Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Malinowy las

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Malinowy las   16.07.16 18:20

First topic message reminder :

Malinowy las

Choć o lesie na obrzeżach Londynu od stuleci mówi się "malinowy", najpewniej nie uświadczy się w nim żadnych owoców. Niezwykły teren ciągnie się na obszarze kilkuset stóp - to nie za dużo, ale także nie za mało na krótką przechadzkę i nacieszenie wzroku wyjątkowymi barwami. Drzewa kwitną tutaj już na początku marca, a ich zielone liście wraz z kolejnymi słonecznymi dniami nabierają... malinowej barwy. Amatorzy tej części lasu mówią, że trzeci miesiąc roku jest jedynym okresem, gdy można usłyszeć tu śpiew ptaków i inne dźwięki leśnego życia. W dzień równonocy wiosennej wszystkie liście opadają, a konary wcześniej zapierających dech w piersiach drzew, przypominają ciemne, martwe szkielety natury z opustoszałymi gniazdami ptaków. Za to runo leśne... Runo leśne czaruje piękna malinową barwą liści, które będą zachwycać przechodniów przez cały rok.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   26.11.17 22:58

Pomimo zmiany, jaka zaszła w charakterze Benjamina, uwypuklając przygniecione przez ciężar życia przymioty człowieka poczciwego, temat odpowiedzialności pozostawał dla niego dość ciężki. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jeszcze świeże wydarzenia, wspomnienia wyrysowane na jego ciele niedoleczonymi poparzeniami - sięgającymi znacznie głębiej, niż mogłoby się wydawać. Cierpiał. Każdego dnia, każdej godziny; nie istniała chwila, by nie wracał myślami do starej chaty i podjętej wtedy decyzji. Odezwał się wtedy jako pierwszy, jako pierwszy, bez najmniejszej wątpliwości, opowiedział się za otworzeniem skrzyni i zniszczeniem serca Grindelwalda. Rozpamiętywał ten moment w nieskończoność, pełen wątpliwości, nie podyktowanych arogancją a niepokojem - czy gdyby zaoponował, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej? Czy jego straceńcza, bezmyślna odwaga, pociągnęła za sobą innych? Czy gdyby nie iskra, wydobywająca się z wąskich ust, reszta Gwardzistów także rzuciłaby świat w płomienie? Nieco zmarkotniał, słysząc wspomnienie Foxa; wiedział, że i on uginał się pod ciężarem odpowiedzialności, którą mogli rozłożyć tylko na swych barkach.
- Jak to znosisz? - spytał dość głucho, choć silił się na lżejszy ton, przez co krótkie pytanie wybrzmiało między nimi groteskowo. Jak zgniła landrynka. Albo herbatnik z uwięzionym w masie czekoladowej robakiem. Wright jeszcze mocniej zacisnął dłonie na siekierze, obchodząc drzewo z drugiej strony, tak, by móc lepiej obserwować poczynania Foxa, zarówno te fizyczne, jak i werbalne. Chciał wiedzieć, jak radzi sobie z tym całym bajzlem, z obserwowaniem umierających ludzi, z rozsypującym się czarodziejskim światem - i jak wykorzystuje narzędzie do wycinki drzewa. Obydwie kwestie były równie istotne, obydwie ważne dla nich: i dla Zakonu.
