Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ferrels Wood, Northamptonshire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Ferrels Wood, Northamptonshire   16.07.16 18:09

Ferrels Wood

Znajdujące się na pograniczu hrabstwa lasy Northamptonshire określane są mianem angielskiego trójkąta bermudzkiego, coraz liczniej odwiedzanego przez żądnych wrażeń mugoli. Swoje niezwykle miano bor zawdzięcza licznym zniknięciom, zarówno niemagicznych gości jak i doświadczonych w podróżach czarodziejów. Stare, skrzypiące przy każdym podmuchu wiatru drzewa nie tylko stwarzają nastrój grozy, lecz przez swój jednakowy wygląd skutecznie osłabiają umiejętności rozeznania w otoczeniu. Im głębiej wejdzie się w las tym silniejsze powstaje wrażenie szybko upływającego czasu i oddalania się od jego skraju. Każdej nocy drzewa spowija gęsta mgła, która opada późnym wieczorem i utrzymuje się na poziomie ściółki jeszcze kilka godzin po wschodzie słońca, którego promienie praktycznie nie docierają do głębi lasu. Podróżnicy, którzy przebrnęli szczęśliwie wspominają o pojawiających się w ciemności twarzach, rzekomo należących do zbłądzonych przed wieloma laty dusz, które utknęły tu na zawsze.


Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 12:14

/ 19 luty po powrocie z Wyspy Achill

Wątpliwym było nazywać pobyt na wyspie jak zdarzenie miłe. Jedynym pozytywnym aspektem pojawienia się tam Wynonny był chyba tylko i wyłącznie fakt, że udało jej się spędzić trochę czasu z kuzynką. Nie znalazła tam nic. A na dokładkę, chyba w ramach pamiątki została ugryziona przez langustnika ladaco. Spotkanie z lordem Bulstrodem też określiłaby mianem wątpliwej przyjemności. Żeby więc cały ten nie spisać na straty postanowiła udać się do Ferrels. Kompletnie zignorowała fakt, że ugryzienie langustnika przynosi ugryzionemu pecha przez cały kolejny tydzień. Ani trochę nie wierzyła w tą informację, bo niby jakim cudem ugryzienie może przynosić pecha? Nie zamierzała więc spędzać najbliższego tygodnia w domu, bojąc się ruszyć gdziekolwiek, bo rzekomo wisi nad nią widmo pecha. Zaraz po powrocie z wyspy Wynonna zmieniła ubrania na suche i udała się do wspomnianego wcześniej lasu. Od tygodnia buszowała w okolicznych lasach, bardziej licząc na szczęście, niż rzeczywiście wierząc w to, że natrafi w którymś z nich na smoka. Jak łatwo się domylić - bez skutku.
Choć zimą słońce szybciej chowało się za drzewami, po jego wysokości na niebie Wynonna wiedziała, że ma do zmierzchu jeszcze kilka godzin. Teleportowała się na obrzeżach lasu i z różdżką w dłoni ruszyła w jego głąb. Z czasem drzew gęstniały, a jej do głowy wpadł jakże genialny pomysł, by wspiąć się na jedno z drzew. Potrafiła to robić od dzieciaka. Już wtedy wspinała się na rosnące na terenie ich posiadłości drzewa i w koronach chowała się przed swoją guwernantką. Ta zaś, wściekła jak osa, nauczona doświadczeniem chodziła od drzewa do drzewa sprawdzając każde w poszukiwaniu młodej lady Burke. Chyba tylko Wynonna uważała ten sposób spędzania czasu za świetną zabawę i swojego rodzaju grę, w którą opiekująca się nią kobieta grała, nie dlatego, że chciała, a dlatego, że zostawała do tego zmuszona.
Wynonna rozejrzała się po okolicznych drzewach w końcu dostrzegając takie, na które wspięcie się nie powinno być większym wyzwaniem. I nie było. Po drodze do góry wredna, a może raczej wystraszona wiewiórka skoczyła jej prosto na twarz, co prawie spowodowało jej upadek, ale jakimś cudem udało jej się nie zlecieć z dość konkretnej wysokości. W końcu dotarła do zadowalającego ją miejsca i usiadła na gałęzi. Wychyliła się odrobinę, by przyjrzeć się jednemu z kształtów, które dostrzegła na ziemi i wtedy coś mocno poszło nie tak. Gałąź, na której siedziała, najzwyczajniej w świecie urwała się, chociaż Wynonna była pewna, że bez problemu wytrzyma pod ciężarem jej niewielkiego ciała. Widocznie przeliczyła się w swoich obliczeniach, to teraz grawitacja z coraz większą prędkością ciągnęła ją ku ziemi, a ona spadała, hacząc chyba każdą możliwą częścią ciała o gałęzie. Czy może bardziej odpowiednim było stwierdzenie - obrywała od nich srogo. Kilka cieńszych, sprezentowało jej rozcięcia na ubraniach i policzkach. Nic nie zmieniało faktu, że spadała. I wiedziała doskonale, że gruchnięcie o ziemie połamie jej kości. I gdy zamknęła oczy, bo pogodziła się już z nieuniknionym - przez te kilka sekund lotu przeszło jej przez myśl, że nie można umrzeć głupiej, niż spadając z drzewa - coś ją szarpnęło w okolicy karku i lot został przerwany. Kurtka, jak i koszula, którą miała na sobie mocno wpijała jej się w pachy. W jakiś dziwny sposób jedna ze złamanych gałęzi, o które zahaczyła plecami wbiła się pod materiał obu tych rzeczy i postanowiła zawiesić na sobie Wynonne, tak jak ludzie wieszają kurtki na haczyku. Różdżka gdzieś w całym tym harmidrze wypadła jej z dłoni, więc nie było szans, by uwolniła się przy pomocy zaklęcia. Uniosła dłonie, jakby próbując sprawdzić, czy jest w stanie złapać za gałąź na której wisiała - nie była. Opuściła je więc, przeklinając swojego cholernego pecha i wtedy właśnie doznała olśnienia.
-Cholerny langustnik ladaco. - mruknęła do siebie wisząc jak jakaś kukła powieszona za sznurki, z tą różnicą, że ją powieszono za koszulę. Czuła jak plecy pieką ją od zderzenia z gałęzią, która pewnie pozostawiała na nich sporą ranę. Zerknęła w dół. Nadal brakowało jej do ziemi kilku metrów, a spadnięcie, które z pewnością miało nadejść prędzej czy później, wciąż nie przyniosłoby niczego innego poza możliwym złamaniem, a już na pewno bólem. Najgorszy był jednak fakt, jak i świadomość, że nie może zrobić nic, by temu upadkowi zapobiec. Mogła tylko czekać, aż koszula w końcu rozpruje się do końca, a ona poleci w dół.




