Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon popołudniowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Salon popołudniowy   03.07.16 23:50

Salon popołudniowy

Jest to miejsce, w którym lady Nott zwykle podejmuje inne czarownice, zaproszona na niezobowiązujące spotkanie przed nadejściem wieczoru. W tym miejscu pijane są herbaty, prowadzone rozmowy o życiu towarzyskim szlachty czy też rozgrywane partie brydża. Wnętrze pomimo obfitych zielono-złotych zdobień jest utrzymane w lekkim tonie dzięki umiejętnie wplecionym beżu i bieli, kontrastujących z ciężkim wyglądem złotych rzeźb. Salon popołudniowy to zdecydowanie jedno z najbardziej reprezentatywnych miejsc w rezydencji Nottów, podkreślający tylko, że każdy gość - nawet ten odwiedzający Nottingham na porządku dziennym - zasługuje na najpiękniejsze przyjęcie.


Powrót do góry Go down
Agatha Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3059-agatha-greengrass http://www.morsmordre.net/t3107-salome http://www.morsmordre.net/t3109-panna-agatha#51073 http://www.morsmordre.net/f285-harrington-gardens-20 http://www.morsmordre.net/t3138-agatha-greengrass
Pisarka
23
Szlachetna
Panna
"I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"
7
10
0
0
8
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon popołudniowy   05.07.16 2:21

| po rozmowie z Isolde i Caesarem przy fontannie

"Beztroski, chociaż pożądałem mienia, dziś byle czym się kontentując stronię; druhem mi ten, co zadał mi cierpienia i prawdomówny ten, co kłamstwem zionie. Bratem mi ten jest, któremu nie bronię twierdzić, że jako orzeł kruk bieleje; szkodnik mi niesie pomoc i nadzieję. Prawda i kłamstwo rzecz jednako licha - wszystko zrozumiem, wszystko w proch rozwieję. Ja, przygarnięty, choć każdy odpycha."(1) Agatha zapaliła papierosa, wyrzucając z siebie w jednym oddechu cały tlący się w niej niepokój. Coś wisiało w powietrzu tej nocy, coś groźnego, ale i wyczekiwanego. Spotkanie z Isoldą i Caesarem przy fontannie, ten chory triumwirat wśród śniegu - to był tylko przedsmak, tylko zapowiedź. Czekała na potwierdzenie swojego przeczucia, które przecież nie mogło jej mylić. Albo i mogło. Pomyłki bywały często piękniejsze od sukcesów.
Niedbałym ruchem strzepnęła śnieg z czarnej sukni. Miała przed sobą kilometry nieskończonych schodów do przebycia, a w głowie kręciło jej się od wina. Przymknęła oczy i mówiła do siebie w myślach ciągi wyrazów, pozornie niezwiązanych, jak różnobarwne koraliki luźno nawinięte na złotą nić. To zawsze jej pomagało podczas pijackich nocy w zadymionych ciemnych mieszkaniach; czemu nie miałoby jej pomóc i tu, wśród rozświetlonych saloników i eleganckich komnat?
"Ja, przygarnięty, choć każdy odpycha..." Niesamowite, jak wszystko splata się w jeden wielki wzór, w zagadkę, której przez całe życie nie da się rozwiązać. Szlachcianki pijane winem Lady Nott, rozpływające się płatki śniegu, Caesar i Isolda pod fontanną, wiersz Villona, krew spływająca po udach, cud macierzyństwa, którego nigdy nie pojmie, zapach drewna i chude białe dłonie Mortimera, zawsze zimne; całe życie Agathy składało się w jej umyśle w jakiś deseń, lecz nie mogła uchwycić istoty tego splotu, czegoś, co pozwoliłoby jej zrozumieć zabawną tragedię własnego losu. Stała w salonie w Hampton Court, paliła papierosa i usiłowała znaleźć sposób, by oszukać tego tajemniczego demiurga bawiącego się kształtem jej dni i nocy. Ale być może wolała, żeby jej się to nie udało; wolała dalej być zwodzona przez pozory przypadkowości i utkać swój groteskowy wzór do końca.
Zamrugała oczami jeszcze kilka razy. Była Agathą Greengrass, tworzyła sztukę szeptem i spojrzeniem. Nie potrzebowała prawdy o istocie życia - mogła zbudować swoją własną, gdyby tylko chciała. Była Agathą Greengrass, stała w salonie Lady Nott, a między jej piersiami kwitły zawilce, zwiastujące nadejście deszczów.

