Wydarzenia





 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Gabinet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Gabinet   27.07.16 17:54

Gabinet

Wcześniej należący do Williama Cartera gabinet stał się jednym z ważniejszych pomieszczeń dla jego syna. Nieduży pokój z oknem po wschodniej stronie jest odwzorowaniem charakteru wcześniejszego pana domu. Z przeróżnymi drobiazgami na wierzchu zdaje się być prywatną graciarnią, jednak dla Raidena ma to wszystko wyjątkowe znaczenie. Wieczny półmrok panujący we wnętrzu nadaje posępnego klimatu, a w komiku prawie nigdy nie palono. Kryjący wiele tajemnic pokój w stu procentach należy do męskiego świata.


Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   09.08.16 14:15

17 lutego

Raiden rzucił papiery, czując jak rozsadza mu mózg. Ukrył twarz w dłoniach, opierając łokcie o blat stołu. Niewidzialna, okrągła obręcz zaciskała się dookoła jego głowy, powoli sprawiając, że mężczyzna tracił jasność myślenia i nie wiązał faktów tak jak powinien. Siedział nad tą sprawą od kilku dni non stop, nie wychodząc ze swojego gabinetu. Sophia zajrzała do niego raz czy dwa proponując coś do jedzenia. Carter nie wiedział, kiedy mijały minuty i godziny, a apetyt został wyparty z podświadomości. Zupełnie jakby nie mógł normalnie funkcjonować, nie mogąc poskładać tropów w jedno. Najczęściej potrafił dość szybko dojść do rozwiązania lub właściwie prowadził nim instynkt, który podsuwał mu możliwe scenariusze. Następnie odrzucał te najmniej pasujące razem z pojawianiem się kolejnych tropów. Trafiał na łatwe, potem trudne i praktycznie początkowo wydawać by się mogło, że sprawy nie do rozwiązania. Zawsze jednak jakoś sobie z nimi radził. Dlaczego więc tutaj tkwił w martwym punkcie? 
Odetchnął głęboko, odchylając się w fotelu i wyciągając. Usłyszał charakterystyczny chrzęst kręgosłupa, gdy odgiął się w tył. To samo zrobił z szyją przekrzywiając głowę do lewego, a potem prawego barku. Zastygł i musiał się rozruszać. Chociaż przyniosło to ulgę policjantowi nie podziałało na cudowne rozjaśnienie sytuacji. Raiden rzucił zmęczone spojrzenie na porozrzucane po blacie biurka papiery, fotografie, dokumenty, po czym wstał, odsuwając automatycznie krzesło. Podszedł do okna za plecami i rozsunął ciężkie kotary. Energiczny ruch sprawił, że początkowa cisza zalegająca w gabinecie rozpierzchła się razem z dźwiękiem przesuwanych zasłon. Carter nie patrzył na zegarek ani nie kontrolował pory dnia. Zaskoczył go fakt, że panowała noc. Jednak nie czarna jak wszystkie wcześniejsze. Okrągły jak ser księżyc oświetlał ulicę przed domem prawie z taką samą skutecznością jak słońce za dnia. Mężczyzna chwycił za klamkę i otworzył okno na oścież, wpuszczając chłodne, ale równocześnie rześkie powietrze do środka gabinetu. Uderzyła go początkowo fala obniżonej temperatury, jednak potrzebował tego. Wziął głęboki oddech i powtórzył tę czynność jeszcze kilka razy. Instynktownie zamknął oczy, pozwalając uspokoić się swoim zszarganym nerwom. Ile już tu pracował? Dwa dni, trzy? Mógł to być równie dobrze tydzień i pięć godzin. Raiden zerknął na zegarek i stwierdził z akceptacją, że była trzecia nad ranem. Gdy ponownie spojrzał na ulicę, zdał sobie sprawę, że nie było na niej absolutnie nic prócz latarń. Ulica po ulicy Beckenham pogrążone we śnie, a wszystkie oświetlone jak na uroczysty pochód i puste niczym kościół o północy. W podobną noc jak ta mała Amelia Evans została porwana. Z zeznań świadka, który widział ją po raz ostatni wynikało, że zderzyła się z jakimś krępym mężczyzną na skrzyżowaniu ulic Osborn Street i Whitechapel Road. Według relacji pana Enfielda mężczyzna stratował dosłownie dziecko i nie obejrzał się nawet, chociaż leżało na chodniku i płakało. Przechodzący niedaleko policjant złapał jednak nieznajomego i wrócił z nim do oburzonej jego zachowaniem gromadki. John Enfield opisał mężczyznę wyglądającego na mniej więcej czterdzieści lat. Wydawał się być cudzoziemcem, sprawiał wrażenie człowieka ubogiego, lecz nobliwego. Był ubrany w ciemny płaszcz i kapelusz. Dziwna sytuacja wydarzyła się we wtorek czternastego lutego około siódmej trzydzieści wieczorem. Według zeznań policjanta, ośmioletnia Evans odmówiła wspólnego powrotu do domu, twierdząc, że musi znaleźć zagubionego psa. Wszyscy odeszli, a jedynie Enfield zauważył, że dziewczynka ruszyła dalej w chwilę później po tajemniczym nieznajomym. Nigdy nie znalazła psa ani nie wróciła do domu. Jej rodzina jak i John Enfield należeli do świata czarodziejów, a miejsce, gdzie najprawdopodobniej Amelia została uprowadzona zawierało ślady użycia czarów. 
Raiden odwrócił się i podszedł do biurka. Przesunął parę zapisanych stron, by trafić na raport z miejsca zbrodni. Na ziemi leżało jedynie szkiełko od okularów, a pół metra dalej znajdowała się smoła na murze obok po niezidentyfikowanym zaklęciu. Zerknął jeszcze na miejsce, gdzie zniknęła Amelia. Osborn Street i Whitechapel Road… Whitechapel… Słynąca z opowieści dzielnica o panoszącym się tam mordercy Kubie Rozpruwaczu od zawsze miała złą sławę. Raiden nigdy nie podejrzewał, że dane mu będzie prowadzić śledztwo w tym miejscu. Zaraz jednak zastygł w bezruchu. Kuba Rozpruwacz… Czy to nie w dokładnie tym samym miejscu znaleziono jedną z jego ofiar? Możliwe że było to tylko mylne przeczucie, ale musiał coś sprawdzić. Zaraz też usiadł za biurkiem ponownie i zaczął przerzucać papiery w poszukiwaniu czegoś, co w jakikolwiek sposób miało potwierdzić jego tezę. Adres. Ten adres pasował idealnie… Odwrócił się do obrazu żołnierza na koniu i poprosił, by udał się do jego kolegi z pracy i go obudził. Odczekał piętnaście minut, które dłużyły mu się w nieskończoność. Szczególnie teraz gdy możliwe że wszystko zaczęło mu się układać. Gdy żołnierz wrócił, oznajmił, że niedługo McKenna pojawi się u niego w gabinecie. Buchnęły zielone płomienie, a Raiden po chwili usłyszał zmęczony znajomy głos.
- McKenna! Dzięki, że jesteś. Pamiętasz tego faceta, którego sprawdzaliśmy ostatnio z podejrzeniem o handlowanie czarnomagicznymi przedmiotami? Recydywista jakich mało i degenerat na pierwszy rzut oka – rzucił szybko, podkurczając prawe ramię, gdyż ręce miał zajęte dokumentami i zdjęciami miejsca zbrodni. Nie myślał o tym, że obudził Edwarda i zapewne jego żonę i małe dziecko. Musiał znać odpowiedź na zadane pytania. Ciągle miał przed oczami zdjęcie małej dziewczynki, która jeszcze nawet nie poszła do Hogwartu. Każdy dzień był dniem, który oddalał ich od znalezienia Amelii Evans.
- Jest środek nocy – mruknął niewyraźnie McKenna, a Raiden miał przed sobą jego niezadowoloną minę.
- Pamiętasz?! – powtórzył swoje pytanie już o wiele twardszym i nieznoszącym sprzeciwu głosem. Może i była to cudaczna teoria, ale zamierzał sprawdzić każdy możliwy scenariusz. Tu nie chodziło przyskrzynienie złodzieja, a odnalezienie dziecka. Każda minuta się liczyła i Carter nie zamierzał dopuścić, żeby stanęło mu na drodze zmęczenie towarzysza.
- Ta – odpowiedział w końcu Edward. - Ten świr, który chodził po Whitechapel i zaczepiał ludzi? Raczej ciężko zapomnieć taką brzydką gębę. Ciągle nawiedza mnie w snach. Co z nim?
- Sprawdzisz w jakich miejscach najczęściej go widziano i zatrzymywano za natręctwo? – odpowiedział pytaniem na pytanie Raiden, rozkładając dokumenty w jakiś sensowny sposób na biurku i poszukał mapy Londynu. 
- Zaczekaj chwilę – mruknął McKenna, a siedzący w gabinecie były brygadzista usłyszał szumy teleportacji, a zaraz potem pojawił się ten sam mężczyzna z teczką pod pachą. – Masz szczęście, że mam jeszcze te notatki – dodał. – Dobra. Facet nazywa się Lingus Fleacher. Lat trzydzieści osiem. Częsty gość Tower of London i pochodzi z Niemiec. Paskudna kreatura. Rzucił Petrificusa Totalusa w siedmioletnią dziewczynkę na podwórku domu przy ulicy Hanbury 29 za co trafił na miesiąc do Tower – zaczął wymieniać, a Raidena doszedł charakterystyczny dźwięk przekładanych kartek w notatniku. - Potem przyskrzyniono go za wabienie dzieciaków cukierkami z domieszką Złotej Rybki w okolicy Dutfield's Yard Louis Diemschutz. Odsiedział swoje i wyszedł… Potem był incydent przy Mitre Square, a tak to ma stały teren bytowania. A co? Ciągle badasz sprawę tej małej?
Raiden zignorował ostatnie pytanie, analizując mapę, którą miał przed nosem. Zaznaczył punkty pineskami i zdał sobie sprawę, że wszystko idealnie się na siebie nakładało. Facet był naprawdę stuknięty, skoro wszystko rozkładał sobie w ten sposób…
- Po każdym wyjściu mówił Złap mnie, jeśli potrafisz i nosił okulary – mruknął pod nosem, a po chwili dodał nieco głośniej:
- To musi być on. 
- Jak widać miał obsesję na punkcie Rozpruwacza. Sądzisz, że to on ma dziewczynkę? 
- Przekonajmy się.
- Mam adres. Muszę odnieść dokumenty. Spotkamy się na miejscu, bo nie chcę, żeby wszystkie zasługi trafiły znowu do ciebie – odpowiedział McKenna z lekkim przekąsem, ale pod koniec dało się słychać śmiech. Carter szybko wstał, zabrał dokumenty świadczące, że jest pracownikiem Ministerstwa i skierował się do wyjścia z gabinetu. Złapał jeszcze w biegu płaszcz z naładowanym coltem w kieszeni na wszelki wypadek i kapelusz. Różdżka wciąż wiernie tkwiła w wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie chcąc budzić Sophii, wyszedł tylnym wyjściem i skierował się do samochodu.