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 13:09

To był ciężki czas. Praca w rezerwacie była jego wymarzonym i jednym z głównych poziomów życia, a jednak nie mógł przestać myśleć o nadchodzącym tak wolno, a zarówno tak szybko piątku. Dwudziestego lutego miało być dla niego datą ważną. Nie wiedział tylko czy związaną z porażką, czy może wręcz przeciwnie – sukcesem. Zapewne miał zapamiętać ten dzień do końca życia, tylko… No, właśnie. Musiał nadejść, a do tego czasu… Morgoth czekał na wizytę w Tower of London, równocześnie myśląc o tym, co się stanie, gdy dowiedzą się prawdy o Oktawianie Parkinsonie. Myśli wciąż błądziły mu przy matce, uciekając dodatkowo do jeszcze jednej postaci. Dni mijały niesamowicie wolno, a przeddzień dłużył się niemiłosiernie. Obchód w Peak District na złość był nadzwyczaj spokojny, żaden ze smoków nie uciekł, ani nie potrzebował jego interwencji. Po prostu cieszyły się dniem w przeciwieństwie do ich zniecierpliwionego opiekuna. Piękne łuski gadów lśniły w zimowym, kończącym się już słońcu jakby dodając mu otuchy. Tylko tam czuł się w pełni spokojny, z dala od spojrzeń ludzi, z dala od towarzystwa, które go drażniło. Nie było w jego otoczeniu wielu interesujących rozmówców, a fałszywe uśmiechy zwyczajnie zaczynały mu ciążyć. Mimo że nigdy nie mówił wprost o swoich do kogoś uprzedzeniach, nie był nieszczery. Nigdy nie okazywał sympatii, gdy człowiek nie był tego godny. Tak naprawdę przez ostatni czas miał w swoim otoczeniu postać, która zapewniała mu wszystko, czego potrzebował od towarzysza. Po dniu pracy w rezerwacie wrócił do pałacu i okazało się, że czekało go tam zaskoczenie. W postaci niezapowiedzianych gości – członków niektórych rodów. Mieli oczywiście do porozmawiania z nowym nestorem rodziny Yaxley i wszystkie były sprawami niecierpiącymi zwłoki. Widząc natłok i chaos spowodowany niewychowanie, w Morgothcie zawrzało. Chciał ich wszystkich powyrzucać ze swojego domu, uciszyć. Nie mieli szacunku dla jego chorej matki? Dla prywatności? Nie mógł jednak tego zrobić. Skinął tylko sztywno głową nowo przybyłym, którzy gromadzili się na korytarzu przed gabinetem ojca, a widząc młodego dziedzica zaczęli witać go głośno, zupełnie jakby widzieli samego Leona Vasilasa. Wchodząc do swoich komnat, trzasnął drzwiami i ściągnął marynarkę, odrzucając ją na łóżko. Pomimo że znajdowali się daleko od niego, wciąż słyszał rozmowy przedstawicieli i doprowadzały go do pasji. Ubóstwiał mieszkanie w tak oddalonym i niedostępnym miejscu. Uwielbiał bagna i torfowiska dookoła pałacu. Delektował się dzikimi, niezbadanymi i przerażającymi innych lasami. Na nikogo nie musiał się oglądać, z nikim nie rozmawiać. Czując jedynie pilnujące go trolle, które za nic nie pozwoliłyby skrzywdzić komukolwiek ich dziedzica. Zostało mu to odebrane nawet tutaj – we własnym domu. Natura samotnika kazała mu się wyrwać z tego miejsca i poszukać spokoju. Celu, gdzie wiedział, że ludzie nie chodzą na rodzinne spacery. Młody Yaxley gustował w odciętych od cywilizacji, niebezpiecznych, osnutych mgłą okolicach. Przez myśl od razu przeszło mu idealnie pasującego do ego opisu. Dawno tam nie był, dlatego też miało to być perfekcyjnym miejscem na spędzenie wieczoru. Złapał ponownie marynarkę, którą narzucił na plecy, a potem wyszedł z sypialni, kierując się do wejścia. Znowu musiał minąć uciążliwych lordów, ale tym razem jedynie przeszedł szybko koło nich. Zawołał do lokaja, by podał mu płaszcz i już zniknął w ciemności za drzwiami pałacu Yaxley’ów. Myśl o Ferrels Wood od razu teleportowała go na skraj omijanego przez innych lasu. Morgoth spojrzał na potężne drzewa, świadczące o mądrości i długowieczności. Postawił kołnierz filcowego płaszcza i wszedł miedzy konary, ufając, że pomiędzy nimi znajdzie ukojenie i spokój. Czując orzeźwiający chłód od razu poczuł się prawie jak w domu. No, właśnie. Prawie. Nic nie mogło się równać z Fenland, jednak skoro nie mógł tam przebywać, musiał znaleźć zastępstwo choć na tę jedną noc. Otulająca go gęsta mgła zdawała się rozstępować tam, gdzie kierował swoje kroki, w przedziwny sposób wskazując mu drogę. Nie bał się, że się zgubi. Gdyby naprawdę tak było, mógł się teleportować. A z tym nie miał problemów. Szedł dalej, słysząc charakterystyczne trzaski gałęzi pod jego butami za każdym razem, gdy na takową stanął. Mógł tak iść godzinami, szczególnie że i tak nie był śpiący. Nie w noc przed tym ważnym dniem. Do świtu brakło jeszcze paru godzin, ale księżyc unosił się wysoko i rozjaśniał mu ciemności pomiędzy drzewami. W pewnym momencie Morgoth usłyszał inne odgłosy, których nie wydawał on. Ani żadne zwierzę, troll czy wilkołak. To był głos człowieka. Unosił się z oddali, ale kierunek był oczywisty. Wyciągnął różdżkę i zaczął zmierzać w tamtą stronę. Po jakichś dziesięciu minutach doszedł pod wielkie drzewo na środku małej polany, a na nim zobaczył kobietę zawieszoną w groteskowy sposób. Zmarszczył brwi. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by spotkać się z taką sytuacją w środku lasu, w środku nocy.
- Nic pani nie jest? – spytał głośno, powoli przesuwając się w stronę drzewa.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 13:42

