Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematuShare | 
 

 Magiczne Łódki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Magiczne Łódki   29.05.16 19:01

Magiczne Łódki

Najbardziej romantyczne ze wszystkich miejsc w wesołym miasteczku. Oddalone od hałaśliwych atrakcji najczęściej zajmowane jest przez tych, którzy chcą odrobiny spokoju. Po dużej tafli jeziora pływają łódki, które można do siebie przywołać i udać się na krótki rejs. Oprócz pływania istnieje take możliwość wyłowienia złotej rybki, która na życzenie szczęśliwca, który wyciągnie ją z wody zamienia się w jedną z czterech rzeczy: pamiątkową tiarę, ruszającego się, pluszowego misia, niewiędnącą różę albo jodłującą kaczkę ufundowaną przez sponsora, firmę GAROLA. Rybkę łowi się przy pomocy umieszczonej w każdej łódce wędki. By sprawdzić czy połów się udał, należy rzucić kością k3.
1 - Wędka zebrała tylko odrobinę mułu, a złotego błysku jej łusek nie zobaczyłeś nawet na chwilę.
2 - Rybka połknęła przynętę, ale najwyraźniej za słabo, zerwała się zanim zdążyłeś ją wyciągnąć.
3 - Udało ci się wyłowić rybkę. Teraz tylko pozostaje zażyczyć sobie, w co ma się zmienić.

Lokacja zawiera kostki


Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
28
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   25.06.17 18:39