- Musisz bardziej wyprostować plecy i uderzać mniej więcej w tym miejscu - pouczył go, kopiąc obcasem potwornie zabłoconego buta w swój pień, by pokazać w jakim miejscu najwygodniej nadwyrężyć stabilność drzewa. Kudłacz uznał ten wygibas za zabawę, zaczął więc skakać pomiędzy Foxem a Wrightem, podszczypując mężczyzn za nogawki spodni, co nieco utrudniało zabawę w małego drwala. I pełne zachowanie powagi; Ben westchnął ciężko. Nigdy nie sądził, że będzie przebywał ze swoim najlepszym przyjacielem pełen tak intensywnych, chmurnych uczuć - zamiast nonszalancko gawędzić o pierdołach, ognistej, wynikach Jastrzębi, panienkach oraz niewybrednych żartach. Czasy się zmieniały. Ludzie - także, ale pomimo całego chaosu, Wright czuł do niedoszłego Malfoya niezmiennie tę samą, braterską mieszankę uczuć. Przywiązania, troski i prawdziwej miłości, takiej, którą darzył rodzeństwem - i która jeszcze nigdy go nie zraniła ani zawiodła. A to należało w tym parszywym świecie do rzadkości.
- Gąsiora? Hereward był gęsią? - zdumiał się, skutecznie odciągnięty od niewesołych myśli wizją poważanego profesora fruwającego nad areną oraz dziobiącego Lisa w tyłek. Udało mu się nawet zachichotać pod nosem, musiał być to widok niesłychanie zabawny, przynajmniej dla osoby postronnej, która nie wiedziała o winie spoczywającej na barkach obydwu dokazujących pojedynkowiczów. Wright zamachnął się mocniej, kilkukrotnie, napinając mocno mięśnie barków i ramion. Drzewo zachwiało się gwałtownie, ale jeszcze nie przerwało swego rdzenia - Jaimie i tak gwizdnął ostro na Kudłacza, by przywołać go do nogi - nie chciał, by te skończył jak marmolada rozgnieciona przyszłym materiałem pod budowę chaty. - Pieruńsko charakterną mam tę siostrę, ale kocham ją i tak - odpowiedział, powracając tematem do Hannah. Ponownie zerknął pytająco na Foxa, zachęcając go wytrzeszczeniem piwnych oczu do kontynuowania tematu. Ciągle nie rozumiał, do czego tak sprytnie skrada się Freddie. - Bardziej niżbym chciał? Ja chcę, żeby ona się tak zaangażowała. Całą sobą. Znasz Wrightów, idź na całość, albo wracaj do maminej kuchni szorować garnki - przytoczył nieco zardzewiałe przysłowie, finalnie posyłając siekierę na drzewo - a drzewo, z hukiem, opadło na miękką, wilgotną od deszczu ziemię, bezpiecznie omijając inne modrzewie. - Jest silna, jest dobra, jest dzielna. Niczego więcej jej nie potrzeba - oprócz, no, informacji, które przez moje braki w retoretyce, brzmią trochę sekciarsko - kontynuował, szczerze przyznając się do własnych niepowodzeń. Ufał Foxowi i dlatego też powierzał mu swoją siostrę: a także siekierę, nie bojąc się, że ten pozbawi się własnej kończyny albo głowy. To byłoby więcej niż przykre. Ben podszedł do przewróconego drzewa, przyglądając się mu uważnie, sprawdzając pień i słoje - zerknął jednak przez ramię ponownie, wyczekująco; nie wiedział, ile czasu spędził na łomotaniu ostrzem w drzewo, ale był pewien, że Fox wykorzystał tę chwilę na namysł. I powstrzymanie się od finalnej odpowiedzi; coś było nie tak z tym młodzieńcem w Hogwarcie, kryło się tam coś jeszcze. A wstrzemięźliwość nigdy nie była domeną jego Freddiego. - Mugol. Sprawy. No? - zachęcił go niezwykle uprzejmie do kontynuowania opowieści. - Przecież widzę, że to coś większego. Mów - rzucił gromko, jak wtedy, gdy uporczywie próbował dowiedzieć się, kto też skradł serce hogwarckiego casanowy, błyskającego zębiskami ze stanowiska komentatora - a Fox doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Ben nie odpuszcza wydobywania takich sekretów ze swojego przyjaciela.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Malinowy las   28.11.17 8:23

