Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Gabinet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Gabinet   01.06.16 20:43

Gabinet

Gabinet Avery'ego jest znacznie nowocześniejszy od pozostałych pokoi we dworze, a także stosunkowo lżejszy, nie przytłacza ani swymi rozmiarami, ani bogactwem wnętrza, pozwalając skupić się wyłącznie na pracy. Króluje tu minimalizm, zarówno ściany, jak i meble są utrzymane w ciepłych odcieniach kości słoniowej pomieszane z rodowymi szarościami.  






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.


Ostatnio zmieniony przez Samael Avery dnia 11.01.17 22:36, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:44

| i 22 grudnia

Tegoroczna tęga zima skutecznie odgrodziła jego posiadłość od świata, jakby i pogoda zaczęła podlegać rozkazom i zachciankom Samaela. Skuta lodem ziemia, zmarznięta roślinność, wysokie zaspy twardego, zbitego śniegu tworzyły naturalne ufortyfikowanie, zniechęcające do przedzierania się ku nieprzyjaznemu dworkowi, który zamknięty na cztery spusty, stał głuchy i niemy, przypominając opuszczoną, nawiedzoną siedzibę starszego pokolenia Averych, zmieniających niewinnych mugoli w kamienne statuy. Oszronione rzeźby chroniły drogi do rezydencji, ostrzegając, że w środku kryje się bezwzględna Gorgona, samym spojrzeniem zdolna wydrzeć życie i uchwycić jego ulotność w zdrętwiałych członkach niemych posągów. Przedświąteczna aura uśpiła jednak potwora czyhającego w zamku; Samael nie wyczekiwał żadnych atrakcji, nie ekscytował się już świadomością, że niedługo pod drzwi ściągną tłumy żebraków, wyciągających rękę po jałmużnę, nie napawał się myślą, iż jego słowo wystarczy, by oćwiczyć tych głupców i pozwolić im zamarznąć a zlodowaciałe, sine zwłoki wystawić na widok publiczny ku przestrodze, by nie nachodzić srogiego dziedzica. Tak postępowano za jego pradziada i Avery śmiało kontynuował okrutną tradycję, lecz dwa miesiące poprzedzające czarowny czas Bożego Narodzenia wyzuło go zupełnie z myśli o czymkolwiek, kimkolwiek innym od Laidan. Znosił nawet naprzykrzającą mu się żonę, zostawiając ją we względnym spokoju i separując się od niej niezliczonymi korytarzami oraz schodami, zaszywając się w odległym skrzydle dworu. Nie chciał widzieć nikogo; wyłącznie Julienne miała wstęp do jego komnat, a inni... nie pojawiał się w pracy i zapewne sądzono, iż zmogła go niezwykle ciężka choroba, jak rozkazał przekazać Eilis, odzywając się do niej pierwszy raz od ich ostatniego pożycia. Nie skłamał, leżał porażony ciężarem miłości, przykuty do łoża, majaczący i tęskniący do Lai. Przestał przyjmować pokarmy, jakby post miał być jego pokutą; marniał i słabł z dnia na dzień a wyostrzone rysy i płonący wzrok jeszcze bardziej uwydatniał podobieństwo syna do ojca. Nienawidził swego spojrzenia w lustrze i w przypływie szału potłukł każde zwierciadło we dworze, nie zważając na grożące mu siedem lat nieszczęścia, bo przecież nic gorszego spotkać go już nie mogło. Prócz pozostawienia nieuregulowanych zaległości i niespłaconych długów. Lakoniczne wezwanie nie powinno go już dziwić, Avery choć był erudytą nie znosił marnowania cennych słów do komunikacji oczywistości. Wyrażonych jednym słowem, starannie wykaligrafowanym na skrawku pergaminu i okraszonym niewielkim kleksem atramentu tuż przy jego podpisie, jakby wahał się, czy postępuje właściwie. Jednak przy tym, czego się dopuścił... dopuścili, obalając przedmurze złotych szlacheckich zasad, nic nie mogło zepchnąć ich niżej w otchłań, do kolejnej czeluści Malebolge. 
Nie powitał Colina jak zwykle, nie wysłał nawet skrzata, aby go ku niemu poprowadził i... nie uczynił tego z lekceważenia a z czystej świadomości, iż przyjaciel zna go doskonale i zrozumie, że Avery nie chce widzieć nikogo, poza nim i że odnajdzie go we dworze, mimo niezliczonych ilości komnat. Nie czekał długo; pozbawiony zajęcia, sztywno oczekując jego przybycia liczył kroki, jakie Fawley stawiał na drewnianej podłodze, obserwował, jak powoli przekręca się klamka w solidnych drzwiach i nareszcie miał przed sobą oblicze Colina. Bluźnił, ale brakowało mu go niemal równie mocno, jak odczuwał tęsknotę za Laidan. W myślach przewijały mu się wszystkie obietnice, jakie jej złożył i te, które właśnie teraz łamał, chwiejnie podchodząc w stronę mężczyzny i bez słowa całując go w usta. Ostatni raz; oderwał się od niego, gdy tylko zdał sobie sprawę, iż poczucie winy pali go równie mocno, jak ogień w lędźwiach i... spojrzał na zdezorientowanego Colina już twardo, beznamiętnie, sięgając po wiszącą na oparciu krzesła biało-niebieską suknię i podając mu ją z głuchym biciem serca - prezent od mojej matki - rzekł cicho - nie możemy się widywać - dodał niezwykle pewnie, zachowując marsowe oblicze. Dokonał wyboru. Rozsądnego i prawidłowego, ale... czy nie straci i jego i jej?






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:48

Z początku liczył tylko minuty. Gasnące kroki Samaela tonęły w oddali, gdy ruszył za matką, starając się jej wyjaśnić – jakby cokolwiek pozostawało wtedy do wyjaśnienia – próbując w jakimś naiwnym geście dziecięcej łatwowierności uwierzyć, że lady Avery mogłaby zrozumieć to, co widziała, a czego nie powinna ujrzeć. Potem liczył godziny, gdy Samael milczał, chociaż przecież tak wiele było do powiedzenia, tak wiele słów wiążących gardło pozostawało do wypowiedzenia w jakimś ponurym spektaklu dwóch aktorów – i niepotrzebnego, zaskakującego widza wdzierającego się gwałtem na scenę przy końcowej scenie. Kurtyna nie spadła, nie zasłoniła artystów; wręcz przeciwnie, uniesiona w górę odkrywała wszystko, nie pozostawiając żadnego, najmniejszego nawet powodu do jakichkolwiek wątpliwości. Zostali nakryci. I paradoksalnie wcale mu to nie przeszkadzało. Nie miał przecież nic do stracenia; rodzinę, od której sam się odwrócił? Niezależność, którą sam sobie wypracował? Szacunek, o który nigdy nie zabiegał? Wszystko osiągnął samodzielnie, wszystko zyskał pracą swoich rąk i przewidującego umysłu, światłej, nowoczesnej myśli, która kazała mu inwestować w odpowiednie rzeczy. Coś, co zyskał sam, mógł stracić i nie żałować – zawsze przecież mógł swój sukces powtórzyć, rosnąc w siłę jeszcze bardziej i zdobywając jeszcze większą potęgę. Nie zależało mu na swojej opinii; pogrążał się w swojej własnej beznadziejności, odtrącany przez kolejne osoby, które – zdawać by się mogło – k o c h a ł, a która okazywały się tylko przystankami na jego uczuciowej drodze.
Kiedy jednak grudzień zapukał w okna rezydencji w Inverness, Colin przestał liczyć minuty i godziny. Przekładając kolejną planszę kalendarza zaczął liczyć d n i. Długie, samotne, spędzane w towarzystwie trzaskającego kominka – czyż wesoły płomień nie wydawał się płonącą ironią jego własnego życia? - miauczących kotów i butelek szkockiej, dobitnie sygnalizujących poważny problem szlachcica. Który wychudł i zmizerniał, prawie że zapadając się w sobie, opuszczając księgarnię na długie dni i ignorując kolejne sowy z pytaniami od swoich kontrahentów i współpracowników. Coraz częściej pogrążał się w myślach – niepokornych, nieujarzmionych, uparcie nawracających do momentu, gdy stracił Samaela; uparcie przywołujących wspomnienia dawnej samotności, gdy również zamknął się w zaciszu domu, gdy przełamał ze złością różdżkę, gdy wypowiedział posłuszeństwo nie tylko swojemu rodowi, ale i całemu czarodziejskiemu światu. Tkwiłby w tym odosobnieniu dalej, do dzisiaj, gnijąc w rozpadającej się pułapce własnego ciała, gdyby na pamiętnym sabacie nie spotkał Samaela. Mrukliwego, aroganckiego, zdającego się doskonale bawić nie w towarzystwie Colina, ale samym Colinem. Wystarczyło jednak, by księgarz zachłysnął się nowym z n a j o m y m, by ścisnął podaną mu – z niechęcią lub z zaciekawieniem – rękę i podciągnął się ze zgnilizny.
I prawie to wszystko utracił. A może wcale nie prawie – może j u ż, gdzie za podwojami mroźnego Inverness rozgrywały się kolejne akty przerwanej sztuki, a Colin tylko dostał zaproszenie na spektakl, którego miał być twórcą i aktorem, kończąc zaś jako przymusowy widz? Lakoniczny list, świstek papieru z odręcznym pismem Samaela nie wzburzył go, ani nie przejął, nie sprawił, że Colin z ekscytacji poderwał się z fotela, by jak najszybciej odpowiedzieć na wezwanie. Nawet gdy kroczył po puchatych dywanach posiadłości przyjaciela, gdy obcasy butów rozbijały się o drewniane podłogi, szedł powoli, pewnie i z uniesioną głową, gotów stawić czoła najgorszej prawdzie, z jaką miał się zmierzyć.
Nie był jednak przygotowany na t o. Na Samaela całującego go z jakimś wewnętrznym ogniem, na Samaela szepczącego, co nadawało mu wizerunek niemalże... nieśmiałości, mimo hardego, ostrego spojrzenia, na Samaela... wręczającego mu suknię, którą zdezorientowany, zaskoczony Colin przyjął machinalnie, nie do końca wiedząc, co miało to znaczyć. - Więc dlaczego się spotykamy? - zapytał za to, odrzucając zwinięty szybko materiał na podłogę, jakby sam jego dotyk palił i wkrótce miał go całkowicie spopielić.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:49

