą popularnością niż na wyspach, z których pochodziłem – i za którymi bynajmniej nie usychałem z tęsknoty. Szukałem nieustannie nowych domów – czasami moje stopy dziwnym zrządzeniem losu przekraczały progi pałaców, częściej jednak raczyłem się mokrą trawą lub zeschniętą ziemią, okrywając się do snu jedynie rozgwieżdżonym niebem. Byłem w końcu wolnym duchem, który gnał zawsze tam, dokąd chciał, nie wyznając żadnych zasad, nie znając granic, poza tymi, które wyznaczał kręgosłup moralny, nieustannie znajdujący się jeszcze w powijakach i powoli dojrzewający do swojej ostatecznej formy.
Pozostawało mi jedynie liczyć na to, że nie nabędzie jakiejś skoliozy czy innego wypaczenia.
Do Tybetu przybyłem z twarzą o rysach bardziej mongolskich, wiedziałem bowiem, że biali ludzie nie są tu zbyt dobrze witani. Przez pewien czas pilnowałem stada pasących się jaków, później krzątałem się po gospodarstwie pewnej rodziny, nieustannie błądząc między jarmarkami a zupełnie wyludnionym krajobrazem, który zapierał mi dech za każdym razem – przez chwilę podejrzewałem nawet, że może po latach odkryłem u siebie klątwę Ondyny, ale przebadał mnie szaman, który stwierdził, iż dolega mi wyłącznie zbytnia pewność siebie i zalecił, abym przyjrzał się życiu skromnych buddyjskich mnichów. Tak dostałem się do miasteczka – gdzie dość szybko okazało się, że magia w Tybecie przeplata się ze światem mugolskim na równi, bez żadnej separacji, bez podziałów, uprzedzeń, zazdrości. Zamieszkałem u starego maga, który dość szybko zdemaskował moje metamorfomagiczne zdolności, przyznając, iż imię Wa, oznaczające w języku tybetańskim lisa, w istocie współgra z moją zmienną powierzchownością. W środku też chyba pozostawałem jeszcze w ciekłym stanie skupienia, potocznie nazywanym młodością. Musiało tak być, bo często czułem, jakby coś się we mnie gotowało – a wtedy starzec dzielił mnie swoją laską po łepetynie, chyba licząc na to, że wbije mi w końcu do niej jakąś ze swoich mądrości.
Pomimo tego, iż dni mijały mi leniwie, obowiązywał mnie pewien harmonogram, bo w Tybetańskim mieście każdy przecież musiał wypełniać swoje obowiązki. Zacząłem więc od codziennego praktykowania jogi jako rytuału towarzyszącego pobudce, później musiałem szykować dla starca jedzenie, następnie chodziłem na targ i pomagałem w rozbudowie świątyni, kiedy jednak czas pozwalał na odrobinę wolności, wrzucałem do sakiewki kilka gram suszu z diablego ziela i wędrowałem po terenach bezkresnej zieleni, chyba dlatego właśnie, żeby poczuć się ostatecznie wolnym. Znaleźć sens bycia Wa.
I uwierzcie mi – znalazłem! Ba, on sam mnie wezwał! Albo raczej ona, jak się po chwili okazało. W pierwszym momencie pomyślałem, że to jakieś zwierze, ale dźwięk nie przypominał żadnego znanego mi odgłosu natury. Szedłem skrajem niewielkiego lasu – co było w zasadzie na tych terenach zjawiskiem rzadkim, na większość krajobrazu składały się przestrzenie wypełnione przejmująca pustką, poprzecinane skalistymi wzniesieniami i wodami, z królującymi wokół, niczym mistyczni strażnicy, Himalajami. Myśląc, że dźwięk dochodzi znad strumienia, odbiłem w jego stronę, a kiedy na drugim brzegu ujrzałem postać kobiety zupełnie innej niż te, których naoglądałem się przez ostatnie miesiące mojej podróży, dwa razy musiałem się zastanowić, czy przypadkiem nie jest jakąś zaklętą istotą, która wabi mnie swoim głosem na pewną zgubę. Niemniej, diable ziele nie powinno wywoływać halucynacji, a może dostał mi się jakiś wyjątkowo mocny towar? Tajemnica spokoju buddyjskich mnichów rozwiązana.
- Hej-ho? - Odpowiedziałem niepewnie, ale wystarczająco głośno, machając do istoty z drugiego brzegu. Nie było innego wyjścia – albo jakieś czary, albo dziwnym trafem jakaś biała dziewczyna przypałętała się w te strony. Przyglądałem się jej tak przez chwilę, chociaż było mi trochę ciężko, bo słońce dawało mi po oczach, uniemożliwiając bardziej wnikliwą obserwację. Postanowiłem więc podjąć ryzyko i powoli przeprawić się przez strumień, bo – za wyjątkiem własnego odbicia w lustrze - nie widziałem żadnego białego człowieka od kilku miesięcy. Do dnia dzisiejszego żałuję, że nie mogłem zobaczyć wtedy zdziwienia, jakie wymalowało się na mojej twarzy, kiedy już znalazłem się nad drobną postacią. Bo jakim prawem na jakimś końcu świata spotykam Selinę Lovegood?