Choć moje ramiona otulało ciepłe, niemal parne powietrze (zaskakująco ciężkie jak na serce angielskiego lasu), twoje pytanie wypełniło mój organizm przejmującym chłodem, podobnym do tego, który towarzyszył mi, kiedy w środku zimy postanowiłem udowodnić ci, że jestem wystarczająco twardy, aby wskoczyć do jeziora. Może z tą różnicą, że szkolnemu wspomnieniu towarzyszyły raczej euforia i zaciekłość – nie zaś smutek i rezygnacja.
Nie spałem już od wielu dni – a jeśli sen łaskawie przychodził, to tylko na chwilę, dręcząc mnie koszmarami, które zapętlały w nieskończoność obraz przeklętej skrzyni. Choć może z tego zmęczenia zacząłem już śnić na jawie, lub też moje własne sumienie nie pozwalało mi zaznać spokoju, powołując senne mary do życia nawet wtedy, gdy byłem daleko poza zasięgiem ramion Morfeusza.
- Wcale – wyznałem gorzko, obnażając przed tobą swoją największą słabość. Coraz trudniej przychodziło mi granie dobrej miny do złej gry, a zmowa milczenia była jak niewygodny kaganiec, siłą wciśnięty psidwakowi na pysk. Cisza nie leżała w mojej naturze; rozlewała się po krwiobiegu niczym trucizna – taka, która lubiła zabijać efektownie, ale powoli. - Mam ochotę wykrzyczeć światu, jak fatalny błąd popełniliśmy. Trzymanie tego w sekrecie sprawia, że czuję się, jakbym dokonał najgorszej zbrodni. Choć może właśnie dokonałem. - Razem z tobą. I chyba tylko ta myśl trzymała mnie jeszcze w ryzach, gdzieś na krawędzi otchłani szaleństwa. - Zawsze mówiłem z jakąś dziwną lekkością, że błędy popełnia się po to, by móc ewoluować. Ale jeśli ceną ewolucji jest ludzkie życie, to chyba wolę pozostać w miejscu. - Poparz, Jamie. Oto ja, niezłomny Lis ograbiony z poczucia fantastyczności. W ostatnich dniach lgnąłem do pracy, do działania, do samodoskonalenia – jakbym w ostatnim geście rozpaczy próbował w ten sposób odkupić swoje winy. Lub po prostu wybrał linię najmniejszego oporu, zajmując myśli tym, co należało zrobić. - A ty? - Mam nadzieję, że lepiej. Zawsze byłeś trudny do skruszenia.
Kiwam głową na znak, że rozumiem, choć zdaje mi się, że nie mam większych problemów z obraniem strategicznego miejsca na pniu. Nie gaszę jednak twojego entuzjazmu, sumiennie pogłebiając nacięcie w drugim drzewie. Praca fizyczna może i nie należała do tej najbardziej efektywnej, ale spokój, który wnosiła w moją duszę, pozostawał nieoceniony – choć może równie spory udzial miało w tym twoje towarzystwo. Całkowicie właściwe i naturalne, nawet pomimo tego, że w życiu nasze ścieżki wielokotnie się rozwidlały, nigdy jednak nie oddalając się od siebie zbytnio.
- Dwukrotnie. - Podkreśliłem dramatyzm sytuacji, a choć atmosfera nie sprzyjała dowcipowi, na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech, którym zarażam się pewnie od ciebie. A przecież nie było niczego zabawnego w mojej porażce (no, może poza opierzonym kuprem Herewarda). Powinienem się raczej cieszyć, że Bones nie widziała tego pojedynku. Wrzuciłaby mnie ba bruk.
W milczeniu wysłuchiwałem pochlebną litanię na temat Hanki, zgadzając się z każdym twoim słowem, jednocześnie troche nie dowierzając, że nie wiedziałeś, o czym mówię. I choć wcale nie przychodziło mi to na język z lekkością, gdy skończyłeś, w końcu odważyłem się dotrzeć do meritum.
- Siła, dobro czy odwaga nie zawsze wystarczają, żeby wrócić calo z naszych misji. - Przyznaję cierpko, na krótką chwilę przerywając machanie siekierą, by móc spojrzeć ci prosto w oczy. Nie chciałem, byś za kilka miesięcy widział we mnie kata własnej siostry. Zwykle wcielanie kolejnych osób do Zakonu Feniksa nie stanowiło dla mnie problemu, ale Hannah też była trochę dla mnie jak taka siostra – albo zupełnie nie, ale w jakimś stopniu czułem się za nią dpowiedzialny, podobnie jak za Joego. Zawsze, gdy byli jeszcze młodsi, zdawali się plątać między naszymi nogami, a los mimowolnie zaplatał między nami nić porozumienia.
- Jak myślisz, ile powinniśmy ich ściąć, licząc, że zbierzemy także te, które połamała nawałnica? - Zapytałem kontrolnie, gdy przyglądałeś się przewalonemu modrzewiowi. Nie narzekałem na wysiłek – wolałem być jednak świadomy ilości pracy, którą należało jeszcze wykonać.
Uporządkowanie myśli zajęło mi jeszcze chwilę, choć nadal nie znalazłem sposou na to, jak przekazać ci ciążący na moich barkach temat. Może powinienem zrobić to tradycyjnie, tak, jak robili to Wrightowie. Bez ogródek. Prosto z mostu.
- Pamiętasz tę mugolkę, z którą spotykałem się po szkole? Widziałem się z jej mężem. Anna zmarła nieco ponad rok temu, osierocając syna. - Jeszcze się nie domyślasz, Jamie? - Chłopak ma już trzynaście lat i, co nietypowe, chodzi do Hogwartu. To się zdarza. Ale rozmawiałem z Leonardem. I nie była to przyjemna rozmowa. - Pezerwałem na moment, szarpiąc się z siekierą, która zaklinowała się w pniu, kontynuując dopiero wtedy, gdy znów mogłem wrócić do pracy, jakby wymachiwanie narzędziem dyktowało mi rytm rozmowy. - Nie posiadł jej przed ślubem. Co więcej, gdy przyjęła jego oświadczyny, była już w ciąży. - Zamilkłem, podnosząc na ciebie wzrok i w napięciu wyczekując jakiejkolwiek reakcji, która - o dziwo - stanowiła dla mnie wielką niewiadomą.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   30.11.17 11:30

