Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kasyno "Szczęśliwy Galeon"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Kasyno "Szczęśliwy Galeon"   16.07.16 18:38

First topic message reminder :

Kasyno "Szczęśliwy Galeon"

Chociaż czasy są niepewne, niektórym wciąż ciężko odmówić sobie dodatkowego dreszczyku emocji. Wszystkich tych, którzy są głodni wrażeń, nie boją się zaryzykować oraz - co dla niektórych jest rzeczą priorytetową - pragną szybko się wzbogacić, w swoje progi zaprasza "Szczęśliwy Galeon". Chociaż urządzony jest dość bogato, wejść i zagrać może każdy, o ile tylko ubierze się w miarę elegancko. W kasynie panuje przeważnie lekka atmosfera, okraszona wesołymi rozmowami i śmiechami przy drinku lub przekąsce, które za bardzo przyzwoitą cenę można nabyć w barze. Powietrze jednak wydaje się momentalnie gęstnieć, gdy na stole leżą kwoty wysokie, a gracze wchodzą na wyższy etap rywalizacji. Chodź, wejdź, zagraj - może to właśnie postawiony przez ciebie galeon będzie tym szczęśliwym?
Możliwość gry w czarodziejskie oczko, kościanego pokera


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kasyno "Szczęśliwy Galeon"   03.11.16 21:17

The member 'Selina Lovegood' has done the following action : rzut kością


'k6' : 1, 5, 1, 5, 1


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kasyno "Szczęśliwy Galeon"   05.11.16 0:54