Był niezwykle utalentowanym sofistą bądź po prostu ludzie ze zwykłego strachu spełniali każdy jego rozkaz a nieliczne słowa, wyważonym strumieniem płynące ust spijali ze czcią, jakby przemówił do nich sam posąg Zeusa dłuta Fidiasza. Daru formułowania trafnych myśli z pewnością nie odziedziczył po tym, którego nazywał ojcem; lotność umysłu zawdzięczał jedynie sobie. Jak wszystko; nazwisko było jedynym, na co nie zapracował własnymi rękami. Dzięki niemu mógł jednak brylować w towarzystwie, mącić, oplatać szlachecką brać misterną siecią kłamstw. Perfekcyjnych intryg, dopracowanych w każdym calu planów, które... nagle zaczęły sypać się jeden po drugim, wywołując efekt domina i godząc w Samaela z całą mocą. Przygniatając go i unieruchamiając skutecznie na długi okres czterech tygodni. Już nie żył a egzystował, czując, jak oplatają go śliskie macki obrzydliwego, znienawidzonego marazmu. Starał się, prosił, błagał i żebrał. Za każdym razem odprawiany, jak natrętny sługa, za każdym razem zbywany, za każdym razem popędzany pogardliwym spojrzeniem lub cieniem łez, skrzących się w jej granatowych oczach. 
Był bardzo chory. Rozpalone gorączką czoło, nierzeczywiste sny, rankiem zmieniające się w realne koszmary, majaki o przyszłości, która mogła być ich. Teraz... teraz nie miał żadnej przyszłości, tkwiąc wciąż w tym samym punkcie, pozornie nieograniczony niczym, lecz praktycznie przygniatany, przez ściany, zbliżające się do niego i napierające coraz mocniej z każdej strony. Dusił się, ale powietrze, które łykał łapczywie, nie przynosiło mu najmniejszej ulgi. Jakby rozlewało się po jego płucach gęstą, toksyczną wydzieliną, utrudniającą oddychanie jeszcze bardziej. Nie mógł się jej pozbyć, bezustannie wspominając. 
Pierwszym krokiem było zniszczenie pamiątek. Grube albumy w skórzanych oprawach paliły się długo, purpurowe płomienie nieśpiesznie lizały rogi książek, nadtapiając ich złote okucia i przemieniając fotografie - dni utracone - w nadpalone zgliszcza popiołów. 
Zegarek przestał działać już dawno, ale nosił go z przyzwyczajenia, czując, że w ten sposób ma przy sobie choć jakąś jej cząstkę. Sprężyny i niewielkie koła zębate, masa drobnego szkła, okruchy w jakie rozpadła się złota koperta, ot, tyle, krótka historia miłości, streszczona w jednym rozbitym przedmiocie. 
Pozostawała jeszcze Julie, słodko śpiąca tuż za ścianą. Wpatrywał się w nią jeszcze przez kilka chwil, zanim ze łzami w oczach wyprawił ją do krainy Tanatosa. Była ostatnim pomnikiem tego, co utracił. 
Nie potrafił. Usiłował, starał się, podnosił rękę, ale wkrótce opuszczał ją bezsilnie, rezygnując z każdego drgnięcia, każdego ruchu, jaki mógłby go... uspokoić? rozjątrzyć ranę? Wciąż zaropiałą, wciąż ziejącą ostrym bólem, wciąż wkręcającą śrubę w niestabilną psychikę Avery'ego. Decyzję podjął natychmiastowo, lecz wzdragał się przed wprowadzeniem jej w życie, jakby wciąż nie dowierzał własnym możliwościom. Czy aby na pewno nie minęły te czasy, w których mógł zrobić wszystko?
Obojętność Colina wystarczyła, aby go sprowokować. Pozostawał odległy i Samael zapragnął przez to zranić go dogłębnie; aby poczuł to samo cierpienie, jakie wstrząsało nim, kiedy kulił się pod ostrzałem jadowitych słów wypluwanych przez Laidan. Nie fizycznie: musiał poważyć się na czyn znacznie podlejszy, ale stracił już wszelkie hamulce. Daleko mu było do altruisty, obecnie zaś żałował, że nie ma dziewięciu łbów jak Hydra, by wszystkimi na raz szarpać Colina. Który stał się mu zupełnie obcy - Ponieważ chcę, byś mnie wysłuchał. Ostatni raz - zaznaczył, niemalże niefrasobliwie. Przesunął językiem po spierzchniętych wargach, z dziwnym napięciem wpatrując się w niego i jednym krokiem zmniejszając dystans między nimi. Usta Samaela prawie stykały się z ustami Colina; powoli przekręcił głowę, wargi niemalże muskały jego szyję, kiedy nareszcie zaczął szeptać mu do ucha dobre wieści. Oznaczające koniec kłamstw.
- Jesteś dla mnie nikim - wyznał, z namiętnością, jakby właśnie składał mu deklarację najtrwalszego uczucia - szlachcic z marginesu, skrzywdzony przez ojca, odtrącony przez socjetę - drwił bezlitośnie, pozostając z nim w jak najbliższym kontakcie fizycznym. Miał wyć, jak zranione zwierzę, miał poddać się - albo rezygnacji, albo wściekłości i pokazać Avery'emu, że jednak jest coś wart - odepchnięty przez przyjaciela - szydził, dolewając kolejnych kropel do czary goryczy - byłeś pociesznym zwierzątkiem. Niczym więcej - łaskawie uświadomił mu prawdę - nie chcę cię już widzieć - dodał spokojnie, odwracając się od niego i sięgając po butelkę szampana. Pił za szczęśliwe zakończenie.
J e g o i Laidan opowieści, Colin mógł umierać na śmietniku, bo ich losy zostały rozłączone już na dobre.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:50

