Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Pracownia twórcy perfum

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Pracownia twórcy perfum   26.07.16 18:04

First topic message reminder :

Pracownia twórcy perfum

Jest to prywatna pracownia Victorii Parkinson, gdzie ta ma możliwość tworzenia nowych perfum. Również w tym miejscu odbywają się wszystkie poszczególne etapy wytwórstwa flakoników, w których sprzedawane lub rozdawane będą te cudowne eliksiry. Osoby pracujące w Domu Mody mają tu dowolny wstęp, mogą tu wejść również osoby z zewnątrz, zaproszone przez samą Victorię. Samo pomieszczenie jest wystarczających rozmiarów. Po środku stoi duży stół, na którym stoją puste buteleczki, kilka kociołków, pod którymi pali się ogień. Za stołem stoi wielki regał z potrzebnymi ingrediencjami oraz roślinnością nadającą zapach, na przykład kwiatami. Oczywiście jest także gdzie usiąść, w pomieszczeniu jest także na tyle jasno, aby w razie potrzeby móc pracować w nocy.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   13.08.16 0:18

Patrząc na Victorię w jej roboczym stroju, uzmysłowił sobie groteskowość sytuacji. On, niemalże odświętnie ubrany, przyszedł odwiedzić swoją przyszłą narzeczoną wiedziony chęcią poznania jej w warunkach bardziej intymnych; ona, skromnie ubrana, upuściła fiolkę z jakimś eliksirem. Trzask tłuczonego odbił się echem w uszach, a Cassius niezauważalnie skrzywił się na widok plamy na podłodze otoczonej drobinami szkła.
Nic się nie stało — mruknął cicho, robiąc większy krok, jakby przekraczał jakąś niewidzialną barierę. Oficjalnie znalazł się w jej pracowni i poniekąd to ona była gospodarzem tego miejsca, lecz Cassius nie mógł pozwolić sobie na oddanie kontroli prawie że obcej osobie. Stanął niedaleko stołu i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza niedużą, nieco wyświechtaną książkę. Na skórzanej oprawie widniały jedynie zarysy liter tworzących tytuł dzieła oraz jego autora; na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by zawierała w sobie coś nielegalnego. Ot, najzwyklejszy w świecie stary egzemplarz.
Nie przejmuj się moją obecnością — odezwał się podobnie jak poprzednio, opierając się biodrem o brzeg stołu. — Nie chciałbym przeszkadzać ci w pracy — dodał, starając się nie przytłaczać młodziutkiej panny Parkinson nadmiarem wrażeń. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego niespodziewana wizyta wywarła już zbyt wiele emocji, czego przykładem była rozbita przed chwilą fiolka z eliksirem. Wolał nazywać je w ten sposób, bowiem słowo perfumy godziło w jego własne poczucie estetyki oraz szacunek do wyjątkowo trudnej sztuki alchemii. W ustach Cassiusa brzmiałoby to jak obelga, ale trzeba też zwrócić uwagę na to, iż duża różnica wieku między nim a Victorią powodowała dysonans, którego nie dało się uniknąć. Czekało ich jeszcze wiele poważnych rozmów. Zbyt wiele, jeśli miałby być ze sobą całkowicie szczery. Nie pasowało to do wizerunku, jaki wykreował przez lata praktyki ani odebranego, do bólu perfekcyjnego wychowania. Obawiał się utraty esencji własnej osobowości powstałej na skutek samotnego życia. Otaczanie się gronem lordów przy każdej możliwej okazji było jedną z masek, którą stosował na co dzień. Nie chciał być widywany w towarzystwie mieszańców ani szlam. Skrupulatnie przestrzegał etykiety, lecz teraz konfrontował się z wizją, gdy będzie musiał jej dotykać, bo tak trzeba, bo tak wypada. Dopowiadał w myślach najprzeróżniejsze wymówki, by przemóc się i zaliczyć Victorię do tych kobiet (prócz własnej matki, ciotki i bliskich mu kuzynek), które mogły złapać go za ramię, nie przyprawiając o palpitację serca. Wprawdzie do zaręczyn pozostawało jeszcze dużo czasu, jednak przez tydzień czasu zdążył już przywyknąć, że jego życie musiało ulec zmianom. To dla niej uśmiechnął się po raz pierwszy w naturalny sposób. Bycie Nottem co prawda nie pozwalało na obdarowywanie wszystkich serdecznym wyrazem twarzy, lecz zamierzał nauczyć Victorię esencji zamkniętej w jego szlachetnym nazwisku i, choć była Parkinsonem, wierzył, że przyjmie oferowane jej lekcje z pokorą. Nie będzie bawił się w półśrodki, ale teraz chciał jedynie bliżej poznać pasję przyszłej żony.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   13.08.16 1:17

W końcu, gdy poniekąd uprzątnęłam miejsce dookoła siebie, mogłam spokojnie spojrzeć na lorda Nott. Ubrany w garnitur, spinki do mankietów niemal mu błyszczały, miałam ochotę schować się ze wstydu, że musi oglądać mnie w tak prostym i skromnym strony, czego przecież przyszły narzeczony robić nie powinien. Skąd mogłam jednak wiedzieć, że przyjdzie? Nie dostałam żadnej sowy, znowu nikt mnie o niczym nie poinformował. Chociaż, gdyby mój ojciec wiedział, nigdy nie pozwoliłby mi stanąć na przeciwko niego w taki sposób. Nic jednak nie mogłam zrobić, nie pobiegnę się przecież przebrać, nie miałam zresztą tutaj nawet w co.
Gdy wszedł do środka, poczułam dziwną potrzebę jak najlepszego ugoszczenia go. Stanął blisko mnie, opierając się o stół. W dłoni trzymał starą księgę, a sam kazał mi nie przejmować się jego obecnością.
- Ależ lord mi nie przeszkadza - odpowiedziałam uprzejmie. - Ja właśnie skończyłam, tylko muszę jeszcze to przelać do nowej fiolki.
Tak więc jak prosił, starałam się nie przejąć jego obecnością. Obeszłam stół, biorąc nową fioleczkę, przelałam do niej resztę zawartości kociołka. Tak jak poprzednio uniosłam ją do góry, aby przyjrzeć się cieczy z bliska. Miała lekko brązowy, bardziej kawowy, jeśli można to tak nazwać, kolor, a sama ciecz była niemal klarowna. Maczając pióro w atramencie, chwyciłam za leżący obok pergamin i wykreślając pewną linijkę tekstu, zaczęłam zastępować ją inną. Na tym kończyła się moja dzisiejsza praca, póki co. Fiolka podpisana lądowała na stojaku, a kociołek został od razu wyczyszczony zaklęciem. Zbliżając się lekko w stronę lorda Notta starałam się trochę poprawić swój kok, w ostatniej chwili decydując się jednak na to, aby rozpuścić włosy.
- Może zechciał by lord usiąść? - zapytałam, wskazując mu na kanapę, stojącą w dalszej części pomieszczenia.
Przez okna wpadało już świeże, styczniowe powietrze, powoli wychładzając pomieszczenie i pozbawiając go mocnych zapachów roślinności czy owoców, chociaż były jeszcze wyczuwalne, to już nie tak mocno. Dało się tu normalnie oddychać. Zawsze starałam się otwierać okna, gdy ktoś przychodził. Zdawałam sobie sprawę z tego jak tu pachnie, ja byłam przyzwyczajona, ale innych zapach zdecydowanie mógłby razić.
Zwróciłam uwagę na księgę, którą trzymał w dłoniach. Niezwykle mnie ona zainteresowała, ciekawa byłam co w sobie skrywa. Nie odważyłam się jednak o nią zapytać, ostatnio gdy zadałam mu zbyt śmiałe pytanie, spowodowałam u niego rozbawienie i nie chciałam ponownie do tego doprowadzić.
- Chciałby się lord czegoś napić? Mam tylko kawę, ewentualnie mogłabym zaparzyć herbaty - zaproponowałam.
Nie miałam tutaj żadnego skrzata do pomocy, czy innego sługi. Było to moje miejsce pracy, chcąc się napić, niestety sama musiałam sobie z tym radzić. Oczywiście, mogłam wyjść i poprosić kogoś z zewnątrz albo udać się wręcz do restauracji, ale wiązało się to z przerwaniem pracy, a nie zawsze mogłam sobie na to pozwolić.
Czekając na jego odpowiedź, swój wzrok wbiłam w księgę, starając się z dalszej odległości odczytać tytuł książki i autora. Napisy niestety były już naruszone, przez co rozszyfrowanie słów stanowiło dla mnie pewnego rodzaju problem. Nie mogąc zrozumieć sensu tego, co próbowałam przeczytać, zerknęłam na mężczyznę lekko się uśmiechając.





