Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Magiczna menażeria

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Magiczna menażeria   26.03.15 20:11

First topic message reminder :

Magiczna menażeria

Jest to obszerne pomieszczenie zajmujące niemalże cały parter jednej z niewielkich kamienic usytuowanych przy Pokątnej. Pod każdą ze ścian, a także i na sklepowej wystawie, piętrzą się klatki oraz pojemniki pełne najróżniejszych magicznych stworzeń: sów, kotów, myszek, ropuch, węży oraz szczurów - i choć wiele z nich wygląda doprawdy uroczo, już od progu w nozdrza uderza ostra woń mieszająca się z zapachem karmy oraz odchodów. Podłoga wyłożona jasnymi kaflami lśni w blasku unoszonych w powietrzu świec. Dębowe drzwi wejściowe skrzypią charakterystycznie, gdy do środka co rusz wkracza jakiś nowy klient. Ogromna półka tuż za sklepową ladą pełna jest wszelkiego rodzaju książek, poradników, akcesoriów oraz lekarstw i różnych mikstur dla zwierzaków.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time i was finding myself and I
Didn't know I was lost
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
WAKE UP!

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   22.11.15 1:53

Wszystko działo się szybko - przyjazd do Londynu, pierwsze spotkanie ze stryjem, istnienie magii... a teraz miałem poznać cząstkę tego magicznego świata... I to z najładniejszą nauczycielką, jaką w życiu widziałem. Serio! Gdyby w mojej szkole była chociaż jedna taka...! Ech...
Z oczywistych względów chciałem zrobić na niej dobre wrażenie, ale z podekscytowania nie mogłem usiedzieć czy nawet ustać spokojnie w jednym miejscu... więc to zadanie było PIEKIELNIE trudne. Tym bardziej po tym teleporcie! Absolutny odlot! Teleport w kominku?! Genialne! Gdyby nie to, że miałem zobaczyć dziś więcej czarodziejskich rzeczy i samych czarodziejów "w ich naturalnym środowisku", to poprzenosiłbym się tak z miejsca w miejsce jeszcze kilka razy. No, ale, ale...! Nie byłem przecież dzieciakiem, prawda? Trzeba było trzymać poziom... czy coś.
Stanęliśmy przed najzwyklejszą w świecie ścianą z czerwonej cegły, ale byłem pewny, że to jakieś tajne przejście, inaczej być nie mogło. Pewnie jest jakaś ukryta wajcha, albo zakamuflowany przycisk, żeby dostać się... na drugą stronę. Z niejakim przejęciem wpatrywałem się w ten nieszczęsny mur, nim pani Wilde się odezwała. Wtedy to przeniosłem wzrok na nią. 
Nie ekscytować się, udawać czarodzieja i trzymać się bardzo blisko niej, tak? Too... nie będzie łatwe zadanie, ale wyzwania to fajna sprawa, nie?
Wyszczerzyłem się więc radośnie i zakreśliłem krzyżyk na piersi.
- Słowo, pani Wilde! Będę absolutnie znudzonym czarodziejem. I się nie zgubię, będę tuż obok - obiecałem błyskawicznie, nie przestając się do niej uśmiechać trochę z góry przez mój wzrost. 
Nie było dźwigni, ja głupi, przecież byliśmy w świecie czarodziejów, nie? Nie spodziewałem się, że przejście otworzy się w ten sposób i... założę się, że nie miałem miny ani trochę przypominającej miny znudzonego czarodzieja. Jeszcze trochę, a zbierałbym szczękę z ziemi. Zresztą, umówmy się, odsuwające się cegły nie były tak zachwycające jak to, co znajdowało się za nimi. 
- Ale czad... - wymsknęło mi się, kiedy osłupiały wgapiałem się w cały TŁUM czarodziejów. Samych czarodziejów. Było ich tak wielu!
- To znaczy... - odchrząknąłem, powoli się ogarniając i starając się zapanować nad moją, z pewnością głupkowatą w tej chwili, miną pełną podziwu, zachwytu i ekscytacji. - Jest tu dokładnie tak, jak kiedy byłem tu po raz ostatni - dodałem śmiertelnie poważnie, choć oczy wciąż mi błyszczały jak miliardy gwiazd.
Mogliśmy ruszać (tylko jakimś cudem nie podrygiwałem i nie podskakiwałem przy każdym kroku) na podbój Prze... Pokątnej. Nazwy to mieli przekomiczne, ale, rzecz jasna, nie powiedziałem tego na głos, żeby nikogo nie urazić (urażenie czarodzieja to już chyba nie przelewki, nie?). 
Nie mogłem oderwać wzroku od kolorowego tłumu, całego mnóstwa dzieciaków z rodzicami w zakupowym szale...
- Totalnie jak w ogromniastym supermarkecie na dziale papierniczym przed rokiem szkolnym - zauważyłem rozbawiony nachylając się lekko ku pani Wilde. To absolutnie fascynujące jak czarodzieje prawie nie różnili się od zwykłych ludzi... i jednocześnie różnili się tak bardzo...! Te zabawne stroje, tu ktoś niósł kociołek, tam wcinał pióro (czemu jeść pióra? Były w ogóle smaczne?), potrącił mnie chłopiec dumnie dzierżący pod pachą miotłę, zaraz potem musiałem zrobić unik przed obniżającą lot sową.
"Skórka boomslanga, czułki szczuroszczeta, bezoar, krew reema" - mimowolnie oglądnąłem się za czarownicą, która recytowała zapewne listę zakupów, z której kompletnie nic nie zrozumiałem. Generalnie z urywków rozmów, które udało mi się dosłyszeć, rozumiałem... może z piętnaście procent? Dwadzieścia? Jakby mówili w innym języku!
- Pani Wilde... naprawdę jestem tu... jedyną zwykłą osobą? - zagadnąłem, starając się nie rozglądać za bardzo i trzymać się blisko niej mimo napierającego na nas tłumu. To wszystko, cała ta nieziemska ulica była lepsza od wszystkiego, co kiedykolwiek widziałem. I, szczerze mówiąc, aż ciężko było mi uwierzyć, że jestem jednym z niewielu (w tym wypadku dosłownie) nieczarujących ludzi, którzy mogli to zobaczyć.


Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   22.11.15 22:41

Doskonale wiedziała, jakie Louis będzie miał problemy z utrzymaniem spokojnego stanu swoich myśli i emocji. Jej samej byłoby z tym ciężko, a co dopiero jemu, dwudziestoletniemu mugolowi, który po raz pierwszy widzi świat czarodziejów!
- No, mam nadzieję - posłała mu szeroki uśmiech i jako pierwsza przeszła przez przejście, które wyryło się przed nimi w ceglanej ścianie. Skinęła mu głową na ulicę, by zachęcić do wejścia razem z nią. Chociaż wydawało jej się, że do tego akurat nie trzeba było go zachęcać! - Czad? - zdziwiła się nagle, unosząc ku górze brwi i mrugając przy tym intensywnie. - Co to znaczy?
W gruncie rzeczy okazało się, że nie tylko ona będzie mogła go czegoś nauczyć, ale i też wyciągnie od niego jakieś ciekawe informacje. Przecież był taki, jak ona... no, ujmując fakt, że był zupełnie inaczej ubrany, nie posiadał różdżki i ziarenka magii odziedziczonego po ojcu charłaku, o którym wspominał jej Greg.
Uśmiechnęła się do niego i wykonała pierwszy krok w kierunku głębszej części ulicy Pokątnej, gdzie znajdowały się główne, najbardziej znane sklepy. Między innymi Magiczna Menażeria, do której naprawdę musiała zajrzeć.
- W czym? - jej brwi po raz kolejny uniosły się w geście zadziwienia. - Super...marke...t? - skrzywiła się zabawnie, po czym parsknęła śmiechem. - I co to jest za miejsce, co?
Tłok był dość duży, dlatego Eileen wydawało się, że mogli rozmawiać o takich sprawach, gdy dookoła nich przebiegali czarodzieje w różnym stopniu zaaferowania. Nawet dzieciaki mijały ją, nie witając się przy tym! Hańba!
- tej chwili wydaje mi się, że to my jesteśmy tymi zwykłymi, a ty całkiem niezwykły - puściła mu oczko, po czym zachichotała. - I nie mów do mnie per pani, nie skończyłam jeszcze trzydziestki!
Wykonali kolejne kilka kroków i oboje stanęli przed szeroką, sklepową witryną, za którą stały, wisiały i leżały klatki z przeróżnej wielkości i maści zwierzętami - od sów, po pająki, jaszczurki, żaby, myszy i szczury. W środku było sporo dzieciaków z rodzicami.
- Pomożesz wybrać mi sowę? - uśmiechnęła się zachęcająco. - Moja ostatnia nie przeżyła spotkania pierwszego kontaktu ze ścianą, więc musiałam korzystać z popularnej sowiej poczty, która jednak nie jest zbyt wygodna.
Cholera, młodniała przy nim! Czuła się teraz jak małe dziecko, które po raz pierwszy zajrzało na Pokątną w celu zaopatrzenia się we wszystko na podróż do Hogwartu. Pamiętała swoją pierwszą sowę, którą tu kupiła. Była dość... pogubionym stworzeniem, dlatego długo nie pożyła. Teraz będzie musiała uważniej dobierać sobie donosiciela korespondencji.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time i was finding myself and I
Didn't know I was lost
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
WAKE UP!