(1) Franciszek Villon, "Ballada o turnieju w Blois"


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon popołudniowy   06.07.16 14:04

Świstoklik z kasyna wyrzucił go pod wrota olbrzymiej posiadłości - zachwiał się lekko, stając jedną nogą w niskiej zaspie, drugą na zlodowaciałym bruku, lecz zdołał zachować równowagę - mimo wszystko nie wypił w kasynie aż tak dużo, goblin uparcie pomijał go przy kolejkach... mimo to wypite szklaneczki szumiały mu w głowie, a krok zdał mu się lekko chwiejny, kiedy ścieżką udał się do wnętrz posiadłości - kilka powiewów mroźnego powietrza niewątpliwie szybko sprawi, że przetrzeźwieje przynajmniej na tyle, by iść prosto, a nieprzyjemne uczucie w żołądku po świstoklikowej teleportacji już z niego zejdzie, w istocie - kiedy minął wrota posiadłości, stawiał już kolejne kroki pewniej, z aurą niewysłowionej aroganckiej buty, którą nieustannie wokół siebie roztaczał - zazwyczaj. Gra w kasynie mu się nie dłużyła, lubił hazard, a jeszcze bardziej lubił alkohol, niemniej najbardziej ze wszystkiego lubił towarzystwo kobiet - którego mocno mu brakowało przez ostatnią godzinę. Zaproszenie od lady Nott, które otrzymał, obejmowało również Evandrę, w istocie winien towarzyszyć swojej narzeczonej w trakcie tak wykwintnej uroczystości. Wpierw jednak musiał ją odnaleźć - znalazłszy się w jednym z korytarzy, kątem oka dostrzegł rozchichotane dziewczęta i bez większego wahania pomknął ich śladem - nie miał pojęcia, w którą stronę mógł pójść, co w tym czasie robiły damy, ani gdzie miał szansę odnaleźć lady Lestrange. Spodziewał się spotkać w jednym z usytuowanych na uboczu saloników, zawsze stroniła od towarzystwa i zazdrosnych spojrzeń innych kobiet - lecz znalazłszy się w jednym z nich, odnalazł towarzystwo... którego mniej spodziewał się spotkać. Widok lady owianej smugami nikotynowej chmury nie zawiódł go jednak ani trochę, Agatha Greengrass była jedną z osób, które zawsze chętnie widywał - jak i ledwie moment temu siedzący obok Mortimer. Nie zadziwił go widok samotnej Agathy, tacy jak oni lubili samotność - cichą, kojącą... rozumiejącą.
- Takie są smętne, wieczorne dramaty: postaci zrodzone w jasne dni szukają gdzieś drogi donikąd - zacytował bez powitania, kłaniając się Agacie zgodnie ze stosownością chwili, okoliczności arystokratycznego balu. Bez zawahania nonszalanckim, choć może nieco przerysowanym pod wpływem alkoholu, ruchem wziął z lewitującej nieopodal tacy szklankę Toujurs Pour - zawsze miał pecha, przegrywał w hazardowe gry, choć wciąż je lubił. Stąd znosił katusze - i był trzeźwiejszy, niż trzeźwy chciał być. Z uznaniem obejrzał się po wnętrzu, lady Nott częściej przyjmowała tutaj kobiety niż mężczyzn - nie przypominał sobie, by kiedyś w przeszłości był gościem owego saloniku. Upijając łyk alkoholu, wciąż bez słowa, zbliżył się do jednego z okiem, spozierając okiem na ciemności okrywające całuny okoliczne lasy. - Znudziło cię towarzystwo? - Dopiero teraz odwrócił wzrok w jej stronę, stojącej pośrodku tego bogatego saloniku. Drobnej, melancholijnej i pięknej jak zawsze. Nie czekając na zaproszenie, odłożył szklaneczkę alkoholu na parapet, przy którym stał i z kieszeni wyjściowej szaty zdobionej rodowymi barwami również wyciągnął papierosa, nieśpiesznie go zapalając.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Agatha Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3059-agatha-greengrass http://www.morsmordre.net/t3107-salome http://www.morsmordre.net/t3109-panna-agatha#51073 http://www.morsmordre.net/f285-harrington-gardens-20 http://www.morsmordre.net/t3138-agatha-greengrass
Pisarka
23
Szlachetna
Panna
"I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"
7
10
0
0
8
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon popołudniowy   07.07.16 2:23