Skrzyżowanie dróg tej dwójki było prawdziwą ironią losu. Tak podobni i tak różni zarazem. Ona zawdzięczała swój tok myślenia ojcu, którego nie poznała, on matce, która go oddała tuż po urodzeniu. To dzięki niej nigdy nie zaznał smaku troski i oddania. Nie wiedział, czym jest bezwarunkowa miłość i bezinteresowna pomoc. Czuła ręka nie sięgała w jego stronę, nie łagodziła jego popędów, nie wskazywała mu palem granic pomiędzy dobrem, a złem. Nikt nigdy nie pokazał w jaki sposób powinien postępować, a w jaki nie. Cała jego młodość była efektem skrupulatnie przemyślanych działań, które miały na celu właściwe wykształcenie czarodzieja. Miał być kompletny w swojej teści i formie, stale wypełniany odpowiednim tokiem myślenia i schematem działania, jakby był naczyniem, którego zawartość ktoś musi uzupełnić. Lecz ktoś, kto za to odpowiadał zapomniał o równowadze, która w przyrodzie musiała istnieć, by twór mógł funkcjonować. Bez niej stawał się destrukcyjny. I zabójczy dla innych.
Ramsey był tak naprawdę jak jeden z wielu — wychowujący się w niekompletnej rodzinie, w której rodzic musiał dźwigać ciężar odpowiedzialności za dwoje. Praktycznie niczym nie różnił się od reszty gównażerii, wychowywanej w podobnym świecie. O ile zewnętrznie zachowywał najlepsze właściwości i wtapiał się w tłum własnej rzekomej rodziny, tak wewnętrznie nie odbiegał wcale od patologicznych jednostkek, których rozłam zaczął się zbyt wcześnie. Rósł wraz z wielką wyrwą w środku, pełną rozlewających się pęknięć i ubytków. Racjonalnie byłoby zalepić szkody, by nie powiększały zniszczeń, lecz nikomu nie wpadło do głowy, by się tym zająć. Niefortunnie trafiło na czarodzieja o predyspozycjach, które hodowane w danych warunkach wydały na świat wyjątkowo obfite i niedobre plony. Każdy obdarzony rozsądkiem obawiał się je zbierać. Dziś wydane owoce były nazbyt dojrzałe, nieco przegnite, lecz wciąż treściwe i sycące. Kusiły jak zakazany owoc — pięknem skrywały całkowite zepsucie, którego żadna magiczna i niemagiczna siła nie była w stanie cofnąć. Czas nie stał w miejscu, nieustannie pędził do przodu, pogłębiając każdą pustkę i rozrywając każdą szczelinę.
Walka między płciami go nie interesowała, tak jak walka jednostek, która była zbyt mało znacząca. Aspirował do rzeczy większych, nawet jeśli sam jeszcze nie był w stanie wykreować na nie własnego pomysłu, jakby czekał na znak od losu. na wizję, która ukierunkowała by go na właściwe tory. To był jeden z tych powodów, dla których nie angażował się w przepychanki pomiędzy kobietami i mężczyznami. Doceniał siłę i słabości, starając się nie lekceważyć najgłupszych aspektów. Myśli i przekonania zachowywał dla siebie, z góry zakładając, że głupcy i tak nie będą w stanie ich zrozumieć, więc stratą czasu byłoby ich przekazywanie w próbie nawrócenia. Słuchał uważnie, uśmiechał się, udawał, że podziela zdanie, a tak naprawdę w głowie roiło się od myśli i epitetów, które przeczyły wszystkiemu co rzeczywiście miało miejsce. Był obłudny, bo nie znał smaku prawdy. Ona go nie bolała, nie raniła, nie dokuczała mu nigdy, bo nie pojmował jej sensu, a nikt nie podjął się próby nauczenia go tego. Roszczeniowość nie stała się jego wadą, bo zawsze zakładał w ludziach to, co najgorsze, omijając nadzieję i wiarę szerokim łukiem. Pozytywne zaskoczenia były podejrzane, ale nawet możliwe. Najczęściej miał jednak rację, co do ludzi, których spotykał. Wnikliwa obserwacja i analiza w ciszy pozwalała mu na określenie schematów postępowania i toków rozumowania. To zaś stanowiło narzędzie do przewidywania przeszłości — nie jako daru, a tego najbardziej fundamentalnego pojmowania nadchodzącej rzeczywistości.
I on uwielbiał odkrywać. Duch poznawczy był wszystkim co odciągało go od czarnych rozważań na temat samego siebie i życia jakie osiadał na tle pozostałych. Nigdy nie wczuwał się w rolę innych, nie posuwał się do empatycznych uniesień i próby zrozumienia najbardziej skrajnych i niedorzecznych zachowań. Analizował to pod kątem wcześniejszych obserwacji i doświadczeń (lecz własnych), dochodząc do mniej lub bardziej prawdziwych wniosków.
Nie mógł wiedzieć, że połowa danych, które miał w głowie i informacji na temat ludzi, którzy go otaczali były zupełnie bezwartościowe. Nie wierzył w to, budując schronienie w samym sobie i odgradzając się grubym, wysokim murem od innych. Nie chciał niczego przeoczyć. Nie mógł pojąć, że jego głowa była już pełna, a każda kolejna próba składowania wzorców świata jedynie go osłabiała i zmniejszała jego koncentrację.
Wszystko zaczynało się zawsze od kobiet. Kobiety dawały nowe życie...