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   22.08.16 11:31

Skinął lekko głową, wyrażając nieme przyzwolenie na jej odpowiedź. Nie wyobrażał sobie uzupełniać tej sytuacji o absolutnie niepotrzebne sformułowania. Przekroczenie progu pracowni Victorii zdawało się być chwilą odległą w czasie tak bardzo, iż obejmujące go przerażenie nie pozwalało mu racjonalnie spoglądać na rzeczywistość. Bał się. Strach wypełniał Cassiusa, karmiąc paranoję, bawiąc się jego największymi, a może i nawet najbardziej podstawowymi obawami. Mimo tego usilnie starał się nie myśleć o tym, co było powodem tego wszystkiego. Przed swoim największym wyzwaniem właśnie stał i doceniał jego piękno. Niestety nie umniejszało to w żaden sposób zrodzonego strachu. Lekcja otrzymana od ojca najwyraźniej wyryła się w świadomości bardzo skutecznie, ale też był jego idealnym synem i nie zamierzał sprzeciwiać się temu, czego został nauczony. Kobiety nie miały prawa głosu; stały, milczały. Były dekoracją świata mężczyzn tak długo, jak na to im pozwalali. Rodziły synów, córki. Czekały na spełnienie tego jednego obowiązku, skoro na nic innego nie posiadały zezwolenia. Nie chciał zmieniać ustalonego porządku i tradycji, w której został wychowany. To było jego dziedzictwo. Spuścizna przodków niemożliwa do zniszczenia, a jednak po tej samej ziemi stąpali ci, którzy próbowali ją zniszczyć. Brzydziła go myśl, że mógłby z nimi obcować, lecz jeszcze większy wstręt wzbudzała w nim świadomość, iż najczystsza, najszlachetniejsza krew Wielkiej Brytanii również maczała w tym palce. Znał nazwiska, których nie mógł wyjawić. Nieśli ze sobą niebezpieczeństwo; zagrażali Victorii, a Cassius od zapoznawczego spotkania zobowiązywał się zapewnić jej bezpieczeństwo na miarę własnych możliwości. Nie mógł jednak tego zrobić, dopóki nie zostaną związani odwieczną tradycją małżeństwa. Ba, już samo narzeczeństwo gwarantowało jej więcej ochrony, lecz zdawał sobie sprawę, że pierścionek zaręczynowy zostanie mu przekazany w odpowiednim momencie. Poznali się zaledwie tydzień temu. Coś takiego nie mogło nastąpić od razu. Uczył się o tym od dziecka. Znał porządek rzeczy i nie chciał tego przyspieszać. Dzięki temu był bezpieczny sam ze sobą jeszcze przez jakiś czas. Wprawdzie niezbyt długi, ale miał go wystarczająco, by przyzwyczaić się do nowej, jeszcze świeżej sytuacji.
Poruszył lekko barkami, zerkając na Victorię. Zadała pytanie, czy raczej złożyła prośbę, której nie mógł spełnić. I tak znajdował się zbyt blisko niej. Zdecydowanie zbyt blisko.
Nie dziękuję — odparł, otwierając książkę. Ten nieszczególnie nowy egzemplarz pochodził z jego biblioteki w Ashfield. Był naprawdę zaskoczony, że coś takiego znajdowało się w rodzinnej posiadłości, ale okazało się być całkiem użyteczne w związku z profesją jego przyszłej żony. Nie należała może do najbardziej interesujących lektur, z jakimi zmierzył się w swoim życiu, choć kładła niewielki cień na szlachetną sztukę eliksirów.
Poderwał głowę do góry, składając ze sobą stare stronice księgi w cichym trzaśnięciu, i ujrzał na jej twarzy lekki uśmiech. Nie miał całkowitej pewności, o co dokładnie zapytała. Nie był nawet wystarczająco pewien, czy chciała to powiedzieć, czy dała się ponieść emocjom, skoro obdarzała go uśmiechem. Nie powinna, stwierdzenie to przebiło się przez myśli, besztając za arogancję, której sam dokonał: zaprzeczył ruchem głowy.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   23.08.16 20:45

Nie potrafiłam do końca zrozumieć, dlaczego lord Nott obdarza mnie taką ciszą. Czułam, że zachowuje ode mnie dystans, nie chcąc, bądź nie mogąc, odpowiedzieć na moje pytania. Lekkie skinienia głowy, krótka, negatywna odpowiedź na moją prośbę sprawiała, że czułam się niezwykle niepewnie. Raz otrzymywałam w darze uśmiech, raz nieprzyjemne milczenie i nie miałam pojęcia, czy jego zachowanie jest spowodowane moim zachowaniem, czy czymś innym. Nie wiedziałam na czym stoję, jak mam go traktować, jak mam się do niego odzywać i jak mam się odnosić do tego, jak on odnosi się do mnie. Czy powinnam próbować nawiązać z nim rozmowę? Czy może stać obok i milczeć, czekając aż sam zdecyduje, że zechce ze mną porozmawiać.
Czułam, że zostaliśmy wychowani w zupełnie dwóch różnych szkołach. Mimo że rodzice nie poświęcali mi zbyt dużo czasu, a ojciec zadbał o to, abym znała swoje miejsce jako kobieta, to mój brat również zadbał o to, abym nie bała się odzywać. Byłam Parkinsonem, powinnam dobrze się wysławiać, umieć wypowiedzieć się na różne tematy, nie bać się ich wygłaszać. I chociaż w domu uczyli mnie jak to powinno brzmieć, to mój brat pokazał mi, jak powinno wyglądać to naturalnie. Aaron uwielbiał naturalność. Lord Nott natomiast był cichy, opanowany, nie było po nim widać emocji. Prawie się nie odzywał, a ja jeśli nie miałam pola, aby zahaczyć i móc poprowadzić rozmowę dalej - stawałam w miejscu, nie wiedząc co mam zrobić dalej. Brakowało mi… doświadczenia?
Skoro lord nie zechciał usiąść, to ja również nie odważyłam się podejść do siedzenia. Stałam więc obok, co jakiś czas zerkając na mężczyznę. Był dla mnie wielką zagadką, niewiadomą, a ja im dłużej z nim przebywałam, tym bardziej chciałam dowiedzieć się, co w sobie skrywa. A dotrzeć do niego, było niezwykle trudno i chociaż próbowałam, napotykałam na ścianę.
Nie wiedziałam czy zwrócił uwagę na to, że wpatrywałam się w tę księgę, jednak na mój uśmiech, jedynie pokręcił głową. Może jednak zdał sobie sprawę z tego o co mi chodziło? Czy tym delikatny gestem dawał mi znać, że nie powinno mnie to interesować? Sama nie wiedziałam. Cassius był tak niestereotypowy, że odszyfrowanie typowych gestów w jego przypadku było dla mnie niezwykle trudne. Przez myśl mi przeszło ile lat mi zajmie, nim uda mi się go poznać. I czy kiedykolwiek pozwoli, abym go poznała. Bo bez jego zgody byłam bezsilna.
- Co cię do mnie sprowadza, lordzie - mój lordzie przemknęło mi przez myśl, gdy starałam się nadać tonowi mojego głosu bardziej pewniejszy wyraz.
Trochę bałam się przy nim wypowiadać. Był tym typem człowieka, który mnie onieśmielał, wobec którego chciałam zachowywać się jak najbardziej profesjonalnie, przez co blokował mnie strach, że mogłabym zrobić coś złego, robiąc z siebie błazna. A tego zdecydowanie nie potrzebowałam. Przecież cały czas powtarzałam, że chciałam pokazać się jak z najlepszej strony. Szykowała się między nami wspólna przyszłość, czy tego chcieliśmy czy nie.
Nie patrzyłam już na tę księgę. Starałam się nią nie interesować, tak zinterpretowałam jego gest i dostosowałam się nie chcąc, aby był mną zawiedziony. Nie powinien być nigdy, nawet w najbardziej błahej sytuacji.





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   24.08.16 17:19

Stojąc, opierając się biodrem o brzeg stołu – stanowiska pracy Victorii – zastanawiał się nad sensem przedstawienia, w którym to im przypadło odgrywanie głównych ról. Dwoje ludzi złączonych politycznymi koneksjami małżeńskiego węzła było dla siebie nikim więcej niż dalekimi kuzynami, których nie przedstawiono sobie w odpowiednim momencie. Brakujący element, dlaczego tak się stało, był wyjątkowo oczywisty w zaistniałej sytuacji, lecz nie dawał mu spokoju. Głowił się, dlaczego ta partia została rozegrana w taki sposób... przecież istniał szereg innych, dużo mniej skomplikowanych możliwości, które tak czy owak doprowadziłyby do tego samego. Wszystko, bez względu na obrany kierunek, skończyłoby się małżeństwem.
Poruszył nieznacznie barkami, imitując niewerbalne westchnienie, chcąc odciąć przed samym sobą temat, na który nie chciał rozmawiać. Podjął decyzję o odwiedzinach Victorii z konkretnego powodu i nie powinien, nawet nie chciał zaprzątać sobie głowy problemami najbliższej przyszłości. Pragnął wiedzieć, czym zajmowała się jego przyszła żona, najważniejsza osoba w przyszłości. Nie wierzył w miłość i romanse, o których pisano w tylu książkach. Życie arystokraty prezentowało się jasno i klarownie od dnia narodzin. Nie było miejsca na sprzeciw ani stawianie własnych wymagań. Nie istniał choćby cień wątpliwości, że zaprowadzi odpowiedni porządek, gdy tylko przyjdzie nań odpowiednia pora. Wolał jednak mieć mglistą świadomość życia, jakie dotychczas prowadziła Victoria. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z jej młodego wieku oraz braku odpowiedniego doświadczenia na salonach, jednakże nie mógł odmówić uroku damie, która wkładała tyle wysiłku w swoje starania. W jego oczach wyglądało to bardzo dziwnie: widział ich wspólną przyszłość w niezwykle jasnych barwach mimo otaczającej zewsząd szarości. Poczynił pierwsze kroki; przybył do Domu Mody wiedziony plotkami zasłyszanymi na salonach w ostatnim czasie. Nie uwierzyłby w ani jedno słowo usłyszane pośród arystokracji, póki nie sprawdziłby mrzonek na własnej skórze. Wprawdzie wiele ryzykował i wielokrotnie musiał uciszać wewnętrzne obawy, iż robił bardzo, bardzo źle, jednak zdołał pokonać strach, o czym świadczyła jego obecność w miejscu, gdzie nie każdy miał wstęp. Z resztą nikt nie potrafiłby go zatrzymać. Plotki oraz ciche podszepty zaszły już za daleko, by je zatrzymać, choć rozmowa między nimi nawet się jeszcze nie zaczęła. Nie było czasu na stosowanie półśrodków. Znalazł się tutaj tylko celem potwierdzenia prawdziwości pewnych słów. Teraz już wiedział, lecz nie wypadało wychodzić, gdy coś nie zostało zakończone.
Chciałem... byłem ciekaw... — wymamrotał, usilnie szukając słów właściwych do sytuacji. Przez chwilę był niczym bezbronne dziecko, które nie potrafiło znaleźć pomocy, choć nadal prezentował się dokładnie tak, jak przystało na prawdziwego lorda. — Opowiedz mi o swojej pracy, Victorio — stwierdził ostatecznie, rzucając jej krótkie, nieco leniwe spojrzenie, które zaraz powędrowało w stronę kociołka ustawionego na stole.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   24.08.16 18:34