Spotkania z Tristanem zawsze były naturalne. Wszystkie sytuacje z jego udziałem wydawały się jej idealne jak sceny z tragedii Szekspira. Każdy z akordów słów mężczyzny pasował do jego sylwetki o nonszalanckich ruchach, nieco teatralnych, ale zawsze pełnych wyczucia chwili. Tristan jak mało kto potrafił uchwycić piękno momentu, wydobyć wiązki czystych barw z każdej sekundy, niezależnie od tego, czy przysługiwała jej rozpacz, czy najwyższe uniesienie rozkoszy. Objawiało się to w jego wierszach, w jego hedonizmie, w jego miłościach, w całej tej szaleńczej, egoistycznej pogoni za pięknem, w której tak często zatracał samego siebie. Agatha uwielbiała jego zdolność krystalizacji chwili, przewyższającą nawet jej własną. Teraz, gdy w swobodnym zamyśleniu rozglądał się po lekko kiczowatym salonie Lady Nott, mogła przysiąc, że obydwoje wyczuli nieśmiałą melodię wspólnej ciszy, cierpki zapach oczekiwania i mnogość drobnych uczuciowych detali unoszących się w powietrzu jak zagubione ćmy. Może zaprzyjaźnili się (o ile w ogóle mogli nazwać się przyjaciółmi) właśnie przez ten wspólny głód wrażeń, który czynił ich życia tak smutnymi i wspaniałymi zarazem. Możliwe też, że ich przyjaźń powstała przez czas, który wspólnie oswoili podczas niezliczonych libacji alkoholowych, spotkań na salonach i konspiracyjnych przerw na papierosa. Czas, który nie przerażał ich, kiedy stali obok siebie, tak jakby mieli własny zegar, niezależny od słońca.
Uśmiechnęła się, słysząc jego powitanie. Tylko Tristan potrafił rozpoczynać rozmowy wierszami Rilkego lub Goethego bez ani odrobiny sztucznego patosu.
- "I naraz ciężkie stają się wszelkie nazwy i obłaskawione rzeczy" - dokończyła cicho, pozdrawiając go jak zwykle lekko ironicznym uśmiechem, tym niemal czułym, zarezerwowanym dla najbliższych.
Widząc, jak Tristan sięga po szklankę Toujours Pur, z ochotą uczyniła to samo. Słyszała w skroniach pierwsze nuty nadchodzącej trzeźwości, którą należało natychmiast zabić; na tym Sabacie nie była mile widzianym gościem. Wprawdzie wlała już w siebie sporą ilość wina, lecz upojenie czerwonym płynem przynosiło jej jedynie lekki oniryzm doznań, a do prawdziwej, tak rzadko osiąganej lirycznej euforii potrzebowała bardziej szlachetnych trunków. Agatha nie sączyła lekkich, słodkich nektarów dla smaku i ozdoby, jak większość dam. Piła, jak na artystkę przystało: aż poczuła czystą poezję przenikającą przez jej ciało i umysł. Akurat Tristana nie powinno to zdziwić. Pamiętała te nieskalane, bezgwiezdne noce, gdy przy światłach nagich świec rozmytych mgiełką opium zasypiali wspólnie, wśród opróżnionych butelek i niewykrzyczanych spazmów cierpienia, z kolorowymi karuzelami obłędnie wirującymi w ich głowach. Ona nuciła wtedy sennie stare, niemalże zapomniane piosenki, wsparta o Tristana i Mortimera, trzymając jedną męską dłoń w uścisku swej własnej, a drugą przytulając zachłannie do swojej drobnej piersi, jakby chciała oddać w rozkosznej ofierze każde uderzenie serca. Ile to lat minęło od tamtych ciepłych, wstydliwych poranków? "Gdzie pieśni wiosny? Gdzież są teraz one? Nie myśl, nie żałuj, masz muzykę własną."(1)
- Ja się nigdy nie nudzę - powiedziała, upijając łyk ze szklanki. - Chciałam dać Isoldzie i jej narzeczonemu odrobinę prywatności, więc schroniłam się w tym uroczo staropanieńskim saloniku.
Znała niezwieńczoną szczęściem przeszłość Tristana i Isoldy (piękna ironia imion), wiedziała także o wrogości, jaką jej rozmówca darzył Caesara - pewnie dlatego podświadomie ominęła jego imię w wypowiedzi. Zawsze jednak pozostawała obojętna na konflikty między otaczającymi ją osobami; spowita subtelną aurą neutralności, miała tajne pozwolenie na poruszanie wszystkich zakazanych tematów, nie będąc jednocześnie ani nietaktowną, ani bezczelną. Obserwowała poczynania jej bliskich tak, jak czyta się wybitną powieść - nie stając po żadnej ze stron, lecz zachwycając się straszliwym pięknem złożoności i różnorodności ludzkich uczuć.
- Lecz, bądź co bądź, trzeba przyznać, że przeżyliśmy piękniejsze wieczory - dodała, zaciągając się dymem. "Gdzie pieśni wiosny? Gdzież są teraz one?"