I może faktycznie się spalał. Może to nie materiał sukni, nie barwy rodowe Fawley'ów, które miały tworzyć jakąś parodię i c h związku, nie delikatny, chłodny jedwab palący dłonie i spływający łagodnymi falami na podłogę był iskrą zapalną, która wątły żar niepewności zamieniła w płomień ironii i drwiny. Może to sam Colin swoją obecnością sprawił, że tlący się w swojej chwilowej słabości Samael wybuchnął nagle gwałtownym pożarem, spopielając wszystko. Ich przeszłość i historię, ich znajomość i przyjaźń, ich uczucia, nigdy nienazwane, ale zawsze wiadome – w końcu po co nazywać rzecz po imieniu, gdy o wiele piękniej wygląda bez skorupy, jaką nadaje nazwa? Nazwać kogoś lub poznać jego imię było równoznaczne z ujarzmieniem go; założeniem wędzidła i uzależnieniem od siebie; znać czyjeś imię znaczyło panować nad tym kimś – a oni panowali nad sobą wzajemnie, pogrążeni we własnych sekretach, w których kryła się ich władza i siła. Nierówna; Colin był świadomy swojej uległej pozycji, jak i był świadomy swoich licznych słabości, lecz przy Samaelu nie miało to znaczenia. Avery widział go upodlonego, gdy był był nikim, zamknięty w swoim świecie iluzji i mitów, zajęty wyłącznie książkami, odseparowany na własne życzenie od magii, od rzeczywistości i przeznaczenia. Wtedy wydawało mu się to normalne, był przecież panem własnego losu i samodzielnie wybrał swoją ścieżkę, którą kroczył nie bacząc na znaki ostrzegawcze, na drwiące spojrzenia innych czarodziejów i na własną niewygodę, gdy nagle zamykały się przed nim kolejne drzwi. Dzisiaj zaś, z perspektywy czasu, wydawało mu się to największym popełnionym przez siebie głupstwem. Zmarnował wiele lat i pozwolił, by połowa życia przepłynęła mu przez palce – nie wątłym strumieniem, lecz rozszalałą, rwącą rzeką. Marnowałby je pewnie dalej, wciąż tkwiąc w swojej dziecinnej upartości i wciąż nienawidząc swojego pochodzenia, gdyby tamtego pamiętnego dnia, wieczoru właściwie, nie wybrał się na sabat, nie przysiadł do odpowiedniego stolika i nie wypowiedział właściwych słów. Nie pamiętał, ile razy wyrażał swoją wdzięczność za to, że został postawiony na nogi, że Samael podniósł go z kolan i wyciągnął z głębokiego bagna, które centymetr po centymetrze wciągało Colina w swoją bezdenną otchłań. Samael wypolerował niebieski szafir Fawley'ów i chociaż jego dłonie nie były delikatne i ostrożne jak u wytrawnego jubilera, nierzadko raniąc boleśnie, to stworzył klejnot godny miana szlachcica, gotowy na to, aby oprawić go w złotą ozdobę i okazać światu.
Wraz z pierwszym słowem Samaela dłoń Colina powędrowała na pierś szlachcica, spoczęła na materiale koszuli i odnalazła serce. A więc jednak je miał. Jednak biło głucho, szalenie, jednak dawało znaki życia... i czucia. Więc i Samaelem rządziły emocje, nawet jeśli były tylko emocjami przepełnionymi złem i okrucieństwem. Poczucie odrzucenia, które rodziło się w Colinie, jeszcze się tliło, tłumione rozpaczliwą nadzieją, że to nie jest prawda i że za chwilę wszystko zniknie; że Samael zaśmieje się z ironią, znów wymawiając Colinowi, że dał się n a b r a ć. Lecz kiedy kolejne słowa padały z jego ust, a jad sączący się z każdym oddechem Avery'ego wypalał Colina od środka, księgarz musiał w końcu przyznać się sam przed sobą do poniesionej porażki. Musiał zrozumieć, że to nie jest koszmarny sen, ale koszmarna rzeczywistość, której stał się głównym, przymusowym bohaterem. O wiele łatwiej było się jednak opierać rozumowi, niż dopuścić go do świadomości; łatwiej było się zapierać i dalej nie wierzyć, ufając wyłącznie uczuciom, niż pozwolić okrutnej prawdzie zapanować nad umysłem. Musiał zrozumieć, ale nie znaczyło to, że mógł to zrobić. Nie chciał i nie potrafił, broniąc się z każdą kolejną sekundą coraz bardziej – przed Samaelem i jego słowami, ale i przed sobą samym, próbując przywołać z pamięci wszystkie te chwile, które przeczyłyby okrucieństwu, z jakim przyjaciel do niego przemawiał.
- Nie – szepnął, gdy Samael się od niego odwrócił, a dłoń Colina natrafiła na zimną pustkę. - Nie – powtórzył, gdy jego emocje w końcu zwyciężyły upartość rozumu, a myśli opanowały wspomnienia z ostatnich lat. Trzaskający kominek i cień odbijający się na ścianie, szalona gonitwa po lesie, drwiące uśmiechy kierowane w stronę niczego nieświadomych szlachciców, świstające w powietrzu ostrze floretu, szklanki zapełnione najlepszymi alkoholami, różowy szlafrok i szalone spojrzenie z a k o c h a n e g o Samaela... i dziesiątki, i setki innych wspomnień, migawek, krótkich urywków z chwil, które ich łączyły, nie pozwalając nigdy zapomnieć. Wyciągnął różdżkę, a butelka trzymana przez Avery'ego roztrzaskała się na tysiące kawałków, zdobiąc dywan tuż obok rzuconej tam wcześniej sukni. Płyn rozlał się po podłodze, mokrą plamą zaznaczając pierwsze zwycięstwo Colina. - Mogłeś się mną bawić jak zwierzątkiem i z radością patrzeć, jak podskakuję na każde twoje wezwanie. Możesz nie chcieć mnie już widzieć i brzydzić się moim widokiem. Ale na pewno nie jestem dla Ciebie nikim, Samaelu. – Opuścił różdżkę i przeszedł dwa kroki, zbliżając się do Avery'ego z ufnością i oddaniem, które zawsze mu okazywał. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie bał się go; po raz pierwszy ufność i oddanie były już nie obowiązkiem, ale wyborem, którego Colin dokonał z całą świadomością. Przysięgał mu posłuszeństwo tamtego pamiętnego dnia, gdy oddał mu w s z y s t k o, upadając przed nim na kolana i w zamian nie oczekując żadnej obietnicy. Teraz czuł się z tej przysięgi zwolniony... ale wcale nie czuł się wolny.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:51

