Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Garderoba

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Garderoba    01.06.16 19:39

[xxx]






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:43

i 21 grudnia

Myślał, że nigdy nie zazna w życiu goryczy porażki. Sądził, że jest nieomylny i niepokonany. Drobne potknięcia, niewiele znaczące i zupełnie nieistotne blakły, aż w końcu znikały zupełnie, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Nawet najdrobniejszej rysy w miejscu omyłki, żadnego świadectwa dla popełnionego błędu. Dlatego wystarczał jeden niebaczny krok, by całkowicie zetrzeć na proch budowany latami ład. Miesiące, którymi wzdychał, (zdawałoby się) beznadziejnie zadurzony we własnej matce. Długie tygodnie, którymi zdobywał jej serce. Dni, kiedy byli po prostu szczęśliwi. Avery tęsknił za dawnymi czasami, za alpejską sielanką, za angielską codziennością... Przełamywaną przez niego spontanicznymi szaleństwami, kiedy z lubością odrzucał zdroworozsądkowe poglądy i 
zatracał się w (wciąż) młodzieńczej miłości do Lai. Ból powracał więc doń ze zdwojoną siłą, druzgoczącego pchnięcia obosieczną bronią, gdy wspominając owe złote chwile, wiedział, że to wszystko zostało nieodwołalnie stracone. Między nimi nic nie było. Żadnych wyznań ani sekretów, porozumiewawczych spojrzeń, płytkich i bezbarwnych dla niewtajemniczonych. Nic ich nie łączyło; zachodzące słońce, powodujące pożar górskich lasów, szumiące cicho srebrzyste potoki we włoskich Alpach, ani ciężka pierzyna białego śniegu, przykrywająca bujną roślinność i osiadająca na kamiennych rzeźbach w ogrodzie zamku Ludlow. Prócz szlachetnej krwi Averych, krążącej w ich żyłach i boskiego pochodzenia, między nimi nic nie było.
Ojcowskie przykazania wciąż pozostawały ż y w e (nawet mimo zbezczeszczenia jednego z nich) i powróciły - wraz z widmem Marcolfa, udzielającego mu nauk w dorosłym życiu. Powinien przyjąć je pokornie, korząc się przed swym rodzicem, bijąc się w piersi i zaakceptować każdą karę. Mara, jaką stał się jego ojciec (zbyt słaby, by pójść dalej?), nadal miała nad nim pełnię władzy. Patriarchalnego porządku świata nie mogła zburzyć nawet śmierć i Samael nadal był związany szacunkiem i obowiązkiem. Decyzję o wyklęciu, o nałożeniu ekskomuniki, o rzuceniu na stos ofiary całopalnej - musiał zaakceptować i podziękować za nią, za to, że Marcolf zechciał rozmówić się z nim. Z człowiekiem upadłym. Za jakiego jednak wcale się nie uważał a spotkanie z ojcem stało się dla Samaela 
kolejnym bodźcem, aby podjął się następnej próby. Może i mało chwalebnej, może i śmiertelnej, lecz beznadzieja paradoksalnie przekształcała się w nadzieję. Stymulowaną nieziemską wręcz tęsknotą i pragnieniem, aby chociaż po raz ostatni ujrzeć jej twarz. Głupstwo; był już dla niej tylko popiołem, ale nie potrafił zwalczyć w sobie ostatniej iskry, podpowiadającej mu, że traktuje go tak, ponieważ nie umie przestać go kochać. Avery znał Laidan za dobrze, wiedział, że był dla niej wszystkim... I podskórnie czuł, że nawet zdrada tego nie zmieniła. Nie mógł zapomnieć jej łez, raniących bardziej od słów, pogardliwego splunięcia w twarz i siarczystego policzka. Nie mógł zapomnieć miesiąca nieustannego drżenia z niepewności, kiedy szalał z powodu jej utraty. Ze świadomości, że on jest przyczyną jej bólu. Nie miała prawa go nienawidzić - nikt go nie posiadał, za wyjątkiem samego Avery'ego, czującego do siebie palącą odrazę i obrzydzenie, nasilające się każdego dnia ich separacji. Zawinił nie samym czynem - grzechem Samaela było cierpienie Laidan, dosłownie gasnącej na jego oczach. Jego krzyż, jego sumienie, niepozwalające mu zasnąć ani przestać o niej myśleć. Wchodził na swoją własną Golgotę, drogą poznaczoną strzępkami wiary oraz krwistoczerwonymi śladami zaniechanej walki. Avery upadał, lecz powstawał samodzielnie i uparcie kroczył dalej, jakby od tego zależało jego życie. Bo... przecież tak właśnie było. Jego istnienie nieodwracalnie zespoliło się z jej istnieniem i wszystko, czego Samael chciał, to przywrócić szczęście Laidan. Po pierwsze; drugi cele (egoistyczny) stanowiło ponowne zagarnięcie jej dla siebie, ale... z całkowitym poświęceniem. Ona była priorytetem, królową, boginią i udowodniłby jej wszystko, w jakikolwiek sposób by tego zażądała. Dlatego brutalnie odpychał skrzata, kopniakami torując sobie drogę, dlatego furiacko przemierzał długie korytarze, dlatego trzaskał ciężkimi drzwiami i dlatego oddychał z ulgą, kiedy nareszcie znalazł Laidan, stojącą samotnie w ogromnej garderobie, wśród wieszaków burgundowych i purpurowych sukien, z których w przeszłości on i tylko on miał zaszczyt rozbierać. Filigranowa postać w czarnym peniuarze, ze złotymi lokami niesfornie opadającymi na ramiona, białe ramiona, krople wody skrzące się w wgłębieniach obojczyków... Nie podszedł bliżej, zatrzymawszy się w pół kroku i chłonąc cudowny 
widok, jakiego został pozbawiony. Na własne życzenie? 
-Matko? - rzekł cicho, pytająco, jakby prosił o zgodę na audiencję u swej władczyni. Choć z całego serca pragnął ją po prostu porwać i przycisnąć do siebie, przesunąć zgłodniałymi wargami po jej ciele i dowieść jej - skoro śmiała wątpić - swoją męskość fizycznie, to wstrzymywał własne żądze, domagając się jedynie chwili rozmowy. Wysłuchania.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:43

W garderobie – zadziwiająco przytulnych rozmiarów jak na uwielbiającą piękne stroje przedstawicielkę arystokracji – było cicho, spokojnie, miękko. Bose stopy zapadały się w nieco szorstkim dywanie, futrzastej pamiątce po niezwykle udanym egzotycznym polowaniu Reagana. Właściwie właśnie tutaj spoczywała większość mężowskich prezentów: z drewnianych wieszaków spływały mieniące się srebrem etole a z głębokich szuflad przebłyskiwała najdroższa biżuteria. Wszystko to sprowadzane specjalnie dla niej z najdalszych regionów świata; rozkoszne podarunki od zakochanego mężczyzny, gotowego obsypać ją złotem. Byleby tylko wybaczyła mu podły występek, choć Lai przeczuwała, że każdy wręczony przez niego luksusowy drobiazg był także oznaką niemej wdzięczności. Za przyzwolenie na dalekie podróże – która żona byłaby tak wyrozumiała? – za pomoc w osiąganiu dyplomatycznych celów, za wierność, za uczciwość, za obdarowanie go wspaniałymi dziećmi. Nigdy nie czuła wyrzutów sumienia, obserwując ogień, płonący w oczach Reagana. Uważała się przecież za doskonałą partnerkę, ideał kobiety. Zasługiwała na pokłony i uwielbienie, pewna swojej wartości, nieprzeliczanej na nawet najbardziej oryginalne podarunki.
Teraz jednak drogie prezenty zmieniły się a od Reagana otrzymywała wyłącznie pogardę. Napięty chłód, jaki zapanował między nimi, tylko wzmacniał niepokój, sączący się do umysłu Laidan z każdym kolejnym dniem zawieszenia. Znajdowała się pomiędzy i choć podzielenie się odpowiedzialnością z Marcolfem pozwoliło jej na nowo przybrać maskę dawnej, pełnej życia lady Avery, to nawet ta ułuda wolności znikała w starciu na innym polu. Małżeńskim. Gdzie ukochany mąż nie otwierał dłoni po to, by zaprezentować jej kolejny pierścień, a po to, by uderzyć ją z całej siły w twarz, wlokąc później za włosy ku wielkiemu łożu. Zaczynała się do tego przyzwyczajać, tak samo jak do bolesnej utraty ukochanego dziecka. Całe zło, osaczające ją razem z coraz mroźniejszą zimą, wydawało się czymś rutynowym. Kolejny dzień tortur, gdy przypominała sobie hańbę Samaela, zdradzającego ją i okłamującego. Kolejna noc tortur, gdy Reagan zaciskał dłonie na jej szyi a ona nie mogła nabrać oddechu, spinając się pod jego ciałem. Kolejny tydzień, kolejny miesiąc, kolejny rok? Czy tak miało już wyglądać jej życie? W wiecznej niepewności, w strachu, w upodleniu? Była zbyt dumna, by wierzyć w klątwę, przeżerającą jej idealne życie do głębi, lecz pogodzenie z losem przychodziło jej z wielkim trudem. Musiała zmuszać się do normalności, do wykonywania podstawowych codziennych akcji. Do wyjścia z łóżka, wzięcia długiej kąpieli, kremowania ciała i wybierania stroju, mającego pomóc jej wtopić się w dawną lady Avery.
Powoli przesuwała dłońmi po kolejnych sukniach, mieniących się w jasnym świetle garderoby wszystkimi odcieniami czerwieni. Szkarłatna, upleciona z najdelikatniejszej koronki. Burgundowa, z długimi bufiastymi rękawami. Karmazynowa, odkryte plecy, długi tren. Nigdy nie występowała w jednym projekcie po raz drugi, a więc każde materiałowe cudo kojarzyło się jej z konkretnym szczęśliwym momentem, z konkretnym mężczyzną, będącym dla niej całym światem.
Nie spodziewała się go tutaj. Odruchowo drgnęła, słysząc trzask drzwi, pewna, że Reagan powrócił nagle z Ministerstwa, ale w momencie, w którym Samael przekroczył próg garderoby, już wiedziała, że to on. Zapach jego perfum uderzył ją w nozdrza, ale zamiast wywołać przyjemny dreszcz, zacisnęła usta w pogardliwym grymasie, nie odwracając się w ogóle w jego stronę. Dalej stała plecami do niego, nieśpiesznie przesuwając kolejne stroje i ważąc w dłoni ciężar atłasowych materiałów. Dopiero po dłuższej chwili wyjęła jeden wieszak i odwróciła się nieco w stronę drzwi, unosząc czarną, matową suknię do światła, by lepiej przyjrzeć się delikatnemu splotowi na wyzywającym dekolcie. Zmrużyła oczy, zupełnie nie przejmując się obecnością Samaela i tym, że śliski szlafrok zsuwa się z jej ramion. W duchu podziękowała sobie za zapobiegliwość: już wcześniej nasmarowała posiniaczone miejsca znikającym kremem i teraz nic już nie świadczyło o cierpieniu, na jakie jest skazana. Mogła prezentować się niczym lodowa figura, obojętna, w końcu przesuwająca wzrok na stojącego w drzwiach mężczyznę. Bez gniewu, bez bólu, bez rozżalenia: jasnogranatowe tęczówki równie dobrze mogłyby koncentrować uwagę na meblu albo domowym skrzacie. Nie krępowała się swojej półnagości, odsłoniętych ud, sutków, przebijających się przez materiał peniuaru – Sam był nikim, ba, nawet ów skrzat zasługiwał na więcej zaufania i zainteresowania. Posłuszny, niezawodny, zaufany. W odróżnieniu od mężczyzny, dla którego spaliłaby cały świat, a który niedawno wyrwał serce z jej piersi.
- Przyszedłeś poprzymierzać moje suknie? Myślę, że do twarzy byłoby ci w tej białobłękitnej, to kolory Fawleyów – powiedziała śpiewnie i tylko mocne zaciśnięcie bladych palców na materiale trzymanej w ręku sukni mogło zdradzić jej prawdziwe emocje. Płomienie gniewu lizały od środka jej duszę, sprawiając, że chciała wrzeszczeć. Zachowywała jednak druzgoczący spokój; zjadliwy, podły a przy tym chirurgicznie chłodny.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:44