Obserwowałam go uważnie. Chociaż po jego twarzy nie było tego widać, to jego pierwsze wymamrotane słowa, wskazywały na to, jakby nie bardzo wiedział jak powiedzieć mi, co go do mnie sprowadza. Pozwoliłam mu jednak zastanowić się i posłusznie czekałam na odpowiedź. Poniekąd wiedziałam, czemu się tu pojawił. Mój ojciec nie zdradził mu na naszym ostatnim spotkaniu czym się zajmuje, a moja praca, była sprawą dosyć świeżą. Dopiero niedawno, za sprawą Czarownicy, moja pasja ujrzała światło dzienne, a o moim zawodzie dowiedzieli się inni czarodzieje, nie tylko najbliżsi przyjaciele i rodzina. Może chciał sprawdzić, czy to co mówiono, to prawda? Że młoda Parkinsonówna siedzi godzinami z nosem w kociołku, a to co tworzy śmie nazywać perfumami? Śmiałam je tak nazwać, bo nimi są i nikt się o tym nie przekona, jeśli nie sprawdzi tego na własnej skórze.
W odpowiedzi na moje pytanie, poprosił, czy też nakazał, jak kto woli, abym opowiedziała mu o swojej pracy. Delikatny błysk pojawił mi się w oczach, ponieważ każdy wie, że mówienie o swojej pasji, dla każdego człowieka, jest cudownym doświadczeniem. Możliwość podzielenia się swoimi zainteresowaniami, w dodatku z osobą, z którą miało się spędzić resztę swojego życia, to wspaniałe uczucie. Byle by jeszcze druga osoba była w stanie to zaakceptować i zrozumieć, a tego nie mogłam być pewna.
Podążyłam spojrzeniem za wzrokiem lorda Notta i tak jak on, utkwiłam je w kociołku, który stał obok nas. Przez chwilę zastanowiłam się, jak rozpocząć swoją wypowiedź. Doszłam do wniosku, że czy tego chce czy nie, sytuacja wymaga, aby nakreślić pewnego rodzaju wstęp. Od tego więc chciałam zacząć.
- Pozwoli lord, że zacznę od początku - nie było to pytanie, a stwierdzenie, więc po chwili ciszy, przeszłam do opowiadania. - Zajmuję się tworzeniem perfum, magicznych perfum. Wszystko zaczęło się od mojej pasji do eliksirów, nie lubiłam podążać ustalonymi recepturami, zawsze coś przekręciłam, dodałam od siebie, zrobiłam inaczej. Kierowałam się intuicją i, ku wielkiemu zdziwieniu profesora Slughorna, zawsze, czy też prawie zawsze, mój eliksir wychodził bardzo dobrze.
Od razu wspomniałam od profesorze, który niemal na każdej lekcji bał się, że wysadzę mu pół sali, przepalę kociołek, wszystkich potruję, a potem, chyba do czwartej klasy (póki tego zjawiska nie zaakceptował), z wielkim zdziwieniem wystawiał mi oceny powyżej oczekiwań, ponieważ nie było niczego, do czego mógłby się przyczepić.
- Jeszcze w Hogwarcie zaczęłam eksperymentować, dodając do eliksirów esencji roślinnych, czy to z kwiatów lub owoców. Stworzyłam własną bazę, do której dodaje te esencje, a później, dodając odpowiednie składniki, mogę nadawać im specjalne właściwości - tutaj machnęłam różdżką, przyciągając do siebie mały, turkusowy flakonik. - Pachnie cytrusami, lekką miętą, bardzo orzeźwiające, dodatkowo chłodzi skórę. Idealne na lato, może lord spróbować, jeśli sobie tego pan życzy.
Miałam pełno takich flakoników, perfumy ocieplające, ochładzające, barwiące, zmieniające zapach w zależności od temperatury ciała lub nastroju i wiele, wiele więcej. Zrobiłam krótką przerwę w swojej opowieści, starając się objąć wzrokiem wszystkie półki i regały, na których coś stało. Nie wszystko było warte pokazania.
- Pracować w Domu Mody zaczęłam dosyć niedawno, na początku moje perfumy używane były podczas pokazów, czasem dodawane jako prezent do zamawianych kreacji. Od niedawna stoją w perfumerii i można je zakupić - a ja byłam z tego tak strasznie dumna. - Oprócz tego, ukończyłam również kurs alchemiczny w Ministerstwie Magii, więc jestem również wykwalifikowaną alchemiczką.
Nie wiedziałam, czy moja opowieść nie była zbyt długa, ale chciałam dokładnie mu wszystko opowiedzieć, aby w przyszłości nie było żadnych niedomówień. Im szybciej dowie się czym się zajmuje i jeśli od razu będzie wiedział jak duża jest to dla mnie pasja, to miałam nadzieję, że nie będzie miał problemów z akceptacją i pozwoli mi się dalej rozwijać.





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Cassius P. Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t2650-cassius-prince-nott http://www.morsmordre.net/t2726-ksiaze#43660 http://www.morsmordre.net/t2725-jegomosc-pijane-szalenstwo#43606 http://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor http://www.morsmordre.net/t2859-cassius-prince-nott
Urzędnik Ministerstwa Magii
28
Szlachetna
Kawaler
I am the tall dark stranger
those warnings prepared you for
5
10
4
0
0
15
4
4
Czarodziej
?

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   25.08.16 18:53

Obawiał się, że niezbyt dobrze sprecyzował to, co pragnął usłyszeć. Nie chciał zostać uraczony barwną historią dotyczącą zrodzenia jej pociągu w stronę eliksirów, tak jak nie zamierzał bawić jej historiami o swoich pierwszych krokach na salonie. Plotkarze udzielali nazbyt to precyzyjnych informacji na ten temat, toteż i nie musiał dodawać nic od siebie. Victoria uwierzy w to, co będzie chciała, a jemu – póki co – nic do tego. Z resztą nie taki postawił przed sobą zamiar, gdy podjął decyzję o przyjściu tutaj. Już samą wizytą składał wystarczająco duże zobowiązanie rodu Nottów względem niej. Absolutnie pomijał polityczne układy zawarte między nestorami. Nie zamierzał wnikać w ścisłe detale małżeństwa. Nowy rodowy sygnet czekał na niego, jednak nie wniesie dużej zmiany w jego życie. Nosił już jeden, ten oznaczający przynależność Cassiusa do arystokratycznej rodziny, a kolejny będzie zaledwie dodatkiem uściślającym jego stan. Nie widział żadnej różnicy między nimi, skoro przez całe życie miał możliwość oglądać sygnety innych. Złożona, w zamierzeniu bardzo krótka, wizyta miała swój unikalny cel absolutnie niezwiązany z zaaranżowanym małżeństwem. Lord, któremu było co raz bliżej do starokawalerstwa, poznawał swą przyszłą żonę na własny, wyjątkowy sposób. Rozmawiał z nią, bowiem jedynie na tyle zdołał się odważyć. Strach przed zbliżeniem, nawet jeśli nie obowiązywały ich jeszcze zasady umowy narzeczeńskiej, był zbyt wielki, by potrafił choćby spojrzeć na Victorię przez dłuższą chwilę; nie mówiąc o dotknięciu jej w ogóle. Unikał wszystkiego, co mogłoby wnieść jeszcze więcej zobowiązania, jednak nie mówił głośno o tym, iż od pewnego czasu był w stanie znieść myśl o kobiecie zajmującej najważniejsze miejsce w jego życiu. Jednocześnie okłamywał samego siebie, bowiem wstręt do nich zaszczepiła mu siostra oraz ojcowska lekcja, kiedy dał się oszukać i zwieść na ścieżki Sherwood. Nie powinien słuchać jej, lecz uczynił to, a teraz ponosił konsekwencje. Z jednej strony zapewniało to nieskazitelnie czysty przebieg ich przyszłego narzeczeństwa, choć z drugiej zwiastowało szereg problemów. Nie był pewien, czy potrafiłby zbliżyć się do niej na tyle, aby spełnić rodowe obowiązki. Sprawianie krzywdy innym było dla niego swego rodzaju perwersyjną przyjemnością, a przecież Victoria dopiero stawiała swoje pierwsze kroki w prawdziwym świecie dorosłych. Uczyła się sama, choć miała doskonałe guwernantki; nie wątpił to. Jednakże to on stał się jej nauczycielem. On będzie prowadził ją labiryntem salonowej konspiracji, pilnował jej prężnego kroku pośród innych dam, zapewniał wszystko, co jego dama mieć powinna, a tymczasem – w tym samym momencie – zdobywał informacje, uczył się jej, Victorii, jak on sam winien postępować względem niej. Dlatego też nie zareagował w żaden sposób, kiedy podjęła się wdrożenia go w historię życiowej pasji do eliksirów, do wytwarzania perfum. Zastygł niczym marmurowa rzeźba, nie dając oznak życia przez dłuższą chwilę. Nie mrugał, czując łzy w kącikach oczu, którym nie pozwolił popłynąć. Nie reagował, uważnie wyłapując każde słowo, by przeanalizować je w otchłani własnych myśli i spostrzeżeń. Nieznacznie poruszył się dopiero, gdy przywołała flakonik z jakimś pachnidłem. Przez sekundę miał ochotę ulec jej zachęcie i wypróbować ochładzającą perfumę, jednak to wiązałoby się ze zdjęciem eleganckich rękawiczek, za których pomocą ukrywał nieszczególnie dobry stan skóry i paznokci. Nie chciał dawać Victorii pretekstu do wymuszonej troski. Zdawał sobie sprawę z tego, jak źle prezentował się w ciągu ostatnich dni, lecz nie umniejszało to jego wyniosłemu stylu życia. Stawiał kolejne, dobrze odmierzone kroki, brnąc do ustalonego wcześniej celu i zdołał uzyskać satysfakcjonującą go odpowiedź. Ba, myśl, że panna Parkinson ukończyła ministerialny kurs wywołała w nim dziwną ekscytację. Nie rozumiał jej źródła, ale poczuł się mile połechtany, że zadała sobie trud sprostania wymogom bycia prawdziwym alchemikiem. Mógł zatem wysnuć wniosek, iż nadzieja na zwrócenie się ku szlachetnej sztuce warzenia eliksirów jeszcze nie umarła. Widział cień szansy, by wspólnie z nią pochylić się nad kociołkiem w pradawnym rytuale. Niestety jeszcze nie nadeszła stosowna chwila. Czas umykał przez palce. Poświęcił go nieco więcej, niż chciał, jednak zdobył potrzebne mu informacje. Mógł działać dalej.
Wyrywając się z pozy chłodnego posągu, skinął delikatnie głową, niemo dziękując Victorii za poświęcony mu czas. Wsunął starą książkę do kieszeni płaszcza, niemal żałując, że nie skorzystał z okazji do wyrecytowania kilku elementarnych ustępów tekstu. Na to również znajdzie się okazja. Teraz jednak musiał odejść, zająć się swoimi sprawami.
Muszę przyznać, że twoja historia jest... niezwykła — stwierdził powoli cichym głosem — na swój unikalny sposób. Zaspokoiłaś moją ciekawość, panno Parkinson.Póki co, dodał w myślach, posyłając jej delikatne uniesie kącików ust ku górze wraz ze spokojnym spojrzeniem. Wyprostował się, poprawiając rękawiczki, dając sobie krótką chwilę na przyodzianie arystokratycznej maski chłodnego lorda w taki sposób, by i ona mogła dostrzec tę subtelną zmianę, po czym jął kontynuować — Muszę jednak stwierdzić, że zabawiłem u ciebie zbyt długo, Victorio. Pora na mnie. Czy zechcesz uczynić mi zaszczyt i odprowadzisz mnie do kominka? — Spytał, uważnie obserwując młodą damę, niemal nieśmiałym gestem dłoni nakazując jej spełnienie prośby. Na tyle mógł jeszcze sobie pozwolić. Wiedział, że nie uczyniłaby nietaktu pośród innych, jednak jeszcze przez te kilka minut chciał mieć możliwość przyjrzenia się jej krokom. Z pewnością poruszała się we właściwy sposób, wszak odebrała stosowne wychowanie, lecz nie mógł mieć co do tego całkowitej pewności.