Opowieści ojca, które słyszałem przed wieloma laty, jeszcze zanim poznałem, co znaczą trudy życia, zostały zostały ze mną przez te wszystkie lata. Nie powiem, żeby stanowiły jakiekolwiek pocieszenie, kiedy skulony w wilgotnej celi trząsłem się z zimna. Ale pamiętałem je zaskakująco dobrze, tak jak głos, który mi o nich opowiadał, dokładnie tak samo jak bajki czytane przez matkę. W rodzinach i rodach rosyjskich odnajdywałem się o wiele lepiej niż tych angielskich, choć w ojczyźnie moich przodków nie postawiłem nigdy nogi, a wszechogarniające zimno Syberii potrafiłem tylko sobie wyobrażać. Nazwisko Vablatsky nie było mi więc obce. Pojawiało się zarówno w opowieściach ojca jak i baśniach matki. Ród wieszczek, które podróżowały po olbrzymiej Rosji miał w sobie coś, co wręcz zachęcało do tworzenia legend. Najwyraźniej Cassandra także znała swoje korzenie. Nie było to wcale takie oczywiste. Niektórzy rodzili się w całkowitym oderwaniu od historii swojej rodziny. Wyglądało jednak na to, że uzdrowicielka nie tylko była jej świadoma, ale także ją w pewien sposób kontynuowała przekazując swój dar córce. Zgodnie z opowieścią. Nie zapytałem, choć przeszło mi to przez myśl, jak przyszłość widzi Lysandra. O ile tylko trochę interesowało mnie to w kontekście dorosłych wieszczek, o tyle dziecięce wizje miały w sobie nutę niepokoju. Ostatecznie jednak nie było to aż tak ważne, by marnować z pewnością ograniczony czas, w którym oboje zdecydowaliśmy się na szczerość zdejmując na chwilę misternie kute z kłamstw i niedopowiedzeń zbroje.
Zaśmiałem się cicho na jej bardzo zgrabną metaforę Tower. Nie byłem pewien czy Azkaban faktycznie był zimniejszy, miałem nadzieję nigdy się nie dowiedzieć, jednak obecność dementorów rzeczywiście przyprawiała mnie o mroźny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Strach przed nimi był całkiem uzasadniony i jak najbardziej zrozumiały. Ciepłe promienie słońca tańczące właśnie na mojej skórze nie potrafiły odgonić przejmującego chłodu, który wywoływała sama myśl o tym, co mogłoby się ze mną stać, gdyby pozwolił zamknąć się w tym przeklętym, zapomnianym przez nadzieję miejscu.
Podałem Cassandrze ramię po opuszczeniu wagoników podobnie jak ona zupełnie nie zwracając uwagi na niechętne spojrzenia, jakim obdarzały nas dzieci i ich rodzice.
- Nie byłem głupcem jako młodzieniec - mruknąłem, gdy skręciliśmy w alejkę z mniejszą ilością spacerujących ludzi. - Pozbyłem się dowodów. Nie zdążyłem jednak uniknąć oskarżeń o złamanie Kodeksu Tajności i przekroczenie uprawnień, a także jakichś bzdur związanych z etyką zawodową.
Mówiłem spokojnie, jakbym opowiadał o rzeczach błahych świadom, że taki ton nie zwróci uwagi potencjalnych podsłuchiwaczy. Rozglądałem się jednak uważnie milknąc chwilami, gdy mijaliśmy inne pary, których zrobiło się nagle sporo wokół.