Niewiele o nim myślał. Ból przelał wyłącznie w postać jednej postaci, jego utożsamiając z przeklętym widmem, z przyczyną tragedii, o której pamiętać nie chciał. Egoistyczne i nieco dziecinne odsuwanie winy od swojej osoby przyszło Avery'emu zadziwiająco łatwo, jakby zepchnięcie odpowiedzialności na wątłe barki Colina miało zagwarantować mu spokój ducha. Tak się jednak nie stało a Fawley wciąż egzystował, może i przytłoczony ciężarem separacji, ale nadal żywy. I... bardziej człowieczy od Laidan, która traktowała Samaela równie okrutnie, jak łagodnie. Przenikające się sprzeczności oplatały mężczyznę delikatną nicią fikcji, gdzie to nadal w jego rękach spoczywała moc sprawcza a on był potężnym Kreatorem. 
O dziwo, Avery po raz pierwszy nie pragnął tej władzy, zrozumiawszy, jak ogromną ceną musi zostać ona okupiona. Horrendalna kwota przekraczała jego możliwości, więc odcinał się wszelkimi dostępnymi sposobami od sfabrykowanego świata. W którym nie chciał utknąć, przywołując choćby żałosną postać Colina sprzed ledwie kilku laty, wystarczająco odstręczający widok, by przestrzec go przed niebezpieczeństwem ucieczki, zdawałoby się najbardziej prozaicznej i najbezpieczniejszej, w zacisze własnej posiadłości i spokój własnego umysłu. Pozorna Arkadia stałaby się jednak jego więzieniem, o czym Avery doskonale wiedział, z czym starał się walczyć, poskramiając niepokorne skontrastowanie dwojga drogich mu ludzi. 
Fawley niepokojąco malał. Choć nadal pozostawał postawnym mężczyzną, Samael widział już tylko robaka, pył, w jaki rozsypał się stworzony przez niego człowiek. Poświęcenie nigdy nie było proste a zburzenie dzieła, jakie wzniósł własnymi rękami, stanowiło wyzwanie niepokojące. Avery jednak nie miał żadnych skrupułów ani zahamowań i Colin nie mógł już oczekiwać ułaskawienia. Wspólne wspomnienia przeszły do historii, zupełnie już wyblakłej i nieważnej. Niechlubnej, będącej plamą na dotychczasowym, wspaniałym życiu i... chyba nareszcie Avery odczuł coś na kształt delikatnej skruchy, przed jaką wzbraniał się, stojąc przed obliczem ojca i kajając się przed matką. Dopiero teraz w pełni pojął, co oznacza to szumne słowo, to poświęcenie, jakiego idiotycznie nadużywał... Mógł łamać prawa naturalne i ludzkie, mogło mu się wydawać, że rozporządza ślepymi duszami, mógł wyrywać człowieczeństwo, mógł zduszać życie lub utrzymywać je, wciąż tlące się delikatnie, mógł bawić się w Boga, ale przekroczenie t e j granicy - wcale nie czyniło go większym. Splunął na tradycję, sponiewierał wszystkie świętości, za co nie spotkała go jednak żadna kara. Ani wniebowstąpienie. Całkowite zignorowanie gwałtu na wszystkim, co było ważne, nagle objawiło się przed Samaelem jako zapowiedź piekielnych mąk. Wszechświat nigdy nie darował i Avery powinien czuć na swoim karku cuchnący oddech chtonicznych bestii, przypominających mu o nagrodzie, jaka wkrótce stanie się jego udziałem. Dopiero teraz - musiał podziękować Colinowi - dotarło do niego, co w akcie skrajnej głupoty poświęcił. Honor. Nazwisko. Rodzinę. Ojca. Laidan. Był skończonym idiotą, postrzegając swoje czyny w kategoriach chlubnych, poszerzaniach ludzkiego poznania. Przekraczając Rubikon wywołał wojnę domową, lecz zamiast obiecującego triumfu i ustrojenia się w laurowy wieniec, ponosił druzgoczącą porażkę. Miecz był obosieczny, ale taki koniec nie przydawał mu satysfakcji i choć krwawiący, ciężko raniony, uparcie próbował przywrócić to, co było dawniej. Nie ułudą, nie marzeniami; nie chciał sielankowej utopii, ale rzeczywistości. W której naprawi swój błąd, postępując słusznie. Musiał zdobyć się na odwagę, aby spojrzeć mu w oczy, kiedy do niego przemawiał. Musiał zdobyć się na odwagę, aby wysączyć z ust całą truciznę, jaką dla niego przeznaczył. Musiał zdobyć się na odwagę, aby zbliżyć się do niego. Musiał zdobyć się na odwagę, aby skończyć to szybko i zdecydowanie. 
Jednym, zdecydowanym ruchem oddzielając głowę od tułowia?
Nie brali przecież udziału w pojedynku - toż doprawdy byłaby parodia, dwóch wyklętych mężczyzn oddartych z honoru, stających w szranki - ku pokrzepieniu zepsutych serc? Avery nie potrzebował szpady, miecza, ni sztyletu, by zmasakrować stojącego przed nim Fawleya. Znowu: biernie, poddanie, ulegle, ale nie poddał się żadnym uczuciom względem drogiego przyjaciela, bo nie zwykł okazywać litości. Tylko ją mógłby podarować Colinowi, ale ten na nią nie zasługiwał. Jeden drobny gest, na jaki się dla niego zdobył; nie okazał mu litości, nie chcąc upokarzać go bardziej. Butelka, którą trzymał w ręku niespodziewanie pękła, szkło rozprysło się na milion kawałeczków, boleśnie raniąc go w rękę i małymi okruszkami wbijając się w twarz. Poczęły z niej spływać małe stróżki krwi, Samael otarł je wierzchem dłoni, prawie niefrasobliwie, jakby wybuch Colina ani go nie zaskoczył, ani nie rozsierdził. Spodziewał się go?
-Kim więc jesteś? - wysyczał przez zaciśnięte zęby, obojętnie patrząc na niespokojne oblicze Fawleya, podczas gdy jego przypominało złotą maskę Agamemnona - Popychadłem? Zabawką, którą wyrzuciłem, bo już mi się znudziła? - pytał, prowokująco unosząc brew i wybuchając krótkim, ostrym śmiechem - lubisz być pomiatany, Colinie - orzekł, jakby wydawał sądy w kwestii nad wyraz oczywistej, nie uciekając się do wahania czy chwili refleksji. Głosił przecież prawdy objawione wynikiem długiego studium badania przypadku - możesz odejść - dodał, odprawiając go machnięciem ręki, jak służącego. Nie mógł, nie chciał patrzeć już na niego inaczej. Boleśnie rozczarowany Fawley musiał czuć identyczny ból, co on sam i zmagać się z policzkami od losu. Był jednak głupi, nierozważnie nadstawiając do uderzenia drugi, podczas gdy Avery brał się z Fortuną w bary, nagle doznając olśnienia, iż to do niego należy ostatnie słowo.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:52

Jeszcze wierzył, ufnie powierzając Samaelowi swój los, że ostatnie sekundy i minuty są tylko koszmarną ułudą, wyśnioną przypadkowo i złożoną z najbrutalniejszych psychicznych wizji, na jakie stać było jego umysł. Żył nadzieją, że wypowiadane szyderczo słowa przebrzmią równie szybko, jak zadźwięczały, roztapiając się w nicość przeszłości – tak, jakby ich nigdy nie było, jakby nie zostały nigdy wypowiedziane na głos i wycelowane w Colina ze złośliwym przekonaniem o tym, że go zabolą. Bolały. Przyznawał to bez najmniejszego oporu, nie próbując chwalebnie bronić się przed upokorzeniem, którego doznawał. Nie wstydził się swojej słabości, jaką było złożenie w Samaelu wszystkich swoich marzeń i pragnień; nie zamierzał wykrzykiwać mu w twarz obelg o tym, jak się na nim zawiódł, ani wytykać mu palcami wszystkich jego kłamstw; nie bał się ironii w oczach Avery'ego, gdy ten w końcu dostrzegł, że Colin nadal naiwnie mu ufa i wierzy, nie chcąc uwierzyć w prawdę, którą miał przed oczami. To wszystko byłoby tylko infantylnym, bezgranicznie głupim podrygiem umierającego ciała, które w ostatniej chwili postanowiłoby zawalczyć o jeszcze jeden haust życiodajnego powietrza. Nie chciał umierać w panicznej walce; wolał wzorem starożytnych Rzymian patrzeć, jak krew z nadgarstków leniwie spływa na dłonie, skapuje na ziemię, tworzy kojące, szkarłatne plamy – symbol niezależności i odwagi, jakiej nie miało wielu innych. Cicha i spokojna śmierć pociągała Colina bardziej niż bluźniercza walka, w której wciąż tliła się nadzieja. Wolał umierać więc w ciszy i w spokoju, bez złudnej nadziei, która zgasła w oczach księgarza wraz z ostatnim rozkazem Samaela. Odprawił go, a  tym krótkim odepchnięciem dosadniej wyraził swoją obojętność, niż wcześniejszą obraźliwą – w jego mniemaniu – fontanną słów; kazał mu odejść, jakby był szmacianą lalką, drewnianą kukiełką, którą manewrować można kilkoma umiejętnymi ruchami dłoni, pociągając za właściwe sznurki. Wielokroć mu to nie przeszkadzało i wielokroć sam unosił posłusznie dłoń, zanim Samael sięgnął po odpowiedni sznurek, wyprzedzając jego myśli i zamiary. Te czasy jednak bezpowrotnie minęły, a Colin w końcu to sobie uświadamiał, stojąc przed nim z opuszczoną głową i spojrzeniem wbitym w mokrą plamę na podłodze, naznaczoną szkłem i kroplami krwi spływającymi. Tym razem pociągnięcie za sznurek było boleśniejsze, odczuwał je jak powróz na szyi, który zaciskał się tym mocniej, im bardziej Colin walczył z ponurą rzeczywistością, jakiej uparcie nie chciał uznać. Nie chciał uwierzyć, że wieloletnia znajomość, której poświęcił w s z y s t k o, stała się w oczach Samaela niechciana i niepotrzebna. Szkodliwa, bo godząca w jego stosunki z matką, którą wybrał bez mrugnięcia okiem; łagodząc ją czułymi słowami, gorącą obietnicą poprawy, czy zrzucając całą winę na Colina, przedstawiając go jako prowodyra i niemoralnego nieudacznika, któremu [i]przypadkowo[/b] uległ?
Nie, znał Samaela. Znał go na tyle, aby wiedzieć, że ten nigdy nie przyznałby się do swojej słabości. Nigdy nie przyznałby się do tego, że jest w stanie ulec czemukolwiek i komukolwiek, bo znaczyłoby to, że oddał mu część władzy nad sobą samym; powierzył mu własne życie i tajemnice, samemu pozostając całkowicie bezbronnym. Bezbronny Samael był zaś czymś tak irracjonalnym, że sama myśl o tym godziła we wszelkie prawa logiki. Jakkolwiek więc się tłumaczył swojej matce i jakie argumenty przedstawiał, ile czasu spędził na kolanach, błagając o wybaczenie, korząc się przed nią i prosząc o zmiłowanie, z pewnością nie zrzuciłby winy na Colina. Bezsensowna satysfakcja nic jednak nie zmieniła; księgarza nie obchodziło, jak wypadł w oczach matki Samaela, ani nie interesowało go jej zdanie o sobie samym. Nie zajmował się nawet konsekwencjami, jakie mógłby ponieść, gdyby społeczeństwo, magiczna socjeta, dowiedziało się o nieszczęsnym zajściu między dwoma szlachcicami. Nie miało to już dla niego żadnego znaczenia, gdy umierał, rozdarty między ciszą cierpienia, a bolesnym krzykiem radości, że oto wszystko w końcu się skończyło. Że nie trwał już zawieszony w stanie nieważkości, bez żadnego znaku, sygnału, ani słowa od Samaela. Że w końcu w i e d z i a ł, jaki los został mu przeznaczony... i jakie przeznaczenie wybrał dla niego Avery: takie, w którym nie było już ich, ale w którym znów byli osobnymi bytami, połączonymi przeszłością, przedzieleni teraźniejszością i z przyszłością, która miała już nigdy nie nastąpić.
- Lubiłem być pomiatany – poprawił go ze złością w głosie, kiedy emocje pokonały rozum, spychając rozsądek do podziemnego świata cieni. - Byłem twoim przyjacielem, ale postanowiłeś podeptać to, co miałem w życiu najpiękniejszego. Stworzyłeś mnie na swoje podobieństwo, Avery. Skoro stałem się zabawką, sam nie jesteś ode mnie lepszy – prawie wypluł mu w twarz, doskakując do niego w dwóch krokach i wbijając różdżkę w szyję. Wolną dłonią złapał go za koszulę, przyciągając bliżej i wykorzystując moment zaskoczenia. - To ty t e r a z jesteś dla mnie nikim – wysyczał, z całą siłą popychając go na stolik, na którym chwilę wcześniej spoczywała butelka szampana.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:53