Chciał wiedzieć - a jednocześnie oddałby wiele, by cofnąć przepełnione goryczą pytanie. Chciał pomóc, ale wiedział, że nie będzie w stanie, że borykają się z tym samym problemem, niosą ten sam ciężar, który wcale nie zelżeje, nie rozproszy się. Chciał pocieszyć, lecz nie znajdował słów, w które naprawdę by uwierzył, a kłamać przestał dobrych kilka tygodni temu. Chciał dobrze - a wtedy, na Odsieczy, i później, przy skrzyni z sercem Gellerta, wyszło jak zawsze. Westchnął ciężko, słysząc odpowiedź Foxa, nie patrzył jednak na lisią twarz, wiedząc, że pewne wyznania nie wymagają kontaktu wzrokowego. Stali nadzy wobec grzechu, który popełnili, i nie był to miły widok, nawet dla współodpowiedzialnych za największą czarodziejską tragedię ostatnich lat. - Musimy zaufać Bathildzie. Skoro mówi, że tak będzie lepiej, dla wszystkich, to ma rację. Może nie widzimy jeszcze pewnych rzeczy - odparł powoli i dość smętnie, chociaż z stuprocentową wiarą w Bagshot, bowiem sam nie wiedział, co dokładnie sądzi o ukrywaniu prawdy. Z jednej strony boleśnie mu to uwierało, z drugiej konsekwencje ogłoszenia wszem i wobec powodów śmierci setek ludzi mogłyby zniszczyć naprawdę wiele. W tym morale Zakonu Feniksa. A na to pozwolić nie zamierzał nigdy. - Ja...radzę sobie. Nie wiem jak, ale jakoś. Po prostu za dużo nie myślę - odparł prostolinijnie, odchodząc od powalonego pnia, by porozglądać się po oznaczonych ostatnio drzewach. Temat anomalii zdekoncentrował go do tego stopnia, że prawie nie usłyszał wstydliwego wyznania o dwukrotnej przyjemności sparingu z opierzonym profesorem. Śmiech, który powinien wybuchnąć z gardła Benjamina, utknął gdzieś za warstwą ciemniejszych chmur, ponownie zbierających się nad jego głową. Nie pozwalał im się jednak skumulować, machnął dłonią, przywołując Kudłacza - przykucnął przy kolejnym drzewie, badając jego pień, a przy okazji pogłaskał psa po głowie, wywołując tym samym słodkie piski radości. Niepozwalające zignorować uporczywego spojrzenia Fredericka. Benjamin uniósł wzrok, dzielnie wytrzymując ostry, przeszywający promień oświecenia, płynący z ciemnoszarych oczu. - Aaa - powiedział, w końcu rozumiejąc, do czego prowadziły taneczne podchody przyjaciela, dotyczące Hani. - Boisz się, że ona zginie - wygłosił całkowicie spokojnie, bez mrugnięcia ani drżącego tonu. Przecież to przemyślał. Przecież był świadomy zagrożenia. Przecież wiedział, że wciąga siostrę na szafot, pomagając jej wspiąć się po stromych schodkach, jak wtedy, gdy miała pięć lat i nieporadnie próbowała dostać się do domku zbudowanego przez ojca na starej jabłoni. Uśmiechnął się lekko do tych wspomnień, co w kontekście wypowiedzianych słów wyglądało raczej niepokojąco. - Ja się nie boję. Wiem, że jest silna, wiem, że wytrzyma naprawdę wiele. A kiedy przyjdzie ten czas - przynajmniej zginiemy razem. W imię sprawy, za którą warto oddać więcej niż życie - kontynuował, wcale nie podniośle, raczej z cierpliwym stoicyzmem, w taki sam sposób, w jaki tłumaczył Frederickowi zagadnienia związane z opieką nad magicznymi stworzeniami. To miało sens, czuł to całym sobą, i chociaż bał się o siostrę - i o Josepha - to wiedział, że pozwalając im wkroczyć na ścieżkę Zakonu, postępuje słusznie. Tak ich wychowano. - Myślę, że kilka, przynajmniej dziesięć. Wiem, że inni znaleźli bliższe zagajniki, w sumie wytniemy wystarczająco dużo - dodał po krótkiej przerwie, ponownie wstając, by przejść do następnego drzewa. Przyjął odpowiednią pozycję i wykonał zamach, lubił tę pracę, przypominała mu dom, bliskość ziemi, pot spływający po karku, grono przyjaciół i rodzinę. Znów uśmiechnął się lekko, choć smutno, wsłuchując się w nieregularne odgłosy uderzeń Foxowej siekiery. Nie proponował pomocy, wiedział, że ten poradzi sobie doskonale sam - ale kontrolnie zerkał i czuwał. Od tego byli przecież bracia, w zdrowiu i w skrzydle szpitalnym z połamanymi po meczu rękami, na dobre i na złe, gdy polerowali własnoręcznie puchary w Pokoju Pamięci, w radości i smutku, gdy młodzieńczy świat rozsypywał się na ich oczach.
Słuchał uważnie odpowiedzi Foxa, skupiony, mając nadzieję, że szybciej połączy fakty. Oczywiście, że pamiętał uroczą mugolkę, która zawładnęła szybciej bijącym sercem przyjaciela, choć nie była wyjątkowa. Szlachecki urok Lycusa zjednywał mu wiele sympatii a kobiety lgnęły do zawadiackiego uśmiechu i lśniących radosnym urokiem oczu. - No i? - spytał w końcu, gdy dość rzeczowa opowieść dobiegła końca, pozostawiając Benjamina z wyraźnym niedosytem. - Nie rozumiem, co ma wspólnego brak pożycia z jakimś chłopakiem, który chodzi do Hogwartu, synem dziewczyny, z którą... - kontynuował już bardziej niecierpliwie i uszczypliwie, odwracając się przez ramię na Foxa, by posłać mu poganiające spojrzenie, ale w tej chwili - być może ze względu na spojrzenie Fredericka, przekazujące więcej niż tysiąc słów. - Ach - westchnął, doznając drugiego oświecenia w ciągu niecałych pięciu minut. Zamarł z siekierą uniesioną w pół ruchu, wytrzeszczając oczy na przyjaciela. - Co teraz? - spytał od razu: najlepszy dowód na to, że dorósł. Żadnych rubasznych żarcików, wesołych gratulacji i sarkazmu, jedynie powaga i pewna dezorientacja. Potrzebował dłuższej chwili, by poukładać sobie niecodzienną nowinę, jaką właśnie otrzymał. Przyglądał się Freddiemu z powagą, a na brodatej twarzy wykwitł wyraz całkowitego skupienia i potężnej pracy myślowej.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Malinowy las   13.12.17 20:34