Tak oto właśnie kończą się głupie pomysły Wynonny Burke. No, może nie tyle co głupie, a takie, w których pozwala sobie na odrobinę rozluźnienia, czy też nawet ulega swojemu uzależnieniu od adrenaliny. Wszystko by było dobrze, gdyby nie wpadła na głupi pomysł, by sprawdzać prawdziwość legend i wskakiwać do wód okalających Wyspę w poszukiwaniu jakiegoś, z pewnością zmyślonego, skarbu. W tej konkretnej chwili zbierała właśnie plony swojej nierozważnej decyzji.
Bolało ją wszystko. Dosłownie i w przenośni. Zacząwszy od różnych części ciała, a skończywszy na dumie. Ona, lady Burke, zwisała z drzewa jak jakaś postać z powieści komediowej. Nigdy nie wierzyła w opowieści o fatum, jakie niosło ze sobą ugryzienie przez tego przypominającego homara stwora, a jednak teraz mogła doświadczyć go na własnej skórze. Wisiała na drzewie. Zaczepiona o poły koszuli i kurtki, czując jak mroźny wiatr owiewa jej poranione plecy. Już chyba wolałaby spać te kilka metrów w dół, a nawet złamać coś, niż tak wisieć, bez jakiejkolwiek możliwości, by wydostać się z tego swoistego rodzaju potrzasku. Jednak nawet jej ubrania uwzięły się na nią, jakby na złość postanawiając zaprzestać prucie cię w celu utrzymania jej dyndającej na gałęzi. Już powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że dzisiaj znajdzie swojego upragnionego smoka, jednak zamiast na niego polować, stanie się dla niego łatwą przekąską. Kościstą, ale za to jak ładnie wyłożoną.
Nawet nie da się zliczyć ilości przekleństw, jakie pojawiły się w jej głowie w czasie, kiedy tak zwisała z gałęzi. A uwierzcie mi, niektórych z nich nie powstydziłyby się najczarniejsze charaktery czarodziejskich tomów. Przeważnie w swoich myślach wrzeszczała na siebie. Na drugim miejscu zdecydowanie klasyfikował się langustnik lacado. Trzecie miejsce na pudle nadal było wolne, czekało, by ktoś zajął je i zgarnął należną nagrodę w postaci zdań, które zdecydowanie damie nie przystawały. Rozcięcia, które spowodowały gałęzie w czasie gdy leciała zdążyły już zaschnąć, a może zamarzność byłoby odpowiedniejszym słowem. W jej wyprawowym dopieranym warkoczu dostrzec można było małe gałązki, a nawet kilka listków. Garderoba zaś, wcale nie prezentowała się lepiej, przypominając łachmany kloszarda, którego nie stać było nawet na nić, by je porządnie scerować. Już zaczynała przyzwyczajać się do myśli, że noc spędzi na drzewie, na którym najpewniej uśnie i to właśnie wtedy tkaniny, z których była zrobiona jej koszula i kurtka postanowią poddać się w walce i bez żadnego ostrzeżenia wypuszczą ją ze swych objęć prosto na ziemię, na której się połamie, gdy usłyszała odgłosy poruszania się. Krew w żyłach przyśpieszyła, a adrenalina zaczęła krążyć w jej krwiobiegu, wpuszczając też do niego odrobinę strachu. Ten ostatni uleciał, gdy rozpoznała dźwięk, który wydają łamane gałęzie pod ludzkim butem. Widok znanego jej czarodzieja zaś całkowicie ją uspokoił. Jednak fakt, że zamiast najpierw ją ściągnąć, a potem zaś prowadzić rozmowę pchnął ją w stronę irytacji. Wiedziała, że pod drzewem stoi Morgoth, nawet gdyby go nie dostrzegła, poznała go po tonie głosu, tak charakterystycznym dla niego.
-Morgoth, z łaski swojej. - zaczęła nawet nie siląc się na szlacheckie formy grzecznościowe. W chwili obecnej marzyła tylko o tym, by nie wisieć na tym cholernym drzewie i być dać swoim barkom i pachą odrobinę odpocząć. Najchętniej zdzieliłaby go od razu za to głupie pytanie. Czy nic jej nie jest? Nie no, jasne, pewnie, że nie. Właśnie lordzie Yaxley udało się trafić lordowi na lady Burke w chwili, gdy oddaje się swojemu ulubionemu zajęciu, to jest dynadaniu na drzewie. - zdejmiesz mnie z tego cholernego drzewa, czy będziesz kazał mi się o to prosić? - zapytała doprowadzona już do ostateczności. Zarówno fizycznej, jak i psychicznej. O niczym bardziej tak dzisiaj nie marzyła jak o tym, by poczuć w końcu pod stopami grunt, a potem najzwyczajniej w świecie, tak nie po damowemu, zwalić się na niego dupskiem.




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 19:23

- Wynonna? – mruknął jedynie, nie rozumiejąc jakim sposobem znalazła się tam jego dawna szkolna towarzyszka. Nie myślał po ich ostatnim spotkaniu, co się z nią stało, gdyż jego myśli zajęte były przez coś kompletnie innego. Owszem. Oko smoka przyciągnęło jego uwagę, ale później zdał sobie sprawę, że to raczej nie był człowiek, którego szukał. Wynonna mogła mu też nie mówić całej prawdy, bo przecież nie musiała i nie oczekiwał tego. Lub zwyczajnie skłamała dla własnych celów. Nie znał już jej. A dlaczego wiedział, że to nie był ten czarnoksiężnik? Miał przeczucie, któremu ufał. Nigdy go nie zawiodło, więc nie miał zamiaru zmieniać swoich zachowań. Podobnie jak jego ojciec... Jak bardzo było to podejrzane i dziwnie przypadkowe? Nie mógł powiedzieć, ale na pewno nie miał zamiaru się nad tym rozwodzić. Nikt kto stworzył eliksir rudymentalnego ciała – eliksir przywracający materialną postać postaciom niematerialnym – nie powierzyłby znalezieniu ingrediencji młodemu poszukiwaczowi. Czarodziej o takiej wiedzy na pewno sam zdobywał potrzebne produkty i nie mógł być pierwszej młodości. Tę wiedzę posiadali nieliczni, a jeszcze mniej ją praktykowało. Jaki był cień szansy, że właśnie ktoś taki zlecił odszukanie oka smoka Wynonnie Burke? Gdy o tym myślał, możliwość była coraz mniejsza i mniejsza. Analiza zwyczajnych faktów. Jeśli kiedykolwiek pomyślał o tej kobiecie na pewno nie sądził, że spotka ją w ty miejscu i w takiej sytuacji. Trudno było nie rozpoznać jest protekcjonalnego tonu. Szczególnie łatwo rozpoznawalny, gdy było się pięć metrów od niej i wciąż parło naprzód, a ona miała  pretensję o to, że jeszcze jej nie ściągnął. Znał bezczelne kobiety, niewychowane również, chociaż gdyby chciała Wynonna mogłaby być wzorem przykładnej damy. Niestety nie zamierzała podbudować swojego wizerunku choćby odrobinę dobrym wyczuciem i rozpoznaniem sytuacji. Morgoth wiedział, że nie posiadała tego daru, ale nie trzeba było mieć do tego drygu. Wystarczyła silna wola. Zignorował jej kolejne słowa. Cokolwiek by odpowiedział, byłaby niezadowolona. A on nie miał ochoty słuchać jej marudzenia. Co za ironia losu. Szukał samotności, a znalazł ją.
Wyjął różdżkę i wycelował nią w kobietę. Księżyc znajdował się w niezbyt dobrej pozycji, oślepiając młodego opiekuna smoków, ale Yaxley zmrużył oczy, by nie spudłować. Zupełnie jak podczas pierwszego roku pobytu w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Dawno nie używał tego zaklęcia, chociaż wciąż pamiętał ‘Obrót i trach’. Naprawdę cudaczne z początku instrukcje wbiły mu się do głowy, by jak najlepiej rzucić zaklęcie lewitujące. Teraz miał nadzieję, że uda mu się trafić w ruszającą się wciąż kobietę. Gdyby nie ten księżyc…
- Wingardium Leviosa.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 19:23