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   24.11.15 0:50

Spojrzałem na nią w pierwszej chwili nie bardzo rozumiejąc sensu pytania. Generalnie mało ogarniałem absolutnie zafascynowany otoczeniem, a jej pytanie już zupełnie zbiło mnie z tropu. No bo jak można nie wiedzieć co to znaczy "ale czad"? Pani Wilde absolutnie nie wyglądała na starą... więc to raczej nie przez wiek.
- Czarodzieje tak nie mówią? - zaświtało mi jednak już po chwili. - Jak coś jest czadowe to znaczy, że jest super, fajne i robi duże wrażenie - wyjaśniłem czym prędzej znów uśmiechając się szeroko i spoglądając na Pokątną. - To miejsce dokładnie takie jest - skwitowałem pełen podziwu i ruszyłem za nią. Zaraz zaś znów zaskoczyła mnie pytaniem. Aż zerknąłem, żeby sprawdzić czy się ze mnie nie nabija. Przecież wszyscy wiedzą takie rzeczy! Skoro czarodzieje żyli między zwykłymi ludźmi, to też powinni to wiedzieć... tak przynajmniej mi się wydawało, do tej chwili.
- Supermarket - powtórzyłem więc lekko rozbawiony. - Jeden duży sklep, gdzie można kupić rzeczy z różnych działów: spożywczego, papierniczego, ubraniowego, chemii gospodarczej... - wymieniałem, kiedy wzrok przykuła mi witryna chyba jakiejś czarodziejskiej cukierni. To wszystko wyglądało tak obłędnie...! Nawet ich ciasta i ciastka nie przypominały tych zwyczajnych. 
Przyspieszyłem, żeby ją dogonić i przy okazji nie zgubić w tłumie, zaraz potem zaś uśmiechnąłem się. To ci dopiero: usłyszeć od najprawdziwszej czarownicy w tłumie magicznych person, między czarodziejskimi sklepami z dosłownie bajkowym asortymentem... że jest się niezwykłym! Bez chwili wahania uznałem to za komplement.
Nie miała jeszcze trzydziestu lat, tak? Trzydziestka widziała mi się jak za tysiąc lat. W ogóle nie umiałem sobie wyobrazić siebie w tym wieku. Mniejsza o to, miałem do niej nie mówić per pani?
- To przez to, że jest pani nauczycielką - odparłem z rozpędu nawet nie zauważając, że znów zwróciłem się do niej w ten sposób. Jakoś dziwnie było mi mówić do niej po imieniu tym bardziej, że była znajomą mojego stryja... chociaż tak właściwie rzeczywiście nie wyglądała na dużo starszą ode mnie. 
- ...nauczycielką czego? - zapytałem jeszcze, bo chyba wyleciało mi z głowy. Zdążyłem się już zorientować, że lekcje w szkole czarodziejów nie mają nic wspólnego z tymi w przeciętnej brytyjskiej placówce. 
Nie miałem nic przeciwko postojowi, tym bardziej w takim miejscu. Z zafascynowaniem patrzyłem na zwierzęta, których na próżno było szukać w innym sklepie zoologicznym po tej "zwykłej stronie Londynu". Sowy, sowy zdecydowanie przeważały, ale były też nietoperze(!), przerośnięte, gadające fretki (z jedną taką miałem już kontakt w domu stryja) i stworzenia, które z pewnością nie zostały jeszcze poznane przez zwykłych ludzi - na przykład dziwne, puchate kulki przypominające kłębki wełny. 
- Sowę? Ale kosmos, jasne, że pomogę! - przystałem momentalnie, pełen entuzjazmu do działania. Kto by nie chciał pomagać w wyborze sowy? Tym bardziej, że każda była inna! Niesamowite! 
Czym prędzej wpakowałem się do środka między dzieciaki, przyglądając się uważnie wszystkim ptakom po kolei.
- Małą czy dużą? - zapytałem, kiedy wielki puchacz łypnął na mnie (dosłownie!) pomarańczowym okiem strosząc te swoje śmieszne "uszy" z piórek. Wyglądał groźnie, w przeciwieństwie do kremowej płomykówki z jakimś takim miłym "wyrazem dzioba", jeśli można było tak w ogóle powiedzieć. Sowa uralska też wyglądała sympatycznie, ale mimo szumu, gwaru i wszechobecnej kotłowaniny spała w najlepsze. Parsknąłem śmiechem dostrzegając nagle sówkę podpisaną jako "pójdźka" - maleńką, ale wyraźnie nabzdyczoną. 
- Ta jest genialna! - wskazałem jej jeszcze mniejsze stworzonko, które praktycznie mógłbym zamknąć w dłoniach. Kaktusówka, inaczej elfia sowa. Zapewne miałaby problem z przesłaniem zwykłej pocztówki, ale mi to wcale nie przeszkadzało. No... w ogóle nie miało mi co przeszkadzać, bo przecież niepotrzebna była mi sowa - do kogo niby słałbym listy? 
- Cześć, maleńka - przywitałem się z nią muskając jej piórka przez kratę klatki. - Ile kosztuje? - zagadnąłem sprzedawcę... Najpierw myślałem, że się przesłyszałem, ale widząc w dłoni płacącej właśnie czarownicy zupełnie obce mi monety lekko zdębiałem.
- Serio? - przysunąłem się z powrotem do swej towarzyszki i nachyliwszy się do niej ściszyłem znacznie głos. - Macie nawet inną walutę?
To było trochę przykre, bo nastawiałem się, że jednak coś sobie sprawię z tego czarodziejskiego świata. Choćby i dziwne ciastko z magicznej cukierni. Wyglądało jednak na to, że będę się musiał obejść smakiem. Cóż, następnym razem coś wymyślę.


Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   27.11.15 12:45

Powoli zaczynała cieszyć się z faktu, że to akurat ona go tutaj zabrała. Nie chodziło już o możliwość pokazania mu tego innego świata, którego do tej pory nie mógł nawet musnąć, ale o okazję do poznania jego środowiska i spraw, które właśnie dla niej wydawały się zupełnie obce. W milczeniu przyjęła słowa "czad" i "supermarket" do wiadomości, pozostawiając sobie ich analizę na samotne chwile w domowym zaciszu. W dodatku pojawiło się nowe wyrażenie, którego status znów brzmiał "nierozumiem". Chemia gospodarcza. Jasny gwint...
Spojrzała na niego z wysoko uniesionymi brwiami, gdy przerwał jej trawienie tych słów w cichości swych myśli.
- Nauczycielką zielarstwa. Magiczna flora, zioła, przygotowywanie ingrediencji do eliksirów. A z kolei eliksiry służą nam do leczenia chorób, które czarodzieje i tak rzadko miewają. Chyba, że kogoś wyjątkowo mocno lubią kłopoty. - wzruszyła lekko ramionami. - Wy też warzycie jakieś eliksiry?
To było dość dziwne pytanie, bo... gdyby ludzie warzyli eliksiry, to chyba by ich dopuszczono o czarodziejskiego świata, prawda? Alchemia to ważna dziedzina magii... oh, właśnie, magii. To chyba nie tak było.
W tej chwili ich role się odwróciły - to nie Lou biegał za Eileen, tylko Eileen za Lou! Musiała go pilnować, żeby nie powiedział o słowo za dużo przy dzieciakach, którym rozwiązywały się języki, jak tylko ich uszy zarejestrują coś fascynującego. Już widziała popłoch wśród rodziców, którzy nagle słyszą od swoich pociech coś w stylu "Mamo, bo tam jest taki wysoki pan, który krzyczy, że po zakupy chodzi do supermarketu! Co to supermarket?!". Starała się trzymać blisko niego, ale na tyle, by wciąż móc oglądać sowy. Ich rozmiary i umaszczenia wirowały jej przed oczami tysiącami opcji. Musiała uważać. Niepozorne sowy nie wchodziły w grę, takie zbyt energiczne też, bo czasami przywylatywaniu zdarzało im się celować w ścianę, a nie w okno otwarte na oścież.
Zaglądała mu przez ramię, kiedy tak ekscytował się tymi przeuroczymi stworzeniami i chichotała przy tym cicho.
- Średnią - odpowiedziała, obserwując zachowanie sów w klatkach. Ściszyła głos. - Galeony. Płacimy galeonami. Mniejsza wartość to sykl, a najmniejsza to knut. - gdy to mówiła, patrzyła na sówkę, którą wskazał. - Oh... jest za mała. Czasami wysyłam większe paczki, a taka sówka na pewno ich nie uniesie. Oooh, spójrz na tę!
Zaśmiała się, stojąc przed klatką z napuszoną płomykówką, która zdawała się fukać na każdego, kto podejdzie do jej małego mieszkanka bliżej niż jeden metr.
- Tej chyba nie, co? Wygląda na wredną. - wyszczerzyła zęby do Louisa.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time i was finding myself and I
Didn't know I was lost
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
WAKE UP!

