Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala treningowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala treningowa   12.05.16 12:38

First topic message reminder :

Sala treningowa

Sala treningowa miesząca się w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów jest magicznie powiększonym pomieszczeniem. Duża przestrzeń gwarantuje swobodę szkolenia bądź wymyślania formuł zaklęć. Znajdujące się tu manekiny służą do ćwiczeń nie tylko aurorom, ale także policjantom czy badaczom. Na przeciwległej stronie sali znajduje się niewielkie biurko, a tuż za nim szafka z nazwiskami pracujących tu ludzi. Mogą schować tam swoje rzeczy, do których często sięgają w tym pomieszczeniu. Biurko według zasad zawsze ma być puste, aby nieład nie przeszkadzał żadnej innej osobie. Tuż obok znajduje się tablica na niewielkich kółkach, która pomaga badaczom zapisywać wszystkie ulotne myśli. Pomieszczenie można zarezerwować do ćwiczeń z co najmniej jednodniowym wyprzedzeniem.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   01.06.16 21:17

Powinien zachować czujność, ale zlekceważył zagrożenie. I nie mógł tego inaczej obrócić na swoją korzyść niż śmiechem, choć szczerze go to bawiło. Lubił wyzwania, lubił ciekawe sytuacje, którym musiał sprostać, szczególnie jeśli nic nie zagrażało jego pewności siebie. Constance była szlachcianką, znał jej ograniczenia i wiedział do czego mogła być zdolna, nawet jeśli nie był w stanie przewidzieć jej zachowania. On zaś… granic nie musiał respektować. Żadnych.
— Wybacz, mogłabyś nie obrażać mojego przyjaciela? Zasługuje na szacunek, nawet jeśli… pozbawiony jest serca. Już na pierwszy rzut oka widać, że ma bogato wypchane wnętrze i jest zeznajomiony z etykietą towarzyską — rzucił z niezadowoleniem, spoglądając na manekina, który prezentował się według niego doskonale. Ramsey naburmuszył się, przybierając nagle minę obrażonego siedmiolatka i zacisnął usta, próbując się powstrzymać przed kolejnymi słowami pełnymi żalu i rozpaczy, że jego artyzm został zrównany z ziemią. Jednak nie miał tej wrażliwości, kogo on próbował oszukać?
Przewrócił oczami. I tak, robił to często. Albo gdy ktoś przynudzał, albo prawił mu morały. Constance niemalże dopuszczała się tego drugiego, sugerując, że się błaźni, ale on miał szampański humor pomimo sytuacji. Jasne było, iż wolałaby go patrzącego na nią z rezerwą i postrachem, bo przecież nie żartowała i mogła wykorzystać fakt, iż był bezbronny, a jego różdżka pozostała wetknięta za pasek jego spodni z tyłu.
— Jeśli masz ochotę możesz bić za każdym razem, gdy się odezwę, nie obrażę się i choćbyś się starała tym ze mnie zakpić zawsze odbiorę to jako approbatę — odpowiedział niemalże radośnie, przywracając na swoją twarz ten sam wyraz sprzed dłuższej chwili. Pozostając w swojej nieprzewidywalności działał zgodnie z zasada oko za oko. I oddawał — prędzej czy później — to samo, co otrzymywał. Pokręcił dłońmi niecierpliwie, bo rzeczywiście obrączki, które mu założyła były mało wygodne. — Domyślam się, że to z obawy przede mną. Chyba, że boisz się, że Ci uciekne i zostawię bez soczystych odpowiedzi, lady Lestrange — mruknął i puścił jej oczko, by ostatecznie obrócić głowę w bok, na ścianę, na której wisiała tablica.— Mhm… skalę bólu… — No tak, nagle okazało się, że trafiła na właściwego człowieka, który bólu się nie obawiał i znosił to jak należy. Ból w mniemaniu Mulcibera był potrzebny, hartował ducha, wzmagał siłę charakteru i odporność na doczesne przykrości. — Jeden. No, może jeden i pół, są trochę niewygodne — skłamał. Dałby dwa, przez to, że kajdany wżynały się w dłonie, które przy każdym ruchu zaczynały go swędzieć. Ale czy odpowiedziałby inaczej, gdyby krew popłynęła z jego przegubów, a kości wyszły na wierzch? Nie.
— To pytanie do badań? Nie? Więc odpowiedź również brzmi nie — odpowiedział jej od razu, uśmiechając się szeroko. Przymknął oczy i zawiesił głowę na ramionach, pozwalając im odpocząć. Nie musiał patrzeć na piekną Constance. Wystarczył mu jej głos i zapach, a przecież ten zmysł miał niezwykle wyostrzony. Chwila z nią sprawiła, że rozpoznałby ją w tłumie zakapturzonych postaci i to właśnie zapachowi wierzył bardziej niż temu, co widział.
Będzie czekać? Otworzył oczy i spojrzał na nią, a szeroki, bezwtydnie arogancki uśmiech wykrzywił jego twarz. To była jego odpowiedź na jej cierpliwość. Nie musiał więc już nic robić, poza grzecznym siedzeniem na krześle i czekaniem na to, co się ma wydarzyć. Mógłby zacząć gwizdać, ale wolał nie lekceważyć lwicy, która przed nim stała, w końcu jej cierpliwość sisiała na włosku, a Mulciber zdawał się nic z tego nie robić i bez tego. Obserwował jak skrobie po pergaminie, jak robi skrupulatne notatki. Bycie obiektem doświadczalnym to dla niego coś nowego, a nawet taki słodki element tortur, jaki mu zadała wydałwał mu się wyjątkowo ekscytujący. Nie zmienił ani wyrazu twarzy, a nawet nie wydał się bardziej ożywiony gdy niespodziewanie wstała z krzesła. Uniósł jedynie brodę, aby ją lepiej widzieć z pozycji siedzącej. Mógł podziwiać jej krok, jej grację i jej klasę, w koncu miał czas, gdy bezbronnie tkwił na krześle, nie próbując się nawet wyrwać z jej sideł. Najlepsze jak zwykle zostawiał na koniec.
Powodził lekko wzrokiem za nią, dopóki nie zniknęła mu z zasięgu wzroku i westchnął.
— Whoa, znów czuję się jak w szkole — powiedział ze szczeniackim rozbawieniem i poprawił się na krześle, jakby tylko czekał, aż dostanie linijką po łapach. Jej oddech skierowany częściowo a kark, a częściowo na ucho przyprawił go o gęsią skórkę, lecz on sam nie wydawał się być w jakikolwiek sposób poruszony. On swoje, organizm swoje, to było w jego przypadku normalne. — Bingo — powiedział po chwili zamyślenia i obrócił głowe bardziej w jej stronę, choć nie mógł jej przecież dojrzeć, gdy tkwiła za nim. Oczywiście był świadom swoich skłonności, choć nie nazwałby ich w ten sposób. To było trochę jak plama po czerwonym winie na śnieżnobiałej koszuli. — Oczywiście, że nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział W końcu sporo ostatnio wycierpiał z tego powodu…— I na pewno nie chciałby żebyś maczała w tym palce. W końcu nawet jeśli to… niezwykle intrygujące i fascynujące to potwornie niebezpieczne i zdecydowanie nie dla… kobiet. — odpowiedział, ale szybko dodał z wyraźnym podkreśleniem. — Lady Lestrange.
Żałował, że nie mógł jej spojrzeć w twarz w tej chwili, ale jego pragnienia szybko się ziściły. — Nadawałabyś się tam. Masz temperament, wiedzę, umiejętności… anawet refleks — Zatrząsł kajdanami, które już sprawiły, że jego skóra ujawniła silne zaczerwienienia.— I prawidłowe przekonania. Zdziwiłabyś się pewnie ilu Twoich znajomych ma w tym wspólny interes.
Rozłożył się wygodniej, wywalając splecione nogi przed siebie i osunął się na krześle jak w fotelu. Tylko te kajdany…




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   01.06.16 21:23

To był podstawowy błąd mężczyzn. Nie wiedzieli w kobietach żadnego zagrożenia. Constance była ostatnią osobą, która chciałaby mu zrobić krzywdę, aczkolwiek nie podobało jej się jak paskudnie lekceważy umiejętności. Kąciki nawet nie drgnęły. Naprawdę Ramsey świetnie spisałby się w roli błazna.
- Nie rób z mojego miejsca pracy pośmiewiska – jęknęła prawie wręcz błaganie. Grał na nerwach, sprawdzał swoje granice, ale ona mimo wszystko była w pracy. Oczywiście postanowiła go niecne wykorzystać. Wywróciła oczami ponownie, widząc minę rozkapryszonego dziecka. Naprawdę próbował ją tym szantażować? Mimo wszystko, trochę czuła się rozbawiona. Rzadko kiedy mogła zaprosić kogoś do sali i przeanalizować skutki działania zaklęcia. Wszyscy tłumaczyli się natłokiem własnej pracy, a z manekinem nie porozmawia przecież o skali bólu.
- I na trzeba zasłużyć – dodała jakby naprawdę dawała mu jedną z życiowych lekcji. Obeszła go ponownie, stając tuż przed mężczyzną. Próbowała go rozgryźć, czy naprawdę myślał, że skazała go na tortury? Wykorzystała tylko nadgarstki. Zaśmiała się cicho.
- Och, pardon, miałam cię pytać o zdanie? – spytała z lekkim uśmiechem. Uniosła jego nadgarstki, chwytając za łańcuch, a nie jego skórę. Uważnie obserwowała zaczerwienienia i otarcia. Doprawdy, jeśli nie poprawi szybko tego zaklęcia, więźniowie zaczną walczyć z poważnym zakażeniem. Puściła nagle łańcuch, a dłonie Ramseya ponownie opadły na kolana.
- To ciekawe, więźniowe oceniali go co najmniej na sześć – mruknęła cicho pod nosem, zapisując w notatniku jego uwagę. Dodała tam też dwa znaki zapytania, bo informacja nie była dla niej wiarygodna. Różdżka została na stole więc nie potrzebował się niczego obawiać. Chciała zdobyć nie tylko informacje o Rycerzach, ale także te niezbędne do badań naukowych. Odłożyła zeszyt na bok i znów wróciła do jego nadgarstków. Tym razem maksymalnie odsunęła kajdany i spojrzała na rany. Gdziekolwiek nie znajdował się łańcuch, mocno zaciskał się na skórze. Zmarszczyła brwi, a cisza mogła wydawać się wyjątkowo niezręczna. W głowie Constance zachodziły jednak poważne procesy myślowe i nawet nie przejmowała się jego odpowiedzią na temat masochizmu. Podsunęła kajdany znowu wyżej, obserwując kilku minutowy efekt. Okłamał ją, to na pewno nie była skala bólu jeden.
- Nie zostawisz mnie bez odpowiedzi, Ramseyu, właśnie je otrzymuje – dodała z wyższością, cmokając niezadowolona, jak ten kręcił się na krześle. Wyprostowała się, czekając aż zajmie dla siebie wygodną pozycję. Dlatego wolała pracować z manekinami. Nie była uzależniona od ich wygody, jęków i mamrotania pod nosem. Czekała na odpowiedzi, wszak po nie tu przyszedł. Oparła dłoń o talię, przyglądając się mu uważnie. Idealnie krył ból i swoje emocje. Na twarzy zostawił ten beznadziejny uśmieszek, który chętnie schowałaby za połami marynarki. A może właśnie to powinna zrobić? Przykryć mu twarz marynarką. Zdecydowanie szybciej by się skupiła.
- Skoro więc nikt nie byłby zadowolony z mojej obecności tam, to dlaczego usilnie chcesz mnie do tego przekonać? – spytała, a na samą wstawkę o „nie dla kobiet” otrzymał minusowe punkty. W dodatku temat Caesara był również bolesny. Nie wiedziała, co się z nim dzieje. Jej kuzyn był znany z tego, że z odpowiedzialnością nie miał absolutnie nic wspólnego, a Constance przyzwyczaiła się, że troska o niego jest absurdalna.
- Wspólny interes? A cóż takiego robią ci rycerze? – spytała trochę sztucznie, tracąc zainteresowanie. Chętnie się dowie, kto w tym siedzi, ale jeśli to nie było zajęcie dla kobiet to widziała bandę zapijaczonych durni na zapleczu Wenus. Odwróciła się na pięcie i poszła po pergamin oraz różdżkę.
- Badanie skończone, unieś nadgarstki – dodała stanowczo, kierując w łańcuch różdżką - Finite - wypowiedziała inkantacje, za kajdany natychmiast zniknęły. Od razu podała mu pergamin oraz pióro. Czyż nie sprytny pomysł na poznanie jego nazwiska? Pismo mówiło o tym, że dobrowolnie podał się badaniu, że to co powiedział jest prawdą i potwierdza całość napisanego raportu.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   01.06.16 21:31