— Gdyby tak było, rola kobiet w świecie byłaby nieokreślenie wielka— skwitował to, nie szczędząc sobie w głosie ironii, która miała zbagatelizować sens słów, prowadzących do prostej konkluzji. — Zaskoczę cię, choć jeśli cię o tym uprzedzam to zmniejszam swoje szansę. Wierzę jednak, że tak się stanie, nawet jeśli konkretne słowa nigdy nie padną. Wiele można mówić, a ile z tego tak naprawdę można urzeczywistnić? Jak wielką moc mają słowa?— Uniósł brwi z wyczekiwaniem, ale jednocześnie przymknął oczy, jakby między nimi wisiała odpowiedź, której wcale nie musiała powtarzać. Tuż po tym spuścił więc głowę i z kieszeni marynarki wyciągnął srebrną papierośnicę. Jej przyjemny zapach go opuszczał. A może zaczął się już przyzwyczajać? — Jeśli splamisz moje ubranie alkoholem, będę zmuszony przekazać Ci je do czyszczenia. Raz odpuściłem, bo nie jestem człowiekiem czepiającym się drobnostek, ale drugi to już nie przypadek lub pomyłka. A zamierzone działania powinny skutkować odpowiednimi konsekwencjami —  wyjaśnił, po czym wsunął papierosa do ust i odpalił bez skrępowania. Powinien wcześniej spytać ją o zdanie, wszak mogło jej to przeszkadzać, ale zamiast tego, przesunął paczkę w jej stronę na wypadek, gdyby chciała się poczęstować. Trzymał bibułkę lekko, pomiędzy dwoma palcami, raz po raz, rozchylając je w nałogowym odruchu, gdy się zaciągał.
— Większość ma swoje słabości — odpowiedział krótko, patrząc w kierunku kości i stołu. Nie śledził jej gestów nie dlatego, że stracił zainteresowanie jej osobą, a dlatego, że paląc papierosa musiałby wypuszczać dym w jej kierunku, wprost w jej dekolt lub twarz, co byłoby dość niegrzeczne nawet jak na niego. Jego zmysły mogły odpocząć, nie skupiając się na walorach kobiecego ciała, więc bez namiętności wpatrywał się w kości, które rzuciła. Wdychając i wydychając dym w przeciągłym milczeniu już wiedział, że nie miała z nim najmniejszych szans — dziś los mu sprzyjał, co jedynie drwiło z jego sentencji o miłości i grach. Sięgnął ręką po kości, jakby wcale nie policzył w myślach punktów i zatrząsł w dłoni złowieszczo.
— To nie kobiety są solą w oku — zaprzeczył, pozbywając się z płuc białej chmury. — To my sami i nasze błędy. Kobiety mogą się jedynie do nich przyczynić, ale to czyni z nas głupców, a nie z was upierdliwy kłopot.
Zacisnął kości w dłoni. Rzucił okiem na krupiera. Mógł być zniecierpliwiony, wszystko mu było jedno. Pracował tu dla gości, na których się bogacił jego pracodawca. Jego koszmarnym obowiązkiem było sterczeć i czekać, aż ktoś wyda polecenie i zgłosi gotowość do gry. Mulciber zdecydowanie ją wstrzymywał, zmniejszając jej dynamikę, sprawiając, że wlekła się pomiędzy filozoficznymi dywagacjami, a przeciez powinna nieść ze sobą emocje. Widocznie Mulciber nawet kościaną grę był w stanie ich pozbawić. To ci dopiero wyczyn.
Ponieważ wiedział, że wygrał i nie pozostało mu już nic więcej, zsunął się lekko ze stołka, stawiając jedną ze stóp stabilniej na ziemi, a drugą wciąż opierał się o jego poprzeczkę pod siedziskiem. Kości zagrzechotały mu w dłoni, lecz nim rzucił, wsunął papierosa między wargi, uwalniając palce od obowiązku trzymania. Mógł się w spokoju oprzeć o stół, zapewnić sobie równowagę, gdy dawał cichy znak, że gra zakończona, a oni powinni udać się do wyjścia. Nim jednak rzeczywiście tak się stało, wypuścił kości na stół. Zielone sukno przełamała brudna biel w pięciu kawałkach. Ledwie rzucił na to okiem, na mężczyznę, który miał organizowac im grę nawet nie spojrzał. To była wyjątkowo marna rywalizacja, która nie wzbudziła w nim nawet lekkiego dreszczyku. Ale może był już na tyle pusty i wyprany ze wszystkiego, że nawet to nie sprawiało mu większej frajdy. Jedynym pcoieszeniem było towarzystwo Seliny, która wciąż siedziała obok. Wsparł się łokciem o stół, gdy zwracał ku niej twarz, a niedopałek zatopił w niedokończonym przez siebie drinku.
— Wygląda na to, że wygrałem... — zaczął sugestywnie i uśmiechnął się do niej sardonicznie, spoglądając jej w oczy. Miała naprawdę ładne oczy, kocie spojrzenie, które przywodziło mu na myśl kogoś kogo już znał. A jednak w całej tej otoczce była jakaś taka niepowtarzalna.
Nie spodziewał się od niej rewelacji, porywających nowich ani szczególnie wzniosłych dowcipów. Był po prostu ciekaw, co mu odpowie w ramach głupiego, prowokacyjnego zakładu. Czy zdradzi coś, co da mu odrobinę do myślenia, czy opowie żart, czy może go rozgniewa? Gdyby cisza pomiędzy nimi miała jednak jakoś brzmieć byłyby to werble, które zwiastują nadchodząca odpowiedź, wzmagają wyczekiwanie, przesuwając cierpliwość na sam skraj. Napięcie mogło wzrosność, a mogło opaść kompletnie, jak nieudana próba u impotenta.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kasyno "Szczęśliwy Galeon"   05.11.16 0:57