Drętwiejącymi palcami nierozważnie poruszył strunę, która rozbrzmiała zawodzącym, jękliwym tonem tęsknoty za czasami minionymi. Takie dźwięki mógł wydobywać ze skrzypiec ich niedoświadczony adept, zapoznający się z instrumentem i nieudolnie rzępolący smętne melodie. Samael boleśnie spadł (został strącony?) z piedestału czarodzieja aż do pozycji ulicznego grajka, który wskutek wypadku, wskutek zaniechania wielogodzinnych prób i pielęgnacji talentu, nie potrafił już ozwać się inaczej. Zachodziła paradoksalna odwrotność, kiedy człowiek doświadczony sięgał samego dna, zatracając swoje umiejętności. Przez jeden nierozważny czyn, zaważający na całym dotychczasowym życiu. Szala nieubłaganie przechylała się w kierunku klęski, ale przecież Avery nie mógł tak po prostu dopuścić do dokonania się wyroku. Był na to zbyt dumny i o ile z godnością zniósłby egzekucję i cios katowskiego miecza, o tyle nie zamierzał pożegnać się ze światem w niesławie i ze świadomością, że własna matka, która stanowiła dla niego wszystko, nienawidzi go. Nie musiał tego słyszeć; jej głos szeptał mu do ucha syczące głoski jak niegdyś kołysanki, a później erotyczne marzenia, które urzeczywistniał. Tym samym miękkim tonem: z pozoru nie zmieniło się nic, lecz tak naprawdę każda prawda ich dotychczasowego życia uległa rozkładowi. Wystarczyło, że nie spoglądała na niego jak dotąd, a jej wzrok zupełnie obojętnie prześlizgiwał się po jego sylwetce, jakby był kolejnym wyposażeniem zagraconego wnętrza. Faktycznie, osiadał na nim kurz i Avery czuł się przerażająco znużony. Przemawiała już przez niego nie tylko rozpacz i destrukcyjny ból, nie tylko strach, nie tylko ta podniosła miłość do matki i wynoszenie jej pod niebiosa, jak nie czyniłby z żadną inną kobietą a zwykłe zmęczenie. Żądał konkretów, nawet, jeśli miałyby okazać się dlań najgorszymi wieściami. Nie wymagał przecież wiele a był zmuszany do przychodzenia niemalże po prośbie do zamku Ludlow, do żebrania o jej szczątkową uwagę. Upodliła go do reszty, a Samael... jeszcze się na to godził, chcąc okazać matce, że żałuje, że przeprasza i że dla niej zniesie wszelkie policzki. Te niefizyczne, znacznie gorsze od piekącego uderzenia w twarz, również przyjmował pokornie. Nastawiając i drugi, demonstrując, jak niewiele go to obchodzi. Bo kimże on był bez niej? Mógł mieć nazwisko, pozycję, opływać w złoto i luksusy, ale... To Laidan czyniła go Averym, ona czyniła go mężczyzną, jakim się kreował i tylko ona mogła sprawić, by stał się miernotą, podobną do brudu i zakał magicznego świata, którymi ostentacyjnie pogardzał. Tylko po to, by po latach zstąpić do ich grona i zacząć egzystować w rynsztoku? Nie wyobrażał sobie takiej sytuacji, jego miejsce było u jej boku i... powinien jej to udowodnić. Chciałby, naprawdę, w tej chwili wręcz marzył, by zacisnąć dłonie na jej drobnych nadgarstkach, unieruchomić wiotkie ciałko w uścisku, odnaleźć rozszalałym wzorkiem jej granatowe tęczówki, uderzająco podobne do jego własnych i dominacją fizyczną wydrzeć z niej upragnione słowa przyzwolenia. Wiedział, że była twarda, wiedział, że musiałby ją długo maltretować, aby w końcu się złamała i mu uległa, ale wiedział także, że nigdy nie dopuściłby się czegoś równie haniebnego, jak znieważenie matki. Czwarte przykazanie traktował jak prawdę objawioną i opanowywał wściekłe drżenie rąk, angażując w to ostatki swej samokontroli. 
Będącej na wyczerpaniu. Zagryzł dolną wargę do krwi, czując jej metaliczny posmak, otrzeźwiający w momencie, kiedy czarny peniuar zsuwał się z jej alabastrowych ramion. Biała skóra zachwycała, uda błyskające między fałdami szlafroka kusiły, sutki przebijające się przez materiał wywoływały dreszcze jej bezwstydnością, lecz Avery uporczywie stał w miejscu, porażony bezwzględnością Laidan. Raczej beznamiętnej i okrutnie obojętnej, niż pragnącej wywołać w nim palące uczucie pożądania. Które nie odzywało się wcale, zahamowane kobiecą podłością, wyniosłością, zlekceważeniem jego i jego męskości. Odzywającej się dopiero, kiedy Lai boleśnie ugodziła w wybujałe ego Samaela, jednym zdaniem burząc całą fasadę stoickiego spokoju. Uderzenie serca; już był przy niej i niemalże przypierając ją do zimnej ściany, już podnosił ciężką, karzącą rękę... Którą jednak natychmiast opuścił, zdając sobie sprawę z tego, co zamierzał zrobić. Jęknął głucho, zdruzgotany własną słabością i odsunął się od matki na odległość, pozwalając jej go minąć, a nawet uciec, jeśli tego właśnie sobie życzyła. Gdyby zrobił to, co uczynić zamierzał, wówczas rzeczywiście nie mógłby dalej mienić się jej synem. Obecnie... nadal miał nadzieję (złudną?) na odkupienie swych win.
-Pozwól mi powiedzieć - rzekł ochrypłym tonem, jednak twardym i pewnym siebie, jak na swe chwilowe zawahanie i momentalny kryzys wartości - potem, jeśli tylko tego zażądasz, zniknę z twojego życia raz na zawsze. I już nigdy mnie nie zobaczysz - zaofiarował Avery, z każdą wypowiadaną głoską, czując na sercu dziwną lekkość. Niezależnie od wyroku matki, wkrótce będzie wolny.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:45