Nie traktował swojej pracy równie serio, co ona. Nie traktował swoich obowiązków śmiertelnie poważnie, bo przecież było to dla niego dodatkiem do samorozwoju, który ukierunkowany był zupełnie w inną stronę. Może właśnie dlatego na jej słowa zareagował śmiechem i rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby właśnie oceniaał to czym się zajmowała. Bycie królikiem doświadczalnym nie mogło być piękniejsze. Ona i on. Słodko.
—Hola — mruknął z fałszywym niezadowoleniem, kiedy uniosła jego ręce do góry, ciągnąc za kajdany. Wierutnym kłamstwem byłoby powiedzenie, że niczego nie poczuł w tej chwili. Rzeczywiście jej zaklęcie było skuteczne, jeśli chodzi o spętanie więźnia i unieruchomienie mu rąk. Metal zaciskał się wokół jego nadgarstków, które zdawały się nieznacznie spuchnąć od stałego nacisku, przez to tym bardziej tarły skórę. Ale nie skrzywił się, nie drgnął, nie wyraził tego w żaden sposób, poza lekką fascynacją w oczach. Tak, był tym zainteresowany. Zaklęciem, doświadczeniem, bólem. Ból był dla niego zbawienny. Dzięki niemu coś czuł. Cokolwiek.
— Jeśli zamykałaś w celi swoich… kolegów i uznawałaś cioty za więźniów to się nie dziwię — mruknął pod nosem bardziej do siebie niż do niej, odwracając wzrok gdzieś w drugą stronę z nutą nonszalancji. Nie był jednak niezniszczalny, po prostu trudno było zrozumieć, co mogłoby go zaboleć i jaką skalą odczuć w życiu się kieruje. Był już przygotowany na siarczysty policzek, co wyraził lekką zmianą kąta twarzy, tak, aby było to mniej odczuwalne. Nie zamierzał jej znieważyć w żaden sposób, lecz nie próbował być też miły. Jego się nie dało lubić i właśnie jej to okazywał, podkreślając, że nie sympatią stara się ją przekonać do swoich racji, a argumentami. Nie wyglądała na kogoś kto uległby jego jakiemukolwiek urokowi osobistemu. Byłoby mu na rękę, gdyby żywiła wobec niego negatywne emocje, ale robiła to wszystko w imię przekonań, w imię nauki. — Mhm…— zamruczał twierdząco. Kiedy oglądała uważnie jego nadgarstki on zaś przyglądał się jej delikatnym dłoniom, jej smukłym palcom pianistki, gdy przesuwała łańcuch i klamry z jego przegubów, by zobaczyć stan rąk. Subtelność i gracja w każdym najmniejszym ruchu, jakby był doskonale zaplanowany i przewidziany. Nie znał marnotrawstwa energii. Nie zważał na ból, choć rzeczywiście zaczerwienienia były już na tyle silne, że każde kolejne otarcie mogło rozpocząć tworzenie się ran z najzwyklejszych obdarć. Oddychał powoli, w milczeniu skupiając się na jej badaniu.
Przestał się uśmiechać. Nagle. Ale nie miał powodu, w końcu sytuacja gwałtownie nie uległa zmianie, a on po prostu spoważniał. Twarz zrobiła się bez wyrazu, pewnie dodając mu tym samym lat, bo przecież to tylko uśmiech czynił go na moment młodszym niż rzeczywiście był. Beztroski uśmiech — szatański i obłędny w obliczu jego charakteru i skłonności.
— W końcu jakieś konkretne pytanie — mruknął leniwie i uniósł na nią spojrzenie. — Czy nie powiedziałem, że szanuję Twoje badania i umiejętności, Connie? — spytał znów w ten bezpośredni, mało szarmancki sposób. — Mówiłem też, że chcę Ciebie. Nie w sposób o jakim myślisz, nie jesteś rzeczą. — Bo przecież potrzebuję kogoś takiego jak ty nie mogło mu przejść przez gardło, nie mówiąc już o potrzebuję ciebie konkretnie. — Jesteś zdolna, inteligentna i okazałabyś się niezbędna —jako dobry substytut słowa potrzebna — w moich badaniach. Przy okazji poglądy świetnie wpasowują się w nasze małe… stowarzyszenie.
Niewinnie brzmiało, prawda? Tak miało, w końcu nie mógł jej zdradzić wszystkiego nie będąc pewnym czy się zdecyduje, dlatego zmienił temat. Mogła mieć określone poglądy i zgadzać się z Tomem, ale wcale nie uczestniczyć w tym wszystkim. Byłaby cennym nabytkiem dla Riddle’a, może nawet jego perłą, ale nie mógł zgodzić się na tak wielkie ryzyko. Był jednak świadom słów, których używał. Bycie szowinistą w rozmowie z kobietą o feministycznych naleciałościach było jak płachta na byka, więc nie mogła mu tego puścić płazem. Liczył na to, że zechce mu udowodnić co jest dla kobiet, a co nie — taka gra była mu bliższa niż rozmowa wprost o tym… czego potrzebuje.
Nie patrzył już na nią. Pocierał nadgarstki odruchowo, jakby w ten sposób mógł zetrzeć z nich czerwone obręcze, chociaż nie uskarżał się na nic, pozostając w jakimś stopniu niewzruszonym. Nie wiedząc jednak skąd i dlaczego zmiana nastroju wpłynęła na jego chłodną posturę, pełną wewnętrznego dystansu i obojętności. — Mam nadzieję, że moje uczestnictwo w tych badaniach przyczyni się do rozwoju nauki. Życzyłbym Ci rychłego awansu, lady Lestrange, ale moje słowa nie są potrzebne do osiągniecia sukcesu.
Chwycił pióro, ale nim przyłożył je do pergaminu zastygł w bezruchu. Przemknął wzrokiem po raporcie spisanym jej idealnym charakterem pisma, tak samo dokładnym jak każdy list, który otrzymał. Zawijasy liter świadczyły o jej perfekcjonizmie i staranności we wszystkim co robiła. Kaligraficzne pismo wyglądało tak, jakby poświęciła temu wiele czasu, a nie spisała kilka słów na kolanie, notując poczynione obserwacje.
R. Blythe, nakreślił na samym dole i powoli uniósł na nią wzrok.
— Jesteś bystra, lady Lestrange?— spytał cicho, wręcz szeptem, zatrzymując nieruchome spojrzenie na jej lazurowych tęczówkach. Wręczył jej pergamin, ale wcale go nie puścił, robiąc krok do przodu, zmniejszając dzielącą ich odległość. Może nawet zmusił ją do uczynienia kroku w tył? — Dlaczego ograniczasz swój potencjał do ledwie kilku ambitnych planów?




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey



Ostatnio zmieniony przez Ramsey Mulciber dnia 03.06.16 10:47, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   03.06.16 10:14

Constance nie miała wpływu na jego podejście. W zasadzie rozmawiała z zupełnie obcym dla niej mężczyzną. Mogła go poznać z zupełnie innej strony, lecz nigdy nie powiedziałaby na głos, że zna Ramsey’a. Nie była pewna, ile w ich znajomości jest prawdy, a ile kłamstwa. Do każdego swojego zadania pochodziła poważnie. Jak profesjonalistka, jak lekarz do pacjenta, który miał swoją misję. Ona też miała. I świat jej kiedyś za to podziękuje. Widząc niezadowolenie na twarzy Ramseya, potwierdzone jakimś słowami sprzeciwu, opuszkiem palca podniosła jego podróbek, aby spojrzał w jej oczy.
- Już kończę – pierwszy raz usłyszał ciepły głos Constance. Do badań podchodziła poważnie. Nie chciała słuchać jego sprzeciwów, kiedy podjął świadomą decyzje, przekraczając progi Sali Treningowej. Cała procedura była jej bardzo dobrze znana. Sprawdzała już zaklęcie Esposas wiele razy, lecz każdy organizm reagował na nie inaczej. Ramsey’a nazwałaby silnym, przynajmniej takiego udawał. Dobrze zaznajomiony z bólem budził obawy. Do czego był jeszcze zdolny? Gdyby to był ktoś jej bliższy, pocałowałaby rany i za nie przeprosiła, lecz rozwój świata nie czekał na półśrodki. Po zdjęciu kajdan, nie czuła się bezpieczniej. Przez chwile żałowała, że zamieniła różdżkę na pergamin.
- Jesteś w towarzystwie damy – ostrzegła go ostro, krzywiąc się na słowo „ciota” – Jednak odpowiadając na twoje pytanie, zaklęcie przez dziesiątki lat było ćwiczone na ulicach. Przestępcy mogliby zawyżać skalę, ale… na pewno nie o cztery i pół stopnia. Czy potrzebujesz maści na otarcia? – spytała, zamieniając się znowu w profesjonalną Constance podczas pracy. Oczywiście nie miała tak owej przy sobie, lecz mogłaby napisać prośbę o jednego z uzdrowicieli bądź alchemików, aby przepisał odpowiednią receptę. Constance nie wymierzyła mu siarczystego policzka. Gardziła przemocą. Uważała, że nie pasuje ani do szlacheckiego środowiska ani tym bardziej do kobiety. A mimo wszystko… Zaklęcia nie uważała za przemoc. Nie widziała w oczach Ramseya fascynacji swoją osobą. Póki nie skończy badania, była skupiona tylko na dość znanych jej czynnościach. Nawet jakby zachowywał się skandalicznie, Constance interesowały tylko nadgarstki. Pierwszy raz użył zdrobnienia jej imienia. Od razu zesztywniała, wpatrując się w niego oskarżycielsko. Jak śmiał, jak śmiał, na Merlina, się tam spoufalać?
- Constance – poprawiła go automatycznie, głosem, który nie zniósłby żadnego sprzeciwu. Doprawdy, dlaczego musiała go tak wychowywać? Uczyć zasad, granic. Miała wrażenie, że Ramsey sprawdzał ją, że doskonale znał się na środowisku szlacheckim, pomimo tego, że w jego postawie nie było widać ani kropelki wpływu guwernantki. Chętnie udzieliłaby mu kilku lekcji, aby zdjęć z jego twarzy ten bezczelny uśmiech. Wbić rękę między łopatki, żeby wyprostować plecy. O dziwo, zawsze miał uniesioną brodę ni to w dumie, ni to we własnym zadufaniu. Komplement spłynął po niej, bardziej skupiła się na nieodpowiednim użyciu skrótu jej imienia. Nienawidziła, gdy ktoś tak mówił. Znosiła to, co prawda ciężko i w  środku, przy członkach swojej rodziny. Obcych ludzi postanowiła strofować, nie dopuszczając do kolejnych takich sytuacji. Przez zmianę nastroju Ramsey’a nie wiedziała, czy ma go się bać czy zacząć uciekać. A może pobiec szybko do biurka i wpleść różdżkę we włosy? Zamurowało ją, a z każdym kolejnym słowem próbowała się mocniej odciąć od mężczyzny. Maska obojętności kryła zdumienie. Mogła zachowywać się sztucznie, wręcz wyuczenie, ale zaskoczył ją. Dlaczego tak bardzo próbował ją podejść?
- W badaniach w twoim małym stowarzyszeniu?stowarzyszeniu zapijaczonych durni na zapleczu Wenus, dodała w myślach, tłumacząc tym samym częste znikanie Caesara. Mężczyznom było wszystko wolno. Jej drogi kuzyn był ciągle nieobecny, w innym świecie marzeń i snów, więc nie zdziwiłaby się, gdyby to stowarzyszenie zaczynało i kończyło się na kurtyzanach. Nie wiedziała, czy ma współczuć Isoldzie, czy to była właśnie jedna z tych kar, które przygotował na nią los. Wciąż nie rozumiała, jak mogła być zaręczona z Tristanem, a później z Caesarem. Po spotkaniu z lordem Rosierem miała mieszane uczucia. Czy jej kuzyn aż tak mocno próbował zaognić konflikt? Najpierw Marianne i przelana krew, przez którą płakała tygodniami, a teraz Isolde. Nie wiedziała, co ma myśleć. Wypowiedzi Ramseya ociekały ogólnikami. Jednak zero w tym konkretów, a kto wie, ile w tym prawdy?
- Wiesz, co jest wspaniałe w badaniach? Nie liczą się twoje pieniądze, płeć ani poglądy, ważne są twoje dokonania. Skąd więc pomysł, aby wplatać politykę w naukę? – spytała cicho, bo i na to pozwalała im ta za mała odległość. Chrząknęła, co to za postawa pełna sztuczności? Cóż Ramsey miał do jej awansu? Spojrzała na pergamin przelotnie. Och, kiepski z niego kłamca. Nawet przy zmyślonym nazwisku zachwiała mu się dłoń. Widać było, że podpis jest wręcz niewyćwiczony. A ktoś, kto pracuje w Ministerstwie Magii, podpisywał się wiele razy.
- Na tyle, aby znów przyłapać cię na kłamstwie, ale kto wie, może mój szef nie będzie sprawdzał tożsamości. – Westchnęła ciężko. Jeśli raport okaże się fałszywy, będzie miała duże problemy, ale z drugiej strony nazwiska przestępców i badanych osób nie powinny być nikomu potrzebne. Liczyła się treść raportu, a nie zdobiący go podpis. Dłonie spoczęły na pergaminie, ale coraz mniej podobała się jej postawa Ramseya. Zmniejszał dystans, przeciągał granice i ciągle sprawdzał pannę Lestrange. Nie cofnęła się o krok. Stała w dokładnie tym samym miejscu, czekając aż Ramsey łaskawie puści jej raport. I niech tylko spróbuje go pogiąć!
- Przekraczasz granice, Ramsey – powiedziała surowo, stawiając oczywiście na swoim. Zaczynała żałować, że zdjęła te kajdany, że zamieniła pergamin na różdżkę. Oceniając swoje szanse, ze względu na wagę czy wzrost, skończyłaby na minus nieskończoności. Wyćwiczone ciało Ramseya uniosłoby Constance zaledwie jedną ręką. – Nie znasz moich planów, Ramsey. Ślizgonce nie zarzuca się braku ambicji. Zadajesz pytania, na które znasz odpowiedzi, a to mogę potraktować jako bardzo nieudaną prowokację. Nie podejdziesz mnie gierką. Chcesz moją wiedzę i umiejętności, a zachowujesz się tak, aby dać tysiące argumentów, żeby wyrzucić cię za drzwi. Lista twoich wad się niewątpliwe powiększa. Proszę o zwrot raportu. – Surowy ton, który miał go przywołać do pionu, usilnie kontrastował z Constance, która jeszcze chwile temu czule podnosiła mu podróbek i obiecywała, że więcej nie będzie go bolało. Ile jeszcze granic przekroczysz Ramsey’u? Jeśli chciał ją pozyskać, to na pewno nie tym sposobem. Nie bała się go. W każdym przypadku mogła zgłosić napaść na pracownika. To ona rozdawała karty. Znowu.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   05.06.16 10:13