- Może nie. Wolałbym jednak widzieć to, co najwyraźniej dostrzega pani profesor. Wiesz, to trochę tak jakbym... tak jakbym ciągle czuł się jak stażysta, który pierwszy raz wyrusza w teren, i któremu starsi aurorzy nie chcą powiedzieć ani słowa, żeby przypadkiem nie zepsuć mi zabawy. I tylko plączą się za nim, śmiejąc się pod nosem. Z politowaniem. - Mogłem jedynie zazdrościć ci tego, że potrafiłeś wykrzesać z siebie bezwarunkowe zaufanie, które mnie przychodziło z coraz większym trudem. I choć temat nie należał do najprzyjemniejszych, z jakiegoś powodu czułem ulgę, że mogliśmy o nim porozmawiać. Tak po prostu. Podzielić się ciężarem własnych myśli. - Oddałbym wszystko za nie-myślenie. Chociaż może wystarczyłaby sakiewka galeonów na diable ziele.
Plan był prosty, a jednak jego realizacja okazała się mnie przerastać. Nawet teraz, choć skupiałem się na wykonywanej pracy, przed oczami pojawiały mi się obrazy z ostatniej, kwietniowej nocy, do której nieustannie wracałem. Od tamtego czasu sen nie chciał przyjść, a nieprzyjemnie zimne, puste łóżko nie zachęcało mnie do tego, by w ogóle się kłaść. Popełniłem błąd; zbyt szybko przyzwyczaiłem się do obecności Lovegood, a jej nagła kapitulacja zwyczajnie zmiotła mnie z powierzchni ziemi.
Może dlatego wolałem upewnić się dwa razy, zanim miałem uczynić twoją siostrę częścią naszej sprawy.
- Boję się. - Rzuciłem dobitnie, nie czując w tym powodu do wstydu. - Bo wielu z nas już odpadło z gry i wielu jeszcze odpadnie. Nie zawsze razem, tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Los celuje na ślepo. A ci, którzy zostaną, będą musieli zmierzyć się z tym gównem. - Ze stratą, z wyrzutami sumienia, z bólem serca.
Skinąłem głową, przyjmując informację o ilości drewna i choć wydało mi się, że to niewiele, byłem pewien, że w tej kwestii powinienem zdać się na ciebie. Z drugiej strony - patrząc na dwa ścicięte przez nas modrzewie trudno było mi stwierdzić, czy za osiem kolejnych będziemy mieć jeszcze siły do dalszej pracy. Nie narzekałem jednak – bliskość lasu, w którym nie wybuchały żadne anomalia działała na mnie kojąco, nawet, jeśli panująca w cieniu konarów temperatura nie należała do szczególnie sprzyjających czasowi pracy.  
Spojrzałem na ciebie przelotnie, gdy już załapałeś, musiałem jednak odwrócić wzrok – ale nie dlatego, że czułem się osaczony. Chwila rozproszenia wystarczyła, żebym wbił siekierę w przypadkowe miejsce na korze.
- Nazywa się Oscar Reid. W akcie urodzenia, przy nazwisku ojca, widnieje Lycus Malfoy. Pod tym imieniem znała mnie Anna. - Dodałem na zakończenie, na dobre pieczętując sprawę. Gdy urodziła chłopca, była już żoną Leonarda. Czy potrafiłaby skłamać w tak istotnej kwestii? Dla własnej wygody – a także dla dobra syna – mogła przecież uznać za ojca własnego męża, a jednak w dokumencie widniało nazwisko młodzieńca, który pojawił się i zniknął niczym senna mara. Nie, w Annie Foss nie było zakłamania. Z resztą Oscar urodził się czarodziejem. I trafił do Gryffindoru. Ilość zbieżnych faktów była zbyt przytłaczająca, by uznać je za przypadek. - Dobre pytanie. - Twoja powaga chyba mi pomogła, niwelując skrępowanie. - Sam nie znam jeszcze poprawnej odpowiedzi. - Zamilkłem na chwilę, zabierając czas na to, aby po raz kolejny przemyśleć utkany przed kilkoma dniami plan. - Ale chyba wybiorę się do Hogsmeade w najbliższą sobotę. - Zdradziłem, czując się, jakbym znów miał dwanaście lat i czekał, aż ojciec skończy wertować wykaz moich ocen, jednocześnie przygotowując się na solidną reprymendę. - Nie wiem nawet, jak wygląda. Ani gdzie go znajdę. - Mój pomysł miał wiele luk, ale lepszego w tej chwili nie miałem. - Myślisz, że... uda mi się go rozpoznać? - Zapytałem z nieukrywaną nadzieją w głosie. W końcu... był moim s y n e m. Sam nie wiem. Może po prostu byłem ciekaw, czy jest do mnie w jakiś sposób podobny? - Wiem, to brzmi absurdalnie. I głupio. Ale chcę go poznać, on najwyraźniej również. - Powinienem napisać do niego list? Poprosić o pomoc Herewarda? Czułem, że należało rozegrać to ostrożnie, również przez wzgląd na Zakon Feniksa, jak jednak mogłem czekać i planować, skoro okazja podsuwała się sama, na wyciągnięcie ręki? - Jest w tym wszystkim coś ekscytującego i smutnego jednocześnie, trochę niekomfortowego, trochę trudnego. Zwykle nie mam problemu, żeby odnajdywać się w nowych sytuacjach. Ale ta zupełnie mnie konfunduje. Co, jeśli nie przypadnę mu do gustu? Albo on mnie? No dobra, jeśli to faktycznie... syn mój i Anny, to druga opcja jest mało możliwa. Ale jest, mimo wszystko. - A może nie powinienem mieć żadnych oczekiwań? - Żałuję, że nie mogę z nią o tym porozmawiać. I chyba dlatego to wszystko wydaje mi się takie... ciężkie. - Przerwałem na moment – zarówno swój wywód, jak i pracę, pozwalając na to, by leśna symfonia na moment przejęła pierwsze skrzypce. Odnajdywałem w tej niby-melodii bezmierną siłę, która wypełniła mnie, pozwalając ulotnić się skrępowanym myślom, które zaznawszy nieco przestrzeni, wierciły się w głowie coraz bardziej niecierpliwie, jakby nie mogły się już doczekać, by w końcu ulotnić się na końcu mojego języka. - Porzuciłem dziewczynę, dla której straciłem głowę. Przez ostatnie dni przerobiłem już w głowie chyba wszystkie scenariusze z rodzaju co by było, gdybym... ale nie cofnę czasu. Więc mogę robić tylko to, co umiem najlepiej. Gnać za utraconym światem.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright http://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 http://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 http://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 http://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
9
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Malinowy las   14.12.17 10:48

