Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Laboratorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Laboratorium   25.07.16 15:43

Laboratorium

Okrągłe pomieszczenie, do którego wejście znajduje się naprzeciw zejścia z Białej Wywerny. Zamknięte zostało ciężkimi, drewnianymi drzwiami – i nikt niepowołany nie powinien ważyć się minąć jego progu. Wewnątrz znajdują się różnego rodzaju czarnomagiczne artefakty oraz alchemiczne komponenty niezbędne do przygotowywania różnego rodzaju mrocznych rytuałów – krew jednorożca, ludzkie kości, czasem całe ciała lub tylko jego części. Ściany wsparte są na półkach uginających się pod ciężarem ksiąg, słoiczków i zestawów fiolek, a pośrodku znajduje się okrągły stół służący przeprowadzaniu eksperymentów.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   23.11.16 20:35

27 marca
Morgotha nie było w domu, gdy przyleciała do niego sowa od Czarnego Pana. Nie musiał się jednak o to martwić. Na pewno nie gdy chodziło o list od niego. Jasno ubarwiony ptak usiadł na gałęzi nieopodal mauzoleum na terenie posiadłości Yaxley'ów, gdzie brunet aktualnie przebywał. Oddalone w nie za dużej odległości miejsce było niedostępne i nieosiągalne dla tych, którzy o nim nie wiedzieli. Chociaż panował półmrok, zwierzę idealnie odrysowywało się na tle szarych drzew i unoszącej się nad ziemią wieczornej mgły. Znał tego posłańca. Jakżeby mógł go nie poznać. Odbierając od niego list, zastanawiał się czy chodziło o te trzy odebrane życia. Nie musiał czekać długo, by domyśleć się, że właśnie tak było. Nie spodziewał się, jednak że ponowne spotkanie Rycerzy Walpurgii odbędzie się w tak krótkim odstępie czasu od poprzedniego. Nie zamierzał nad tym rozmyślać, wiedząc, że był to idealny moment na zebranie. Po przeczytaniu krótkiej wiadomości i zapamiętaniu oczywistego miejsca spotkania jak i daty, spalił kartkę papieru i wrócił do pałacu, czekając na odpowiednią porę. Nie mógł nie zauważyć, że treść brzmiała niezwykle obiecująco.
Dwudziestego siódmego marca zjawił się specjalnie wcześniej na ulicach Śmiertelnego Nokturnu, by załatwić jeszcze jedną sprawę przed wstąpieniem do Białej Wywerny. Zamierzał załatwić to dość sprawnie, wierząc, że wszystko pójdzie po jego myśli. Na szczęście wcześniejsze spotkanie odbyło się bez przeszkód, a Yaxley mógł stawić się w umówionym miejscu. Gdy wszedł do tego dobrze znanego podrzędnego lokalu, zauważył, że na okolicznych maruderów jeszcze było za wcześnie. Wywerna świeciła pustkami, ale już niedługo... Morgoth zszedł do piwnicy, która z oczywistych względów była dla niego otwarta. W liście od Czarnego Pana nie było podanego określonego pomieszczenia, ale widząc zostawione otwarte drzwi od laboratorium, wszedł właśnie tam. Okazało się, że na razie był tam pierwszy, jednak nie przeszkadzało mu to. Czekając na resztę towarzyszy, czuł ciężar zabranej krwi i czaszki.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Laboratorium   23.11.16 22:14

Nie wiedział, kto zjawi się w Wywernie, kto został zaproszony na spotkanie z Czarnym Panem. Przeczuwał, że otrzyma odpowiedź na chodzące po Nokturnie plotki i czuł w trzewiach dziwną nerwowość z tego powodu. Nie mógł być nawet pewien, czy to, co ostatnio uczynił spotka się z Jego aprobatą; czy wykonał to należycie; czy właśnie o to w tym wszystkim chodziło. To była próba, a więc wymagała zaangażowania, myślenia i działania. Nie wyobrażał sobie, by zawieść Voldemorta. Już nie miało znaczenia to, że w szkole trzymali się wszyscy razem, działali w tej samej sprawie, dzielili poglądy; o zdarzenia z przeszłości, o ich relacje, lojalność, zaufanie, współpracę. Dziś różniło się od tamtych czasów, oni byli inni; Czarny Pan był obcy. Budził respekt, skruchę. W nim także. A może przede wszystkim w nim, bo znał go od wielu lat.
Przemierzał Nokturn w czarnym płaszczu z kapturem, mocno naciągniętym na twarz. Nie zwracał uwagi na tych, których mijał; nie obracał się, gdy ktoś trącił go barkiem. Nie czas na prywatne porachunki. Zmierzał na spotkanie z czarnoksiężnikiem, który nie lubił czekać, a więc nie mógł sobie pozwolić na spóźnienie. Nie zatrzymywał się również przed drzwiami, podobnie jak we wnętrzu Wywerny, od razu kierując swoje kroki w stronę piwnicy, jakby był u siebie. Ale barman doskonale wiedział, kto przybył i po co. Jedne z drzwi były otwarte. To przed nimi przystanął, zastanawiając się, czy tu dziś Go spotka. Miał ze sobą wszystko, o co prosił w liście, który od razu wrzucił do ognia, na wypadek, gdyby przypadkiem trafił w niepowołane ręce. Fiolki z krwią jednorożca; fiolkę z krwią czarodzieja; czaszkę mugola. Piękną, wygotowaną, wyczyszczoną z tkanek. Skrywał to wszystko pod szatą; podobnie jak różdżkę.
Wszedł do środka, lecz od razu dostrzegł, że nie było tu ani Tristana ani jego ojca, których się spodziewał. Spotkał go dziwny zawód. Nie dlatego, że w środku znajdował się Morgoth, któremu skinął w milczeniu głową. Obaj powinni tu być już dawno.
Zdjął kaptur z głowy, a jego wzrok mimowolnie skierował się w stronę półek, które zajmowały różnorakie przedmioty. Czarnomagiczne artefakty, księgi. Przyglądał się temu wszystkiemu uważnie, z lekką fascynacją. Poczuł się spokojniej, niemalże swojsko. Z przyjemnością sam zgromadziłby na swoich regałach większość z tego, co tu ujrzał.
I czekał. Aż nadejdzie.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Laboratorium   23.11.16 22:57

Trzy morderstwa rozproszyły się wśród ogólnego zamętu: Avery nie popadł w szaleństwo godne jedynie kobiety (osławionej lady Makbet?) i nie zdzierał sobie skóry z rąk, próbując oczyścić je z nieistniejącej krwi. Był. Trwał. Niezmiennie, stanowczo, jakby na przekór wszystkim, bo ponoć ludzie zwykli płonąć ze wstydu lub zapadać się po ziemię. Nie było jego celem pozostanie zapomnianym, więc zamierzał dołożyć swą cegiełkę do tego, co nazywano potęgą. Brzmiało to wielce patetycznie, ale przecież głęboko wierzył w swoją misję. Fascynacja czarną magią rozlewała się trującym jadem w jego żyłach, przemieniając spokojnie płynącą krew w płynną nienawiść. Wzgardę. Wpajane od dzieciństwa racje puchły na jego oczach do monstrualnych rozmiarów, rozdęte i nienaturalne, wzywające do wzięcia odwetu.
Odebrane życia stanowiły jednak początek łańcuszka, pierwsze słowa upokarzającej litanii, którą niedługo będą powtarzać jękliwie wszystkie mugolaki, błagając o łaskę. Czyż on sam nie upodlił się w ten sposób? Zmuszony zaklęciem, ale przecież prosił o miłosierdzie, doskonale wiedząc, że najlepsze, na co może liczyć to śmierć. Gdyby był aroganckim głupcem, mógłby poczuć coś na wzór dumy, że to on stał się przestrogą dla pozostałych Rycerzy. Że jego przykład miał ich nauczyć, jak nie należy postępować. Że kara Avery'ego odkreśliła grubą kreską czasy, gdy Tom był wyłącznie ich nieformalnym przywódcą, kolegą ze szkolnej ławy.
Żądającym już raczej posług nie przysług, wzywającym ich, a nie zapraszającym. Zmiana była subtelna, lecz znacząca i Samael tym razem przyjął ów policzek bez słowa. Nawet nie mrugnął, czytając lapidarny liścik, mimowolnie przywołującym wspomnienia haniebnych tortur, gdy korzył się przed Czarnym Panem. Stały się one jednak bez znaczenia - ot, jednorazowa kara, w przeciwieństwie do wyjrzenia na światło dzienne najściślej skrywanych sekretów, czemu nie potrafił zapobiec w żaden sposób.
Krocząc przez Nokturn w szarej pelerynie i kapturze ocieniającym twarz, Avery bardzo się postarał o wyczyszczenie umysłu ze zbędnych emocji. Przeszkadzających i odwodzących od właściwego celu. Obowiązku. Kryształowe fiolki z krwią i biała, świecąca czaszka mugola zawinięta w czarne płótno bezpiecznie spoczywały za pazuchą peleryny; różdżkę trzymał w dłoni - na Nokturnie nawet wiążące dekrety Ministerstwa nie znajdowały zastosowania.
Piwnica Wywerny stała dla niego otworem i Samael wszedł do pomieszczenia, przez które lekko uchylone drzwi sączył się snop światła. Nie uderzyło go zaskoczenie, gdy ujrzał Ramseya, Morgoth zaś stanowił ciekawą zagwozdkę. Zastanawiał się, ilu ich się zbierze. Ilu zaryzykowało dla Lorda Voldemorta własną duszę.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