|zt




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   12.10.17 20:15

14 maja
Nie czekał na nikogo. Był tak zły, tak zmęczony nic nie robieniem, że nie był na tyle dobry, by zostać na ostatnie słowa swojego uzdrowiciela. Krzyżyk na drogę medykowi i niech wraca do reszty swoich pacjentów, a o gliniarzu niech zapomni. Szybko podpisał jakiś świstek, zabrał swoje rzeczy - w tym spopielony całkiem nieźle płaszcz, zarzucił go na plecy i wyszedł po raz pierwszy ze Szpitala Świętego Munga od... Od ponad pół miesiąca. Cholera. Szmat czasu. Szmat zmarnowanego czasu, podczas którego ślinił się w poduszkę, pozwalając, by ominęło go tyle i jeszcze więcej. Z tego co mówiła Sophia przespał najlepsze momenty. Dlaczego i jego nie porwała anomalia i nie rzuciła w środek dziczy z jakąś panienką? Jego stan w pierwszomajowej nocy nie był najlepszy, ale przecież stanąłby na nogi. Jakoś. Aspen nie ruszył dupska, żeby do niego zajść, ale czego mógłby się spodziewać po kuzynku, który w głowie miał tylko zgrabny tyłek Wilkes? Chyba oznaczało to mniej więcej, że byli kwita za to że nie przyjechał, gdy dostał wiadomość o chorobie Sprouta. Cóż za ludzie... Powinni dostawać ordery najlepszych członków rodziny, gdyby tylko takie istniały. Carter nie chciał, by ktokolwiek go odwiedzał poza Sophią i Pennym. Nie chciał, by oglądano go w takim stanie, a przy okazji powinni zająć się pracą, a nie gapieniem się całymi dniami w jego paskudną gębę. Ale nie miało to już większego znaczenia. Nie, gdy opuścił zafajdane mury narodowej służby zdrowia i mógł jak normalny obywatel wrócić do domu. W końcu! Odetchnął świeżym powietrzem, uśmiechając się nieznacznie pod nosem i czując, że już tyłek swędział go, by uciec przez szpitalne okno. Gdyby tylko nie były magicznie zakneblowane... Ale nic nie mogło trwać wiecznie, bo życie szybko przypomniało o sobie chwilowo zawieszonego policjantowi.
- Kur... - wyrwało mu się, gdy jakiś cwel pchnął go ramieniem. - Dzięki, dupku! - rzucił za odchodzącym szybko facetem, który nawet się nie odwrócił, by przeprosić. Cholerny kurdupel... Raiden przejechał dłonią po miejscu, na którym widniał ślad rozlanej kawy i wywrócił oczyma. Zaraz też wyciągnął różdżkę, by z łatwością pozbyć się plamy, którą jakiś niskopodłogowy londyńczyk postanowił zostawić na jego już i tak poniszczonym płaszczu. Jako że pogoda nie rozpieszczała, Carter założył na głowę kapelusz, by przejechać palcami po znajomym rondzie. To znów poprawiło mu nastrój, gdy zdał sobie sprawę, że tęsknił za swoimi rzeczami. A niby takie zwyczajne i nic nieznaczące. Coś kazało mu włożyć rękę do prawej kieszeni płaszcza, gdzie znalazł swój naszyjnik z trzema różnymi monetami. Najwidoczniej medycy musieli mu go zdjąć podczas operacji. Brązowy pieniądz symbolizował Sophię, srebrny matkę, a złoty ojca. Zaraz też z powrotem pamiątka znalazła się na swoim miejscu, a Raiden wybiegł myślami w stronę domu, gdzie zamierzał dojechać miejską komunikacją. Jako że wyszedł z tego więzienia, cieszył się każdą chwilą podróży i zaskakująco szybko dotarł do budynku pod numerem trzynastym. Odetchnął głęboko, zupełnie jakby wrócił z wojny i nie był tu dekadę. Co prawda jeszcze jakiś czas temu tak właśnie było, ale bezczynność była koszmarna. Zauważył, że auto wciąż stało na swoim miejscu, więc nie czekał zbyt długo, by otworzyć drzwi frontowe. Za którymi już ktoś na niego czekał.
- Cześć, przystojniaku - rzucił z uśmiechem, kucając, by pogłaskać cieszącego się szczeniaka, który zaraz obślinił nogawki spodni swojemu panu. Raiden wziął psa na ręce i razem z nim wszedł po schodach, kierując się od razu do gabinetu. Nie zdejmując wierzchniego okrycia, opadł na miękki fotel i zamknął oczy, nasuwając sobie nieco kapelusz na twarz. Zamierzał tu trwać aż do śmierci i nikt go już nie zaciągnie do cholernego szpitala. Nigdy. Tylko on i Smurt do końca życia.




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Gabinet   12.10.17 21:20

Po południu Sophia wybrała się do Munga. Wiedziała, że to dzień wypisu Raidena, miała dużo czasu, żeby przygotować się na moment jego powrotu po długim pobycie na oddziale po obrażeniach, których doznał. Ten dzień miała wolny, co nie zdarzało się bardzo często, ale spędziła ranek w miejscu, które przywoływało wspomnienia dawnych czasów dzieciństwa, a później plątała się po magicznym Londynie, rozmyślając. Raiden miał zostać wypisany po południu, pod koniec pory odwiedzin, ale kiedy przybyła na miejsce, zamierzając pomóc wciąż osłabionemu bratu w powrocie do domu, dowiedziała się, że już go nie było.
Westchnęła i wywróciła oczami, ale nie powinno jej to dziwić, bo sama prawdopodobnie zrobiłaby to samo. Kiedy ona otrzymywała wypis, także szybko zniknęła, nie zamierzając na nikogo czekać. Nie znosiła lądować w Mungu, ale niestety była jego regularnym gościem, lądując na oddziale przynajmniej raz w miesiącu, choć szczęśliwie zwykle wychodziła tego samego dnia. Taki już urok pracy aurora i regularnego wystawiania się na niebezpieczeństwa. W samym tylko maju, choć trwał ledwie dwa tygodnie, leżała w Mungu dwa razy; raz po wydarzeniach z końcówki kwietnia oraz anomaliach, które dopadły ją w trakcie tego pobytu, i drugi raz kilka dni temu po pojedynku z Samem. Po długiej i wyrównanej walce, zakończonej niezwykle silnym zaklęciem Skamandera, obudziła się właśnie tutaj, osłabiona, ale już poskładana. I zadbała o to, żeby brat się o tym nie dowiedział.
Tak czy inaczej – Raidena nie było, wyszedł wcześniej. Zapewne chciał zademonstrować, że wcale nie jest taki słaby, za jakiego uważano go przez ostatni czas. Sophia też nie lubiła, gdy nadmiernie się nad nią roztkliwiano, ale ranny brat budził w niej mimowolną troskę. W końcu niewiele brakowało, by go utraciła. Gdyby tamtego dnia nie miał wyjątkowego szczęścia, być może zamiast w szpitalu musiałaby go odwiedzać na cmentarzu obok grobu rodziców. Na samą tą myśl wzdrygnęła się, ale szybko opuściła przygnębiający londyński przybytek i teleportowała się w okolice domu, poza zasięgiem zaklęć ochronnych, które nałożyła, by lepiej zabezpieczyć się w tych trudnych czasach.
Pytanie tylko, czy Raiden już tu dotarł? Musiała się przekonać.
- Raiden? – zawołała, ledwie weszła do domu i zamknęła drzwi. Zdjęła płaszcz; o tej godzinie temperatura na zewnątrz zaczynała już szybko spadać. Pogoda także padła ofiarą anomalii, co w ostatnich dniach przejawiało się wahaniami temperatur między dniem a nocą. – Raidenie Carter, jesteś tu?
Zajrzała do salonu i kuchni, ale nie zastała tam brata. Weszła po schodach na piętro, a kiedy przechodziła obok gabinetu, miała wrażenie, że dobiegło z niego ciche popiskiwanie szczeniaka, którego jakiś czas temu przygarnął brat, zanim jeszcze został ranny. Pod jego nieobecność Sophia zawsze dbała o nakarmienie psa i wypuszczanie go na podwórze za domem, choć z racji pracy nie mogła poświęcić mu tyle czasu i towarzystwa, ile pewnie potrzebował.
Uchyliła drzwi, wchodząc do środka.
- Tu jesteś – odezwała się, patrząc na brata, który siedział w fotelu z kapeluszem zsuniętym na twarz i z kręcącym się obok Smurtem. – Byłam w Mungu, ale powiedziano mi, że już cię tam nie ma. Tak myślałam, że wrócisz do domu sam, uparty braciszku. – Posłała mu jednak lekki uśmiech. Nie dało się nie zauważyć, że wiele ich łączyło. – Cudownie jest być znowu w domu, prawda? – zapytała, pewna, że Raidenowi musiało bardzo brakować normalności, własnej przestrzeni, w której nie czaili się nad nim uzdrowiciele zaganiający go do łóżka i wlewający w niego rozmaite eliksiry. – Sama też lubię te momenty, gdy mogę tu wracać.
Przysiadła gdzieś, wpatrując się w brata. Chciała z nim porozmawiać.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   15.10.17 18:11

Nawet nie musiał specjalnie się wysilać, by machnąć różdżką, która nastawiła adapter. Płyta sama już wyleciała z opakowania i umościła się w odpowiednim miejscu, by spora igła na chwilę podskoczyła na nierówności i odszukała właściwy tor. Jeden z głównych prekursorów i ojców współczesnego bluesa rozległ się w całym domu Carterów razem ze swoim tekstem John the Revelator, który to nie opierał się jedynie na gitarze i współdziałaniu śpiewu, ale też na charakterystycznie zawodzącym głosie Blind Willie Johnsona. Czego było mu więcej, by zbudować niesamowitą opowieść? Oczywiście tekst nie był jego autorstwa, ale spopularyzowało pieśń gospel. Cała płyta miała już dobre dwadzieścia sześć lat, ale Raiden dalej uwielbiał to brzmienie, które przywiózł ze sobą z Chicago, gdzie wiele się tego nasłuchał i żałował, że nie miał czasu jeszcze, by poznać wszelkie tajniki tamtejszego muzycznego świata. Też tego brakowało mu w szpitalu - czegoś, co przerwałoby tę prosektoryjną ciszę. Nie wiedział jak ludzie mogli wytrzymywać miesiącami w tamtym miejscu bez nawet odrobiny rozrywki. W końcu każdy chyba musiał na czymś się skupić, prawda? On bardzo starał się nie myśleć o nocnych i dziennych odgłosach chodzących uzdrowicieli, pacjentów, stukotu buteleczek eliksirów, które obijały się o siebie wraz z każdym krokiem pielęgniarki. Już nigdy nie zamierzał brać żadnego takiego cholerstwa. Nigdy więcej. I chociaż mógł to sobie obiecywać, życie jeszcze wiele razy miało go wysyłać do szpitalnego łóżka czy tego chciał, czy nie. I tak świadomość gdzieś głęboko strasznie go drażniła. Dlatego też nawet nie pomyślał, że siostra będzie chciała go odebrać. Chciał po prostu jak najszybciej wyjść i nie musieć się oglądać za siebie. A że Sophia się tam później znalazła i nie zastała brata... Cóż. Nic jej się nie działo, skoro przeszła więcej schodów niż początkowo planowała. Na pewno nie zamierzała szukać go po mieście, bo gdzie indziej mógłby jeszcze pójść, jeśli nie do domu? Do knajpy na pewno, ale to był przystanek numer dwa. Raiden musiał się napić po tym wszystkim. Porządnie i bez przerw.
Chyba przysnął, bo ocknął się na dźwięk wołania swojego imienia. Sophia była coraz bliżej, a Carter mógł dostrzec swojego szczeniaka, który latał dookoła jego fotela jakby chciał powiedzieć rudowłosej, że winowajca jest tu i że nigdzie nie da mu się wymknąć. Gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi, podniósł lekko rękę i znowu pozwolił, by opadła na oparcie, dając tym do zrozumienia siostrze, że jest przytomny, ale nie zamierza się podnosić i wykonywać gwałtownych ruchów. Czy wydobywać z siebie coś więcej nad chrząknięcia porozumienia lub negacji. W tym momencie przyjmował jej słowa, nie ruszając się, ale młodsza Carter doskonale zdawała sobie sprawę, dlaczego tak to właśnie wyglądało. Żadne z nich nie cierpiało szpitali, a odreagowanie musiało nastąpić w ten czy inny sposób. Zupełnie jakby musieli odczekać, aż wszystko czym nasiąknęli miało z nich ściec i zostawić ich znów takimi jak wcześniej.
- Yhymm - mruknął, nie za bardzo skupiając się na słowach siostry. Było mu tak wygodnie w tym fotelu... Nie to co łóżko szpitalne, od którego na pewno nabawił się jakiejś krzywizny kręgosłupa. Na samo wspomnienie skrzywił się, a w gabinecie zapanowała cisza. Którą sam przerwał. - Zawiesili mnie - mruknął w końcu, zsuwając kapelusz i okładając go na stoliku obok, nie przestając wpatrywać się w sufit. Odetchnął głęboko. - Powiedzieli, że to przymusowy urlop, ale do dwudziestego mam się nie pokazywać w Ministerstwie - urwał i dopiero wtedy przeniósł wzrok na siostrę. - I nikt nie zjawił się po zeznania. Dlaczego nikt nie zjawił się po zeznania?