Nie był prawdziwy, przynajmniej nie do końca. Nie był do końca realny, a stworzony ze wszystkich masek, które określały jego tożsamość. Znaczenie słów, że się go znało musiało sprowadzać się więc do znajomości jego imienia. Wiem kim jest. Ale jaki był? Któż mógł to wiedzieć. Podobnie też patrzył na Constance, kobietę z dość jasnymi zasadami i sposobem patrzenia na świat. Z drugiej strony wydawała mu się o wiele bardziej skomplikowana i złożona. I jakimś cudem dość dobrze to ukrywała, chowając ciekawsze dla niego przemyślenia i zachowania pod maską obojętności i wyższości.
Jej subtelny i ciepły głos, jej delikatne obchodzenie się z dłońmi, które dla niego nie były wcale interesujące; rany jak wszystkie inne nawet jeśli to w imię nauki. Sam jednak w tej jednej chwili zainteresowany był nią samą, a nie tym, co robiła. Nie mogła widzieć, że jej się przyglądał, obserwował jej twarz, linię brwi i prosty, drobny nos. Zajęta analizowaniem otarć  i zaczerwienień spowodowanych użytym na nim zaklęciu nie dostrzegała, że skupiał uwagę na tych wszystkich detalach — krwistoczerwonych wargach, pojedynczych kosmykach, które opadały jej na twarz, wymykając się niesfornie, czy gęstej firanie rzęs. Mógł sobie pozwolić na to bez jej komentarzy odnośnie bezczelności, którą się nieustannie wykazywał.
— Nie — odpowiedział sucho, spoglądając na swoje dłonie. Nie przejmował się tym, bo o wiele ciekawsze od skutków ich spotkania było samo obcowanie z badaczką, obserwowanie jej sposobu patrzenia. Uniósł nieznacznie brwi, kiedy go poprawiła. Kolejna rzecz, która dużo mu o niej powiedziała. Na powrót stała się dumną szlachcianką która generowała odpowiedni dystans, zachowywała nienaganną postawę. Była chłodną profesjonalistką, która nie mogła sobie pozwolić na słabości.— Nie — odpowiedział, po raz kolejny udowadniając, że jest człowiekiem na "nie". Moje małe stowarzyszenie nie jest takie małe. Kpisz sobie z tego, ale gdybym usiłował Ci teraz pokazać za wszelką cenę jak poważnej sprawy to dotyczy i jak wielkie będzie mieć znaczenie to wyszedłbym na głupca. Przyjdzie czas, że to zrozumiesz, ale gdybyś kiedyś stwierdziła, że jednak obecna sytuacja polityczna Ci nie odpowiada, a ty chciałabyś coś znaczyć w Nowym Świecie... wiesz kogo szukać. Co do badań zaś... to mój prywatny projekt. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że tyka on dość trudnej gałęzi nauki, lecz prekognicję trudno określić mianem nauki sensu stricto.
Wzruszył ramionami z fałszywą bezradnością, jakby nie wiedział coż więcej może jej powiedzieć. Problem tkwił w tym, że mówić mógł teoretycznie niezwykle dużo, ale nie uważał, aby zrozumiała to w jej chwili. Testował jej dystans i granice, a ich rozmowa — choć nie powinna — wciąż zabarwiona była o emocje, które nie sprzyjały rozsądnemu podejmowaniu decyzji. I nie chciał jej od niej w tej chwili, nie był głupcem. Z przyjemnością obserwował Constance, pragnąc się doszukać w jej reakcjach pewnych słabości. Dość bacznie analizował drobne zmiany na jej twarzy, lecz były wciąż zbyt mało oczywiste, by wyciągnąć z nich wnioski. Maskowała się w sposób perfekcyjny, udając brak zainteresowania, ale wysoko zadartą głową nie mogła mu niczego udowodnić. Ignorował więc jej próby postawienia go do pionu, ba!, wychowania. Brakowało mu ogłady, chociaż gdy chciał mógł zgrywać najbardziej ułożonego człowieka świata. Dziś był niejednoznaczny, a może poniekąd niekonsekwentny w swoim zachowaniu, a zmieniający się nastrój mógł burzyć koncepcję jego osoby. Ale ona też nie ułatwiała mu zadania. Wydawała mu się zbyt sztywna w swoich zasadach, aby zgiąć ją z łatwością i nakierować na to, czego chciał. Była zbyt bystra i czujna aby poddać się tanim sztuczkom, ale jeszcze nie wyciągnął kart, które trzymał w rękawie. Te zostawił na później.
— Tylko głupiec nie zauważa związku nauki z polityką, milady — odpowiedział rzeczowo, marszcząc brwi. — Świat byłby piękny gdyby każda z tych dziedzin mogła funkcjonować niezależnie, ale to marzenia oparte o piękne idee, którymi się często kierują naukowcy. Idee to nie wszystko.
Rozejrzał się po sali treningowej, spoglądając na znajdujące się w niej przedmioty, aż w końcu spuścił wzrok na raport, który trzymał między palcami, usilnie nie chcąc go puścić. Jemu odległość nie przeszkadzała, a fakt, że jej owszem wcale go nie obchodził w tym momencie. — Dziś polityka nie hamuje rozwoju nauki. Kto wie jak będzie jutro. Nazwisko stawia Cię w dobrej sytuacji, choć to też polityka, lecz smutno byłoby patrzeć jak dekrety i rozporządzenia niszczą wieloletnią pracę badaczy.
Dla niego to było oczywiste, choć uważał, że nie mogła być na tyle krótkowzroczna i zaślepiona aby tego nie dostrzegać. Liczył na to, że jej pytanie było prowokacją do odkrycia swoich spostrzeżeń, nie próbą konfrontacji jego jako praktyka, który sceptycznie podchodzi do wszystkiego i jej jako teoretyka, mającego wiedzę o zaklęciach w małym palcu.
Blythe nic nie znaczyło. Oczywiście wymyślił je na poczekaniu, nie chcąc nazwać się Mulciberem. To nie wstyd go do tego skłonił. Uśmiechnął się znów wcale nie zaskoczony jej odpowiedzią. Byłby raczej zawiedziony, gdyby uznała jego nazwisko za prawdziwe, ale tak jak nie lubił ludziom niczego dawać na tacy, tak nie znosił, gdy ktoś o niego wypytywał. Nie lubił też zainteresowania swoją osobą, co mógłby spowodować jego podpis na badaniach Connie.
— Może tego nie widać, ale ze wstydu pieką mnie uszy — szepnął z nonszalancją, lekko nachylając się w jej kierunku. Wciąż trzymał pergamin, który ledwie wytrzymywał napięcie i jeśli zamierzała się cofnąć i go pociągnąć, musiała się liczyć z tym, że go przerwie, a jej praca pójdzie na marne. No bo Ramsey? Granice? te dwa słowa użyte w jednym zdaniu wydawały się abstrakcją.— Nieustannie— powiedział równie cicho, choć szybko cofnął się w swojej postawie i przywrócił głos do normalnego, oficjalnego tonu. — Ślizgoncie nie wytyka się tez błędów i nie sugeruje, że dystans nie ma znaczenia. Ślizgoncie nie mówi się, że jest gorsza, albo czegoś nie potrafi. Ślizgoncie szlachciance nie mówi się, że mało znaczy i nie ma na nic wpływu. A wobec szlachcianki nie przełamuje się barier. Popełniłem dziś tak wiele błędów, że gdybyś zechciała mnie osądzić i wydać wyrok otrzymałbym dożywocie i nigdy nie ujrzał już światła dziennego. A mimo to wykazujesz się cierpliwością. A może znasz znaczenie słowa "litość". Litujesz się nade mną nie odpowiadając na nieudaną prowokację, czy udajesz, że cię to nie interesuje z powodu urażonej dumy? Uraziłem twoją dumę? — zalał ją salwą pytań, na które i tak cześciowo sobie odpowiadał. W tej rozmowie nie chodziło jednak o odpowiedzi. Całe to ich spotkanie wydawało się chorą grą, w której oboje przeciągali liny i walczyli o własne zdanie. — Łatwiej przyszłoby Ci przyjąć moje propozycje, gdybym pokazał się z najlepszej strony? Uległabyś pochlebstwom, skoro nie ulegasz prowokacji?
Puścił pergamin. Oddał jej raport, choć nawet nie patrzył na to, czy dokument był w całości, co było raczej wątpliwe.
— Lista moich wad jest szalenie długa, lady Lestrange. Znudziłoby cię ich zapisywanie. Ale mam jedną zaletę, która nas łączy — ambicję. W rachunku kiepsko to wygląda, ale... nic nas nie łączy, cóż więcej mogłoby Cię interesować?
Nie czekał na jej odpowiedź. Niech sobie ściska ten świstek materiału, który posłużył jej do badań. On na dzisiaj skończył wymianę zdań o wszystkim i niczym jednocześnie. Minął ją i ruszył w kierunku manekina, z którego zdjął swoją marynarkę. Założył ją bezszelestnie, zakrywając też różdżkę, która wystawała mu zza paska. Liczył na to, że będzie mógł wrócić do swoich zajęć. Nie, dziś nie wróci już do biura.
— Jeśli jesteś zainteresowana którąkolwiek z propozycji... Wiesz co zrobić, Lady Lestrange. Szkoda czasu, abym się rozwodził bez sensu.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   05.06.16 18:12