13
10
0
0
0
37
2
0
Czarownica
and she bend it over like she got no back bone

PisanieTemat: Re: Laboratorium   24.11.16 17:14

Szorstki pergamin, na którym Tom Riddle nakreślił krótkie, rzeczowe wezwanie, okazał się najwspanialszą niespodzianką mijających dni. Proste linie słów, zamaszysty podpis - wpatrywała się w kawałek papieru przez dłuższą chwilę, nie mogąc uwierzyć, że spotka go ponownie. Cierpliwość została wynagrodzona, tak samo jak poświęcenie, którego obrazy powracały od kilku dni w urwanych snach. Nie koszmarach, nie budziła się z krzykiem: czuła się tak, jakby jej umysł od nowa przeżywał pierwsze morderstwa, doszukując się w swych działaniach błędów lub potknięć. Analizowała bez końca swoje poczynania, jednocześnie pełna dumy i niepokoju. Zawiedzenie oczekiwań Czarnego Pana nie wchodziło w grę, nie przeżyłaby tego, zarówno dosłownie jak w i przenośni, spętana narastającym, poddańczym szacunkiem. Mimo wszystko nie mogła doczekać się drugiego spotkania, tej wilgotnej, ciężkiej atmosfery piwnic Wywerny, dreszczy strachu i podekscytowania, pokrywających zmarzniętą skórę. W rutynowej codzienności bez problemu potrafiła zmatowić swoje spojrzenie czarną mgłą obojętności i wręcz autystycznej pustki, lecz gdy kroczyła tuż obok Tristana uliczkami Śmiertelnego Nokturnu, wiedziała, że z jej źrenic buchają skrajne emocje. Patrzyła więc przed siebie, na razie komfortowo ukryta pod peleryną ciemnogranatowego płaszcza, skrywającego także atłasowy worek z czaszką i dwiema fiolkami wypełnionymi krwią. Przeklęte przedmioty nie ciążyły jej, wręcz przeciwnie, z każdym krokiem przybliżającym ich do Wywerny, czuła się coraz stabilniej, a gdy ciężkie drzwi trzasnęły za ich plecami, pozwoliła sobie na posłanie lekkiego uśmiechu w kierunku Rosiera.
Widzieli się przecież po raz pierwszy w tej nowej, dorosłej rzeczywistości, w której na jego palcu lśniła obrączka a w posiadłości oczekiwała na niego przepiękna, kobieca własność. Na chwilę myśli Deirdre popłynęły w tym kierunku - czy był szczęśliwy? czy spełniło się jego marzenie? czy Evandra je spełniała? - ale nie rozpoczęła rozmowy na ten temat, powracając do statecznego milczenia. Bezpieczniejszego od prób składania gratulacji bądź niezobowiązujących pogawędek o urokach małżeńskiego pożycia. Może obawiała się, że Tristan rozpozna w uładzonych słowach drobinki niedorzecznej zazdrości? Odkryje niepewność, co do ich relacji i utrzymania mistrzowskiego status quo? Utrata kontroli nad rzeczywistością, do tej pory znaną i przyjemnie przewidywalną, nieco ją frustrowała, lecz starannie utrzymywała wątpliwości za murem zdrowego dystansu. Odpowiedniego zarówno do czasu jak i do miejsca, w którym się znajdowali, przechodząc przez uchylone drzwi wprost do laboratorium. Przekroczyła próg pewnie, tuż przed Rosierem, nie od razu ściągając kaptur z głowy. Nie zastanawiała się też, czy powinni przybyć tutaj osobno: ciągle przecież była jego, na jego zasadach, dzięki jego wstawiennictwu. Przesunęła uprzejmie obojętnym spojrzeniem po Yaxleyu i Averym - jednak udało mu się odkupić swe głupie winy? - i zatrzymała wzrok dopiero na Mulciberze. Kiwnęła mu lekko głową, lecz równie dobrze mógł uznać to za zwykły gest towarzyszący zsunięciu kaptura z głowy. Czarne włosy spłynęły wartką kaskadą na zakryte ramiona a ciemne spojrzenie Dei odruchowo pomknęło w kierunku gablot. W mętnych szybach odbijał się obraz pomieszczenia a także jej samej. Ciągle z czerwoną szminką na ustach, co wydało się jej nagle absolutnie nie na miejscu. W ferworze przygotowań zapomniała o tym jedynym, wenusjańskim akcencie, łączącym ją z chwilami ciężkiej pracy. Starła więc krwisty kolor z pełnych warg wierzchem dłoni, gestem prostym, wręcz wulgarnym, po czym przystanęła obok Tristana, zastanawiając się, kto jeszcze podołał wyzwaniu i przekroczy drzwi laboratorium.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Craig Burke
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t3810-craig-maddox-burke http://www.morsmordre.net/t3814-blanche#70697 http://www.morsmordre.net/t3813-zwiazki-lorda-burke#70693 http://www.morsmordre.net/f173-durham-rezydencja-w-tees-valley http://www.morsmordre.net/t3842-craigowe#71823
Handlarz czarnomagicznymi przedmiotami
32
Szlachetna
Kawaler
I will burn your kingdom down
If you try to conquer
Me and Mine
3
15
0
0
1
20
0
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   25.11.16 22:57