(1) John Keats, "Oda do jesieni"


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon popołudniowy   09.07.16 15:51

Gdyby ktoś poprosił go, żeby znalazł porównanie odpowiednie dla Agathy, zapewne byłby to jesienny deszcz miarowo stukający o szyby ciemnych komnat królewskich dworów lub opustoszałe romantyczne jezioro, na którym leniwie rozprzestrzeniały się kręgi wodne. Gdyby miał to uczynić tylko dla siebie samego, porównałby ją zapewne raczej do parnej letniej nocy, dusznej i niezapomnianej, nie dało się zaprzeczyć, że było w niej coś wyjątkowego; coś, co nie każdy - jak im się obu zapewne wydawało - potrafi zrozumieć, coś, co wzlatuje ponad ludzkie poznanie, ta wyjątkowa wrażliwość, sensoryczne poznanie, rozumienie, które odnaleźć można jedynie w poetyckim transie wywołanym szmaragdowo skrzącymi oparami absyntu. Nie był pewien, jak dookreśliłby więź, która ich łączyła, czy była to jedynie przyjaźń - nie pozbawiona jego pragnienia - czy bliskość dwóch zagubionych w labiryncie wszechświata dusz uważających, że wzlatują wyżej niż inne, roszczących sobie prawa do tej ulotnej, tak rzadkiej wyjątkowości. Agatha Greengrass była z wszechmiar wyjątkowa, a Tristan uwielbiał jej towarzystwo, nawet wtedy, kiedy oszczędnie to wyrażał. Była muzą, senną marą, która pojawia się i znika, onirycznym półbytem raz bardziej raz mniej rzeczywistym, jakby tylko jedną nogą stąpała po śmiertelnym świecie. Jego usta wygięły się w delikatnym, również ironicznym uśmiechu, kiedy usłyszał kontynuację wywołanego przez niego wiersza, nikt mu tak pięknie nie wtórował jak ona. Nikt tak pięknie nie mówił jak ona. Nikt też się tak pięknie nie gubił - w życiu.
- Czujesz, jak trudno odnaleźć drogę od jednego istnienia do drugiego? - zapytał, zapytał swobodnym, codziennym tonem, jakby pytał o pogodę, usiłując natknąć się spojrzeniem na smutne źrenice Agathy; uśmiech błądzący na jego twarzy, ten uśmiech pozbawiony radości, innych nie miewał, kontrastował z nostalgią wypowiadanych słów. Poezja była piękna, bo była różna. Wypowiadana w nowym kontekście zyskiwała nowy sens.