The member 'Ramsey Mulciber' has done the following action : rzut kością


'k6' : 4, 4, 3, 6, 2


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 http://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 http://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 http://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 http://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Kasyno "Szczęśliwy Galeon"   06.11.16 21:04

Równowaga. Przecież to takie proste, prawda? Połowa czerni i połowa bieli. Pół na pół z dobrem i złem. Stabilna, wyważona mieszanka. Dla osoby, którą charakteryzuje nieprzeciętna czułość, byłaby to kontrastowa możliwość na patrzenie i doświadczanie okrucieństw tego świata bez wpadania w autodestrukcyjne zapędy. Harriett taka była. Błąd. Zatopiony. Dla kogoś, kto z taką pasją realizuje siebie i swoje ambicje w codziennej pracy, byłaby to odporność na trudności, które napotka na swojej drodze od czasu do czasu, a mimo to niezmiennie będzie potrafić odnajdywać radość w swoim prostym zajęciu, a jego piramida wartości nigdy się nie zachwieje. Aaron przecież nie widział świata poza swoją herbaciarnią - była spuścizną jego rodziny, największą wartością. Był silny. Ale nawet on ugiął się pod ostatnią tragedią, zmieniając własne barwy. Ludzie byli z natury chwiejni. Życie było zbyt dynamiczne na tkwienie w jednym miejscu. Czy istnienie nie było skazane na ciągle przeskakiwanie z dwóch przeciwnych stanów na siebie, gwarantując sobie kompletny, emocjonalny chaos? Nie powinno się właśnie poddać prądowi własnych uczuć i impulsów? Najmniejszy bodziec ze strony człowieka powinien już przejść podstawową obróbkę i filtry przez pewne sfery świadomości, nawet jeśli procesy myślowe nie zdążyły jeszcze na dobre ruszyć. Dobrze było wykonywać oczyszczające, bezwzględne pragnienia, nie zważając na nic poza sobą. I zapewne to, jaka była miało sporo wspólnego z warunkach, w jakich dorastała, choć te nie miały właściwie żadnych zastrzeżeń. Istniało w końcu multum niepełnych rodzin i nie w każdym takie środowisko wyzwalało okrucieństwo. Było jednak coś w tym, że nie każdy był lepiony z tej samej gliny i niektóre z nich były bardziej podatne na wpływy. Zupełnie tak, jak Selina. Była chorągiewką, poruszała się tak, jak wiało, choć posiadała ten moduł niezłomności i własnej wygody, który nie pozwalał jej się podporządkowywać pod czyjeś dyktando dla wątpliwej sympatii.
Ona jednak nie kryła się pod pozorami, przyzwyczajona do tego, że może sięgać po co chce, mimo że wielokrotnie jej odmawiano (czego starała się nie zauważać). Nadpsuty obszar rozrastał się z każdym rokiem, karmiony przez jej własną upartość, przekorność i dumę. Z tego punktu nie było odwrotu. I wcale nie chciała się wycofywać ze swojego sposobu bycia. Zawsze cechowała się niesamowitą ambicją i parciem do przodu niezależnie od przeszkód. Z czasem jednak zdobyte laury przestawały ją cieszyć tak, jak na początku, a codzienna, ciężka praca zaczynała być dla niej mniej satysfakcjonująca, kiedy progres przestawał być już tak widoczny. Potrzebowała ciągłych wrażeń i ekscytacji. Quidditch, na szczęście, był sportem dosyć ryzykownym i nieprzewidywalnym, ale jej zapał skruszył się, kiedy zabrakło jej największego mecenasa. Nie miała nawet pojęcia o walkach, które się odbywały i które też bezpośrednio zabrały jej największego przyjaciela, robiąc wyłom w jej wątpliwej krystaliczności sercu. Gdyby się dowiedziała, byłaby wściekła o niedokonane dzieło, które jej go odebrało czy też może melancholia i sentyment popchnęłyby ją w objęcia ciemności?
Empatia była zgubna. Okazywanie uczuć było tak tragicznie ironicznym ciosem w kolano, że zapewne zaśmiałaby się sama nad swoim losem, jeżeli kiedykolwiek posunęłaby się do podobnego idiotyzmu. Świat zjadał ludzi w całości, jeżeli tylko zauważył najmniejsze zawahanie. Odsłonięcie grubych łusek i mignięcie choć na moment łysym, słabym, miękkim miejscem było dla niektórych zamachaniem im złotem przed oczami. Nie dziwiła im się. W końcu najlepszą obroną był atak, prawda?
-Wystawiacie je na pierwszy plan, są waszymi wizytówkami, zdobyczami, uciechą, pokusą, uzależnieniem i wytchnieniem. Wpuszczacie je do swoich łóżek, porzucając czujność, jakby zagrożenie zniknęło za drzwiami sypialni.-mówiła wolno, patrząc mu w oczy, kiedy usta drżały, próbując powstrzymać się przed parsknięciem śmiechem. Zamilknęła na moment, ściągając je na tyle, by spoważnieć.-I one też dają sobie wmówić, że nie mają żadnej mocy.-dodała, by potem pozwolić w końcu kącikom unieść się, pozbawiając się jednak uprzedniej wesołości.-Głupie stworzenia.-westchnęła, z zadowoleniem przyjmując fakt, że kelnerka uzupełniła jej kieliszek. Czerwień odbiła się na szkle, markując miejsca zetknięcia.
Błysnęła oczami z tymi iskierkami, kiedy zaczął tłumaczyć zawiły proces wartości słów i przyszłych reakcji oraz ewentualnego przygotowania na szok. Rozsiadła się wygodniej, pozwalając pogodnemu wyrazowi wykwitnąć na twarz. Bawiło ją, jak próbował wyprzedzić pewne rzeczy, zminimalizować ryzyko niedopowiedzenia i zadbać o wszystko jednym zdaniem. Kazało jej to uważać, że zastanawiał się na tym dylematem już wcześniej. Jej rozluźnienie zniknęło momentalnie, kiedy błysnęło srebro papierośnicy, sprawiając momentalnie, że zrobiło jej się niewygodnie. Nie cierpiała dymu papierosowego. Nawet, jeśli jej młodość opiewała w podobne opary.