Poniekąd czekała na moment, w którym Samael znów pojawi się na horyzoncie, czołgając się przed nią na kolanach w brudzie własnych uczynków. Ten widok nie sprawiał jej jednak satysfakcji: z całych sił pragnęła, by wizja upodlonego syna przyśpieszała bicie serca, bo oznaczałoby to powrót z martwych, jakąś silną zmianę, zwiastującą możliwość wybaczenia. Nic jednak nie poruszało zranionej tkanki, pozostawiając ją rozdartą i martwą. W piersi ziała wielka, czarna dziura a wyrwany organ płonął bolesnym ogniem nawet po oddzieleniu od ciała. Wyjątkowo otępionego. Niegdyś wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest, jedno muśnięcie mocnej dłoni, przesuwającej się po jej karku, by pod Laidan trzęsły się nogi – wychowana przez Marcolfa w stałym głodzie miłości instynktownie reagowała na obecność Samaela, lgnąc, kusząc i marząc tylko o rozkosznej chwili spełnienia. Ognisty temperament tylko wzmagał ciężki do zaspokojenia głód, spopielający ją w instynktowym pragnieniu bycia z ukochanym jak najbliższej. Teraz jednak wszystko się zmieniło, a widok niedorzecznie przystojnego Samaela, w którym mimo wszystko widziała odzwierciedlenie Marcolfa, sprawiał, że żółć podchodziła jej do gardła a wyobrażenia, toczące ją niczym śmiertelna choroba, stawały się do zniesienia, podsycając święty ogień wściekłości. Całował innego mężczyznę. Dotykał innego mężczyznę. Spółkował z innym mężczyzną.
Mimowolnie zagryzła wargi, na sekundę burząc niewzruszoną, pretensjonalną maskę, jaką nałożyła, by nieco zdystansować się od bólu, ale ten powracał. Tym mocniej, im wyraźniej widziała ostre rysy twarzy Avery’ego. Nie mogła tego znieść, tej świadomości, że oddała się mężczyźnie niegodnemu, który tym samym językiem, którym pieścił jej skórę, przesuwał później po szorstkim ciele swojego przyjaciela. Mięśnie Laidan napięły się niczym postronki, ale mogła wyrzucić z siebie tą plugawą truciznę tylko słowami. Dyskredytującymi go w oczywisty sposób. W jej oczach nie był już mężczyzną, nie był już jej synem, był kimś śmiesznym…więc dlaczego aż tak cierpiała? Dlaczego rozważała zsunięcie sukni z wieszaka i wbicia go ostrym zakończeniem prosto w jego ciało? Skoro własne dziecko krzywdziło ją w ten sposób, czyż nie powinna się bronić? Za dużo myślała i za dużo kosztowało ją utrzymanie ramy obojętności, by od razu mogła zareagować na jego wściekłość. Zapomniała już jaki potrafił być porywczy i jak słabo wypadała w konfrontacji z męską siłą. Popchnął ją mocno, zdecydowanie; suknia wysunęła się z jej dłoni, opadając na futrzasty dywan, ale nawet na nią nie zerknęła, próbując złapać oddech po nieprzyjemnym uderzeniu plecami o ścianę. Ledwie uniosła wzrok, by napotkać uniesioną dłoń Samaela. Dłoń, wymierzoną w nią.
Powinna odruchowo drgnąć, przymknąć oczy, jakoś ochronić się przed ciosem, ale nauczona małżeńskim doświadczeniem, po prostu wyzywająco patrzyła prosto w oczy Avery’ego. Bez lęku, za to z czającą się wyraźną prowokacją i chęcią zadania mu bólu.
- No dalej, udowodnij swoją męskość. Bo potrafisz to zrobić tylko przemocą, prawda? Uderz mnie, ulżyj sobie, bo to jedyny sposób, żebyś mógł mnie kiedykolwiek ponownie dotknąć – prawie wymruczała, lecz poza zmysłowym, drżącym od pragnienia tonem, nic nie zmieniło się w otaczającej ją aurze. Nie poruszyła się ani o centymetr, ciągle opierając się plecami o ścianę, nie poprawiła szlafroka, zsuniętego prawie całkiem z prawego ramienia a w jej oczach ciągle lśniła lodowata obojętność. Tylko jej głos wydawał się taki, jak kiedyś, gdy szeptała mu do ucha nieprzyzwoitości, pasujące raczej do najbardziej wyzwolonej kurtyzany niż silnej, chłodnej kobiety, stojącej teraz tuż przed nim. Zachowywała się podle, ale nie dbała o to – Samael zmienił zasady gry i chociaż początkowo została zepchnięta na pozycję ofiary, miała zamiar to zmienić. Furia, wypełniająca ją od środka, nie pozwalała jej na strach – rozsądny w tej sytuacji. Nie ufała przecież Avery’emu i j u ż nie znała bruneta, dyszącego kilka centymetrów od niej.
- Co chcesz mi powiedzieć? Że przepraszasz? Że nigdy więcej tego nie zrobisz? Że żałujesz? Że to była chwilowa słabość, że to nie tak, że to było nieistotne? Kiedy zrozumiesz, że tego, co uczyniłeś, nie naprawisz żadną wymówką? Zhańbiłeś wszystko. Siebie, mnie, swoją rodzinę, swoich przodków. Nigdy ci tego nie wybaczę. I nigdy ci tego nie zapomnę – mówiła spokojnie i tylko niebezpieczny błysk w jej oczach mógł wskazywać na przeżywaną wewnątrz burzę emocji. – I och, łaskawie znikniesz? Żeby dalej nie kalać honoru rodziny? Uciekniesz przed odpowiedzialnością? Zapewne z n i m? Dla mojego dobra? – wykrzywiła usta w sarkastycznym uśmiechu, odsłaniającym niebezpiecznie błyszczące bielą kły. – Jesteś większym tchórzem, niż sądziłam. – Ostatnie słowa właściwie wysyczała a jej nozdrza rozszerzyły się niebezpiecznie, jak zawsze przed wybuchem wściekłości. Okazywała ją niezwykle rzadko, lecz gdy wpadała w prawdziwą furię, stawała się nie do zatrzymania. Zazwyczaj cierpieli na tym podwładni w galerii lub domowe skrzaty, lecz czymże była złość skierowana w ich stronę w porównaniu z tą, do jakiej sprowokował ją ukochany mężczyzna?





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:47

Rozsądek podpowiadał mu, by przestał rozdrapywać stare rany, by nie jątrzył zasklepionych w brzydkie blizny rozcięć, by pozwolił działać zbawiennemu upływowi czasu, lecz... Był zanadto niecierpliwy i zbyt samowystarczalny, aby dobrowolnie oddać całą swoją przyszłość w ręce przypadku. Kapryśny Los miewał różne fanaberie a Avery ani myślał zadzierać z Fortuną - może raczej przekupić ją, by stanęła po jego stronie? Gdybyż to wszystko było takie proste i wystarczyłoby zgromadzić u swego boku panteon sprzyjających bóstw, przejąć i wykorzystać ich moce, wyprostować to, co zniszczył, wygiął i powykrzywiał... Mógłby ułożyć swój świat na nowo, lecz nawet nie przychodziło mu do głowy, by w chwili swojej absolutnej przewagi (górował nad nią fizycznie) użyć różdżki i dopełnić to, co pierwotnie mu się nie udało. Wyczyszczenie pamięci Lai, wypalenie z niej każdego niepożądanego obrazu, starcie z siebie piętna człowieka niegodnego... To było zbyt proste; Samael w dziwnie masochistycznym rachunku sumienia przyznawał przed sędzią najsurowszym (samym sobą), że zasługiwał na karę. Uczynienie z Lai tabula rasa sprowadziłoby na niego nieszczęście po dwakroć gorsze i popchnęłoby go wprost w piekielne czeluści. Do grona zdrajców, gdzie chyliłby kielichy wspólnie z Judaszem, który przy Averym był już tylko podrzędnym i nic nieznaczącym grzesznikiem. W innym wypadku, w innym czasie, Samael zapewne by się tym chełpił, lecz podług podłości swego czynu, ujmy, jaką sprowadził na ród i bólu, który przysporzył matce, nie świętował detronizacji największego z łotrów. Winien lać słone łzy nad nią i nad sobą, praktykować samoumartwienie, chłostać twarde ciało biczem i drażnić włosiennicą, ale wiedział, że to wszystko nie miało już sensu a jedyne, co mu pozostało to rozważyć, czy jest jakikolwiek sens istnienia. Hamletyzował niemal nieustannie, wciąż pełen wątpliwości, wciąż niedostatecznie przekonany do jednej lub drugiej racji. Nie tonął wyłącznie dzięki Jill, ale jej widok ostatnio wyłącznie przyprawiał go o dreszcze, bo miał wrażenie, że z wiekiem coraz bardziej przypomina Laidan.
Skoro nie ma nadziei, by jeszcze powrócił
Skoro nie ma nadziei
Skoro nie ma nadziei, by wrócił
Skoro nie ma nadziei, aby jeszcze zaznał
Niepewnej chwały określonej chwili
Skoro wie, że nie zazna
Prawdziwej mocy, która przemija
Skoro nie może pić
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek, bo nic tam już 
[nie ma
Której nie potrafił się wyrzec. Jego słabość, jego bolączka, strzała o grocie posmarowany trucizną, ostrzu wbitym między żebrami i jadem pulsującym w żyłach, krążących w krwiobiegu, niosącym w sobie śmierć w zgniłozielonym kolorze. Czyż taki koniec został mu przeznaczony? Wyrzucony na śmietnik, z dala od tej, którą ukochał ponad życie? To miała być jego nagroda za nieprzerwane myśli i za oddanie. Przekreślone, zabazgrane, nieistniejące. Mógł się modlić o litość, o zapomnienie, ale wiedział: ta sprawa nie mogła być dłużej roztrząsana. 
Samael także nie chciał dłużej drżeć. Trząść się, jak chybotliwa trzcina, rozkołysana ostrym, porywistym wiatrem druzgoczących słów. Pragnął udawać, że tego nie słyszy, zignorować każdą wyszeptaną głoskę, słodki ton, tak znajomy, tak perwersyjny, niegdyś pieszczący go równie pewnie jak jej dłonie, usta i język... Dziś szarpiący jego ciałem i zajadle wbijającym w niego niewidzialne ostrza. Niemalże nadstawiał się na te pale, nie przygotowując mowy obronnej, nie tracąc kontroli, nie lżąc jej uderzeniem, jak tego pragnęła. Był rozchwiany i na skraju szaleństwa: targało nim podniecenie, rozgoryczenia i złość i przenikliwy wręcz smutek. Przeważający w obecnej chwili i odbijający się w nagłym szoku, kiedy zaprzeczał gwałtownym ruchem głowy, jakby naiwnie sądził, że wygna z siebie czorta, podpowiadającego mu owe okropne rozwiązania.
- Nie mógłbym. Miałem cię chronić, nie krzywdzić. Choć wiem, że zawiodłem - wydusił z siebie, irracjonalnie bojąc się spojrzeć jej w oczy. Nie chciał widzieć tej pogardy, odrzucenia, zimnej obojętności. Na więcej nie mógł liczyć, nawet spojrzenie Meduzy nie zostało dlań przewidziane, a Avery wolałby już dostrzegać buchającą z Laidan żądzę mordu niż raniącą ambiwalencję. Z nią nie mógł walczyć, bo jakże mierzyć się z wrogiem, którego nie można trafić, drasnąć czy choćby sprowokować. Głupiec; powinien właśnie teraz wgryźć się w jej usta i pocałować po raz ostatni, nie bacząc na to, że wydrapałaby mu oczy czy pazurami rozorała policzki. To byłoby godne pożegnanie, na które... nie był gotowy. Dopóki nie wygłosi przed nią swego trenu; wówczas swobodnie może uznać go za zmarłego.
- Po prostu mnie wysłuchaj - poprosił. Krótko, lakonicznie, nie odwołując się do sumienia matki, nie uderzając we wspaniałą przeszłość, nie przywołując ostatniego życzenia skazańca. 
- Jego już nie ma. Obiecałem ci, klęcząc u twoich stóp. Przysięga jest wiążąca - wyjaśnił, urywanymi zdaniami. Teraz samemu zasłaniając się achillesową tarczą obojętności, chroniącą skuteczniej od innych pancerzy - nie jestem tchórzem, nigdzie nie uciekam. Mam...y córkę - przypomniał, prawie urzędowo, zahaczając o niestosowny żart, z którego zaśmiał się histerycznie - ale jeśli tego sobie życzysz, zadbam, byś nie musiała więcej na mnie patrzeć - rzekł zdecydowanie. Dziwnie spokojny, bo nic gorszego zdarzyć się już nie(?) mogło.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:49