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Gabinet   15.10.17 19:56

Sophia zdawała sobie sprawę, jak uciążliwy musiał być dla jej brata aż dwutygodniowy pobyt w Mungu, ale jego obrażenia były tak poważne, że wymagał pozostania tam na tak długi czas. Biorąc pod uwagę, w jakim był stanie, dwa tygodnie w łóżku nie były wysoką ceną za to, że przeżył i zachował sprawność. Jedyną pozostałością po tamtym dniu były blizny i osłabienie, choć to drugie pewnie wkrótce go opuści. Wszystko miało być dobrze. Tego wolała się trzymać.
Gdy okazało się, że wyszedł wcześniej, wróciła do domu, słusznie przeczuwając, że Raiden skierował swoje pierwsze kroki właśnie tam, do miejsca najbardziej kojarzącego się z codziennością i normalnością. Tak przynajmniej zrobiłaby ona na jego miejscu – chciałaby poczuć, że jest w domu, otoczona znajomymi sprzętami, bez pałętających się wokół obcych ludzi.
Weszła po schodach, nasłuchując. Oprócz odgłosów szczeniaka dało się też słyszeć przebijające się przez drzwi odgłosy muzyki, którą lubił jej brat. Będąc w Ameryce, sama też miała okazję zetknąć się z lubianymi tam utworami, więc kojarzyła tę melodię i nagle poczuła ukłucie tęsknoty za tym lżejszym, bardziej beztroskim życiem, które wiodła w Chicago.
Wsunęła się do pokoju. Jej brat może nie wyglądał najlepiej, ale cudownie było widzieć go tutaj, a nie w szpitalnym łóżku. Uśmiechnęła się, czując, że sama też w tej chwili jest naprawdę w domu, w tym szerszym, rodzinnym aspekcie, którego brakowało jej przez ostatnie dwa tygodnie, oraz przez ten czas, kiedy umarli rodzice i zanim ponownie zamieszkał tu Raiden. Tamten czas był dość trudny dla nich obojga, ale z czasem odkryła, że dobrze jest mieć go z powrotem i nie warto tracić czasu na konflikty. Nie, kiedy życie było tak kruche. Musieli korzystać z każdej chwili, bo nie wiadomo, ile ich jeszcze mieli.
- Najważniejsze, że znowu jesteś w domu. A te kilka dni szybko zleci i niedługo znowu wrócisz do pracy – powiedziała, przyglądając mu się. To tylko tydzień, nawet nie zauważy, kiedy to minie. Byłoby gorzej, gdyby dano mu miesiąc przymusowego urlopu. Albo gdyby miały go czekać przenosiny za biurko już na stałe. Na szczęście miał tę perspektywę, że może wrócić.
Słysząc jednak jego pytanie, znowu zawiesiła na nim wzrok, zdziwiona tym, co powiedział.
- Nikt nie pytał cię o zeznania? – zapytała. Niedawno mogło się wydawać, że Raiden, jako ten, który przeżył atak na Wywernę, będzie cennym świadkiem, którego będą ciągać po rozmaitych przesłuchaniach. Najwyraźniej jednak z jakiegoś powodu ktoś tego nie zrobił. Dlatego, że ktoś wywierał naciski, by nikt nie drążył, czy może przyczyna była bardziej prozaiczna, spowodowana chaosem po anomaliach?
- Cóż, może to... przez te anomalie. W ministerstwie panuje istne urwanie głowy, Biuro Aurorów ma nową szefową... Może nikt nie miał głowy do tego, żeby ruszyć tę sprawę – powiedziała, spoglądając zamyślonym wzrokiem w okno, nagle znowu czując niepokój. Czy rzeczywiście komuś mogło zależeć, by zamieść sprawę pod dywan? – Ludzie, którzy trafili z tobą do Munga i byli podejrzani o udział w tamtym zgromadzeniu, też nie zostali przesłuchani – dodała jeszcze. To było jeszcze bardziej niepokojące, przecież ktoś powinien się zainteresować potencjalnie groźnymi przestępcami, mogącymi mieć związek z czarnomagicznym incydentem. A jednak wyszli na wolność i ministerstwo zdawało się o nich zapomnieć. Przypadkiem, czy celowo? Zdecydowanie miała nad czym myśleć. I jednocześnie znowu poczuła ukłucie wyrzutów sumienia, że pewne sprawy musiała przed bratem zataić, że ukrywała przed nim tajemnicę. Ale tak musiało być.
- Wiele się zmieniło, braciszku – rzekła nagle. Tak było w istocie, trafił do szpitala jeszcze przed tym wszystkim i wyszedł, widząc zupełnie inny świat. – Ale wiesz... parę dni temu odesłałam Artis do naszego wuja. Opierała się i musiałam spędzić kilka godzin, na zmianę kłócąc się z nią i przekonując ją, że tak będzie najlepiej. – Musiała mu to powiedzieć, żeby czuł się spokojniejszy, że domknęła tę sprawę tak, jak obiecała.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   15.10.17 20:48

Raczej nie sam szpital tak bardzo denerwował Raidena, a bezczynność, która go tam na siłę trzymała. Nikt nie chciał słyszeć o wcześniejszym opuszczeniu Świętego Munga, chociaż uważał, że wszystko w porządku i za kilka dni nikt ich nie będzie sądził. Ale kłócić się z pielęgniarkami i uzdrowicielami to był koszmar. Szczególnie że zawsze mieli przy sobie różdżki, gdy jego własna została mu odebrana i oddana dopiero na sam koniec wypisów. No i jeszcze te cholerne eliksiry... Łazili z nimi wszędzie zupełnie jakby wiedzieli, że będą mieli z policjantem problemy od samego początku. Carter od razu chciałby zbadać miejsce, gdzie wydarzyła się cała masakra, by odnaleźć chociaż resztkę śladów lub czegokolwiek co mogłoby pomóc mu w dowiedzeniu się, co tak naprawdę miało tam miejsce i czego był świadkiem. Bo nigdy czegoś podobnego nie widział, chociaż pracował już w zawodzie wiele lat. Nosiło go na samą myśl, gdy dowiadywał się, że śledztwo nie szło naprzód. Że anomalie przeszkodziły w dochodzeniu. Że to i tamto. Świetnie. Cały świat stawał w opozycji do jego pragnień, a co więcej - nie mógł nawet złamać rozkazów własnych przełożonych, bo musiał tkwić przykuty do łóżka. A co robili jego towarzysze broni w tym czasie? Pierdzieli w stołki najwyraźniej skoro dowiedział się siedząc na tyłku, że Londyn wciąż był opanowany przez zniszczenia. I nikt nie raczył ruszyć tyłek, żeby coś z tym zrobić. Naprawić tak wiele zawalonych budynków czy zniszczonych miejsc ważnych nie tylko dla czarodziejskiego świata, ale również dla czarodziejskiego. Ten nowy Minister Magii leciał sobie w kulki tak samo jak jego matka. Cholerny biurokrata.
Też poczuł się o niebo lepiej. Siedząc w miejscu, gdzie bawił się jako mały chłopiec, pałętając się pod nogami ojca, który nigdy nie podnosił głosu na swojego syna. Nie musiał. Chociaż Raiden akurat do aniołków nie należał, a gdy później urodziła się mu siostra, robił wszystko, by właśnie na tę gorszą stronę łobuzowania ściągnąć i ją samą. A jednak to ona z ich dwójki była tą stabilniejszą, bardziej poukładaną. Bardziej odpowiedzialną. Co do niego i tego słowa można było mieć duże zastrzeżenia i nie trzeba było sięgać daleko pamięcią, żeby odszukać potwierdzenie. I mimo że minęło tyle lat i ciężko było mu znów przekonać się do siostry, coraz lepiej szło im wychodzenie sobie naprzeciw. Ani ona, ani on nie mieszkali już oddzielnie i nie czuli, że nie mają nikogo, o kogo można by się zamartwiać. Teraz było inaczej. Znowu jak kiedyś tylko że tym razem trwali wspólnie we własnym domu, a nie w Chicago. To miejsce było z jednej strony lepsze, bo to był ich d o m i z jednej strony gorsze, bo wywoływało wspomnienia. Jednak nic nie miało mu pomóc zapomnieć o wielkiej stracie, którą przeżyli. Słysząc słowa Sophii, nie odezwał się. Dla niego kolejny tydzień był jak kolejny miesiąc bez pracy. Raiden nie brał urlopu już wiele lat, dlatego ta stagnacja bardzo go denerwowała i sprawiała, że czuł, ze skupienie i wytrwałość nie miały nigdzie ujścia. Potrzebował działania tak samo jak powietrza. Bez tego czuł się pusty i zagubiony. Nie wiedział co robić z wolnym czasem, a szczególnie było to irytujące właśnie teraz, gdy wiedział, że mógłby pomóc. Bo był dobry w tym co robił i nie można było mu tego odebrać. To że się dał spopielić ostatnim razem nie było tak złe, jeśli wiedziało się, że szef biura aurorów dał się zabić. Kolejnym pytaniem było to z jak potężnym czarnoksiężnikiem się mierzyli, że pokonał sławnego czarodzieja? I co z innymi?
- Nikt o nic nie pytał. Byli tylko na początku, ale to ci wspominałem jak się spotkaliśmy - zaczął, przypominając sobie tę rozmowę z rudą, gdy dosłownie wymknął się ze swojej szpitalnej sali. - Tylko jak ktoś nie może mieć do tego głowy? Nawet ja słyszałem jak Ministerstwo nie pozwala zbliżać się do uszkodzonych miejsc, gdzie nastąpiło przeładowanie magii. A to nie tylko miejsca niedostępne dla mugoli. Przecież i ich dzieci doznały przeróżnych skutków ubocznych czyż nie? Minęło czternaście dni. Dwa tygodnie braku żadnych rezultatów to naprawdę kiepski wynik. Teraz ile mugoli wie o istnieniu magii? Co najmniej pięć razy niż na samym początku. Do tego śmierć twojego poprzednika to wyraźny alarm, żeby się tym zająć. No chyba że maczałeś w tym palce - umilkł, wiedząc, że dał się nieco ponieść emocjom. Ale frustracja która się w nim przez ten czas skumulowała, nie miała jeszcze żadnego ujścia, dlatego właśnie działo się to w ten sposób. I tylko ufał swojej siostrze na tyle, by się z nią tym podzielić. Inni nie interesowali się jego powrotem. Penny zapadł się pod ziemię, Artis nie było w Londynie. Tylko ona mu została, dlatego też to ona była świadkiem i słuchaczem tych wyrzutów. Zresztą doskonale zdawała sobie sprawę z tego faktu, że jej brat nie należał do ludzi spokojnych. Gdy zahaczyła o sprawę podejrzanych, skrzywił się okropnie. - Słyszałem, że jeden z tych fagasów należał do śmietanki towarzyskiej - wypowiedział te słowa jakby się brzydził i tak właśnie było w istocie. Pieniądze czyniły bogiem - w przenośni i dosłownie. W końcu podobnie było ze sprawą Zivy Burke. Od razu dostał list, w którym wyraźnie była mowa o pozbawieniu go stanowiska. Cholerne gnoje. Myślały, że mogły pomiatać innymi tylko dlatego, że mogły... Nie cierpiał takich ludzi. Zaraz jednak jego gniew zmienił się w jakiś niedoprecyzowany smutek. Przekleństwa na języku zmieniły się w niesmak.
- Przepraszam, że zostawiłem cię w tym samą, Sofi - zaczął po chwili, prostując się i pochylając, by oprzeć przedramiona na kolanach. Przejechał obiema dłońmi włosy i przez chwilę tkwił w tej pozycji, analizując wszystko co się wydarzyło w tym czasie. Nie tylko w polityce, ale również w tym domu. W domu który przechodził zmiany, jakich jeszcze nigdy dotąd. Wpierw śmierć rodziców, potem jego powrót i pewne rozłączenie z siostrą, później Artis i teraz znowu wyjazd. Chyba bez ich rodziców nie miało tu być już tak spokojnie jak kiedyś. - Powinienem sam się tym zająć, ale nie byłem w stanie ci tego oszczędzić - odezwał się nieco ciszej niż wcześniej i wyciągnął rękę, żeby położyć ją na dłoniach siostry. - Wybaczysz mi to wszystko, co zrobiłem? Te przykrości, które spotkały cię przez twojego głupiego, starszego brata... - mruknął, nie śmiąc podnieść na nią spojrzenia.