The member 'Morgoth Yaxley' has done the following action : rzut kością


'k100' : 75


Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 21:33

Wynonna musiała porządnie ugryźć się w język, by nie opowiedzieć Morgothowi czegoś w stylu: nie Joanna D’arc. Ale ugryzła się w język Zazwyczaj takie myśli nie zjawiały się w jej głowie. Teraz jednak była wyczerpana i rozdrażnia. A przede wszystkim była wściekła. Wściekła na samą siebie. O dziwo Wynonna często wściekała się na swoją skromną osobę, głównie, gdy zachowywała się niepomiernie głupio, jak dzisiaj. Podręcznik do Opieki nad Magicznymi Stworzeniami znała praktycznie na pamięć, tak samo zresztą jak kilka innych książek z tej dziedziny. A jednak, ta znawczyni postanawiała kompletnie zignorować podręcznikowy opis langustnika, który jasno mówił o tym, że jego ugryzienie przynosi pecha. Jakby uznają, że w jakiś magiczny sposób jej te zasady nie dotyczą. Teraz zaś zbierała plon swojego przerośniętego ega.
Co do kłamstw, lady Burke na co dzień z nich nie korzystała, zazwyczaj uważając je za bardzo zbędne. Jeśli nie chciała czegoś komuś mówić – po prostu tego nie robiła. Nie zniżała się do poziomu w którym musiałaby się zniżyć do kłamstwa, wydawało jej się ono zdecydowanie poniżej jej godności. Zaś co do felernego oka, od czasu spotkania nadal jej się nie poszczęściło i prawdopodobnie nie miał, z jej nowy, dość niechcianym przyjacielem, pechem. Zaś jeśli chodziło o klientów, Wynonna miała prostą zasadę postepowania. Odbierała zamówienie. Dostarczała ingrediencje i o nic nie pytała. Nie w jej interesie było zaglądanie jej kupcom do kociołka. Gdyby jednak wiedziała, że Morgothowi chociaż przez myśl przeszło, że mogłaby go okłamać z pewnością poczułaby się urażona tym, jak niskie ma o niej mniemanie. Fakt, nie widzieli się spory odcinek czasu, ale Wynonna od czasu Hogwartu, przynajmniej pod względem psychicznym nie zmieniła się prawie wcale. Nadal mówiła mało i konkretnie, a przede wszystkim wyrażała się na temat i zgodnie z prawdą.
Nie tylko lord Yaxley nie sądził, że kiedy ponownie się spotkają, Wynonna będzie zwisać z gałęzi na drzewie, niczym jakiś płaszcz zarzucony na jednej z kołków wieszaka. I wierzcie mi lub nie, sytuacja ta wcale jej nie odpowiadała. Bowiem pani o której mowa, była zwyczajową Zosią Samosią. Lubiła dopinać swego celu sama, bez pomocy osób postronnych. Jednak jej nowy przyjaciel pech postanowił dzisiaj się z nią trochę zabawić, stawiając ją w sytuacji, w której mogła ją tylko uratować dobroć drugiego człowieka. A że główna zainteresowana mało dobroci w świat wysyłała, większe prawdopodobieństwo było, że trafi na kogoś, kto postanowi ją na tym drzewie zostawić. Na szczęście los podetknął jej Morgotha.
Oh, proszę też zrozumieć zniecierpliwienie, gdy w końcu pojawiła się okazja, by z tego cholernego drzewa zejść. Wspomniane zaś wcześniej, dające dotkliwie o sobie znać zmęczenie powodowało, że nawet nie starała się ubierać swe słowa w ładne i przykładne, jakie zwyczajowo cechowały damy na salonach. Co do silnej woli, może Morgoth wierzyć lub nie, ale tej nie brakowało Burkównie, wolała ją jednak wykorzystywać w sposób inny, bardziej pożyteczne. W końcu Morgoth pojawił się w zasięgu jej wzroku, a wyciągając różdżkę, zrobił dokładnie to, co i ona zrobiłaby w takiej sytuacji. Już po chwili jej nogi w końcu po kilku godzinach znów stanęła na ziemi. Niepewnie przestąpiła z nogi na nogę, a potem pojrzała na swojego wybawcę. A potem zrobiła coś, czego Morgoth z pewnością się nie spodziewał. Podskoczyła kilka razy, co prawda jej stopy od ziemi oderwały się na dosłownie kilka milimetrów, ale przy całym tym obrazu, który prezentowała sobą, musiało to wygląda co najmniej dziwnie, jeśli nawet nie śmiesznie. Potem pokręciła kilka razy szyją, wprawiając w ruch całą głowę, w celu rozluźnienia spiętych i zdrętwiałych mięśni. Uniosła dłonie i splotła je nad głową, po czym przeciągnęła się. I wtedy poczuła ból, który przeszył jej plecy. No tak, w całym tym odrętwieniu i wiszeniu, ból jakby stępiał, teraz jednak, gdy na nowo rozruszała obolałe ciało, wracał do niej falami. Przez chwilę kompletnie zapomniała o tym, że plecy dość mocno poharatane zostały przez wredną gałąź, na której zawisła. Rozejrzała się po ziemi w poszukiwaniu różdżki, którą już po chwil znalazła koło jednego z korzeni drzewa. Odwróciła się do swojego znajomego prezentując mu poharatane plecy i zrobiła te kilka kroków, by podnieść swoją różdżkę. Wyprostowana stała przez chwilę, myśląc nad czymś, po czym na powrót odwróciła się w stronę Morgotha i ruszyła w jego stronę, chciała podejść, by mu podziękować.
-Morgoth.. – zaczęła i już miała mówić dalej, kiedy potknęła się Merlin wie o co. Pewnie o własne nogi, patrząc na jej dzisiejsze szczęście. Leciała. Była na tyle blisko mężczyzny, że spokojnie mógł ją złapać, jednak czy miał chęć na ratowanie tak wrednej damy z opresji po raz kolejny tego wieczoru. Może obawiając się, że oberwie od niej z jakiejś rozpędzonej kończyny odsunie się rozmyślnie na bok. Zawsze też istniało prawdopodobieństwo, że ciężar jej ciała i pęd z którym leciała pociągnie na ziemie razem z nią lorda Yaxley. Cóż, nie pozostało nic więcej, jak tylko czekać na to, co przyniesie czas. Wynonna zamknęła oczy, jakby godząc się z tym, że dzisiaj już chyba nawet chodzenie będzie sprawiało jej problemy.




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 22:45

Na szczęście zaklęcie było trafione, nie rykoszetowało ani nie uderzyło obok Wynonny tylko delikatnie uniosło ją w górę niewidzialnym obłokiem. Korzystanie z podobnych, szkolnych zaklęć było w takiej sytuacji naprawdę intrygujące. Prócz egzaminów i zaliczeń nie musiał ich używać. Bo nie musiał ściągać arystokratki z drzewa. Cóż. Najwidoczniej życie miało go zaskoczyć jeszcze wiele razy. Miał nadzieję tylko że nie będą to sytuacje, w których jeden raz dostanie natychmiastowego ataku klątwy Ondyny i pożegna się z tym światem. Jutrzejszy dzień niósł za sobą to ryzyko. Nie wiedział czy widok wuja nie sprawi, że choroba przypomni o sobie i zwali go z nóg. Zwołując aurorów i skazując imię Morgotha Yaxley’a na potępienie. Równocześnie jego śmierć równałaby się z zerwaniem rodu Yaxley’ów. Może jego oddający się hulaszczemu życiu stryj ożeniłby się drugi raz, jednak nie zrobił tego przez tyle lat, mała szansa, żeby zrobił to właśnie teraz. Mimo to postanowił zaryzykować. Postawił wszystko na jedną kartę, by ratować matkę i tym samym dowiedzieć się, co Morgoth Flint tak naprawdę uczynił dwadzieścia dwa lata temu. Wiadomym było że trafił do Azkabanu za wymordowanie rodziny mugoli, ale może kryło się za tym coś jeszcze? Opiekun smoków nie wątpił, że właśnie tak było. Jego imiennik był jednym z najniebezpieczniejszych przestępców, ale tak naprawdę Yaxley nie wiedział dlaczego. Wybici mugole byli jedynie plagą rozwijającą się w ich magicznym świecie. Jako Rycerz Walpurgii wiedział o tym lepiej niż doskonale. Jako Yaxley miał to wpajane od urodzenia. Ale Ministerstwo Magii zdecydowało inaczej. Osądziło go i osadziło, skazując na wieczne odizolowanie. Skoro tak połowa z nich powinna dzielić z nim celę. W tym on sam.
Spokojnie zjechał różdżką w dół, ciągnąc analogicznie ku ziemi Wynonnę wyglądającą jak siedem nieszczęść. Miała ubranie w strzępach, na pewno kryły się pod nim siniaki, jednak ciemność zlewała się z czarnym niemal ubraniem kobiety. Potem obserwował jak podskakiwała, by rozluźnić mięśnie i pobudzić je do ponownej pracy. Sam był i pracował razem z opiekunami smoków, którzy nie byli tylko zastępem szlachciców przestrzegającym zasad etykiety. Niektórzy nie mogli rozprostować pleców, gdy jeden z ich podopiecznych przyszpilił ich w jakiejś ciasnej kryjówce i nie odchodził przez kilka godzin. Potem najwidoczniej zaczęła czegoś szukać. Morgoth wywnioskował, że była to różdżka. Nie sądził, by czarownica mając ją w kieszeni wisiałaby nad ziemią więcej niż dwie sekundy. Otworzył szerzej oczy, widząc rany na jej plecach, ale nic nie powiedział. Dał jej się wyprostować i chciał zaproponować wspólny powrót do Świętego Munga, gdzie kazałby uzdrowicielowi się nią zająć. Jednak Wynonna odezwała się pierwsza. Wymówiła spokojnie jego imię, ale po chwili stało się coś niespodziewanego. Potknęła się na prostej drodze w jego stronę. Instynktownie wysunął się naprzód, by ją złapać, ale gdy tylko poczuł ciężar Burke, siła, z jaką w niego uderzyła popchnęła go w tył. Zanim zdążył zareagować, sam grzmotnął plecami w ziemię. Poczuł jak coś niemiłego i wystającego wbijało mu się pod żebro. Syknął, marszcząc brwi i próbując wstać. 
- Nic ci nie jest? – zdołał jedynie wydusić, patrząc na Wynonnę, po czym położył głowę z powrotem na trawie. Musiał uspokoić oddech i odpocząć chwilę. Przesunął się w bok, by zsunąć się z ostrej gałęzi. Plecy bolały go od uderzenia, a chwilowy brak oddechu wcale mu w tym nie pomógł. Na szczęście ich różdżki wciąż tkwiły w ich dłoniach.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   18.08.16 23:40