Nienawidziła tego spokoju, jaki nagle spłynął na Samaela, czyniąc z niego człowieka cierpliwego. Wolała, gdy jego oczy niebezpiecznie się iskrzyły, gdy zagryzał usta, tłumiąc cisnące się na nie klątwy i gdy jego duże dłonie zaciskały się odruchowo w pięści, gotowe uderzyć w najbliższą przeszkodę. Widziała w nim wtedy kogoś żywego, pełnego pasji i wręcz artystycznej namiętności: co z tego, że podsycanej chorymi uczuciami. Cel uświęcał środki, choć nie wszystkie i nie zawsze. Dopiero niedawno zaczęła dopisać do tego stwierdzenia drugi człon, doświadczając na własnej skórze gorzkiej porażki z walce z losem. Nie zawsze im sprzyjał. Nie zawsze kierował światem tak, jak oczekiwali. Może dlatego, że nie było już ich?. Samael złamał przysięgę, którą złożyli bóstwom własną krwią, nastały więc czasy zemsty. Skupiającej się na Laidan, dającej życie zgniłemu owocowi kazirodztwa; dziecku, stającego w opozycji do wszelkich zasad, jakich obiecywali przestrzegać, uwznioślając dumę arystokracji o najczystszej krwi. Spopielił umowę, podążając za plugawym pragnieniem, które zaspokoił w ciele mężczyzny. Wizja splecionych ciał ciągle powracała do umysłu Lai, czyniąc bliskość Sama wręcz nieznośną, swędzącą, bolesną. Najchętniej odsunęłaby się od niego, ale tylko stabilność ściany za plecami pozwalała jej utrzymać względny spokój. Każdy zbędny gest uruchomiłby lawinę wściekłości, jaka spopieliłaby mężczyznę żywcem. Była gotowa wydrapać mu oczy, odebrać różdżkę a potem wepchnąć mu ją do gardła, pytając, czy tak właśnie czuł się podczas upojnych nocy ze swoim najdroższym przyjacielem. Tylko na to zasługiwał, nie na wysłuchanie jego bredni.
Kolejne zdania rozsierdzały ją jeszcze bardziej. Jak śmiał zachowywać stoicki spokój, jak śmiał patrzeć na nią z bliska i obiecywać po raz kolejny; jak śmiał przywoływać z otchłani tematów tabu postać słodkiej Julienne, będącej niefortunną genetyczną pomyłką? Kochała swoją córkę, lecz ta przypominała o jej słabości, o tym, że nie potrafiła dać ukochanemu mężczyźnie zdrowego potomka, dziedzica, mającego uzupełnić ich idealny ród o kolejne pokolenie.
Z perspektywy czasu poczuła niewyobrażalną ulgę, że tak się stało. Rok depresji, kiedy to potrafiła tylko szlochać i obwiniać się za to nieszczęście, stał się niską ceną za łaskę niepopełniania błędu. Nieprzedłużenia ich linii o kolejnego chłopca, kolejnego pederastę, kolejną hańbę. Wspomnienie o Jill, skwitowane cichym, nieco histerycznym parsknięciem śmiechu, przełamało tamy bezpieczeństwa. Laidan aż prychnęła niczym rozwścieczony kuguchar, po czym wyprostowała dłonie i odepchnęła Samaela od siebie z całej (wątpliwej) siły. Ze skutkiem połowicznym; zapewne w zaskoczeniu cofnął się na tyle, by mogła go wyminąć. Poprawiając szlafrok, zsuwający się jej podczas tej czynności niemal do pasa. Pochwyciła go ze złością i nasunęła na siebie ponownie, przystając dopiero pod przeciwległą ścianą i mierząc bruneta wrogim wzrokiem. Nigdy nie patrzyła na niego w ten sposób. Już nie z obojętnością a z jawną niechęcią, z furią rozjuszonej kotki. Żałowała, że nie ma przy sobie różdżki – tylko niemożliwość korzystania z magii ocaliła w tej chwili łączność głowy Samaela z resztą idealnego ciała. To nic, że nie znała żadnej paskudnej klątwy: rzucałaby każde bolesne zaklęcie, jakie pamiętała, próbując zniszczyć nie tyle swojego syna, co swoją miłość do niego. Słabość, nie pozwalającą jej wyrzucić go od razu za drzwi. Tak przecież powinna zrobić, każąc mu się wynosić. Podjęcie ostatecznej decyzji nie było jednak łatwe, choć wiedziała co powinna zrobić. Musiała jednak poczekać na wyrok Marcolfa, o wiele mądrzejszego i bardziej przewidującego od niej samej. Wiedziała, że nasilone emocje burzą zdrowy rozsądek, choć niczego nie pragnęła bardziej od możliwości zadania Samaelowi bólu, na jaki zasługiwał.
Nie wysyczała jednak żadnej kolejnej obelgi, zaplatając tylko ręce na piersi i sztywno stojąc naprzeciwko niego, a całej jej filigranowej sylwetki buchały najgorsze emocje. – Mów więc - wysyczała wręcz złowieszczo, w końcu zgadzając się na wysłuchanie go. Tylko dlatego, by pozwolić mu naostrzyć na siebie własny nóż. Wątpiła, by powiedział jej coś, co mogłoby zmienić jej opinię i wariujące w niej emocje. Wzmocnione przez jedno słowo, odbijające się dziwnym echem w umyśle. Przysięga.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:51

Kiedy już uspokoił skołatane serce, kiedy mógł przestać zaciskać pięści, z obawy, iż przez przypadek rozłupie jej czaszkę na dwoje, kiedy jego oddech się ustabilizował, Avery zrozumiał, że oto odnalazł drogę do niepogubienia się w sobie. Cierpliwość oraz spokój, cnoty sławione jeszcze przez starożytnych filozofów miały okazać się mu niezwykle pomocne - jemu, zadeklarowanemu hedoniście, nieszczędzącym sobie rozkoszy cielesnych oraz umysłowych. Gwałt fizyczny dostarczał niemal takiej samej przyjemności jak ten psychiczny, gdy wdzierał się przez zasieki kolczastego drutu w meandry ludzkiej percepcji, bełtając ją i mieszając podług swych rozkazów. Laidan jednak była bezpieczna. Niezagrożona ani atakiem słownym, ani ciosem pięści, zdolnym w sekundzie powalić ją na podłogę i doprowadzić do utraty przytomności. Nie musiała lękać się, że zechce posiąść ją wbrew jej woli, że potraktuje ją jak każdą inną kobietę, przedmiot użyteczności publicznej. Nie powinna drżeć o swe myśli, których Avery nie chciał poznawać, nie zamierzał sprawdzać, rozrzedzać, ani naginać dla własnego dobra. Lai zmieniła się w jego oczach diametralnie w ciągu zaledwie kilu chwil, z wyuzdanej kusicielki i nieosiągalnej kochanki, płynnie przejmując rolę matki. Którą zawiódł w najpodlejszy sposób, postępując odrażająco i karygodnie, kiedy zbliżał się w ten sposób z drugim mężczyzną. Miała święte prawo, by go ścigać i domagać się zemsty, pluć ogniem i jak Erynia próbować ściągnąć go do dna piekieł. Zrozumienie i pogodzenie się z tą wiedzą okazało się kluczowe do zachowania rozsądku i nieuciekania się do rozwiązań radykalnych, a na dłuższą metę - również i zgubnych działań. Kamienna fasada już nie drżała z tłumionego szlochu, twardym ciałem nie wstrząsały spazmatyczne dreszcze, gdy pragnął się otrząsnąć, uwolnić, zrzucić z siebie przeklęte jarzmo, nałożone na niego kajdanami znienawidzonego słowa. Przyzwyczaił się już do jego brzmienia, które pewnie niedługo pieściłoby jego uszy, gdyby okazał się jednak do cna zepsuty i przeciwstawił prawdziwe wartości nad zwykłą, ludzką przyjemność. Musiałby jednak wówczas rzeczywiście nie posiadać serca, czy też raczej, ów organ toczony byłby przez jakiś paskudny grzyb, zakładający Avery'emu przedziwny kaganiec moralnego relatywizmu. Który przecież nie istniał a na pewno nie zakładał opowiadania się wobec równie delikatnego etycznego dylematu. Rozwiązywanego przez nich zaciekle, z użyciem zębów i paznokci. Każdy chwyt stawał się dozwolony; degrengolada i dehumanizacja (jego za przewinę, jej za brak miłosierdzia bliźniego?) w tych niezwykłych warunkach była usprawiedliwiona, nawet jeśli oboje zdawali się już spisani na straty. Pozwalał się jej odepchnąć, niemalże potulnie przyjmując na swej klatce piersiowej ciężar drobnych dłoni. Już nie pieszczotliwy dotyk, nie stanowcze przyciągnięcie go do swego ciała a zdecydowane postawienie granicy, odseparowanie ciał i wyraźne zaznaczenie, że każdy krok bliżej w jej stronę poskutkuje nieprzyjemnym obrażeniem. Jeszcze mógł chwycić ją za delikatną rękę i uniemożliwić ryzykowny manewr, na powrót przypierając do ściany. Jeszcze mógł pokazać jej przemocą, że wcale nie utracił męskości. Jeszcze mógł odkryć jej ramiona i zerwać szlafrok, sięgnąć zachłannie po Laidan, która była jego, nawet jeśli bezrozumnie się przed tym buntowała. I tak zapewne by zrobił, lecz przechodził kryzys, jaki nakazywał mu stawiać matkę daleko przed sobą. Jej szczęście, jej bezpieczeństwo, jej spokój. Który burzył, wywołując na jej twarzy uczucie. Oddychał z ulgą, że jednak pozostała do nich zdolna, że może jednak nie wszystko stracone, kiedy otrzymywał przyzwolenie na pożegnanie z przeszłością.
-Kocham cię - rzekł, patrząc jej prosto w oczy, w przesycone furią i bezbrzeżnym gniewem. W jego tęczówkach (jej lustrzanym odbiciu) malowała się tylko dziwna... bezbronność? - kłamałem dla ciebie. Zabiłem dla ciebie - mówił Samael, nie uginając się ani odrobinę, choć Lai zdawała się rosnąć, podczas gdy on malał z sekundy na sekundę - oddałem ci się cały, zapewniłem, że uczynię cokolwiek zechcesz. I dotrzymam słowa - rzekł, prostując się dumnie, jakby w oczekiwaniu na salwę plutonu egzekucyjnego - kogo krzywdzisz, mamo?- spytał, niemal ze łzami w oczach, zwilżając językiem spierzchnięte wargi - błagam, ze mną uczyń co tylko ci się spodoba, lecz nie rań już siebie - poprosił - dość przeze mnie wycierpiałaś - zakończył, chyląc głowę w pokorze, przepraszając za swą śmiałość, za bezczelność, iż ważył się wysunąć w jej kierunku żądania. Nawet, jeśli kierowała nim zwykła troska o ukochaną matkę.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:52