- Byłem amnezjatorem - ciągle bawił mnie zawód, który przyszło mi wykonywać przed zamknięciem w Tower. Przemknęło mi przez myśl, że właśnie w tym momencie skończyć się może nasza szczera rozmowa. Sam nie byłem pewien czy uwierzyłbym w podobne wyznanie. Nie usprawiedliwiałem się jednak z głupiego zajęcia. Po głębszym zastanowieniu się, na co miałem mnóstwo czasu w więzieniu, doszedłem do wniosku, że był to większy powód do wstydu niż fakt zesłania do Tower. Choć od samej historii pobytu tam niewiele już było rzeczy bardziej upokarzających.
W milczeniu słuchałem o zagrożeniu czyhającym na Lysandrę. Wierzyłem, że mówi prawdę. Nie miałem powodów, by w to wątpić. Była wieszczką, widziała przyszłość, jej trzecie oko pozwalało dojrzeć więcej niż tylko rzeczy widzialne. Samo przeczucie jasnowidza powinno wzbudzać czujność. A, jeśli już w ogóle podejrzewać Cassandrę o żarty, to na pewno nie w kwestii córki. Patrzyłem przed siebie, w oddali dostrzegając, że słońce skrzy się dziwnie, jakby odbijało się się od wody. Doszliśmy właśnie do najbardziej romantycznej części miasteczka. Jak uroczo.
Milczałem dalej, gdy odpowiadała wreszcie na moje pytanie. Tym razem jednak obserwowałem ją już uważnie, dostrzegając bez wątpienia prawdziwy smutek w jej oczach i słysząc tęsknotę w głosie. Nie miałem pewności, na ile udawaną, a na ile autentyczną. Obecnie nie miało to jednak za bardzo znaczenia.
- Nie wiem - odparłem sucho w momencie, w którym dotarliśmy wreszcie do jeziora i wsiadaliśmy do łódki. - Nigdy w życiu nie widziałem go na oczy.
Oschłość maskowała złość i żal, których nie pozbyłem się przez blisko trzydzieści lat odkąd dowiedziałem się o moim najmłodszym synu. Wiedziałem tylko jak miał na imię i że nosił moje nazwisko. To wszystko. Cassandra najwyraźniej wiedziała więcej niż ja, obrzuciłem ją bardzo uważnym spojrzeniem, ale poddałem się wreszcie z próbami wyciągnięcia od niej czegoś więcej o Vasylu.
- Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z Mulciberami łączy cię więcej niż chcesz przyznać, Cassandro - podzieliłem się moimi przypuszczeniami jednocześnie zajęty zarzucaniem wędki. Spojrzałem na uzdrowicielkę dopiero, gdy haczyk znalazł się w wodzie i wzruszyłem ramionami dając jej do zrozumienia, że to nie groźba. Nie zamierzałem wymuszać na niej prawdy. Jeżeli jest ważna, poznam ją tak czy tak, a jeśli nie, miałem jeszcze zapas cierpliwości, który pozwalał mi poczekać na większe zaufanie Cassandry. Jeszcze przez jakiś czas.
- Mogę ci pomóc ochronić Lysandrę - zacząłem ostrożnie dobierając słowa. Jeżeli istniały delikatne tematy, to ten stworzony był z najcieńszej i najwrażliwszej porcelany. - Zwłaszcza, że z moimi synami najwyraźniej połączyły was... skomplikowane układy - uśmiechnąłem się pod nosem wyciągając pomału spławik z wody. - Ale to będzie wymagało - zawahałem się na chwilę doskonale wiedząc, jak ważne i cenne było to, czego zamierzałem zażądać - zaufania.
Haczyk wyłonił się z wody pozwalając mi przenieść całą uwagę z wędki ponownie na moją rozmówczynię i obdarzyć ją wyczekującym spojrzeniem. Nie chciałem bezgranicznej ufności, przynajmniej nie od razu, znaliśmy się za krótko. Na początek wystarczy, jeśli uwierzy, że naprawdę nie zamierzam skrzywdzić żadnej z nich. Ani jej, ani, przede wszystkim, Lysandry.