Każde z nich miało swoją maskę. Dobraną do sytuacji, okoliczności, które w żadnym wypadku nie można było nazwać łagodzącymi. Sztuka manipulacji ociekała kłamstwem. Chociaż Constance wiele razy oskarżała go o oszustwo, on nigdy jej na tym nie przyłapał. Czuła się wyższa i przez swój tytuł naukowy, i przez osiągnięcia. Tylko nieliczni znali prawdziwego Ramseya czy Constance. Miała wrażenie, że Blythe nigdy nie zdejmuje swojej maski. W domu nigdy nie czuje się swojsko. Zawsze jest czujny, spostrzegawczy, uważny. Mówi się, że aby poznać prawdziwą stronę kobiety, trzeba zmyć jej makijaż i zobaczyć, jak płacze. Nie zgadza się z tym. Dużo ludzi nie widziało się w ich oczach ani mimice twarzy. Emocjami można było kierować, lecz nie podczas snu. Właśnie wtedy niewinna część człowieka szczypała wszystkie mięśnie, wzywając do odpoczynku. Poranne rytuały były o wiele intymniejsze niż zadawanie pytań. Lubiła patrzeć jak ktoś śpi. Zastanawiała się, o czym marzy i czy może ona gra tam główną rolę. Nie łudziła się nawet, że pozna takiego Ramseya. Ich przyszłość nigdy nie będzie świetlana. Nawet jeśli będzie jakaś wspólna, to przyćmiona kłamstwami, gierkami, a przede wszystkim słówkami manipulacji.
Po raz kolejny czuła się obserwowana, ale przestało jej to przeszkadzać. Dopuszczała się okropnych gierek. Nienaganna fryzura nagle straciła swój fason i niesforne kosmyki zasłaniały część twarzy. W normalnych okolicznościach od razu by je poprawiła, a teraz kusiła Ramseya. Zmuszała go, aby skupiał się na detalach. Nie wiedziała dlaczego, chciała zawładnąć jego umysłem. Może była na tyle egocentryczna, że zawsze chciała być w centrum uwagi? Dlaczego nie wypowiedział jej imienia? Pragnęła je usłyszeć, aby przekonać się, czy naprawdę powtarzał je sobie w myślach.
Constance,
Constance
.
Zmieniła się jego postawa. Nie wiedziała, czy to wynik nieudanej prowokacji czy to gierka z jego strony. Mężczyzna zmieniał twarze z każdą sekundą, wodząc Constance za nos. Słuchała go uważnie, lecz nie potrafiła utrzymać kontaktu wzrokowego. Peszył ją. Chowała dumę na ułamki sekund do kieszeni, a potem znów szukała jego szarych tęczówek. Trawiła każdą informacje, zapamiętując ją w odmętach pamięci. Czy tym razem mówił prawdę? Odległość działała na jej niekorzyść. Ciągle musiała unosić głowę, aby mieć sposobność szukania wskazówek w mimice Ramseya. Uderzyła w niego fala ciszy. Maska obojętności szybko zagościła na twarzy. Nie wiedział, czy Constance się uśmiecha, czy za chwilę wybuchnie, zamieniając się harpie. Sprawdzał jej granice, próbował prowokować, wzywać do działania, a ona wciąż szukała tu kłamstw. Nie ufała mu, a on wcale nie starał się zdobyć to zaufanie. Co i raz zaskakiwał wadami swojego charakteru do tego stopnia, że Constance zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno relacja z Ramsey’em to dobry pomysł. Jeśli już tak na nią działał, to co będzie za jakiś czas? Jeśli Caesar rzekomo uważał, że to nie jest dobry znajomy… Westchnęła, wciąż trzymając za pergamin. Iskry aż świstały w powietrzu, a obiektywny obserwator mógłby tylko pomyśleć, że zaraz obydwoje chwycą za różdżki.
- Należę do grupy badawczej Ministerstwa Magii. Jeśli zależy ci na moich konsultacjach, powinieneś porozmawiać o tym z moim szefem. – Powinien nauczyć się od Constance konkretów. Naukowcy nie lubili tracić czasu na bzdety. On tylko kusił, szukał sposobu, aby zamknąć pannę Lestrange w pułapce, a ona wciąż cofała się o krok i zwodziła na manowce. Gdyby ktoś obserwowałby ich z boku, mógłby nawet uznać, że właśnie tkwią w małżeńskiej kłótni o absolutne głupoty, lecz żadne z nich nie może spuścić z tonu. Upartość wiodła prym.
I wtedy uderzył w czuły punkt. Dekrety pani Minister. Nieodpowiedzialna osoba, która z niewyobrażalną łatwością zakazywała absurdalnych rzeczy. Doprawdy, czy według dekretów cała rodzina Lestrange’ów, lub jej znaczna część, mogła się spotykać przy stole? Bała się, że pewnego dnia badacze stracą pracę, a co więcej nauka stanie się zakazaną częścią życia. Powstaną piwnice z bibliotekami oraz manekinami. Naturalnie, że się bała. Rządy pani Minister były jednym wielkim znakiem zapytania. Zdobył jej zainteresowanie i mógł to zauważyć. Jednak wciąż nie potrafiła mu zaufać. Znów cisza, znów trawiła informacje, szukała w Ramseyu oznak słabości, czegoś, co udowodni jej, że to nie jest forma wykorzystania jej umiejętności czy nazwiska.
- Idee, zasady to nie wszystko, a co jest więc ważne? – spytała cicho, czując jak zaschło jej w gardle. A co będzie jutro? Co będzie jeśli badacze otrzymają odgórny zakaz rozwoju? Być może Ramsey dopiero startował jako badacz, ale Constance już doskonale wiedziała, że papierologia jest nieodłącznym elementem nauki. Raporty, wnioski, zgody na przeprowadzenie badania. To nie było takie proste. Gdy się nachylił, poczuła panikę w całym swoim ciele. Na Merlina, co on robił? Chciał ją pocałować, sprowokować? Zachowywała się jak posąg. Nie cofnęła się o krok, nie pokazała swoich emocji, lecz w środku cała drżała.
- Nie masz sumienia – szepnęła, mimowolnie nawilżając wargi końcówką języka. Puść ten przeklęty pergamin, chciałoby się rzec, a ona wciąż tam stała. Dłoń ciągle zaciskała się na kartce, czekała, a cierpliwość udała się na wakacje. Znów go słuchała, a z każdym kolejnym słowem miała ochotę wymierzyć mu siarczysty policzek. Skoro znał zasady, to dlaczego ich się nie trzymał? Pokręciła głową z niedowierzania.
- Nie zasługujesz na moją litość, Ramsey’u, ale wymagam od ciebie szacunku, czy to za wiele? – spytała spokojnie, chowając swoje nerwy i gniew. Gdy puścił pergamin, z gracją odłożyła go na biurko, lecz nie odwróciła się do niego tyłem. Nie powinna. Nie wiedziała teraz, czy Ramsey jest wrogiem czy stara się być przyjacielem. Szybko pokręciła głową.
- Nie lubię fałszu. Nie grasz w otwarte karty, ciągle coś ukrywasz – zacmokała. Spojrzała na nieszczęsny pergamin, który powinien poleżeć kilka dni pod księgami, żeby się wyprostować. Ona zostawiła mu ślad po szmince, on pognieciony raport. Nie wiedziała, czy to powinno się równać. Obserwowała jak odchodzi do manekina. Od razu ruszyła za nim. Echo stukotu obcasów roznosiło się po sali. Gdy przystanęła, podstawka pod nogi pojawiła się tuż obok, aby mogła wyrównać ich różnice wzrostu. Znów odległość dzieląca ich była niewielka. Wspięła się na stopień, a następnie zajęła się poprawianiem jego krawatu. Na początku go poluzowała, aby stwierdzić, że jest okropnie niezadowolona  samego splotu i szybko rozplątała całość. Materiał przerzuciła przez szyję Ramseya, rozpoczynając taniec tkaniny z palcami pianistki.
- Tylko ambicja? – spytała cicho, przerywając na chwilę czynność. Zadowolona ze swojego dzieła spojrzała krytycznie na kamizelkę, która miała dokładnie dwa rozpięte guziki. Szybko to naprawiła. Potrafiła wyliczyć wiele ich wspólnych cech, lecz nie miała zamiaru się tym dzielić z Ramseyem.
- Jestem zainteresowana – dodała, a gdy przestała poprawiać jego strój, aby wyglądał w końcu nienagannie, lekko się uśmiechnęła. – A jednak znasz zasady – skomentowała, słysząc, w końcu, lady Lestrange. Cofnęła swoje dłonie, dając mu tym samym znać, że jak chce wyjść, to droga wolna. Wszak uznał ich spotkanie za bez sensu.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   08.06.16 14:43

Była o wiele mniej prawdziwa od niego. Subtelny uśmiech mógł przykryć eleganckie kłamstwo, wyrachowaną manipulację. Obojętność zaś tłamsiła strach i niepewność, nie pozwalając jej ujrzeć światła dziennego, tak jakby chwila nieuwagi mogła zburzyć cały jej wizerunek. Liczył się dla niej, tak jak liczył się szacunek, jakim winien ją obdarzać. A Ramsey? Nie lubił monotonii, a rutynowa gra w umyślnie pomijanie tytułu szybko zaczęła go nudzić. Jej ciągłe zwracanie mu uwagi brzmiało jak stała reprymenda, której nie mógł już słuchać. Mógł szanować jej ród za osiągnięcia, za władzę, status wyrabiany latami. Mógł szanować jej umiejętności, zdolności, tendencyjność myślenia. Mógł szanować jej badania i sukcesy, lecz czy mógł szanować ją w ten wąski i intymny sposób? Nie. Nie znał jej tak naprawdę i z pewnością nigdy nie pozna.
Lubił się przyglądać ludziom i nigdy nie uznawał tego za stratę czasu. To wiele o nich mówiło, podobnie jak nagłe, niespodziewane działania. Dlatego lubił też prowokować w dowolny sposób. Dzięki temu miał szansę obserwować zagrywki, zmagania, wzajemne odbijacie piłeczki, a czasem miał okazję dojrzeć uciążliwe reakcje i emocje, które miały zostać powstrzymane. To było więc powodem, dla którego nie odmówił sobie analizowania Constance. Nie doszukiwał się naiwnie w jej drobnych, cieplejszych gestach prawdy i sympatii wobec siebie, skoro robił wszystko aby każdego do siebie zniechęcić. Dostrzegał za to w każdym jej drobnym ruchu podstępu i pułapki, w którą mogłaby go wciągnąć. Pozostawał więc ostrożny. Starał się! pozostać czujny w obliczu jej kobiecych wdzięków, walorów jej umysłu i uroku jakim go zarażała.
Była taka drobna, taka mała, że w każdej chwili mógłby zrobić jej krzywdę, a ona nie zdążyłaby nawet krzyknąć, nie mówiąc już o obronie. Lecz po co miał to robić? Bezsensowna przemoc nigdy nie tkwiła w kręgu jego zainteresowań. Nie osiągała żadnego celu, nie dawała satysfakcji, nie przynosiła żadnych korzyści, a próba zniechęcenia do siebie nie równała się ze strachem. Jak mieliby współpracować i tkwić w czymś wspólnie, jeśli nie mogłaby przebywać w jego towarzystwie ani chwili. Współpraca! A to przecież prawdziwa nowość u Mulcibera. Czy intencja była szczera, czy może jak zwykle coś kryło się za nią, czego nie chciał za żadne skarby jej zdradzić?
Był poważny od dłuższej chwili.
I to był ten moment.
Jeden moment.
Uśmiechnął się od razu, gdy się odezwała, a kąciki jego ust stopniowo szybowały w głąb jego twarzy, poszerzając jego uśmiech aż w końcu ukazał też zęby. Nie trzeba było długo czekać na jego głośny śmiech — obliczu jej słów i sytuacji kpiący, choć zmrużone oczy wyglądały na szczerze rozbawione.
— Konsultacje?— wydukał po chwili, gdy opanował nadchodzącą z jego gardła salwę, jakby zaraz miał się rozpłakać. Westchnął z politowaniem i rozejrzał się po sali, ale przecież nie było poza nimi nikogo i żaden widz nie mógł klaskać. — Ale oczywiście, porozmawiam z Twoim szefem, lady Lestrange. Jestem pewien, że będzie zachwycony, propozycją i z pewnością nagrodzi Twój wkład w naukę zasłużonym awansem.
Nie mówił poważnie, lecz czego ona oczekiwała? Że poleci do szefa departamentu i jak kolega ze szkolnej ławki poprosi go, żeby Connie mogła przyjść po zajęciach do niego się trochę pobawić? Brzmiało to nad wyraz zabawnie i wcale tego nie ukrywał, lecz oczywiście — odpowiedział jej tym, co pewnie chciała usłyszeć.
— Co jest ważne? Czy to pytanie natury filozoficznej, milady?— zerknął na nią kątem oka nieco bardziej poważniejąc. — Czy rodzina się dla Ciebie liczy? Maniery, zasady? Tradycje, rodowe zwyczaje? Nauka i niezależność, które stoją w opozycji do nich? — rzucił leniwie, powoli zakładając marynarkę. Poprawił różdżkę, która wetknęła mu się głębiej, uwierając jego pośladek, gdy materiał się o nią zahaczył. — Dla mnie ważny za to jest rozwój o osiągnięte cele, zaliczane do sukcesów. Widocznie dla każdego ważne jest coś innego. — Wzruszył ramionami, wygładzając mankiety i odwrócił się do niej przodem. Do czego ona właściwie zmierzała? Chciała go poznać i w ten sposób sprawdzić czy kłamie i do czego mógłby być zdolny? Niezwykle naiwne, lecz nie zamierzał zduszać tego w zarodku. Po cóż ucinać sznurek przy kłębku, niech się rozwinie, niech zapętli, aby uporządkowanie zajęło więcej czasu.
— Constance... Sumienie to cenna rycina w posiadaniu bogaczy— wyszeptał, spoglądając jej w oczy, jednocześnie unikając potwierdzenia jej słów w umyślny choć wysublimowany sposób. Być może był posiadaczem zjawiska zwanym sumieniem, lecz jak mogło działać kierowane wartościami, które wyznawał? Cokolwiek nie robił, robił to zgodnie z samym sobą, nie żałując, nie ubolewając nad błędami. Uczył się na nich, więc nie były pozbawione sensu, a jego wnętrze krwawiło pogardą dla świata coraz silniej. — Szacunku? A czy ty grasz w otwarte karty, Lady Lestrange? Czy ty jesteś prawdziwa, czy jesteś jedynie prawdziwą wersją własnych marzeń i pragnień? Nie oczekuj ode mnie wielkiego otwarcia jeśli sama ze mną pogrywasz.
Wolał pozostać poważny, choć nonszalancja w głosie przyprawiła mu ton obojętnego nastolatka, który wzrusza ramionami w geście bezradności oponenta. Musieliby wdać się w spór, aby wyjaśnić to wszystko, co ich różniło, a on wolał skupić się na tej jednej zależności, dzięki której mieli szansę dojść do porozumienia. Obserwował ją więc spod przymrużonych powiek, opadających ciężko z powodu zmęczenia. To dawało mu się we znaki coraz częściej, a koszmary i nieprzespane noce skutkowały cieniami dodającymi mu powagi, wieku i mało dostojnego wyrazu, choć przecież gdyby rozumiał sens odpoczynku błyszczałby jak rodowy szlachcic, który ma niewiele do roboty.
Podeszła do niego, a on cierpliwie liczył w myślach jej kroki. Przemierzała salę z gracją, zmniejszając między nimi odległość, aż w końcu odważnie zrównała się z nim głową, nawet jeśli miała do tego wykorzystać podnóżek. Jej delikatne dłonie spoczęły na nim, a on spiorunował ją wzrokiem.
Nie był zadowolony z tego co robiła. Nie podobało mu się, że rozplątała jego krawat i to w jaki sposób go wiązała od nowa. Być może nie było w tym nic dziwnego — dla niego to osobiste. To była jedna z tych czynności, które wykonywał sam, codziennie, po tym jak wstawał rano po ledwie przespanej nocy, lub kiedy wychodził wieczorem. Nikt mu nie towarzyszył w tym, nikt nie patrzył jak się ubiera. Było w tym coś, co nie powinno być przeznaczone dla niej. Może powinno to zaliczać się do zadań przyszłej żony? Jakiś obowiązek, byle nie troska o niego, o to aby wyglądał dobrze. W tym przypadku liczyły się powody, nie skutki. Zacisnął więc szczękę, która uwydatniła mięśnie, nadając mu bardziej męskiego, poważnego wyrazu. Czy powinien jej przerwać? Powinien odtrącić jej dłonie w bezczelny, wręcz chamski sposób, odrzucając pomoc? Pomoc. Nie akceptował w swoim świecie tego słowa. Nie znał go, bo nikt go nie nauczył; zawsze radził sobie sam. A teraz ona robiła coś czego nie powinna i jedynym sposobem, aby jej przerwać było pochwycenie jej za nadgarstki. Odsunęła dłonie sama, wtedy zamknął palce na jej przegubach. Zbliżył się na tyle, że przywierała rękami do jego klatki, której chwilę wcześniej dotykała w tak skrupulatnej czynności.
— Nie rób tego więcej, okej?— Nawet niemalże poprosił. Tak mówił ton jego głosu: miły, ciepły i niemalże błagalny, lecz jego oczy i sposób w jaki artykułował głoski nie pozostawiał złudzeń co do wymogu. Rozkazu. Dzieliły ich centymetry, a on patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem. Czy gdyby nie był odrobinę cieplejszy i bardziej czuły, czy gdyby nie był bardziej prawdziwy i rzetelny nie byłby w tej chwili tak bliski pocałunku? Czy nie miałby na to ochoty, patrząc w jej jasne oczy mieniące się lazurem? Czy nie pragnąłby skosztować jej warg? Być może. To wszystko jednak wciąż zaprzeczało bycie sobą. Sobą, o ile nim był. Puścił ją więc nerwowo łapiąc powietrza. To był kiepski sposób na to by z nim pogrywać, bawić się w jakieś gierki.
— Lady Lestrange — zaakcentował oficjalnym tonem, już głośno i obojętnie. — W takim razie niezwłocznie prześlę Ci całą dokumentację, abyś mogła rzucić na to swoim badawczym okiem. Mam nadzieję, że znajdziesz w tym projekcie miejsce dla siebie, tak jak ja liczę na to, że podzielisz się swoją niezwykłą wiedzą.— Umyślnie nie wspomniał już o rycerzach. Poprawił swoją marynarkę i odsunął się od niej na bezpieczną odległość. Nagle była niebezpieczna, groźna. Jakimś cudem chciał złapać dystans, który pomógłby mu chłodno ocenić sytuację. — A widzisz więcej zbieżności, milady?— spytał, udając wcale niezaciekawionego.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   12.06.16 10:48