We're not cynics, we just don't believe a word you say
We're not critics, we just hate it all anyway
Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   25.08.16 19:50

Skończyłam swoją opowieść, może trochę zbyt długą, jednak chciałam podzielić się ze swoim przyszłym narzeczonym wszystkimi szczegółami dotyczącymi mojej pasji i mojej pracy. Czy było w tym coś złego? Mam nadzieję, że nie. I miałam wielką nadzieję, że i lord Nott nie odebrał tego źle. Moja pasja oraz to czym się zajmowałam, było dla mnie niezwykle ważne. Była to część mojego życia, która towarzyszyła mi przecież niemal od początku. Siedziałam w tym po uszy i nie wyobrażałam sobie dnia, bez spędzenia go w swojej pracowni. Chociaż nie miałam jej zbyt długo, to już zdążyłam zacząć taktować jako swoją własność.
A więc przyprowadziła go do mnie ciekawość. Czyżby chciał mnie lepiej poznać? Może chciał się dowiedzieć czym się zajmuje? A może sprowadziło go do mnie coś innego? Liczyłam, że owa księga była pewnego rodzaju impulsem, może chciał mi z niej coś pokazać, może mi ją dać? Jednak schował ją ponownie do kieszeni, zniknęła z moich oczu, a moja ciekawość nie dostała zaspokojona. Nie dzisiaj.
Lekko uniosłam wargi ku górze, gdy dostrzegłam u niego zmianę na twarzy. Miałam nadzieję, że będziemy mogli jeszcze porozmawiać. Na naszym pierwszym spotkaniu, ponad połowę czasu spędziliśmy na milczeniu. Powinniśmy nauczyć się ze sobą obcować, rozmawiać ze sobą, jednak lord nie miał chyba na to chęci. Zaraz delikatny uśmiech zniknął z jego twarzy, przybrał inny wyraz, na tyle wyraźnie, że byłam wstanie to dostrzec. Również więc powróciłam do swojej naturalnej postaci.
Martwił mnie fakt, że lord jest do mnie tak bardzo zdystansowany. Może potrzebował więcej czasu? A może mu nie odpowiadałam, a wszystkie gesty jakimi mnie obdarzał były sztuczne, wymuszone, fałszywe? Chociaż ten uśmiech, którego mogłam raz zobaczyć. Wyglądał tak naturalnie, tak przyjemnie, nie chciałam wierzyć, że i on mógłby być wymuszony. Co się więc działo? Gdy inne panny poznawały swoich narzeczonych, to ci z nimi rozmawiali, pozwalali sobie na miłe gesty, które oczywiście nie wychodziły za wyznaczone ramy dobrego zachowania. A tutaj? Nic, zero.
Nawet nie mogłam liczyć na dłuższą rozmowę. Po chwili lord stwierdził, że był u mnie zbyt długo. Długo? Może jego wizyta trwała z dziesięć minut? Może troszkę więcej. Zacisnęłam lekko usta, a na jego prośbę, kiwnęłam głową.
- Oczywiście, lordzie. Z miłą chęcią - odpowiedziałam.
Nim jednak ruszyłam w stronę drzwi zapięłam guziki koszuli pod samą szyję, te dwa, które nadal miałam rozpięte. Nie mogłam pozwolić, aby ktoś zobaczył u mnie coś takiego. W obecności swojego lorda musiałam jeszcze bardziej się pilnować i dbać o to, w jaki sposób się prezentuję, jeszcze bardziej, niż zazwyczaj. Poczekałam więc, aż otworzy przede mną drzwi, następnie wspólnie opuściliśmy pomieszczenie. Szłam obok niego, z wysoko uniesioną głową. Gdyby nie krążyły plotki, że wkrótce zostaniemy zaręczeni, absolutnie nie byłoby widać, że w ogóle jesteśmy wspólnie. Do momentu, do którego nie stanęliśmy obok najbliższego kominka.
- Ciesze się, że złożył mi lord wizytę. Było mi niezwykle miło - powiedziałam jeszcze w ramach pożegnania.
Obserwowałam jak znika w zielonych płomieniach. Gdy już go nie było, całe napięcie w końcu ze mnie zeszło, a ja wróciłam do swojej pracowni. Nie mogłam się już jednak dzisiaj skupić na pracy, myślami cały czas krążąc obok tej wizyty.