- A nie sądzisz, że właśnie...no, jesteśmy tymi stażystami? - spytał w zastanowieniu wywołanym dość obrazowym porównaniem Foxa. Pogląd przyjaciela nie drażnił go ani nie irytował, stali po tej samej stronie, z tymi samymi ideami w sercach i głowach - i faktycznie błądzili po omacku, nie wiedząc wszystkiego, lecz czy ktokolwiek posiadł taką wiedzę? Benjamin ufał Bathildzie: być może miało to związek z drugą szansą, jaką od niej otrzymał. Już raz podjęła słuszną decyzję, pozwalając mu naprawić swoje błędy, wątpienie w nią teraz byłoby więc wątpieniem w samego siebie, a ten etap miał już za sobą. A raczej naprawdę dobrze ukrywał wyrzuty sumienia, przysypane ogromem nowych tragedii, których był współautorem. - To nie jest takie trudne - dodał łagodnie, dzielnie zamachując się na kolejne drzewo. Mówił zarazem o fizycznych zmaganiach z wycinaniem modrzewi, jak i z niemyśleniem. Siekiera uderzyła w pień, posyłając następne drewno na ziemię: padło na nią miękko, praktycznie bezgłośnie, wilgotny od deszczu mech łagodził wszelkie dźwięki. - Po prostu...działasz. Cały czas, bez odpoczynku, bez przerwy, a wieczorem zasypiasz od razu, przyłożywszy głowę do poduszki - bo przecież tak działał, rezerwat zajmował mu połowę dnia, drugą sprawy Zakonu, zdobywanie eliksirów, poszukiwanie drzew na wycinkę, odbudowa starej chaty. Dzisiejszy dzień także poświęcał temu zadaniu: ponownie podszedł do powalonego drzewa, sprawdzając stan kory i słoi. Pomona miała rację, wybrali modrzewie zdrowe, silne, idealne na deski. - Te są cieńsze, możemy je poprzecinać na deski. Tamte grubsze zostaną na belki podtrzymujące - zadecydował, wskazując trzonkiem siekiery na poprzednio ucięte drzewa. Robota szła im szybko, wręcz paliła się w rękach, w czym swój chlubny urok miała pogawędka, dekoncentrująca umysł od fizycznego wysiłku. Wright westchnął na wspomnienie strachu, lecz zanim ponownie podjął temat Hani, uniósł różdżkę i cicho wypowiedział zaklęcie, które rozcięło pień drzewa na mniejsze płaty. - Poradzi sobie - skomentował pewnie i poważnie. Wierzył w swoją siostrę, w wewnętrzną siłę, w nieustępliwość, w spryt i odwagę. I tak za długo trzymał ją z dala od prawdy. Rozumiał ryzyko, ba, rozumiał nawet obawy Foxa, ale nie potrafiły one przysłonić mu pewności, że Hannah należy do Zakonu Feniksa, że znajdzie tam swoje miejsce, że jako sojusznik będzie więcej niż przydatna. Benjamin dojrzał, spoważniał, lecz pewne rzeczy pozostawały niezmienne: włączając Hanię do Zakonu wykazywał się bezbrzeżnym oddaniem dobru czy lekkomyślnością? Nie zastanawiał się nad tym, zawsze robił to, co czuł, nawet jeśli wydawało się to osobom postronnym czymś dziwnym. - I wierzę, że teraz jesteśmy...silniejsi. Ostrożniejsi. Jest nas coraz więcej, wiemy też, z kim - tu jego głos zadrżał; Percival, Tristan, Ramsey; na myśl o tych szumowinach ciągle robiło się mu mdło z wściekłości - mamy do czynienia. Nie damy się już zaskoczyć - tak, jak stało się to z Potterami, z Luno, z Cressidą. Pomimo poruszenia tematu śmierci Wright nie spochmurniał, przechodząc do kolejnego pnia, by ściąć je na deski, nierówne, ale liczył na to, że ktoś zdolniejszy wyhebluje je i poprawi. Wąska stróżka krwi popłynęła z nosa i znikła w gąszczu brody; magia była kapryśna, ale spokojny las zdawał się ją wytłumiać. Ścięcie potężnego drzewa zapewne wywołałoby gorszą reakcję, ale krojenie drewna jedynie odrobinę osłabiało siły Benjamina.
I tak zamienionego w słuch, bowiem chociaż przestał wgapiać się w Fredericka z przejęty wyrazem twarzy, nie mógł oderwać myśli od świeżo zasłyszanej informacji. Wywracającej świat przyjaciela do góry nogami prawie tak skutecznie, jak tragiczne w skutkach anomalie. - Hogsmeade - powtórzył, tylko po to, by zareagować w jakikolwiek sposób na szczerą opowieść Foxa. Gdyby nie trzymał w tej chwili w ręce siekiery, na pewno objąłby go po bratersku, okazując wsparcie - choć po pierwszym szoku nie czuł przecież żadnej potrzeby dodawania mu otuchy. Nikt nie zginął, ba, wręcz przeciwnie, w życiu Foxa pojawił się ktoś nowy. Dziecko. Jego syn. Jaimie nie miał powodu, by dociekać jak, skąd i dlaczego; przyjmował świat z pokorną łatwowiernością, od razu uznając, że jest to coś oczywistego. - Możesz wybrać się tam pseudosłużbowo i zapytać opiekunów o to, który to Oscar. Po ostatnich wydarzeniach pojawienie się blisko szkoły aurora nie będzie chyba czymś niezwykłym - zaproponował, jak zwykle wymyślając najbardziej sensowne rozwiązanie problemu znacznie bardziej skomplikowanego, związanego mniej z logistyką rozpoznania chłopca a raczej - z uczuciami. Z przepaścią. Z poczuciem odrzucenia i zapomnienia. Z nowym początkiem. Z zaufaniem i niechęcią, z odnajdywaniem podobieństw i różnic. Wright ponownie westchnął ciężko, rozdzierająco, potrafiąc zrozumieć chaos, rozpościerający się w głowie - i lisim sercu - najlepszego przyjaciela. - To nie będzie łatwe, ale...widzę was. W sensie, widzę ciebie, ciebie jako ojca. I wierzę, że tego nie spieprzysz.
Jeśli będziesz tak dobrym ojcem jak bratem dla mnie - nie mam żadnych obaw
- powiedział poważnie, powracając do pracy. Wysiłek zawsze pomagał, łagodził podrażnienia, sprowadzał do tu i teraz. A tego Fox potrzebował, pełen wątpliwości, stojący przed nieznanym - a jednocześnie kimś mu najbliższym. - Myślisz, że dziadek Malfoy ucieszy się z wnuczka? - dodał w celu rozluźnienia atmosfery, omijając stertę desek, by wbić siekierę w pień ostatniego drzewa. Włożył w to całą dostępną siłę, myśli dzieląc pomiędzy Fredericka a pracę przy odbudowie, przy tym jak przetransportują deski i jak wiele drzew zostało jeszcze do wycinki.