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Gabinet   15.10.17 22:00

Mogła tylko się zastanawiać, co czuł, kiedy przez te ostatnie burzliwe tygodnie był przykuty do łóżka i faszerowany eliksirami, bez możliwości zrobienia czegokolwiek. Nie mógł nic zrobić w sprawie, przez którą wylądował w Mungu, ani w żadnej innej, bo został odizolowany od służbowych obowiązków i musiał kombinować nawet jeśli chciał tylko opuścić salę. Sophia zapewne czułaby podobną frustracją, gdyby to ona spędziła całe te dwa tygodnie uziemiona w jednym pomieszczeniu, bez żadnej możliwości działania i bez dostępu do informacji. Chociaż sama też wiedziała irytująco niewiele zarówno o anomaliach, jak i tamtej sprawie. Spotkanie Zakonu rzuciło jednak trochę światła na te wydarzenia, na pewno wiedziała więcej niż wcześniej. Choć wciąż mogła czuć, że błądzi jak we mgle, zaczynała widzieć zarys ścieżki, którą mogła podążyć. Kto wie, może pewnego dnia dowie się więcej?
Ministerstwo było opieszałe lub zwyczajnie próbowało coś ukryć. Nie wiadomo, która opcja była tą prawdziwą, ale brak konkretnych czynności w tak poważnej sprawie mógł budzić niepokój, nawet jeśli maj przyniósł znacznie więcej problemów dla wszystkich.
Teraz siedziała w gabinecie, który niegdyś należał do ich ojca. I ona w dzieciństwie lubiła się tu pałętać, przyglądając się, jak tata pracuje. Czasami podbierała mu jakieś pióro lub inny drobiazg potrzebny jej do zabawy, kiedyś nawet wleciała tu na dziecięcej miotełce, czyniąc spory bałagan w papierach. Podobnie jak jej brat, była małą psotnicą. Rozsądek przyszedł do niej dopiero z czasem, podczas nauki w Hogwarcie zmądrzała i nabrała więcej ogłady i ostrożności, przestała szukać guza. Te cechy były jej potrzebne w pracy aurora, bo nie sztuką było być brawurowym i lekkomyślnie narażać życie. Prawdopodobnie taką właśnie brawurą wykazał się Raiden tamtego dnia na Nokturnie, i tylko cud zdecydował, że w ogóle to przeżył.
Czasami trudno było uwierzyć, jak mało się tu zmieniło, choć poprzedni właściciel tego gabinetu od pół roku był martwy. Sophia unikała zmieniania wystroju domu, a gabinetu praktycznie nie ruszyła, więc wciąż można było odnieść wrażenie, że czuć tu obecność ojca, który mógł lada chwila wrócić z pracy i wejść tu, by kontynuować swoje obowiązki już w domu lub oddać się jakiejś lekturze. Spojrzała nawet na drzwi, tylko na krótki moment; wiedziała, że ojciec nie wejdzie tu ani teraz, ani nigdy. Teraz byli tu sami, ale mimo wszystko to miejsce wciąż było prawdziwym domem, w którym żyły najpiękniejsze wspomnienia.
Szybko znowu spojrzała na brata, którego słowa przykuły jej uwagę. To było naprawdę dziwne.
- Myślałam, że skoro już wyszedłeś, to otrzymasz jakieś pilne wezwanie – odezwała się. Ale kto wie, może takie dopiero miało nadejść? – I masz rację, ministerstwo starannie strzeże tych miejsc. Nie chce, żeby ktoś się tam zapuszczał, niby ze względu na zagrożenie, ale tak naprawdę można odnieść wrażenie, że wcale się nie starają, by coś z tym zrobić. Minęły już dwa tygodnie, a w wielu miejscach wciąż szaleje magia. – To nie świadczyło o tym, że są prowadzone czynne działania. A miejsca nie zagrażały tylko czarodziejom, ale też mugolom. I zapewne wielu z nich zaczynało zdawać sobie sprawę, że świat wcale nie jest taki, jaki mógł się wydawać. Że istnieje w nim najprawdziwsza magia. – Trudno nie doszukiwać się tutaj teorii spiskowych, choć może istnieje coś, o czym nie wiemy, bo ministerstwo nie chce o tym mówić? – prychnęła cicho, także podenerwowana tym wszystkim. Bezczynnością, dziurami w informacjach, samym faktem istnienia anomalii i niebezpieczeństwa, które niosły. Ufała swojemu bratu, ale zdawała sobie sprawę, że wkraczali na grząski i niepewny grunt, więc musiała uważać na to, co mówi. Ale to, co działo się z ministerstwem, z pewnością mogło być zauważalne nawet dla ludzi niezwiązanych z tajną organizacją, do której od niedawna należała. Na spotkaniu padł temat zarówno ministerstwa i anomalii, jak i wydarzeń w Białej Wywernie, więc wiedziała, że mogła być w nie zamieszana tak zwana trzecia siła. Z tego też powodu bardziej niepokoiło ją to, że mogący ją zasilać podejrzani zostali zwolnieni i przestano się nimi interesować.
- Podobno... Tak czy inaczej, niezależnie od tego kim są i jakie mają znajomości, ktoś powinien się nimi zająć i sprawdzić, czy mają coś wspólnego z tym, co się tam stało – rzekła. Na spotkaniu padły ich nazwiska, choć nie znała ich, ale wiedziała, że jedno było szlacheckie, należące do bardzo konserwatywnego rodu. – I wciąż nie wiem, co myśleć o naszej nowej szefowej. Za słabo ją znam. – Z pewnością umieszczenie kobiety na takim stanowisku było przełomem, który w normalnych okolicznościach cieszyłby Sophię, która nie raz czuła się traktowana gorzej przez swoją płeć, bo niektórzy mężczyźni powątpiewali w jej umiejętności. Ale w obecnych okolicznościach trudno było poczuć do niej zaufanie, nie wiadomo, po czyjej stronie tak naprawdę stała ta kobieta i dlaczego nic nie robiła w sprawie śmierci poprzednika oraz kilku innych aurorów. A może to Sophii się wydawało, że nic nie robiła? Nie wiadomo.
- Nie rób sobie wyrzutów, to nie twoja wina. Żadne z nas nie mogło przewidzieć, że tamta akcja tak się skończy – powiedziała, wyciągając do niego rękę i lekko poklepując go po ramieniu. – Dla mnie najważniejsze jest, że wciąż mam tego głupiego, starszego brata – dodała, mimowolnie parskając śmiechem, ale po chwili znowu spoważniała. – Artis powinna być już bezpieczna. Przekazałam jej dokładne wytyczne, a wuj ma na nią czekać. Wiem, że to będzie dla niej trudne... ale nawet ona w końcu przyznała mi rację, że może tak będzie lepiej, przynajmniej dopóki nie znikną anomalie i nie będzie bezpieczniej. – Tak było dobrze. Nie tylko przez wzgląd na anomalie, ale także w kwestii rodziny kobiety. Nie potrzebowała w obecnym czasie dodatkowych stresów, nawet jeśli wyjazd do obcego kraju w pewnym sensie też nim był, biorąc pod uwagę, że Artis dorastała w zupełnie innych realiach niż Sophia i Raiden.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   15.10.17 22:44