Dzień był raczej ponury i dość mglisty - choć pogoda nijak nie odzwierciedlała nastroju Craiga tego dnia, gdy dość charakterystyczne ptaszysko przyniosło mu bardzo wyjątkową wiadomość. Kiedy tylko mężczyzna odczytał tekst zapisany na zwitku pergaminu, poczuł podekscytowanie. Odmalowało się ono jednakże tylko w jego oczach. Twarz pozostała niewzruszona. Przesunął szybkim spojrzeniem po szkatułce w której zamknięte były trzy dary dla Czarnego Pana. Kłamałby, gdyby powiedział, że nie jest ciekaw, co tak naprawdę kryło się za tą próbą. I jakie będą następstwa. I, musiał się przed sobą przyznać, czekał niecierpliwie na to spotkanie. Nie, żeby jakoś specjalnie tęsknił za facjatami innych rycerzy. Ale spotkać się z Nim, otrzymać zadanie bezpośrednio od Niego, a nie z jakichś pogłosem na Nokturnie - tego wyglądał. Może Tobias miał nieco racji i zostało w Craigu kapkę z dziecka? Choć z pewnością obaj myśleliby o zupełnie innych cechach charakterów.
W każdym razie po kilku chwilach, gdy mężczyzna po raz kolejny odczytał notatkę, wrzucił zwitek do kominka. Tak by rozpadł się w marny popiół. A wyznaczonego dnia, ubrany w jakże typowy dla Nokturnu czarny płaszcz z kapturem, udał się w kierunku Wywerny. Swoją niewielką szkatułkę ukrył oczywiście pod materiałem, niedobrze było w końcu informować innych bywalców tutejszych okolic o raczej drogocennym ładunku, który niósł. Na pewno wielu pokusiło by się na krew jednorożca. Swoją drogą, jako handlarza obytego z czarnym rynkiem, mocno bolał go fakt, że musiał zostawić tyle złota by zgniło gdzieś w głuszy Zakazanego Lasu. Jeden włos był wart całkiem sporo, nie wspominając już o rogu i litrach krwi... Podświadomie jednak czuł, że nie mógł zabrać niczego poza jedną fiolką.
Mroczna ulica zdawała się ciągnąć bez końca, gdy Craig kierował się do gospody. Znajome, ciemne sklepy szczerzyły do niego okna witryn, jakby cieszyły się razem z nim na to spotkanie. A on tylko naciągnął mocniej kaptur na głowę i przyspieszył, by w końcu móc wkroczyć do tego niezbyt porządnego przybytku.
Jego wzrok skierował się wprost ku laboratorium. Pchnął ciężkie drzwi, które zaskrzypiały przeraźliwie. Odrzucił kaptur, by rozejrzeć się po zebranych twarzach. Nie było ich zbyt wielu. Czyżby tylko tylu postanowiło podjąć się próby? Zmarszczył lekko nos, była to jednak jego jedyna reakcja na tę myśl. W końcu był jeszcze czas, na pewno jeszcze ktoś się zjawi?
- Uroczy mamy wieczór - odezwał się, witając się również skinieniem głowy, a w mrocznym pomieszczeniu jego głos zabrzmiał nienaturalnie głośno. Nie przejął się tym jednak i podszedł do stołu, stawiając na nim swoją szkatułkę. Następnie odsunął się dwa kroki, ponownie przenikliwie wodząc po zebranych swoimi jasnymi oczami.
Kto jeszcze?




His smile fair as spring, as towards him he draws you;
His tongue sharp and silvery as he imploresyou
Powrót do góry Go down
Perseus Avery
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery http://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 http://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 http://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych http://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
wiedźmia straż
25
Szlachetna
Kawaler
vicious
vengeful
victorious
6
19
0
0
10
32
3
8
Czarodziej
nothing good ever stays with me

PisanieTemat: Re: Laboratorium   26.11.16 0:28

Enigmatyczny list, lakoniczne wezwanie - oczekiwał niczego mniej i niczego więcej, aż w końcu jego cierpliwość się opłaciła, a parapet posiadłości w Shropshire przywitał sowę, którą pomimo podobieństwa do tak wielu innych ptaków pocztowych, nie sposób było pomylić. Przynajmniej nie w oczach Avery’ego. Przesunął palcami po rządkach wklęsłych, zamaszyście skreślonych liter, pisanych zapewne szybko; pergamin pamiętał każde zagłębienie, każde mocniejsze dociśnięcie pióra, lecz zamiast wzruszać się nad wizją rychłego spotkania, przebiegł wzrokiem po raz ostatni po zawartych w wiadomości informacjach, po czym cisnął rulon do kominka, by przez parę chwil obserwować jak pochłaniają go łakome płomienie. Ten dzień nie różnił się niczym od innych, codzienna rutyna wyznaczała rytm niczym w dobrze skomponowanym walcu, a Perseus niemalże automatycznie wypełniał swoje obowiązki, całkowicie odcinając od siebie myśli o zbliżającej się konfrontacji, by nie pozwolić swojej uwadze umknąć do krainy niedorzecznych rozważań na temat tego, co może się wydarzyć, wszak nigdy nie był typem dzielącym włos na czworo. Już wkrótce karty miały zostać wyłożone na stół, a gorączkowe rozmyślania wydawały się być wysoce bezproduktywnym zajęciem. Skłamałby jednak, gdyby stwierdził, że nie był ani odrobinę ciekawy tego, jaki był w tym cel, jakiej reakcji mógł oczekiwać oraz kto jeszcze podjął się próby raz na zawsze przekreślającej półśrodki i możliwość pozostania w szarej strefie, próby obdzierającej z masek i pokazującej prawdziwe oblicze oraz to, jak daleko było się w stanie pójść w imię idei. Avery nie zamierzał się cofać, jego droga prowadziła tylko naprzód, tylko w górę. Trzy książki o bogato zdobionych grzbietach zajmowały specjalne miejsce w jego gabinecie, przyciągając niczym magnes i kusząc skrywaną tajemnicą o zadanym cierpieniu i niewybaczalnej zbrodni - nadeszła odpowiednia pora na przekazanie tej urokliwej trylogii innemu czytelnikowi, dlatego też umieścił wszystkie tomy w czarnym, adamaszkowym worku, by z wciąż nieprzetransmutowanym w pierwotną formę pakunkiem teleportować się w pobliże Wywerny. Krótka inkantacja, finezyjny ruch dłoni dzierżącej cisową różdżkę i zawartość czarnego worka zmieniła swoją wagę, zastępując ostre krawędzie dzieł introligatorskich obłymi, niemalże przyjemnymi kształtem. Już prawie oswoił się z obskurnym wystrojem i nokturnową atmosferą lokalu, we wnętrzu czekała go jednak niespodzianka; uchylone drzwi potraktował jako zaproszenie, zdecydowanym krokiem kierując się do laboratorium, gdzie zebrało się zaledwie parę osób. Powinien czuć dumę z powodu znalezienia się w tak elitarnym gronie - czy raczej rozczarowanie, że tak wielu z tych, którzy wysławiali się górnolotnie na tematy wspólne, nie potrafiło sprostać zadaniu i udowodnić swojej wartości? Skinął nieznacznie głową w ramach mało wylewnego przywitania, nie przerywając ciszy. Wszyscy przyszli tu w tylko jednym celu, nie znajdował potrzeby udawać, że było inaczej.




stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Powrót do góry Go down
Ignotus Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1112-ignotus-mulciber http://www.morsmordre.net/t1438-listy-ignacego-vitkowskiego#12506 http://www.morsmordre.net/t1377-ignasiowo-vitkowe#10929 http://www.morsmordre.net/f272-smiertelny-nokturn-34-2 http://www.morsmordre.net/t4143-ignotus-mulciber#82512
pośrednik nielegalnych transakcji
51
Czysta
Kawaler
You’ll find my crown on the head of a creature
And my name on the lips of the dead
1
16
0
0
0
28
1
1
Czarodziej
pozdrawiam i wielbię mój wiek, mego stwórcę i mistrza