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   30.11.15 0:27

- Serio jest taki przedmiot w szkole? Cool - uśmiechnąłem się szeroko, wyobrażając sobie jakby to było, gdyby biologię zamienić na zielarstwo... szybko jednak zmarszczyłem brwi i pokręciłem głową. - Chociaż w sumie cieszę się, że nie byłaś moją nauczycielką - stwierdziłem - jak nic kompletnie bym się kompromitował na twoich lekcjach i na koniec byś mnie oblała - zmarszczyłem z niezadowoleniem nos. Taka prawda: biologię jakoś zaliczyłem, ale z pewnością nie pomogło mi to, że rośliny dzieliłem na: kwiatki, trawę, drzewa i choinki. 
- Rośliny to nie mój konik - uniosłem i opuściłem bezradnie ramiona. - Ale podziwiam! Jesteś jak elf albo szaman, ekstra sprawa - dodałem znów z szerokim uśmiechem i błyskiem podziwu w oczach. 
Czarodzieje rzadko chorują? Czyli może jednak dostałem coś w spadku po magicznych krewnych? Też praktycznie nie chorowałem, w szpitalu wylądowałem raz i to z własnej głupoty.
- Ym... nie do końca eliksiry. Nasi farmaceuci tworzą tabletki i syropy. I zastrzyki - przy ostatnim lekko się skrzywiłem, bo za tymi, jak zapewne większość ludzi, nie przepadałem. - Na szczęście też rzadko choruję - uśmiech błyskawicznie znów wrócił na moją twarz jak zwykle zresztą. 
Pilnowałem się, słowo honoru! Właśnie żeby nie palnąć czegoś, co mogłoby mnie zdradzić. Pełna konspira i te sprawy. W sumie to całe zamieszanie wokół nam sprzyjało, wszyscy byli tak pochłonięci zakupami, że nie powinni zwrócić uwagi na nasze szepty. 
Czyli naprawdę mieli zupełnie inną walutę? Ciekawe czy w ich banku (mieli bank, czy może jakiś czarodziejski skarbiec czy coś w tym stylu?) dałoby się zamienić zwykłe pieniądze na te ich. I ile by to kosztowało... i czy bardzo zwróciłoby to na mnie uwagę...? Z przemyśleń jednak wyrwał mnie śmiech pani Wilde i wróciłem do rzeczywistości i... sów. Zresztą szybko jej zawtórowałem widząc wskazaną płomykówkę.
- Szczerze mówiąc prawie wszystkie wyglądają na wyjątkowo nabzdyczone - stwierdziłem rozbawiony - i trochę im się nie dziwię, też byłbym zły, gdybym próbował spać, a tłum dzieciaków wpychałby mi paluchy do klatki - dodałem i rozglądnąłem się ponownie za jakąś odpowiednią sową. Średnią. 
- A może tamta? - zaproponowałem, kiedy jakaś jasna wpadła mi w oko. Nie wyglądała na zezłoszczoną pewnie dlatego, że jej klatka była usytuowana niemal pod samym sufitem i ptaszyna nie była dręczona przez każdego kto akurat przechodził. Ukryła dziób pod skrzydłem jakby chciała spać, ale od czasu do czasu łypała z góry jednym okiem obserwując otoczenie.
- Nie wygląda groźnie - zauważyłem przyglądając jej się z uwagą.


Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   01.12.15 20:39

- Coooool... - pokiwała do siebie głową, kontemplując w ciszy to dziwne, niemagiczne słowo.
Ten świat, mimo że tak bliski, zaczynał jej się wydawać coraz bardziej daleki. Przecież wystarczyło wyjść z Dziurawego Kotła, żeby znaleźć się na ulicy pełnej spieszących się mugoli, a jednak... jednak czarodzieje się tego bali. Strach przed nieznanym. Dokładnie ten, który razem z ojcem chciała zredukować do minimum, wydając swój pierwszy przewodnik po diabelskich sidłach, najsłabiej poznanych roślinach w tamtym czasie. Strach, jakby mogło się wydawać, był całkiem racjonalny, chociaż nie do końca.
- Jestem elfem? Oh, mogłabym to uznać nawet za komplement! - parsknęła niekontrolowanym śmiechem. - Poza tym nie jestem aż tak rygorystyczną nauczycielką. Może nawet udałoby mi się zarazić cię swoją pasją! Mogę ci kiedyś pokazać diabelskie sidła. W waszym świecie nie ma chyba ruszających się roślin?
Słuchała go bardzo uważnie, drukując w swoich myślach wszystkie opcje słowa, które wypowiedział. Farmaceuci? Tabletki? Zastrzyki? Zwróciła też uwagę na niego, gdy wspomniał o tym, że rzadko choruje. Może jednak udało mu się wyciągnąć coś z tych czarodziejskich soków płynących po jednej stronie drzewa genealogicznego jego rodziny?
Zamrugała i przeniosła wzrok na sowę, którą wskazał. Coś w niej drgnęło. Dokładnie to samo, co czuła, gdy wybierała swoją pierwszą sowę - Andromedę. Uśmiechnęła się.
- Wydaje mi się, że będzie najlepsza! - poklepała Louisa po ramieniu w podzięce za pomoc, po czym poprosiła sklepikarza o zdjęcie odpowiedniej klatki.
Po wymianie formalności, która opierała się zapłaceniu za zdobycz oraz krótkiej nauce tego, w jaki sposób należy dbać o sowę, Eileen i Lou wyszli z menażerii. Pokątna ani na chwilę nie stała się mniej uczęszczaną ulicą tego kawałka Londynu.
Wzięła głęboki wdech i spojrzała na Louisa z klatką w prawej ręce. Sówka nastroszyła pióra, bacznie im się przyglądając.
- No dobra... to co teraz? Lodziarnia? Księgarnia "Esy i Floresy" z Potworną Księgą Potworów chcącą zjeść wszystkich, którzy ją dotkną? Scribbulus z samopiszącymi piórami kosztującymi majątek? A może chcesz zobaczyć z zewnątrz Bank Gringotta? Raczej do niego nie wejdziesz... sam rozumiesz, reguły - przewróciła teatralnie oczami. - Są jeszcze różdżki Ollivandera, ale tam chyba też nie wejdziesz.
Uśmiechnęła się do niego zachęcająco. Dzisiaj mogła ciągać go wszędzie!
Jej uwagę przykuł chłopiec, który rozdawał przechodzącym obok czarodziejom Proroka Codziennego. Eileen wyjęła z portmonetki drobniaki, wręczyła mu i przyjęła od niego jeden egzemplarz dobrze jej znanego brukowca. Pobieżnie przebiegła wzrokiem po pierwszej stronie. W oczy rzucały się ruchome zdjęcia.
Gazeta spoczęła w rękach Lou.




handmade
love


Powrót do góry Go down
Louis Bott
avatar

Niemagiczni
Niemagiczni
http://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott http://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 http://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 http://www.morsmordre.net/f95-baker-street-69 http://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Student astrofizyki i kosmologii, pracuje dorywczo, uliczny grajek
21
Mugolska
Kawaler
So wake me up when it's all over
When I'm wiser and I'm older
All this time i was finding myself and I
Didn't know I was lost
0
0
0
0
0
0
0
4
Mugol
WAKE UP!

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   02.12.15 14:17

Właśnie tego do końca nie rozumiałem: dlaczego czarodzieje tak bardzo odcięli się od zwykłego świata. Stryj mówił o tej całej arystokracji... ale powinien istnieć jakiś sposób, żeby te dwa światy zaczęły się ponownie przenikać. Gdyby stały się jednością, byłoby świetnie! Ale na to pewnie potrzeba cholernie dużo czasu. 
- To miał być komplement! - przytaknąłem energicznie, coby nie miała pod tym względem najmniejszych wątpliwości. W wielu książkach elfy były świetne - mądre, piękne... prawie jak anioły tylko związane z ziemią, roślinami i zwierzętami. Pani Wilde brakowało w sumie tylko szpiczastych uszu, niczego więcej.
- Ruszających się? - pokręciłem głową. - Czyli naprawdę takie są? I mogą się przemieszczać? Tak po prostu jak ludzie? - momentalnie włączył mi się tryb tysiąca pytań, a i tak się powstrzymywałem. To by dopiero było! Chodzące drzewa, kaktus szturchający mnie z doniczki i upinający się o kropelkę wody... i... diabelskie sidła czymkolwiek były, chociaż sama ich nazwa nie przywodziła na myśl niczego dobrego.
- Chętnie bym to zobaczył - potwierdziłem momentalnie pełen zapału. Niby roślinami się nie interesowałem, ale to chyba nic dziwnego, skoro te się nie ruszają i są nudne - takie czarodziejskie to zupełnie co innego.
Naprawdę? Wybrała sowę wskazaną przeze mnie? Nie mogłem ukryć zadowolenia i swego rodzaju... dumy? Hej, pierwszy raz pomogłem komuś przy wyborze sowy, to jest coś, nie? A poklepanie mnie za to po ramieniu było najlepszą nagrodą. Niby ptak nie był mój, ale z ciekawością wysłuchałem o pielęgnacji drapieżnika pocztowego. Sam nigdy nie miałem żadnego zwierzątka... a w sumie trochę szkoda. Z drugiej jednak strony wiecznie byłem zabiegany, zapracowany, albo książki wciągały mnie tak, że z pewnością zapominałbym o opiece nad pupilem. 
Kiedy ponownie wydostaliśmy się na zewnątrz, zacząłem się zastanawiać gdzie panował większy ruch i tłok - w sklepie czy na ulicy. Szybko sobie to jednak odpuściłem na rzecz przemyśleń dokąd iść teraz. Wszystko brzmiało obco i interesująco i... zwyczajnie nie umiałem wybrać.
- Które miejsce lubisz tu najbardziej? - zapytałem więc po prostu, po czym lekko ująłem uchwyt sowiej klatki. - Poniosę - zaofiarowałem się, a pani Wilde nie powinna się dać o to prosić: kiedy następnym razem będę miał okazję nieść sowę
- Co by się stało, gdybym spróbował użyć różdżki? - zapytałem nagle, kiedy wspomniała o tym Ollivanderze. - Zupełnie nic? W mojej ręce byłaby po prostu kawałkiem drewna? - zaciekawiło mnie to, choć spodziewałem się twierdzącej odpowiedzi. W końcu gdyby było inaczej, to każdy mógłby być czarodziejem, nie? 
Mój wzrok przykuł jakiś zabawny, wysoki mężczyzna z długą, szpakowatą brodą i w wysokim, szpiczastym kapeluszu, na którego czubku siedziało jakieś czarne ptaszysko. Niektórzy czarodzieje mieli naprawdę zabawny wygląd, o żadnym z nich nie potrafiłem powiedzieć, że jest nudny - mógłbym się przyglądać każdemu dzień za dniem i ani trochę by mnie to nie znudziło.
Z tego wszystkiego na moment przestałem zwracać uwagę na panią Wilde... do czasu, aż w mojej ręce nie wylądowała gazeta. I to nie byle jaka gazeta.
- Prorok Codzienny - odczytałem z uśmiechem tytuł. - Te ruchome zdjęcia są niesamowite - zerknąłem na nauczycielkę, by zaraz powrócić wzrokiem do dziennika i przejechać opuszką kciuka po jednym z wizerunków jakiejś czarownicy. - Pierwszy raz takie widziałem u stryja w domu. Nasze nigdy się nie ruszają jak obrazy - wyjaśniłem. - Jak to robicie? Różdżką da się wyczarować takie zdjęcia? - strzeliłem.