-Nie mogę się doczekać twojego gniewu. Obawiam się, że tylko mnie zachęcasz.-stwierdziła wolno, przytrzymując wzrok na odpalanym papierosie. Na wysuniętą w jej stronę propozycję tylko odchyliła się do tyłu, wlepiając w niego intensywne spojrzenie, kiedy przysuwał filtr do ust i zaciągał się, mrużąc przy tym lekko oczy. To była chyba jednoznaczna odpowiedź. W miarę, jak jej rozmówca zaczął wypluwać z siebie więcej słów, odsuwała się wolno, pozwalając szali bez dźwięku zmienić swoją pozycję. I słuchała. Wyciągała wnioski. Zatrzaskiwała szuflady.
Mrugnęła z irytacją, kiedy ciągle ani na nią nie spojrzał, wgapiając się w te przeklęte kości. Zacisnęła szczękę, z łatwością licząc oczka i dochodząc do bardzo nieprzyjemnych konkluzji. Wychodziło na to, że nie miała szczęścia w niczym. Byłaby to dosyć depresyjna myśl, gdyby nie to, że prowokowała u niej wyłącznie złość.
-Wszyscy.-zauważyła, ucinając krótko to pojedyncze słowo, nadając mu pewnej szorstkości.
Nie istniała ani jedna osoba, która nie miałaby choćby słabej pięty. Nawet Achilles wykazał się wadą i brakiem perfekcji, choć była taka nieznaczna. Nie było jednak litości. Każda słabość zostanie wykorzystana.
Wzięła głębszy oddech, przyglądając mu się w napięciu. Zaprzeczył jej.-Ach, no tak, wszechmocni mężczyźni...-skinęła głową, udając zawstydzenie, jakże mogła o tym zapomnieć.-...głupcy.-powtórzyła, z twarzą niewinną kiwając mu głową, dopiero później pozwalając drwinie przeniknąć przez swój wyraz.
Jego rzut był tylko formalnością. Zacisnęła palce na porzuconym futrze, mając ochotę odwrócić się na pięcie i odejść, furcząc z frustracji. Nie mogła powiedzieć, by hazard wzbudził w niej skrajne emocje i chęć wygranej. Zbytnio skupiała się na swoim rozmówcy, a gra była zaledwie śmieszną wymówką dla ich rozmowy. Zwykłym podłożem, umożliwiającym im tą konwersację. Może dlatego jeszcze siedziała na miejscu. Zmrużyła oczy, widząc jego uśmiech. Wygląda na to, że będzie musiała zachować się szlachetnie. Parsknęła z niezadowoleniem, odwracając na moment wzrok. Cmoknęła, kiedy cisza się przedłużała. Przewróciła oczami z niecierpliwością i nabrała oddechu w płuca.
-Podziwiałeś kiedyś kogoś tak bardzo, że znienawidziłeś tą osobę, kiedy odniósł porażkę? Patrzyłeś z taką pogardą i niechęcią jak twój dawny autorytet podejmuje żałosne próby wstania i upada za każdym razem, a ty zamiast współczucia masz ochotę utopić go w tym błocie, w którym brodzi...? Zupełnie tak, jakby jego słaby punkt był w jakiś dziwny sposób twoim własnym i masz ochotę dokonać tego swego rodzaju aktu autodestrukcji, by uchronić siebie?-miała zamiar powiedzieć to szybko, by mieć to za sobą, ale każde kolejne słowo było niemalże cedzone, jakby przeżywała to na nowo. Była mu winna nazwisko. Ale z drugiej strony nie powinno go to interesować. Spuściła kurtynę, wolno zastępując grymas skrajnej odrazy czymś bardziej neutralnym. Nie spuszczała z niego oka, pozwalając oddechowi się wyrównać. Podniosła podbródek, po raz kolejny zadzierając dumnie nos, kompletnie ignorując jak przerysowanie to wyglądało. Wpatrywała się w niego, pozwalając uśmiechowi wolno wrócić, raz jeszcze nie zawracając sobie głowy faktem, jak przerażająco musiały wyglądać takie nagłe zmiany ekspresji i nastroju.
Zsunęła się ze stołka, łapiąc za swój płaszcz.
-Jednak mnie odstraszyłeś od tego miejsca.-podsumowała, podnosząc do góry na chwilę jedną brew. I każde kolejne jej gesty były wolne, ale pewne siebie. Wykonywała je perfidnie, patrząc mu w oczy. Położyła mu dłoń na ramieniu i wyciągnęła szyję, jakby chciała coś szepnąć mu na ucho i zdradzić sekret, którego nie mogła powiedzieć na głos. Zamiast tego zbliżyła się, by wilgotnymi wargami przylgnęła do tych obcych, łącząc je w czułym pocałunku. Kompletnie nieprzypadkowym, nie jednym z tych nieśmiałych. Sięgnęła po to, na co miała w tym momencie ochotę. Jak rasowy mężczyzna. Odsunęła się z niezmiennym, pogodnym wyrazem twarzy, jakby właśnie nie zachowała się jak prawdziwa żmija. Sięgnęła dłonią do jego twarzy, by wytrzeć czerwony ślad po szmince, a jej ruchy pozbawione były nieśmiałości, jakby przekonana o tym, że jej nie odtrąci. Pozostawała zupełnie nieświadoma, jakie znaczenie dla Ramseya miał kontakt cielesny i co mogła wywołać podobna lekkomyślność, odsłaniając przed nim coś, co nie powinno zostać zobaczone przed czasem.
Niech sobie nie myśli, że tak łatwo ją przejrzy. Niech nie uważa, że wystarczy mu jedno spojrzenie, by ją zgłębić. Nigdy nie przestanie patrzeć. Nigdy nie pozwoli mu odwrócić wzroku. Podobno można kogoś zabić całując go raz i nigdy więcej. Selina zawsze miała predyspozycje do przeceniania swoich możliwości. Ale w każdym powiedzeniu było ziarno prawdy, czyż nie?
-Nie zdradzisz mojej tajemnicy, prawda?-pytanie wybrzmiało w powietrzu, kiedy przytulała do siebie płaszcz. Miała zamiar pożegnać go uśmiechem. I nie mogła zaprzeczyć temu, że był to na swój sposób miły wieczór.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kasyno "Szczęśliwy Galeon"   07.11.16 20:06