Death and danger do not have to
come with trappings.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   25.06.17 18:39

The member 'Vitalij Karkarow' has done the following action : rzut kością


'k3' : 2


Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   06.07.17 0:09

Subtelnie wsparła się o jego ramię, które - jako dżentelmen, naturalnie - wysunął w jej kierunku, wsłuchując się w jego opowieść; nadzwyczajnie szczerą, ale przecież miał powody, żeby jej zaufać - inne niż renoma nazwiska, która dla niego - konserwatywnego czarodzieja o dawnych przekonaniach - bez wątpienia pozostawała ważna, pomogła mu. Po wyjściu z Tower - wyglądał jak wrak człowieka, porzucony na rdzewienie przez kilkadziesiąt długich lat, doprowadziła jego ciało do porządku, nigdy wcześniej nie pytając o przyczyny uwięzienia. Już wcześniej zdawała sobie sprawę z tego, że przewinienia Vitalija były poważne, za nic błahego nie spędziłby za kratami czasu tak długiego: i nawet jeśli nie wiedziała, jak bardzo ten czas był długi - potrafiła to mniej więcej ocenić po zniszczeniach na jego skórze. Wiedział o tym, była uzdrowicielką - pewnie najlepszą, jaką znał.
- Niecodzienny wybór - przyznała, komentując jego profesję; ostrożnie unikała tematu samych tortur  - nie chciała, żeby Vitalij zobaczył jej strach. - Co tobą kierowało? Czyżbyś dopiero z wiekiem... zmienił przekonania? - Wątpliwe, miał na nazwisko Mulciber - i wydawał się być z tego dumny. A Mulcibery miały to do siebie, że były sukinsynami: doskonale o tym wiedziała, znając całą trójkę potomstwa Vitalija. Jak się okazało - lepiej nawet, niż on sam, być może mogła to przekuć na swoją korzyść. Rozejrzała się po urokliwej okolicy, na dłużej zatrzymując wzrok na falującej, smaganej wiatrem wodzie, chwilę zwlekała, nim weszła do łódki. Nigdy wcześniej w żadnej nie siedziała, a jej boki chybotały się niepewnie. Przysiadła na ławeczce wewnątrz, z uwagą obserwując towarzysza zarzucającego wędkę; czy za młodu robił to częściej?
- Być może twoje przeczucia są słuszne - odparła, ruchem smukłej dłoni poprawiając spódnicę moczącą się w kałuży rozciągającej się wzdłuż dna romantycznej łódki. - Być może znałam trójkę twoich synów - zawahała się; chciała powiedzieć: wszystkich. Ale trzej bracia, których poznała, mogli wszystkimi wcale nie być - ona wolała widzieć ich w ten sposób. - Być może byli mi bardzo bliscy.  - Bliżsi, niż damie wypadało przyznać, lecz ona nigdy nie pretendowała do tytułu damy. Położyła dłonie po bokach, odnajdując w tej pozycji równowagę; nieustanne kołysanie się wprowadzało ją w stan czujności. Vitalij obdarzył ją zaufaniem, zdradzając swoje sekrety - czy nie mogła mu zaufać? Jej sprawy zbyt mocno dotyczyły jego samego, jego rodziny, jego nazwiska. Jego krwi. Odwróciła wzrok, spoglądając na miejsce, w której zanurzyła się żyłka wędki trzymanej przez Mulcibera. Nie mówiła wprost, ale przecież nie musiała - o pewnych rzeczach mówić nie wypadało, a Vitalij najwyraźniej i tak już się tego domyślał - nie peszyło jej to, nie była podlotkiem ani kobietą, której reputacja kogokolwiek obchodziła - wyprzedzała ją zresztą nie-sława nazwiska.
- To dobrze - przyznała w końcu, przenosząc wzrok na jego twarz; odnajdując spojrzeniem jego czarne jak noc źrenice i przeszywające, ciemne tęczówki. Była poważna. Poważniejsza, niż kiedykolwiek. - Bo płynie w niej twoja krew, a mi bardzo przyda się pomoc - oświadczyła z pewnością, nieugięcie, obserwując jego mimikę; wierząc, że w ten sposób nie ryzykuje nic. A jeśli rozmowa zejdzie na mniej odpowiedni tor - ojcostwo pozostawało rzeczą względną, trzej synowie Vitalija mocno się od siebie różnili i mogła je - w tej rozmowie - przypisać każdemu z nich. Samego Vitalija wolałaby mieć za swojego sojusznika, Mulciber był bardzo potężnym i jeszcze bardziej niebezpiecznym czarodziejem. - Jakie to uczucie, wrócić na świat po tylu latach i zdać sobie sprawę z tego, ile czasu przeleciało ci między palcami? - Że rośnie już kolejne pokolenie, że masz wnuków. Wnuczkę. Wyjątkową, małą wieszczkę Vablatsky.
Kątem oka zerknęła na poruszoną taflę wody.
Zaufanie to drogi towar wśród ludzi, których już raz zdradzono, znajomość z Vasylem odcisnęła się na nim grubym, widocznym piętnem. Ale nie mogła zaufać Vitalijowi bardziej, niż przekazując mu prawdę - a przynajmniej tę część, która dotyczyła jego samego.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
28
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   17.07.17 21:28