- To ty?! - pytam, nie ukrywając niedowierzania przeplatanego z jakąś obcą mi jeszcze radością, stojąc ciągle w tym strumieniu, nadal nie będąc do końca pewnym, czy aby na pewno mam przed sobą człowieka z krwi i kości. Ale chyba jednak była z krwi, bo po chwili zauważyłem, że woda w okolicy jej stóp barwi się na mętny, czerwony kolor. - Dlaczego przyszłaś na koniec świata zrobić sobie krzywdę? - w moim głosie rozbrzmiewa rozbawienie, ale i jakaś troska, a w głowie wybucha epidemia myśli i tysiąc pytań bez odpowiedzi, bo ta sytuacja wydaje mi się kompletnie niedorzeczna. To najdziwniejsze przypadkowe spotkanie w moim życiu jak dotychczas. Zdecydowanie.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
1
24
1
0
0
0
36
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach   18.04.16 20:23

To nie poszukiwanie spokoju gnało ją przez kontynenty. Nie szukała też odpoczynku. Na głos nie wypowiadała też żadnej głębszej pobudki dlaczego wybrała się w podróż. Jakkolwiek zadzierająca nosa i bezczelna by nie była, czasem coś potrafiło ją po prostu tchnąć. Każde słowo, obraz, zdjęcie, historia, wspomnienie i inne formy przekazu pchały ją do jednego: by to sprawdzić. Jakże mogłaby polegać na czyimś postrzeganiu? Nie chciała być kimś, kto podziwiałby dokonania innych, po cichu sobie marząc o podobnej odwadze. Wyrywała się zaraz z obietnicą zrobienia nie tylko danej rzeczy, ale także stu innych. Nie mogła być gorsza. To ją miano podziwiać. Mogła robić w końcu to samo co inni i więcej! Nie miała cierpliwości, by zostawać w jednym miejscu dłużej jak kilka dni - gdzie dreszczyk emocji, gdy otoczenie zostanie już całkowicie oswojone?
Bycie białą kobietą o jasnych włosach przyciągało uwagę w tych rejonach. Na szczęście nigdy nie zostawała w danym miejscu na tyle długo, by zaskoczenie i lekki dystans mieszkańców zdołał się zmniejszyć na tyle, by ryzykowała jakimikolwiek kłopotami. Zazwyczaj różdżka wystarczyła w razie potrzeby obrony. Choć zazwyczaj sam widok jej sylwetki, miotły, którą nosiła na plecach (była taką nogą z transmutacji, że zmniejszanie i powiększanie jej tylko zwiększało ryzyko naruszenia delikatnej struktury i jej wyważenia - umarłaby, gdyby jej najcenniejszy skarb stracił na wartości przez nią!) i roześmianego towarzystwa wystarczył, by kłopoty nie zwalały jej się tak od razu na głowę. Himalaje miały być tylko chwilową odskocznią. I już żałowała, że nie namówiła swoich kompanów do tego, by przybyli tu z nią. Dni były wypełnione ciszą i własnymi myślami. Człowiek mógł oszaleć pozostawiony tak samemu sobie. Zaczęły mu przychodzić durne myśli do głowy. Wyprawa traciła cały swój urok i zaczynała być wrzodem na tyle. Gdyby w tym momencie nie była sama, zapewne ktoś już ulżyłby jej bólowi. I mogłaby kogoś zwyzywać za wyśmiewanie się z jej niezdarności. A może poszliby w dół strumienia i zobaczyli do czego ma ujście? A tak? Miała dosyć. Chęć rezygnacji i powrotu do domu kołatała jej się w głowie. Jej płonna ekscytacja nieco zgasła. Samotność to najgorszy doradca. Spędzanie czasu z samym sobą było nie do zniesienia!
Kultura wschodu była dla niej jak ciekawostka - mimo sposobu w jaki umieszczali kobietę w kalejdoskopie ważności była dla niej w pewien sposób fascynująca. Obca. To tak jak dupa po francusku. Le cul brzmi prawie jak cool wymawiane z tym romańskim akcentem. Słowem: jak bardzo beznadziejna rzeczywistość by nie była, jej odświeżająca inność sprawiała, że człowiek aż zachłysnął się z zachwytu. W końcu nawet afgańska burka wywołała u niej coś na rodzaj entuzjazmu - ale te, które widziała, były szyte złotymi nićmi, a delikatność, lekkość i miękkość materiału wcale nie dawała wrażenia jakoby całe ciało było nim zasłonięte. Nie potrafiłaby jednak wprowadzić ich zasad we własne życie.
Im wyżej, tym faktycznie drzewa były rzadszym zjawiskiem. Na tej wysokości roślinność, jakkolwiek niezbyt urodzajna, objawiała się. A zwłaszcza wokół źródeł wodnych. Oprócz cichego szumu wody, słyszała echo swoich słów. Kolejne zniekształcenie jakie doszło do jej uszu definitywnie odbiegało od poprzednich. Było też głośniejsze. I dobiegające... gdzieś znad drugiej strony brzegu. Poruszyła niekontrolowanie nogami, ni to w próbie wstania, ni to w jakimś sygnale lekkiego zaskoczenia. Podniosła się jednak w końcu, gdy sylwetka zaczęła zbliżać się w jej stronę. Uzbroiła się w dozę dystansu i nieprzystępną minę, zauważając, że postawność człowieka stawiała na przeciwną płeć. Jedno fałszywe słowo, a pośle go w dół rzeki, ot co! Gotowa do wypowiedzenia inkantacji przynajmniej dziesięciu zaklęć, które miały zapewnić jej ochronę, kompletnie nie była przygotowana na okrzyk pełen zdziwienia.
-To ja?-opowiedziała mu nieco zdębiała, nie rozumiejąc dlaczego ta osoba jest zaskoczona jej widokiem i dlaczego zachowuje się, jakby ją znał. Dopiero po chwili bruzda rozcięła czoło na pół, gdy rysy twarzy wydały jej się znajome.-Ja cię znam.-oświadczyła po momencie, równie zaskoczona jak jej rozmówca. Wybuchnęła śmiechem, nie dowierzając abstrakcji sytuacji. Dlaczego spośród tysiąca ludzi, miliona miejsc, całego czasu świata mieli się spotkać właśnie tutaj i właśnie teraz?-Na Merlina, a już myślałam, że jesteś jakimś nawiedzonym gościem.-wyrzuciła z siebie lekko, nie kryjąc ulgi. Nie pokonała reszty odległości, by rzucić mu się w ramiona. Podobne sentymenty przecież nie były w jej stylu. Zamiast tego ponownie opadła na kamień, na którym siedziała, odchyliła się do pozycji półleżącej i wyrzuciła w jego stronę nogę, jakby chcąc zaprezentować mu swoje obrażenia, (nie?) chcący oblewając go wodą, z dramatycznym westchnieniem.-Zawsze zastanawiałam się jak to jest umrzeć na jakąś mugolską chorobę pośrodku niczego.-powiedziała głosem pełnym przekonania, by potem przybrać na twarz coś na rodzaj strapienia. Trochę tęskniła do lekcji teatru. Poza tym wydawało jej się to trochę zabawne. No bo co to za pytanie?!