i'm frozen to the bones, i'm a soldier on my own, I don’t know the way. i’m riding up the heights of shame, i’m waiting for the call - the hand on the chest i’m ready for the fight and fate

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
http://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 http://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 http://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 http://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 http://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
4
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Malinowy las   15.12.17 18:43

- Tylko właśnie to nie bycie stażystą sprawia, że czuję się niepewnie, a milczący, osnuty mgłą tajemnicy mentor. - Minęło już sporo czasu od pamiętnej, listopadowej nocy – i choć od tamtego czasu uczyniliśmy duży postęp, czułem się, jakbyśmy za każdym ruchem do przodu jednocześnie cofali się o dwa kroki. Głębiej, w ciemność, w otchłań, w nicość, która zaciskała czule dłonie na ramionach, powoli oplatając każdego z nas, jakby składając obietnicę, że nie pozwoli łatwo nam się wyrwać. Czy ty też to czułeś, Jamie? - Nie chodzi o to, że nie mam zaufania do Bathildy Bagshot, inaczej by mnie tu nie było. - Wyjaśniłem szybko, w obawie, że mógłbyś mylnie zinterpretować moje wąrpliwości. - Po prostu... chyba miałem zbyt wielkie oczekiwania po tym, jak nagle się ujawniła. Głupio łudziłem się, że rozwiąże wszystkie nasze problemy. - Te jednak okazały się nieustępliwe jak mityczna hydra. Na miejsce jednego wyrastały trzy kolejne.
Wysłuchuję twojego prostego przepisu na szczęście, zastanawiając się, co właściwie robię nie tak. I nie znajduję rozwiązania. Może po prostu potrzebowałem więcej czasu – a może nagłe zniknięcie Lovegood uczyniło mnie zwyczajnie słabym. Przecież oddałem jej swoje serce. Jak mogłem bez niego stawiać czoło zajadłym strzałom losu?
- To nie jest takie trudne – powtarzam za tobą, bez zbędnego sarkazmu - a jednak sen nie chce przyjść, nawet, gdy zmęczenie nie pozwala mi dalej działać. - Wzruszyłem ramionami, pozwalając okryć je płaszczem obojętności. Być może powoli zaczynałem przyzwyczajać się do tej nowej skóry, ale część mnie zaciekle walczyła o przetrwanie. Tak jakbym z dnia na dzień stał się cieniem samego siebie – tym cieniem, z którego miałem w zwyczaju wyciągać wszystkich wokół. Powtarzałem sobie, że być może to chwilowe. Że zaraz odnajdę źródło, które polepszy mój nastrój, wstrzyknie w ciało nową energię. Tylko coraz trudniej było mi uchwycić własny uśmiech w lustrzanym odbiciu.
Ale to nie było twoje zmartwienie, Jamie.
- Zostawię tę robotę tobie. O wiele lepiej zajmę się samą wycinką. - Może i każdy sposób był dobry, ale podział pracy pozwalał uniknąć późniejszych nieporozumień. Że coś pominięte, nie docięte – zresztą lepiej niż ja potrafiłeś rozpoznać, które z drzew nadawały się na główną konstrukcję, a które należało przeciąć.
Nie byłem równie pewien co do tego, że nie damy się już zaskoczyć – ostatnie miesiące były nieustannym pościgiem za zwrotami akcji, nie zamierzałem jednak burzyć twojego optymistycznego pryzmatu. Najwyraźniej przejąłeś moją pałeczkę – a to oznaczało tyle, że była w dobrych rękach. Musiałem jednak zgodzić się co do Hani, co skwitowałem krótkim skinieniem głowy. Była Wrightem. Niezłomnym, upartym, silnym. I właśnie takich osób potrzebowaliśmy, aby umocnić filary Zakonu Feniksa.