Kobiet już od małego uczy się kłamstwa, a w dodatku służenia mężczyznom. Wszystko miało odbyć się w zgodzie z wyznawanymi wartościami. Kobieta musiała nauczyć się udawać, aby zadowolić swojego pana. Na początku to tata miał pękać z dumy. Wyhodował sobie najlepszą partię, która wkrótce będzie rządzić szlacheckim światem. Bo w tych czasach wystarczyło tylko posiąść serce mężczyzny i nauczyć go lojalności. Na więcej kobieta nie mogła liczyć. Później panem stawał się mąż. On wiecznie wymagał. Transakcja wiązana, tak Constance nazywała małżeństwo, nie wymagała czułości. A ona potrzebowała jej jak małe dziecko. Chociaż ociekała wyrachowanym chłodem, sama bliskość z drugim człowiekiem była dla niej ważna. Nie unikała dotyku, a bała się, że gdy pozna swojego narzeczonego, będzie waliła głową w mur i cały świat się zawali. Dlaczego nie mogła rzucić po prostu Immobulus? Miałaby przystanek życia. Stałaby się wielką badaczką, a gdy zaklęcie przestałoby działać, zobaczyłaby rodowy pierścień na palcu i całe formalności oraz proces poznawania drugiej osoby byłby już za nią? Dlaczego nie mogła przeskakiwać niewygodnych etapów życiowych i mieć podane wszystko na tacy? Ramsey nie wiedział jeszcze jednego. Constance już od małego chciała zostać syreną. Próbowała wyhodować własny ogon, nawet za pomocą zaklęć, ale że nie przynosiło to żadnego skutku, musiała nauczyć się udawać syrenę. One wodziły innych śpiewem, a Constance wykorzystywała też magię słowa.
'Cause it's witchcraft
Wpadał w słodkie sidła manipulacji. Wiedziała, że jest drobiazgowy. Obserwował  chociaż najmniejsze drżenie wargi i wyciągał z tego wnioski. Dobre, złe? A któż to wie! Poddawała mu na tacy część emocji, a prawdziwy wulkan buzował w środku. Nie wiedziała, czy powinna mu ufać i tak ślepo przytakiwać na jego pułapki. Ambicja, potęga, nauka, czyż nie zrobiłaby dla tego wszystko? Poznał jej słabości, więc musiała się teraz wycofać. Zbyt szybko ją rozszyfrował. Może dlatego postanowiła zaczarować go swoim głosem jak syrena?
Bała się, że zostanie zmiażdżona. Gdyby tylko chwycił ją w talii, mógłby złamać dolne żebra i nie zdążyłaby nawet zawołać o pomoc. Był zbyt blisko, a jednak ta odległość była niezbędna dla większego planu. Czuła przez chwile obrzydzenie do siebie, że w ogóle się na to zdecydowała. Stał przed nią obcy mężczyzna, ubrany w kłamstwa i manipulacje. A Constance mimo wszystko go dotknęła. Dała mu kroplę zaufania. Głównie dlatego, że wiedziała, że Caesar zemściłby się, gdyby tylko stała się jej krzywda. Ramsey nie musiał wiedzieć, ile śladów by po sobie zostawił. Jak bardzo paliła go chusteczka z odciskiem ust? Kiedy między nich wciśnie się szczerość? Chrząknęła, wyraźnie urażona jego śmiechem. Strofowała go spojrzeniem, ale niestety nie był wrażliwy na delikatne aluzje. Czy teraz mogła mu w końcu wymierzyć siarczysty policzek?
- Umowa wyłączności, ja nie łamię zasad, a Ty nie masz nic wspólnego z moją posadą. – warknęła ostro, dając mu do zrozumienia, że tym razem przesadził. Nie był nikim wyjątkowym, aby po nocach siedziała nad kolejnymi badaniami. Constance nie potrafiła działać na kilka frontów, a w nauce trzeba być oddanym. Co on sobie wyobrażał? Szlachcianka miałaby przyjść w nocy do jego piwnicy i zagłębiać naukę teorii czasu oraz luster? Niech się cieszy, że Ramsey nie musi uzgadniać nic z jej mężem.
- Nauka jest dopełnieniem, a nie opozycją, Ramsey. – dodała surowo. Ona potrafiła pogodzić rodzinę z zasadami i badaniami, a on? Kim właściwie był? Co robił? Constance przed sobą miała serię niewiadomych, których nie potrafiła podstawić. Prosił ją o zbyt wiele. Może była służbistką i chciała wszystko robić zgodnie z zasadami, ale nie mógł oczekiwać od niej zmiany życia oraz poglądów.
- Sukces to złoty środek, spór poglądów na nic się nam nie zda. – powiedziała głośno, obserwując jak Ramsey zakłada marynarkę. Wydawało się jej to takie intymne. Nigdy wcześniej nie widziała mężczyzny w takiej sytuacji. Nie mówiła o ojcu czy Caesarze. Chociaż nawet i tego nie potrafiła sobie przypomnieć. Dlaczego proces rozbierania sam w sobie był tak fascynujący? Mówi się, że różdżka czarodzieja powie o nim najważniejsze rzeczy. Gdy Ramsey ją poprawił, momentalnie chciała podejść i po nią sięgnąć. Niespecjalnie wiedziałaby od razu, co stanowi jej rdzeń i  jakiego drzewa została zrobiona, ale może jakby zapamiętała szczegóły i odwiedziła sklep Ollivanderów…
- Chyba, że pewnego dnia zaczniemy się pojedynkować. – dodała cicho zrezygnowana. Dlaczego zawsze musieli się przekrzykiwać? Momentalnie zrobiło jej się smutno i przykro. Miała go już dosyć. Przekroczył wszystkie możliwe granice, a ona, cóż mogła mu zrobić? Byli sami, zamknięci w sali treningowej, gdzie wejdzie ktoś dopiero, jak wybije koniec zarezerwowanego czasu.
- Bogactwo jest rzeczą względną, a ty nie wyglądasz na osobę, która nie zna smaku pieniądza – wyszeptała. Wszak właśnie teraz poprawiała jego krawat, dotykała tkanin i potrafiła rozpoznać te wysokiej jakości.
- Po co mam udawać Ramsey’u? Ty wiesz o mnie wszystko, spytasz Caesara i powie Ci prawdę. Od kłamstw kobieta traci na urodzie – dodała, czując jak napina się jej gardło i cała staje się sztywna. Powinna się wycofać. Już dawno temu. Gdy tylko Ramsey zdecyduje się porozmawiać z jej kuzynem o tej sytuacji, czuła, że czeka ją sroga kara. W co Ty się pakujesz, Constance?  - A ja o tobie wiem niewiele, nie znam twojego nazwiska, ale już wiem, że pod koszulą chowasz ważny dla siebie naszyjnik. – Właśnie przed chwilą jej ręka zahaczyła o coś, kryjącego się pod materiałem koszuli. Czy właśnie teraz czuł się bardziej urażony? Czy weszła na nieswój teren? W bolesny sposób pokazała mu, jak się czuła. Wszedł do jej życia z brudnymi  butami, zarządzał największej czujności, wplątał ją w swoje sidła, zostawiając serię pytań bez odpowiedzi. A Ramsey miał wszystko na tacy. I gdy dłonie walczyły z krawatem, nastała niezręczna cisza. Constance skupiona na tym, co wyglądało na tyle nagannie, że musiała to poprawić, nie przejmowała się jego napinającymi się mięśniami. Nie zauważała ostrzegawczych znaków. I już miała zawiązać mocniejszą pętlę, podciągając węzeł aż pod jego gardło, gdy złapał za nadgarstki. Wstrzymała oddech, zacisnęła mocniej wargi i wpatrywała się w szare tęczówki mężczyzny. Nie powinien ją dotykać. Zbyt bliska odległość obudziła w niej panikę.
Co ty wyprawiasz?
Nie potrafiła nic powiedzieć. Czuła jak staje tylko na palcach, jak zaraz spadnie z podnóżka prosto w jego ramiona i nawet szarpanie się na nic nie zda. Mimo wszystko spróbowała, a w odpowiedzi otrzymała tylko mocniejszy uścisk oraz zablokowanie nadgarstków na klatce piersiowej.
Wyglądałeś jak niedorajda, musiałam
- Tak właśnie się czuje jak łamiesz zasady – wyszeptała, a miejsca w których dotykał ją Ramsey paliły. Ciężki oddech błagał o litość, lecz oczy wciąż pozostały niewzruszone. Czy powinna błagać go o puszczenie? Przekroczył granice. Ona tylko poprawiała ubiór, on trzymał drobne ciało kurczowo, aby nie miała szansy uciec. I nagle uścisk zelżał. Automatycznie złapała się za swoje nadgarstki, schodząc z podnóżka. Patrzyła na niego oskarżająco, cofając się jeszcze kilka kroków. Nie wiedziała, dlaczego ta chwila była tak elektryzująca. Czy łamanie zasad było ekscytujące czy sam fakt, że była tak blisko z mężczyzną? Paliła ją skórka, piekły wargi. Wpatrywała się w niego zupełnie z a s k o c z o n a obrotem spraw. I jak tak szybko przeszedł znów do badań? Przytaknęła głową, zagryzając dolną wargę. Powstrzymywała się przed wszczęciem awantury. Myśli wirowały wokół plusów i minusów. Różdżka była daleko. Czy miała szansę z Ramsey’em? Dlaczego nagle chciała rzucić na niego urok i wpaść w ramiona, których jeszcze przed chwilą dotykała? Zaczęła się bać siebie. Czego była tak naprawdę zdolna? Musiała zostać sama. Jeszcze minuta, a znalazłaby się znowu przy nim, sprawdzając smak kolejnej złamanej zasady.
- Czekam. – Ale nie otworzy koperty zanim nie dostanie pisemnej zgody swojego koordynatora. Przynajmniej to sobie wmawiała, stojąc jeszcze przed Ramseyem. Nie chwyciła różdżki. Zawieszona między rozsądkiem a tym na co miała ochotę wpatrywała się w jego sylwetkę. Widziała zbyt wiele zbieżności. Mężczyzna w kawiarni miał się okazać nudnym człowiekiem. A poznała kogoś tak fascynującego! A w dodatku, chciała się dowiedzieć więcej o rycerzach. Czy to była jedyna organizacja? Znów nie potrafiła wypowiedzieć chociażby jednego słowa. Wpatrywała się w jego sylwetkę, szukając kolejnych skaz, które mogłyby go od niej odtrącić. Najmniejszego szczegółu, pozwalającego wyrazić głośny sprzeciw. A w głowie miała tylko ten wisiorek i przypuszczenia, co na nim jest.
- Czas na ciebie, Ramsey’u – powiedziała surowo, nie odpowiadając mu na pytanie o zbieżnościach. Widział sam, że łączyło, i dzieliło, ich zbyt wiele. Dłuższe przebywanie ze sobą doprowadziłoby do katastrofy. Czy miała rację?