Nie chciała słuchać tego, co miał jej do powiedzenia, dziwnie pewna, że wypowiedziane przez niego słowa znów przyniosą jej tylko ból. Miała dość wymówek, miękkiego tłumaczenia swego czynu czy nawet rozpaczliwych przeprosin. Jej serce, kiedyś rozognione, płonące dzikim, nieokiełznanym pożądaniem Samaela – nie tylko tym fizycznym; pragnęła go przecież w całości, z jego umysłem, siłą, zdecydowaniem, mądrością – teraz skostniało, będąc przygnębiającym reliktem przeszłości. Życie boleśnie wyżęło ją z jakiekolwiek słabości, która popchnęła ją do ofiarowania się synowi w każdym aspekcie. Bez klauzuli, bez konkretnych wytycznych, bez rozsądnego przygotowywania dróg ewakuacji. Związała się z nim ściśle, dzieląc z nim plany, marzenia, najskrytsze sekrety. Otrzymał wszystko, ba, nawet więcej, więcej niż śmiałby od niej poprosić. A w zamian za niemożliwą w swej sile miłość otrzymała bolesne pchnięcie zardzewiałym sztyletem prosto między żebra.
Wolałaby naprawdę umrzeć niż przechodzić przez psychiczne męczarnie, czyniące ją kimś innym. Mogła przybierać przeróżne maski, doskonale pasujące do królowej lodu – czyż nie straciła na dobre serca? – ale i tak wewnętrznie szarpała się z własnymi uczuciami, przelewającymi się przez nią silnymi falami. Obrzydzenie, litość, nienawiść, miłość, pogarda, obojętność. Kalejdoskop emocji męczył ją niesamowicie, wzmagając tylko frustrujące głosy w głowie, szepczące o innych tragediach. O oświeceniu Reagana, o przeklętej Eilis, o politycznych zmianach na londyńskiej arenie władz. Każdy fundament, na którym budowała swój łuk triumfalny, drżał w posadach, grożąc pogrzebaniem żywcem nie tylko samej Laidan, ale i przyszłości, jaką planowała z Marcolfem dla ich dziecka. Dla pierworodnego syna, mającego wzmocnić ród i uczynić go jeszcze wspanialszym.
Właściwie tylko dlatego zgodziła się go wysłuchać. Chociaż przekreślił swoje boskie pochodzenie, ciągle przecież widziała w nim cień dawnego Samaela. Teraz dziwnie drżącego, wręcz chłopięcego w swoich wyznaniach. Mówił je z wzruszoną powagą, jak wtedy, gdy miał jedenaście lat i obiecywał Laidan, że będzie codziennie pisał do niej długie listy, że nie zapomni o niej w Hogwarcie, że najchętniej rzuciłby jej do stóp cały świat, byleby tylko nie roniła łez po jego wyjeździe. Widziała w jego oczach tamtą delikatność i niemalże magiczną wiarę w to, że jest wszechmocny i jego działanie może uchronić ukochaną matkę od cierpienia. Nie powinna dać złapać się na ten melodramatyzm, lecz jej psychika odruchowo chłonęła każdą zgłoskę, będącą kojącym lekiem na wewnętrzny koszmar. Lekiem zbawiennym, ale po tak głębokiej ranie i tak pozostawała szpecąca blizna, niemożliwa do usunięcia, narywająca przy najdrobniejszym wspomnieniu o akcie przemocy, w jakim została stworzona.
Potrzebowała tego wyznania, tego przypomnienia o tym, czego dokonał i co jej obiecał. Nie wybaczyła mu, nie zapomniała tego, co uczynił, ale po raz pierwszy od bardzo dawna oddychała lżej, bez dławiącego zaciśnięcia krtani. Nie poruszyła się jednak, nie wykonała żadnego pojednawczego gestu. Przez chwilę jej twarz złagodniała, a wściekłość iskrząca z oczu zmieniła się w kobiece łzawe rozżalanie, jak wtedy, gdy Samael stłukł kolano albo gdy oglądała wyjątkowo poruszające dzieło malarskie, przywołujące obraz spoczywającego na marach Marcolfa.
- Ostateczna decyzja należy do ojca. Nie sprzeciwię się jej. Rozmawiał już z tobą? – spytała po bardzo długiej chwili napiętego milczenia, kiedy to próbowała uspokoić wewnętrzne rozedrganie. Za dużo czułości, za dużo miękkości; nie tego pragnęła jej silniejsza strona. Paradoksalnie wolałaby zobaczyć w oczach Samaela gniewne błyski niż pokorę. Stracił w jej oczach swoją męskość i chociaż przywołanie (niespecjalnie?) dziecięcości złagodziło jej furię, wytrącając oręż z bladych dłoni pianistki, to nie pomogło w przywróceniu szacunku do swojego syna. Tak, syna, patrzyła teraz na niego wielkimi, poruszonymi oczami zranionej matki, próbującej pogodzić się z grzechami najukochańszej latorośli. Ale…czy nie była to i tak wystarczająca łaska, w porównaniu z torturami, jakie planowała dla niego całkiem niedawno? Chciała dodać coś jeszcze, lecz powstrzymała konkretyzujące się w jej umyśle plany, z drżeniem serca oczekując odpowiedzi. Wyczuwała ją w aurze tego napiętego spotkania: nie śmiałby ponownie prosić ją o wybaczenie bez mocnego bodźca, bez nadziei, jaką ktoś mógł wzbudzić w jego sercu.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:53

Nie postradał jeszcze zmysłów, choć niewiele brakowało, by można go posądzić o chorobę psychiczną, wygnać z kraju i wymazać nazwisko z rodzinnych kronik. Tak zapewne byłoby lepiej, gdyby stał się marą, duchem, bezcielesnym widmem, gdyby rozpłynął się, nie pozostawiając żadnego śladu swojej bytności. Uszczęśliwiłby Laidan, odjąwszy od niej wszelkie wspomnienia, utkane z tkliwym wzruszeniem pamiątki ich przemijającego uczucia. Postąpiłby szlachetnie, gdyby targnął się na percepcję swojej matki, jeśli aktem brutalności, wydarcia z niej tajemnic umysłu i podporządkowania go swoim rozkazom, uwolniłby ją od tego cierpienia. Nie kłamstwami, nie oszustwem, nie zacierając przed nią występek, jakiego się dopuścił, splugawiwszy honor Averych. Powinien wymazać z jej pamięci minione lata i wyryć w niej swój obraz jako syna znienawidzonego. Niegodnego macierzyńskiej miłości już wcześniej, pomijanego, ignorowanego, niezauważanego. Po takim potomku nie lałaby więcej łez, jego zdrada nie zabolałaby równie mocno. Samael zawahał się momentalnie, wyczuwając różdżkę bezpiecznie tkwiącą w kieszeni spodni i kusząco zachęcającą do... dokonania rytuału oczyszczenia? Już raz przecież podniósł na nią rękę, był do tego zdolny i nie mogłaby go powstrzymać przed wyrwaniem sobie serca. Które wolał jednak załatać niż stworzyć na nowo. Nieumiejętną ręką, drżącą ze wzruszenia i silnych emocji dłonią, ale naiwna łatwowierność, zatwardziałość i upór (zawsze dostawał to, czego chciał) plątała jego chaotyczne plany. Zmieniające się co sekundę, zależnie od każdego grymasu i zmarszczki mimicznej pojawiającej się na twarzy Laidan. Coraz trudniej było mu odcyfrowywać jej uczucia, choć instynktownie wyczuwał rozedrganie, wahanie i niepewność. On również się z nimi zmagał, na oślep zadając ciosy i także ślepo broniąc się przed każdym niespodziewanym napadem słabości. Trząsł się jak epileptyk w trakcie ataku, wewnętrznie wijąc się w konwulsjach, p r z e r a ż o n y, że i ta ostatnia nadzieja zawiedzie i już na zawsze pogrzebie go pod gruzami tego, co kiedyś gloryfikował i nazywał miłością. 
Księgi zbójeckie głosiły prawdę, przekonał się o tym po długich latach, a wraz z objawieniem, przyszła okrutna świadomość, iż wcale nie jest niezwykły. Laidan była niezwykła a Samael pozostawał pod jej władaniem, po prostu łudząc się, iż to on nad nią panuje. Abdykował ze swego tronu jednak z własnej woli, z godnością usuwając się z zaszczytnego miejsca. Starając się uratować wszystkie swoje największe skarby; wspinając się na wyżyny erudycji, poruszając chybotliwe struny wrażliwszej, matczynej strony Laidan próbował zaciekle uchronić -  ją od popełnienia wielkiego błędu, siebie -  od całkowitego odsunięcia od ukochanej matki. Nieznośnej, kolejny dowód jego szaleństwa, bo czyż gdyby był nadal w pełni władz umysłowych, pozwalałby jej na takie zniewagi? Wtedy zapewne nawet szacunek i miłość (teraz nadużywana i niewiele warta, niczym pusty slogan, zupełnie inna od tej, która spinała ze sobą ich ciała i wiązała dusze ostrym aktem wypowiedzenia posłuszeństwa bogom) nie uratowałyby jej od wyegzekwowania odpowiedzialności. Nieraz już przecież szalał z zazdrości, nieraz dawał jej odczuć swój gniew, ale obecnie... musiał ją odzyskać przede wszystkim jako matkę. W pierwszej kolejności.
-Oddał mój los w twoje ręce - odparł po długim milczeniu. Nie zastanawiał się nad łgarstwem, nie zamierzał już więcej jej oszukiwać, nie chciał kłamać ani plugawić pamięci ojca, wkładając w jego usta swoje słowa. Paradoksalne następstwo upływającego czasu; Marcolf wydał mu się nagle tym łagodnym rodzicem, pobłażającym występkom. Za jego życia było przecież zupełnie odwrotnie, każda przewina spotykała się z jego gniewem i Lai zawsze odsyłała Samaela do dziadka, aby odebrał swoją karę. Avery nigdy nie bał się szczególnie, rozumiejąc, iż nikt nie chce jego krzywdy - a dwie dekady później wręcz spalał się z niepokoju z orzeczenia słabej przecież i bezbronnej kobiety. Która kiedyś gotowa była w jego obronie wydrapać komuś oczy, wydobyć na wierzch wnętrzności i rozszarpać serce a dziś stawała się mścicielką i to ku niemu kierowała swoją złość. Zawód. Rozczarowanie. To wstrząsnęło nim do reszty i nawet nie schylił się, by z szacunkiem ucałować jej dłonie. Jeszcze na to nie zasłużył.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    01.06.16 19:54