Ludzie zawsze do niego lgnęli. Otwierali przed nim swoje umysły, pławili się w jego chwale, usiłowali zasłużyć sobie na choćby jedno spojrzenie Samaela Niekoniecznie przychylne; mógł wrogo zgromić wzrokiem śmiałka, który według niego zbyt bezczelnie się uśmiechał, aby ten w tłumie stał się bohaterem, jaki zdołał przyciągnąć uwagę Avery'ego. Colin nie był niezwykły. Stanowił podły ułamek, zwykły procent, jednego z wielu mężów, którzy się nim zachłysnęli. Samael w przebłysku nagłej i zupełnie nieoczekiwanej łaskawości wyniósł go na ołtarze - już wtedy przewidując ten spektakularny i niezwykle bolesny upadek z wysokości złotego piedestału? Czy gdyby nie zaistniała sytuacja, gdyby nie owa przednia farsa, gdyby Laidan nie została świadkiem niedopełnionego aktu pokory... czy również odrzuciłby swego protegowanego? Pozbyłby się swojego ulubieńca, żegnając go równie ostrymi słowy, czy też może tęskliwie całując w usta, z rozrzewnieniem wspominając wszystko, co ich połączyło? Znudziłby się nim zapewne nieco później, odwlekając wyrzucenie go na brudny bruk  o kolejne miesiące, tygodnie lub godziny. Nie umknąłby jednak przed hańbą; Avery zbyt lubował się w zadawaniu cierpienia, by oszczędzić go komuś, kogo miłował. Był wszak jego ulubieńcem, lecz wspólna przeszłość nijak się miała do tego, co czekało przed nimi. Samael wciąż mógł sięgnąć po zaszczyty, zatriumfować, ze słabości uczynić walor, ukazując swą potęgę nad okiełznanym żywiołem biologii, który zawładnął jego ciałem i zamroczył umysł. Colin natomiast był wyłącznie ofiarą, biednym nieszczęśnikiem, który z tytułu wprowadzenia w czyn jedynego Słowa zyskiwał wyłącznie pogardę w oczach swego mistrza. 
Avery znał targające nim emocje, sam przejmował je niemal namacalnie, wysysając z jego aury wszystkie wartościowe związki, razem z bezbrzeżną rozpaczą i buntem wobec okrutnej niesprawiedliwości tego świata, dotykającej go przecież zupełnie niesłusznie. Gdy Colin słabł i coraz bardziej podupadał, Samael wzrastał w siłę, kumulował energię, potrzebną do jego całkowitego unicestwienia. Najpierw słowami. Bolesnymi, niszczącymi ich więź, dzielącymi ich nareszcie jako dwoje zupełnie obcych sobie ludzi. Wolałby go nie znać niż skazywać się (jego?) na przedstawienie, przypominające zmagania gladiatorów na arenie. Do ostatniej kropli krwi, gdzie ścierający się wojownicy byli gotowi rozpłatać sobie gardło, jednocześnie licząc się z możliwością zgonu mimo zwycięstwa. Kwestia smaku, gustu, estetyki i efektu. Dlatego śmierć Colina winna wyglądać niezwykle - niech się miota, krzyczy, ciska obelgi i rzuca inwektywy, niech polecą klątwy, niech pod ich nogami zabrzęczy kruche szkło z tysiąca kryształowych kielichów, niech rozedrze szaty z piersi, niech rzuci się na niego... Avery pożądał tej maskarady, pragną teatru niebanalnego, nieprzesadzonego, bezpretensjonalnego i szczerego. W cierpieniu i w szaleństwie, jakie przecież ogarniało ich oboje, bo Samael również był wariatem, który właśnie teraz z obłąkańczym szczęściem wypisanym w błyszczących niezdrowo oczach śmiał się okrutnie bez wyraźnej przyczyny. Znajdował jednak rzecz irracjonalnie wręcz zabawną, bo o to, po tylu latach, Colin nareszcie dowodził swojego charakteru. Inaczej niż przez istne kobiece fochy i fanaberie, inaczej niż przez żałosne wręcz milczenie, które łamał, padając przed nim na kolana. Może i kłamał, ale postawił się Avery'emu - dając mężczyźnie przekomiczny pokaz jasno dowodzący, iż tonący brzytwy się chwyta. Mógł próbować wszystkiego, lecz Avery nie reagował inaczej niż spokojem i trzeźwym sprawy osądem. Nie zależało mu na Colinie w najmniejszy sposób, więc uważnie słuchał tego, co miał mu do powiedzenia, przekonany, iż nie wybuchnie. Obcy człowiek nie zdoła go przecież zranić, ani nawet zadać ciosu, każda zgłoska wydostająca się z ust Fawleya ulatywała więc w daleką przestrzeń, nie pozostawiając najmniejszego śladu. Samael nie zachwiał się, nie poczuł, jakby dostał tępym obuchem w głowę, nie wpadł w słuszny gniew, nie zaczął szastać wyrokami za wypluwany jad i tak jawne uchybienie. 
- Zatem jak bardzo twoje życie było żałosne, zanim się w nim nie pojawiłem? - odparł spokojnie, jakby prowadzili zwykłą rozmowę w bibliotece po popołudniowej partii szachów, którą zawsze wygrywał - i jak żałosne będzie teraz, gdy cię opuszczę? - drwił, nie broniąc się zupełnie przed nagłym atakiem. Twarde drewno wpijało mu się w szyję, zaostrzony koniec różdżki mógł wbić się w ciało, przebić je na wylot, ale... Avery wiedział, że nie tak się stanie - Jesteś kiepskim kłamcą, Colinie - orzekł, szepcząc mu to niemalże prosto w usta, po czym poleciał na mały stolik, niespodziewanie popchnięty przez Fawleya. Zatoczył się lekko, boleśnie uderzając biodrem o kant etażerki i... uśmiechając się. Resztki drobnych kropel krwi pozostałych mu na twarzy zdążyła już zakrzepnąć, co zapewne nadawało mu wyglądu wariata, gdy zbliżał się do swego drogiego przyjaciela i policzkował go siarczyście. Nie miało zaboleć a upokorzyć i dopiero, gdy ten podniósł na niego wzrok, jakby zdziwiony - czy też środkiem wyrazu czy zszokowany p l u g a w y m fizycznym atakiem, Samael uderzył po raz kolejny, mierząc pięścią w jego oko, zaciekle okładając mężczyznę po twarzy.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Gabinet   01.06.16 20:54

Rozminiem się!
I kiedyż w jedną pójdziem drogę?
Ty mnie szukać nie będziesz,
Ja ciebie nie mogę.