Jak widać wystarczyło kilka dni, żeby wywrócić ich świat do góry nogami i to w tak kuriozalny sposób, którego nikt się nie spodziewał. Raiden nawet nie przypuszczałby, że gdy otworzy oczy zastanie takie spustoszenie i chaos, którego przecież wszyscy starali się uniknąć. Nawet nie w samym świecie czarodziejów, ale jak się również okazało i w świecie należącym do mugoli. Jak to było możliwe, że Ministerstwo Magii pozwoliło sobie na takie folgowanie? Pozostawienie tego miejsca z niczym i nikim odpowiedzialnym było jak strzelenie sobie w czaszkę. Czy właśnie był to krok do samozagłady? A być może do wypełnienia planu szalonego dyrektorka z Hogwartu, który podniecał się, gdy torturował dzieci magią. O wyczynach Grindelwalda było głośno nawet po drugiej stronie oceanu i Anglia nie mogła się wyprzeć tego wstydu i hańby, którą sprowadzał na Wielką Brytanię ten pomylony staruch. A niby byli kolebką wszelkiej magii... Jasne. Najwyraźniej również i tutaj miało dojść do jej wyplenienia, skoro mugole już zdawali sobie sprawę z jej istnienia. Jak wielkie niebezpieczeństwo ogarniało się każdego innego od nich? Dziwaczni sąsiedzi nie byli już jedynie nieszkodliwymi odludkami, a potencjalnymi wrogami, którzy mogli sprowadzić klątwę na rodziny dobrych obywateli, którzy nigdy nie słyszeli o czymś takim jak czary. No, chyba że w bajkach. Ale jak można było teraz ochronić bezbronnych, szarych obywateli przed zlęknionymi mugolami? Skoro Ministerstwo nie interesowało się ludźmi, których miało osłaniać. Raiden nie wiedział nic o Zakonie Feniksa, do którego należała jego siostra i Artis, ale nie musiał w nim być, by patrzeć na to, co się działo trzeźwo i posiadać zdrowy dystans. To nie było nic dobrego - jedni rządni władzy biurokraci zostali zastąpieni drugimi. Tylko tamtych można było przejrzeć, a nowa władza? Nikt nie znał jeszcze ich metod, a to stawało się coraz bardziej niebezpieczne.
Kiedyś Raiden mógłby poradzić się ojca, omówić z nim te wszystkie wydarzenia, a William Carter jak zawsze poratowałby syna cenną uwagą i spojrzeniem na świat tak prostym, że prawie niespotykanym. Czasem wydawało się starszemu z rodzeństwa, że ich rodzic był jasnowidzem - potrafił wyprzedzać niektóre fakty, chociaż zawsze na podobne sugestie jedynie uśmiechał się szeroko i kręcił głową na te pomysły. A mimo to Raiden nie znał bardziej normalnego czarodzieja w całym swoim życiu. Zaskakujące kontrasty prostoty jak i niesamowitej intuicji skumulowały się w papie. Którego teraz nie miało być. To właśnie on zastąpił jego miejsce, przejmując również i gabinet, który od zawsze należał jedynie do męskiego świata. Nic więc dziwnego że Sophia nic w nim nie zmieniała. Straciłby swojego ducha, straciłby ten ojcowski klimat i poczucie bezpieczeństwa, gdyby cokolwiek zmienili. Wszystko tu miało swoje miejsce i porządek w nieładzie. Tylko tu czuł się naprawdę bezpieczny. Zupełnie jakby ojciec wciąż tu był i faktycznie miał zaraz wejść do środka, by uśmiechnąć się do swoich dzieci i znów pokręcić głową na te ich problemy. Policjant zerknął w tamtą stronę dokładnie w tym samym czasie co swoja siostra, ale również odwrócił spojrzenie nieco później niż ona.
- Żadna poczta na mnie nie czekała, prawda? - rzucił jakby na potwierdzenie swoich słów o braku zainteresowania. To że Ministerstwo miał w nosie wszystkich czarodziejów i czarownice nie było niczym nowym. Jednak ludzie wydawali się wcale tym nieporuszeni. W szpitalu widział normalne twarze, spokojne, monotonne. Zupełnie jakby nic nie miało miejsca. Ot kolejny rozpoczęty miesiąc, który zaraz miał się skończyć. - Ktoś powinien się do nich wybrać i to zbadać. Nie uważasz? - odpowiedział jedynie pytaniem na pytanie, gdy Sophia poruszyła temat nieokiełznanej magii. Zresztą Raiden z chęcią zapuściłby się gdzieś jeszcze. Gdzieś, gdzie o mało nie dał się pochłonąć dzikim ogniom, a jednak na złość światu i wszystkiemu dokoła postanowił trzymać się życia jak jeszcze nigdy. Uparty skurwiel... Nie raz dostawał groźby zawieszenia, gdy brał sprawy w swoje ręce, ale na razie wychodziło mu to jedynie na dobre, dlatego unikał konsekwencji. Zawsze jednak musiał być ten pierwszy raz, chociaż Cartera nakręcała wizja zrobienia czegoś, czego robić nie powinien. Ale czy miało to jakieś znaczenie? Teraz przynajmniej nie było w tym kraju już niczego o co się bał. Sophia potrafiła sobie poradzić i na pewno była w o wiele mniejszym niebezpieczeństwie niż Finnleigh, która nie chciała nawet zrezygnować z pracy, gdy wyszło na jaw, że będzie mamą. Raiden wysłuchał siostry mówiącej o tożsamości podejrzanych i zaraz w jego oczach pojawił się ogienek kolejnego złego pomysłu, który czaił mu się w głowie. Miał ich wiele, a jeszcze więcej czekało na ujrzenie światła dziennego. - Pamiętasz co to byli za jedni? W końcu nie będziemy robić nic złego, jeśli sprawdzimy ich akta, nie? - rzucił w eter, uśmiechając się łobuzersko do dziewczyny. Ciężko było ugasić ten ogień ciekawości i myszkowania u policjanta, który tym właśnie żył. Uwielbiał swoją pracę, a jeszcze bardziej widząc jej efekty. Szczęśliwe twarze osób, które doświadczyły sprawiedliwości odzyskując utracone dzieci lub mając świadomość, że przyskrzynił właściwego winnego były nie do opisania. To właśnie tak powinno pracować całe Ministerstwo, a niestety daleko było im do tego stanu. Sprawiedliwości i szczerości pozbawionych korupcji i zepsucia. Odetchnął głęboko, uśmiechając się półgębkiem, gdy Sophia poklepała go po ramieniu. Miała wiele racji. W końcu mógł zginąć i zostałaby sama z nienarodzonym jeszcze dzieckiem brata na głowie, a tego to by mu nie wybaczyła na pewno. Pozwolił, by słowa uniosły się jeszcze chwilę w ciszy - Chyba będzie mi brakować tego jej marudzenia - rzucił w końcu, po czym roześmiał się lekko, odchylając z powrotem na miękkie oparcie. Zaraz jednak usłyszał skomlenie zaślinionego Smurta, więc schylił się, by wziąć szczeniaka na ręce i znów położyć sobie na klatce piersiowej, gdzie ten się rozłożył i dyszał w charakterystyczny dla swojego gatunku sposób. - A ty dowiedziałaś się czegoś ciekawego? - spytał, mając na myśli pokątne szukanie informacji na własną rękę. Nie ze zlecenia Ministerstwa.




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Gabinet   15.10.17 23:57

Poruszyła się niespokojnie, znów koncentrując wzrok na oknie, na którym zaczął osadzać się od zewnątrz szron zwiastujący niską temperaturę. Choć z pozoru wszystko za nim zdawało się wyglądać normalnie, poza tą pogodą, Sophia wiedziała, że to ułuda i nie wszędzie było teraz tak spokojnie. Zdawała sobie też sprawę, że anomalie mogły stanowić zagrożenie także w zupełnie innym wymiarze niż zadając czarodziejom obrażenia podczas próby rzucenia zaklęć. Sam fakt, że mugole widzieli oznaki magii, mógł doprowadzić do konfliktu między dwoma światami. Z lekcji historii magii pamiętała mgliście, jak wyglądało to przed wiekami, kiedy mugole prześladowali czarodziejów bojąc się ich inności, ale z biegiem czasu zaczęli wierzyć, że magia i fantastyczne stworzenia czy przedmioty były wymysłem baśni i legend. To umożliwiło zapanowanie spokoju, podczas którego czarodzieje ukrywali się ze swoją odmiennością. Tylko jak długo ten spokój jeszcze potrwa?
Sophia wychowała się na styku dwóch światów, mogąc czerpać po trochu i z magicznego i z mugolskiego, choć oczywiście to w tym pierwszym żyła bardziej, szczególnie odkąd poszła do Hogwartu. Świat mugoli był na swój sposób piękny, ale była świadoma, że mugole bali się odmienności, zwłaszcza że magia mogła nieść dla nich realne zagrożenie.
Wiedziała, że jej brat nie był głupi i wielu rzeczy się domyślał, nawet nie posiadając wiedzy, którą posiadła Sophia. Dlatego tym trudniej było jej ukrywać pewne fakty, i przelotnie przypomniała sobie wczorajszą rozmowę z Hannah, która uświadomiła jej, jak to może wyglądać od tej drugiej, nieświadomej strony, nie wiedzącej, w co uwikłało się jej rodzeństwo. I zaczęła się bać, że między nią i Raidenem też zacznie wyrastać mur niedopowiedzeń i wymówek, a kłamstwa staną się codziennością. Wszystko to dla większego dobra.
Przygryzła wargę, bawiąc się splecionymi na kolanach dłońmi. Kto by pomyślał, że minęło tyle lat od czasu, gdy chowała się pod biurkiem przed tatą i psociła tu razem z bratem? Dziś siedzieli tutaj jako dorośli ludzie, bez rodziców, muszący sami mierzyć się ze swoim życiem, chociaż Sophia czasami też pragnęła móc zapytać o coś taty lub wyżalić się mamie. Wiedziała, że oboje na pewno staraliby się pomóc, i na pewno łatwiej byłoby znosić to wszystko z nimi niż bez nich. Teraz gabinet należał do Raidena, ale Sophia nie umiała wcielić się w role wcześniej przynależne jej matce. Najwyraźniej lepiej sprawdzała się w męskiej pracy niż w typowo kobiecych zajęciach. Nie była delikatnym dziewczątkiem, a chłopobabem, który uparcie ignorował tradycyjne społeczne role. Ale nawet mimo konieczności bycia twardą aurorką, czasem chciałaby tak po prostu usiąść ze swoją matką przy herbacie i wyżalić się ze swoich trosk.
- Nie. Nic nie przyszło – potwierdziła. Niewiele korespondencji docierało tu ostatnimi czasy, Sophia też rzadko wymieniała listy, a do pracy wróciła już jakiś czas temu. – Oczywiście, że powinien. Podobno mieli zostać przesłuchani, ale z tego co mi wiadomo, nie doszło do tego – rzekła z pewnym wahaniem; pamiętała nazwiska tych ludzi, usłyszała je na spotkaniu, ale jeśli naprawdę mieli związek z trzecią siłą, wolała, żeby brat nie pałętał się wokół nich. Nie, kiedy wciąż był w kiepskim stanie, a tamci mogli znać czarną magię. Za tym kryło się coś więcej, więc przeczucie mówiło jej, że oboje powinni zachować najwyższą ostrożność. – Może zatem spróbuję jakoś dostać się do akt sprawy i wyczytać co nieco na ich temat? Choć do tej pory było to trudne, bo trzymano mnie z daleka od sprawy przez... osobiste związki z jedną z ofiar. Liczę, że w końcu się uda, choć prawdę mówiąc, nawet nie wiem, na jakim etapie jest sprawa. Biura Aurorów też nie ominął pewien chaos – łypnęła w stronę brata, zastanawiając się gorączkowo, jak z tego wybrnąć. Cholera, chyba potrzebowała porozmawiać z kimś z Zakonu, najlepiej z Samuelem. Był jej rodziną, współpracownikiem i należał do Gwardii, może on potrafiłby doradzić, co powinna zrobić i czy słusznie postępowała, próbując chronić brata i ukrywając przed nim niektóre informacje. Kto by pomyślał, że pewnego dnia to ona będzie próbowała chronić jego, choć była młodsza i przez sporą część życia to on opiekował się nią? Tak było do czasu ich kłótni po śmierci Jamesa. Później Sophia wróciła do kraju i poszła na aurorski kurs, a gdy trzy lata później on przyjechał do Londynu, zastał dorosłą kobietę, która potrafiła sobie w życiu radzić. Nawet jeśli czasami też błądziła, jak chyba każdy.
- Mi też. Sama za nią tęsknię, była moją przyjaciółką zanim jeszcze... wydarzyło się to wszystko – zerknęła na brata; na pewno wiedział, co miała na myśli. Lubiła Artis i ceniła jej towarzystwo, wiedziała też, że jest bardzo odważną i upartą osobą, która była gotowa poświęcić relacje z własną rodziną dla dobra dziecka. Teraz zdobyła się na kolejne poświęcenie, godząc się na wyjazd za granicę do czasu uspokojenia sytuacji. A przynajmniej Sophia miała nadzieję, że Artis jest w Stanach pod dobrą opieką amerykańskiej gałęzi Carterów. – Ale tak musiało być. Lepiej jej będzie tam niż tu, a my jakoś sobie poradzimy. O mnie nie musisz się martwić – zapewniła go, chcąc, by wiedział, że nie była zagubioną nastolatką. – Wciąż nad tym pracuję – dodała jeszcze, wiedząc, że znów musi kluczyć. Ale taka była prawda, wciąż pracowała nad tym wszystkim i próbowała zdobywać informacje. Zastanawiała się nawet, czy nie udać się na Nokturn, by przyjrzeć się tamtemu miejscu. – Myślisz, że udanie się tam byłoby dobrym pomysłem? To znaczy... sprawdzenie, czy nie zachowały się jakieś ślady lub czy ktoś coś nie wie – odezwała się, ale wiedziała, że to byłoby bardzo ryzykowne, i takiego wypadu nie można było podjąć w ciemno, bez pomyślunku i zabezpieczenia. Podejrzewała też, że Raiden nie pochwaliłby jej ewentualnego samowolnego wypadu. Ale potrzebowała tych informacji nie tylko ze względu na brata, ale też na Zakon. Miała więc aż dwa mocne powody, by często myśleć o tamtym dniu i o możliwych śladach.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   17.10.17 11:00