PisanieTemat: Re: Laboratorium   26.11.16 1:05

Pojawiłem się przed Wywerną jako chmura czarnego dymu. Miałem ze sobą czaszkę i dwie fiolki krwi. Jedna nie robiła na mnie szczególnego wrażenia. Ale ta druga, srebrzysta, święcąca się delikatnie miała w sobie coś hipnotyzującego. Długo przyglądałem się jej siedząc w mieszkaniu, rozpamiętując zabitego jednorożca. Ze wszystkich żyć, które odebrałem tamtej nocy tylko to jedno mnie prześladowało. Piękne, magiczne stworzenie. Nawet ja potrafiłem docenić doskonałość płynące z jego niewinności. Jeżeli biała magia istniała, z pewnością trzymałem ją właśnie w fiolce. Nic dziwnego, że każdego, kto zabił jednorożca czeka przekleństwo. Niespecjalnie się jednak obawiałem, trudno być bardziej przeklętym ode mnie.
Na miejscu zobaczyłem kilka znajomych twarzy. W tym jedną, która naprawdę sprawiała, że nie czułem się jakbym był wśród obcych. Nawet jeśli moje relacje z Ramseyem ciągle były niebezpiecznie blisko tańczenia na granicy klifu, było to więcej niż mogłem powiedzieć o jakiejkolwiek znajomości z pozostałymi obecnymi w laboratorium mężczyznami. Podszedłem do syna obrzucając pozostałych krótkim, badawczym spojrzeniem bez wyrazu. Nie dałem po sobie poznać lekkiego rozbawienia na widok Samaela. Czy bylem zdziwiony? Nie, ale też się go nie spodziewałem. Szczerze powiedziawszy, nie poświęciłem mu ani jednej myśli. Nie poświęciłem jej też reszcie zebranych. Może oprócz Ramseya, którego spodziewałem się tu spotkać. Nie pytałem o niczyje fiolki i czaszki, było oczywiste, że je mają, skoro postanowili się pojawić. Nie wdawałem się w konwersacje ani głębsze interakcje z czarodziejami. Poza skinieniem głową na powitanie i obrzuceniu wszystkich bacznymi spojrzeniami, zapomniałem o ich obecności. Skupiłem się na fiolkach. Ciekawiło mnie, co w nich jest. Jeszcze bardziej zastanawiało mnie czy mężczyzna, którego tu przyniosłem został już przemieniony w inferiusa czy dopiero go to czeka. Z chęcią zobaczyłbym go jeszcze kiedyś, oddającemu przysługę sprawie znacznie ważniejszej i większej niż on sam. Póki co jednak sam musiałem się przekonać, czemu służyło nasze zadanie. Dla celu Czarnego Pana potrafiłem poświęcić wiele, ale chciałem usłyszeć to z jego ust, dowiedzieć się od niego, że nie zrobiłem nic nadaremnie. Nawet nie wiem, kiedy dokładnie podziw dla Toma Riddle'a stał się tak wielki, że nawet w myślach przestałem używać jego imienia i nazwiska. Nie wiem, kiedy dokładnie zazdrość i nienawiść, które początkowo we mnie budził ustąpiły szacunkowi, jakim nigdy wcześniej nikogo nie obdarzyłem. Bezkrytycznym nawet teraz, gdy nauczyłem się nie ufać niczemu.




Death and danger do not have to
come with trappings.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   27.11.16 0:56

Po otrzymaniu listu od tego, którego mieli zwać już Czarnym Panem, Tristan musiał się upewnić, czy jego podopieczna również otrzymała wezwanie - rozmawiał z nią o tym, wiedział, że starała się sprostać wyznaczonemu zadaniu, ale wciąż tak naprawdę nikt z nich nie wiedział, o co w tej grze chodziło. I nikt miał się nie dowiedzieć - nie przed dniem, który nastał dzisiaj. To, co kierowało Tristanem, było najwyżej lękiem, obawą nie tylko przed tym, czego dokonali, ale i przed tym, do czego ich dokonania miały doprowadzić. Zabite jednorożce przeklęły ich wszystkich, odebrały im dusze, pomordowani czarodzieje sprowadzili gniew aurorów, mugolami nikt się nie przejmował - czyżby? Ale to tylko trupy - trupy, którymi na razie nie musieli zaprzątać sobie głowy. Oni byli żywi - ciekawe jak długo - ale najwyraźniej dość zdesperowani, by oddać swemu panu dosłownie wszystko, włączając w to samych siebie. Przerażało go to - to, że był wśród nich i to, że każdy z nich znalazł się tutaj, prawdopodobnie, po dokonaniu owych zbrodni. Dzięki nim - czemu to właściwie miało służyć? Był milczący i zamknięty w sobie, kiedy wraz z Deidre mijał kolejne zakręty alejek Śmiertelnego Nokturnu. W kontekście swojego niedawnego ślubu - miał powody do zmartwień.
Zdziwiło go miejsce, kiedy ostatnio był w tym laboratorium? Albo, czy był w nim właściwie kiedykolwiek? Wąskie grono zaufanych bez trudu pomieściło się w kameralnej komnacie - której wybór rodził jeszcze więcej pytań i dawał jeszcze mniej odpowiedzi. Fakt, że on nie był z nich zadowolony, nie nastrajał optymistycznie, nawet pomimo pozornego braku pogróżek w otrzymanym liście. Tristan wciąż miał w pamięci ostatnie wydarzenia - jeszcze żywsze na widok Avery'ego - i bynajmniej nie miał ochoty iść w ślady Samaela. Szacunek, strach, ale i podziw przed nieomylną potęgą - właśnie to wzbudzał dziś Czarny Pan. On i Deirdre, oczywiście - Morgoth i Ramsey, którym skinął głową. Avery, którego dostrzegł już wcześniej - cóż oznaczała jego obecność? Że powrócił w łaski, czy że wszyscy oni byli straceni? Burke, skinął głową, kolejny Avery, którego obecność już dziś, z obrączką na dłoni, nie mierziła go tak bardzo, jak kilka tygodni, kilka miesięcy temu, kiedy nieudolnie wciąż smalił cholewki do Evandry, nawet jeśli w tym miejscu powinien wszystkie swoje animozje odłożyć na bok. I na końcu Karkarow - a może kolejny Mulciber - o którym wciąż nie wiedział, co myśleć. Nie odezwał się, coś podpowiadało mu, że w tym miejscu lepiej jest mówić mniej niż więcej. Różdżka, dwie fiolki krwi i czaszka w lnianym worku przewieszonym przez ramię, miał przy sobie wszystko.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Czarny Pan
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/t3051-r-tom-riddle#50095 http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry http://www.morsmordre.net/t3051-r-tom-riddle#50095 http://www.morsmordre.net/f303-piwnica http://www.morsmordre.net/f303-piwnica
Czarnoksiężnik
30
Półkrwi
Kawaler
Ja, który zaszedłem dalej niż ktokolwiek inny na drodze do nieśmiertelności...
99
99
99
99
99
99
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Laboratorium   27.11.16 18:49

Czarny Pan wyłonił się z kłębu dymu, który w jednej chwili pojawił się za stołem służącym do przygotowywania eliksirów. Wbił wzrok w jego blat, dopiero po chwili przenosząc go na ośmiorga wybranych spośród swoich sług.
- Zbliżcie się - zarządził sycząco. - Przynieśliście mi... tak... czuję, że to zrobiliście. - Przez jego twarz przemknęło coś na wzór zadowolenia. - Dzisiaj... nie każdemu można ufać. A nadchodzą ciężkie czasy. Musiałem wybrać. Tych, na których będę mógł naprawdę polegać. Tych, którzy się nie zawahają, kiedy to im przyjdzie wybierać. Tych, którzy są... dość zdolni i mają zadatki na pochwycenie prawdziwej potęgi. Wiecie, co potrafię. I wiecie, mogę wam dać. Siłę, której nikt nie wyjdzie naprzeciw, potęgę, a nawet - nieśmiertelność. Mogę wam dać nawet więcej.

- Morgocie - zwrócił się bezpośrednio do Yaxleya, nagły zryw pulsującego bólu mógł oznaczać tylko jedno; czarny lord wdarł się do jego umysłu. Tym razem jednak nie celem jego penetracji, przed oczyma czarodzieja roztoczyła się wizja jego samego, stojącego tuż u boku nestora. Ojciec był z niego dumny, ale nie tylko on - cała rodzina była. Był w tej wizji godnym dziedzicem ich spuścizny, był jego następcą.

- Ramseyu - wywołał go jako drugiego, ledwie moment później, choć Morgoth wciąż śnił na jawie - wdarł się do jego umysłu, wywołując płomienną wizję śmierci. Ogień trzaskał, a w nim - dało się dostrzec rozdarte, wygięte w bólu twarze jego wrogów, każdego i wszystkich po kolei. Umierali w mękach.

- Samaelu - Czarny Pan bez trudu pokonał przeszkody i dostał się do umysłu Avery'ego, boleśnie, choć Avery pamiętał większy ból; w swoim śnie Samael ujrzał swoją córkę. Małą Julienne, uroczą, piękną, wypowiadającą pierwsze słowa - całkowicie zdrową.