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   28.06.16 23:32

Constance też wodziła innych na pokuszenie. Nie miała ogona. Nie musiała mieć. Z każdego jej gestu płynęła gracja i wdzięk, a jej aksamitny głos wskazywał, że być może potrafiła pięknie śpiewać. Umiała więc czarować tym co sobą reprezentowała, kiedy jej czerwone usta układały się w sylaby, a jej zalotnie podkręcone rzęsy nie zacieniały błyszczących oczu, które wpatrywały się bezustannie w sposób bystry i przenikliwy. Wraz z słodkim zapachem roztaczała wokół siebie aurę kobiety ze snów, a więc niczym nie różniła się od syren. Była damą, która mogła skradać serca, lecz tylko głupiec uznałby to za jej cel. To był jedynie środek, który próbowała ukryć pod maską kobiecych sztuczek. Były dobre, oj tak. Nie mógłby jej tego odmówić, kiedy na nią patrzył, a ona łamała w pewien sposób wytyczone granice, wmawiając sobie samej, że wciąż tkwi w obszarze przyzwoitości i ratują ją motywy własnych działań. Nie jego, oczywiście. Dla niego jej bliskość nie była niezwykła. Niezwykłe było doszukiwanie się w tym prawdy, gdzieś ukrytej pomiędzy wykorzystywaniem atutów aby omamić przeciwnika, a poczuciem czegoś w końcu tak naprawdę. Ze spokojem i zainteresowaniem przyglądał się jej twarzy, chcąc dojść do takich właśnie wniosków, bo przecież on sam, choć fizycznie nie obawiał się niczego, tak mentalnie nie pozwoliłby jej się przedostać za mur, a nawet do niego zbliżyć. Niech myśli, że jest inaczej, niech sądzi, że łamie lody. A on znajdzie lek na chorobę, którą mogłaby go zatruć i pozwoli sobie na poznanie, nie odczuwanie.
Czucie.
Nie ufał temu, co widział, choć brnął w to jakby było inaczej. Z ciekawości, może chęci poznania przyjemności z jej strony. Bo czym mogłaby go uraczyć? Przyjemnie łechtającym głosem i wiedzą, w której widział klucz do własnego sukcesu.
Jutro dopiero niech będę przeklęty!
Niech gwóźdź jej dłonią z piersi mi wyjęty
Padnie znów ostrzem i piersi przebije.
Niech jędza nudy, która we mnie żyje
Mózg mój wydrąży na otchłań piekielną
Jak śmierć wystygłą, jak czas nieśmiertelną...

Przymknął oczy na moment. Nie było w tym obrzydzenia, zdegustowania. Nie było braku szacunku ani zniechęcenia. Z zamkniętymi oczami widział ja tak dobrze, gdy realizowała swój plan i pchnęła życie w diabelską machinę. W głowie odliczał sekundy, a kiedy już złapał ją, wściekły i zdekoncentrowany spojrzał jej w oczy raz jeszcze. Na znak siły, którą górował, na znak miłosierdzia i dobrej woli, że nie uczynił jej krzywdy. Lecz to było tak złudne, bo jej fizyczność i namacalne jestestwo już nakreśliło najlepsze lata jej życia. Czy zepsułby ją bólem i krzywdą? Czy odczułaby choćby odrobinę lęku przed tym, co zrobi? I czy znalazłby satysfakcję w swoim działaniu? Zastanawiał się. Nie myślał o ludziach, których znała i ludziach których powinien nazwać w miarę bliskimi. Frapowały go inne myśli, słabo odbijające się w jego nieruchomych oczach. Nie mrugał jak gdyby zahipnotyzowała go swoimi słowami, a on chciał ją zanalizować. Rozłożyć na czynniki pierwsze. Oddzielić palce od dłoni, komórki od tkanek, drogocenne myśli od zlepka bezsensownych wspomnień.
— Zasady są dla Ciebie wszystkim, lady Lestrange? A czy wybitne umysły nie powinny wychodzić poza wszelakie granice, nie respektując barier, które ograniczają naukę? Czyż nauka nie jest po to by udowadniać, że poza nimi jest... coś więcej? Czy nie to najbardziej pociąga badaczy?— spytał nieco nieobecnym tonem, a wzrok uciekł mu gdzieś ponad jej ramię, jakby sam się nad tym zastanawiał zbyt głęboko. Ale mówił szczerze bo tak właśnie myślał.
Mrugnął. I zwrócił oczu ku niej, nim odpowiedział jej ponownie:— Wiedza jest wszystkim, nauka jedynie dziedziną jej pozyskiwania. Jak więc może być ledwie dopełnieniem i nie opozycją? Nauka składa się z antagonizmów. Najpierw tworzy się teorie, by je później obalać. Nie bądź taka krótkowzroczna, Constance — mruknął wręcz upartym i nieznoszącym sprzeciwu tonem, aby zaraz uświadomić sobie, że wcale nie jest niecierpliwy.Wyraz twarzy mu złagodniał, gdy trzymając ją blisko siebie, wręcz na własnej piersi, w której cicho biło serce i szalał głośny oddech poczuć gorąc jej ciała. — Oboje wiemy, że myślisz podobnie, lecz rodzinne tradycje i wierzenia zabraniają ci powiedzieć tego głośno. A ty cenisz sobie i rodzinę i tradycje, więc starasz się godzić naukę z... wiarą. Wiarą w wartości i więzi, które jest o wiele trudniej udowodnić niż przedmioty naukowych badań. A ja to rozumiem. Dlatego na tym zaprzestaniemy. N i e j e s t e ś moją teorią, którą pragnę udowodnić.
Choć mogłabyś być.
Uśmiechnął się szarmancko, nie pozostawiając na ustach smaku kpiny i złośliwości. Wciąż tkwił blisko niej. O wiele za blisko i nic sobie z tego nie robił. Puścił ją. Uniósł dłoń, aby zaczesać jej niesforny kosmyk za ucho, ale zastygł chwilę w bezruchu, otwarcie okazując swoje zamiary. Zrobił to, co planował, nie dotykając jej skóry. Dopełnił jedynie jej perfekcyjny wizerunek nienaganną fryzurą, która jeszcze chwilę wcześniej pochłaniała go bez reszty, bo zbyt silnie odstawała od całości. Wyłamywała się ze schematów, wyłamywała się z okowów własnej bezsilności jak sama Constance. Teraz przywrócił ład i porządek. Wciąż przy niej.
— Po co mam pytać twojego kuzyna o cokolwiek? O wiele bardziej wolałbym Cię poznawać jak zjawisko na własną rękę. To bardziej fascynujące. I bardziej pouczające, lady Lestrange — szepnął. Jeszcze chwilę temu czuł jak żyły na jej przegubach pulsowały i gorąc jej szlachetnej krwi. Teraz czuł jej przyspieszony oddech wokół siebie i tę nerwowość w powietrzu, która drgała w lekkiej wibracji. — Zbyt błache byłoby powiedzenie, że one od tego są. Zasady. Wolałabyś je tworzyć? To dlatego, że lubisz się chować? Czujesz się wtedy bezpieczniej? Jak księżniczka w wieży, z dala od prawdziwego świata. Takiego, w którym zasad nie ma. Ale to czyniłoby cię... ślepą. I głupią.
I minęła chwila, a już stał obok, przygładzając materiał który wcale się nie marszczył. Zagalopował się zbyt bardzo, nie powinien. Nie wobec niej, a siebie, bo przecież wcale tego nie chciał — poznawać jej głębiej niż trzeba. Po co więc pytał? Czekał na jej wybuch, na złość i agresję. Ulżyłoby mu, gdyby zamierzyła się na niego z otwartą dłonią, a on mógłby ją zatrzymać poirytowany jej głupotą. Miałby wtedy pretekst do tego, by ugodzić w jej dumę, by zaznaczyć, jak niewiele szacunku w tej jednej chwili jej pozostało w jego oczach. I nic takiego nie nastąpiło, a chwila ciągnęła się w nieskończoność. Nie, to były sekundy. Otrzeźwiony nagle poprawił koszulę i upewnił się, że wisiorek spoczywa głęboko i dotyka jego piersi. Amulet, którego nie powinna była widzieć. Zbyt ważny, bo osobisty. Skłonił się uprzejmie, nie spuszczając z niej wzroku. Uśmiechnął się nawet powoli i delikatnie, ledwie zaznaczając ruch kącików warg.
— Nie, Constance — odparł, zadzierając pewnie brodę wyżej. — Czas na Ciebie.
Odwrócił się, pozostawiając ją w tyle i ruszył w stronę drzwi.
Była już na tyle dużą dziewczynką, że powinna widzieć więcej niż inni. Była na tyle mądrą badaczką, że nie powinna odrzucać tez, które wydawały są błędne. Bo nawet w obalonych hipotezach była wartość i prawda, która niosła ze sobą wiedzę. Jej zadaniem było jej szukać, nawet jeśli wiązało się to z przekraczaniem granic i łamaniem zasad. To był jej naukowy obowiązek, o ile była prawdziwym badaczem.
Otworzył drzwi i w nich się zatrzymał. Aby na nią spojrzeć — może po raz ostatni? Nie wiedział bowiem, co uczyni, co zdecyduje i na co się odważy. Ale nie wątpił w nią ani przez chwilę, dostrzegając w jej oczach coś więcej niż na korytarzu ministerstwa, kiedy widział ją po raz pierwszy, rozmawiającą z kimś mało dla niego istotnym. Tam była tylko pewność, obojętność i stałość. W tej chwili widział nawet z tak daleka, jak koloryt jej tęczówek zmienia się niczym wzburzone morze, pokazując tak wiele i nic zarazem. Jej myśli. A może nawet jej duszę?