W tym całym dniu było coś dziwnego. Bo mimo iż Wynonnie postanowił towarzyszyć nowy kompan. Wszystkim znany jako pech, który zasiadł jej na ramieniu, to jednocześnie też spotykało ją wiele szczęścia Poślizgnięcie się na drzewie i rozpoczęcie długiej drogi w dół? Zdecydowanie pech. Zawieszenie się na gałęzi i nie roztrzaskanie w drobny mak wszystkich kości? Wątpliwe, jednak szczęście. Wiszenie na wspomnianej wcześniej gałęzi? Znów pech. Pojawienie się Morgotha. Zdecydowanie szczęście. Chociaż niekoniecznie dla niego prawda? Z pewnością nie wyruszył do Ferrel po to, by wpaść akurat na nią, bo tego się nie spodziwał. Bardziej możliwym był fakt, że chciał pobyć sam, lub też miał tu coś do załatwienia Nie ważnym to było jednak dla Wynnony. Bardziej liczył się fakt, że ściągnął ją z tego przeklętego drzewa, na które, jakby nie patrzeć wniosła się sama. Użycie jednego z podstawowych szkolnych zaklęć też jakoś mocno jej nie zdziwiło. A nawet w jakiś sposób rozbawiło, bo po raz pierwszy widziała, jak ktoś używa tego zaklęcia poza murami Hogwartu.
Co do przedłużania rodów, choć i dla jej rodziny ciągłość była ważna to Wynonna miała na to niewielki wpływ. To jej bracia mieli przeciągnąć długość trwania jej nazwiska. Jej zadaniem zaś będzie pomoc w przedłużeniu innego rodu arystokratycznego. Wiedziała, jakie ma obowiązki. Wiedziała, a jednak jakaś część jej nie potrafiła jeszcze do końca zaakceptować faktu, że zmienią jej nazwisko, dla zwykłe transakcji biznesowej, w którym jest tylko przedmiotem o określonych zadaniach.
Byłabym skora powiedzieć, że wyglądała gorzej niż siedem nieszczęść. Cała jej garderoba była w opłakanym stanie. Włosy w nieładzie nawet nie układały się na głowie. Spod jej standardowego dobieranego warkocza kosmyki pouciekały i teraz ponad połowa jej włosów luzem podrygiwała, gdy zawiał wiatr. Wcale nie przypominała w tej chwili zwyczajowej, sztywnej i eleganckiej, lady Wynonny Burke. I co ważniejsze, wcale jej to nie przeszkadzało. O dziwo w takiej poobijanej, wręcz marnie prezentującej się formie czuła się najbardziej sobą. Znaczy nie tyle chodziło o strój jak z kloszardzkiego wybiegu. Bardziej o moment, w którym mogła zostawić sztywną etykietę i zasady w murach zamku i udać się na nową przygodę.
W końcu jednak była już na ziemi i miała swoją różdżkę i wszystko zaczynało się układać. Ruszyła nawet w stronę mężczyzny chcąc mu podziękować, ale poleciała jak kłoda. On zaś, w odruchu iście bohaterskim chciał ją złapać. Coś jednak poszło mocno nie tak – i Wynonna zdążyła przeklnąć już za to pecha, którego sprawdziły langustniki – bo oboje polecieli na wilgotną trawę. Gdzieś w swoich obliczeniach lord Yaxley nie uwzględnił pędu i ciężaru jej ciała, które przeważyły szalę zwycięstwa na szalę gruntu. Upadła na niego i to złagodziło jej zderzenie z podłożem. Przez chwilę jej dłoń zabłądziła gdzieś na jego klatce piersiowej, po czym Wynonne dźwignęła się, złażąc z niego i siadając na trawie obok w połowie będąc plecami do niego. Odwróciła głowę w jego stronę, gdy zadał pytanie i swoim zwyczajem przez chwilę mierzyła go spojrzeniem. Właściwie było jej wszystko. Miała podarte ubrania, siniaki na całym ciele, do tego porządnie poharatane plecy i kilka czerwonych rys na policzkach. Dlatego zamiast tego podciągnęła nogi, a na kolanach ułożyła podbródek. W tej pozie dziura na płaszczu i koszuli rozszerzyła się, tylko uwidaczniając bardziej nieciekawą ranę
-Ugryzł mnie dzisiaj langustnic lacado. – wyznała mu w końcu, jakby chcąc się w jakiś sposób wytłumaczyć. Nie chciała by Morgoth pomyślał, że rzeczywiście jest jakąś nieporadną arystokratką, dla której zostanie łowcą ingrediencji było jedynie zachcianką w której się nie sprawdzała. -Nie odstawiam takich przedstawień. – dodała jeszcze, jakby bardziej samą siebie chcąc przekonać, że rzeczywiście tak jest. A może to nie langustnik przynosił pecha, a po prostu ona wykorzystała swój limit szczęścia na całe życie i od teraz będzie chodziła potykając się o własne nogi i wywracając co chwilę zdobiąc swoim ciałem londyńskie chodniki.