Nie udało mi się złowić ani rybki, ani jodłującej kaczki ufundowanej przez sponsora, firmę GAROLA. Dosłownie przez ułamek sekundy zacząłem zastanawiać się, co takiego tworzyć może przedsiębiorstwo, które oferuje tak bezużyteczne nagrody, ale nie wymyśliłem nic mądrego. Miałem tylko nadzieję, że nie zajmuje się żadną mugolską rozrywką, bo byłoby naprawdę wstyd łowić sponsorowane przez nich rybki.
- Nie mój - uśmiechnąłem się lekko. - Mój ówczesny opiekun stwierdził, że to świetne zajęcie dla sieroty wychowanego w Kent. Sam nie wiem, dlaczego, ale wtedy posłuchałem bez większego sprzeciwu.
To było bardzo szczere wyznanie. Nawet jak na obecną rozmowę, pełną otwartości i pozbawioną tajemnic, przynajmniej z mojej strony. Dlaczego stary Rosier stwierdził, że bardziej przydam się tam niż w rezerwacie - nie wiedziałem. Może chciał dla mnie dobrze, wiedział wszak, jak zwykle kończyli Mulciberowie zajmujący się smokami, a może wolał trzymać mnie daleko. Bawić się w ojca tylko wtedy, kiedy było mu wygodnie, a kiedy przestawało, odsyłać mnie gdzieś, gdzie nie sprawiałbym problemów. Nie mogłem zarzucić mu nic złego, opiekował się mną, przejmował bardziej niż tak naprawdę powinien. Nie nazwałbym tego miłością, nigdy nie zastąpił mojego prawdziwego ojca, ale zawdzięczałem mu w młodości bardzo wiele. Dlatego też słuchałem go bez słowa podążałem za jego wskazaniami i radami. Może chciał żebym poznał życie poza rezerwatem. Całe dzieciństwo niemalże spędziłem w domu, z rodzicami, na granicy terenu zamieszkiwanego przez smoki. Wyjechałem na siedem lat do szkoły, ale na dobrą sprawę wiedziałem niewiele o życiu poza tymi dwoma miejscami. Może Rosier po prostu chciał mnie czegoś nauczyć. Cóż, nie wyszło.
- Wiele mu zawdzięczałem - dodałem nieco usprawiedliwiająco zarówno wobec siebie, co wobec niego. A potem ponownie zarzuciłem wędkę milcząc przez chwilę aż wreszcie usłyszałem kolejne słowa Cassandry. Znała moich trzech synów, zabawne, że wiedziała wcześniej, ilu ich naprawdę mam niż ja. Cóż za ironia.
- Być może - odparłem z lekkim uśmiechem, który bardziej było słychać w moich słowach niż widać na twarzy. Mogłem wnikać w ich relacje, zasypać Cassandrę gradem pytań i otrzymać wykręty i półprawdy. Mogłem także wstrzymać moją ciekawość i posłuchać, co takiego wróżbitka będzie miała mi do powiedzenia, kiedy zaufa mi nieco bardziej. Głęboko wierzyłem, że cierpliwość pozwoli mi dowiedzieć się dużo więcej niż szczenięce podekscytowanie. Dlatego nie zadałem żadnego z pytań, które pojawiały się jedno po drugim. Po prostu patrzyłem na nią lekko zamyślony. Nie myślałem o niczym konkretnym, raczej błądziłem gdzieś po przeczuciach, które skupiły się nagle na jednej osobie. W tym samym czasie, w którym Cassandra potwierdziła kiełkującą myśl, której sam nie byłem świadom. Lysandra była córką jednego z moich trzech synów. Moją wnuczką. Tym razem powstrzymanie pytania przyszło mi dużo łatwiej. Skupiłem się na wędce i wyciąganiu jej z wody. Intensywnie myślałem. Nie byłem nawet specjalnie zdziwiony. Jakbym przeczuwał to już od dawna. Wszystko w pewien sposób trafiło na swoje miejsce.
- Wyobraź sobie, że zostałaś pogrzebana żywcem, pochowana, odżałowana i zapomniana. Wszyscy nauczyli się już żyć ze świadomością, że nie żyjesz i nawet przestali za tobą tęsknić skupiając się na sprawach, w których nauczyli się ciebie nie uwzględniać. Posnuli plany, w których nie ma dla ciebie miejsca. Świat po prostu przeszedł na tobą do porządku dziennego i niestrudzenie brnął przed siebie swoim niezmienionym rytmem. I w tym momencie nagle powstajesz z martwych, wciąż zawieszona w czasie, kiedy jeszcze istniałaś, budzisz się z upiornego snu w rzeczywistości, w której nie ma dla ciebie miejsca. Ale w niej jesteś i jakieś dla siebie musisz znaleźć. To jest dokładnie takie uczucie.
Dopiero pod koniec długiego monologu spojrzałem na Cassandrę. Poważnie, bez uśmiechu, ale za to z całkowitą szczerością. I dopiero wtedy zapytałem:
- Który?