/zt




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   02.07.16 13:22

Ramsey’u, nie wiesz nic o kobietach. Trafiały ci się jakieś, które nie szanowały siebie i własnych wartości. Oddawały ci cnotę, bo widać, że lubisz posiadać. Jednak nie żonę, nie lubą. Widziałam w twoich oczach, jak szanujesz swoją wolność. Boisz się życia w klatce. Nie rozumiem jednak, czy obawiasz się też mnie? Nie chcę być twoja, nie chcę, abyś robił sobie jakiekolwiek nadzieję. Masz mnie podziwiać za umysł, kłaniać się do stóp i pamiętać o zasadach. Dlaczego tak nimi gardzisz, Ramsey’u? To one nas wychowały, odpowiadają za myśli, opinie. Nie powinieneś o tym zapominać. Coś było w twoim dzieciństwie. Nie wiem, dlaczego mnie oszukujesz. Chodzi o nazwisko czy o to, że jesteś patologicznym kłamcą? Jesteś moją zagadką, nie powinnam o tobie myśleć.
Constance nie grała w żadną grę. Obydwoje bali się obcych. Jak lwica walczyła o swoją rodzinę. Nie pozwalała nikogo skrzywdzić. Zwłaszcza siebie. Ramsey dziś przekroczył wszelkie możliwe granice. Bez pytania przeszedł na „Ty”. Nie szanował jej bliskości oraz przestrzeni osobistej. I oczekiwał dobrego traktowania. Kobieta zawsze czarowała, czuwała nad własnymi interesami. Była szyją, na której spoczywała głowa mężczyzny. Dlaczego Constance od samego początku założyła, że będą stanowić świetny duet? On sam był wyśmienitym aktorem. Skrywał grymasy za maską pozbawioną emocji. Nie wiedziała, co sądzi ani na czym stoi. Fizycznie nad nią górował. Wystarczyłby jeden fałszywy ruch, a mógłby ją zamknąć w swoich objęciach. Bez różdżki Constance nie potrafiłaby się obronić. Była mała, chuda, brakowało jej siły, ale wciąż miała umysł. Mimo wszystko, nie zostawiała Ramsey’owi żadnych pułapek. Mieli stworzyć razem grupę badawczą, nie mogli ryzykować kolejnymi konfliktami. Jeśli zdecydowała się do niej dołączyć, reputacja była najważniejsza.
Nie da się ukryć, że jako kobieta korzystała ze swoich autów, lecz Ramsey nie pozostawał jej dłużny. Kusił ją, a potem szybko odpychał. Zbliżał do siebie i oddalał. Atakował, a następnie głaskał po głowie. Dawał jej za dużo sprzecznych sygnałów. Constance zgubiła rytm. Czego chciał? Czy naprawdę chodziło o badania, Rycerzy, a może szukanie zemsty na Caesarze? Wszyscy wiedzieli, że Constance była jego słabością. Wystarczyłoby tylko chcieć zrobić jej krzywdę, aby rozwścieczyć Caesara. Dlaczego więc nie wykorzystywała tej znajomości?
The world was on fire and no one could save me but you
It's strange what desire will make foolish people do

Bała się zareagować na jego słowa. Już trzymał ją w swoich ramionach. Ukrywała strach, wpatrując się w jego oczy. Zapamiętywała każdy wyraz. Przeanalizuje go bez emocji. Nie zauważyła, kiedy weszli w grę bez odkrywania kart. Wtedy gdy zrobiła krok za dużo, dotykając nieszczęsnego naszyjnika? A może wtedy, kiedy odcisnęła czerwoną szminkę na serwetce? Bała się go, a różdżka była tak daleko. Użył siły, więc od razu był na przegranej pozycji. Górowała, chociaż to Ramsey trzymał ją w żelaznym uścisku. Widział jej uśmiech, widział błysk w oku i nie znaczyło to nic dobrego. Słowa wylewały się z Ramseya, a Constance jedynie słuchała. Czy nie zauważył, że to był jedyne sprawdzian? Wiotkie ciało w jego ramionach nie ukazywało słabości. To w oczach kryła się siła. Wiedziała, że nie przekroczy tej granicy, jednak nie potrafiła zdefiniować, skąd wzięła się ta pewność. Gdy puścił Constance, prędko poprawiła swoją sukienkę.
- Zdałeś egzamin, Ramsey’u – powiedziała szeptem, obserwując ruch dłoni poprawiającej niesforny kosmyk. – Możesz ulegać słabości męskiej siły, ale to obrzydliwa forma przegranej. Nie zrobisz mi krzywdy – dodała cwana, wszak Caesar i jej rodzina wsadziłaby go do Tower, a może nawet do Azkabanu – Nie zaimponujesz mi mięśniami, Ramsey’u. Pokazujesz swoją słabość. Wiesz, że cię nie uderzę, ale jesteś pewniejszy siebie tylko wtedy, gdy nie mam przy sobie różdżki. Nazywając mnie głupią, a w dodatku ślepią, prowokujesz prawdziwą bestię. Nie rób tego więcej, bo wróżę nam owocną współpracę. – znów go wychowywała. Zbliżyła się o krok, zmniejszając między nimi sztuczny dystans, który stworzył, uciekając przed własną słabością.
- To ja decyduje, kiedy jest mój czas – dodała surowo, pozwalając mu tym samym odejść. Gdy zatrzymał się w drzwiach, uniosła wyżej podróbek. – Widzimy się za dwa tygodnie na podobnych badaniach, Ramsey’u. Oczekuję jutro na swoim biurku dokumentów. Sama załatwię sprawę z szefem. – Mężczyzna prosił o oficjalny ton, to go otrzymał. Gdy drzwi się zamknęły, miała ochotę krzyczeć. Dlaczego mu na tyle pozwalała? Nerwowo podeszła do różdżki, a następnie zaatakowała manekin serią zaklęć. Nie była w stanie trzymać tyle w sobie. Kolejny ruch różdżką, stado inkantacji. Słysząc pukanie do drzwi, szybko się opamiętała. Zebrała swoje rzeczy i opuściła salę treningową.
What a wicked game you played to make me feel this way
What a wicked thing to do to let me dream of you

Zt Pwease






lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley http://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 http://www.morsmordre.net/t630-garrett http://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 http://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
zapisuję czterem żywiołom
to co miałem
na niedługie władanie
ogniowi - myśl
niech kwitnie ogień
42
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   02.07.16 13:31

| grudzień

W intensywności pracy w Biurze Aurorów zachodziła pewna nieprzyjemna zależność - przypominała ona sinusoidę nurkującą i wypływającą na wierzch w najmniej spodziewanych momentach, nigdy stałą; to zalewała natłokiem prac, śledztw i pościgów, to ograniczała się do przykrej stagnacji, w trakcie której czas odmierzało leniwe skrzypienie stalówki pióra i szelest przerzucanych dokumentów.
Kilka ostatnich dni w Ministerstwie oscylowało właśnie wokół tej nieznośnej monotonii - wszyscy zdawali sobie sprawę z politycznej burzy kumulującej się jak ciemne, gęste chmury na wczesnozimowym niebie, ale nic (jak na złość?) nie chciało się wydarzyć: było zaskakująco niewiele zgłoszeń co do czarnoksiężników siejących spustoszenie w nokturnowym półświatku, nikt nie rozpoczynał handlu nielegalnymi przedmiotami, żaden z równie nagłych co bezsensownych dekretów Minister Magii nie wymagał natychmiastowego wyegzekwowania. Prawdopodobnie ten spokój denerwował wyłącznie Garretta i tylko jemu dłużył się w nieskończoność. Cóż jednak poradzić - odkąd wrócił do Biura po chwilowej niedyspozycji i przedłużonym  pobycie w Mungu, zajmował się wyłącznie dokumentami i interwencjami nienarażającymi zdrowia. Tych było na tyle niewiele, że dbanie o stan własnych dopiero co zrośniętych nóg ograniczał się do tego, że praktycznie nie wychylał nosa z Ministerstwa, co wyjątkowo działało mu na nerwy.
Niecierpliwie bębnił palcami o krawędź biurka, patrząc to na stosy dokumentacji, to na chaos i względną radość panującą wśród współpracowników, to znów na arcynudne rzędy liter mieniące się mu już przed oczami. Ale nienawidził tego marazmu, nie znosił bezruchu i bezczynności - myślał wtedy zdecydowanie za dużo, a przecież nie po to tak uparcie skupiał się na wykonywanych zadaniach, żeby jeszcze w Biurze katować się własnym otępieniem.
Kiedy więc do Biura wpadła sowa (standardowo wpadając na biurko jegomościa zajmującego stanowisko nieopodal Garretta; mężczyzna o nieujarzmionych bokobrodach natychmiast zerwał się z miejsca, przeklął właściciela sowy trzy pokolenia wstecz i trzasnął Merlinowi ducha winne ptaszysko plikiem dokumentów), rozwlekła atmosfera jakby pękła niczym mydlana bańka. Garrett rozchylił nieco klejące się powieki i sięgnął po kubek z zimną już kawą. Stuknął w nią raz różdżką, a zaraz znów uniosła się para; upijając niespieszny łyk, przyglądał się z zaciekawieniem Gregowi Doge'owi, który, drapiąc się z zastanowieniem po bokobrodzie, pospiesznie rozrywał kopertę, nierozsądnie przytrzymując różdżkę we własnych zębach. Iskierki zainteresowania tańczące w jego oczach szybko zgasły; wystarczyło mu przeczytać adresata listu, aby całkiem stracić zainteresowanie.
- Weaway, wo webie - wymamrotał, dopiero wtedy wyjmując różdżkę z ust i intensywnie spoglądając na Garretta, który w geście braku zrozumienia uniósł brwi. Greg westchnął i infantylnie złożył list w papierowy samolocik. - Do ciebie, Weasley - powtórzył wyraźniej, po czym machnął dłonią i list poszybował w stronę biurka Garry'ego. Auror złapał go zręcznie w locie, otworzył jeszcze szybciej, a zanim się spostrzegł, ktoś zaglądał mu przez ramię, żeby odczytać treść.
- Kto to, co to? - świergolił za jego plecami młody, kobiecy głos najwidoczniej również znudzony stagnacją; była to świeżo upieczona aurorka, która niedawno skończyła kurs. Takim zbyt szybko nie brzydły kolejne akcje i pościgi - dopiero wtedy, gdy na ich oczach umierał pierwszy kompan.
Garry przez chwilę milczał, z uwagą śledząc kolejne wersy.
- Nic ważnego, żadne wezwanie. - Niemal słyszał powietrze schodzące z młodej aurorki i bez odwracania się potrafił sobie wyobrazić rzednącą jej minę. Wciąż zerkał na list, wędrował spojrzeniem po zapisanych zielonym atramentem literach. - Hugh wylądował w Mungu po paskudnym rozszczepieniu - dokończył zaraz, mając wrażenie, że kobieta wciąż czekała na rozwinięcie historii.
- I czemu piszą do ciebie?
- Miał poćwiczyć zaklęcia obronne ze stażystami, ale w tym stanie chyba miałby z tym kłopot. - Wzruszył lekko ramionami, ponownie sięgając po kubek i zatapiając w nim usta. Spojrzał przez ramię; aurorka wciąż z uniesionymi brwiami i irytacją w źrenicach spoglądała na niego z wyczekiwaniem. - Zajmę się nimi godzinę czy dwie - rzucił wymijająco, choć nie dał rady uciec przed litanią narzekań, dlaczego niektórzy mogą robić coś ciekawego, gdy inni tkwią nad zaległymi raportami z zeszłego miesiąca.
Chociaż zanadto tego po sobie nie pokazywał, niewyobrażalnie uradowała go wizja wyrwania się zza drewnianego biurka ginącego w morzu starej dokumentacji.
Głównie dlatego, że ostatnio nie miał ku temu zbyt wiele okazji - zazwyczaj jego wychodzenie z Biura ograniczało się do podróżowania po całym Ministerstwie i ciągłej jazdy windą: to w górę, to z kolei w dół. Piętrzące się raporty, dziwne tabele, korespondencja bez odpowiedzi - nagle cała masa równie brudnej co nieszczególnie ciekawej roboty spadła mu na ręce, utwierdzając go tylko w przekonaniu, że do śmierci będzie pracował w terenie. Nie potrafił sobie wyobrazić wyrzeczenia się z aurorskich misji na rzecz przybijania pieczątek i spisywania sprawozdań.
Wycieczka przez korytarz z racji nie do końca sprawnych nóg zajęła mu trochę dłużej niż zwykle; mimo wszystko jednak nie spóźnił się, bo gdyby kiedykolwiek i gdziekolwiek nie przyszedł na czas, nie byłby Garrettem Weasley'em. Otworzył z głośnym skrzypnięciem drzwi do sali treningowej i nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok wszechobecnych manekinów;  niegdyś stanowiły dość istotny element jego aurorskiego szkolenia. Trzaskał wtedy ochoczo zaklęciami w kukły dokładnie tak, jak wkrótce zaczną to robić młodociani stażyści. Prawdę mówiąc, był ciekawy, jakie zdolności i sekrety skrywali w sobie czarodzieje chcący zasilić szeregi Brygady Uderzeniowej.
Garry nie mógł odeprzeć wrażenia, że kursanci przedstawiają osobliwy i zabawny widok. Stanowili grupę osób o dziecięcych jeszcze twarzach, ale w ich oczach migało coś na kształt niebezpiecznych ogników. Było ich pięciu - wszyscy wyglądali, jakby dopiero w czerwcu tego roku opuścili przyjazne mury Hogwartu, by wyruszyć na spotkanie z dorosłością.
Przeszło mu nawet przez myśl, że gdyby przed laty sprawy nie potoczyły się odrobinę inaczej, wśród stażystów dostrzegłby twarz własnej siostry. Ale wiele musiało się zmienić - gdy patrzył na to z perspektywy jej rychłego zamążpójścia i potrzeby spełniania szlacheckich obowiązków, zdawało mu się to tak abstrakcyjne, że nie mógł powstrzymać gorzkiego uśmiechu wpływającego mu na usta.
- Różdżki w dłoń - zarządził bez jakiegokolwiek ostrzeżenia i musiał powstrzymać się od przewrócenia oczami, gdy spostrzegł, jak powolnie wykonywano to polecenie. Nie mógł dostrzec skupienia na twarzach kursantów, nie widział pełnego zaangażowania; uniósł więc własne osikowe przedłużenie ręki i wykonał ruch nadgarstkiem, nie wypowiadając nawet inkantacji na głos. Niewerbalne expelliarmus przecięło długość pomieszczenia i trafiło idealnie w bladą dziewczynę o wielkich oczach i jasnych włosach uwięzionych w grubym warkoczu. Jej różdżka ze świstem strzeliła w powietrze, a sama stażystka jeszcze mocniej wyszczerzyła oczy. Teraz już nawet ci, którzy wcześniej nie zwracali na Garry'ego uwagi, odnaleźli spojrzeniem starszego aurora. W ich tęczówkach skrzyło się nieme pytanie, zdziwienie, zaskoczenie.
Pewnie nie jego spodziewali się tu spostrzec.
- Garrett Weasley - przedstawił się, opuszczając różdżkę, choć wciąż zaciskał na palce jej uchwycie. Ruszył w stronę pobliskiego biurka, by nieznacznie się o nie oprzeć, ale poczuł przeszywający ból w okolicach prawego piszczela; skrzywił się nieznacznie, na co stażystka z wytrzeszczem wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej, a jej kolega - wysoki brunet o twarzy usianej złocistymi piegami - niespokojnie popatrzył na Garry'ego, jakby oczekując natychmiastowego ataku z jego strony.
Ale Garrett tylko się zaśmiał.
- Spokojnie, nikomu nie stanie się krzywda - zauważył już z charakterystycznym dla niego ciepłem w głosie i łagodnością; było to jednak zwodne, bo nie miał zamiaru okazać kursantom najmniejszej taryfy ulgowej. Obrócił różdżkę w dłoni. - Dobierzcie się w pary, ten, kto zostanie sam, będzie ćwiczył ze mną. Dziś potrenujemy zaklęcie tarczy. Zgaduję, że wszyscy dobrze je znacie; pewnie zdajecie sobie sprawę z tego, że czasem udaje się odbić atak prosto w przeciwnika. Zależne jest to od siły stworzonej przez was tarczy, dlatego warto poświęcić temu zaklęciu dłuższą chwilę.
Spojrzał na ciemnowłosą dziewczynę, na którą wcześniej nie zwrócił większej uwagi. Miała rumianą, okrągłą twarz i postrzępione, krótkie kosmyki sięgające ledwie za uszy.
- Jak masz na imię?
- Chrissie.
- Chrissie - zaczął, unosząc lekko różdżkę - rozbrój mnie.
Trzasnął urok o czerwonym promieniu, które odgonił mocnym, pewnym, pionowym ruchem dłoni; zaklęcie tarczy nie tyle pochłonął atak, co kompletnie go odbiło - w ułamku sekundy rubinowy promień powrócił do Chrissie i beztrosko wytrącił jej z dłoni różdżkę.
- Istnieją też silniejsze formy Protego: Protego Horriblis, które powstrzymuje nawet zaklęcia niewybaczalne, Protego Maxima o znacznie większej mocy - ciągnął dalej, znów przechadzając się niespiesznie po sali. - Są jedynym zaklęciami, które uratują was w kryzysowej sytuacji, więc ćwiczcie z całym zaangażowaniem. Nie zliczę razy, kiedy zaklęcie tarczy ochroniło mnie lub moich kompanów przed zranieniem, kalectwem, śmiercią.
Nie zliczyłby też razy, kiedy nie zdołało uchronić, ale o tym już nie wspomniał.
Zaraz potem pogrążył się w ćwiczeniach, nie szczędząc przy tym uwag - trzymaj sztywniej nadgarstek, uważaj na nogi, czy to miał być pion?, schyl się, obróć, trzymaj prosto, nie zatrzymuj, unieś rękę wyżej. Nie wahaj się. Refleks, co to miało być? Szybciej, zręczniej, tracisz pewność. Podnieś tę różdżkę. Błąd. Jak mogłeś tego nie widzieć? - już byś nie żył. Pilnuj się. Kolana. Plecy. Właśnie zostałbyś zabity.
Garrett lubił ćwiczyć, lubił zawziętość rodzącą się w oczach młodych stażystów - przypominali mu jego samego, gdy jeszcze wierzył, że swoim zaangażowaniem zdoła uratować świat.
To było tak dawno, że trudno uwierzyć, iż rzeczywiście miało miejsce.
Opuszczając salę treningową, szeroko się uśmiechał; przez dwie godziny przywiązał się do tych dzieciaków. Kto wie, może kiedyś uda mu się zasugerować szefowi, żeby wysłał go do nich jeszcze raz. Zdawało mu się, że kursantom również spodobały się dzisiejsze zajęcia.
Może wyminął się z powołaniem, przeszło mu przez myśl, gdy powolnym krokiem wracał do kwatery aurorów, ale rozbawiła go ta wizja - poważny hogwarcki profesor Garrett Weasley, towarzysz profesora Bartiusa, pogrom szkoły i właściciel tytułu najbardziej wymagającego wykładowcy. Ale przecież nie potrafiłby usiedzieć za biurkiem jako nauczyciel obrony przed czarną magią, nie czuł adrenaliny wystukującej w żyłach znajomy rytm. Nigdy w życiu.