Emocje same w sobie nie były ani dobre ani złe. Potrafiły rozpalać w najmroźniejsze noce, gdy kochankowie spleceni ze sobą budzili się w poczuciu tęsknoty. Mogły mrozić do szpiku kości w najbardziej upalne lato, gdy gniew i złość szukały swojego ujścia w drugiej osobie. Były i wielkie i małe, miłe i nieprzyjemne. Ale nigdy tak naprawdę dobre lub złe. To ich skutki były opłakane, to decyzje podejmowane pod ich wpływem tak dramatyczne i destrukcyjne. To ludzie poddający się im odnajdywali w sobie ślady głupców, nierozważnie angażując się w działania, które podczas chłodnej oceny nie miałyby najmniejszego sensu. Ciągnęły za sobą wszystko, jak zwłoki, pozostawiające po sobie ślady krwi. Nieprzyjemny odór odstraszał, ale wszystko było przedstawione jak na tacy. Wystarczyło podążyć wskazaną ścieżką. Emocje były zgubne, dlatego tak bardzo niewłaściwe dla osób, które wierzyły w potęge umysłu nad wolą serca. Należało nauczyć się je zagłuszać, tłumić jego jęki, oddając się czystej kalkulacji otaczającej rzeczywistości. Tylko to dawało świeży i czysty pogląd na zaistniałe zdarzenia. Jak więc dać się ponieść prądom rzeki, jeśli nie można się zatrzymać, gdy już wskoczy się do wody. Nigdy nie wiadomo, czy okaze się rwąca, czy zimna, czy zabójcza. To ryzyko. Jedyne ze wszystkich, jakiego Mulciber nigdy nie podejmował.
Wokół niego byli ludzie silni i potężni, ale nie pozbawieni słabości. To na jego oczach Avery pękł, gdy Lestrange szybko choć boleśnie wbił mu szpilę w bok, odnajdując w jego zbroi dziurę. To najukochańsze siostry czyniły Tristana słabszym, bo dla nich gotów był zrobić wszystko. To Isolda stala się słabością Cezara. Emocje były jak rdza, która osadzała się na metalu i doprowadzała z czasem do korozji. Unieszkodliwiała, sprawiała, że najwięksi stawali się coraz bardziej podatni na impulsy. Miłość i oddanie generowało strach o bliskich, a strach wpędzał w obłęd, gdy balansowało się na granicy tego, co dopuszczalne. Obserwował ich wszystkich wokół siebie i pragnął uczyć się na błędach, które de facto nimi nie były. Posiadali coś, czego on sam nie miał, ale wzbraniał się przed zdobyciem zapobiegawczo. Co by się stało, gdyby nagle okazało się, że jest zbyt słaby by unieść ten ciężar i stawić mu czoła?
Kłamstwo płynęło w jego towarzystwie strumieniami, choć nie wszystko było fałszem i obłudą. Najlepszym co mógł uczynić było stworzenie wokół siebie iluzji, że nigdy nic nie może być pewne do końca. Niepewność rodziła przypuszczenie, że zagrożenie jest blisko. To odstraszało. Dawało poczucie bezpieczeństwa. Kiedy Selina sięgała po wszystko na co miała ochotę, wiedząc, że to jej się należy i otwarcie mówiła co myśli — lub co sądziła, że myśli, bo kłamała przed samą sobą — on swoje myślał, a czynił zupełnie odwrotnie. Każdego, kto znajdował się blisko odstraszał, bo tak było prościej. Budowanie więzi i relacji wiązało się z zaangażowaniem, a ono rodziło emocje i uczucia. Był lojalny wobec tych, których szanował, choć wmawiał sobie, że dla korzyści byłby w stanie wszystko zepsuć. Ale nie był. Tylko nikt o tym nie wiedział.
Kobiety były delikatne, więc od razu uchodziły za słabe. Ich skóra nie była pokryta łuskami, ale nawet gdyby było inaczej to nie fizyczna powłoka stanowiła największy problem. To psychika. Nie wierzył, by mogły same z siebie wypruć się ze wszystkiego i wyczyścić. Zawsze pozostawał sentyment, słabość, miłość i oddanie do kogoś, kto był bliski. Stawiając wokół siebie ogromny mur i tak budowały bramy, które można było sforsować, wystarczyło użyć odpowiednich narzędzi. Selina również takie miała. Poza głównymi wrotami było pełno ukrytych przejść, którymi