-Tobie też znudziła się Europa?-zagadała go zaraz bez żadnej krępacji, obserwując go żywym wzrokiem. Chyba tak okazywała swój entuzjazm na jego widok.-Hej, słyszałeś o tej polanie na wschód od wioski, na której rosną dzikie kwiaty? Podobno po zmroku słychać czyjeś zawodzenie.-wytłumaczyła mu rzeczowo.-Chcesz poznać ducha?-uśmiechnęła się po łobuzersku, ale zaraz spoważniała, jakby zdając sobie z czegoś sprawę.-Zaraz. Bo ty to ty, tak? Nie jesteś jakimś moim wytworem wyobraźni ani dziwną odmianą zwodniczej syreny?-zmarszczyła brwi, z podejrzliwością patrząc na niego, a potem na swój niedopałek.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
35
15
0
0
0
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach   19.04.16 22:28

No dobra. Zagalopowałem się. Bo to nie tak, że pojechałem na jakieś jedz, módl się, kochaj, chociaż summa summarum wszystkie czynniki zostały uwzględnione. Żaden był ze mnie podróżnik. Ja po prostu prysnąłem przed rzeczywistością, którą przytłoczyła mnie Anglia. Śmierć Dumbledore'a sparaliżowała mi wszystkie mechanizmy obronne – a kiedy te już zawiodły po prostu zwiałem. Nie wiem, czy kogokolwiek to jeszcze tak bardzo obeszło jak mnie, chociaż myślę, że tak. To był wielki człowiek, absolutnie pokręcony, ale geniusze mają do siebie to, że zazwyczaj nie są rozumiani przez ogół społeczeństwa. Chociaż zupełnie nie mam pojęcia, czy jako student jakkolwiek zapisałem się w jego pamięci - to bez znaczenia, w końcu to ja byłem tym szczęśliwcem, któremu udało się czerpać z jego geniuszu przez rychło siedem lat. A później – puff – zjawia się Grindelwald, zdmuchując najpotężniejszego czarodzieja niczym świeczkę. Myślicie, że po czymś takim mogłem spać spokojnie? Ja, żyjący w wiecznym strachu o własne życie; ja, który jedną stopą otarł się o Nokturn (może dobrze, że zwiałem – w przeciwnym razie kto wie, jaki byłby mój koniec – nawet na tym zapyziałym zaułku zdają się potrzebować jakiś komediantów, takie mamy ponure czasy). Trochę się już uspokoiłem, wiecie. Popalam te swoje zioła, prowadzę zdrowy tryb życia i hasam, gdzie mi się umyśli. Wszędzie wpasuję się jak brakujący element układanki, bo los chyba przewidział, że umiejętność metamorfomagii będzie mi niezbędna do życia prawie tak samo jak tlen. Gdybym kiedykolwiek miał wydać poradnik o szkole przetrwania wydziedziczonego arystokraty, pierwszy podpunkt z pewnością brzmiałby bądź metamorfomagiem. Taki bonus daje z dziewięć, jak nie z dziewięćdziesiąt żyć.
Znowu szaleję z tą zwierzęcą symboliką. No dzikus, innego wyjścia nie ma.
Samotność zabijała mnie powoli od kilu lat, odkąd tylko skończyłem szkołę. Ludzie niepokojąco rozpierzchli się w różnych kierunkach, startując w wyścigu szczurów, a ja zostałem sam, z tym swoim szlajaniem się z baru do baru, gdzie wycierałem brudne szklanki jeszcze brudniejszymi szmatami. Moimi jedynymi rozmówcami byli wówczas pijani klienci – i, wierzcie lub nie, wyrobiło to u mnie kunszt umiejętnego prowadzenia konwersacji, bo nikt nie bywa tak drażliwy jak spojeni alkoholem czarodzieje. Z natury nieustannie dążyłem do pozostawania w centrum uwagi, do brylowania w towarzystwie, opowiadania najlepszych żartów, bycia zwierzęciem towarzyskim, którego nieobecność czyni jakiekolwiek przyjęcie czy spęd całkowicie nieatrakcyjnym. Odsunięty na margines społeczeństwa musiałem przez jakiś czas obchodzić się smakiem. Pierwsze lata po szkole były naprawdę dziwnym okresem mojego życia – to nie tak, że nie miałem znajomych, tylko nagle wylądowałem w kręgu osób, które nijak wpasowywały się w moje wówczas jeszcze nieco szlacheckie standardy. Cóż, po prostu najlepsza edukacja zwaną szkołą życia przypadła mi na czasy po ukończeniu Hogwartu.
To tak w skrócie o tym, jakim to jestem obieżyświatem.  
Fantastycznym.
Nie wiem, co zrobić ze swoim życiem, więc pojadę jak najdalej, żeby popilnować trochę cudzych jaków i wybudować świątynię, a tak naprawdę chodzić po całych dniach spalonym, bynajmniej nie azjatyckim Słońcem. Naprawdę szczytny cel. Bardzo to wszystko jest dojrzałe, a jeszcze bardziej zaplanowane. Ale na szczęście w wieku dwudziestu dwóch lat o dojrzałość nikt mnie nie pytał, zwłaszcza, że rodzina z łatwością z dnia na dzień wyrzuciła mnie ze swojej pamięci – co było tak samo wygodne i przykre jednocześnie. Chociaż wszystko odbyło się na pakcie wymownego milczenia, i tak wychodziło na to, że sam się o taki los prosiłem. A nie wypowiedziałem ani jednego słowa! Co ja zresztą będę rozwodził się nad jakimś rozlanym mlekiem w Anglii. Mam teraz lekkie życie włóczykija, a największe nieszczęście jakie może mnie spotkać, to faktycznie chyba bycie porwanym przez wodną nimfę (w tym momencie moja trzydziestojednoletnia wersja pęka ze śmiechu). Patrzę na tego swojego domniemanego deomona wodnego, łpiącego na mnie jakoś tak nieufnie i zapewne będącego w gotowości do posłania w moją stronę serii nieprzyjaznych zaklęć. Unoszę dłonie nieznacznie do góry, dając znak o swojej kapitulacji, a na twarzy już mi się błąka ten typowo nonszalancki uśmiech.  