zt oboje





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   17.09.16 14:34

20 luty '56

Chociaż jeszcze była zima, to w Domu Mody Parkinson w najlepsze trwały przygotowania do wypuszczenia wiosennej kolekcji ubrań, a w szczelnie zamkniętych gablotkach można było znaleźć szkice już na letnią kolekcję! Praca w Domu Mody, to było niemal jak przewidywanie modowej przyszłości i przygotowywanie trendów na kilka-kilkanaście miesięcy na przód.
Pracowałam tu od niedawna dlatego wcześniej nie miałam okazji zaobserwować, jak taka praca wygląda od środka. Wiedziałam, że wszyscy są zajęci i zapracowani, ale że biegają po korytarzach z tonami materiałów lewitujących przed nimi, czy sowy wysyłane są z częstotliwością pięćdziesięciu na minutę - to nie zdawałam sobie sprawy. Na początku był to dla mnie nie mały szok, jednak po chwili sama wpadłam w ten rytm. I teraz to ja biegałam ze swojej pracowni, do miejsca, gdzie moje perfumy były tworzone na masową skalę, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy seria ma odpowiedni zapach i właściwości oraz czy nikt niczego nie zepsuł. A kiedy okazywało się, że jest wszystko dobrze, równie szybko wracałam do siebie, aby przygotować kolejną porcję esencji na kolejną serię zapachów.
Seria różana została już zakończona, przygotowane perfumy wraz z nowymi flakonikami czekały już na wprowadzenie. Miałam jednak ambitne plany i chciałam w tym sezonie wprowadzić aż dwa nowe zapachy, jednak był taki problem, że nowa kolekcja miała wejść za dwa tygodnie, a ja byłam w jednej, wielkiej… kropce.
Cały czas stałam na etapie tworzenia zapachu, a gdzie jej magiczne właściwości, z których byłam znana? No właśnie, również w powijakach. I jak tu miałam pracować, gdy nic nie było skończone? No prawie skończone.
Dzisiejszego dnia miałam w planach w końcu ułożyć kompozycję zapachową, aby w końcu móc pójść dalej, byłam jednak perfekcjonistką jeśli chodziło o moje dzieła i musiało mi coś naprawdę odpowiadać, abym puściła to dalej. Jednak moje dzieło było niemal gotowe, składało się z esencji owocowych, gruszka, malina czy cytrysów, jednak czegoś mi brakowało. Zapach był płytki, nie przechodził w nic szczególnego, a czegoś takiego nie mogłam wypuścić.
Zrobiłam sobie trzy osobne próbki i zaczęłam szukać po pracowni czegoś, co mogłoby pasować do tych owoców. Jakże to okropne uczucie, gdy opuści cię wena, a ty chodzisz po pracowni w kółko, przeszukujesz swoje zbiory i absolutnie nic ci nie odpowiada. W końcu jednak coś wybrałam; konwalie, różę i wanilię.
Do pierwszej probówki ze swoją kwiatową mieszanką dodałam konwalii, dodało to pewnego rodzaju łagodności, jednak efekt nadal był ten sam. Zapach był płaski, jedynie przestał być tak mocny. Im więcej dodawałam esencji z kwiatów konwalii, tym zapach, w raz z upływem czasu, stawał się coraz bardziej słodszy.
Do drugiej probówki poszła esencja różana, ale efekt był dokładnie ten sam. Tak bardzo mnie to zdenerwowało, że niemal miałam ochotę rzucić tym o ścianę. Oczywiście zapach był ładny, nie dodawał łagodności, a bardziej słodycz, ta słodycz jednak zbytnio mi nie odpowiadała.
Do trzeciej probówki… rozległo się pukanie, a do pomieszczenia wszedł mężczyzna, pracujący przy wytwarzaniu kolejnych serii perfum, które już miały stanąć na półkach. Spojrzałam na niego zdenerwowana, bo jakże śmiał mi przeszkadzać?
- Lady, potrzebujemy kolejną porcję z efektem - stwierdził. - Jeden z naszych się potknął i wylał całą zawartość na podłogę. Teraz nam się cała posadzka świeci złotymi drobinkami, co mamy z tym zrobić?
Przez chwilę myślałam, że wyjdę z siebie i zanim mu odpowiedziałam, musiałam się uspokoić. Po pierwsze, to złość piękności szkodzi, a ja niedługo miałam się zaręczyć, a po drugie nie chciałam wyjść na pannę, która wyżywa się na swoich pracownikach.
- Jak to co macie zrobić? Samo zniknie, musicie poczekać. Owego pana natomiast proszę zgłosić, niech mu odciągną z pensji, nauczy się uważać - westchnęłam cicho, wyciągając z szuflady fiolkę. - To ma wam starczyć, więcej na razie nie mam i nie mam czasu teraz, aby dorobić.
Mężczyzna ukłonił mi się nisko i zniknął z pomieszczenia szybciej niż wszedł, co odnotowałam z ulgą.
Więc. Do trzeciej probówki dodałam ekstrakt z wanilii. I tu nie wiedziałam co mam o tym sądzić.
Zaczęłam znowu krążyć, usilnie zastanawiając się co tu teraz zrobić. Wszystkie te zapachy do siebie pasowały, każdemu z osobna jednak czegoś brakowało. A może, gdyby tak złączyć je ze sobą? Długo się nad tym zastanawiałam, raz po raz podchodziłam do fiolek, aby je powąchać. To znowu podchodziłam do okna, aby się przewietrzyć. Potrzebowałam świeżego powietrza, bowiem z każdą chwilą mój nos coraz bardziej się męczył, a rozpoznawanie nut zapachowych stało się niezwykle trudne.
W końcu zaryzykowałam zrobiłam jeszcze jedną, owocową porcję, do każdej z nich dodając odrobinę z esencji z konwalii, róży i ekstrakt z wanilii. Regulując poziom stężenia każdego z dodawanych zapachów, mogłam regulować ich natężenie, powodowaną słodycz. Zrobiłam z dziesięć… nie, z dwadzieścia, a może i więcej prób. Był już późny wieczór, gdy w końcu osiągnęłam sukces.
Stworzony przeze mnie zapach otwierał się owocową mieszanką, idealną dla musujących, pełnych energii osobowości, by przejść w kobiecy bukiet kwiatów, a zakończyć swój pokaz delikatną nutą słodyczy, romantyczną i zmysłową.
Trzymając w ręce fiolkę niemal wybiegłam ze swojego gabinetu, szukając jednej z moich cioć, które odpowiedzialne były za produkcję zapachów. Gdy tylko wpadłam do sali produkcyjnej i ujrzałam przechadzającą się ciocię pomiędzy stolikami alchemicznymi, niemal zaczęłam krzyczeć.
- Mam! Mam - rzekłam radośnie, podchodząc do niej szybko. - Proszę powąchaj, ciociu.
Lady Parkinson wzięła ode mnie naczynie, zamieszała płynem, przyjrzała się jego konsystencji, sprawdziła przejrzystość, kolor. Moja ciocia była perfekcjonistką i chociaż sam zapach zależał ode mnie, to nie wypuściła by czegoś, co jest, według niej, brzydkie. W końcu przystawiła nos do otworu, a ja patrzyłam na to z wielką ekscytacją i zniecierpliwieniem. Tak bardzo zależało mi na dobrej opinii tej kobiety, bo to od niej zależało, czy trafi na półki naszej perfumerii. Tak bardzo się nad tym napracowałam, zrealizowałam swój dzisiejszy plan i chyba załamałabym się, gdyby wszystko poszło na straty.
- Efekt już masz? - zapytała się mnie po dłuższej chwili.
- To najmniejszy problem - odpowiedziałam ze szczerością.
- A flakonik? - dopytywała.
- Szkice są, wystarczy go stworzyć.
Ciocia pokiwała kilkakrotnie głową, jeszcze raz wzięła głęboki wdech, a następnie odwróciła się w stronę hali, przystawiła różdżkę do gardła, jakby chciała coś ogłosić.
- Proszę państwa, przyśpieszamy produkcję. Musimy zdążyć z zapełnieniem półek jeszcze jednym perfumem!
Niemal podskoczyłam z radości, gdy byłam już za drzwiami hali produkcyjnej. Dzisiejszego wieczoru mogłam już wrócić do domu, jednak od jutra musiałam wrócić do pracy i skupić się na kolejnych etapach. Trzeba było przygotować efekt, czyli magiczną właściwość, jaką będzie posiadał zapach oraz dalej pracować nad flakonikiem. Jedno i drugie musiało zostać skończone jak najszybciej, chciałam przecież, aby moje dzieło pojawiło się jeszcze w tym sezonie, a nie za rok. To byłaby dla mnie prawdziwa porażka, więc nie miałam zamiaru do tego dopuścić.
Zabierając swoje rzeczy i szykując się do powrotu do domu, spakowałam także swoje notatki dotyczące efektu oraz flakonika. Jeszcze dzisiaj przed snem chciałam nad tym popracować, aby jutrzejszego dnia nie tracić czasu. Musiałam z samego rana zabrać się do pracy, by ze wszystkim zdążyć. Ciocia pokładała we mnie duże nadzieje, a ja nie chciałam zawieść Domu Mody oraz naszych klientów.
Po powrocie do domu, przy kominku przywitała mnie moja matka. Spojrzałam na zegar w holu, było już bardzo późno, a ja dawno powinnam już wrócić.
- Przepraszam - powiedziałam, zanim moja matka zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Stworzyłam nowy zapach, nie mogłam tego zostawić do jutra i sobie pójść.
Kobieta jednak uśmiechnęła się do mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że trzymała w dłoniach list. Trochę się zdenerwowałam, bo nie wiedziałam o co chodzi.
- Twoja ciotka napisała do nas list, jest pełna podziwu tego, co udało ci się dzisiaj stworzyć - powiedziała spokojnie. - Ale teraz, proszę, udaj się już do swoich komnat, jest już późno i już dawno powinnaś spać.
- Oczywiście, dobranoc - odpowiedziałam.
Dygnęłam delikatnie, by następnie ruszyć w stronę swojej sypialni. Jednak zamiast spać, usiadłam przy biurku, a praca nad flakonikiem pochłonęła mnie na kolejne długie godziny.