Death and danger do not have to
come with trappings.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   17.07.17 21:28

The member 'Vitalij Karkarow' has done the following action : rzut kością


'k3' : 2


Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   19.07.17 0:25

Siedząc na spokojnie kołyszącej się łódeczce spojrzała na drżący w jeziorze spławik; wynurzony haczyk okazał się pusty. Z wiekiem i nabywanym doświadczeniem człowiek zyskiwał wiele przymiotów, najwyraźniej tradycyjne rybołóstwo nie było jednym z nich. Zaciekawiło ją, jakby mu poszło, gdyby po prostu rzucił czarnomagiczną klątwę na jedną z ryb i kazał jej nabić się na wędkę: ale podrzucenie tego pomysłu byłoby zakończeniem całkiem zabawnych zmagań człowieka z naturą, które właśnie miała przyjemność obserwować.
- Przeznaczenie -  pozwoliła sobie zauważyć, przyglądając się profilowi starszego mężczyzny: czy rzeczywiście? czy gdyby nigdy nie został amnezjatorem - odczuwałby podobną niechęć do czarodziejów mugolskiego pochodzenia, z którymi wówczas miał do czynienia? Wierzyła w nieuchronne fatum - jako jasnowidz była mu bliższa, niż ktokolwiek inny. - Nie wychowałeś się z rodziną - wychwyciła, nie zadając jednak pytania; subtelnie pociągnęła temat, co do którego nie mogła wiedzieć, czy Ignotus miał ochotę o nim rozmawiać. Opiekun zabrzmiał zagadkowo, ale przecież sama nie wychowała się w pełnej rodzinie - tak naprawdę w jakiejkolwiek rodzinie - i bardzo nie lubiła mówić o swoim ojcu. Miała o nim najgorsze zdanie, uczciwie pielęgnowane przez nieobecną matkę. W milczeniu powiodła wzrokiem za wędką zanurzającą się ponownie  wśród kręgów na wodzie, Ignotus był zdeterminowany wyłowić główną nagrodę. Niezłomny - ja na Mulcibera przystało. Skinęła głową, wdzięczność wobec tych, którzy go wychowali, wydawała oczywista. Sama jej nie odczuwała, choć być może powinna - gdyby nie to, że jej matki nigdy nie było dla niej samej, nigdy nie nauczyłaby się być dobrą  matką dla Lysy. Po prostu daje jej wszystko to, czego nie dostawała sama.
W zamyśleniu przyglądała się rybom błyszczącym w okolicy drewnianej łódki, podpływały blisko powierzchni, choć najwyraźniej żadna z nich nie miała ochoty skusić się na przynętę zarzuconą przez starego Mulcibera - być może wyczuwały, kim był, a może mugole byli jeszcze mniej spostrzegawczy od tych kolorowych błyszczących rybek. W milczeniu wysłuchała jego opowieści - uśmiechając się przy tym półgębkiem, nawet sobie nie wyobrażał, jak znajomo to brzmiało. - Myślę, że potrafię to sobie wyobrazić - stwierdziła z zastanowieniem, bez nostalgii wracając do przeszłości - kiedyś była obiecującą kursantką w Mungu, miała szanse na dyplom z wyróżnieniem, podjęcie posady uzdrowiciela i dalszą karierę. I nagle - wszystkie jej marzenia prysły jak mydlana bańka. Uciekła, a gdy uciekła, stała się martwa dla świata i ludzi. Jak Ignotus, straciła swoje miejsce wśród bliskich, zaszywając się w czarnym Nokturnie, którym rządziły inne prawa i inne zasady - i pośród których musiała narodzić się na nowo. Pomogła jej w tym tylko Lysa. - Powrót do żywych musiał kosztować cię sporo odwagi. I jeszcze więcej siły - pozwoliła sobie zauważyć, bo sama ani tej odwagi, ani tej siły, nigdy nie miała i nie sądziła, by mogła kiedykolwiek mieć. - Nigdy nie widziałam twojej przyszłości - dopiero teraz uniosła ku niemu puste spojrzenie. - Zwykle to dobry omen. - Nie była pewna, dlaczego to powiedziała - być może chciała naświetlić mu nowe perspektywy. Nie potrzebował tego, ani nadziei, ani pocieszenia, miał w sobie determinację Mulcibera. I to wystarczało. - Coś się skończyło i coś się zaczyna, niektórzy twierdzą, że z każdą śmiercią człowiek rodzi się silniejszym. - Czyż nie było tak również w jej przypadku? W niczym nie przypominała już siebie dekadę temu. Cicho wypuściła  z ust powietrze, słysząc jego pytanie; z jednej strony chciała oddać mu to samo, co otrzymała od niego - szczerość. Z drugiej, ta szczerość była jednak wybitnie niewygodna. I niebezpieczna. Lysandra była tylko jego wnuczką, Vasyl - synem. Żaden stary niedźwiedź nie postawi wnuczki nad syna dla niedawno poznanej wieszczki, nawet, jeśli miał u niej spory dług wdzięczności.
- Ramsey - odparła więc namysłu, nie bacząc na konsekwencje kłamstwa. Graham był martwy, a Ramsey był z kimś, z kogo Ignotus mógł być dumny. Zależało mu na bezpieczeństwie Lysandry, a ewentualny atak Vasyla mógł zostać odczytany jak atak zazdrosnego odrzuconego kochanka - miałoby to nawet więcej sensu niż sadystyczna chęć krzywdzenia własnego dziecka. Vasyl był wariatem, ale nie aż takim. A przynajmniej - tak się jej wydawało, kiedy jeszcze go kochała. Wszystkie luki w tym planie doskonałym - głównie największa: ta, że Ramsey o niczym nie wiedział - nie miały znaczenia, robiła to dla Lysy.