Nigdy nie przypuszczała, że okrutny los umieści ją w tak podłej sytuacji, że postawi ją naprzeciwko ukochanego syna i zaleje potężnym bólem. Nie odczuwała żadnej radości z tego spotkania, nie śledziła rysów jego twarzy z matczyną dumą ze stworzenia tak idealnego arcydzieła, nie rozchylała ust w niemym pragnieniu bliskości, nie drżała z wymuszonego dystansu pomiędzy ich ciałami. Trzęsła się wyłącznie w cierpieniu, w tej powolnej torturze rodzicielskiej miłości, wydobywającej z dotychczasowego oceanu uczuć to całkiem nowe. Gniew, pogarda, obrzydzenie, zawód i rozpacz ciągle zalewały falami jej umysł, ale w tej konkretnej chwili najsilniej odczuwała litość, wzbogaconą tylko kobiecym wzruszeniem. Gdzieś w tle paliły się fundamenty świata Averych a żółć niechęci zatruwała do tej pory nieskażony strumień miłości Laidan nie mogła nic na to poradzić, pozostając bierną wobec rozszalałej wewnątrz burzy, mającej zmieść z powierzchni ziemi niegodnego dziedzica, hańbiącego swym występkiem nieskalany ród. Stał przed nią człowiek skończony, zaprzedający duszę najpodlejszym czynnością, których najsubtelniejsza wizja wywoływała w Lai mdłości; stał przed nią zdrajca, plugawy łgarz i…jej syn.
Ukochany, jedyny; trzymała go na rękach, całowała miękką skórę, śpiewała kołysanki, osłaniała własnymi ramionami przed zagrożeniami codzienności, gloryfikowała, uwielbiała, kochała najmocniej, gotowa zaprzedać siebie, by tylko go uszczęśliwić. A on wzgardził tym wszystkim, pędząc na oślep w stronę urwiska. Czy myślał o niej wtedy, gdy rozpoczynał ten przeklęty romans, nie zasługujący nawet na to moralne miano? Czy całował jego usta porównując ich fakturę z miękkością jej warg? Czy szeptał jej do ucha te same drżące prowokacje, którymi dzielił z nim? Nie potrafiła wytrzymać tej świadomości; coś bezpowrotnie złamało się zarówno w jej duszy jak i ciele, obrywając Samaela z nimbu świętości, jaki nad nim roztaczała. Stał się dla niej nikim, wstydliwą częścią rodziny, którą należało zdecydowanie odciąć. Szybko, jednym ruchem, jednym zebraniem i jednogłośnym wydziedziczeniem, bo któż, znając przewiny dziedzica, chciałby ochronić?
Tylko ona. I tylko teraz, jakby magiczne wyznanie miłości celnie trafiło w jedyną wrażliwą część jej obumarłej duszy, wzbudzając w niej powódź emocji, jakich nie znała od wielu, wielu lat. Ból zdradzonej kobiety zmienił się w ból przerażonej matki, widzącej błędy swojego dziecka. Na jej oczach Samael malał, stawał się wątły, zagubiony, zdany tylko na jej łaskę. O ile przed zaledwie kwadransem byłaby gotować miotnąć w niego paskudnym zaklęciem i z radością obserwować jak wije się u jej stóp, wrzeszcząc z bólu palonych wnętrzności, to teraz była bliska płaczu. Zarówno nad sobą jak i nad nim, nad ich przyszłością, nad wiarą, jaką pokładała w swoim synu. Łzy jednak nie pociekły po jej policzkach; dalej wpatrywała się w niego bez ruchu, bez żadnej zmiany mimiki. Drgnęła tylko prawie niezauważalnie, gdy wspomniał o Marcolfie. Ciężar odpowiedzialności znów osiadł na jej ramionach, przytłaczając ją nieprzyjemnie i utrudniając odnalezienie się w nowej rzeczywistości, obdartej z łagodzącej ułudy. Skoro nawet ojciec nie potrafił wybrać odpowiedniej kary, to jak ona mogła temu podołać? Nie miała jednak innego wyjścia, wewnętrznie rozedrgana matczyną rozterką, z pozoru pozostając obojętna i chłodna, choć była pewna, że Samael może odczytać burzę emocji z wilgotnego spojrzenia załzawionych oczu. Słabość pozostała ukryta, lecz przecież nawet aura wokół jej ciała zmieniła natężenie. Rozwścieczona furia uległa przygnębiającemu fatum matczynej miłości , która uratowała Avery’ego przed ostatecznym rozwiązaniem.
- Muszę to przemyśleć – powiedziała w końcu z całą siłą, na jaką było ją stać w tym rozchwianym momencie. W jej głosie nie było rozczulenia, bo to nie ono kierowało jej intencjami, gdy stała przed nim w niemalże rzeźbiarskiej pozie zrozpaczonej matki. – co nie oznacza, że twoja wina została wybaczona. Wręcz przeciwnie – dodała nieco ostrzej, w końcu podnosząc spojrzenie na jego oczy. Kolejne ukłucie bólu, podobieństwo tęczówek, śliczne oczy niewinnego dziecka, które miało ją uszczęśliwić a zadało jej śmiertelny cios. Znów zadrżała na granicy płaczu i wściekłości, lecz zacisnęła nieustępliwie wargi. – Może zasłużysz ponownie na miano mojego dziecka – nie syna, nie dziedzica, nie mężczyzny, dzieckaale będzie to najtrudniejsza droga, na jaką kiedykolwiek wstąpisz w swoim życiu – dodała sucho, a im obojętniej brzmiała, tym silniej łzy cisnęły się do jej oczu. Musiała odwrócić wzrok. Obróciła się do niego plecami, czekając aż wyjdzie z garderoby – nie mógł wiedzieć jej wahania, jej bólu i jej słabości, kiełkującej powoli na spalonej ziemi uczuć.

zt podkówka





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    24.06.16 12:02

| 25 grudnia

Urodziny powinny być dniem całkowicie radosnym, pełnym szczęścia, śmiechu, drogich prezentów i obecności najważniejszych osób, skupionych wokół jubilata z samymi dobrymi intencjami w swych sercach. Dwadzieścia cztery godziny, w czasie których każdy stawał się kimś wyjątkowym, wspaniałym, a kapryśny świat kręcił się wyłącznie wokół świętującej jednostki, przychylając się do jej pragnień. Wiara w spełnione marzenia, czy to wypowiedziane cicho do swojej różdżki, czy te wyszeptane podczas magicznych rocznicowych obrządków, czyniła z tego rytuału przejścia wręcz Wieczystą Przysięgę, składaną właściwie samemu sobie w przyszłości. Gwarantując, że kolejny rok, przybliżający niechybnie do śmierci, będzie tym najlepszym w historii.
Laidan nigdy nie przywiązywała przesadnej wagi do swych urodzin. Jej nawet najskrytsze marzenia spełniały się zaskakująco szybko, nie musiała także wyczekiwać z niecierpliwością tego dnia, gdy oczy wszystkich w końcu zwróciłyby się na nią. Codzienność lady Avery składała się z takiego ciągłego świętowania. Wysyłane bez okazji prezenty, kwiaty, operowe premiery, wystawy ulubionych artystów, hektolitry najlepszego wina przelewane do kryształowych kieliszków, wystawne Sabaty, suknie z luksusowego materiału. Posłuch, władza, zachwyt. Miłość tych, na których jej najbardziej zależało. Strach tych, których pragnęła zniszczyć i wyprosić ze swojego życiowego bankietu, bo przecież cała egzystencja potomkini najwspanialszego rodu była właśnie balem na jej cześć. Słodkie, odurzające opary megalomanii na dobre stępiły zdrowy rozsądek i obiektywizm, pozwalając Laidan witać każdy dzień z przekonaniem, że słońce wschodzi wyłącznie po to, by podkreślić złoto jej loków i oświecić drogę ku kolejnym sukcesom. Po cóż miała odliczać dni do Bożego Narodzenia – nazwa doskonale kompatybilna z datą pojawienia się na świecie malutkiej panienki Avery – skoro każdy dzień był okazją do celebracji? Owszem, lubiła swoje urodziny, ale niewiele różniły się one od pospolitych bankietów, może tylko rangą podarunków przewyższając bezokazyjne prezenty.
W tym roku było jednak inaczej i z każdą godziną, zbliżającą Lai do wspaniałego święta, czuła się coraz gorzej. Zarówno fizycznie – obolała, posiniaczona, rozedrgana – jak i psychicznie. Obydwie słabości musiała umiejętnie ukrywać przed pojawiającymi się w Ludlow gośćmi. Delikatny uśmiech, bardzo zabudowana – zupełnie nie w jej wyzywającym stylu – suknia, odsłaniająca wyłącznie blade dłonie i kawałek szyi, na której zawisnął rodowy klejnot, złote włosy spięte w prosty kok: bez żadnych niesfornych kosmyków, stworzonych do kokieteryjnego poprawiania podczas tańca. Lady Avery prezentowała się nienagannie, lecz było w tej nienaganności coś purytańsko niepasującego, a nawet pomimo luksusowego przepychu biżuterii i materiału zgrzebnego. Jakby wewnętrzna zgryzota mimo wszystko przebijała na zewnątrz albo…jakby chciała się obrzydzić, postarzeć, zabezpieczyć. Reagan obserwował ją przecież bacznie, lecz gdy wybiła północ a coraz więcej zaproszonych gości tańczyło na środku parkietu, będąc już mocno wstawionymi, on także zniknął w swoim gabinecie z duńskim przyjacielem, zapewne planując z nim żonobójstwo. W oparach sproszkowanych pazurów smoka lub opium. Po raz pierwszy w życiu Laidan nie ucieszyła się z jego nieobecności; właściwie w momencie, w którym mąż zniknął z sali balowej, jubilatka także ulotniła się z marmurowego pomieszczenia, śpiesznym krokiem ruszając w kierunku swojej garderoby. By chwilę odpocząć – co przekazała mijanym przyjaciołom – a tak naprawdę, by odsunąć to, co było nieuniknione.
Wykazywała się jednak wielką naiwnością sądząc, że zdoła choć chwilę odetchnąć od napięcia i perspektywy ponownego spotkania Samaela. Ciężkie, dębowe drzwi ledwie zamknęły się za nią a chwilę potem otworzyły się ponownie. Nie odwróciła się w stronę mężczyzny, wpatrując się w wiszące dookoła suknie. Sytuacyjna kalka sprzed kilku dni; aż zmroziło ją na myśl, że wtedy była w stanie rzucić mu pod nogi suknię razem z plugawą obelgą, stawiającą go w roli kobiecej. Wolała chyba dalej dławić się obrzydzeniem i hamować mdłości na widok syna, niż odruchowo drżeć z niepokoju i nie mieć odwagi, by odwrócić się w jego stronę i spojrzeć mu w oczy. Powinna podziękować za piękny obraz? Doszukiwać się w nim drugiego dna? Czy po wspaniałym rozhuśtaniu się nie zamierzał zepchnąć ją prosto na ziemię, by ponownie ją połamać? Nie, nie chciała tego komentować, zaprzeczając całemu swojemu charakterowi i kilkudziesięcioletniemu doświadczeniu: zachowywała się jak mała dziewczynka, po prostu zamykając oczy i marząc, by skrzypnięcie drzwi zwiastowało pojawienie się w pomieszczeniu nadgorliwego skrzata lub zatroskanej Cedriny.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    24.06.16 14:18