Zapalony papieros zatlił się żarem na tle ciemności spowijających krajobraz za oknem, a z jego ust wydobył się gęsty kłąb nikotynowego dymu, który powoli wypuścił gdzieś na bok. Spokojnie przytaknął na jej słowa, mądrzy ludzie nigdy się nie nudzą i Tristan nie zamierzał tego negować. Wspomnienie Isoldy i jej narzeczonego wywołało jednak na jego twarzy parszywy grymas nawet z pominięciem jego imienia. - Doprawdy? - przeciągnął odpowiedź, zakrywając usta szklaneczką alkoholu, z której upił większy łyk. - Może powinienem ich poszukać - dodał cierpko, bo prywatności im nijak nie życzył, nie, kiedy Lestrange usiłował zastąpić jego drogą siostrę nową kobietą. Z siostrami łączyła go więź nadzwyczajna, żywa pomimo jej odejścia. Caesar nazywał ją zawsze miłością swojego życia, gdy tymczasem parł w ramiona innej kobiety jak pies do suki, Tristan tego nie tolerował. Zawsze był siostrom opiekunem i strzegł ich szczęścia mocniej niż własnego oka. - Gdzie są? - zapytał, niby to obojętnie, zupełnie jak gdyby naprawdę miał zamiar to zrobić, nie miał, nie chciał widzieć tej okropnej gęby, dużo piękniejszą zdała mu się twarz własnej narzeczonej. Ale nie potrafił być obojętny, nie zmuszał Agathy do stawienia się po jego stronie, być może nie znała nawet Marianne, lecz sam również nigdy uważał przy niej na własne słowa, znała jego opinię. Znała jego troski. Znała jego zmartwienia. Odszedł od okna, wpadając w jeden z głębokich foteli, przodem do niej.
- Mówisz o nich, jakbyś zamknęła je w niebycie przeszłości - rzucił, nie odejmując spojrzenia od dziewczyny, o wieczorach, Agatho. - A przed nami jeszcze dużo pięknych wieczorów. Kiedy tylko stopnieją śniegi, noce znów będą ciepłe. I pełne magii zaklętej w oparach opiumowego dymu. - Urwał, prześlizgując się wzrokiem po jej kruchej, drobnej sylwetce. Kruchej jak cała ona, niezależnie od tego, co usiłowała pokazać światu. - Tęsknię - dodał, wciąż wypatrując jej źrenic, z mieszaniną arogancji i nonszalancji wymalowanej na twarzy i ciele.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Agatha Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t3059-agatha-greengrass http://www.morsmordre.net/t3107-salome http://www.morsmordre.net/t3109-panna-agatha#51073 http://www.morsmordre.net/f285-harrington-gardens-20 http://www.morsmordre.net/t3138-agatha-greengrass
Pisarka
23
Szlachetna
Panna
"I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?"
7
10
0
0
8
0
0
0
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon popołudniowy   23.07.16 20:07