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
28
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   01.08.17 0:35

Łowienie ryb najwyraźniej nie było moją specjalnością. Dwie próby, dwie niemalże złapane oślizgłe stworzenia, dwa puste haczyki wyciągnięte z wody. Mówią, że do trzech razy sztuka, więc po raz kolejny zarzuciłem wędkę. Była wspaniała do odwracania uwagi od poważnej i ciężkiej rozmowy, przed którą siedząc we dwoje na łódce nie mieliśmy jak uciec. Szczerość mogła byś równie trudna dla nie, co dla Cassandry. Łowienie było wspaniałym pretekstem, który pozwalał zebrać myśli.
- Albo ponura kpina losu - nie zamierzałem specjalnie na temat przeznaczenia sprzeczać się z wieszczką, jednak nie potrafiłem wyobrazić sobie zajęcia bardziej dla mnie nieodpowiedniego niż amnezjator, człowiek stojący na straży tajemnicy, która nie powinna istnieć. Chyba że miała jednak na myśli fakt, że nie wychowałem się z rodziną. Rozważałem tę opcję przez chwilę, ale wolałem nie doszukiwać się chichotu, a raczej drwiny losu akurat w tym aspekcie.
- Moi rodzice zginęli w katastrofie - mówiłem cicho wpatrzony w przeźroczystą żyłkę zanurzającą się w wodzie. - Mugolski wynalazek - niemalże wypluwałem słowa z obrzydzeniem wyraźnie słyszalnym w głosie - spadł na nasz dom, kiedy byłem w Hogwarcie. Kiedy wróciłem, nie było nawet czego zbierać.
Nigdy chyba nikomu o tym nie opowiadałem. Śmierć ojca i matki była dawno, jakby w zupełnie innym życiu, które wiodłem, zdawałoby się, setki lat temu. Kiedy byłem młody nikt o nich nie pytał. Albo wiedział, albo zupełnie go to nie interesowało. Teraz wszyscy zapomnieli o państwie Mulciberów z obrzeży rezerwatu Kent.
- Miałem szesnaście lat - zakończyłem wynurzenie stwierdzeniem, które brzmiało jakby wypowiedziane było w przestrzeń. Szesnaście lat. Nie byłem wówczas nawet w połowie mojego życia, więcej czasu spędziłem w Tower niż z rodzicami. Nigdy nawet się nad tym nie zastanawiałem. Ale to były tylko kolejne powody, by nienawidzić mugoli, by chronić dzieci przed zostawaniem sierotami w tak głupi sposób. Tylko dlatego że mugole w swoim naiwnym zadufaniu wierzą, że nauczą się naginać świat do własnej woli nie wiedząc, że to domena lepszych od nich.
Wróciłem do Cassandry wzrokiem, w którym wygasały ogniki gniewu, które ledwo co zdążyły zapłonąć. Otwieranie starych ran wymagało odsłaniało mnie bardziej niż bym chciał. Nie zanadto jednak. Nie na tyle, by zdjąć swoją zbroję na dobre.
- Nie mówiłaś nigdy, jak to się stało, że skończyłaś na Nokturnie - nadałem głosowi lekko pytający ton. Nie trzeba wiele inteligencji, by wiedzieć, że to nie miejsce dla matki z dzieckiem. A ja miałem jej w sobie wystarczająco dużo, by móc to zauważyć. Nawet jeśli nie był to żaden powód do dumy. Byłem ciekaw jej odpowiedzi, bo to że nie wybrała najniebezpieczniejszej dzielnicy Londynu całkowicie z własnej woli było pewne. Coś, co skłoniło Cassandrę, by porzuciła te bezpieczne części miasta i wraz z córką, swoim największym skarbem, zamieszkała w siedlisku czarnoksiężników musiało być pasjonującą historią. Podobnie jak to, dlaczego tak dobra uzdrowicielka sprzedawała swoje usługi takim ludziom jak ja. Ostatecznie po zaoferowaniu jej szczerości z mojej strony, mogłem zażądać tego samego w zamian.
- Powinnaś poznać mnie trzydzieści lat temu - uśmiechnąłem się nieco ponuro. Przed Tower, droga Cassandro, miałabyś na co popatrzeć. Wtedy moja przyszłość malowała się w wyjątkowo ciemnych barwach. Ale nikt poza trzecim okiem, którym wówczas nikt na mnie nie spojrzał, nie mógł zobaczyć nadchodzącej katastrofy. Chciałem wierzyć, że wyczerpałem limit nieszczęść jak na jedno życie. Doskonale jednak wiedziałem, że nie istnieje żaden limit. Wolałem więc pozostać w naiwnym przekonaniu, że swoją przyszłość kształtujemy sami. Jakby to nie decyzje osób trzecich, często zupełnie nam obcych decydowały o tym, gdzie skończymy. Jakby to nie niewidzialna siatka powiązań, przyczyn i skutków kierowała nas z jednego punktu do drugiego po drodze prezentując nam złudzenia wyborów. Co nie oznaczało, że nie powinniśmy w życiu walczyć o nic. Przeciwnie. To tylko powód do bycia bardziej zaciętym w dążeniu do celu. Zachęta, by swoimi małymi decyzjami tak wpłynąć na życie innych, by w ostatecznym rozrachunku zmienić bieg historii. Gdybyśmy tylko dokonując wyborów znali ich wszystkie konsekwencje, byłoby o tyle łatwiej.
- Ramsey - powtórzyłem jak echo. Nie był moją decyzją, nie moim wyborem było oddanie go. Nie miałem wpływu na jego wychowanie. Na nic. Przyjrzałem się Cassandrze bardzo uważnie i długo, w zupełnym milczeniu ważąc słowa, przetwarzając informacje. I nie powiedziałem zupełnie nic odwracając się znów do wędki i po raz trzeci wyciągając ją z wody.




Death and danger do not have to
come with trappings.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   01.08.17 0:35

The member 'Ignotus Mulciber' has done the following action : rzut kością


'k3' : 3


Powrót do góry Go down
Cassandra Vablatsky
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/t943-poczta-cassandry#4959 http://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky http://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 http://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Uzdrowicielka, szabrowniczka, współpracuje z Paliczkami
27
Czysta
Panna
A ty, czy ty, już rozumiesz, że: czy chcesz, czy nie, czeka na nas
ś m i e r ć.
0
0
5
29
5
1
0 (10)
0
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Magiczne Łódki   02.08.17 12:25