Wraz z pierwszym uderzeniem wszystko stało się jasne; mgła niepewności, która towarzyszyła Colinowi od samego początku, nie pozwalając mu zrozumieć, ani uwierzyć, powoli opadała, pozostawiając jedynie czystą, niezmąconą pewność, że oto dokonało się przeznaczenie, do którego wszystko dążyło, nie pozostawiając najmniejszego miejsca na jakąkolwiek manipulację lub zmianę. Los już przesądził, dokładając kolejny ciężarek na (nie)właściwą szalkę wagi, wybierając sobie tylko znanym sposobem jedną z dwóch dróg i grożąc złośliwie zakrzywionym palcem każdemu, kto poważyłby się podważyć jego autorytet. Los był bowiem nieprzekupny, nieskory do litości, nieczuły na błagalne spojrzenia i głuchy na proszące jęki; z większą łaskawością traktując tych, który pochylali głowy przed jego wyrokami; gniewem przeznaczenia każąc zaś śmiałków gotowych stawić mu czoła i dążących do zmiany własnego losy. Głupcy! Czyż nagrodą dla niepokornych dusz i buńczucznych serc mogło być dobre zakończenie? W Colinie nie było teraz ani pokory, ani buntu; ogarnięty początkową dezorientacją zaczął w końcu r o z u m i e ć, zaczął dostrzegać, że przez te wszystkie lata pławił się jedynie w utopii. Pięknej, wzniosłej, unoszącej go wysoko poza piedestał ludzkiego robactwa i stawiającej ramię w ramię z największymi czarodziejskiego świata; utopii, która pozwoliła mu odnaleźć swoje szlacheckie korzenie i podnieść zmęczoną, wykrzywioną nienawiścią twarz, by spojrzeć prosto w swoją przyszłość, którą Samael kreował w barwach jasnych, choć nieco zaprószonych w popielatym odcieniu pasteli; barwach, które przekreślał właśnie czarną, oleistą wstęgą. Zadziwiające; potrzeba wielu miesięcy i lat, aby stworzyć arcydzieło na płótnie – zagruntować je, naciągnąć, przygotować farby i pędzle, by delikatnymi lub wręcz przeciwnie, pociągnięciami włosia stworzyć zarys i obraz naszej pamięci; potrzeba również krótkiej chwili, aby wszystko zniszczyć, aby jednym gniewnym aktem dokonać spustoszenia i przekreślić całe lata żmudnych przygotowań.
Samaelowi zajęło to nieco dłużej, jakby zdruzgotanie Colina i rozbicie go na setki maleńkich kawałeczków wymagało nieco więcej siły i precyzji. Prawie że czuł, jak niszczycielskie dłuto Avery'ego rozdziela go na części – to samo dłuto, które jeszcze przed paroma miesiącami z taką pieczołowitością rzeźbiło ostatnie elementy szlachcica wręcz idealnego, z zadziwiającą delikatnością i dbałością o szczegóły poprawiając wszystko to, co jeszcze było niedoskonałe i wymagało poprawek, zanim herb Fawley'ów wpięty w klapę marynarki Colina lub obszyty srebrną nicią na wyjściowej szacie zajaśnieje na wielkich szlacheckich salonach czarodziejskiego świata. Wprawiając w osłupienie i zadziwienie tych wszystkich, którzy na ekscentrycznym księgarzu już dawno postawili krzyżyk, wymieniając między sobą porozumiewawcze spojrzenia za każdym razem, gdy tylko pojawił się w pobliżu, jakby spodziewając się, że każda jego obecność wywoła niezapomniany skandal. Avery sprawił, że Colin nauczył się ich ignorować, będąc świadomym swojej własnej siły; że nauczył się dźwigać brzemię szlachectwa, które nadawało mu olbrzymie prawa i przywileje, ale i wielkie pokłady odpowiedzialności; że patrzył w lustro ze świadomością, że był kimś – z tożsamością, z nazwiskiem, z rozpoznawalną twarzą i wpływami. Uformował go od samego początku, od silnych fundamentów, na jakich zbudował świątynię niemalże doskonałości – którą od ideału dzielił wyłącznie sam Samael, stawiający swoją osobą nieprzekraczalną granicę. Colin zresztą nie chciał nigdy jej przekraczać, zbyt otwarcie wpatrzony w swojego mistrza i mentora, oddany mu całym sercem i duszą, choć – czasami – niepokorny i zbuntowany wobec niektórych jego nauk.
- Przynajmniej mam honor – syknął, próbując uchronić się przed drugim ciosem, ale daremnie. Pięść Avery'ego trafiła w skroń, zbaczając nieco z kursu i Colin poczuł silne pieczenie, które po sekundzie zamieniło się w nieprzyjemne, dudniące pulsowanie, jakby organizm próbował szaleńczo wszystko unormować. Nie czuł jednak typowego bólu, zbyt zamroczony swoją wściekłością na Samaela i zbyt pochłonięty pragnieniem ugodzenia go za wszelką cenę – fizycznie i psychicznie, aby ten tchórzliwy arystokrata, zrównujący ich przyjaźń do zwykłej psychologicznej gierki, zapamiętał go na zawsze. Oby jak najgorzej; jako odwieczny koszmar, który będzie go nawiedzał w każdym śnie, w każdej krótkiej drzemce, w każdym chwilowym przymknięciu oczu; który będzie mu przypominał, że stworzył prawie że ideał na swoje podobieństwo, nie pozwalając mu dojść dalej – i że ten ideał niesiony wściekłością nie czekał już na pozwolenie, aby wykonać kolejny krok. Colin nie zamierzał bowiem pozostawać w cieniu i karnie odpełznąć, dziękując Samaelowi za pozostawienie przy życiu. Jego słowa, jakkolwiek wciąż nie do końca docierające do Colina, zasiały już pierwsze ziarna nienawiści, której nie odczuwał już od dawna; nienawiści porównywalnej z tą, jaką odczuwał wobec swojego zmarłego ojca i j e g o rodziny. - Tobie nie pozostało nawet to, żałosna karykaturo mężczyzny – wypluł jeszcze, zanim nagłym skokiem dopadł do Samaela, szarpiąc go za koszulę i wbijając różdżkę w jego podbródek. W pamięci miał ten jeden z nielicznych momentów, gdy czuł przewagę nad Averym. Gdy to on był górą, śmiejąc mu się w twarz lub wściekle atakując floretem, pragnąc sprawić mu rzeczywisty, namacalny ból. Wtedy towarzyszyła mu rozległa przestrzeń posiadłości w Shropshire, teraz miał do dyspozycji jedno, przytłaczające pomieszczenie – lecz znacznie większy ból do okazania, znacznie większy gniew i znacznie więcej do stracenia. I żadnego floretu pod ręką.
Vulnerario, wyszeptane niemalże bezgłośnie, rozpaliło drewno różdżki do białości, tak jak i białe były palce Colina zaciskające się na niej z nagłą gwałtownością i pragnienie, by zaklęcie ugodziło Samaela z całą siłą. Tego teraz pragnął, mocnego pchnięcia prosto w serce szlachcica, brutalnego, wręcz morderczego, które raz na zawsze zakończyłoby żałosny teatr, którego Colin stał się przymusowym, niechcianym uczestnikiem. Marzenie ś c i ę t e j głowy; zaklęcie okazało się skuteczne aż za bardzo, ale to usta księgarza złożyły się do bolesnego okrzyku, gdy różdżka w ostatniej chwili zmieniła kierunek. Nie wiedział, to czy to jego ręka zadrżała, czy to kolejny cios Samaela podbił ją w górę albo czy to jego własna podświadomość kazała mu wycofać się nagle ze swojego pragnienia; magiczne drewno jednak zajaśniało zaklęciem, skierowane w ułamku sekundy w stronę lewej ręki Colina, przebijając się przez skórę, mięśnie i kości tuż nad nadgarstkiem. Ból zamienił się w szok, gdy jego dłoń, odcięta niemalże idealnym cięciem, spadła na podłogę, odbijając się od niej w jakiejś żałosnej parodii psychicznego upadku, który był udziałem jej (byłego) właściciela.