| zt




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   11.08.16 16:01

Nie lubił takich spraw. Wolał, kiedy rozwiązywane problemy zamykały się w kręgu jego własnych kompetencji. Mógł je wtedy rozwiązać lub męczyć się z nimi przez długi czas, ale wszystko było zależne od jego humoru (oczywiście, że nie wiedzy lub inteligencji). Najbardziej nie znosił szwendactwa i obłażenia wszystkich potencjalnych czarodziei, nie daj boże szlachciców, niemalże kajając się przed nimi z prośbą, która nie mogła mu przejść przez gardło, w nadziei, że okażą się pomocni. A najbardziej nie lubił pakować się do ambitnych szlachcianek, które musiał szanować, pomimo iż o świecie wiedziały tyle co kilkumiesięczne dziecko, a uważały się za najmądrzejsze i najpiękniejsze. Miały być inteligentne, pomocne w śledztwie. Okropność.
Włóczył się po departamencie, szukając kogoś, kto pomógłby mu w kwestii zaklęć. Niby od razu dostał imię i nazwisko kobiety (!!!), ale niespecjalnie spieszyło mu się do odszukania jej we wszystkich możliwych miejscach. Podejrzewał, że będzie albo nadętą damulką, albo groteskową kujonką. Szedł więc powoli, aż dotarł do sali treningowej, w której rzekomo miał ją znaleźć. Splunął na dłoń i przeczesał nią włosy, jakby myślał, że to mu pomoże zrobić na niej lepsze wrażenie, a następnie wszedł do środka, przeszukując wnętrze wzrokiem.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   11.08.16 17:47

27 lutego 1956

Dzień jak co dzień. ślub powoli nabierał rozpędu, a decyzje, jakie kwiaty powinny znajdować się przy wejściu stawały się równie trudne jak pytania, co będzie się robić za dziesięć lat. Constance nie chciała myśleć już o przygotowaniach. W pracy mogła skupić się tylko na nauce, a ta na szczęście była bardzo zajmująca. Badania szły w coraz lepszym kierunku, przez co czuła podskórnie, że zdążą je skończyć jeszcze przed kwietniem. Nie mogła się nimi zajmować w czasie standardowych godzin, więc i teraz musiała się skupić na czym innym. Podobnież policja czuła się zagrożona na ulicach, a Constance dostawała kolejne zlecenia na ulepszanie zaklęć. Musiała przetestować też te, których używali okrutni przestępcy, siejąc zniszczenie. Stąd znęcała się na manekinach dwie godziny dziennie aż nie wszedł tu jakiś auror, mamrocząc pod nosem, że oni też potrzebują treningu. Nauka nie lubi przerw, niech ktoś to w końcu zrozumie! Zaklęcie poszybowało w stronę manekina, a drzwi raptownie się otworzyły. Trzymała różdżkę w dłoni, lecz nie kierowała na obcego człowieka.
- Tak, słucham? - spojrzała na niego wyczekująco, lustrując całą sylwetkę. Nowy pracownik? Nie widziała go nigdy wcześniej. Opuściła różdżkę, lecz w drobnym ciele pojawiła się pierwsza iskra złości. Nie lubiła, gdy jej ktoś przerywał, a przecież każdy musiał specjalnie rezerwować salę.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
Ain Eingarp
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f47-sowia-poczta http://www.morsmordre.net/f5-powiazania http://www.morsmordre.net/f55-mieszkania http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Wielość
nieskończoność
n/d
n/d
I show not your face but your heart's desire.
0
0
0
0
0
0
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   11.08.16 21:11

Rozglądał się po pomieszczeniu z pewnego rodzaju ignorancją. Szybko jednak dojrzał właściwą (miał nadzieję) osobę, która dzierżyła w dłoni różdżkę. To na pewno ona, pomyślał i wyprostował się, unosząc wyżej podbródek. Odchrząknął, bo pracownica okazała się być ładniejsza niż mu się wydawało. Ale przecież był tu w sprawie konkretnej i musiał ją prosić o pomoc. Głowili się nad tym już tydzień i wciąż nie potrafili zrozumieć działania pewnego mechanizmu, więc postanowił zasięgnąć porady specjalisty. Swoją pracę traktował niezwykle poważnie, właśnie dlatego nie chcąc iść po najprostszej linii oporu, stał teraz tutaj, w sali treningowej, nie tylko czując się zupełnie jak za młodu, podczas szkolenia do magicznej policji, ale dość pewnie, zważywszy, że kobieta z którą miał rozmawiać wyglądała na młodą i niedoświadczoną.
— Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam... Lady Constance Lestrange?— spytał uprzejmie, unosząc brwi. — Christian Levine z czarodziejskiej policji. Mam do panienki kilka pytań, jeśli panienka pozwoli... — zaczął i od razu wyciągnął różdżkę i samopiszące pióro, które miało notować każdą jej sugestię. Oczywiście, nie dało się ukryć, że nie toleruje odmowy.




Żyjemy tak jak śnimy – samotnie.
Powrót do góry Go down
Constance Lestrange
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t2661-constance-lestrange#42512 http://www.morsmordre.net/t2834-okienko-connie#45604 http://www.morsmordre.net/t2789-dance-with-me#45096 http://www.morsmordre.net/t2788-sypialnia-constance http://www.morsmordre.net/t2790-constance-lestrange
badacz zaklęć
24
Szlachetna
Panna
Pięknej duszy obce są mroki życia.
10
23
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala treningowa   12.08.16 12:11

Constance robiła dużo dla świata, a świat niestety tego nie doceniał. Spotykała się z ignorancją ludzi, pomimo tego, że znacząco ułatwiała im pracę. Miała ochotę wyprosić owego nieprzyjaciela, który śmiał nazwać ją panienką. Z jakimi prostakami przyszło jej pracować! Schowała różdżkę do kieszonki, a dłonią wskazała miejsce przy stole. Doprawdy jedynie ignorant nazywałby ją niedoświadczoną.
- We własnej osobie - odpowiedziała, siląc się na uprzejmy ton. Co tym razem nie mogło poczekać do godzin konsultacji? - Proszę spocząć, funkcjonariuszu - szukała na jego ubraniu jakichkolwiek odznak, że jest oficerem a nie podnóżkiem policji. Z drugiej strony, czy przysyłaliby tu kogoś takiego? Rzuciła incendio na pióro. Proch osadzał się na posadzce, a dopiero wtedy Constance spokojnie usiadła po drugiej stronie biurka.
- Panie Levine, taka forma jaką Pan próbował zaproponować nazywa się przesłuchanie, a tak zdecydowanie nie zachowuje się dobrze wykształcony człowiek przy szlachciance. Wierzę w pańskie maniery i zapoznanie się z naszym regulaminem. Wszelkie raporty sporządzam od razu, wręczam do rąk własnych, a jeśli ma mnie Pan zamiar przesłuchiwać, to proszę skontaktować się z reprezentantem prawnym rodu - nakreśliła warunki ich współpracy, nie pozwalając na przekraczanie granic. Była specjalistą w swojej dziedzinie, nie przesłuchanym.
- Skoro ustaliliśmy już zasady, panie Levine, w czym mogę pomóc? - spytała uprzejmym głosem, układając złączone dłonie na swoich kolanach.




lost through time and that's all I need
so much love, the more they bury

Powrót do góry Go down
 

Sala treningowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Sala treningowa
» Sala treningowa
» Sala treningowa
» Sala treningowa
» Sala Wejściowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Ministerstwo Magii :: Poziom II: Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17