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   19.08.16 11:20

Nie wątpił w to, że takie wydarzenia nie były normalnością Wynonny Burke. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by dla sportu specjalnie spadła z drzewa i potknęła się o własne nogi. Wiedział, że lubiła adrenalinę, dziwne miejsca i pobudzające jej ego sytuacje. W końcu nie trzeba było nawet znać tej szlachcianki, by to zauważyć. Posiadała całą listę rzeczy, które do niej pasowały. Jednak ostatnią rzeczą na tej liście byłaby chęć wylądowania na ziemi razem z nim. Wolał nie wiedzieć jak to wszystko wyglądało i dziękował w duchu za to, że Ferrels Wood był odizolowanym od świata miejscem. Ostatnie czego im brakowało to niejednoznacznej sytuacji. Miał nadzieję, że upadek jej jeszcze nie dobił. Nie wybaczyłby sobie, gdyby z jego winy złamałaby sobie którąś z kończyn. Już i tak miała wystarczająco dużo obrażeń na ciele. Na pewno na duszy również. Gdy poczuł jej dłoń na klatce piersiowej, skrzywił się lekko, gdy docisnęła go do gruntu i przypadkowo wbiła gałąź jeszcze mocniej pod żebra. Kłucie było naprawdę paskudnym dyskomfortem i Yaxley bardzo chciał znaleźć się na gładkim podłożu. Chcąc nie chcąc powędrował wzrokiem po jej ranach na odkrytych gdzieniegdzie plecach, zdając sobie sprawę jak bardzo głupie pytanie zadał. Zganił się w myślach, równocześnie zostając zmierzonym przez wymowne spojrzenie Wynonny. W porównaniu z nim naprawdę było jej wszystko. Gdy zaczęła mówić, Morgoth usiadł, odczekał jeszcze chwilę i wstał. Nie spuszczając wzroku z lady Burke, szybko sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza po eliksir odkażający rany. Jako opiekun smoków zawsze nosił ze sobą kilka jego buteleczek. Miał je upchnięte we wszystkie możliwe wierzchnie okrycia. Cieszył się z tego nawyku. Najwyraźniej nie raz miał mu się przydać. Zanim jeszcze odpowiedziała, zdjął płaszcz i okrył ją od przodu, by nie zmarzła. Rozpiął guziki marynarki, po czym przykucnął przy Wynonnie, pokazując jej małą fiolkę. 
- Musimy zdezynfekować rany, nim wda się zakażenie - powiedział, patrząc na nią uważnie. Chciał jej przekazać buteleczkę, ale zawahał się. Przygryzł dolną wargę, zdając sobie sprawę, że kobieta nie poradzi sobie z tym sama. Odszukał jej spojrzenia raz jeszcze jakby zadawał oczywiste pytanie. Miał nadzieję, że odpowie na jego korzyść i sama się sobą zajmie. Nie byli przecież ze sobą blisko.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   19.08.16 14:16

Musi jednak Morgoth przyznać, że ciekawym doświadczeniem, byłoby poznanie człowieka, dla którego tego typu czynności były hobby. Ludzie mili różne zainteresowania. Może gdzieś po świecie błąkał się jakiś masochista, który lubił igrać z życiem i raz na jakiś czas wspinał się na drzewo tylko i wyłącznie po to, by potem z niego zlecieć? Cóż, nigdy nie wiadomo. Jedno zaś było pewne. Mimo że Wynonna potrafiła wspinać się na drzewa, a za dzieciaka często po nich łaziła, to jednak nigdy jej zamiarem nie było zlecenie z któregokolwiek z nich. Tak samo jak rozkładanie się jak długa pod tym, jak się wyłożyła. Przez chwilę nawet czuła się odrobinę winna, że tak bezczelnie przygwoździła Morgotha do ziemi, bowiem nigdy to w jej zamiarze nie leżało. A jedynym powodem dla którego w ogóle ruszyła w jego stronę była chęć wypowiedzenia podziękowania za to, że ściągnął ją z tego drzewa. Dosłownie przysiąc by mogła, że jeszcze chwila dłużej, a zaczęłaby gadać sama z sobą, albo z sową, która przysiadła na gałęzi obok.
Upadek sprawił, że poczuła kolejną falę bólu, ale że bolało ją w tej chwili wszystko, jakoś niespecjalnie odznaczył się na liście najbardziej frapujących zdarzeń. Nie wiedziała też, że Morgoth upadł na jakąś wredną gałąź jednak w żaden inny sposób, nie mogła się podnieść. Znaczy, chciała położyć dłoń gdzieś obok na ziemi, ale ta wrednie sama postanowiła usadowić się na jego klatce. Wynonna w żaden sposób nie rozpatrywała tego zdarzenia w żadnej innej kategorii. Musiała o coś podeprzeć dłoń by się podnieść – nieszczęśliwie trafiło na tors lorda Yaxleya. To wszystko.
Morgoth jak zwykle był przede wszystkim dżentelmenem. Wynonna uświadomiła to sobie, gdy zarzucił jej płaszcz na ramiona. Później zaś ukucnął przed nią podstawiając pod jej oczy fiolkę. Zerknęła na nią, a po chwili spojrzeniem wróciła do jego twarzy, gdy zaczął mówić. Skinęła głową i obserwowała przygryzioną wargę Morgotha. Sprawiał wrażenie, jakby toczyła się w nim wewnętrza walka jego i dobrego wychowania, z jednej strony, wyglądał, jakby najchętniej wcisnął jej w dłoń buteleczkę i dał jej samej się sobą zająć(co jednocześnie było też czymś, czego najbardziej chciałaby Wynonna), z drugiej zaś, było widać, że zdawał sobie sprawę, że nie da rady sama.
-Lordzie Yaxley, - mruknęła i widać było, że nie czuję się z tym komfortowa. Wolała robić wszystko sama i nie musieć prosić nikogo o pomoc, jednak nie istniała możliwość, w której dosięgnęła by odpowiednio do rany na plecach. – Będziesz tak miły? Wolałabym zająć się tym sama, jednak wątpliwe jest to, że sięgnę do rany na plecach. – swoje zielone spojrzenie zawiesiła na jego twarzy.




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
23
18
11 (19)
5 (28)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   20.08.16 9:36

Tak. Nie było innego wyjścia. Musiał jej zdezynfekować rany, chociaż oboje woleliby, żeby Wynonna sama się tym zajęła. To nie była jego siostra, a sytuacja nie była krytyczna, by podejmować szybkie decyzje ratujące życie. Mimo to lady Burke cierpiała i nie mógł zostawić jej samą sobie. Już nie chodziło o etykietę czy to, co wypadało, a co nie.  Musiał jej pomóc i to było przesądzone. Jej spojrzenie było bardzo wymowne. Tak bardzo, że aż sięgnęło jakiejś cząstki Morgotha głęboko w duszy.
- Złap mnie za rękę - powiedział, patrząc na nią uważnie i wyciągając w jej stronę dłoń. Nie widząc w niej przekonania, rozejrzał się za czymś w zastępstwie. Zobaczył przed nią gruby, wystający z ziemi korzeń. To też mogło się nadać. - Lub złap cokolwiek. To nie będzie przyjemne - dodał, obserwując zachowanie Burke. Znał działanie tego eliksiru i nie raz żałował, że był na tyle głupi, by pozwolić się zranić. Chciałby oszczędzić jej tego palącego uczucia, ale nie było innej drogi. Jeśli tak miało się stać, zamierzał pomóc jej w każdy możliwy sposób. Gdy podjęła decyzję, skinął głową, po czym lekko przesunął się, by dokładnie obejrzeć plecy kobiety. Odetchnął, po czym zaczął przestawiać swój umysł na to, co niektórzy nazywali znieczulicą. Nie widział już pleców Wynonny, a rozległą ranę, którą musiał się zająć. Ale najpierw musiał oczyścić ją z kawałków ubrania. Delikatnie rozsunął pozostałości po płaszczu i ubraniu pod nim, kilka małych fragmentów musiał też zwyczajnie odrzucić na trawę. Poprawił się i dopiero wtedy otworzył fiolkę. Nie spytał czy była gotowa. Po prostu odszukał spojrzeniem jej wzroku. Kilka sekund później Morgoth aplikował już eliksir prosto na poharatane zadrapania. Uważał, by żadna kropla substancji nie spadła na ziemię, a w miejsce gdzie powinna.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Wynonna Burke
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3517-wynonna-persephone-burke http://www.morsmordre.net/t3530-tryton#61808 http://www.morsmordre.net/t3529-lady-burke-na-salonach#61753 http://www.morsmordre.net/t3531-wynonna-burke#61812
Łowca rzadkich ingrediencj, ex alchemik
24
Szlachetna
Zaręczona
Im difficult, but I promise
I'm worth it.
7
7
10
0
2
1
4
8
Czarownica
Snow Queen