Jaki ironiczny demiurg połączył ich losy? Kto zapalał miejskie latarnie, kolejne reflektory na drogach tych kilku pięknych, niezdarnych istot, które gardziły światem, jednocześnie tak łapczywie go pragnąc? Nie odpowiadali w pełni za swoje postępki. Całe ich zepsucie, okrucieństwo i cierpienie musiały być częścią jakiejś wielkiej konstelacji; karą za grzechy przodków albo przestrogą dla potomków. "Nie mogliśmy niczego uniknąć" - pomyślała, ze spokojem słońca wschodzącego nad sennym miastem. Połowa lipca, spalona słońcem trawa, wysokie sklepienia w starych mieszkaniach, przypadkowe spotkania w nieprzypadkowych miejscach... Pozdrawiali się bez słowa, samotne wilki Londynu wychodzące na nocne łowy, tułacze wciąż czekający na swój ostateczny Exodus. Ich udręczone ścieżki krzyżowały się w przystaniach barów i melin, oazach burdeli albo w schroniskach owianych opium salonów. Nie uciekliby od siebie, związany paktem dusz i umysłów, nie było dla nich innego miasta czy innych ulic. Ona, Mortimer, Caesar, Samael, Remi, Tristan, wszyscy żyli w cieniu nieuniknionej zagłady, której echa towarzyszyły im nawet tutaj, w saloniku Lady Nott.
Jak znaleźć drogę od jednego istnienia do drugiego? Tristan stał przed nią i uśmiechał się swoim uśmiechem spóźnionej burzowej chmury. To wcale nietrudne.
- Wystarczy czekać – odpowiedziała pogodnie, jak sceptyk, który w katedrze o poranku odnalazł promyczek utraconej wiary. – Na końcu wszyscy się odnajdziemy.
Zauważyła ukryty grymas przyjaciela. Spokojnie obserwowała, jak stają między nimi duchy Caesara i Isoldy, które sama przyprowadziła. Ich nieobecna obecność przenikała każde słowo padające z ust Tristana i każdy kłąb dymu wypuszczony z jej własnych. W tej chwili te dwa, niezależne duety, jeden cielesny, a drugi nieuchwytny jak prawda, obydwa połączyły się w jedno, w pełen złota i goryczy kwartet. Tak być musiało. W końcu nawet Freud, ten wielki, nieczuły fizjolog duszy, uznał, że każdy akt seksualny można uważać za proces, w którym zaangażowane są cztery osoby.
- Zostawiłam ich w ogrodzie, przy fontannie – odpowiedziała, wiedząc, że Tristan nawet w najmniejszym stopniu nie potrzebuje tej informacji. Teraz może jedynie lepiej wyobrazić sobie wstrętną mu scenę i odnaleźć pewien rodzaj perwersyjnego ukojenia w barwnej dokładności własnych wyobrażeń.
Idąc za przykładem przyjaciela, zajęła wolny fotel, jak zawsze siadając na samym brzegu siedzenia, jakby zaraz miała się podnieść i wybiec z sali w ciemną noc. Jej mała stopa z widocznymi, niebieskimi żyłami kiwała się miarowo, kilka cali nad podłogą, a Agatha przypatrywała jej się, jakby wcale nie należała do niej, lecz była obcym, nieznanym bytem. Słuchała słów Tristana, które natchnęły ją jakąś nieokreśloną nadzieją. Lecz tylko na moment. Czasem zapominała, że przeszłość można wiernie odtworzyć jedynie w powieściach, a dawne uniesienia powrócić mogą tylko jako motywy literackie.
- Nie wejdziemy dwa razy do tej samej rzeki – powiedziała, ze wzrokiem utkwionym gdzieś pomiędzy swoją szklanką a podłogą. – Nawet gdy wrócą tamte wieczory i tamten dym. My nie wrócimy, nie tacy sami. Zbyt wiele zdążyło się zmienić – dodała, a jej spojrzenie spoczęło przez ułamek sekundy na pierścieniu zaręczynowym Tristana. Choć przecież to nie o to jej chodziło. To było najmniej ważne.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon popołudniowy   06.08.16 14:18