- Pozostaje jeszcze kwestia transportu. - Rzecz jasna magia stwarzała cały wachlarz możliwości w tej dziedzinie, należało jednak wybrać taki, który w żaden sposób nie naruszy właściwości drewna. Teleportacja i świstoklik nie koniecznie wchodziły w grę – wydawały się zbyt ryzykowne, podobnie jak pomniejszanie drewna, a później przywracanie go do rzeczywistych rozmiarów. - Przydałoby się jakieś silne zwierze, które mogłoby z łatwością przenieść duży ciężar. Myślisz, że będziemy mogli liczyć na wsparcie Adriena? - Co prawda aetonan nie był abraksanem, liczyłem jednak, że równie dobrze mógł poradzić sobie z przeniesieniem surowców.
Poczułem się lżej, opowiadając o Oscarze, werbalizując własne myśli – po raz pierwszy od otrzymania listu od Herewarda. Przelanie słów na papier nie mogło równać się przyjemności, jaka płynęła z ekspresji mówienia. Zwłaszcza, że przy tobie nie musiałem zastanawiać się, czy przypadkiem nie zaczniesz wygłaszać mi tureckich kazań. Po prostu przyjmowałeś wszystko, jak zawsze stając po mojej stronie. I nawet siekiera wydała się nagle lekka jak piórko.
- Sam nie wiem. Nie chcę go... przestraszyć. - W zasadzie żaden pomysł nie wydawał mi się dobry, nie potrafiłem jednak znaleźć sposobu, który nie brzmiałby abstrakcyjnie – zresztą już sam fakt, że miałem spotkać swojego s y n a brzmiał mocno niedorzecznie. Zapewne nawet gdybym w jedną noc przewertował całą bibliotekę, nie znalazłbym odpowiedzi na to, jak w zasadzie powinienem rozegrać tę sprawę. Sładałem wszystko w rękach improwizacji. - Dzięki, ale to chyba nie będzie takie łatwe. - Uśmiecham się gorzko, bo chociaż schlebia mi, że traktujesz mnie jak brata, należało wziąć na poprawkę, że umysł trzynastolatka był oparty na dość skomplikowanym mechaniźmie przypadku. - Chłopak pewnie myśli, że wykorzystałem Annę. - Bo co innego mógł mieć w głowie? Nie wiedziałem zresztą, jaki obraz mnie zaaplikowała n a s z e m u synowi – ale coś musiała mu o mnie przekazać, jednak ta wielka niewiadoma nie czyniła tej sprawy łatwiejszą. - Wiesz, w tym wszystkim mój ojciec stanowi chyba jedyny element układanki, przez który nawet cieszę się, że dotychczas nie wiedziałem o Oscarze. - Wzmianka o Coronusie mimowolnie wywołała u mnie uśmiech – szczery i niewymuszony, ten, który od dłuższego czasu nie potrafił zagościć na moim obliczu. - Może przynajmniej nikt nie będzie rzucać chłopakowi kłód pod nogi. tak, jak czyniono to mnie. - I, jakby za dotknięciem magicznej różdżki – choć w ręku miałem tylko siekierę – kłoda, z którą się zmagałem, właśnie spektakularnie runęła tuż przy moich stopach.
Zanim skończyliśmy pracę, minęło jeszcze wiele długich godzin – a następnie kilka kolejnych, zanim w końcu udało się nam przetransportować drzewo w okolice szczątek, które pozostały z chaty. Mozolny dzień wyssał ze mnie wszelkie siły witalne – i kiedy wróciłem do domu, po raz pierwszy od dłuższego czasu zasnąłem, tak po prostu.


zt x2 <3





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

Malinowy las

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

 Similar topics

-
» Malinowy las

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Wierzbowa aleja-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18