Make love music
NOT WAR

©CC
Powrót do góry Go down
Eileen Wilde
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde http://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 http://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 http://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 http://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Panna

bo tyle we mnie szkła
tyle d r z a z g

12
4
8
3
16
0
1 (32)
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   03.12.15 0:11

Gdyby miała jakieś pięć lat mniej, to może by i się zarumieniła. Teraz jej policzki najwyraźniej "krzywiły się" na miłe słowa i stwierdzały, że Eileen jest już za stara na takie sztuczki. Mimo to przyjęła ten komplement z zadziornym uśmiechem na ustach. Dobrze było być elfem chociaż przez jeden dzień. Zwłaszcza w oczach mugola. Awansowała na posadę bajkowej panienki.
- Nie chodzą tak, jak ludzie. Właściwie w ogóle nie chodzą. Młode mandragory wrzeszczą, kiedy się je przesadza. Dokładnie tak, jak małe dzieci. Właściwie ich korzenie przypominają małe, obślizgłe twarzyczki tych potworków - wykrzywiła usta w wyolbrzymionym geście obrzydzenia. - Diabelskie sidła potrafią chwytać swoimi łodygami. No wiesz, okręcają się wokół kończyn. Większe okazy wolą chwytać całe ciało. - puściła mu oczko.
O tak, ostatnio sama zdołała się przekonać, jak mocny uścisk potrafią mieć Diabelskie Sidła. Tylko skąd nagle wzięła się u nich taka wola walki? Czy raczej... samoobrony.
Oddała Louisowi klatkę z sową, która dosłownie przed chwilą została przez nią nazwana Jutrzenka. W myślach, oczywiście. Nad swoimi ślepiami koloru niedopieczonych biszkoptów, drobne piórka układały się w coś na znak... brwi! Ta sowa była cudowna. Spokojnie balansowała na żerdzi, jakby była przyzwyczajona do przenoszenia z miejsca na miejsce.
- Uwielbiam Scribbulus. Wchodzisz do środka i od razu uderza cię zapach aromatyzowanego pergaminu, twoje uszy szybko wyłapują skrobiące po papierze samopiszące pióra. Są strasznie drogie, ale kiedyś uzbieram na takie jedno pióro! - obiecała sobie. - Atrament sprzedają tam chyba w każdym możliwym kolorze. Chociaż ja wolę czarny, najbardziej standardowy. Szybko wysycha. Ale najpierw chodźmy na lody! Pan Fortescue robi  najlepsze lody na świecie.
Pochyliła się lekko, by zerknąć do Proroka. Jakaś kobieta ukłoniła się lekko i dosłownie wyszła ze zdjęcia. Eileen uśmiechnęła się kątem ust.
- Nigdy nie siedzą tam zbyt długo, bo mają lepsze rzeczy do roboty - wyjaśniła. - Ah, mamy takie magiczne aparaty. Sama nie mam egzemplarza, ale mój przyjaciel ma. Może kiedyś uda mi się go pożyczyć, ale teraz... oh, to tu! Swoją drogą, uwielbiam pistacjowe z czekoladową posypką. Są pyszne!
Lodziarnia otworzyła przed nimi swoje drzwi i razem utonęli w aromatach unoszących się w całym lokalu.

|zt x2




handmade
love


Powrót do góry Go down
Czara Ognia
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/u731contact http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153 http://www.morsmordre.net/t437-szukam-towarzystwa#1153
n/d
0
n/d
n/d
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   23.04.16 14:28

Para nr 6

Tuż przed zamknięciem magicznej menażerii do środka wszedł lord Gaspard Lestrange. Pokarm dla jego sowy się skończył, a nie mógł się nikogo doprosić o uzupełnienie braków. W końcu sam, wracając z pracy, postanowił odwiedzić magiczną menażerię. Pracownicy jednak zajmowali się zamknięciem i nie interesowali się klientami. Mężczyzna przeglądał wystawę, kręcił się po sklepie z paczką karmy, a i tak nie mógł się doprosić kogoś z obsługi o zainteresowanie. Gaspard przez przypadek wpadł na terrarium, usuwając jego wieko. Nie zdawał sobie sprawy ze szkód, wszak wciąż kręcił się przy kasach, gotów rzucić monetami na ladę, aby tylko mieć to z głowy. Drzwi się otworzyły, a w nich stanął Tristan Rosier. Stanął za nim w kolejce, lecz z zamyślenia wybił go syk Gasparda. Wąż uwolniony z terrarium boleśnie owinął się wokół kostki lorda Lestrange'a.