Nie odezwała się ani słowem, wyznanie Ignotusa zdawało się być jak uderzenie obuchem - nie spodziewała się podobnej katastrofy. Przerażającej katastrofy, nie znając mugolskiego świata, nie mogła rozumieć, czym był ten wynalazek, ani do czego służył. Jednak, jeśli spadał na domy czarodziejów, wywołując tak straszliwe skutki, był potencjalnie niebezpieczny, a nigdy nie rozpatrywała w tych kategoriach mugoli. Wydawali się raczej przypominać mrówki - było ich dużo, tworzyli swoje społeczeństwo, które wydawało się - pomimo ograniczonych możliwości - całkiem dobrze funkcjonować, mogli okazać się nieprzyjemni w dużej ilości, ale pojedynczo pozostawali bezbronni. Nigdy nie widziała ich maszynerii, rzadko wychylała nos poza ulicę Pokątną, jeszcze rzadziej poza sam Nokturn; dzieciństwo spędziła wśród czarodziejów, Hogwart był temu odległy. Wymalowany obraz wydawał się przerażający i wiedziała, że choć nie mówi tego na głos, to barwa jej skóry, spojrzenie i ruch ust wyraził wystarczająco wiele. Trywialne przykro mi byłoby nie na miejscu, Mulciber nie szukał ani żalu ani współczucia. Mając szesnaście lat nawet nie ukończył jeszcze szkoły, coraz mniej dziwiła się jego późniejszym ścieżkom - a zwłaszcza tej, która doprowadziła go za kraty Tower. Pytanie, które zadał, nie było łatwiejsze, lecz w zamian za tę szczerość - nie mogła się wycofać. Wpierw zbadała jego twarz uważnym spojrzeniem, potem przeniosła je na taflę wody, która ponownie oznaczyła się powiększającymi się kręgami, kiedy Ignotus zanurzył w niej spławik.
- To jedyne miejsce, w którym nikt nie zapyta mnie o uprawnienia - uzdrowicielskie, ale tego dodawać nie musiała; poprawiła kosmyk włosów porwany wiatrem, przesuwając się dalej od burty na drewnianej ławeczce. Uniosła spojrzenie na twarz czarnoksiężnika. - Których nie mam - nie musiała się tego wstydzić. Składała Ignotusa wystarczająco dużo razy, by miał namacalny dowód tego, że Cassandra potrafiła więcej niż przeciętny medyk z Munga. Była pewna swoich umiejętności - robiła to dobrze. - Zaczęłam naukę w Mungu, lata temu, tuż po Hogwarcie. Miałam duże ambicje i szerokie perspektywy, byłam zdolna i dobrze się uczyłam. Do czasu...  - Wspomnienie czarodzieja, który był temu winien, przestało już ją prześladować - co odkryła ze zdumieniem. Wypierała te wspomnienia, odrzucała je na brzeg podświadomości, nigdy do nich nie wracając, bojąc się, że będzie kosztowało ją to zbyt wiele. W tym momencie, siedząc na bujającej się łódce, zauważyła, że ta historia już jej zobojętniała. Patrząc w przyszłość musiała pogodzić się z przeszłością. - Moje dziedzictwo dopadło mnie w najmniej odpowiedniej chwili, straciłam pacjenta, choć ledwie przy nim asystowałam. - Zapatrzyła się w mętną wodę; to mogło zdarzyć się również dzisiaj - w jej lecznicy - ale dzisiaj była już starsza, potrafiła rozpoznać nadchodzący atak, była czujniejsza i bardziej doświadczona. Nie dodała nic więcej, komentarz wydawał się jej zbędny - nie skończyła swoich nauk, ale życie nauczyło ją znacznie więcej, niż Mung nauczyłby ją kiedykolwiek. Nie mogła jednak powiedzieć, że nie było tego złego - Lysa powinna wychowywać się w lepszym miejscu. Uśmiechnęła się lekko, ostrożnie przytakując głową.
- Żałuję - przytaknęła - musiałeś przypominać swoich synów. - Każdy z nich był do siebie w pewien sposób podobny, a przecież byli z różnych matek. Mieli w sobie tę samą niezłomność i nieustępliwość, byli podobnie bezlitośni i nieugięci. Mieli też podobną linię szczęki, a ona zdołała uwikłać się w skomplikowaną relację z każdym z nich - widocznie miała słabość, za którą już płaciła zbyt wysoką cenę, cenę bezpieczeństwa małej dziewczynki. Utkwiła spojrzenie w falującej się wodzie, nie patrząc już na Ignotusa. Tak będzie lepiej - bezpieczniej dla Lysy. Nie mogła oczekiwać od niego, że postawi życie wnuczki ponad wolę własnego syna, nawet, jeśli nie utrzymywał z nim żadnego kontaktu. Vasyl był Mulciberem, Lysandra nie. - Udało ci się - zauważyła, kiedy spławik wynurzył się z wody; rybka znalazła się w rękach Ingotusa. - Gratulacje - dodała z rozbawieniem, dostrzegając błysk złotej łuski. - Zerwał się wiatr, zrobiło się chłodno. Powinniśmy wracać? - To mówiąc, wstała, i podtrzymując poły spódnicy przy pomocy czarodzieja opuściła łódeczkę, nim razem skierowali się do wyjścia z wesołego miasteczka.

/zt x2?




Noc była piękna jak sen, a śmierć -
Śmierć była jeszcze piękniejsza.

Powrót do góry Go down
 

Magiczne Łódki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Magiczne choroby i urazy
» Magiczne używki
» Magiczne zawody - rozwój, spis
» Znane postacie magiczne
» Magiczne Dowcipy Weasleyów

Permissions in this forum:Możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Zaczarowane wesołe miasteczko-
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17