- To ty. Selina. Selina Lovegood. - Potwierdzam, kiedy stoimy już oko w oko, nos w nos. No, może jednak trochę dalej. - Upiliśmy się w zeszłym roku na Montmartre drogim winem i opowiedziałem ci cały swój życiorys. Zabawa była pyszna. Jak francuskie croissanty. - Reasumuję, tak na wszelki wypadek, jakby jednak nie pamiętała. Niby ciężko mnie wyrzucić z pamięci, ale wina było naprawdę dużo, wolałem się więc przypomnieć. Jakoś tak też udziela mi się jej śmiech (to bardzo niebezpieczna choroba, roznosi się łatwiej niż wszelkie weneryczne świństwa – o dziwo większość arystokracji posiada na nią uodpornienie, ale ja byłem z gorszego sortu), bo w istocie, sytuacja jest dość komiczna, ale Selina w porę nadaje jej dramatycznego wyrazu, prawie wsadzając mi swoją stopę w oko. Mało brakowało, a oboje bylibyśmy poszkodowani. - Nie wiem, nie przydarzyło mi się jeszcze. Ale wydaje mi się, że w dziewiętnastym wieku było modnie umierać na cokolwiek, na pewno ktoś napisał wtedy na ten temat ciekawą książkę! - Swobodnie opadam na sąsiednim kamieniu i przyglądam się tej rozbebeszonej stopie. Kostce. Nodze. No, w każdym razie rannej części! - Nie wygląda to dobrze. - Komentarz godny specjalisty. - Ktoś powinien to obejrzeć, ale nie polecam siebie. Mam dwie lewe ręce do magii leczniczej. Ale w miasteczku niedaleko stąd mieszka szaman, który na pewno naprawiłby ci nogę. Jakbyś nie dała rady iść to cię tam zaniosę. - Gadam jak nakręcony, już oferując pełen asortyment wsparcia, nawet nie rejestrując faktu, że przecież ma ze sobą miotłę i transport nie stanowi żadnego problemu. Nie wiem, może w szkole za dużo przebywałem w towarzystwie Cynthii Vanity. Ona musiała wydychać jakieś feromony dobra, które mi przesiąknęły przez skórę i zupełnie zbrukały błękit krwi. Na całe szczęście! Ale to tym bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że byłem jakimś wadliwym egzemplarzem, bo na przykład taki Deimos Carrow wydawał się dużo bardziej odporny na opary szlachetności (która bynajmniej nie miała za wiele wspólnego ze szlacheckością). - Wiesz, myślę, że lepiej jednak byłoby dowiedzieć się z książek o tych zaświatach, niż sprawdzać na własnej skórze. Co się właściwie stało? - Pytam z czystej ciekawości, a nuż usłyszę epicką historię, ale zamiast odpowiedzi spada na mnie lawina pytań.  
- Europa. I Afryka. Gnam przed siebie, gdzie poniosą mnie stopy. - Gryzę się w język jak zwykle nie w porę, bo jeśli Selina wyznaje podobną filozofię, to w chwili obecnej stopy chyba nie za daleko ją poniosą. Bawi mnie to, jak żywo na mnie patrzy, bo zachowuję się zupełnie tak samo jak ona, całkowicie zaaferowany tym, że natknąłem się na znajomą twarz pośrodku niczego. Jakby nie wiem, ktoś mnie nakręcił niewidzialną korbką. - Od dawna tutaj jesteś? Skąd przyszłaś? Dokąd zmierzasz? - nieśmiertelny Gaugin zawsze w łasce. - Co, jaka polana? Jestem tu od trzech miesięcy i nikt nie pisnął mi słowa o żadnych zawodzeniach. Albo ktoś wpuszcza cię w maliny, albo to ja nie wzbudzam w mieszkańcach wystarczająco dużo zaufania. Eh, tak czułem, że ten lisi ogon przysporzy mi tylko samych kłopotów. - Machnąłem ręką, choć nie ukrywałem zaintrygowania. Zwłaszcza, że bardzo podobało mi się to, co skrywała w głowie Lovegood! - Co to w ogóle za pytanie! Oczywiście, że chcę. Zawsze chcę wszystko, co brzmi jak przygoda. Ale jesteś pewna, ze to duch? Może raczej jakiś demon. Pełno ich tutaj żyje w drzewach i między skalnymi szczelinami. Jako cudzoziemcy możemy się im szczególnie narazić. - Mówię tak, jakbym chciał ją odwieść od tego pomysłu, ale jeśli tylko patrzy mi uważnie w oczy i potrafi dostrzec w nich iskry to wie, że tak naprawdę dolewam właśnie oliwy do ognia.
Śmieję się z jej pytania o pokrewieństwo z mistycznymi stworzeniami, bo wygląda na to, że oboje popadliśmy w ten sam schemat myślenia.
- Wiesz, może jakbym się bardzo postarał, to byłbym w stanie pokryć swoją skórę mieniącymi się łuskami... - Zastanowiłem się na głos, z wyraźna konsternacją w głosie. Nigdy nie próbowałem, ale skoro były możliwe kocie uszy i świńskie nosy, to dlaczego by nie spróbować z syrenimi łuskami?