| zt





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   04.10.16 15:23

10 marzec '56

Gdy tylko przeczytałam w najnowszym Proroku Codziennym, że jest zlecenie na uwarzenie płynnego szczęścia, a dokładnie Felix Felicis, to od razu wiedziałam, że ja chcę to zrobić. Od razu zgłosiłam się do głównego biura Aurorów po odpowiednie składniki. Nigdy wcześniej nie warzyłam Felix Felicis, nawet nie próbowałam więc od razu zaznaczyłam im, że nie mam pojęcia czy mi wyjdzie. Stwierdzili, że i tak się cieszą, że ktoś się tego podejmuje. I ja też się cieszyłam, że mogłam wykorzystać swoje umiejętności do zlecenia, w końcu to dodatkowy zarobek. Wracając do swojej pracowni z potrzebnymi składnikami, doszłam do wniosku, że powinnam jeden uwarzyć dla siebie, by potem mając ogromne szczęście naprodukować tych eliksirów pełno i sprzedawać. To byłby interes życia chyba. Ale nad tym pomyślę może kiedyś indziej.
Póki co miałam do uwarzenia płynne szczęście i to na zamówienie, tym razem całej organizacji, a nie zagubionej kuzynki. Musiałam sprawdzić, czy mam wszystko to, co było mi potrzebne. Najważniejsze to krew jednorożca, kamień księżycowy i złoto. Krew jednorożca był bardzo potężnym składnikiem. Ponoć osoba, która zabiła jednorożca i wypiła jej krew, zostaje przeklęta na całe życie. Bardzo cenny i niezwykle drogi składnik. Do tego musiałam dobrać cztery ingrediencje roślinne i dwie zwierzęce. Wzięłam więc jaja popiełka i pijawki oraz cynamon, mirrę, korę z lipy oraz gwiazdę wodną. Same najszlachetniejsze składniki. Szlachetne składniki do szlachetnego serca, nie chciałam nawet myśleć o tym, jakby zareagowały na siebie, gdybym do krwi jednorożca dodała na przykład krwi nietoperza. Straszna rzecz, straszna.
Kiedy już miałam wszystko przy sobie, trzeba było rozpocząć przygotowywanie eliksiru. Zasada była prosta i jeśli przestrzegało się wcześniej ustalonych zasad i nie mieszało się składników, to zazwyczaj wszystko wychodziło dobrze. Jednak moje księgi od eliksirów były całe popisane, zawsze bardzo eksperymentowałam, a wszystko co mi wyszło, zapisywałam. Nie raz nie dwa takim sposobem zmieniłam niemal całą instrukcję przygotowywania eliksiru, otrzymując przy tym identyczną lub o nawet lepszym działaniu wywar. Jednak nie tym razem, przy Felix Felicis nie miałam żadnych dopisków i tym razem postanowiłam podążać ściśle za instrukcją. Składniki nie były moje i były zbyt cenne, aby się bawić i wykonywać różnego rodzaju doświadczenia.
Warzenie każdego eliksiru, jak zawsze zresztą, rozpoczynało się od nalania wody do kociołka. Zapaliłam ogień pod nim i zostawiłam, aby woda się zagotowała, osiągając równe sto stopni. Zanim jednak do tego doszło, zabrałam się do przygotowywania pierwszego składnika. Miałam tym razem więcej ingrediencji roślinnych niż zwierzęcych, dlatego trzeba było mądrze rozplanować poszczególne etapy. Oczywistym było, że serce, czyli w tym wypadku krew jednorożca, zostanie dodana na samym końcu. Miałam jednak do dyspozycji jeszcze złoto i kamień księżycowy. Równie ważne.
Rozpoczęłam od pokrojenia liści gwiazdy wodnej w jak najmniejsze kawałeczki. Była to roślina wodna, bardzo miękka, dzięki czemu łatwa w przygotowaniu. Gdy woda się zagotowała, zmniejszyłam ogień i wrzuciłam pierwszy składnik do środka. Całość trzeba było zamieszać pięć razy w prawą stronę, a gdy to wykonałam, zostawić do gotowania na dziesięć minut. Dalej, do moździerza wrzuciłam jaja popiełka, które trzeba było dokładnie rozgnieść na mały proszek. Następnie i jego wrzucało się do środka, tym razem mieszało w lewą stronę aż dwadzieścia razy i zostawiało na piętnaście minut. Przygotowanie kolejnego składnika, kory z drzewa, a dokładnie z lipy nie było długim zajęciem. Ot, pokroić, nic nadzwyczajnego. Korzystając więc z chwili wolnego czasu, co jakiś czas zaglądałam do kociołka, aby sprawdzić jak się ma eliksir. Zauważyłam bardzo ładną zmianę z jasnozielonego, na taki brudny brąz, który stał się jednak zdecydowanie jaśniejszy po dodaniu kory. I znowu zamieszać, dwa razy w lewą stronę i cztery razy w prawą stronę. Pijawki musiałam pokroić szybko, miałam na to tylko pięć minut, a potrzebowałam ich aż cztery. Wszystkie dokładnie pokroiłam w kosteczkę i co do sekundy wylądowały one w wodzie. Wywar zasyczał, wypuścił czerwono-krwawą parę i uspokoił się dopiero, gdy ponownie zamieszałam. Ile to było? Dziesięć razy w prawą stronę. Całość musiała gotować się przez trzydzieści minut. W tym czasie ja zajęłam się swoimi sprawami, a do eliksiru zajrzałam tylko raz. Ciecz miała mocno brunatny kolor, niczym nie zachęcający i absolutnie nie przypominający płynnego szczęścia. Wiedziałam jednak, że jestem dopiero w połowie przygotowywania i jeszcze daleka droga do dodania drobinek złota.
Gdy pijawki się już rozłożyły, a w pomieszczeniu unosił się niezbyt przyjemny, krwawy zapach, przyszła kolej na dodawanie reszty sproszkowanych składników. Pierwszy poszedł cynamon, którego zadaniem, na pewno jednym z wielu, było zapewnienie przyjemniejszego smaku osobie pijącej. Zamieszać sześć razy w lewą stronę i odczekać pięć minut. Kolejny, kamień księżycowy, był bardzo trudny do rozdrobnienia, na tyle trudny, że nigdy sama się tym nie trudziłam, zawsze kupując już sproszkowany. Tak i tym razem miałam już przygotowany proszek, który po prostu wrzuciłam do środka, tym razem mieszając sześć razy ale w prawą stronę i zostawiając na kolejne pięć minut. Następny składnik, mirra, sprowadzana jest specjalnie z krajów afrykańskich. Zbiera się ją z balsamowców i jak sama nazwa wskazuje, wykorzystywana była do balsamowania. Ma trochę krystaliczną konsystencję, dlatego musiałam ją rozdrobnić. Miała bardzo przyjemny zapach i już takie nuty, z tego co wiedziałam, można było spokojnie wyczuć w gotowym eliksirze. Po dodaniu jeszcze tylko zamieszać. Mieszanie zawsze było bardzo ważne i nigdy nie można było go pominąć. Zapewniało dobre połączenie się składników w odpowiedniej kolejności. Dlatego teraz mieszałam trzy razy w lewo i trzy razy w prawo, odstawiając na dziesięć minut.
Byłam już niemal na samym końcu. Zostały mi dwa najważniejsze składniki. Złoto, piękne złoto, które jednak nie było moim ulubionym. Zdecydowanie bardziej wolałam srebro, chociaż mienione się drobinki robiły na mnie ogromne wrażenie; oraz krew jednorożca, szczelnie zamknięta w fiolce, spoczywająca w bezpiecznym miejscu, byle by tylko nic mu się nie stało. Gdybym wylała chociaż odrobinę, cały eliksir były do wywalenia, a mój czas całkowicie zmarnowany.
Po dziesięciu minutach czekanie, odważyłam odpowiednią porcję złota i całość wsypałam do kociołka. Zamieszałam kolejno, najpierw dziesięć razy w lewą stronę, potem dziesięć razy w prawą stronę i ponownie dziesięć razy w lewą stronę. Od razu szybko wzmocniłam ogień i pozwoliłam wodzie się zagotować. W momencie, gdy ponownie osiągnęła sto stopni zmniejszyłam na chwilę ogień. W dłoń wzięłam fiolkę z krwią jednorożca, którą otworzyłam i zawartość wlałam do kociołka. Całość zamieszałam jeszcze pięć razy i ponownie wzmocniłam ogień, aby całość osiągnęło sto stopni. A gdy tak się stało, zgasiłam ogień.
Obserwując eliksir w kociołku zastanawiałam się, czy mi się udało. Było by bardzo miło, dostałabym swoją zapłatę, a sama mogłabym się poszczycić faktem, że udało mi się przyrządzić coś takiego. Przelewając zawartość kociołka do bezbarwnej fioleczki musiałam teraz ocenić swój wywar. Nie chciałam przecież, aby ta osoba, która go wypije się zatruła lub stało jej się coś znacznie gorszego. W mojej książce nie było nic o żadnym specyficznym zapachu, nic też znaczącego, oprócz delikatnych woni tego co wrzucałam do kociołka, nie wyczułam. Za to eliksir powinien mieć piękny złoty kolor. Jakby roztopionego złota. Przystawiłam więc fiolkę do okna i w świetle słońca obserwowałam, czy to naprawdę wygląda jak złoto, czy połyskuje jak złoto i czy tak ładnie odbija promienie słoneczne. Ocena była niezwykle ważna, na tyle ważna, że trzeba było poświęcić jej znacznie więcej czasu, niż by się tego chciało. Teraz rozumiem, jak trudne zadanie stało przed profesorem Slughornem, gdy oceniał nasze dzieła. On jednak był bardzo doświadczony i wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby wiedzieć, czy owy eliksir jest uwarzony idealnie czy nie. Ja tego doświadczenia nie posiadałam, dlatego wymagało to ode mnie większej ilości czasu i skupienia. Miałam jednak nadzieję, że było warto.