dawała upust emocjom i wewnętrzum rozterkom. Pozwalała żołnierzom uciekać ze swojego zamku, choć nie wpuszczała nikogo do środka. Stopniowo jej arsenał kurczył się, malał. Wystarczyło trwać przy niej odpowiednio długo by zobaczyć jak twierdza opustoszeje, a ona zapada się sama w sobie. Każda siła i potęga potrzebuje odpowiedniego wsparcia i nieustannego rozwoju. A kiedy patrzył jej w oczy widział iskrę obłędu, szaleństwa. Pewnie taką samą odnalazłby w sobie, gdyby cierpliwie patrzył w lustro, ale nie potrafił znieść swojego widoku. To pozwoliło mu przypuszczać, że powoli wypuszcza powietrze, choć tkwiła przy nim tak piękna i majestatyczna jak może nigdy wcześniej. Nie wiedział jaka była. I nagle zaczął był ciekawy.
— I jak to dla Ciebie brzmi? Jak prawdziwa siła i wartość? Dla mnie to, co rzekłaś zabrzmiało jak przyrównanie do mięsa rzucanego na pożarcie wrogom — mruknął pobłażliwym tonem, ale jego mina miała smutny wyraz. To, co powiedziała niosło ze sobą prawdę, ale ukryła to pod sekwencją słów, które nadały temu innego znaczenia. I wolał go nie odkrywać, bo nie chciał jej złośliwie przyznawać racji. Zaczeło go drażnić, że były kwestie, w których się zgadzali, choć tak naprawdę każde przedstawiało prawdę w wygodnej dla niego wersji.
Próbowała parsknąć śmiechem, powstrzymała się. A on pozostał poważny. Już się nie uśmiechał, choć nie wyglądał ponuro. Jego ciemne brwi ściągnęły się lekko ku sobie, a między nimi nad nosem zaistniała lekka pionowa zmarszczka, uwydatniona przez światło, które padało z boku. Konsternacja, zaciekawienie, przemyślenia. Irytacja. Wyrażała to wszystko. Dlatego właśnie odwrócił wzrok. Ignorancja, jaką się wykazał nie miała jej lekceważyc, ale też hamować nadmierne zainteresowanie. Wpatrywał się w kości, a potem w stół, papierosa, który się palił, a nawet niezmieniającą się od dłuższej chwili zawartość jego szklanki. To wszystko miało być ciekawsze od niej i tajemnic, które trzymała w sobie, podobieństw, które powinny rodzić bliskość, a ich dzieliły.
— Doprawdy?— spytał z drwiną i upił ognistej whisky, dzieląc ją na kilka sporych łyków. Lód zabrzdękał w szklance. Nie zdążył się rozpuścić, gdy odstawił ją na stół. — Trudno mnie wyprowadzić z równowagibo złość to emocja.— Ale próbuj, oczywiście. Jeśli obrałaś to sobie za cel, to kim jestem by cię powstrzymywać... Och, Selino Lovegood. — Nagle przypomniał sobie kim była. Odpowiedział jednak w sposób zdradzający irytację niewiaodmego pochodzenia. Ale tak było zawsze, gdy ktoś chciał mu udowodnić, że czuje coś, czego nie ma. Naprawdę— Głupi oni i głupie wy — skwitował sucho, odchylając się od stołu.
Wiedział, że wygrał. Czekał tylko na jej odpowiedź, by miło zakończyć spotkanie, pożegnać się i poczekać na kolejny zbieg okoliczności. Może tym razem nie wino na koszuli, może krew, może ślad szminki. Któż wie. Krupier ogłosił koniec i jego zwycięstwo, ale nie zareagował na to w szczególny sposób. Zupełnie tak, jakby sam tego nie zauważył, zaciągnął się papierosem i postukał palcami w blat. Czekał.
No dalej, zaskocz mnie.
Kąciki ust drgnęły, zmarszczka na czole pogłębiła się, policzki napięły. Słuchał jej uważnie, nachylając głowę w jej stronę, jakby wysłuchiwał sekretu, choć patrzył w inną stronę. Ciche bicie serca odznaczało się w rytmie ruchów jego palców. Nadawał tempo, któremu się poddała, wyrzucając z siebie coś, co nie było wcale konkretne. Nie zawierało nazwisk, ani zwierzeń. Pytanie retoryczne, które zaszumiało mu w głowie i skłoniło do myślenia, ale po chwili dało też jakiś obraz na jej osobę i zarys sytuacji, której nie mógł sobie uzmysłowić.