Ale to później, bo jeszcze ją niepotrzebnie wystraszę.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
1
24
1
0
0
0
36
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach   03.05.16 17:01

Nieważne w jakim wieku była, charakteryzowała ją jedna rzecz - niezależnie od tego, że była niezwykle ekspresyjna, przeskakująca z łatwością z jednej emocji na drugą i - jak mogłoby się wydawać - przez to bardzo otwarta, z lekka prostolinijna, zwłaszcza jako nastolatka nie mogąca praktycznie zamknąć ust przez potok słów, jaki się z nich wydobywał, a mimo to... pewne tematy nie były przez nią poruszane, jakby nie istniały. Była mistrzynią w ignorowaniu niektórych spraw, byciu wybiórczą, niewzruszoną na niechciane aspekty - wybredna, z mnóstwem ewenementów i odstępstw, byleby tylko zapewnić jej komfort. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że fakt, iż postanawiała czegoś nie widzieć, nie powodował jednocześnie, że tego nie było. Dlatego Selina Lovegood miała kilka sekretów, których wyjawienie wiązałoby się jednocześnie z tym, że nie mogłaby się tego wypierać w swojej głowie. Jedną z tych tajemnic była absencja jej ojca - jego losy zdawały się być tajemnicą poliszynela - każdy wiedział, tylko nie ona. Wszystko zaczęło się od momentu, gdy Solis Lovegood, po wielu lat poszukiwania poszlak dotyczących jakiejś potężnej broni, która miała w końcu zapewnić jego rodzinie poważanie, o jakie walczył przez całe życie, próbując wspinać się po szczeblach kariery w Ministerstwie Magii. Słyszała o trzech losach ojca, z czego każde miało swoje źródło w szaleństwie - jedna z nich zakładała śmierć w pojedynku, druga zamknięcie w Mungu, a trzecia ruszenie za tropami. Nawet go nie pamiętała - miała tylko mgliste zarysy jego postaci w pamięci. Nie była w stanie odtworzyć w głowie ani jego twarzy ani barwy głosu. Był dla niej właściwie obcą osobą, jeśli nie wzięłoby się pod uwagę więzów krwi. Nie miała w myślach prób rozwiązania jego zagadki, by sprowokować go do powrotu - nie czuła też potrzeby, by go spotkać, skoro nawet nie miała wspomnień związanych z jego obecnością, więc nic właściwie nie straciła. Jakaś abstrakcyjna siła nie pozwoliła jej przez te prawie dwa lata znaleźć miejsca. Skończyła edukację, zdała egzaminy, powinna w końcu obrać swoją życiową ścieżkę... i nie potrafiła. Dodatkowym motywem napędzającym ją do buntu i opuszczenia wszystkiego, co znała, była nabierająca rozruchu kariera jej siostra i jej własna, zeszłoroczna porażka w próbie dostania się do drużyny. Dlatego chciała być jak najdalej. Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek pomyślał, że w tamtym momencie okazała słabość lub niepewność. No bo gdzie? Ona, żywa, stale entuzjastyczna, człowiek ciągu zwycięstw, nie przyjmujący nie za odpowiedź, nie pozwalający innym dmuchać w swoją kaszę, miałaby nagle okazać się jakąś szarą eminencją, którą z równowagi mogła wyprowadzić pojedyncza odmowa? Jeden moment nieuwagi i w oczach innych przestałaby już lśnić, nie zwracaliby już spojrzenia w jej stronę, ze zwyczajnego żalu nie mogąc patrzeć na obraz rozpaczy - a nie takie emocje chciała budzić. Panna Lovegood miała być przecież symbolem czegoś wielkiego, stałego pnięcia się do góry, dosięgania chmur, czymś, co podziwiano się z cichym westchnieniem, a nie uosobieniem niespełnionych marzeń. Dlatego właśnie przemieniła czyjąś decyzję we własną. Machnęła ręką na porażkę, udając, że jej wcale nie obeszła. Nie mogłaby mniej o to przecież dbać, prawda? Dlaczego miałaby dać się zatrzymać w miejscu, gdy cały świat czekał na nią, aż postawi stopę na kolejnej, nieodkrytej jeszcze przez nią ziemi?
Swoją grę rozpoczęła od najtrudniejszej osoby. Sztuką było przekonać swoją najdroższą kuzynkę, że ta ucieczka jest przygodą jej życia - czymś, co odmieni bieg historii i sprawi, że powróci jeszcze większa, lepsza, a łzy tęsknoty Harriett osuszą historie, które miała usłyszeć. Musiała wyłuskać z siebie na tyle entuzjazmu, by jej jedyna przyjaciółka zapaliła się tą myślą i dała jej siłę napędową do wyruszenia - bo gdyby tylko zaczęła jej żałować, blondynka zapadłaby się w sobie. Ciężko powiedzieć kto popisał się większymi umiejętnościami aktorskimi i naiwnością, bo półwila zareagowała zgodnie z jej oczekiwaniami. Rezultat był jeden - spakowała się ponownie tego samego dnia, dbając o pożegnanie tylko z jedną osobą. Reszta bliskich i tak była dla niej w tym czasie nieosiągalna i ograniczyła się do rozesłania pojedynczych listów.
Wyglądało na to, że oboje uciekali, parając się tym, co znajdą po drodze, byleby tylko zająć czymś innym myśli. Dziewczyna szukała ekscytacji, nie mając zamiaru zachwycać się prostymi rzeczami i codziennością, którą uważała za zagrożenie dla swojej suwerenności. Dlatego każdy podszept mówiący o czymś nadzwyczajnym był dla niej jak podpałka i powodem do ponownego ruszenia do biegu. Ciągle w ruchu. Czy cokolwiek innego działało lepiej dla kogoś, kto nie chciał zbyt dużo czasu poświęcać na myślenie? Tylko silne emocje potrafiły skupić na tu i teraz. Szukanie ich było spoiwem w życiu Seliny.