Mugole nie byli aż tak ślepi jakimi ich pisało Ministerstwo Magii. Na co władze czekały? Chciały by to oni zaatakowali pierwsi, by mieć pretekst do sięgnięcia po jedyny sposób, jaki był im znany - do siły i zastraszania swojego społeczeństwa. Zresztą nie tylko swojego. Gdyby coś poszło nie tak, uderzenie lub pacyfikacja mugoli byłaby uzasadniona, a przynajmniej ze strony polityków, którzy nie widzieliby w sobie winy za te wydarzenia. Przedstawiliby to w sobie dogodny sposób bez większych trudności. Odrzuciliby swój brak reakcji na początku kryzysu, winiąc za wszystko agresywnych mugoli, którzy byli zwyczajnie przestraszeni zaistniałą sytuacją. Bo nawet czarodzieje i czarownice się bali, a co dopiero ludzie, którzy magię znali jedynie z baśni i legend? Raiden nie wyobrażał sobie innego toru wypadków, jeśli Ministerstwo zamierzało wciąż tkwić w swoim bezruchu, a przy okazji wmawiając ludziom, że przecież ich chronią i starają się zapanować nad chaosem, który wydobył się spod ziemi niczym ciemny obłok duszącego dymu. Nie spodziewał się, że wezwanie, które miał od Rogersa będzie czymś przełomowym. Pokazało jak bardzo władze mają gdzieś sprawy porządnych obywateli. W końcu to, co ich tam spotkało nie było niczym normalnym czy bezpiecznym. Dlaczego jeszcze nie sformułowano odpowiedniego zespołu do badania tego wydarzenia? Oczywiście że anomalie były równie ważne, ale z tego co mówiła Sophia nikt n i c nie robił. Jakim więc do cholery cudem mogli nie mieć na to zwyczajnie czasu? Złość na przemian ze zdziwieniem nad głupotą ludzką przelewała się przez Cartera, który zdecydowanie nie spodziewał się, że czegoś takiego będzie świadkiem. Publicznego przyznawania się do magii. Bo czym innym było pozostawienie szeroko dostępnych niemagicznemu światu miejsc bez ochrony? Słyszał już o tych przypadkach i wszyscy dziwili się nad tym, co miało miejsce. Nie powinni się dziwić tylko brać dupę w troki i coś z tym zrobić. Coś. Cokolwiek. Najwyraźniej jednak mądrości i rozsądku należało szukać ze świecą. Dlatego też obecność Sophii była dla niego sporym wsparciem. Poradziłby sobie nawet, gdyby nie było jej w okolicy, ale zwyczajnie żaden Carter nie mógł być sam. W końcu w jedności była siła. Raiden nie miał pojęcia o obawach siostry, która bała się, że niedługo zaczną się między nimi kłamstwa i utkną w gorszym bagnie niż wcześniej. On też nie mówił jej całej prawdy - chociażby o sprawie rodziców, którą kontynuował pokątnie ani o zabiciu mordercy Cilliana. Po prostu unikał podobnych chwil, w których mogłaby cokolwiek podejrzewać. Czy było to oszustwo, czy zwyczajnie dbanie o własne tajemnice? Nie zastanawiał się nad tym, bo w całej swojej karierze pracy dla wyższego dobra, wiedział, że niektóre decyzje musiały równać się z wyrzutami sumienia, jeśli zamierzało się nad tym rozwodzić.
- Kretyni - mruknął pod nosem, słysząc zostawienie sprawy. Jeśli siostra sądziła, że odpuści, to musiała mieć silną nadzieję, że jej brat się zmieni. Raiden nie lubił odpuszczać i na pewno zrobiłby wszystko, żeby dowiedzieć się co za cwele leżały na tej samej sali z nim po spłonięciu Białej Wywerny. Dużo czasu minęło od jego przebudzenia się i o wiele lepiej pamiętał wydarzenia, które tam się wydarzyły. Spisał nawet odpowiedni raport, gdy tylko pozwolono mu poprosić o papier i pióro. Wysłał go swojemu przełożonemu, nie zamierzając czekać, aż ten sobie o nim przypomni. I tak wszystko miał w głowie, dlatego ten mógł to nawet wywalić, ale nie mógł powiedzieć, że tego nie dostał. Carter nie zamierzał teraz siedzieć na tyłku i myśleć o tym, kiedy nadejdzie dwudziesty maj, w którym w końcu będzie mógł się stawić w pracy. - Jeśli jest tak jak mówisz, to nikt się tą sprawą nie zajmuje. I w samym Mungu mają zresztą dokumentację o tym kogo kiedy przywieźli. Dowiedzenie się tego nie będzie specjalnie trudne - odparł, nie mając pojęcia co chodziło po głowie Sophii. Dla niego narażanie się i buszowanie tam gdzie nie powinien, było chlebem powszednim. Zresztą jego praca przynosiła mu wiele satysfakcji, a poszukiwanie informacji było mu wpisane w geny. Z taką historią na zapleczu nie mogło być inaczej. Sophia powinna to rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Raiden traktował to w pewnym sensie jako niedokończone zadanie. Miał dług u wszystkich pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, którzy oddali życie tamtego dnia.
Nie odpowiedział na wspomnienie o Artis, uznając temat za zamknięty. Tego dnia lub następnego powinien dostać wiadomość od rodziny po drugiej stronie oceanu, gdzie miała znajdować się wiadomość o tym czy wszystko poszło zgodnie z planem. Raczej instrukcje były dość wyraźne dlatego nie bał się zbyt specjalnie. Atmosfera na wyspach jedynie wzrastała, a Ameryka była obojętnym i dobrze znanym mu terenem, więc nie obawiał się żadnym gwałtownych skoków, które mogłyby tam dotrzeć. Byli zbyt daleko i Stany były zbyt duże, by dać się pochłonąć w całości. Zamiast tego dość mocno skupił się na tym, co mówiła Sophia o informacjach, które miała. Zerknął na nią, gdy powiedziała, że wciąż nad tym pracuje, ale nie odezwał się. Pozwolił mówić dalej, zdając też sobie sprawę, że nawet jeśli coś było wiadomo aurorom, mogłaby o tym nie wiedzieć z tego względu, że była niższa stopniem. - Oczywiście, że to nie jest dobry pomysł - odparł niewzruszony jakby z lekkim zdziwieniem. Przecież jego życie to była aleja złych pomysłów, ale zawsze wychodził z nich cało. Głupi ma szczęście w końcu. - Możliwe że nic już tam nie ma po takim czasie - zaczął już poważniej. - Ale jeśli tam coś jest... Cokolwiek co by mogło pomóc  w dowiedzeniu się, co tam zaszło - trzeba to sprawdzić - dokończył i na chwilę umilkł, obserwując bacznie siostrę. - Ale jak się dowiem, że tam poszłaś sama to się wkurzę i też cię wyślę za granice. Jasne?




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Gabinet   17.10.17 13:16

To wszystko tylko przyczyniało się do pogłębienia nieufności Sophii wobec instytucji ministerstwa. Opieszałość wobec anomalii oraz rozwiązywania sprawy z Wywerny nie była jedyną rzeczą, która budziła w niej negatywne emocje. Wiedziała też przecież, jak skończyły się przesłuchania mugolaków, gdzie ministerstwo zabrało tych ludzi, których jedyną winą było nieodpowiednie urodzenie. Wiedziała o odrażających eksperymentach z magią dzieci, które także zostały uprowadzone i odcięte od swoich rodzin, i kto wie, co im robiono. Raiden prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy, że skala podłości była dużo większa. I choć po odsunięciu Wilhelminy Tuft od władzy zaczęto odcinać się od wprowadzonych przez nią reform i dążyć do naprawy sytuacji, wiele aspektów wciąż pozostawało wiele do życzenia. A zaufanie było rzeczą, którą łatwo stracić, a dużo trudniej odbudować. Sophia nie była naiwna i wiedziała, że należy zachowywać ostrożność.
W całej sprawie związanej z pożarem w Wywernie pozostawało dużo niedopowiedzeń. Niepokojący był fakt, że nie prowadzono szeroko zakrojonego śledztwa w tej sprawie. A może prowadzono, tylko w tajemnicy, i Sophia nie została do tego dopuszczona? Pozostawało faktem, że poparzeni podejrzani zostali wypuszczeni z Munga przed Raidenem i nie wezwano ich na przesłuchanie. Do tego ewidentne powiązanie z trzecią siłą, wysoce niebezpieczną organizacją, która mogła wprowadzić wiele zamieszania w już i tak zdestabilizowanym magicznym świecie.
Prawdopodobnie oboje ukrywali przed sobą pewne sprawy, kierując się dobrymi pobudkami i troską o drugą połowę rodzeństwa. Niemniej jednak bała się, jak konieczność okłamywania się wpłynie na ich relacje na dłuższą metę. Nie chciała, by Raiden myślał, że mu nie ufa i celowo się od niego odsuwa. Nieporozumienia, które zrodziły się po śmierci Jamesa i rodziców, dawno były za nimi, i nie chciała wracać do tamtego stanu, kiedy czuli się w swoim towarzystwie tak niezręcznie. Na dobre i złe byli rodzeństwem, a w jedności była siła. Zwłaszcza w trudnych czasach.
Niemniej jednak trochę się obawiała jego zaangażowania w sprawę, w którą była zamieszana ta cała trzecia siła. Tamtego dnia mógł zobaczyć, jak potężną mocą oni dysponują, a z tego co było jej wiadomo, zgromadzenie tworzyło wielu czarodziejów ze starych, wpływowych rodów, zapewne doskonale znających się na czarnej magii, i mogących z łatwością zaszkodzić samotnemu policjantowi półkrwi, nie mającemu po swojej stronie wpływowych krewnych, układów ani stosów złota w skarbcu. Jej brat miał tendencję do działania samowolnie, właśnie dlatego nie zdradziła mu tych nazwisk. Przynajmniej nie teraz. Wolała udać, że i tych informacji nie zna, bo gdyby nie Zakon, rzeczywiście by nie znała. Nie chciała, by wpakował się w jeszcze gorsze bagno; póki co musiała zaufać Zakonowi, wierzyła, że może jego członkowie mieli jakiś sposób, by poznać odpowiednie informacje bezpiecznie, a ona zamierzała im pomóc, choć coraz bardziej czuła, że musi z kimś porozmawiać o tym wszystkim, co ją dręczyło.
Ale czuła też, że brat w swojej upartości i tak znajdzie sposób, by się dowiedzieć, nawet mimo jej prób utrzymania go od tego w bezpiecznej odległości.
- Też chciałabym coś zrobić. Ale w tej sprawie naprawdę trzeba być bardzo ostrożnym. Za tym może kryć się coś więcej, a raczej na pewno się kryje, użyto tam naprawdę silnej magii. To była szatańska pożoga... Niewielu byłoby w stanie ją rzucić – powiedziała. Na pewno zdawał sobie sprawę, kiedy rutynowa akcja przerodziła się w istny horror, w którym zginęło kilku ich współpracowników i szef. To nie było zwyczajne śledztwo ani standardowa akcja. W grę wchodziła potężna czarna magia, więc nie była to sprawa dla jednego samotnego policjanta, a dla większej grupy aurorów.
- A może ty przypomniałeś sobie coś więcej z tamtego dnia? – zapytała go jeszcze. Znała co nieco informacji (nawet jeśli nie posiadła ich za sprawą ministerstwa), ale liczyła, że może brat załata jeszcze jakieś dziury w wiedzy.
Poruszyła się niespokojnie, wciąż czując się rozdarta między chęcią działania a potrzebą zachowania ostrożności, oraz koniecznością ukrywania pewnych rzeczy przed Raidenem.
- Masz rację, to nie byłby najlepszy pomysł – odpowiedziała. Wiedziała to, zdawała sobie sprawę, że kręcenie się w pobliżu byłoby kuszeniem losu oraz pewnego rodzaju hipokryzją po tym, jak starała się zniechęcić swojego brata do samotnego drążenia tej sprawy. Ale że sama też bardzo chciała się czegoś dowiedzieć, to trudno było o takiej opcji nie pomyśleć. – I nie pójdę tam, więc nie ma potrzeby wysyłania mnie za granicę. Zresztą, nie dałabym się tak łatwo odprawić, braciszku. – Rzuciła mu urażone spojrzenie, że w ogóle mógł pomyśleć o odesłaniu jej. Z nią poszłoby na pewno dużo trudniej niż z Artis, nie dałaby się wysłać w bezpieczne miejsce, gdy tyle było do zrobienia tutaj. Nawet jeśli na ten moment jeszcze nie wiedziała, co dokładnie powinna zrobić, aby uczynić to dobrze i nie narazić niepotrzebnie ani siebie, ani brata, ani dobra sprawy. To nie była decyzja do podjęcia w jednej chwili, ryzykowne działania wymagały przemyślenia. – Może spróbuję porozmawiać z Samuelem. To dobry auror, ufam mu. Może on będzie wiedział, co zrobić? – ufała mu nie tylko z tego względu, że był jej kuzynem i aurorem. Za tym kryło się coś więcej, a wspomniała o nim, by uspokoić brata. Lepiej, by myślał, że współpracowała z kimś zaufanym i nie podejrzewał jej o samotne eskapady.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   17.10.17 15:22