Datę spotkania możecie założyć sami. O skończonym wątku z rozwiązaną sytuacją możecie poinformować w doświadczeniu. Czara Ognia nie kontynuuje z Wami rozgrywki. Wszystko jest w Waszych rękach.
Miłej zabawy!




Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
36
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   25.04.16 16:11

Potrzebował dobrego eliksiru dla Enjolrasa, który niedawno zaraził się jakąś paskudną wysypką pewnie od ogrodowych gnomów. Jego pies był dla niego kimś ważnym, nigdy nie poleciłby podobnie odpowiedzialnego zadania służbie lub komuś niezaufanemu z jednego prostego powodu: na co dzień otaczała go banda idiotów, z czego przynajmniej spora większość zwyczajnie nie znała się na zwierzętach, ani magicznych, ani nie magicznych. Wolał tak istotne sprawy załatwiać sam, pewien, że pomówi w kompetentny sposób ze sprzedawcą i pewien, że jego kompetencję w sposób słuszny oceni. Niestety, na miejscu zawiódł się srodze. Nie tylko sprzedawcy zdawali się nie przejmować zbytnio klientami, ale i do lady szła kolejka, która z pewnością nie skończy się przed wybiciem godziny zamknięcia sklepu. Skrzywił się z niesmakiem, trudno - najwyżej posiedzą kilka chwil dłużej, żeby go obsłużyć.
Wtem jego uwagę pochłonął znajomy krzyk - Gaspard, tutaj? I co, do licha...
Dopiero po chwili dostrzegł kłopotliwą sytuację, w jakiej znalazł się Lestrange; czarodziej musiał przypadkiem strącić wieko, które leżało tuż obok na posadzce, z jednego z terrariów - zapewne tego samego, z którego wypełzł wąż, oplatający teraz jego nogę. Kiedyś Magiczna Menażeria miała klasę, teraz sprawiała wrażenie miejsca nie tylko ordynarnie pozbawionego taktu, ale i nieprofesjonalnego i absolutnie niegodnego. Bez zawahania chwycił różdżkę, pracownicy nie potrafili nawet zapanować nad własnymi pupilami.
- Animal Somni - wyinkantantował melodyjnie, powtarzając zaklęcie za Gaspardem, który nie zdołał zaczarować węża. Zachował zimną krew z nadzieją, że może zdoła pomóc - niewątpliwie było mu łatwiej, kiedy ten przeklęty gad owijał się nie wokół jego nogi, a wokół nogi cudzej. Co to w ogóle był za gatunek? Jadowity? Dlaczego trzymali to tak blisko ludzi? Dlaczego w tym chrzanionym sklepie panował dzisiaj taki chaos?!
W jakiś sposób poczuł ulgę, że mógł wyładować złość na tym biednym stworzeniu; jeśli nie uda im się go uśpić, zawsze mogli sięgnąć po bardziej drastyczne środki. Impertynencja obsługi sięgała zenitu.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   25.04.16 16:11

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : rzut kością


'k100' : 24


Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   18.05.16 23:54

Za Tristanem w kolejce stała bardzo niezdecydowana młoda kobietka. Właśnie próbowała zdecydować się na wolumin książki prawiący o opiece nad zwierzętami. Mogłoby jej pomóc, gdyby zwróciła uwge na okładce, na której widniał tytuł. Jej wątpliwości mógłby rozlać fakt, że książka ta to w rzeczywistości była trylogia, a ona trzymała w ręku tom drugi i trzeci, nie wpadając nawet na badzo wspaniałomyślny pomysł znalezienia tomu pierwszego, którego nie posiadała w swojej biblioteczce. Chciała się właśnie młoda trzpiotka przeciskać przez kolejkę do przodu, ale wtedy rozpetało się coś niespodziewanego. Jakiś wąż. Gdyby miała wskazywać większy od niej! (nie, o to było ciężko, bo chociaż kobieta była piękna na buzi i młoda, to prędzej owinąłby się dwa razy wokół Gasparda niż wokół niej, żeby owinąć ją dwukrotnie, zabrakłoby gadowi cielska. Spanikowana kobieta krzyknęła głośno wprost obok ucha Tristana, łapiąc go w całej swojej histerii za ramię zadziwiająco silnie jak na tak mlodą kobietkę. Jej pełne usta wygięły się w strachu i mało co brakowało, a wskoczyłaby Tristanowi na plecy ze strachu. Dobrze może, ze tego nie zrobiła, bo pogruchotałaby mu wszystkie kosci, a tego wszystkie fanki Roierowskiego piękna by nie zniosły. Trzeba by było wyprawić wtedy dwa pogrzeby. Dla biednej ofiary kobiecej wrażliwości (jeśli dalej można było o niej mówić po tym, jak dziewczę niewątpliwie pozostawiło Tristanowi ślady swoich paznokci na przedramieniu Tristana), jak i dla tej biednej kobitki, którą najprawdopodobniej czekałoby wtedy zadrapanie przez nieszczęśliwe panny, które straciłyby swojego idola.
Panie Rosier, panie Rosier, pan coś zrobi! — krzyczała niespokojna w całej swojej obawie przed ogromnym pytonem (nie udawajmy, ze kobieta znała się na gatunkach węży) zapominając, ze się mu nie przedstawiła. Spłonęła rumieńcem z tego wszystkiego, bo jeszcze nigdy nie była tak blisko najprawdziwszego szlachcica.
Wendy Godwill, panie Rosier, ach, gdzież moje maniery!
W obliczu strachu miłość do Tristana okazała się jednak większa, dlatego zachwycona chłonęła tą chwilę dla siebie, bo otóż całkiem bezkarnie trzymała swojego ukochanego za ramię, pewna, ze dostąpił ją największy z zaszczytów. A dalej… och, dalej stał Gaspard Lestrange! Dwoje szlachciców na raz. Och, och, och! Dla nich mogło ja atakowac nawet stado paskudnych gadów.
Ach, wąż!!! — przypomniała sobie wyciągając różdżkę, machając nią na oślep wiec i raz czy dwa uderzyła nią Tristana w jego gęstą czuprynę, wzburzając jego włosy w nieładzie.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
36
3
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   20.05.16 2:42