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   21.08.16 23:05

Zdarzało jej się wcześniej dezynfekować rany, głownie eliksirem, lub maścią i to uczucie samo w sobie nie było przyjemne. Kiedyś musiała też użyć ognistej, żeby odkazić ranę i od tego czasu jej zapasy zawsze były uzupełnione. Już sama maść sprawiała wrażenie pieczenia, którego nie lubiła. Alkohol zaś palił skórę w taki sposób, że miało się wrażenie, jakby tą konkretną część ciała włożyło się w ogień. I to z własnej nieprzymuszonej woli. Oczywiście odbywało się to świerczenia i swądy przypalanej skóry. Nie znała się na magii leczniczej, musiała więc korzystać z pomocy eliksirów i magicznych maści. Na szczęście miała też swojego prawie prywatnego uzdrowiciela, którego nie raz zaskoczyła zjawieniem się w środku nocy. Myślę, że teraz już w jakiś sposób przyzwyczajony był do tego, że w środku nocy teleportowała się w jego gabinecie z kolejną raną, którą trzeba było poskładać.
Morgoth wyciągnął w jej stronę dłoń, a ona zmierzyła ją niepewnym wzrokiem, zawahała ją i chyba to zauważył. Zawsze był dobry w dostrzeganiu tych sekundowych oznak, że jest człowiekiem i ma jakieś uczucia, które skrzętnie skrywa. Zamiast więc dłoni Morgotha sięgnęła więc do wystającego z ziemi korzenia. Dla nich obu ta sytuacja nie była komfortowa. Jednak łapie za dłoń swojego tymczasowego uzdrowiciela tylko przeszkodziło by mu w pracy. Przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech, wiedziała, że to co nadejdzie nie będzie przyjemne. Czuła jak lord Yaxley rozchyla poły jej ubrań, a później oczyszcza ranę z dżag, które w niej zostały. Ukłucia bólu odzywały się co chwilę. Jednak znała już ten rodzaj bólu całkiem dobrze, także nawet nie drgnęła. Nauczyła się w takich momentach zatapiać we własnych myślach i nie skupiać na bólu, który o sobie dawał znać. Poza tym, zaraz eliksir miał zatopić się w jej ranie. Myślała, nie wiedząc czemu o momencie, kiedy to pierwszy raz jakaś szlama odważyła się jej dotknąć. Cholera wie czemu, ten moment do dzisiaj ją frapował a jednocześnie bawił. Wzdrygnęła się lekko przy pierwszym kontakcie eliksiru ze skórą, gdy poczuła jak to niczym parzące zło całego świata dotknęło jej pleców. Chwilę to trwało, ale wiedziała, że Morgoth po prostu przykłada się do pracy, którą w tej chwili wykonuje. W końcu oczyścił całą ranę. A ona wypuściła wstrzymywane powietrze. Przez chwilę siedziała w milczeniu z nadal przymkniętymi powiekami. Ból odbijał się w jej ciele niczym fale uderzające o brzeg.
-Dziękuję, lordzie Yaxley. - cóż, to było coś, jak na Wynonne, bo z jej ust rzadko kiedy wydobywało się to słowo. Jednak naprawdę była mu wdzięczna, za wiele rzeczy. Głównie za to, że za miejsce swojej dzisiejszej przechadzki wybrał właśnie Farrels Wood. W innym wypadku kto wie, jak długo wisiałaby na tym drzewie Chyba do czasu, gdy jej ubrania w końcu nie postanowiłyby się poddać, a nie zapowiadało się, by szybko miały to zrobić. Teraz potrzebowała tylko kilku chwil, by teleportować się do uzdrowiciela. Minęło kilka minut, w ciągu których Wynonna ciągle siedziała na ziemi. W końcu dźwignęła się na własne nogi. Ściągnęła z ramion płaszcz, którym okrył ją Morgot i oddała mu go. Poczekała aż ten go odbierze, a potem skinęła mu głową, jeszcze raz w ten sposób dziękując za pomoc. Później zaś zamknęła oczy i teleportowała się. Nie do domu, nie do sklepu, wprost do posiadłości swojego uzdrowiciela. Musiała zająć się tą raną od razu, jutro chciała wrócić do poszukiwań. Była pewna, że i on długo tam nie został. W każdym razie, każdy z nich poszedł w swoją stronę, dziś jednak Wynonna była szczęśliwa, że kogoś spotkała.

/2 x zt




You say

"I can fix the broken in your heart You're worth saving darling".
But I don't know why you're shooting in the dark I got faith in nothing.


Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott http://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 http://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 http://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 http://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
9
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   21.12.16 22:37