Entuzjazm wywołany choinką ustrojoną srebrzystymi elfami minął lata temu, jednakowoż Avery nadal zachował sentyment do Bożego Narodzenia, wspominając świąteczny bankiet jako ulubiony spośród pozostałych rodzinnych spotkań. Częstokroć celebrowany zupełnie inaczej niż przy stole uginającym się pod ciężarem wspaniałych potraw, inaczej niż wirując na parkiecie w bliskości nieco łamiącej konwenanse, na co pozwalał jedynie taniec, inaczej niż wznosząc toasty najstarszą butelką Toujours Pur z pokoleniem jego ojca. Prawdziwe świętowanie zaczynało się za zamkniętymi drzwiami, kiedy wszystkie światła we dworze pogasły i w oknach nie można było dostrzec sylwetki dwóch splecionych ze sobą postaci. Doskonale wykorzystujących czas, otrzymany w prezencie od Reagana.
Zawsze starał się, by te magiczne dwadzieścia cztery godziny były dla Laidan wyjątkowe, z roku na rok przechodząc samego siebie w projektowaniu jej niezwykłych, coraz to wymyślniejszych podarunków. I coraz śmielszego wyrywania kobiety ze szponów zupełnie nieświadomego męża, naturalnie jako część prezentu. Bo czyż Reagan mógł protestować, gdy Samael rzucał do stóp Laidan zaproszenie do paryskiej opery na premierowy spektakl, czyż mógł odmówić żonie wyjazdu do Niderlandów, na szczególną wystawę największych pereł holenderskich artystów? Avery korzystał skrzętnie z każdej nadarzającej się okazji, by umilić matce lecące szybko lata... i uświadomić ą w megalomańskiej pewności, iż jest dla niego jedyna. Niekiedy pośpiesznie, w przerwie między kolejnymi kieliszkami wypijanego wina, niekiedy delektując się słodyczą nieobecności Reagana. Zdarzało się to tak rzadko, że Samael z lubością igrał wtedy z czasem, przeciągając do niemożliwości każdą czynność, z udziałem ich obojga. Całował ją godzinami, równie długo rozbierał, powoli rozdziewając z kolejnych elementów garderoby i rozczesywał złociste włosy, bawiąc się nimi i układając w fantazyjne sploty. Nie myśląc wcale o ewentualnym finale, w jakim napięty pukiel owinie się wokół jego dłoni, a on będzie za nie ciągnął, wsłuchany w gorące jęki podniecenia. Tego szczególnego grudniowego dnia cały oddawał się Laidan, spragniony jej marzeń i głodny ich zaspokojenia. Co do joty; właśnie tutaj popełnił błąd podstawowy, dając się omotać kobiecie i pozostając na każde, najmniejsze jej skinienie. Dwadzieścia cztery godziny mogły odebrać mu honor, gdy starał się jeszcze bardziej, robiąc wszystko, byle tylko przychylić Lai nieba. Obojętnie, czy miało kosztować to życie jego, czy kogoś pozbawionego znaczenia. Zawsze mogła prosić o wszystko, lecz w swoje urodziny matka musiała ostrożnie ważyć słowa, bowiem wówczas Samael rzeczywiście spełniał każdą jej prośbę. Czy to najskrytszą, zdradzoną wcześniej zupełnym mimochodem, czy też wyrwaną spomiędzy drżących ust w trakcie świętowania przy kieliszku musującego szampana.
W tym roku również miał dla niej prezent, aczkolwiek w niepamięć odeszło nadskakiwanie fanaberiom i znoszenie niewieściego kapryszenia. Avery był zdecydowany zachować dystans konieczny i niezbędny do tego, by Lai znowu nie poczuła, że zerwała się z łańcucha. Choć bolało go serce, musiał zachować obojętność oraz twardość, nie dając jej znać żadnej słabości. Wydarzenia rozgrywające się w Ludlow zaledwie wczoraj znacznie ułatwiły Samaelowi odnalezienie się w nowej sytuacji i powzięcie odpowiednich decyzji, jakie miały również Laidan pomóc wydostać się z otchłani. Za odpowiednią cenę.
Nawet w rodzinie nie było nic za darmo; skoro on miał zapracować na nazwisko, on winna harować w pocie czoła na ponowne przyjęcie w ramiona jak kochankę. Skrzywionym spojrzeniem postrzegał ją niestety w kategoriach kobiety fatalnej i choć serce wciąż kapryśnie się ku niej skłaniało, Avery stopował irracjonalne odruchy, nie okazując ani ciepła, ani litości. Nie dał Lai powodów do niepokoju, pojawiając się w rodzinnym dworze nieco spóźniony. Nie chciał wdawać się w tango z Reaganem, woląc oglądać Laidan samotną. Roztrzaskaną. Załamaną. Rozbitą. Przybył do zamku Ludlow w idealnym momencie, obserwując jak jego gwiazda umyka z parkietu, długimi korytarzami zmierzając wprost do garderoby. Pewnie słyszała, jak podąża za nią, bo nie starał się ukryć swej obecności, lecz matka uparcie odmawiała spojrzenia prawdzie w oczy. Dosłownie. Nienawidził, jak unikała jego wzroku, ale obiecał sobie, że jej nie krzywdzi, a z racji urodzin zaopatrzyła się w taryfę ulgową. Sprytne?
- Wszystkiego najlepszego, Laidan - powiedział, obracając ją twarzą do siebie, z zadowolonym uśmiechem wymalowanym na brodatym obliczu. Nie powinna panikować, chciał dla niej jak najlepiej, ale zanim przeszedł do sedna (cóż to za urodziny bez podarunków?), postanowił sprawdzić, jak wyuczyła się wczorajszej lekcji. Podsuwając matce rękę do pocałunku wyłącznie egzekwował narzucone niedawno zasady. Szczególnie go nie obchodziło, czy z szacunkiem ucałuje jego pierścień, czy też znowu obtłucze sobie kolana na twardej podłodze.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Laidan Avery
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery http://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 http://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni http://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
mecenas i krytyk sztuki
48 lat
Szlachetna
Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
5
12
0
0
0
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Garderoba    25.06.16 22:42