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   04.10.16 15:23

The member 'Victoria Parkinson' has done the following action : rzut kością


'k100' : 89


Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   16.04.17 16:13

15 kwietnia '56


Nie zawsze tworzyłam tylko perfumy. Chociaż stanowiły one główną część mojej pracy oraz mojego serca i to jej poświęcałam najwięcej uwagi, to czasami zdarzało się również, że na zlecenie wykonywałam eliksiry, które potem dostarczałam odpowiedniej osobie, w konsekwencji czego otrzymywałam dodatkową zapłatę. Dodatkowa zapłata zawsze się przydawała, tym bardziej, że praca jaką wykonywałam była dla mnie niezwykle przyjemna i nawet nie czułam tego, że pracowałam. Wszystkie pieniądze jakie zarabiałam odkładałam po to, aby w przyszłości móc mieć kilka własnych groszy i nie musieć być tylko i wyłącznie na utrzymaniu męża. Czasami będę musiała kupić jakieś ingrediencje, a jeśli on nie będzie chciał przeznaczyć na to swoich środków, musiałabym poradzić sobie sama. Zakładając oczywiście, że mój mąż pozwoli mi dalej pracować, kiedy już wejdę pod jego własność. Ale to już rozmowa na inną porę. Dzisiaj otrzymałam list, który wysłała do mnie moja dobra znajoma jeszcze z czasów szkolnych, która poprosiła mnie o uwarzenie dość trudnego eliksiru, który miał, jak to określiła, pomóc jej w sprawie “życia i śmierci”. Panna ta (nie będę tutaj zdradzać jej imienia ani nazwiska, nie chciałabym, aby przez moje gadulstwo, moja koleżanka miała problemy), już za kilka dni miała po raz pierwszy spotkać się z przykazanym sobie mężczyzną, na którym, jak to każda młoda kobieta, chciała zrobić jak najlepsze wrażenie. Nie mi osądzać, czy sposób jaki wybrała był słuszny, czy też nie, obiecała zapłatę, a mi jedyne co pozostało, to wykonać jej zlecenie. Zlecenie na eliksir upiększający. Mogła kupić go u Madame Primpernelle, najwyraźniej miała jednak jakiś powód, dla którego zdecydowała się na moje usługi. Nie pytałam, więc nie wiem co nią kierowało, ale nie będę narzekać, przecież dzięki temu miałam co robić i przy okazji mogłam wykorzystać swoje umiejętności, aby jej pomóc.
Gdy tylko otrzymałam od niej list i zdecydowałam się wykonać dla niej ten specyfik, zabrałam się do zbierania odpowiednich ingrediencji, które miały pomóc mi w wykonaniu eliksiru. Eliksir bez ingrediencji nie był eliksirem, to one nadawały magiczne właściwości, które potrafiły doprowadzić do śmierci oraz przywrócić do życia. Eliksir upiększający, z tego co wiedziałam, wymagał cztery ingrediencje roślinne oraz dwie zwierzęce. Poszperałam trochę w książkach i okazało się, że przede wszystkim będę potrzebować włosu jednorożca, co wcale nie było takie trudne do zrealizowania, w końcu moja rodzina prowadziła swój własny rezerwat tychże sworzeń; dalej płatki róż, jaśmin oraz aloes. Przydadzą się także odpowiednio przygotowane pióra pawia i składnik, który będę musiała dodać na samym początku, czyli kamień księżycowy. Oczywiście poczyniłam odpowiednie zakupy, jeśli okazało się, że któregoś z ingrediencji nie posiadam i następnego popołudnia zabrałam się do pracy.
Należało pamiętać, że zanim rozpocznie się przygotowywanie eliksiru, należy do kociołka dolać jakiekolwiek cieczy, w moim przypadku była to zwykła woda, którą zagotowałam na ogniu do momentu, aż zaczęła bulgotać. Następnie zmniejszyłam trochę ogień, nie chciałam aby cała ciecz zbyt szybko się wygotowała, przecież nie o to tutaj chodziło. Dodałam wcześniej sproszkowany kamień księżycowy. Szkoda było go zniszczyć, często widziałam go jako fragment biżuterii noszonej przez szlachcianki, dałabym sobie rękę uciąć za to, że nawet moja matka posiadała w swojej kolekcji coś podobnego, a mnie naprawdę przytrafił się ładny okaz i nie jeden jubiler chciałby go ode mnie kupić za ładną cenę. Ale eliksir był ważniejszy, dlatego z bólem serca wrzuciłam pierwszy składnik do wody, a następnie zamieszałam pięciokrotnie zgodnie z ruchem wskazówek zegara i jeszcze bardziej zmniejszając ogień odstawiłam na około dziesięć minut. Tak było w przepisie. Dalej zawsze dodawało się mniej ważny składnik zwierzęcy, kiedy włos jednorożca był sercem eliksiru, należało najpierw dołożyć pióra pawia, oczywiście wcześniej odpowiednio przygotowane. Nigdy za nimi nie przepadałam, aczkolwiek u niektórych dam dobrze prezentowały się przy wieczorowych kreacjach. Zawsze mnie to dziwiło, jak niektóre składniki eliksirów mogły być wykorzystywane jako ozdoby, dla mnie było to marnotrawstwo ingrediencji, które zawsze niezwykle mnie drażniło. Wracając jednak, po dodaniu piór pawia, eliksir od razu zmienił barwę na ciemnozieloną, a z kociołka buchnęła różnokolorowa para. Należało mieszać przez minutę w lewą stronę, a następnie przez kolejną minutę w prawą stronę, przykryć i zostawić na kolejne pół godziny.
Eliksir był skomplikowany ze względu na różnego rodzaju mieszania, odpowiednie przygotowania składników oraz czasu oczekiwania. To było bardzo nużące, gdy trzeba było czekać i czekać, nigdy tego nie lubiłam. Ale jak mus, to mus. W tym czasie zajmowałam się innymi swoimi sprawami, zajmowałam się dalej tworzeniem jakiegoś perfumu albo warzyłam w innym kociołku coś innego. A gdy przychodził czas na dodanie kolejnego składnika, to wracałam do eliksiru. Po pół godzinie przyszedł, więc wróciłam do pracy. W czasie oczekiwania przygotowałam wszystkie składniki roślinne. Płatki róż, jaśmin, waleriana oraz aloes osobno utarłam w moździerzu. Zależało mi na tym, aby puściły soki, przede wszystkim aloes, który miał bardzo pozytywne właściwości dla skóry kobiety. Najpierw należało dodać jaśmin i gotować przez minutę, zamieszać i dodać płatki róż. Po dodaniu tego składnika musiałam doprowadzić ciecz do wrzenia i dopiero wtedy dodać walerianę, a gdy eliksir przybrał brudnoróżowy odcień należało dodać aloes i mieszać tak długo, aż zmieni swoją barwę na brudnozieloną. Dym natomiast miał być bladozielony o wyraźnym, kwiatowym zapachu.
Dopiero wtedy przyszedł czas na serce eliksiru. Dodałam włos jednorożca i obserwowałam jak eliksir się zmienia. Samoistnie się zmienia, przybierając różnorakie barwy, a zamiast pary, nad kociołkiem unosiły się różnobarwne bąbelki. Uzyskanie takiego efektu było trudne, wystarczyło jeden raz źle zamieszać albo źle utrzeć składniki, aby eliksir nie był idealny. Dlatego z takim zadowoleniem spoglądałam na uwarzony przez siebie eliksir. Byłam zadowolona, że będę mogła pomóc swojej znajomej, miałam nadzieję, że jej spotkanie się powiedzie, a owy mężczyzna zainteresuje się jej osobą. To było naprawdę ważne.
Gdy tylko eliksir wystygnął, przelałam odpowiednią ilość do probówki, którą szczelnie zakorkować i zapakowałam w kopertę. Zanim ją wysłałam, usiadłam przy biurku i zaczęłam wybierać ładny papier, a gdy już mi się udało zdecydować, to zanurzyłam pióro w kałamarzu i zaczęłam przenosić swoje myśli na pergamin.

Moja droga,

Mam nadzieję, że eliksir spełni Twoje oczekiwania, a Lord, z którym się spotkasz nie będzie mógł oderwać od Ciebie wzroku. Wystarczy cała fiolka, aby uzyskać pełen efekt, oczywiście możesz użyć mniej, a wtedy efekt będzie delikatniejszy. Wybór należy do ciebie. Nie musisz brać go z wyprzedzeniem, wystarczy, że wypijesz zawartość od razu przed spotkaniem.  Proszę, poinformuj mnie później jak poszło i czy za pomocą wywaru osiągnęłaś swój cel. Życzę ci powodzenia i z niecierpliwością czekam na odpowiedź.


Z najszczerszymi pozdrowieniami,
Victoria.


A następnie, korzystając ze swojej sowy, wysłałam zamówienie, by po kilku dniach otrzymać zapłatę za wykonaną pracę. Spotkałam się wtedy z moją koleżanką, która ze szczegółami opisała mi jak przebiegło spotkanie. Była bardzo zadowolona z działania eliksiru, mówiła, że nie wykorzystała wszystkiego, aby mieć na kolejne spotkania. Lord ponoć był nią zachwycony i absolutnie nie zorientował się, że pomogła sobie eliksirem. Według mnie nie musiała, była na tyle ładną panną, że żadne wspomagacze nie były jej potrzebne. Ale nie mi było oceniać, ja tylko dostałam zlecenie, które wykonałam.

zt





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   08.08.17 18:49

Już od jakiegoś czasu chodziło za mną uwarzenie takiego eliksiru. Jeśli się nie uda, to nic się nie stanie, po prostu stracę parę składników, które, jeśli dopisze mi szczęście, uda mi się odkupić już w przyszłym miesiącu. Jeśli jednak się uda, to będę miała niesamowitą broń do wykorzystania już w przyszłym miesiącu i, być może, albo ją sprzedam, oddam narzeczonemu, albo jeśli zmusi mnie do tego sytuacja, sama ją wykorzystam. Jeszcze nie wiedziałam jak ani nie wiedziałam gdzie, nie wiedziałam też właściwie po co, ale chciałam się rozwijać, więc jeśli miałam ku temu okazję posiadając odpowiednie ingrediencje i mogłam spróbować czegoś nowego i trudniejszego, to dlaczego by nie? To co się działo w mojej pracowni i w moim kociołku było tylko i wyłącznie moją sprawą. Tak samo eliksir Rue zamiotłam pod dywan, tak i to nie powinno, niepotrzebnie i za wcześnie, ujrzeć światła dziennego. Warzenie Veritaserum było bardzo trudne i długo przygotowywałam się do tego, aby się za to zabrać. Zdobycie odpowiednich składników, odpowiedniego przepisu trochę trwało i udało mi się zabrać do tego dopiero z początkiem maja. Dużo się działo, a ja musiałam się rozwijać bo czułam, że już niedługo alchemicy mogą być bardzo przydatni, a ich eliksiry mogą niejedną osobę uratować. Nie wiem kogo mogło uratować Veritaserum, ale może pomoże rozwiązać zagadkę tych dziwnych anomalii, które ostatnio miały miejsce i, które mnie tak poturbowały? Nie chciałam póki co o tym myśleć, musiałam być skupiona na warzeniu eliksiru, cały proces trwał prawie miesiąc, dopiero za 28 dni poznam efekty i najmniejszy błąd mógł wszystko zepsuć. Ale dopiero się uczyłam, miałam tylko nadzieję, że mój kociołek nie wybuchnie. Aż taką złą alchemiczką chyba nie byłam.
Nalałam do kociołka wody, którą podgrzałam. Receptura mówiła, że potrzebuję trzy ingrediencje roślinne i cztery zwierzęce, ale patrząc na to, jak długo trwało warzenie nic dziwnego, że potrzeba było ich aż tyle. Potrzebowałam popiołu feniksa, który był sercem mojego eliksiru i spokojnie spoczywał zapakowany w pakunek w bezpiecznym miejscu. Zdobycie tego składnika było bardzo trudne. Dalej, jeśli chodzi o roślinne, to liście moly, waleriana i olejek różany; zwierzęce natomiast pióra pawia, krew salamandry, pióro hipogryfa oraz pazur kuguchara. Gdy obstawiłam tym swoje stanowisko nagle okazało się, że brakuje mi miejsca do pracy. Musiałam zająć więcej miejsca niż zamierzałam, ale potrzebowałam przestrzeni do przygotowywania składników. Tak jak już wspomniałam całe warzenie zajmuje około 28 dni. Pierwszego dnia dodaje się dwa składniki - najpierw olejek różany, dokładnie piętnaście kropelek, a potem krew salamandry. Zaczyna się od wlania tego olejku pięciu kropel, po czym przez pół godziny miesza się w lewą stronę, kolejne pięć i przez piętnaście minut miesza się w prawą stronę i ostatnie pięć kropelek i ponownie miesza się piętnaście minut w lewą stronę. Sprawia to, że olej miesza się z wodą. Następnie przykrywa się kociołek, zmniejsza ogień i całość zostawia na kilka godzin, co jakiś czas trzeba sprawdzać, ponieważ kolejny składnik dodaje się gdy roztwór przybiera różową barwę. Krew salamandry ląduje w kociołku w całości, miesza się trzy razy w prawo, przykrywa kociołek, zmniejsza ogień na najniższy i zostawia na siedem dni. Co jakiś czas trzeba zaglądać i sprawdzać, czy wody nie ma za mało, a gdy jest, to odrobinę dolać. Po siedmiu dniach dodaje się sproszkowany pazur kuguchara, ponownie miesza w prawo, tym razem cztery razy i znowu odstawia eliksir pod przykryciem i najmniejszym ogniem na dziewięć dni. Po piętnastu dniach od rozpoczęcia przygotowywania Veritaserum przyszła kolej na kolejne dwa składniki. Liście moly należało posiekać na jak najmniejsze kawałeczki i dopiero wtedy dodać, ale w częściach, cały czas mieszając w prawo, dopóki barwa eliksiru nie zmieni się na zielony, a dzień później pocięte pióra pawia. Ponownie zostawia się eliksir na sześć dni, a po tym czasie przychodzi pora na serce. Dodaje się odpowiednio wyliczoną ilość popiołu feniksa i przyznam szczerze, że liczyłam to chyba z dziesięć razy, zanim zdecydowałam się dodać. To jest chyba ten moment, w którym mogłam popełnić ewentualny błąd, który sprawiłby, że eliksir nie wyjdzie. Ale dodałam, ponownie zostawiając eliksir pod przykryciem na małym ogniu, dodatkowo co jakiś czas mieszając w prawo na kolejne trzy dni. To był już prawie koniec. Zostało mi dodanie poszatkowanej waleriany oraz pociętego pióra hipogryfa, po każdym dodaniu składników odpowiednio zamieszałam. Za dwa dni miałam się przekonać, czy eliksir wyszedł.
I dzisiaj był to właśnie ten dzień. Po ostudzeniu eliksiru zabrałam się do przelewania jego zawartości do fiolki sprawdzając jego wygląd i zapach. Miał być bezbarwny, bezwonny i całkowicie przezroczysty. Szukając tych cech trzymałam kciuki za to, aby wszystko wyszło tak, jak należy.