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Gabinet   03.06.16 23:12

Śmieszne. Nie było w nim absolutnie nic. Wszelkie odczucia wyparowały, wydostając się wraz z pierwszym uderzeniem, kiedy naznaczył policzek Colina czerwonym, piekącym śladem. Wstydem Fawleya, swoją pogardą; z łatwością i dziwną lekkością ruchu zelżył w sposób najokropniejszy dla mężczyzny swego przecież drogiego przyjaciela, sztyletując go własnoręcznie. Nie potrzebował nikogo do tego aktu zagłady, przeciwnie, pragnął dokonać go samemu, żeby to właśnie jemu przypadł zaszczyt pogrzebania lorda, który powstał z martwych a obecnie znowu obracał się w garść popiołu. Na jego oczach, umożliwiając mu podziwianie bezsprzecznej straty, upadku totalnego, procesu przeobrażania się w kalekę. Gnił przecież od dawna; był kiepskim materiałem na arystokratę 
i jego ojciec najwidoczniej doskonale wiedział, co robił, gdy porzucał go rzucając dziecku w kołysce zaledwie ochłap swego nazwiska. Nie wyrósł taki przez wzgardę, tocząca go zaraza plugawiła się w Colinie od początku i Avery najpewniej dla własnego kaprysu, pozwolił zabiedzonemu i poszukującemu odpowiedniej drogi mężczyźnie uwierzyć, że skrywa w sobie potencjał. Samael był wyjątkowo łaskawy, rozwierając przed swym protegowanym bramy do nieskończoności. Miał się wszak za nieśmiertelnego, jako boga czcił go również Colin, zatem należało utwierdzić go w tym przekonaniu, rozpalić serce, wyczyścić umysł z durnych racji, wpajanych latami przez niewidzących nauczycieli. Avery dawał mu więcej niż ktokolwiek, ale owo poświęcenie - tak to nazywał, choć wcale nie składał się 
na ołtarzu - miało swoją cenę. Straszliwą; Colin wszakże ochoczo poddał się woli Samaela, składając mu w darze siebie samego. Avery zaś skwapliwie korzystał z jego naiwności, robiąc użytek ze swych już niczym nieograniczonych możliwości badacza. Odkrywcy, bo przecież z pasją studiował, nie spał całymi nocami, usiłując poznać odpowiedzi na fundamentalne pytania kształtujące prosty byt Fawleya. Zrozumienie nie nadchodziło, bo choć Colin, istota złożona w większej części z wody, okazywał się równie przewidywalny, jaki i skomplikowany. Targające nim sprzeczności żywo zaintrygowały Samaela, który zapalił się swym projektem, niebacznie pozwalając, aby ten wymknął się spod kontroli. Potraktował to jednak jako kolejny eksperyment, niemniej ważny a prowadzący do 
wniosków ciekawych. Też się rozpalał, też pragnął, też tęsknił, też poruszały go skrajnie prymitywne namiętności i żądze. Człowieczy pierwiastek uaktywniał się, lecz za każdym razem, gdy Avery spoglądał na swoje zwierzątko ulegle klęczące u jego stóp, wiedział już, że to go obrzydza i że nie zamierza być taki sam. Colin otrzymał w prezencie od losu pewną swobodę, która jednak w mniemaniu Samaela, nie wynagradzała mu pozostałych krzywd. Fawley był słabeuszem i takim też pozostał, nawet gdy Avery postępował z nim brutalnie, niehumanitarnie, wtłaczając w narzucone ramy poddanego. Nie wstydził się swego okrucieństwa, wręcz chlubiąc się wyrządzonymi krzywdami; umiejętność penetracji umysłu stanowiła klucz do zawładnięcia Colinem i tak z wzoru do naśladowania, z niedoścignionego ideału powoli przechodził metamorfozę, przekształcając się w jego pana. Władał jego lękami, trzymał w szachu strach, znał najskrytsze marzenia... Zatracił się w mocy i potędze, paradoksalnie uginając się przed możliwościami niezmierzonymi, nie dającymi się opisać ani wyrazić w języku ludzi. Miał go. Posiadał. Jak przedmiot, najzwyklejszą rzecz, jaką mógł bez wysiłku zniszczyć i wyrzucić, chociaż nie godziło się tak postępować z człowiekiem. Cechy ludzkie jednakowoż prędko się zacierały i rozmazywały przed oczami Avery'ego - jak Colin upodabniał się do znękanego zwierzątka, ufnie łaszącego się do jego nogi, w popłochu uskakującego przed kopniakami i wreszcie powracającego, dopraszającego się uwagi, wierzącego, iż zły humor pana minie, tak Samael osiągał szczyt swego narcyzmu, własnoręcznie sięgając po zaszczyty największe i poddając się deifikacji, niczym Kaligula wszczynając wojnę ze starymi bogami-uzurpatorami. Ktokolwiek, kto tchnął w Colina wolną wolę zawiódł - czy był to Stworzyciel czy też czysta Moc - Avery przechytrzył niewiadomą acz potężną materię, krępując Fawleya swymi łańcuchami, narzucając mu jarzmo, które ten przyjął z ochotą. Rezygnując z własnych wyborów i myśli, zastępując je rozkazami Samaela, również pozostawiającego mu pewną swobodę. Nie trzymał go za blisko, pozwalał na pewne decyzje - dobitnie pokazujące Colinowi, iż postępuje niepewnie, niewłaściwie, topiąc się swoją ignorancją i że on jest dla niego jedynym i ostatnim ratunkiem. Avery wyciągnął go z bagna i... zaprzyjaźnił się z nędznym człowieczkiem od początku przecież przeznaczonym do odstrzału. Wiedział stanowczo za dużo a Samael przecież nie ufał n i k o m u. Prócz matki, którą zdradził, zranił i popchnął na skraj szaleństwa przez pożądanie - żądzy ujarzmienia człowieka i skrajnego go posiadania.
- I tę żałosną karykaturę naśladowałeś we wszystkim? - zadrwił, obracając ostrze miecza przeciw Colinowi. Żadnej wściekłości; nawet nie uniósł głosu, zachowując spokojny tembr, jakim niegdyś snuł opowieści o dziełach wielkich lordów i wykładał przed nim swój światopogląd, chcąc natchnąć drewnianą kukłę nowym życiem - jesteś swoją własną największą porażką - rzucił mu w twarz, patrząc na rozszerzone źrenice, wykrzywione nienawiścią i gniewem rysy i błyszczące chorym blaskiem oczy. Dyszał ciężko, przyparty do ściany przez twarde ciało Colina, w konfiguracji odwrotnej niż to pamiętał, z drewnianą różdżką wbijającą się w gardło. Nieostrożny ruch głową i Fawley mógłby przebić jego tchawicę, Samael zamarł więc - oczekując finałowego wybuchu. Miał ogromne pole do popisu, z łatwością rozgromiłby przecież swego giermka, lecz chciał mu podarować ostatni upominek. Szansę, by zrehabilitował się w swych własnych - dla Avery'ego był przecież nikim - oczach, aby przekonał samego siebie, że może jednak jest coś wart. Niezwykła łaska, akt prawdziwego miłosierdzia; choć właśnie go zrujnował, pozostawiał mu możliwość. Otwarte okno dla samobójcy, zachęcające do podjęcia ostatniej, heroicznej decyzji. Był tchórzem?
Nie, jednak nie zawiódł i Avery uśmiechnął się triumfująco, słysząc wyraźnie szept padający spomiędzy wąskich warg księgarza, spijając z jego ust trujące zgłoski, mające przemienić się w złowieszczy czyn, w zbrodniczy promień, raniący go do żywego. Głupiec nie wiedział, iż Samael nie mógł cierpieć już bardziej - lecz i tak zadziałał instynktownie, chroniąc się przed czarnomagicznym zaklęciem. Pchnął Colina w momencie wypowiadania inkantacji, dłoń trzymająca różdżkę podskoczyła, promień minął Avery'ego o cal - trafiając w wypolerowane lustro, załamując się i godząc wprost w lewy nadgarstek Fawleya. O ironio; Samael zamarł, niby spetryfikowany a czas jakby zatrzymał się na kilka sekund, w ciągu których dłoń Colina została odcięta niewidzialnym ostrzem z chirurgiczną precyzją, jednym, czystym ruchem. Blada ręka spoczywała u jego stóp, mężczyzna z krwawiącym kikutem stał przed nim, zupełnie osłupiały i bezwładny... Dopóki Avery nie odzyskał przytomności umysłu, szybkim ruchem różdżki prowizorycznie zasklepiając ziejącą ranę.
- Myśl - warknął do Fawleya, jakby miał do czynienia z niedorozwiniętym - nie odzyskasz już ręki - dodał, niemalże smutnym tonem, chwytając go za ramię i prowadząc do kominka. Purpurowe płomienie zmieniły barwę w szmaragd, kiedy bezpardonowo wepchnął go do środka - od teraz radź sobie sam - pożegnał Colina, odwracając się od niego plecami, aby nie widzieć jak znika. Raz na zawsze z jego życia.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t592-colin-fawley http://www.morsmordre.net/t1184-poczta-kociarza-colina http://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://www.morsmordre.net/f123-inverness-stuart-street http://www.morsmordre.net/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Gabinet   04.06.16 15:18