Tristan naprawdę nie miał nic przeciwko ratowaniu przerażonych kobiet, zwykle czynił to z prawdziwą przyjemnością, choć naturalnie z przyjemnością nie całkiem bezinteresowną; jako koneser kobiecego piękna potrafił docenić ich wdzięczność na różne sposoby. Teraz jednak sytuacja była zgoła inna, mianowicie: ta baba była gruba. Choć kanon mody ówczesnych lat pięćdziesiątych obejmował puszystość, to kobiece kształty nie były tym samym, co niebagatelnie szerokie kształty; zresztą czarodziejki jak światem światem długi dbały o wąską talię. Skrzywił się, słysząc wrzask tuż przy uchu, miał ochotę odwinąć się i dać jej w gębę, kiedy poczuł jej zdecydowanie zbyt silny uścisk na swoim ramieniu.
- Uspokój się - warknął, zupełnie jakby przejawiane przez dziewczę emocje były w pełni świadome; jej strach jednak nieszczególnie go interesował. Była zbyt mało atrakcyjna, by zawiesić na niej oko na dłużej, a jej nazwisko zbyt mało znaczące, by zainteresować się nią z innego powodu. Zmarszczył ze zniecierpliwieniem brew, czując, jak babsko uderza go swoją różdżką po jego własnej głowie, przysięgając w duchu, że policzy się z nią, kiedy tylko skończy z wężem.
Właśnie, wąż. Niezależnie od nastrojów panienki wciąż oplatał się wokół nogi Gasparda, który wydawał się być w tym momencie w położeniu co najmniej mniej komfortowym aniżeli Wendy, a gdyby zwierzę zadusiło Lestrange'a, Tristan niewątpliwie poczułby lekki wyrzut sumienia. Pogładził różaną inkrustrację na drewnie różdżki palcem wskazującym, zastanawiając się nad poprawieniem rzuconego wcześniej zaklęcia. Gada trudno było uśpić: a skoro obsługa sklepu nie reagowała, czas najwyższy pozbyć się go całkiem.
- Deprimo - krzyknął, usiłując się skupić pomimo panikującej kobiety znajdującej się tuż obok i wyraźnie przeszkadzającej mu w podjęciu jakichkolwiek działań. Miał nadzieję, że uda mu się uderzyć stworzeniem na tyle mocno, by nie zdołało zaatakować już żadnego klienta Magicznej Menażerii. Lewą, wolną ręką, starał się odepchnąć lekko babsko, żeby umożliwić sobie pole do działania. We wnętrzu sklepu było zdecydowanie zbyt tłoczno na takie zabawy.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   20.05.16 2:42

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : rzut kością


'k100' : 61


Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Magiczna menażeria   20.05.16 13:28

Kobieta wydawała się obruszona, wręcz urażona zachowaniem szlachcica! Tyle się o nich nasłuchała, że tacy wspaniali, tyle jej koleżanki (niewątpliwie piękne) opowiadały o nich jak o prawdziwych bożyszczach, a tu proszę. Trafił jej się jakiś wyjątek od reguly. I to w dodatku Rosier! Bo dziewczę znało wszystkich szlachciców bardzo dokladnie, w końcu wiecznie było ich wszędzie pełno i o nich glono. Zmarszczyła wściekle brwi, niezadowolona warknięciem mężczyzny i prychnęła wprost nad jego ramieniem, a chwilę potem sama go trąciła lokciem, chociaż ona włożyła w to więcej siły, przy okazji przepychając go całym swoim ciężarem na bok, a ważyła prawdopodobnie więcej od niego.
No wie Pan! — rzuciła niezadowolona i zadarła zuchwale głowę do góry, jak to na niewychowaną pannę przystało, co to o etykiecie niewiele wiedziała. Wyciągnęła różdżkę, hucząc głośno:
Everte Stati! — bo chciała zawstydzić tego bufona, sama pokonać durnego węża, bowiem Tristan jeszcze nie wiedział, że gniew kobiety, którą się zlekceważyło może rzutować na jej rozsądku i pozwala jej na rzeczy, na które normalnie nie miałaby śmiałości. A jeśli dziewczę przy okazji wyrwie biednemu Gaspardowi nogę to będzie to tylko i wyłącznie wina Tristana, który nie docenił kobiecego piękna. Bowiem dama ta była przekonana, ze to piękno w sobie nosi, bez względu na to co Rosier miał na ten temat do powiedzenia.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
 

Magiczna menażeria

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Magiczna Menażeria
» Menażeria u Nanuka
» Sala lustrzana
» Rośliny
» Magiczna Szafa Grająca.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Pokątna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17