Kącik jego ust drgnął lekko ku górze, kiedy usłyszał odpowiedź. Oczywiście, jak pijane mary sunęli przez życie nie widząc ani siebie nawzajem ani ludzi dookoła, obijając się o kamienne przeszkody, dając się ponieść wartkiemu nurtowi, o końcu swojej drogi wiedząc jedynie tyle, że straszy tam pustka. Pustka nieodległa, bo przyśpieszyć drogi wcale nie było tak trudno, nietrudno było też się potknąć i trafić do niej zupełnie przypadkiem jak jego słodka Marie.
- W pustych oczodołach nie błyszczą już źrenice - odparł niechętnie, bo spotkanie wydało mu się słowem zbyt dużym; będą blisko siebie - martwi, śpiący, nieprzytomni i otoczeni wieczną ciemnością. Jeśli tylko żadne z nich nie pragnęło losu ducha - który musiał być losem najokrutniejszym z okrutnych, skazanym na wieczne cierpienia. Duch nie mógł już uciec, uwiązany na zawsze mógł jedynie poszukiwać nieistniejącego sensu. - Blade usta już nie mówią, a martwe serce już nie bije. Takich spotkań mam dosyć. - Bo na zawsze będzie pamiętał swoje pożegnanie z Marie. Martwą Marie. Świat był zbyt okrutny, by mieli jeszcze kiedykolwiek spotkać się ponownie - po drugiej stronie była tylko otchłań, niebezpiecznie na nich spoglądająca. Upił łyk alkoholu, dekadencko opierając głowę o niskie siedzenie fotela, jak dobrze było tu odpocząć - z dala od zgiełku i tłumu napuszonych gości.
Niesmak, żal, złość, tak wiele mieszało się w nim uczuć, kiedy słyszał o tej gruchającej parce, wielkimi krokami zbliżał się wszak ich ślub. Niesmak, żal, złość... ale i swojego rodzaju ulga - że Isolda wciąż żyła, o tym jednak z Agathą rozmawiać nie mógł ani nie powinien. Widział - widział tę skutą lodem i okrytą śniegiem fontannę z dwojgiem kochanków, których miłość kwitła na tle zwiędłej róży. Caesar miał żonę, której pamięć hańbił, nie potrafiąc dać jej spokoju nawet po śmierci. Tristan kochał swoją siostrę ponad wszystko - tak jak ponad wszystko zawsze stawiał swoją krew. Nie mógł patrzeć na jej krzywdę, nawet jeśli gryzło się to hipokryzją z jego wizją nie-życia po śmierci.
- Przy odrobinie szczęścia okaże się dość pijany, żeby się w niej utopić - mruknął bardziej do siebie, niż do niej, nie oczekując odpowiedzi; nie szukał w tym konflikcie sojuszników, nie budował armii, nie pragnął poklasku. Ale też nie trzymał nigdy języka za zębami. Podążał wzrokiem za przyjaciółką, kiedy siadała obok, za jej wzrokiem, który padł na wysuniętą spod materiału sukni stopę skrytą w balowym buciku, białą, nabrzmiałą błękitną krwią błękitnych żył.
- Wszystko płynie, czy rzeka, w której wciąż zmienia się woda, jest tą samą, kiedy wchodzisz do niej po raz drugi? - Odezwał się w końcu, a przez jego twarz nie przemknęła żadna emocja, kiedy powracał dłonią trzymającą szklaneczkę alkoholu na oparcie miękkiego fotela, jego palce były nagie. Pierścień zaręczynowy znakował jedynie kobietę jako jemu przyrzeczoną, obrączki jeszcze nie posiadał. Miała rację, zmienili się - popadli w większą nostalgię, większą dekadencję i dotknęli otchłani, która miała już nigdy nie wypuścić ich z objęć. Ale to przecież na tym poziomie rozumieli się najmocniej. - Płyniemy tą samą czarną wodą, toniemy w tej samej czarnej wodzie i jesteśmy tym samym koszmarem. Zmieniamy się razem, Agatho. - Więc o co chodzi?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Salon popołudniowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Hampton Court-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18