- Deirdre - po otrząśnięciu się z bólu usłyszałaś ciche szepty Wilhelmina Tuft jest martwa; zaraz później ujrzałaś jej gabinet urządzony według własnego stylu, gabinet, którym rządziłaś, dzierżąc władzę, jakiej nigdy nie miałaś - ktoś przeszedł obok, tytułując cię panią minister.

- Craigu - jego również nie ominęło spojrzenie Czarnego Pana, po bolesnym wdarciu się do jego umysłu, Craig poczuł wiatr we włosach. Ściskał kij od miotły jedną ręką, drugą - trzymał kafel, był szybki, był dobry, może nawet najlepszy; tłumy na trybunach skandowały jego imię, kiedy ciskał kafla do jednej z trzech bramek. Bezbłędnie. To musiały być mistrzostwa świata.

- Perseusie - poczułeś ukłucie bólu, po którym przed twoimi oczyma pojawiła się senna wizja ciebie samego - dzierżącego potężną władzę. Stałeś u samego szczytu Ministerstwa Magii, mając w ręku zarówno polityków, uczonych, jak i arystokratów. Byłeś ministrem magii.

- Ignotusie - po bolesnym przełamaniu oporu Vitalij dostrzegł wizję świata, w której mugole byli całkowicie poddani czarodziejom takim jak on. Kłaniali się, wykonywali polecenia bez najmniejszego przejawu buntu i bez najmniejszego grymasu.

- Tristanie - poczuł ukłucie bólu, a przed jego oczyma rozlała się wizja; ujrzał w nią swoją siostrę, tę, której śmierć widział na własne oczy - zdrową i szczęśliwą, żywą.

Czarny Pan pozwolił wam przez moment rozkoszować się marzeniami, pochłonięci sennymi wizjami - nie widzieliście, co robił, straciliście też rachubę czasu, zupełnie nie wiedząc, na jak długo zanurzyliście się we własnych pragnieniach, póki nie otrzeźwił was jego zimny głos:
- Dość. - Wróciliście, do niego, do siebie, choć wciąż otumanieni, z lekkimi zawrotami głowy. - Mogę dać wam wszystko, czego pragniecie i zrobię to, ale cena za waszą przyszłość jest wysoka.
Wiedzieliście, że nie będzie odwrotu w momencie, kiedy pojawiliście się w tym miejscu wraz z trzema ofiarami, o które Czarny Pan poprosił. Było już za późno, żeby zrobić krok w tył. Istniały tylko dwie drogi: służba lub śmierć.
- Zapłaciliście dopiero część tej ceny. - Mordując jednorożca, istotę zrodzoną z niewinności. - Złożycie mi przysięgę, tu i teraz. Wieczystą przysięgę wiecznej służby. Wszyscy, ty też - Jego wzrok na krótko padł na Samaela. - Tym razem przede mną. - To mówiąc, wyciągnął rękę ku Morgothowi jako pierwszemu, znacząco spoglądając na Ramseya znajdującego się po prawicy Yaxleya - oczekując od niego, że będzie gwarantem.

Treść przysięgi momentalnie sama nasunęła wam się na myśl: Na krew moich przodków, na moje życie, na wszystko co mi drogie, zaklinam się, oddaje ci swoją duszę. Zrobię wszystko, czego zażądasz, a moją myślą nigdy nie wstrząśnie zwątpienie. Przybiorę nową twarz, jeśli będzie trzeba. Nigdy nie wykażę się słabością ani zawahaniem i stawię się na każde wezwanie. Wiem bowiem, że tylko tobie, książę Slytherinu, ostatni z rodu Gauntów, wężousty Czarny Panie, pragnę służyć.

Czarny Pan gotów jest przyjąć przysięgę od każdego z Was, gwarantem każdej postaci jest postać, która napisała posta pod postacią składającą przysięgę. Na odpis macie 48h.


Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley http://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 http://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 http://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow http://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#51390
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Kawaler
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
16
18
11 (15)
5 (17)
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   27.11.16 19:40

Wszyscy powoli zaczynali się zbierać w laboratorium i każdego, kto na to zasługiwał przywitał skinięciem głowy. Milczał, a pomieszczenie zapełniało się poplecznikami Toma. Obecność niektórych mogła go wprowadzić w zdumienie, ale nie przykładał tego wieczora do tego uwagi. Pochłonięty własnymi myślami i oczekiwaniem na ciąg dalszy... Nie wiedział kto i w jakiej liczbie miał się stawić. Najwidoczniej jednak miała być ich jedynie ósemka, gdy Czarny Pan zmaterializował się zaraz przed nimi. Yaxley drgnął, wyciągnięty z zadumy, ale wyprostował się momentalnie, obserwując człowieka, który mógł ocalić świat czarodziejów przed plagą nieczystej krwi. Posiadał moc, której potrzebowali i za którym chciał iść. Ojciec go popierał, a Morgoth wierzył w jego rację. Dlatego nie miał problemów z przyjęciem tej, oddającej jego rodzinnych wartości idei, a gdy poznał również koniec końców Riddle'a, wiedział, że właśnie na to czekali od wielu lat. Na poruszenie i potrząśnięcie tym zepsutym światem. Część nawet szlacheckich rodzin nie widziała nic złego w popieraniu promugolskiej polityki, co doprowadzało go do mdłości. Ale mieli okazję. I byłby głupcem, gdyby się do niej nie dołączył. Zadania, które przed nimi postawił Czarny Pan były tak naprawdę jedynie małą kroplą w tym, co miało nadejść. Morgoth miał taką nadzieję i wiedział, że ma rację.
Stanął zgodnie z wolą przed stołem i słuchał każdego słowa, które płynęło z ust lorda Voldemorta. Gdyby chodziło o kogoś bardziej wylewnego, stwierdziłby, że zaskoczyła go taka mała ilość obecnych Rycerzy. Więc tylko oni zdołali wykonać zadania? Tylko oni zdołali dokonać tego poświęcenia i zaszczytu? W pewnym momencie usłyszał swoje imię i spojrzał na siedzącego na krześle czarodzieja. Rozpalony pręt został mu przyłożony do skroni, gdy Riddle wdarł się do jego umysłu. Równie łatwo i szybko jak wcześniej. Jak za każdym razem. Zacisnął oczy przy pierwszej fali okrutnego, pulsującego bólu, by chwilę później otworzyć je i... Stać dookoła ojca. Jednak nie tylko Leon był tam obecny. Rodzina okazała się patrzeć na niego z wielką nadzieją i dumą, a Morgoth nie wiedział czy to, że stał jeszcze przed chwilą w podziemnym laboratorium było prawdą, czy jedynie mu się wydawało. Ale tak samo jak wiedział, że tam był, tak samo odczuwał obecność swoich bliskich. Byli tam i każdego z osobna mógł dotknąć. Coś mówiło mu, że to nie była prawda, ale czy złudzenie może być aż tak realne?
W tej samej chwili czarna otchłań pochłonęła obraz rodziny, ojca, matkę i siostrę, a Yaxley znowu był w Białej Wywernie, tutaj, przed Tomem. Nie pomyślał o odwrocie. Ufał, wiedział, że razem z Czarnym Panem na czele będą w stanie osiągnąć wszystko, o czym marzyli, czego chcieli. By zmieść paskudne szlamy z powierzchni jednym gwałtownym uderzeniem. Gdy jednak okazało się, że nie był to koniec, Morgoth po raz kolejny usłyszał swoje imię. Zobaczył wyciągniętą w swoim kierunku dłoń i bez wahania złapał nadgarstek Riddle'a. Był gotowy. Podniósł spojrzenie na Czarnego Pana, by wypowiedzieć słowa wyczekiwanej przysięgi. Przysięgi, w której każde słowo wierzył.
- Na krew moich przodków, na moje życie, na wszystko co mi drogie, zaklinam się, oddaje ci swoją duszę. Zrobię wszystko, czego zażądasz, a moją myślą nigdy nie wstrząśnie zwątpienie. Przybiorę nową twarz, jeśli będzie trzeba. Nigdy nie wykażę się słabością ani zawahaniem i stawię się na każde wezwanie. Wiem bowiem, że tylko tobie, książę Slytherinu, ostatni z rodu Gauntów, wężousty Czarny Panie, pragnę służyć.