Oboje doskonale wiedzieli na czym polegała działalność Ministerstwa. Od małego przyzwyczajeni byli do działalności rodziców w sprawy polityczne, a dwójka Carterów przynosiła również pracę do domu, chociaż potrafiła również znaleźć czas dla rodziny. Nic dziwnego też, że uświadamiali od małego swoje dzieci, by nie żyły w braku własnego zdania. W końcu zewnętrzny świat spaczał poglądy jak chociażby kłamiąc dzień w dzień o tym, że mugole są niebezpieczni. Głupota. Raiden miał wielu znajomych wśród grona osób niemagicznych i rodzice nigdy mu nie zabraniali bawić się z dziećmi z okolicznych domów, które nic nie wiedziały o istnieniu magii. Oczywiście, że dostawał pouczenia, by uważać i nie próbować w żaden sposób okazywać swoich zdolności kolegom i koleżankom. Mówienie pięciolatkowi takich rzeczy nie było zbyt efektywne, ale na pewno też nie zostało zapomniane. Niekiedy Carterowi wydawało się nawet, że słyszy ten głos i ton ojca czy mamy. Oboje byli niesamowicie wyrozumiali w swoim wychowywaniu i nigdy go nie karali siłą, a starali się tłumaczyć i rozmawiać, gdy widzieli, że coś szło nie tak jak powinno. I był im za to wdzięczny. Że dali mu normalne dzieciństwo pozbawione wymuszeń i surowego karania jak słyszał od innych dzieciaków w szkole. Cóż. Nie trzeba było być ekspertem, by wiedzieć, że nikomu w tych czasach nie żyło się łatwo. Nie tylko konflikty samych czarodziejów były zatrważające, ale wiedząc o potworności II Wojny Światowej, przeżywało się to podwójnie. Sophia również to przeżyła, chociaż była za mała, by pamiętać te wydarzenia. A może utrwaliły się to w jej młodym umyśle na tyle, by miała te obrazy w pamięci? Nie wiedział. Nigdy jej o to nie pytał i nie chciał. Wystarczyły mu jego własne wspomnienia.
Dla niego nie liczyło się czy ci, którzy byli odpowiedzialni za masakrę w Białej Wywernie władali czarną magią czy zbierali stokrotki. Liczyła się prawda i pociągnięcie ich do odpowiedzialności. Tamta noc pochłonęła zdecydowanie za wiele ofiar, wciągając w to jeszcze tak wysoko postawionych pracowników sił specjalnych Ministerstwa. Nie rozumiał obaw Sophii z tego względu, że była to robota jak każda inna. Po prostu nie byłby sobą, gdyby odpuścił. W końcu był psem jak to się ładnie mówiło o gliniarzach, a on nie wiedział co to granice rozsądku. Na razie udawało mu się przeżyć to wszystko w dość dobrym stanie. Przeżył nawet spalenie i zawalenie się budynku, więc co mogłoby go powstrzymać przed zrobieniem kroku naprzód? Każde działania niosło za sobą zagrożenie - mniejsze czy większe nie miało to znaczenia. Bo jeśli odpuściło się przy takiej sprawie, oznaczało to, że nie był godny nosić miano funkcjonariusza. Możliwe że kobiety inaczej na to patrzyły, ale dla niego była to sprawa honoru. Czy czegoś innego co mieściło się w jego kryteriach. I tak - miała rację. Jeśli nie tak to w inny sposób zdobędzie informacje, których potrzebował. Była to tylko kwestia czasu.
- Mówią, że ostrożność jest matką powodzenia. Gdyby była ostrożna, nie zostałaby matką - odparł siostrze, wstając i kładąc psa na ziemi. Zsunął płaszcz z ramion, który zdecydowanie za bardzo go w tym momencie grzał i przeszedł w stronę jednej z szafek, w której znajdowało się jeszcze dobre stare whisky, którą trzymał tam ich ojciec. Ale praktycznie w ogóle jej nie pijał - chyba że z przyjaciółmi, których spraszał. Doskonale jednak zdawał sobie sprawę o co chodziło Sophii z pożogą. Miała rację co do wysokich umiejętności mężczyzny, który był za nią odpowiedzialny. Zaraz jednak wrócił myślami do początku tamtego dnia, w którym wszystko się zaczęło, a on nie był świadomy tego, co miało go czekać. W ciszy nalał sobie szklankę alkoholu i po solidnym łyku zaczął mówić. - Dwudziestego dziewiątego wieczorem dostałem list, który kazał mi stawić się u Rogersa w gabinecie. Zebraliśmy się tam - Aspen, Diggory, dwóch aurorów z Rogersem na czele. Informacja i rozkaz były skromne, bo powiedziano nam jedynie, że w jednym z przybytków na Nokturnie spotykają się czarnoksiężnicy, którzy, według szpiegów, pracują nad czymś wielkim. Mieliśmy ich powstrzymać. Ale na pytanie o to co to za szpiedzy i skąd mają takie informacje, dostałem ciszę. Przydzielono mnie z Diggorym do odnalezienia tylnego wejścia do Wywerny. Aspena posłano z jakąś stażystką i innym aurorem... Runcornem, by spacyfikować towarzystwo. Byli tam jeszcze jakiś Wadock, Elliott i Bones Mieli wspomagać Pennyego i jego grupę - urwał na chwilę, opierając się o framugę okna i krzyżując ramiona na klatce piersiowej przy okazji bawiąc się szklanką w jednej dłoni. - Wylądowaliśmy w jakimś zaułku, gdzie przydybał nas jakiś facet z kulą u nogi. Odkryliśmy wejście i gdy to się stało, więzień zbiegł właśnie prosto w otwartą klapę. Zszedłem pierwszy, a zaraz za mną zamknęły się drzwiczki, więc Diggory nie zdążył wejść do środka. Do końca akcji go już nie zobaczyłem. Poszedłem jednak korytarzami za odgłosem uciekającego faceta i znalazłem się w małym pokoju, do którego wpadła jakaś dziewczyna. Miała śmieszny akcent i nazwała mnie angielskim psem, co potwierdziło moje przypuszczenia o innym pochodzeniu. Od razu rzuciła czarną magią, a w międzyczasie ten pomylony staruch deportował się, ale jego noga została z nami i zaczęła lać się krew na prawo i lewo. Udało mi się ją pokonać, a z korytarza którym doszła do małego pokoju dobiegły odgłosy jakby walki. To musiała być górna sala. Nie zajmowałem się już dziewczyną tylko ruszyłem w kierunku parteru i z każdą chwilą odgłosy trzaskających zaklęć stawały się coraz donośniejsze. Nigdy nie zapomnę tego co tam widziałem. To było... Cóż... Pięć osób stało do mnie plecami, kolejne sześć po drugiej stronie sali i chyba tyle samo ciał leżało na podłodze. Po prostu ludzie walczyli, nie zważając na tych spetryfikowanych. Albo zabitych nawet... Nie mogłem rozpoznać niestety niczyich twarzy. Stałem zbyt daleko.
Kolejny łyk alkoholu zwilżył jego gardło podczas składania tego raportu. Dla niego właśnie tym było to zeznanie wobec siostry. Sama była aurorem, ale mogła jedynie wyobrażać sobie całą sytuację. Sam Raiden na samo wspomnienie czasem nie mógł uwierzyć, że to była prawda.
- Mniej więcej w tym samym czasie jakiś facet, który stał tyłem do mnie zaczął krzyczeć. Było to coś w stylu Wywerna spłynie krwią szumowin i zdrajców. Ubrany był w zwykłą czarną szatę, miał ciemne włosy i niemal bladą skórę. Przypominał trochę węża z tej perspektywy. Mówił jeszcze coś o swoich rycerzach, a potem nastąpiło najlepsze - po prostu rozpłynął się w dymie. Już wtedy wszystko się paliło, a on jeszcze zanim zupełnie zniknął powiedział takie dziwne słowo... Nie znałem tego. Morsmordre... Jakoś tak. Próbowałem sobie dokładnie przypomnieć i to najbardziej przypominało mi właśnie to słowo. Wołałem jeszcze Aspena, ale ogień wszędzie się roznosił, więc próbowałem wydostać się przez okno. Tylko po drodze trochę mnie przysmażyło i w sumie... To tyle. Więcej nie pamiętam. Resztę znasz już lepiej ode mnie.
Uśmiechnął się jedynie na dalsze słowa Sophii, po czym pozwolił whisky przepływać przez niego w dość zawrotnym tempie. Zapewne miał to być jego bliski towarzysz w najbliższym czasie. Alkohol i Smurt, który kręcił się przy jego nogach sapiąc i parskając co chwilę. Słysząc o Samuelu, uniósł brwi i pokiwał lekko głową.
- Sam będę musiał do niego napisać - mruknął, patrząc się w ścianę naprzeciwko. Dużo się działo, a jeszcze więcej miało się wydarzyć. I Raiden tym razem nie zamierzał pozwolić, by go to ominęło.