Nie spodziewała się spotkać po roku kogoś, kogo napotkała na swojej drodze wyłącznie raz, by potem zrobić to ponownie na zupełnie innym kontynencie (nieściśle to ujmując). Frederick Fox, uciekinier numer jeden, za którym jednak nie poszedł w świat list gończy. Mimo że spędzili ze sobą zaledwie kilka wieczorów, z czego podczas jednego zabrał ją w podróż po całym swoim życiu, nie szczędząc szczegółów, których usłyszenie pozwoliło jej w tym konkretnym momencie przypomnieć sobie jego twarz. Nie pamiętała, że sama też zdradziła kilka rzeczy na swój temat, w tym obietnicę, iż kolejny raz ujrzy ją na okładce Proroka Codziennego, wznoszoną ponad tłumy, gdy wygrywa kolejny z rzędu mecz. Przyrzeczenie to zostało przez nią złamane, ale nie czuła się przyłapana na gorącym uczynku, nie mając w głowie tak niewygodnej informacji, przetrawiając jedynie fatum przypadku.
-To ja.-przyznała, by nagle wybuchnąć śmiechem.-O Merlinie, to naprawdę ja.-powtórzyła, dając upust swojemu niedowierzaniu.-W sensie... wtedy. Spotkaliśmy się.-aż złapała się za głowę.-Och, tak, zdradziłeś mi każdy szczegół.-przypomniała sobie, uśmiechając się szeroko, jak chochlik.-A jednak to takie podniecające, że widzę cię znowu!-wyznała, bo przecież - według jej logiki - coś już raz poznanego nie mogło wzbudzić w niej już zainteresowania, a skoro Lis dał się poznać praktycznie wzdłuż i wszerz... Jego obecność mimo wszystko sprawiała, że ściskał ją żołądek. To tak, jakby świat nagle skurczył się tylko do tego miejsca, a dodatkowo kompletnie wypustoszał. Czy byli jedynymi ludźmi na Ziemi, że nagle wszystko ograniczyło się do ich dwójki?
Pokazanie mu swych ran miało sprowokować go do ruszenia jej z pomocą. Nie poczuła jednak zawodu, ciągle mając wrażenie, że jego nagłe towarzystwo ją czymś odurzyło i nie pozwalało jej na opuszczenie kącików ust w dół. Czyżby aż tak zatęskniła do możliwości odezwania się do kogoś?
-Chciałabym, by napisali o mnie książkę.-wyznała rzeczowo, poważniejąc.-Wolałabym jednak zasłynąć czymś innym jak mało efektowną śmiercią.-dodała zaraz, przechylając się nieco w stronę siedzącego koło niej mężczyzny i szturchnęła go zaczepnie ramieniem, w ciągłym humorze tej nadmiernej wesołości.-Ciągle nie mogę jednak wymyślić efektownego tytułu.-powiedziała zaraz, marszcząc nieco brwi. Najwyraźniej ta chwila milczenia była wypełniona jej intensywnym myśleniem nad tą sprawą.
Wzruszyła od niechcenia ramionami, gdy zapytał o jej kostkę. Po chwili jednak wpadła na jakiś pomysł.-W razie gdybym jednak od tego umarła, możesz przekazać wieść, że padłam w walce z hordą druzgotków po tym, jak obraziłam trytońskiego króla tym, że wygrałam w nim w wyścigu na hipokampach.-stwierdziła z żywym przekonaniem.-Mogli mnie dźgnąć jakąś przeklętą dzidą. Wiesz, cokolwiek co sprawiałoby wrażenie jakiegoś mitycznego przedmiotu.-dodała zaraz, tworząc historię idealną. Byłaby heroiną. A do tego męczennikiem.
-Afryka też, naprawdę?-zapytała, podłapując jego myśl, ignorując wspomnienie o stopach. Prędzej czy później jej własna wróci do używalności. Nie zwykła się skupiać na negatywach, gdy miała taki dobry humor.-I jak tam było?-wydała z siebie chwilę potem, powstrzymując westchnienie podziwu, ale iskrzenie w jej oczach mogła wyjawić ekscytację. Gdy jednak usłyszała pytanie dotyczące jej samej, rozbudziła się jeszcze bardziej, wywołana do odpowiedzi. Przeszło przez nią coś na rodzaj dumy, może nawet wypięła mocniej klatkę piersiową.-Z Anglii ruszyłam przez Islandię i Skandynawię, by potem z Syberii przejść w dalsze rejony Azji, miałam zamiar po Gobi od razu przenieść się do Australii, ale Himalaje były tak blisko, że...-przerwała na moment, ale jakoś nie poczuła, by miała kończyć zdanie.
Słuchała go chwilę, trochę niezadowolona z faktu, że coś, co ją tak ekscytowało, miało się okazać tylko fiaskiem. Pokręciła więc głową i zamachała rękoma, karząc mu skończyć. Zaraz jednak ją rozchmurzył, gdy się zaoferował. Nie słuchała już o demonach, skupiając się na jednej rzeczy: powiedział tak!
-Podobno najlepiej wybrać się tam w pełnię, bo duch wtedy był najczęściej widziany.-kontynuowała, ignorując ryzyko.
Zmrużyła nieco oczy, ściągając na chwilę usta, przez moment wyglądając wyjątkowo nieprzystępnie. Wytrzymała chwilę, zanim kąciki ust ponownie wygięły jej się w łuk.