The enemies we have at present will be multiplied tenfold. We must survive the storms
ourselves

Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt http://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 http://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 http://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa http://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Panna

she tastes like every dark
thought I've ever had

13
10
0
0
0
37
2
0
Czarownica
and she bend it over like she got no back bone

PisanieTemat: Re: Laboratorium   27.11.16 23:19

Deirdre ze spokojem wpatrywała się w uchylone drzwi, prowadzące do laboratorium, pewna, że próg pomieszczenia przekroczy więcej osób. Pamiętała swoje pierwsze spotkanie, długi stół, wiele znajomych twarzy, krew spływającą po drewnianym blacie tuż pod nogi dawnych przyjaciół, klientów Wenus, poważanych szlachciców. Czuła się nieco przytłoczona obecnością tylu ludzi, którzy już wcześniej sprostali wymaganiom Toma Riddle'a, stając się jego zaufanymi sługami, a ambicja drżała nieprzyjemnie, napędzając tylko chęć udowodnienia swej wartości. Chciała być najlepsza, musiała być najlepsza. By nie zawieść siebie, ale przede wszystkim Czarnego Pana, najpotężniejszego czarnoksiężnika ich czasów. Nie wahała się przed wypełnieniem próby, lecz nie sądziła, że tak niewielu Rycerzy jej podoła. W laboratorium zjawiła się ich przecież zaledwie garstka. Najwytrwalsi? Najwierniejsi? A może ci, którzy mieli najmniej do stracenia i nie cofnęli się nawet przed najgorszym, by spełnić żądanie Czarnego Pana?
Czuła jednoczesny strach i podekscytowanie, mieszankę już typową dla spotkań z Lordem Voldemortem, tym razem niepokój wzmagał się jednak znacznie szybciej niż toksyczna radość, a w momencie, w którym nad stołem zawisła chmura czarnego dymu, Deirdre przeszył ostry, nieprzyjemny dreszcz. Nie odrywała spojrzenia od materializującego się mężczyzny i dopiero gdy ten przemówił, zorientowała się, że wstrzymywała przez ten cały czas oddech. Wypuściła cicho powietrze i przybliżała się do kamiennego stołu, wsłuchując się w krótką przemowę. Przychylną, rozlewającą po ciele paraliżujące ciepło zadowolenia, choć i ono zostało szybko starte silniejszym wrażeniem nieuchronności. Ostatecznej deklaracji, wyboru życiowej drogi, złożenia na ołtarzu ofiary z własnego losu, podporządkowanego od tej pory wyłącznie jednej osobie. Była przygotowana już wcześniej, nigdy nie traktując dołączenia do Rycerzy jako zabawy. Teraz mogła to udowodnić, nie bez strachu - głupotą byłoby lekkomyślne akceptowanie brutalnej rzeczywistości - ale za to z pełną zgodą na to, co miało nastąpić.
W napięciu przyglądała się twarzy Morgotha a potem kolejnych mężczyzn aż w końcu spojrzenie Czarnego Pana spoczęło na jej tęczówkach, od razu przepalając je ostrym bólem. Syknęła cicho, bezgłośnie, lecz zamiast kolejnej fali cierpienia w jej głowie pojawił się wyraźny obraz. Konkretny, rzeczywisty; niemalże mogła poczuć gładką fakturę dębowego biurka, zapach dymu z cygar, chłodne powietrze wpadające przez uchylone okno z widokiem na Tamizę. Biuro Ministra Magii, j e j biuro, jej władza, jej potęga, jej odpowiedzialność. Nieświadomie rozchyliła usta, całkowicie spętana wizją spełnienia marzeń. Możliwością manipulowania ludźmi, uzdrowienia magicznego świata, wpływania na rzeczywistość milionów ludzi, pokazania im prawdy, oddzielenia tych godnych od przeklętych i słabych. Wprowadzania w życie praw, jakie narzucił Czarny Pan. Ktoś, w kim rozpoznała wyjątkowo okrutnego gościa Wenus, chylił przed nią głowę, a za nim stali inni, teraz całkowicie od niej zależni, podlegli. Władza odurzała, wypełniała słodkim posmakiem usta, uwodziła, pęczniała w splocie słonecznym zakazanym gorącem. Deirdre jeszcze nigdy nie czuła się tak zaspokojona, pełna sił, władzy, skoncentrowana, szczęśliwa i...i po krótkim, chłodnym dość znów znalazła się w ciemnym laboratorium, chwiejąc się na nogach. Zamrugała gwałtownie, oddychając głęboko, spokojnie, niczym wybudzona z najpiękniejszego snu. Znał ją, wiedział, czego pragnęła, i mógł jej to podarować. A ona była gotowa ofiarować mu swoje życie. Słowa przysięgi najpierw wybrzmiały w jej głowie, potem zostały wypowiedziane przez następnych mężczyzn, a gdy Czarny Pan ponownie spojrzał na nią, bez lęku stanęła przed nim. Płonąc; serce przyśpieszyło do niezdrowego rytmu, chcąc wyrwać się z piersi, lecz ręka nie zadrżała nawet odrobinę, gdy kładła swoją lodowatą dłoń na jego równie chłodnej skórze. Czuła się tak, jakby przełamywała tabu lub dokonywała świętokradztwa, przy jednoczesnej całkowitej pokorze i oddaniu. - Na krew moich przodków, na moje życie, na wszystko co mi drogie, zaklinam się, oddaję ci swoją duszę - zaczęła a jej głos brzmiał pewnie, mocno, bez najmniejszego drżenia i jedynie Czarny Pan, wpatrzony w jej ciemne źrenice, mógł odczytać z nich skrajne przejęcie. - Zrobię wszystko, czego zażądasz, a moją myślą nigdy nie wstrząśnie zwątpienie. Przybiorę nową twarz, jeśli będzie trzeba. Nigdy nie wykażę się słabością ani zawahaniem i stawię się na każde wezwanie. Wiem bowiem, że tylko tobie, książę Slytherinu, ostatni z rodu Gauntów, wężousty Czarny Panie, pragnę służyć.
Stało się. Złote więzy zalśniły wokół ich złączonych dłoni i Deirdre odetchnęła głęboko. Nie istniała inna droga, nie istniało inne przeznaczenie niż to, które właśnie wybrała - które na siebie ściągnęła, razem z przekleństwem? - i które zamierzała wypełnić.





clearly out of body experience interferes and dreams of flying i fit nearly surrounds me though i get lonely interia creepsmoving up slowly
x




Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber http://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 http://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 http://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 http://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler

Sit tibi terra levis

10
20
0
0
0
36
1
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Laboratorium   27.11.16 23:33