Zużywam popiół feniksa, a warzę Veritaserum
Warzę w swoim miedzianym kociołku, więc mam jeszcze dodatkowo +2 do eliksirów





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/ http://www.morsmordre.net/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   08.08.17 18:49

The member 'Victoria Parkinson' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 61


Powrót do góry Go down
Victoria Parkinson
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3354-victoria-parkinson http://www.morsmordre.net/t3379-harkan#57453 http://www.morsmordre.net/t3381-lady-parkinson#57459 http://www.morsmordre.net/f110-gloucestershire-cotswolds-hills-posiadlosc-parkinsonow http://www.morsmordre.net/t3380-victoria-parkinson#57455
Dama, twórczyni perfum, alchemiczka
20
Szlachetna
Zaręczona
Bo nie miłość jest najważniejsza, a spełnienie obowiązku wobec rodu i męża.
10
10
21
0
0
0
9
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Pracownia twórcy perfum   15.09.17 23:15

|Stąd

Gra, kłamstwa, pozory. Nawet po ślubie małżonkowie często właściwie się nie znali, nie rozmawiali ze sobą, a nieraz nawet nie dzielili wspólnej sypialni. Tak wyglądało dorosłe życie. Lata przygotowań, nauki chodzenia, dygania, tańca, wysławiania się, kaligrafii tylko po to, aby odpowiednio wyjść za mąż, tylko po to by urodzić dziedzica i resztę życia spędzić u boku mężczyzny, którego się nawet nie kochało. I mnie również to czekało. Podsłuchana rozmowa mówiła jasno kto zostanie moim narzeczonym, komu zostaje oddana, ponownie, i miałam nadzieję, że już po raz ostatni. Mogłam jedynie stwierdzić, że trafiłam dobrze i powinnam być dobrze traktowana. Lubiłam Lupusa, był przyjacielem mego brata i przez to nigdy nie miałam być u jego boku prawdziwie szczęśliwa, już zawsze widząc w nim Aarona, a nie lorda Black. Mogłam się jedynie domyślać, że i mężczyznom zbytnio taki układ nie leży. Jednak tak jak my, kobiety nie śmiałyśmy zaprotestować, tak i oni znając swoje miejsce przystawali na decyzję ojców. Za paręnaście lat podejmując dokładnie takie same wobec swoich dzieci, nadal pamiętając ten ból, że ich życie nigdy nie było tak naprawdę w ich własnych rękach. Były osoby, które się stawiały, protestowały i nie poddawały się władzy rodziców i nestora. Dla mnie było to szczytem głupoty. Ja od zawsze byłam pogodzona ze swoim losem, ojciec nie szczędził mi przykrych słów, że gdy tylko opuszczę Hogwart, będzie chciał szybko wydać mnie za mąż. Jego plan upadł, minęły dwa lata, ja nadal zajmowałam swoje komnaty. Ale już niedługo.
Kiwnęłam głową. Dobrze wiedziałam o czym mówi, ponieważ moja matka również otrzymywała ode mnie perfumy. Z okazji urodzin, świąt, bez okazji, może z biegiem czasu mogło wydawać się to nudne i oklepane, ale była moją pierwszą testerką, której słowom ufałam. Jeśli mówiła, że coś jej się podoba, to tak właśnie było. Jeśli mówiła, że to co stworzyłam było okropne, to z pokorą przyjmowałam jej słowa.
- Rozumiem - odpowiedziałam łagodnie. - To bardzo miły gest z lorda strony, jestem pewna, że pańska matka będzie zadowolona z prezentu.
Najważniejszą rzeczą w pracy twórcy było znać wartość tego co się robi oraz własnych umiejętności. Być pewnym siebie, z pewnością przekonywać, że wie się o czym się mówi, ale jednocześnie nie przesadzić. Nie być sztucznym, zadufanym w sobie, bo to widać od razu i odtrącało potencjalnego klienta. Długo się tego uczyłam. Na początku nie miałam tej pewności, zdobyłam ją z czasem, gdy zauważyłam, że to co robię naprawdę może się komuś podobać. Cały czas ktoś miał nade mną kontrolę, moja ciotka dobrze znała się na ludziach i zdawała sobie sprawę z tego, że zachłyśnięta sukcesem mogłabym dopuścić do tego, że woda sodowa uderzyła mi do głowy. Moja ciotka była jednocześnie moim największym krytykiem, a ja jej słowa przyjmowałam z pokorą. Uczyła mnie jak zachęcić do siebie klienta, a nie sprawić, że uzna nas za bufona, który tak mocno chwali swoje umiejętności, które tak naprawdę są nic niewarte.
- W takim razie zapraszam, sir - wskazałam mu drogę, którą mieliśmy podążać.
Stukot moich obcasów ponownie rozniósł się po holu. Nie szłam zbyt szybko, dzięki czemu lord Yaxley z powodzeniem wyrównał ze mną kroku. Gdybym to nie ja prowadziła, to pewnie szłabym kawałeczek za nim. Ale, że ja znałam umiejscowienie swojej pracowni, tak musiał polegać na moim, chwilowym, przywództwie. Chociaż zrównanie ze mną kroku ewidentnie świadczyło, że nie chce oddać mi, nawet tej minimalnej, władzy jaką miałam mogąc zaprowadzić go gdziekolwiek tylko chciałam. A on nie wiedziałby gdzie. Daleko nie musieliśmy jednak iść, po kilku zakrętach znaleźliśmy się przed drewnianymi drzwiami, nacisnęłam na klamkę pewnie i otworzyłam je. Z pomieszczenia od razu wydobył się dość specyficzny zapach. Mieszanina ziół, ingrediencji potrzebnych do eliksirów oraz świeżego powietrza, które wpadło przez otwarte okno. Trochę się wywietrzało, nie powinno się bowiem mieszać zapachów w momencie, gdy dookoła unosiła się cała gama innych. Zaprosiłam lorda do środka, od razu wskazując mu kanapę, na której mógł usiąść.
- Czy zechce się lord czegoś napić? - zapytałam dla pewności, bowiem nie wypadało nie zapytać gościa.
Stanęłam obok niego, zostawiając uchylone drzwi. Nie powinnam była zostawać z mężczyzną sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu, nie wypadało. Otwarte drzwi były więc moim zabezpieczeniem mówiącym “drzwi są otwarte, jeśli coś was niepokoi to wejdźcie, nie robimy nic niezgodnego z zasadami”. A przynajmniej miałam taką nadzieję, że właśnie tak jest to odbierane. Czekałam, aż pozwoli mi usiąść, abyśmy mogli zabrać się dalej do pracy, ewentualnie czekałam też na wyrażenie przez niego chęci wypicia czegoś, tak jak zaproponowałam.





Czas płynieAle wspomnienia pozostają na zawsze

Powrót do góry Go down
 

Pracownia twórcy perfum

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Pracownia alchemika
» Pracownia Nanaś~
» Prywatna pracownia/Komnata Hiro [pierwsze piętro]
» Pracownia Laczka.
» Opuszczona pracownia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: Royal Borough of Kensington and Chelsea :: Dom Mody Parkinson-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18