-Uważaj, bo jestem tak głodna, że jeszcze wzięłabym cię za rybę i usmażyła na kijku.-ostrzegła go jednak zaraz, siląc się na powagę.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
35
15
0
0
0
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach   15.05.16 14:52

Przepuszczając cały swój życiorys przez pryzmat komizmu sytuacji, nie miałem większego problemu w odkrywaniu kolejnych kart historii swojego żywota, w zasadzie uważając go za świetny materiał na wieczorną rozgrywkę. Nie odnajdywałem sensu w zatajaniu swoich emocji, to byłoby wręcz nieludzkie! Każdy popełniał w życiu błędy. Każdy też przechodził przez ciężką drogę, podczas której hormony potrafiły rzucać kłody pod nogi i dawać po mordzie jak zła wiedźma. Każdy dokonywał też idiotycznych wyborów, których żałował. Zmieniali się tylko ludzie i detale scenariusza – dlatego nie lubiłem bawić się w sędziego wydającego jednogłośne wyroki. Panowie na lewo, panie na prawo. Tutaj magiczni, a tam mugole. Dzieci osobno, biali osobno, biedni osobno. Mędrcy na górze, a na głupców najlepiej wylać pomyje. Nie różniliśmy się wszyscy aż tak bardzo między sobą, byliśmy jednakowo słabi - tylko jedni z większym, inni z mniejszym uporem próbowali pokazać, że jednak mają w sobie ogromne pokłady siły, by za każdym razem budować swój świat na nowo. Jeśli tylko ktoś nie akceptował mojego absolutnie pacyfistycznego podejścia – cóż, nie zastanawiałem się dłużej i zabierałem swoje zabawki do innej piaskownicy. Chciałem być wolny od wszystkich nieszczęść i nieść innym wyłącznie radość, bo ludzie zdawali się nie rozumieć, że to nie świat jest zły – zła jest wyłącznie perspektywa, z której go postrzegają. Powiecie, że banały – ale weź tu nagle zacznij myśleć inaczej niż najbliższe otoczenie! Dla większości wydaje się to przerażające. Czyste szaleństwo. Nikt nie chce się wychylać, nikt nie chce porzucać swoich pancerzy bezpieczeństwa. I tak ludzie wikłają się w schematy, w których nie chcą trwać, a ja może po prostu za dużo palę diablego ziela, i jest mi zbyt błogo, żebym myślał poważnie.
Prawdopodobnie nigdy też nie dowiem się, kto ma w tym wszystkim rację. Czy jestem tylko niesforną cząsteczką, która nie potrafi odnaleźć swojej orbity i w końcu zupełnie zniknie, czy może wytwarzam własne pole magnetyczne, przyciągając kolejne ciała, tym samym zwiększając swoją masę? Układ Lisa. Ludziom musiałoby się tam żyć naprawdę sielsko. A w domu obowiązkowo każdy pielęgnowałby swoją doniczkę z diablim zielem!
Jakaś nieznana mi jeszcze grawitacja musiała jednak działać, skoro ściągnąłem tutaj Selinę Lovegood z drugiego końca świata. Dlaczego akurat ona? Może przypadek. Może przeznaczenie. Bez względu na przyczynę, było to w jakiś sposób magiczne – łączyła nas zaledwie garstka wspomnień, kilka ulotnych chwil, i choć z jednej strony byliśmy sobie zupełnie obcy, z drugiej – pozwoliliśmy poznać siebie na wskroś, jakby w tamtym czasie żadne z nas tak naprawdę nie wierzyło, żeby obrane przez nas ścieżki miały się jeszcze kiedykolwiek przeciąć. To jednak nastąpiło, a ja nie żałowałem żadnej zdradzonej tajemnicy. Powietrze zrobiło się gęstsze od entuzjazmu, a energia, która w tej chwili krążyła między nami, mogłaby zasilić niejedną mugolską bombę.
- Każdy? Merlinie, co to wino potrafi zrobić z człowiekiem... niewybaczalne! - Spojrzałem na Selinę z teatralnym przerażeniem. Ekspresja mojej twarzy była niezwykle plastyczna – zmieniałem się z każdą sekundą i bynajmniej nie miało to związku z moimi wrodzonymi umiejętnościami. Może powinienem rozważyć szkołę aktorską? - No nie? Wiesz, mam dobrą pamięć do twarzy, nieraz zdarza mi się, że mieszkając w tym samym mieście spotykam jednego dnia te same osoby w różnych sytuacjach, by później już nigdy więcej ich nie zobaczyć. Tacy epizodyczni bohaterowie. Chyba właśnie doświadczam epizodycznego fenomenu na niepojętą skalę. Szkoda, że jestem słaby z numerologi i nie policzę, ile wynosi prawdopodobieństwo tego zdarzenia. Stawiam jednak każdy grosz, jaki mam przy sobie, że już gwiazdy umierają częściej.
Gwiazdy? Morgano, co to za pararomantyczny epitet?
- To jest bardzo ambitny plan. Myślisz, że gdybyś uczyła się w Hogwarcie, Tiara przydzieliłaby cię do Slytherinu? - Ciekawe, czy wówczas cieszyłbym się tak samo na jej widok? W zasadzie nie wiem, czy w momencie opuszczania murów szkoły, pośród gromady uczniów domu węża znalazłby się ktokolwiek, z kim nie miałem na pieńku. W sumie ten dwa lata młodszy Lestrange był całkiem zabawny, ale chyba nie zgadzały się nam poglądy. - To musi być coś chwytliwego, niby prostego, ale pokrętnego. I najlepiej enigmatycznego. Przepis na sukces, mówię ci. Co powiesz na parafrazę jakiegoś klasyka? To zawsze dobrze gra. As You Don't Like It. Albo All's Well That Ends Bad. Brzmi zacnie. Zaraz.... - Zmrużyłem powieki, przyglądając się jej nieco podejrzliwie, tym samym przegrzebując odmęty pamięci. - Czy ty przypadkiem nie obiecałaś mi, że następnym razem ujrzę cię na okładce jako gwiazdę quidditcha? Zakładam, że scenariusz uległ nieznacznym zmianom tylko dlatego, że sowy nie dostarczają mi tutaj żadnej prasy z Europy. - Na dobrą sprawę listy też przychodzą rzadko. Nie mam pojęcia, co tak naprawdę dzieje się w tej chwili w Anglii i wcale nie jest mi przykro z tego powodu.  