Sekundy mijały jak w zwolnionym tempie - tym śmiesznym, groteskowym książkowym opisie każdego tragicznego wydarzenia, gdy bohaterom przed oczami stawało całe życie, a świat się zatrzymywał, rozciągając sekundy do ułamków - pozwalając Colinowi bardziej niż wyraźnie zrozumieć, że rzeczywistość nie kpi sobie z niego żadnym wyimaginowanym koszmarem i że jego dłoń faktycznie odbija się od ziemi w ponurym i absurdalnym podskoku. Nadal ją c z u ł, nadal wydawało mu się, że może poruszyć palcami, napiąć nerwy i sprawić, by poruszyła się we wskazanym kierunku, ale zakrwawiony, obrzydliwy kikut był niewątpliwym dowodem na to, że jest zupełnie inaczej. Colin poczuł, jak ogarnia go obezwładniający ból, który ujawnił się po pierwszym szoku; palące gorąco rozlało się po całej ręce, po ciele, praktycznie całego go paraliżując i nie pozwalając zrobić absolutnie nic, poza tępym wpatrywaniem się w kolejne bluzgi krwi spływającej na ziemię.
Chwilowo; pomoc przyszła bowiem z miejsca, z którego Colin spodziewał się raczej jasnozielonej poświaty zaklęcia - wcale zresztą nie takiego strasznego, bo przynajmniej ukoiłoby ból i zakończyło jego cierpienie. Zaklęcie faktycznie się pojawiło, jednak zamiast zadać cios ostateczny i złagodzić upokorzenie księgarza, spotęgowało je jeszcze bardziej; rana została prowizorycznie zasklepiona, krew nie zdobiła już zabrudzonego dywanu w salonie Avery'ego i wszystko prawie wróciło do normy. Znów stał przed Samaelem, znów patrzył mu w oczy, znów wbijał w niego nienawistne spojrzenie, gotów porwać się bezbronny na swojego mistrza i mentora - który błyskawicznie spadł z piedestału, na który przez ostatnie lata wyniósł go Colin, (nie)słusznie utwierdzając w jego wielkości. Pragnął być taki jak on, osiągnąć to co on, być szanowany na równi z nim, ale teraz te wszystkie pragnienia wydały mu się śmieszne i żałosne. Być jak Samael oznaczało być tchórzem i arogantem niezdolnym do podejmowania własnych decyzji opartych na emocjach, chłodno kalkulującym i bawiącym się cudzym życiem. Być Samaelem oznaczało być potworem.
Nieprzytomne spojrzenie Colina, gdy był popychany w stronę kominka, błysk płomieni, gdy znikał w ich odmętach - nie tak przecież chciał zapamiętać swoje pożegnanie z Samaelem. Chciał wypluć mu w twarz jeszcze tyle słów, pozbyć się jadu, który gromadził się w ustach domagając się uwolnienia, wysyczeć mu wszystko - jak bardzo go nienawidzi, jak bardzo nim gardzi i za jakiego tchórza go uważa. Nie było mu to dane, a ostatnie przekleństwo rzucone w zamroczeniu bólem i szokiem zgasło razem z płomieniami.

z/t


Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Gabinet   12.01.17 0:03

18 kwietnia

Nie poruszał się. Tkwił w martwym punkcie, jakby poddał się już zupełnie chorobie zatruwające ciało oraz umysł i powoli zmieniał się w posąg o nadnaturalnych zdolnościach. Ale uderzenia zegara wybijały konkretną teraźniejszość, w której czuł się kamieniem, tak samo nieporuszony, zimny i martwy. Oczy bez wyrazu, pusta twarz - kalka tego idealnie wyciosanego oblicza. Zakurzył się, opadł nań pył i wyglądał jakby już na zawsze przywdział maskę, maskę kogoś ogołoconego z człowieczeństwa. A Avery był tylko (aż?) nieszczęśliwy.

Chełpił się tym nieco, nie mogąc już czynić nic innego, jak trwać w zapętlonej bezmyślnością beznadziei, walczyć ze sobą o kolejne jutro, odnosić to pyrrusowe zwycięstwo, pozostające zupełnie bez znaczenia. Znosił wiele, cierpiał, ale... nie czuł się uszlachetniony, a oszukany. Pozwolił się okpić, dał z siebie zadrwić, wystawił się na publiczne pośmiewisko i publiczną pokutę.
Napiętnowany, jak grzesznik.
Jaka szkoda, że to nie ich lincz zmienił go w roztrzęsionego człowieka bez innych perspektyw nad wyniszczającą go wojnę. Coś w idei było chwalebnego i mógł poświęcić swe ciało (Avery zniknął wraz z odejściem Laidan) na stos. A ten niech zapłonie wysokim i silnym płomieniem, pogrążającym świat w Pożodze.
Piękno! Swym biczem twardym tworzysz nasze losy!
Niechże płomień Twych oczu w popioły zamienia
Kto przetrwa? Co się zachowa, co schroni, a co zostanie zmiażdżone, ubite ciężarem decyzji, splotem nieuchwytnych wydarzeń, błędami. Chował w swoich dłoniach siłę Samsona, gotów wstrząsnąć kolumnami, by pogrzebać nie tylko siebie.
Te szczątki z bestialskiego wydarte istnienia
Utożsamiał się z prochem, ergo sięgnął po akceptację swej śmiertelnej formy. Oswajał się z nią od jakiegoś czasu, pojmując kruchość, zauważając chwiejność, dostrzegając ułomność. Gdy był już uczuciowym kaleką, z łatwością mógł stracić kolejne partie utrzymujące nadwyrężony organizm w usztywnionych karbach.

Sztywnych jak skóra paska, owiniętego jak wąż wokół jego ramienia. Wąż owijał się wokół węża, czerń zlewała się z czernią, spod której wyraźnie nabrzmiewały bladoniebieskie żyły, jedyny kontrast dla plątaniny żałobnych linii na lewym przedramieniu. Zaciskał pas do oporu, czując jak sztywnieją mu końcówki palców, jak go mrowią, nakazując przestać i... zapiął klamrę, wielkimi oczami patrząc na nagą rękę, fantomowo pulsującą czarną magią.
Srebrna łyżeczka, porcja wideł, purpurowy płomień; narkotyk syczał i wrzał, gotowy do podania, do wstrzyknięcia, do przyjęcia, do uszczęśliwienia. Zaklęciem rozrywał żyły, wpuszczając pazur bezpośrednio w krwiobieg; opadł na fotel, odchylił głowę w tył i zamknął oczy, resztką przytomności rzucając czar zasklepiający ranę. Czuł już tylko błogi, upojny stan euforii, który wyrwał go z wygodnego krzesła i skierował w kierunku trzaskającego kominka (wieczory wciąż bywały chłodne). Przez moment łapał iskry spojrzeniem granatowych oczu, by ośmielić się w końcu i przesunąć dłonią po przyjaznych płomieniach, jakie chciał ukraść dla siebie, zaprzyjaźnić się z nimi. Nie parzyły go, nie czuł bólu... Tylko delikatny swąd, płynący od sczerniałej lewej dłoni, włożonej wprost do zapalczywego ognia.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
 

Gabinet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Gabinet Pielęgniarski
» Gabinet Ministra Magii
» Gabinet Śmiechu
» Gabinet Dyrektora
» Gabinet burmistrza (najwyższe piętro)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Posiadłości-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17