28 marca

Koniec miesiąca zwykle dla Lucindy był momentem odpowiednim na przeanalizowanie tego czego udało jej się dokonać. Dla poszukiwacza artefaktów łączyło się to z obiektywnym nadawaniem etykietek zdobytym przedmiotom. I choć pewnie wydaje się to w jakiś sposób absurdalne to nie cenność była przez nią rozpatrywana, a to jak bardzo musiała się postarać by ten przedmiot zdobyć. Luty, którego oceniać nie musiała i pewnie nawet nie chciała podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, a dla kogoś kto od lat ryzykuje własne zdrowie i życie by zdobyć coś na czym mu zależy, to bardzo szczególna rzecz. Niestety nie niósł on ze sobą niczego dobrego, a wiara, że kolejny miesiąc w dniu rozrachunku da jej zaspokojenie była nawiną prośbą o… powrót do dawnego życia. Dlatego też, kiedy do jej uszu doszły słuchy, że w Ferrels potocznie nazywanym przez ludzi jej pokroju Lasem Dusz znajduje się przedmiot warty uwagi nie zastanawiała się ani chwile. Rzadko dawało się znaleźć w Anglii coś na czym warto było zawiesić oko, a jeżeli już tak się działo to trzeba było bardzo się na męczyć, żeby to zdobyć. Teraz wiedząc, że stracić może niewiele, a zyskać przede wszystkim cząstkę opuszczonej tożsamości postanowiła nie odpuszczać. Nie pozwól, by strach przed chorobą odebrał ci radość twojego życia. Te słowa odbijały się w jej głowie niczym mantra, która nawet jeśli była tylko kłamstwem to przecież w tamtym momencie jednym jakie posiadała. Wchodząc do lasu przypomniała sobie pierwszy raz kiedy tutaj była. Usłyszała wtedy, że dusze mogą być tutaj najmniejszym zmartwieniem. Dzisiaj jednak przychodziło jej to naturalnie. Ubrana w oliwkowe spodnie i czarny płaszcz czuła, że żyje. Ten raz kiedy mogła wszystkie suknie rzucić w kąt. Przez te dwa miesiące zapomniała jakie to może być naturalne. Przyjemne. Z kompasem w ręku zaczęła przemierzać zbocza wiedząc, że teleportacja do niczego jej się w tym miejscu nie przyda. Tak łatwo można było coś przeoczyć. Zapach lasu przypomniał o rodzącej się wokół niej wiośnie. Szum drzew o historiach jakie o tym miejscu słyszała. Pewnie w innym życiu byłaby tym miejscem przerażona, ale przecież nie robiła tego pierwszy raz. Nie wiedziała jak długo szła w głąb lasu kiedy jej oczom ukazała się obrośnięta mchem grota. Lucinda rozejrzała się po ziemi w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów, ale nie potrafiła tego stwierdzić. Ziemia była zbyt sucha, zbytnio przysłonięta ściółką. Nie odrywając wzroku od groty kucnęła by wyciągnąć zza cholewki buta różdżkę. Mruknęła lumos, a jej różdżka rozbłysła niwecząc lekko mrok. Nie zdążyła zrobić kroku kiedy wielka dłoń chwyciła ją za płacz i uniosła. Zaskoczona blondynka krzyknęła machając rękami i nogami. Może i by to coś dało gdyby nie fakt, że różdżka wyśliznęła jej się z dłoni i upadła na ziemię niknąc w krzaku dzikiej róży. Wiedziała już dlaczego dusze są tutaj najmniejszym zmartwieniem.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Raleigh Greengrass
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://www.morsmordre.net/t4100-raleigh-greengrass http://www.morsmordre.net/t4190-little-dismas http://www.morsmordre.net/t4115-koniec-psot-czy-na-pewno http://www.morsmordre.net/f223-derbyshire-dwor-greengrassow http://www.morsmordre.net/t4117-raleigh-greengrass
opiekun smoków w Peak District
25
Szlachetna
Kawaler
Anything that gets your blood racing is probably
with all my worth doing
10
20
0
0
0
0
0
7
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Ferrels Wood, Northamptonshire   22.12.16 19:23

Milczący, nieprzenikniony las potrafił przytłoczyć nawet najodważniejszego czarodzieja. Zanim się tutaj znalazłem, sądziłem, że znów zapomniałem co  to znaczy odczuwać strach. Mdlący, zaciskający żołądek w niezwykle ciasny supeł o wielu splotach. Ostatnim razem, kiedy wydawało mi się, że potrafię być nieustraszony, nieomal spalono mnie żywcem. Pamiętam ten ból i rozżalenie, a to, że do tej pory widzę skutki mojej lekkomyślności nie pomaga mi w zapomnieniu. Ta myśl nie była specjalnie pokrzepiająca, ale chociaż pozwoliła mi pamiętać o ostrożności. Pomimo zaciskania palców na różdżce i uważnego stąpania, czułem się tak, jakbym wkroczył w sam środek labiryntu. Wszystkie ścieżki wydawały mi się identyczne. Wystarczyło, abym spotkał na rozdrożu trzy różne, wydeptane w leśnym poszyciu drogi, a za piętnaście minut lądowałem na, jak mi się zdawało, identycznej polance. Miałem wrażenie, że zaczynam powoli tracić nie tylko pewność siebie, ale również i rozum. Doprawdy nie miałem pojęcia co podkusiło mnie, aby wybrać się do Ferrels Wood. Perspektywy były zachęcające, temu nie mogłem odmówić, ale czy aż tak bardzo straciłem szacunek do swojego życia i zdrowia? Mówią, że po niezwykle traumatycznych przeżyciach człowiek zaczyna patrzeć na niektóre sprawy inaczej. Jak było ze mną? Wydaje mi się, że nic się nie zmieniło. Wystarczyło mi, abym poznał korzyści płynące z tej wycieczki, a rzuciłem wszystko co właśnie robiłem, prosząc Travisa o przysługę i o zajęcie się dziś moimi podopiecznymi. Głosiły plotki, że w tych okolicach widywano pojedyncze egzemplarze Żmijozęba Peruwiańskiego, ale od jakiegoś czasu zaginął po nich wszelki ślad. Podejmowano nawet jedną próbę wycieczek w te strony, jednakże nie przyniesiono z nich nic poza wieściami o dziwnych zaginięciach. W lesie ginęły, wspierające czarodziejów na wyprawach, psidwaki, a także wiele innych, mniej istotnych zwierząt. Czasami widywano tylko ślady krwi i futra, odciski łap w ziemi i połamane drzewa. Podejrzewałem co to mogło być, ale wolałem nie martwić się na zapas. Zresztą, może i tak nic nie znajdę? Jaka była szansa, że odszukam zaginione, najpewniej nielegalnie sprowadzone i porzucone smoki? Była ich para, tyle wiedziałem. Podobno zdołały złożyć jaja. Jak się tego dowiedziano? To także było dla mnie tajemnicą, którą miałem rozwikłać o ile tylko poszukiwania okażą się owocne. Niewiadomych było zdecydowanie więcej niż odpowiedzi, ale nie tylko to mnie martwiło. „Wskaż mi”, mogłem powtarzać nieomal nieustannie, ale różdżka nie chciała reagować na moje polecenia. Wirowała bez końca, szukając właściwego kierunku i najwyraźniej nie mogąc poradzić sobie z jego ustaleniem. Z westchnieniem ruszałem wtedy dalej, aż wreszcie przy którejś z kolei próbie zamarłem. Dosłyszałem krzyk i coś jakby bardzo ciężkie kroki. Zrobiło mi się jednocześnie zimno jak i gorąco. Rzuciłem się w stronę dźwięku, nagle zapominając o tym, że miałem być cicho. Dopiero, kiedy znalazłem się, jak mi się wydawało, w zasięgu słuchu na tyle, aby można było dosłyszeć me kroki, zwolniłem. Przedarłszy się przez ostatnie gałęzie zrozumiałem, iż byłem świadkiem zaprawdę osobliwej sceny. Niewiasta porwana przez niezwykle nieurodziwego trolla. No, bo cóż to było, jak nie troll właśnie? Wielka ręka wystają z jaskini była wystarczająco wymownym sygnałem, tak samo jak zniszczone drzewa, które mijał wcześniej. Może, gdyby sytuacja była mniej niebezpieczna to potrafiłbym się nawet z tego śmiać. Zamiast tego ściągnąłem jedynie brwi i skorzystałem z pierwszego zaklęcia, jakie tylko przyszło mi do głowy.
- Fontesio! - krzyknąłem, celując różdżką w trolla i jednocześnie miałem pewien ambitny plan. Liczyłem na to, iż zaatakowany strumieniem wody stwór odruchowo wypuści Lucindę. Przygotowałem więc w pogotowiu zaklęcie wingardium leviosa. W końcu, nie chciałem, aby przyjaciółka Travisa nabiła sobie chociażby jednego guza w mojej obecności.





It takes a lot to give, to ask for help, to be yourself, to know and love  what you live with.
Powrót do góry Go down
 

Ferrels Wood, Northamptonshire

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Ferrels Wood, Northamptonshire

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Wielka Brytania :: Anglia-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17