- Trójząb wydaje się bardziej epicki niż dzida. Możesz na mnie polegać w tej kwestii. Postaram się, aby twoja historia chwytała za serce. Ostatnio nabyłem ukulele, nie umiem co prawda jeszcze na nich grać, ale jak się już nauczę, to będę śpiewał pieśni o twoim bohaterstwie! - Nie wiem, które z nas było tym wszystkim bardziej podekscytowane, a może po prostu wzajemnie podsycaliśmy ten ogień entuzjazmu? Musieliśmy wyglądać jak jakaś para szczeniaków, która właśnie została wypuszczona z kojca i fascynowała się wszystkim dookoła. - Swoją drogą, dosiadłaś kiedykolwiek hipokampa? - Pytam z czystej ciekawości. O ile nie byłem dumny ze swoich korzeni, nie mogłem narzekać na nudne dzieciństwo – ojciec dbał o nasze rozrywki, obcowałem z najróżniejszymi stworzeniami już od zarania.
- Gorąco. - Podsumowałem krótko. - I dość dziko. Praktykuje się tam magię krwi. Wróży z piór i kości. Leczy poprzez rytuały. Nie sądzę, by w Anglii którakolwiek z tych praktyk była dozwolona. - Posłałem Selinie niemal łobuzerski uśmiech. Zdaje się, że fascynowało ją wszystko, co nosiło przydomek zakazany. - Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Dość powszechne występują tam yumbo, skrzaty domowe, które zupełnie różnią się od tych, które znamy. Są złośliwe i niewychowane, a jeśli je źle traktujesz, odwdzięczają się kradzieżą jedzenia. Brzmi niewinnie, ale coś mi mówi, że są główną przyczyną głodu w Afryce. - Co za szczęście, że w Anglii wszyscy tacy dobrze grzeczni i wyedukowani, nawet służba domowa! - Niedługo po naszym spotkaniu opuściłem Francję udając się na południowy wschód, do Włoch. Przeprawiłem się przez półwysep Bałkański do Grecji, by podróżując z wyspy na wyspę zawędrować do Turcji. Podążając zachodnim wybrzeżem Morza Śródziemnego znalazłem się w Egipcie, gdzie zostałem na trochę dłużej. Później spędziłem miesiąc podróżując na latającym dywanie udając się jeszcze bardziej na południe, poprzez Sudan, Etiopię, Kenię, Tanzanię, Mozambik... aż na Madagaskar. W nocy strach było zasypiać, śmierciotule były realnym zagrożeniem, niekiedy trzeba było ustawiać nocne warty. Chociaż to nic w porównaniu z nundu, którego na szczęście nie spotkałem. Prawdopodobnie nie byłoby mnie tutaj, gdybym natknął się na to śmiercionośne stworzenie. W każdym razie, na Madagaskarze spotkałem Hinduskich łowców artefaktów, którzy zaoferowali mi świstoklika do Hampi, miasta duchów. Poznałem Indie wzdłuż i wszerz, poszedłem na szczyt świata w Nepalu i tak skończyłem w Tybecie. - Okroiłem swoją opowieść do minimum. - Wygląda na to, że podążyliśmy w zupełnie różnych kierunkach. Północ musi być równie niesamowita. Przyznaj się - ile razy otarłaś się o śmierć? - Nie zamierzałem konkurować z Seliną, ale na samą myśl o niebezpiecznych historiach aż ściskało mnie w żołądku. Zapowiadał się długi dzień. - Wiele byś straciła, gdybyś nie zboczyła z kursu. Może ten twój duch to tak naprawdę śnieżny człowiek? Możesz sobie wyobrazić, że jestem tu już tyle czasu, a jeszcze żadnego nie spotkałem? Chyba mam po prostu pecha... - Westchnąłem, po czym przypomniałem sobie o uszkodzonej kostce. - Wpierw jednak zdecydowanie powinniśmy coś z tym zrobić, bo inaczej może być to ostatni punkt twoich podróży. Nawet nie próbuj protestować, zabieram cię do wioski! Jeśli chcemy sprawdzić tego ducha, lepiej, żebyś była w stanie szybko biegać. - Dopiero teraz spojrzałem na rozrzucone wokół niej tobołki, rejestrując obecność miotły. - Dasz radę polecieć? Mogę wtedy zabrać twoje rzeczy. A jeśli nie to cóż... poniosę cię razem z miotłą. - Jeszcze nie wiem, jak tego dokonam, ale w końcu jestem f a n t a s t y c z n y.
- To musiałby być bardzo duży kijek. - Zauważam, nie kryjąc rozbawienia.  
Dotarcie do wioski zajęło nam znacznie więcej czasu, niż oszacowałem, choć prawie w ogóle nie zauważyłem jego upływu, gdyż z minuty na minutę każde z nas sypało z rękawa kolejnymi niekończącymi się opowieściami ze swoich podróży. Podczas gdy Lovegood pozostawała w rękach szamana (nie wyglądał na zbyt szczęśliwego z faktu, że przyprowadziłem do wioski białą dziewczynę, ale chyba nie zamierzał wyrządzić jej krzywdy – to byłaby wielka strata), sam udałem się po zapas jedzenia, przynosząc dziewczynie miskę ryżu z mięsem i warzywami, a także tradycyjną tybetańską herbatę z masłem z mleka jaka, którą nienawidziłem przez pierwsze tygodnie mojego pobytu tutaj, ale wiecie... człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego. Ze zdziwieniem odkryłem, że wyciągnięcie do niej pomocnej dłoni przyniosło mi jakąś niepokojącą satysfakcję. Jakbym robił właściwą rzecz. Ale czy nie na tym właśnie opierały się moje dotychczasowe przygody? Spotkałem już dziesiątki takich pomocnych dłoni. Każda zajmowała ważne miejsce w mojej pamięci.      
- Będziesz żyła? - Pytam żartobliwie.
Byłoby szkoda, gdyby okazało się inaczej. Zdążyłem polubić jej towarzystwo.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

jesień 1946, Tybet, gdzieś w górach

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Pusta Klasa
» Tybet

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Wprowadzenie :: Archiwa Departamentu Tajemnic :: Myślodsiewnie-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17