Przeczuwała, że mimo wszystko pojawi się na jej urodzinach, ale jakaś część jej niezniszczonej jeszcze duszy próbowała odsunąć od siebie ten kielich goryczy jak najdalej, uporczywie nie chcąc przyjąć do wiadomości szalonej zmiany, jaka zaszła wczoraj w życiu Laidan, gasząc gorący płomień nienawiści fioletową chmurą strachu. Pamiętała jeszcze mocny nacisk dłoni na karku, karcący, nakazujący ugiąć kolana i poddać się czyjejś woli. Nawet Marcolf w całej swojej stanowczości i konserwatywnym postrzeganiu kobiet - zaryzykowałaby stwierdzeniem, że nienawidził żeńskiego rodzaju mocniej od charłaczych gnid - nigdy nie dopuścił się podobnego traktowania. Bywał na nią zły, bywał zawiedziony, ale okazywał jej szacunek, godny wybrance i córce zarazem, mając przecież znacznie większe prawo do wymierzania kary od Samaela. Hańbiącego ród, plugawiącego własną męskość, opadającego na samo dno gnijącego kompostu, gdzie wyrzucano ludzkie odpadki, niezasługujące nawet na człowiecze miano. Tak postrzegała go do wczoraj i sądziła, że nic nie jest w stanie zepchnąć ją z drżącego tronu pogardy. Los jednak boleśnie pokazywał jej własną głupotę, najpierw popychając w stronę prawdy Reagana a następnie niszcząc całkowicie każdy detal pięknego świata, zbudowanego na niby niezniszczalnych podstawach. Nic już nie było pewne, nic już nie było święte; nie istniało żadne sacrum. Sam spalił wszystko doszczętnie, wciągając w pożogę także i Laidan, jakby nie mogąc znieść osamotnienia w cierpieniu. Egoistyczne, samcze i absolutnie zrozumiałe - o ile lady Avery potrafiłaby spojrzeć na całą tragedię z dystansu, dyskretnie oglądając ją z najwyższej loży. Zapewne doradzałaby swojej bohaterce zemstę lub ucieczkę, ale przebywając na środku sceny zbyt mocno obciążały ją konsekwencje i wirujący wokół chaos. Nie wiedziała już co czuje, czego pragnie, co stanowi dla niej najwyższą wartość, za co chce się poświęcić. Strach prześlizgiwał się przez ciało z każdym oddechem, nie pozwalając na spokojne zebranie myśli. Reagan, Samael, rodzina, honor, przeszłość, Marcolf, ból, pogarda, zdrada, strach: potrafiła myśleć tylko urywkami, które nie łączyły się w żadną całość. Piekło pochłonęło ją za życia, spalając wieczystym płomieniem każde marzenie i każdą pewność, jaką wybrała lub jaką jej wpojono. Została całkiem sama, obdarta z siły, sponiewierana i wrzucona w nowy, nieznany świat, działający na zupełnie niezrozumiałych zasadach.
Powinna przecież cieszyć się ze swoich urodzin, wyczekując chwili odosobnienia, by móc w pełni świętować ten ważny dzień z tym, którego naprawdę kochała. Całować ciepłe, chętne usta, drżeć pod wpływem dotyku ciepłych palców, śmiać się cicho, dźwięcznie w odpowiedzi na szczery komplement. Śmiało planować przyszłość, opierać zarumieniony policzek o męskie ramię, tańczyć do upadłego, pić najlepsze wino a potem kochać się nieśpiesznie, wręcz leniwie, obserwując potem przez długie godziny światło świecy, tańczące na bogato zdobionej sufitowej rozecie. Szczęśliwe chwile należały jednak do zamierzchłej (wczorajszej) przeszłości. Tu i teraz skręcała się ze spowodowanych strachem mdłości a dźwięk zbliżających się kroków bębnił w jej uszach złowieszczą zapowiedzią kolejnej porcji cierpienia. Ramiona spięły się odruchowo, gdy zacisnęły się na nich ręce Samaela, odwracając ją nad wyraz delikatnie - w porównaniu do wczorajszych wydarzeń - w swoją stronę.
Spojrzała na jego twarz tylko przelotnie, uciekając od razu wzrokiem gdzieś w bok, na wystawne suknie, stukrotnie bardziej wyzywające od tej, jaką miała na sobie. Niczym zbroję, habit, materiałową ochronę przed nim, do niedawna dumnie szczycącym się mianem jej syna. Obecnie nie wiedziała, kogo przed sobą widzi. Mężczyznę, kata, kogoś obcego, kogoś dalekiego? Nawet nie drgnęła, gdy uroczym tonem złożył jej życzenia ani gdy unosił swoją dłoń. Upokorzenie zawrzało w ciele Laidan, spinając mięśnie jeszcze bardziej, ale duma rozmywała się w zwykłym, żałosnym strachu. Nie mogła pozwolić sobie na sprzeciw, nie teraz, nie w dworze pełnym ludzi, nie przy Samaelu uśmiechającym się z szaleńczym triumfem, silniejszym nawet od wczorajszego. Przez kilka długich sekund nie poruszała się z miejsca, tępo wpatrzona gdzieś w bok i dopiero w ostatniej drżącej sekundzie - gdy niemalże wyczuwała okrutne szarpnięcie jej na ziemię - pochyliła pokornie głowę, muskając spierzchniętymi, nieumalowanymi ustami wierzch dłoni mężczyzny. Ostry rumieniec zalał jej twarz, ale mimo wszystko wyprostowała kark, powracając do wpatrywania się w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Niczym wystraszone, niewychowane szczenię, wrzucone do nowego, nieznanego pokoju, w którym mogły spotkać go tylko przykrości.





when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Garderoba    26.06.16 17:45

Wzburzenie, jakim zrosił ją poprzedniego wieczora wyparowało już zupełnie, nie pozostawiając po sobie żadnego namacalnego śladu. Oboje wyglądali na idealnie opanowanych - ale na pewno nie na szczęśliwych z powodu spotkania nieprzypadkowego, wyczekiwanego jednakowoż tylko jedną ze stron z niecierpliwością. Oczywiście, mógł się mylić. Jemu zależało, aczkolwiek i Laidan miała pewne powody, by pożądać konfrontacji z synem. Avery niezwykle szybko kalkulował rozbiegane myśli i wysnuwał pewne, jeszcze dość chwiejne teorie, w świetle których, wszystko, czego kobieta pragnęła w tym momencie, to błyskawiczne rozeznanie w ustanowionym przez niego porządku oraz zaznanie spokoju. Samael nie zamierzał jej go darować; powinna zapracować nań ciężką pracą i wzorcowym zachowaniem. Niewielki, wręcz śmieszny wet z znoszenie okropieństw z jej strony, ale Avery wiedział, iż należy ponosić pewne ofiary. Swoją złożył za czyny haniebne, teraz zaś nadchodziła kolej Laidan, by odpokutować za upokorzenia mężczyzny, który był przecież jej panem i władcą. Nawet, jeśli nie w świetle prawa (i to wkrótce miało się zmienić), to przecież role rozdali już dawno i kobieta otrzymała sporo czasu, by przywyknąć do swojej. I jeśli nie chciała jej polubić, mogła wyuczyć się na pamięć wymagającego skryptu i po prostu mieć nadzieję, iż Samael nie zauważy w niej sztuczności ani zbytniej mechanizacji. Niekompetencja Laidan zaburzyła całą koncepcję - na całe szczęście, Avery posiadał w sobie dość werwy, by zapobiec doszczętnej katastrofie i sprowadzeniu na nich ruiny.
Postępek dość podły (nawet on się do tego przyznawał) służył jednak celo wyższym, niż zaspokojeniu męskiej żądzy. Okazał się doprawdy wstrzemięźliwy, poszcząc tygodniami i odprawiając również własną żonę; chuć stanowiła prędzej efekt, aniżeli przyczynę zawłaszczenia Laidan. Nagłego, gwałtownego, niespodziewanego i brutalnego. Zapewne tak zachowywali się najeźdźcy, plądrując miasto i gwałcąc miejscowe kobiety - z jedną, wcale nie tak drobną różnicą. Lai wbrew pozorom nie była tępą białogłową i wiedziała, że splugawienie jej ciała wcale nie wypływało z prymitywnej potrzeby zaznania seksualnego spełnienia. Musiała wyciągnąć pewne wnioski z tego, jak łatwo wykorzystał ją jej własny syn, z jaką lekkością podporządkował ją swej własnej woli, jak szybko pękła w jego mocnych dłoniach i rozsypała się w proch. Z cynicznej, okrutnej władczyni przeistaczając się w uległą, pokorną służebnicę, chętnie lądującą przed nim na kolanach. Avery nie planował wówczas tego policzka, który jednak zadział się bardzo naturalnie, jako oczywiste następstwo nierozważnej próby zbuntowania się przeciwko niemu. Zdarcie z niej szat razem z godnością, pozbawienie każdego przywileju, jakim cieszyła się dotychczas stało się priorytetem Samaela, realizowanym niezwykle sukcesywnie. Najpierw dostał jej ciało, obdarowując Lai nie tylko sobą, ale i cierpkim strumieniem bólu, wbijającym się w bladą skórę wleczoną po deskach i pulsującym w uderzonej potylicy Wraz z dzikim hukiem tego cierpienia, wypełniającego kobietę razem z nim, jakby kradli ją dla siebie w różnym rytmie, wydzierając sobie zdobycz z rąk, walcząc o to, kto zweryfikuje, czy aby na pewno wbicie do głowy świętych prawd nieco ją naprostowało. Zwrócił się Avery'emu ten wysiłek; strącenie Laidan z (pozornie) nietykalnego piedestału ponownie stworzyło mu możliwość wyniesienia się na szczyty. Szczyt rozkoszy osiągnął, kiedy po długiej abstynencji nasycił się swoją kochanką; szczyt zadowolenia nadszedł, kiedy matka klęcząc całowała jego buty. Już zdołał przewyższyć Lai, aspirując ponownie do miejsca pomiędzy bogami. Czyż zresztą już nie zdołał tego osiągnąć, skoro lady Avery (tak przypuszczał, bo przecież była rozsądna) modliła się do niego o miłosierdzie?
Słusznie okazując strach. Nie tylko szacunek, ale i lęk, promieniujący z drobnego ciała, którym znowu potrząsał tak, jak chciał, obłapiając kobietę wręcz wulgarnie, podkreślając wagę tego, co zaszło ledwie wczoraj. I ostrzegając, iż może spotkać to ją ponownie, o ile wyrzeknie się zasad, które jej narzucił. Zabudowana suknia nie stanowiła przecież przeszkody, ale Avery i tym zasiewaniem niepokoju znudził się po chwili, czując zresztą buchającą od Laidan niechęć i spięcie. Prychnął cicho, ale spoglądając na matkę, na jego obliczu nie malowała się już pogarda - błyskawicznie zastąpiona stonowaną radością, do jakiej przyzwyczaił ją lata temu. Pocałunek przyjął łaskawie - cóż, zawsze mógł wepchnąć jej pięść do gardła, wybijając wszystkie zęby - pozwalając kobiecie się wyprostować i stanąć przed nim z tą śmieszną godnością, którą Lai zawsze zasłaniała się w sytuacjach kryzysowych.
- Opowiedz mi, jak spędzaliśmy twoje urodziny rok temu - zażądał, postanawiając nieco przedłużyć ich intymne sam na sam - ze wszystkim szczegółami - uściślił, obrysowując dłonią jej smukłą talię - i masz na mnie patrzeć - wyraził ostatnie życzenie, choć to przecież nie on celebrował rocznicę swego pojawienia się na świecie. Nie miał jednak żadnych skrupułów, przed kradzieżą Laidan tego święta i wypowiedzeniem swoich pragnień. Miał pewność, że zostaną spełnione co do joty.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Garderoba

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Garderoba
» Garderoba Lilith

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17