Przeciągał ten moment. Dłużył się w nieskończoność, a on dalej wystukiwał jakiś rytm, póki nie uniósł dłoni, nie przestał. Musiał jakoś zareagować. Wtedy zwrócił wzrok na nią i zatrzymał go na jej tęczówkach. Dostrzegł zmiany na jej twarzy, choć nie patrzył na nią wcześniej, bo gdy już to zrobił chciała stać się inna, nienaturalna, ukryta przed jego czujnym okiem. Chciała zasłonić się pod płaszczem obojętności, nie okazując jakby jej słowa świadczyły o czymś dla niej istotnym. A jednak wyczuł w jej głosie wibracje, drżenie. A gdy skrzyżował z nią wzrok dostrzegł jak jej źrenice zmniejszają się, koncentrują na nim. Most do jej myśli został zniszczony, a Mulciber nie miał nawet szansy by się ruszyć. Nic nie szkodzi. Nie dziś, innym razem.
— O to chodziło — mruknął posępnie w odpowiedzi, zsuwając się z krzesła. Gdzieś miał swój płaszcz, lecz nim zdążył się za nim obejrzeć, jej dłoń już tkwiła na jego ramieniu. Mimowolnie zwrócił na nią uwagę. Miała ją, brawo. udowodniła tym samym, że jego słowa były prawdziwe o poszukiwaniu przez kobiety atencji wśród samców. Zmarszczył brwi. A może udowodniła to, co próbowała mu powiedzieć, że brała co tylko chciała i to bez pytania? Nie było tu przegranych, oboje wygrali w swoim rozumieniu. I na tym polegał problem. Nie mogło być dwóch liderów.
Obserwował ją w ciszy i skupieniu, nawet wtedy gdy ich usta złączyły się w pocałunku. Patrzył na nią spod wpół przymkniętych powiek, zastanawiając się na ile jej działania były skuteczne. To było przyjemne, ciepło od razu rozeszło się po jego ciele, jakby z krwią, która się zagotowała. Patrzył na nią, bo doskonale wiedział, że własnie w tej sposób kobiety wykorzystywały męską słabość. To była ta siła. Ich siła. Pohamował w sobie chęć uniesienia dłoni i ujęcia ją pod brodę. Zatrzymał też odruch odwzajemnienia pocałunku, pogłębienia go, wdarcia się gwałtem w jej usta. Przyjął to, co mu dała, udając, że niewiele go to obeszło. Oblizał się jedynie, a później pozwolił by wytarła pozostałości po swojej szmince, zupełnie tak, jak mężczyzna, który sprząta po krótkiej chwili namiętności. Bardzo po męsku, złośliwie i z wyrachowaniem.
Nie uśmiechał się, tylko patrzył z jaką precyzją i skrupulatnością bada jego ego, analizuje go jako mężczyznę, samca, zdobywcę. Zupełnie tak, jak on analizował ją, pod kontem łowcy, choć to on nim był do tej pory. Nie był ofiarą. Nigdy.
— Tajemnice mają swoją cenę — odpowiedział, nagle się uśmiechając, jakby zapomniał, że w gwałtownej zmianie nastroju musi być coś dziwnego. Złapał za jej dłonie i przesunął palcami po jej palcach, lekko wyciągając jej płaszcz. —  A ja z przyjemnością kupię od Ciebie kilka minut w Twoim towarzystwie — dodał jeszcze  i zsunął się całkowicie z krzesła, stając tuż za nią. Rozłożył płaszcz, by mogła włożyć w nie ręce, a gdyby tylko zrodziła to bez zawahania, pewnie lekkim muśnięciem dotknąłby jej nagiego karku, na którym niesfornie błąkały się pojedyncze kosmyki włosów. Przymknął oczy i napawał się jej zapachem. Pieprznym.
— Odprowadzę cię — odparł tonem nieznoszącym sprzeciwu. Bo niech myśli, że podąża za jej wabikiem, niech uważa, że poddaje się jej grze. Chciał tego. Może to robić zupełnie świadomie, czerpiąc z tego przyjemność, z jej obecności, osoby, bawiąc się z nią tak jak ona z nim. Ona chciała jego atencji, a on z przyjemnością mógł jej to dać. Była w końcu kimś o kim inni marzyli.
Do wyjścia, droga Pani?

|zt[/i]




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey
Powrót do góry Go down
 

Kasyno "Szczęśliwy Galeon"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» jutro możemy być szczęśliwi

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17