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
Sophia Carter
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
http://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter http://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii http://www.morsmordre.net/t3643-sophia http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Auror
24
Półkrwi
Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
27
20
0
1
0
0
8
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Gabinet   17.10.17 17:41

Sophia też spędziła w dzieciństwie sporo czasu bawiąc się z mugolskimi dziećmi, choć po ujawnieniu się magii musiała być ostrożna, żeby nie ujawniać się ze swoją odmiennością. Czasami straszyła dzieciaki opowiastkami, na przykład tą o kapeluszu babci, który zamieniał w żaby, ale nikt nie traktował tego na poważnie, w końcu mugolskie dzieci też lubiły fantazjować i opowiadać sobie fantastyczne historie. Tylko Sophia wiedziała, że wiele baśniowych stworzeń istnieje naprawdę w świecie magii.
Nigdy nie zaznała poważniejszych przykrości, dorastając w ciepłej, tolerancyjnej rodzinie. Nie brakowało jej niczego ani pod względem uczuć, ani pod względem materialnym; ojciec dawał radę utrzymać żonę i dzieci ze swojej urzędniczej pensji, oboje rodzice poświęcali potomstwu czas i uczyli ich o tym, jak ważna jest dobroć, uczciwość, sprawiedliwość i wierność swoim przekonaniom. Nie musiała znosić absurdalnej presji jak koleżanki ze szlachetnych rodów, na przykład Artis, i nigdy nie pragnęła być taka jak one. Mogła być po prostu sobą i korzystać z uroków dzieciństwa, a później młodości. Czasy wojny pamiętała, ale mgliście. Rodzice wysłali ją wtedy do krewnych poza strefą zagrożenia, ale nawet wśród dzieciaków był odczuwalny niepokój, a zabawy nie były tak beztroskie jak dawniej. A później poszła do Hogwartu.
Może to, że Tiara przed laty uczyniła ją Puchonką, a nie Gryfonką, miało jakieś odzwierciedlenie w jej podejściu i tym, że nie uważała przesadnej brawury za najlepszą drogę. Odwaga to w końcu nie tyle lekkomyślne rzucanie się w paszczę niebezpieczeństwa nie bacząc na skutki, co rozsądne działanie nastawione na to, by osiągnąć sukces z jak najmniejszymi stratami. Tylko głupcy nigdy nie odczuwali strachu i obaw, ale człowiek odważny potrafił obrócić je na swoją korzyść. Czasem jednak i ona bywała impulsywna, szczególnie w przeszłości, chociaż czuła, że tym razem lekkomyślność na pewno nie wyszłaby nikomu na dobre.
Ale jej brat był typowym Gryfonem, wiedziała o tym. To ona musiała czasem stopować jego zapędy i być tą rozsądniejszą. Pod tym względem była podobna do matki – Marlene Carter też była zawsze osobą rozważną, choć nie brakowało jej odwagi i wiary w przekonania swoje i męża. I to Raiden przez tą swoją gryfońską brawurę dał się prawie usmażyć w ogniu pożogi, tak przynajmniej wynikało z jego opowieści, którą po chwili przedstawił.
Słuchała go bardzo uważnie. Wyglądało na to, że jego pamięć wróciła, skoro opowiedział wszystko z takimi szczegółami, począwszy od wezwania, przez drogę do Wywerny, skończywszy na rozgrywającej się w środku walce i złowrogim mężczyźnie, który wyczarował szatańską pożogę. To musiał być ten samozwańczy Czarny Pan, o którym słyszała na spotkaniu Zakonu, tajemniczy przywódca trzeciej siły, tak zwanych rycerzy, którzy chyba z rycerskością nie mieli wiele wspólnego. Niestety nie miała pojęcia, kim mógł być, ale musiała zapamiętać jego opis.
- To wszystko jest takie dziwne. I straszne, zwłaszcza że kilkoro z tych aurorów nigdy stamtąd nie wyszło. I pomyśleć, że gdybym nie była w Mungu, prawdopodobnie też bym się ta znalazła... – szepnęła. Po tamtej akcji dowiedziała się, że ją też wzywano, ale nie mogłaby się stawić z oczywistego względu, była uziemiona w szpitalnym łóżku i nie było mowy o żadnych akcjach. – Ciekawe, kim był ten okropny mężczyzna, poza tym, że na pewno musiał być potężnym czarnoksiężnikiem. Mówisz, że rozpłynął się w dymie i wypowiedział jakieś dziwne słowo? Może to było czarnomagiczne zaklęcie? – zastanawiała się głośno. Nigdy nie słyszała takiej inkantacji; choć oczywiście sama nie potrafiła posługiwać się czarną magią, to ucząc się obrony przed nią słyszała o różnych klątwach i ich skutkach. Wśród nich nie pamiętała żadnej, która brzmiała jak „morsmordre”, a może po prostu Raiden coś źle usłyszał?
Zamyśliła się.
- Wiem, że później znaleziono cię właśnie w tych zgliszczach, ciężko poparzonego, połamanego przez fragmenty walącego się budynku. Uzdrowiciele walczyli o twoje życie... a ja czekałam na jakiekolwiek wieści, odkąd tylko usłyszałam, że jesteś ranny. Nieprędko powiedziano mi, co dokładnie się z tobą stało – powiedziała; tego dowiedziała się już znacznie później, bo była uparta i tak długo chodziła za uzdrowicielami, że w końcu ktoś powiedział jej coś więcej o stanie brata w momencie trafienia na oddział pozaklęciowy. – Do tej pory nie wiem, co z Aspenem, nie widziałam go... od dawna – dodała jeszcze. Ich kuzyna nie było wśród ofiar, co znaczyło, że uciekł, ale Sophii nie udało się z nim później spotkać. Była na niego trochę zła, że nie zainteresował się stanem Raidena, którego tamtego dnia zostawił w ogniu. Ale jednocześnie zastanawiała się, co działo się z nim teraz. Wziął urlop i gdzieś się przyczaił, by odpocząć po traumatycznej akcji? Nie wiadomo.
- Potem było tylko gorzej, choć w innym względzie. Anomalie, czymkolwiek one są. Wciąż dają się wszystkim we znaki, choć minęły już dwa tygodnie – odezwała się po chwili. Rzeczywiście, od trzydziestego kwietnia nic nie było normalne. Ale już wcześniej zaczynało się psuć, biorąc pod uwagi reformy byłej już minister. – Ale mam dziwne wrażenie, że jeszcze kiedyś usłyszymy o tym mężczyźnie z Wywerny, i nie będzie to nic dobrego.
Znowu się poruszyła, nerwowo zaciskając dłonie na brzegu fotela, w którym siedziała.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean the­re isa light shi­ning
so­mewhe­re near by.
Powrót do góry Go down
Raiden Carter
avatar

Neutralni
Neutralni
http://www.morsmordre.net/t3256-raiden-carter#55069 http://www.morsmordre.net/t3274-tales#55392 http://www.morsmordre.net/t3273-agent-carter#55386 http://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 http://www.morsmordre.net/t3275-raiden-carter#117377
funkcjonariusz policji, brygadzista
31
Półkrwi
Kawaler
I don't know but I been told
A big legged woman ain't got no
s o u l
15
27
0
0
0
0
1
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   17.10.17 18:46

Raiden raczej nie straszył innych dzieci, a przynajmniej gdy był starszy bardziej mu zależało, żeby damska część znajdowała się jak najbliżej co szło mu całkiem nieźle. Chociaż nie mógł się nie uśmiechać pod nosem, gdy ktoś rzucał tekst o tym, że smoki istnieją tylko w bajkach lub pół-ludzi pół-koni można spotkać tylko w mitologii. Czasami musiał się nieźle kryć ze śmiechem, gdy niektórzy mugole rozmawiali o tym na ulicy albo podsłuchał autobusowe pogawędki o życiu i śmierci. Bądź co bądź życie obok niemagicznych ludzi nie było czymś trudnym i nieprzyjemnym. Z własnego doświadczenia mógł to stwierdzić, a każdy kto mówił inaczej zwyczajnie kłamał. W świecie czarodziejów również zdarzali się pomyleńcy i, jak ostatnio mógł się przekonać, osoby zdolne do wszystkiego bez względu na ofiary. Zasłanianie się historią przez arystokratów, którzy żenili się między sobą nie było żadnym dowodem, a jedynie aktem tchórzostwa i obawy przed utratą pozycji. I tak ich moc słabła z każdym dniem, bo większość społeczeństwa wolnych czarodziejów i czarownic stanowili właśnie ci półkrwi. Dlaczego mniejszość miała mieć prawo do magii, a reszta nie? Nie rozumiał tej logiki i nie chciał nawet zrozumieć. Najwyraźniej jednak nie pojawił się ktoś, kto to błędne mniemanie o sobie wyplenił spomiędzy szeregów lepszych od innych. Nigdy nie zazdrościł wystrojonym dzieciakom z bogatszych rodzin prestiżu czy długiej historii. Carterowie również mieli czym się pochwalić, ale z uwagi na podejście do życia, nie krzyczeli o tym. Zresztą nikt by nie chciał słuchać. Mimo wszystko wszyscy z tej rodziny znali swoją wartość i nie musieli obawiać się, że kiedykolwiek dojdzie do tego, że będą wstydzić się swojego nazwiska czy pochodzenia.
Nie trzeba było dość dobrze znać rodzeństwa, by wiedzieć które jest rozsądniejsze, a które bardziej porywcze i lekkomyślne. Wiek o niczym nie świadczył i nie raz Sophia mogła się o tym przekonać, obserwując skutki działań swojego brata. Poniekąd Raidenowi wydawało się, że rudowłosa trafi do tego samego domu co on, ale nie mógł powiedzieć, że był zdziwiony słysząc o Puchonach jako nowych towarzyszach młodszej Carter. Różnili się pod wieloma względami, ale wciąż byli z jednej krwi. Nie brał swojego postępowania w Białej Wywernie jako brawury. Chęć popisywania się była tutaj ostatnim czego chciał. Stojąc w ogniu i krzycząc imię kuzyna, raczej nie myślał o imponowaniu. A na pewno nie martwemu Rogersowi. Nie postąpiłby inaczej, gdyby wiedział, że tak właśnie miałoby się to skończyć, ale równocześnie Penny miał wyjść z tego cało. Często Raiden lubił się chełpić swoimi zdolnościami czy panowaniem nad daną sytuacją, jednak nie był naiwny. Wiedział kiedy odróżnić chwile, w których mógł sobie na to pozwolić, a kiedy wymagano od niego innego zachowania. Gdyby ciągle się popisywał, długo by w tej robocie nie pociągnął. A teraz... Oddałby wiele, żeby wiedzieć cokolwiek o tym skurwielu, który z zimną krwią zamordował tyle osób. Sophia pomimo większej wiedzy nie dysponowała nie wiadomo jak dokładniejszymi informacjami, ale od czegoś trzeba było zacząć. Cóż. Miał jedno słowo, które mogło go zaprowadzić dalej. Rycerze. A dosłownie było moi Rycerze... Cokolwiek to do cholery znaczyło.
- Nawet jeśli było to zaklęcie, nie miałem okazji widzieć skutków - odparł, krzywiąc się. Nie wybaczyłby sobie tego, gdyby jednak mimo wszystko miał to w pamięci, ale nie mógł tego wypchnąć na powierzchnię. Przez moment się nie odzywał, aż usłyszał imię kuzyna. Nic dziwnego, że traktował go jak młodszego brata, skoro wychowywali się dość blisko i dzieliła ich niewielka różnica wieku. - Żyje. Gdyby było inaczej, wiedziałbym - i znów urwał. Jeszcze kiedyś usłyszymy o tym mężczyźnie z Wywerny. - Tego możemy być pewni... - odpowiedział ciszej, chociaż było to bardziej mówienie do siebie niż do siostry. Przez chwilę wpatrywał się w nieistniejący punkt z przymrużonymi oczyma jakby układał sobie wszystko, co się wydarzyło w Białej Wywernie raz jeszcze. A razem ze wspomnieniami wracał również ból. A on dość mocno mówił Raidenowi, że potrzebował ochłody. Policjant oderwał się nagle od okna i odstawił pustą już szklankę na stolik, by podejść do siostry i zerknąć na nią z góry. - Dobrze cię widzieć, Sof - mruknął, kładąc jej dłoń na ramieniu i uśmiechając się ciepło. Po czym wyszedł z gabinetu, kierując się od razu do łazienki. Musiał się wykąpać i zmyć z siebie smród szpitala.

|zt




Hello darkness, my old friend
Come to talk with you again

Powrót do góry Go down
 

Gabinet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Gabinet Pielęgniarski
» Gabinet Ministra Magii
» Gabinet Śmiechu
» Gabinet Dyrektora
» Gabinet burmistrza (najwyższe piętro)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Przedmieścia :: Beckenham, Overbury Avenue 13-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-17