Nie było ich zbyt wielu. Rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych, rozpoznając twarze najwierniejszych. Każdy z nich zaryzykował, wykazał się lojalnością wobec Czarnego Pana. Nie był pewien, czy czuł zawód, że było ich tak niewielu — zadanie było trudne, wymagające; czy może dumę, że sam był tu obecny i oczekiwał jego przybycia. Obecność ojca uspokoiła go. To tylko udowodniło, że są do siebie bardziej podobni niż mogli przypuszczać, zawierzając swoje życie tej samej sprawie i oddając jej i Czarnemu Panu swoje życie.
Zwrócił się ku niemu, gdy wyłonił się z ciemnej chmury i zbliżył wraz z wszystkimi, zgodnie z jego życzeniem. Jego głos przeszywał go na wskroś, ale słuchał go z zapartym tchem, z oczami wpatrzonymi w jego twarz. Jego własna wyglądała spokojnie, lecz ukrywała rosnące napięcie, niepewność i obawę, które towarzyszyły mu za każdym razem, gdy przebywał w jego towarzystwie. Worek, który trzymał pod peleryną nagle zaczął mu ciążyć, jakby słowa Voldemorta uczyniły z niego brzemię. Niespodziewanie czyn, do którego podszedł bez emocji wzbudziły jakąś grozę i poczucie odpowiedzialności.
Zacisnął szczękę, oczekując.
Byli tymi, którzy pomyślnie wykonali swoje zadanie, lecz to jeszcze nie koniec. Coś wisiało w powietrzu, świszczało cicho pomiędzy wypowiadanymi przez Czarnego Pana Słowami. Złożyli mu trzy ciała w ofierze. Mugola, czarodzieja i jednorożca, dobrowolnie przyjmując na siebie legendarną klątwę, jakakolwiek by ona nie była. Ich serca nie znały już trwogi. Tylko on mógł ją wzbudzić.
Czarny Pan wspominał o wyborze tych, którymi chce się otoczyć. Kimś, kto go nigdy nie zawiedzie, bo jeśli tak...
Jego słowa brzmiały jak zaklęcia. Wiedział, że był doskonałym mówcą, wiedział, że kłamał tak dobrze, że nie sposób było odróżnić fałszu od prawdy. Słuchał jego głosu przez tyle lat. I on sam wierzył w to wszystko, z zapartym tchem wysłuchując o tym, co mogli wspólnymi siłami osiągnąć, co mógł im dać, jeśli by tylko chciał — jeśli by zasłużyli.
Niechętnie spojrzał na Yaxleya. Już wiedział, co nastąpi. I po chwili Czarny Pan zwrócił się do niego. Skrzyżował z nim spojrzenie, jego syczący głos wdarł się do jego głowy. Instynktownie próbował to zwalczyć, ale nie był w stanie. Naiwny odruch obronny. Lecz nie chciał mu się przeciwstawiać. Nigdy by nie próbował. Odpuścił od razu i przeszył go rozrywający czaszkę, pulsujący w skroniach ból. A później jakby zelżał, bo miał wrażenie, że gdy otworzył oczy doznał jakiegoś objawienia, wizji. Czy to możliwe, by to stało się właśnie teraz; przy nim? To co widział nie było ani straszne, ani potworne. Nie dla niego. Piekielny ogień palił jego wrogów. W szatańskiej pożodze ginęli wszyscy, których dażył wyjątkowym uczuciem nienawiści, a także Ci, których chciał lub musiał się pozbyć. Dostrzegał wykrzywione w grymasie potwornego cierpienia twarze ludzi, których znał, życząc im śmierci w męczarniach, przeklinając ich na wieki. Wpatrywał się, jak ich skóra niczym papier zajmuje się płomieniem, odsłaniając krwawe włókna. Jak szmaciane lalki wrzucone do ogniska.
To nie była jego wizja.
Jego głos wyciągnął go z tego snu. Przerwał go gwałtownie, sprowadzając na ziemię. Dotknął skroni, w której pulsował wciąż tępy ból, a zawroty głowy wytrącały go z równowagi. Był nieco skonfundowany, lecz szybko doprowadził się do porządku, sięgając po różdżkę, którą po raz pierwszy i ostatni wycelował w kierunku Czarnego Pana.
Przysięga wieczysta. Przysięga wiecznej służby. Złotą nicią spętała ich dłonie, związała lojalnością życie.
I on sam uczynił to, co do niego należało. Zerknął na Samaela, po czym uchwycił dłoń Pana i głośno, wyraźnie i zdecydowanie wypowiedział słowa przysięgi:
— Na krew moich przodków, na moje życie, na wszystko co mi drogie, zaklinam się, oddaje ci swoją duszę. Zrobię wszystko, czego zażądasz, a moją myślą nigdy nie wstrząśnie zwątpienie. Przybiorę nową twarz, jeśli będzie trzeba. Nigdy nie wykażę się słabością ani zawahaniem i stawię się na każde wezwanie.— Obraz chłopca, który przyglądał mu się z dystansu, gdy Tiara Przydziału spoczęła na jego głowie zniknął bezpowrotnie. — Wiem bowiem, że tylko tobie, książę Slytherinu, ostatni z rodu Gauntów, wężousty Czarny Panie, pragnę służyć.
I niech się dzieje, co chce.




The moon is my sun. The night is my day.
Blood is my life and you are my prey

Powrót do góry Go down
Samael Avery
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
http://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 http://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 http://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love http://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 http://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
ordynator oddziału magiipsychiatrii
30
Szlachetna
Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
0
30
0
10
0
14
Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.

PisanieTemat: Re: Laboratorium   28.11.16 17:39

Spokojnie odliczał minuty do pojawienie się gospodarza, stojąc nieruchomo przy długim blacie i niemalże nie wypuszczając powietrza. Lepka cisza, jaka osiadła w pomieszczeniu zdawała się ostrzegać przed jej naruszeniem, nierozważnym zerwaniem ciężkiej faktury nerwowego wyczekiwania. Czarny Pan (choć znał jego prawdziwe imię, dziwny opór hamował Avery'ego przed myśleniem o nim inaczej) lubował się w teatralności, w stwarzaniu napiętej atmosfery, w utrzymywaniu skrajnej, drżącej niepewności. Wskazówki zegara obracały się leniwie, więc Samael mimowolnie lekko się obrócił, aby przypatrywać się sylwetkom wkraczających do laboratorium śmiałków. Czuł pewność, że nie wszyscy Rycerze znaleźli w sobie tyle bezwzględnej odwagi do wykonania rozkazu Lorda Voldemorta i chciał wiedzieć, któż wystąpił przeciwko Naturze, odbierając życia, zanim Ona dokonałaby tej czystki samodzielnie. Żądanie trzech istnień było wymaganiem wysokim, lecz nie stanowiło niemożliwości. Narzucało jedynie gotowość na absolutnie wszystkie konsekwencje tego czynu oraz obligowało do posiadania przynajmniej odrobiny inteligencji oraz sprytu (przymiotów tak sławionych przez Slyhterina), aby nie pozwolić się złapać.
Biała Wywerna tego wieczora zgromadziła ich ledwie garstkę, liczbę nieporównywalnie mniejszą od tej, jaka zwykle zbierała się w progach nokturnowej karczmy. Najwierniejsi, najwytrwalsi, najpewniejsi, iż trwanie przy boku tak potężnego czarodzieja zapewni im udział w tworzeniu ładu, w którym to właśnie im przypada uprzywilejowana pozycja. Marzenia są piękne, ale ile z nich okaże się prawdą? Czy Czarny Pan rzeczywiście może zapewnić im (oraz wszystkim zwolennikom czystej krwi), że spełni te pragnienia? Avery wierzył, iż jeśli ktoś tego dokona, to jedynie On.
Dla wyższych celów mógł więc znieść drobne niedogodności; obecność Perseusa, na którego nie podniósł w tej samej chwili różdżki nie z obawy przed ponowieniem identycznego występku oraz groźbą surowej kary, a z powodu odgradzania prywatnych uraz (po części jego obwiniał za ucieczkę Laidan) od łączącego ich ryzyka zawodowego. Czy tego chcieli czy nie, mieli wspólne cele.
Przeszył go dreszcz, gdy pojawił się między nimi, materializując się z kłębu czarnego dymu. Uderzenie niepokoju było silne, drgnął lekko, wpatrując się, jak mężczyzna powoli zwraca się ku zgromadzonym, na razie przesiewając ich uważnym, badawczym wzrokiem. Szukał tchórzy, oszustów, dokonywał dokładniejszej selekcji, czy mimo tego poświęcenia śmiałek na pewno jest coś wart? Nikłe zadowolenie Czarnego Pana uspokoiło Avery'ego, równocześnie pobudzając jego ambicję, by okazać się najlepszym. Obietnice wygłaszane syczącym, cichym głosem prezentowały rozkoszne widoki, jakby wystarczyło wyciągnąć rękę, by zagarnąć przyrzeczone nagrody. Zapowiadał przed nimi trudy, ostrzegał, prócz korzyści mówiąc o kolejnych posługach, jakich zażąda. Niebezpiecznych, ale stawiając się w tym gronie, już zdecydowali. I nie było odwrotu.
Beznamiętnie przypatrywał się, jak Voldemort wdziera się do umysłu Morgotha i Mulcibera; doskonale znał to uczucie również z drugiej strony, więc podejrzewał, jaką przyjemność z zawładnięcia czyimś umysłem może czerpać Czarny Pan. Gdy nadeszła jego kolej również się ugiął, bez oporów dając mu dostęp do swoich myśli, pragnień, lecz... pulsujący ból skroni oraz rażący dyskomfort ustąpił zadziwiająco szybko, przeradzając się w błogi spokój. Uśmiech ukazał się na ustach Avery'ego, gdy w niemym szczęściu patrzył na swoją córeczkę, starszą, piękniejszą i zupełnie zdrową. Poczuł, jak oczy lekko mu zwilgotniały, gdy Julienne odezwała się do niego, chwyciła za rękę, przytuliła się do jego policzka zupełnie świadomie... I wizja się urwała, przerwana krótkim, zimnym dość, nim Samael zdążył się nią w pełni nasycić. Napełniło go to jednocześnie gorącą nadzieją - mógł to zrobić? - oraz zwierzęcym przerażeniem, strachem. Znał jego najskrytsze marzenia oraz lęki, z łatwością potrafiłby go zniszczyć, spopielić, sprawić, by popadł w obłęd, gorszy nawet od śmierci. Paktował z niebezpiecznym człowiekiem i... miał mu dać dowód swej wierności. Nieco otępiony wypowiadał słowa, by opleść złączone dłonie Ramseya i Czarnego Pana cieniutkimi językami ognia, wiążących ich już raz na zawsze. Jego czekało to samo: ujął białą, chłodną rękę mężczyzny, aby bez zawahania wyrecytować treść przysięgi.
-  Na krew moich przodków, na moje życie, na wszystko co mi drogie, zaklinam się, oddaje ci swoją duszę. Zrobię wszystko, czego zażądasz, a moją myślą nigdy nie wstrząśnie zwątpienie. Przybiorę nową twarz, jeśli będzie trzeba. - pewnie powtarzał zaklęte słowa, budujące między nimi sieć zaufania oraz ogromny dystans. Patrzył na swego dawnego szkolnego przyjaciela jak na swego pana, świadom, iż ta przepaść będzie się już tylko powiększać - Nigdy nie wykażę się słabością ani zawahaniem i stawię się na każde wezwanie. Wiem bowiem, że tylko tobie, książę Slytherinu, ostatni z rodu Gauntów, wężousty Czarny Panie, pragnę służyć. - zakończył z mocą. Nie mógł mieć wątpliwości stojąc przed nim, zwłaszcza, kiedy szczątkowe informacje układały się w pewną całość. Tom Riddle posiadał niezwykły dar, dar, jakim szczycił się sam Salazar, pochodził z rodu jego potomków... Książę Slytherinu, który otworzył Komnatę Tajemnic, szczując potwora na marną szlamę. Przed nim, przed taką potęgą, nie powinien się wstydzić pochylić głowy.






And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
http://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 http://www.morsmordre.net/t639-vespasien http://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 http://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 http://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#41807
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
20
30
0
0
0
39
4
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   28.11.16 20:29

I pojawił się wśród nich - ośmiorgu wybranych. Co powinien czuć - dumę, niepokój czy lęk? Im bliżej niego, tym niebezpieczniej, im bliżej niego, tym bliżej potęgi. Dlaczego było ich tutaj tak niewielu, czy pozostali okazali się niegodni? Czy go zawiedli? A może - uznali ten czyn za zbyt haniebny i zbyt ryzykowny? Może, Tristan nie żałował. Przekroczył granicę, przed którą nie dało się już wrócić. Kości zostały rzucone - dosłownie i w przenośni. Obserwował - wszystkich po kolei, Czarny Pan dopiero na samym końcu zwrócił się do niego. Jego wzrok - przerażający - jego głos - wymuszający uległość - i ból w skroni, znajomy ból znajomej legilimencji, kiedy Czarny Pan po raz kolejny wdarł się do jego umysłu. Żadne z nich nie miało przed nim tajemnic, wszyscy byli mu poddani i z każdym z nich mógł zrobić, co tylko chciał. Zabić - lub nagrodzić. Nie miał powodów, by nie wierzyć w obietnicę potęgi i nieśmiertelności, a wizja, która pojawiła się w jego głowie... Tak piękna - uśmiechnięta - eteryczna, tak bardzo przypominająca Darcy; była w jej wieku, kiedy odeszła. Chciałby wziąć ją w ramiona, poczuć jej zapach i porwać w taniec po srebrnym parkiecie rodzinnego dworu, chciałby - chciałby osłonić ją przed wszystkim tym, przed czym nie zdołał osłonić jej nikt inny. Chciałby mieć ją znów przy sobie - choć od jej spojrzenia wyrwało go chłodne, stanowcze dość czarnoksiężnika. Tylko część ceny - dopiero część? Więc miało ich spotkać coś gorszego od klątwy zamordowanego jednorożca? Niech się stanie - mógł oddać wszystko.
Mój panie, czy naprawdę mógłbyś ją uzdrowić? Nie wątpił, wielokrotnie na własne oczy widzieli jego potęgę, jego moc, nierówną z potęgą jakiegokolwiek znanego im czarodzieja. Nierówną z potęgą jakiegokolwiek żyjącego czarodzieja. Grindelwald - żarty - nie mógłby się z nim równać. Tristan był arystokratą, a arystokraci wbrew pozorom od dziecka uczeni byli również klękać - klękać przed tym, kto gotów był nieść koronę i w jego imię ruszyć do walki o świat znajdujący się na granicy zepsucia. Jeśli istniał ktokolwiek, kto mógłby być przywódcą - był to tylko on, ostatni z rodu Gauntów, którego krew płynęła zapewne w żyłach każdego z nich w choćby małej części - prawie każdego. Każdy element układanki miał tutaj sens, a on, nawet jeśli zagubiony, nawet jeśli ogarnięty zdroworozsądkowym lękiem, wiedział, że znajdował się dokładnie tam, gdzie powinien. Gdzie krew przodków chciałaby go w tym momencie widzieć. Gdzie przyniesie dumę - okrytej chwałą rodzinie.
Tutaj było jego miejsce. Tutaj było miejsce ich wszystkich. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie wyszedłby stąd żywy, gdyby uznał inaczej - ale ta myśl wcale nie napawała go wstrętem. To było konieczne. Nie mogli pozwolić sobie na zdradę, nie tutaj. Morgoth, Ramsey, Samael - wszyscy pozostali wierni - i Deirdre, przy której drgnął, kątem oka spoglądając na nią z obawą - zupełnie niepotrzebnie. Była zdeterminowana, silna i nieustępliwa, dokładnie taka, jakiej On jej potrzebował.
Bez słowa, nie unosząc spojrzenia, silnie zacisnął dłoń wokół nadgarstka Czarnego Pana, czując na własnej jego uścisk.
- Na krew moich przodków, na moje życie, na wszystko co mi drogie - Słowo po słowie, zupełnie jak wczoraj - zaklinam się, oddaje ci swoją duszę.  - Swoją duszę, samego siebie, wszystko, co mam, świadom każdego wypowiadanego słowa. - Zrobię wszystko, czego zażądasz, a moją myślą nigdy nie wstrząśnie zwątpienie. Przybiorę nową twarz, jeśli będzie trzeba. Nigdy nie wykażę się słabością ani zawahaniem i stawię się na każde wezwanie. - Zawsze. Już zawsze. - Wiem bowiem, że tylko tobie, książę Slytherinu, ostatni z rodu Gauntów, wężousty Czarny Panie, pragnę służyć. - Każde określenie jego wielkości było adekwatne.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
 

Laboratorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Stare laboratorium Hydry
» Opuszczone laboratorium
» Biuro koronera i laboratorium
» Laboratorium Beta
» Laboratorium [Podziemie]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Biała Wywerna :: Piwnica-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg Redoran- gra tekstowa fantasy

Morsmordre 2015-17